sobota, 31 sierpnia 2024



Podobieństwa z Japonią z końca lat 80. stają się coraz wyraźniejsze. Tam nastąpiły co najmniej dwie stracone dekady. Konsekwencje trwałego kryzysu w Chinach byłyby jednak znacznie bardziej drastyczne, także dla Europy.

Grupa Evergrande, zadłużona na równowartość ok. 1,2 bln zł, nie jest w stanie obsługiwać swoich zobowiązań od końca 2021 r. Pekin nie chce jednak, aby firma oficjalnie zbankrutowała i została postawiona w stan likwidacji. Zamiast tego od lat negocjuje restrukturyzację jej zadłużenia. Jednak dla Lindy Chan, sędzi Sądu Najwyższego w Hongkongu, to już przesada. — Podczas ostatniego przesłuchania oświadczyłam, że oczekuję w pełni sformułowanej propozycji. Firma zaakceptowała warunki oraz obiecała, że przedyskutuje je z wierzycielami i uzgodni z władzami nową propozycję — mówi sędzia. Nic takiego się nie stało.

Ponieważ Evergrande jest notowane na giełdzie w Hongkongu, sąd uważa się za właściwy, choć oczywiście nie ma uprawnień do interweniowania u władz Chińśkiej Republiki Ludowej. Zarządcy masy upadłościowej nie mają tam żadnych pełnomocnictw. Dyrektor generalny Evergrande, Shawn Siu, zapowiedział jedynie, że firma będzie "aktywnie komunikować się z syndykiem masy upadłościowej i dążyć do rozwiązania problemu zadłużenia".

Jest więc mało prawdopodobne, by wyrok miał ostatecznie jakiekolwiek bezpośrednie konsekwencje dla Evergrande. Gary Ng, starszy ekonomista w firmie inwestycyjnej Natixis, również uważa, że wpływ orzeczenia na makroekonomię będzie ograniczony. Ważne jest coś innego.

Pogorszy to nastroje, ponieważ inwestorzy obawiają się, że nastąpi efekt kuli śnieżnej w innych toczących się sprawach — mówi ekspert.

Krajowy sektor nieruchomości od ponad dwóch lat przeżywa rosnący stopniowo krach, a deweloperzy, jeden po drugim, stają się niewypłacalni. Wszystko to jest wynikiem gigantycznej bańki, która powstała w poprzednich latach.

Setki milionów Chińczyków przez wiele lat inwestowało swoje pieniądze w mieszkania, gdyż alternatywy dla lokowania oszczędności były mocno ograniczone. Ceny nieruchomości rosły, więc coraz więcej osób kupowało drugi lub trzeci dom i spekulowało na wysokich zyskach. Napędzało to wzrost gospodarczy. Początek pandemii pokrzyżował jednak plany i wkrótce domek z kart zaczął się walić.

Według szacunków ekonomistów Kennetha Rogoffa i Yuanchen Yang sektor nieruchomości stanowi ok. 30 proc. całej gospodarki. Przede wszystkim zaś Chińczycy zainwestowali tam aż 78 proc. swoich aktywów — w Stanach Zjednoczonych jest to ok. 35 proc. A teraz chińskie nieruchomości gwałtownie tracą na wartości.

Według oficjalnych danych spadek cen jest niewielki. Zdaniem Ronalda Temple'a, głównego stratega rynkowego w firmie inwestycyjnej Lazard, dane te wprowadzają w błąd. Deweloperzy często nie mogą chociażby obniżać cen:

Zamiast tego władze dają kupującym bonusy, takie jak czeki na zakup mebli. Dlatego też szacuję, że rzeczywisty spadek cen w największych metropoliach wyniesie co najmniej 15, a w mniej centralnych miastach nawet 30 proc.

W wyniku utraty dużej części swojego bogactwa ludzie konsumują mniej i niemal nie podróżują już za granicę. Chińskie grupy turystyczne, które kiedyś można było zobaczyć w każdej atrakcji turystycznej w Europie, są obecnie rzadkością.

onet.pl/Die Welt


Raport niemal rządowego ośrodka Centrum Analiz Makroekonomicznych i Krótkoterminowych (CMACP) pojawił się w samą porę. Jaki inny moment mógłby być bardziej odpowiedni na wydanie dokumentu zatytułowanego "Dobrobyt ludności: Nierównomierny wzrost" ("Population Welfare: Uneven Growth")?

Od teraz wszystko będzie wyglądało inaczej.

Ten ośrodek ekspercki słynie ze swojej względnej uczciwości. A teraz oszukał tylko trochę — przesunął podstawę porównań i porównał dane dotyczące obecnego dobrobytu Rosjan z rokiem 2015, a nie z przedwojennym rokiem 2013.

Era wojen rosyjsko-ukraińskich rozpoczęła się w 2014 r., a naturalnym punktem odniesienia do pomiaru kolejnych krzywych dobrobytu Rosjan jest ostatni rok pokoju — tak jak rok 1913 służył kiedyś sowieckim statystykom. Jeśli chodzi o rok 2015, był to czas głębokiego spadku produkcji i dochodów pod każdym względem. Branie go do porównań jest wygodne z propagandowego punktu widzenia, ale nielogiczne dla obiektywnych analiz.

Dlatego uzupełnijmy bogaty materiał Centrum Współpracy Międzynarodowej i Analiz o dane za brakujące lata i porównajmy obecne sprawy finansowe Rosjan z tymi z 2013 r.

Putin wzywa kolejne siły do obrony Kurska. Rosyjscy najemnicy z Afryki mają powstrzymać ukraińską ofensywę
Zacznijmy od najszerszego wskaźnika — realnego dochodu rozporządzalnego ludności. Czternaście lat z rzędu, od 2000 do 2013 r., dochody te rosły nieprzerwanie i w tym czasie zwiększyły się ponad dwukrotnie. W 2014 r. po raz pierwszy spadły i od tego czasu poruszają się zygzakiem.

W 2021 r. dochody rozporządzalne były nadal dalekie od osiągnięć z 2013 r. Wynosiły zaledwie 93 proc. poziomu sprzed wojny. Jednak inwazja w 2022 r. wyraźnie wyszła im na dobre i w 2023 r. po raz pierwszy od dekady przekroczyły poziom z 2013 r. (103 proc.).

A w 2024 r. wzrost zaczął przypominać cud — w ostatnich miesiącach realne dochody były o 10 proc. wyższe niż w ostatnim roku pokoju. Ten przyspieszający dobrobyt przypomina magiczną sztuczkę i rzeczywiście nią jest.

(...)

Nie ma powodu, by traktować rządowe statystyki dotyczące ubóstwa zbyt poważnie. Jednak fakt, że subiektywne postrzeganie własnej sytuacji materialnej przez Rosjan poprawiło się w ostatnich latach, potwierdzają badania przeprowadzone przez sondażownię InFOM LLC na zlecenie rosyjskiego banku centralnego.

Odsetek osób, które uważają się za biedne ("za mało pieniędzy nawet na jedzenie" + "wystarczająco dużo na jedzenie, ale za mało na ubrania i buty") przez długi czas zygzakował, ale w ciągu ostatnich kilku lat spadł z 37 proc. do 27 proc. (według oficjalnych danych — red.).

Pojawiła się nawet grupa, która otwarcie nazywa siebie zamożną ("nie mamy trudności, w razie potrzeby możemy kupić mieszkanie lub dom"). Na początku 2014 r., w przededniu wojny, była prawie niewidoczna, ale obecnie 4-5 proc. respondentów identyfikuje się jako taka.

I tylko w przypadku emerytów sytuacja nie jest zmienna. Realne emerytury zarówno w 2023, jak i 2024 r. pozostają na mniej więcej tym samym poziomie co w 2013 r. Można więc bez argumentów zgodzić się z koncepcją CMACP, że "wzrost nierówności dochodowych został wznowiony".

Jak również z tezą o "tworzeniu się warunków wstępnych dla pojawienia się nowych grup w klasie średniej". Szeregi tej klasy są obecnie wypełnione milionami beneficjentów wojny — "bezpośrednimi uczestnikami specjalnej operacji wojskowej (tak Rosjanie nazywają inwazję na Ukrainę — red.), których pensje są ponad dwukrotnie wyższe od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w kraju; pracownikami w obszarach, w których aktywnie odbywa się substytucja importu, a produkcja szybko rośnie (w tym w przemyśle maszynowym, chemicznym, IT)...".

(...)

Tymczasem rosyjska gospodarka cywilna znajduje się w stagnacji. W zasadzie nie jest ona w stanie zaspokoić rosnącego popytu "nierównomiernie bogacących się" Rosjan na towary i usługi. Jak więc działa ta cała machina rzekomo rosnącego bogactwa?

Działa tak długo, jak długo szybkiemu wzrostowi płac i płatności nie towarzyszy szybki wzrost konsumpcji. A jeśli chodzi o konsumpcję, to naprawdę w Rosji nie było żadnych cudów. Nawet teraz jest ona na poziomie niewiele wyższym niż przedwojenny.

Większość z tych, którzy mówią, że "mają dość" na drogie rzeczy, samochód i dom, tak naprawdę ich ostatnio nie kupiła. Ma na myśli tylko to, że ma pieniądze i jak będzie chciał, to wyjmie je z konta i kupi. W międzyczasie po prostu odkłada je w banku.

Przez ostatnie kilka lat do 2022 r. kwartalna stopa oszczędności na kontach (wyłączona sezonowo) wynosiła średnio 3 proc. dochodu rozporządzalnego. Od połowy 2022 r. do połowy 2023 r. oscylowała już wokół 7 proc. A potem ponownie podskoczyła i w pierwszym kwartale 2024 r. osiągnęła 14,2 proc. (obliczenia Rosstatu, rosyjskiego państwowego urzędu statystycznego, odpowiednik polskiego GUS-u, i CMACP — red.).

Porównajmy to z podanymi tutaj danymi dotyczącymi realnego wzrostu dochodów i zobaczmy, że cały lub prawie cały wzrost zarobków po prostu poszedł na oszczędności. Jeśli beneficjenci wojny zaczęli konsumować więcej usług i towarów, to tylko dlatego, że inni zaczęli konsumować ich mniej.

onet.pl/The Moscow Times


Jaką taktykę wybierze wróg? Na ile przypomina to np. bitwę o Bachmut, kiedy Rosjanie stosowali taktykę "mięsnych szturmów" (ataków piechoty bez względu na poniesione straty - red.)?

Z tego, co widziałem i gdzie byłem, powiedziałbym, że skala jest teraz znacznie większa. Wszystko wygląda dużo groźniej niż w Bachmucie. Wygląda to dość podobnie, ale siły, które pędzą do szturmu w kierunku Pokrowska, są większe niż w pobliżu Bachmutu. Dlatego posuwają się tak szybko.

Jak przygotowane są oddziały wroga na tym obszarze? Czy są to siły zmobilizowane czy specjalne?

Jest tu wszystko. Nie zagłębiam się zbytnio w tę kwestię. W końcu naszym zadaniem jest zniszczenie wszystkiego, co się pojawi. I tak naprawdę nie zastanawiamy się, czy jest to żołnierz zawodowy, żołnierz zmobilizowany, czy ktokolwiek inny. Często widzę, że działają całkiem profesjonalnie. Z drugiej strony widzę innych ściganych przez otwarte pole pod ostrzałem. Są też tacy, którzy uciekli, którzy mieli szczęście. To rodzi pytania do ich dowódców. W końcu, z taktycznego punktu widzenia, poruszanie się w dużych grupach po otwartym terenie w biały dzień, przy czystym niebie, jest absolutnym nonsensem, w końcu takie grupy natychmiast stają się celem ostrzału dronów i artylerii. Dlatego wydaje mi się, że jest to mieszanka zarówno profesjonalnych jednostek, jak i mniej wartościowego personelu, za pomocą którego próbują przełamać obronę i uszczuplić zapasy wojska i amunicji.

Czy po rozpoczęciu operacji kurskiej odczułeś jakieś zmiany? Może nastąpiło pewne przesunięcie wojsk wroga z waszego obszaru?

Nie stało się to łatwiejsze. Intensywność się nie zmniejszyła, a może nawet wzrosła. Ale to subiektywna ocena. Pracuję w swoim rejonie i nie mogę oszacować liczebności sił wroga na całym obszarze. Ogólnie rzecz biorąc, operacja kurska może być omawiana tylko przez najwyższe dowództwo wojskowe. My nie mamy takich uprawnień. Udział w operacjach bojowych nie czyni cię ekspertem wojskowym.

(...)

Na początku roku był ogromny niedobór broni i amunicji. Czy teraz jest lepiej?

Coś się pojawiło, coś jeszcze musi nadejść. To też nie jest szybki proces. Nie walczę amerykańską bronią, więc trudno mi odpowiedzieć.

W jakim stopniu sytuację można nazwać krytyczną?

Do pewnego stopnia na pewno. Myślę, że jest gdzieś pomiędzy bardzo trudną a krytyczną.

onet.pl

piątek, 30 sierpnia 2024



Tymczasem z frontu napływają trwożne dla Ukraińców informacje. Jeden z żołnierzy na wczorajszym nagraniu opisuje, że sytuacja pod Pokrowskiem  jest nie tyle krytyczna, ale już wręcz „straszliwa”. Rosjanie według niego posuwają się o kilometr w ciągu doby. I wkrótce mogą wkroczyć do miasteczka Sełydowe, leżącego na skrzyżowaniu dróg w stronę Pokrowska i Kurachowa. Wojskowy skarży się na brak umocnień i żołnierzy dla zatrzymania wroga. Opowiada też, że ukraińscy żołnierze masowo opuszczają pozycje, co naraża na otoczenie sąsiednie oddziały, które wciąż je utrzymują.

Według amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) siły rosyjskie mają dwa cele taktyczne przed atakiem na Pokrowsk.

ISW podkreśla, że siły rosyjskie chcą po pierwsze frontalnie zbliżyć się do Pokrowska i zająć leżący na na przedmieściach miasta Myrnohrad. Druga akcja taktyczna to atak wzdłuż linii Sełydowe-Ukrajinsk-Hirnyk na południowy wschód od Pokrowska w celu poszerzenia rosyjskiego klina w kierunku tego miasta i wyeliminowanie słabych punktów pod kątem ukraińskich kontrataków.

Analitycy amerykańskiego think tanku piszą, że w ostatnich dniach siły rosyjskie mają nowe zdobycze terytorialne w okolicach Hrodiwki na wschód od Pokrowska oraz na wschód od miasteczka Sełydowe. Rosyjscy tzw. blogerzy wojskowi twierdzą jednak, że siły rosyjskie przesunęły się dalej na południowo-wschodnie obrzeża Myrnohradu, zajęły część Sełydowego i dotarły do jego centrum, a także walczą już na przedmieściach Ukrajinska.

ISW twierdzi, że siły rosyjskie otoczyły niedawno pozycje ukraińskie na południowy wschód od Pokrowska wzdłuż zbiornika karliwskiego i zmusiły siły ukraińskie do wycofania się.

Według Instytutu parcie sił rosyjskich na Sełydowe oraz Ukrajinsk i Hirnyk prawdopodobnie ma na celu usunięcie stosunkowo dużego klina ukraińskiego na południowym krańcu większego rosyjskiego klina w kierunku Pokrowska, który mógłby zagrozić rosyjskiej ofensywie w tym rejonie.

ISW wyraził przy tym opinię, że choć siły rosyjskie chcą zapewne osiągnąć oba wspomniane wyżej cele taktyczne przed przypuszczeniem ataku na Pokrowsk, to jeśli ich postępy utkną, mimo wszystko możliwy jest szturm na miasto.

Przy tym według Instytutu nie jest jasne, czy dowództwo rosyjskie zamierza zaatakować Pokrowsk frontalnie i zająć całe miasto, czy też je otoczyć. To, w jaki sposób siły rosyjskie spróbują zdobyć miasto, „prawdopodobnie będzie zależeć od tego, w którym miejscu siły ukraińskie postanowią podjąć istotne działania defensywne” – czytamy w raporcie.

Belsat.eu/PAP


Najważniejszym z trendów jest zanik lub całkowity brak świadomości obywatelskiej w rosyjskim społeczeństwie. A co ważniejsze, brak nawet tożsamości regionalnej w regionach, w których etniczni Rosjanie stanowią absolutną większość.

W tych częściach Federacji Rosyjskiej, w których inne narodowości stanowią większość lub znaczną część (przede wszystkim republiki Kaukazu Północnego), tożsamość regionalna jest bardzo silna.

Reakcja Rosjan na wydarzenia w obwodzie kurskim jest bardzo podobna do reakcji na bunt Jewgienija Prigożyna sprzed roku. To kompletna apatia i przerzucanie odpowiedzialności za rozwiązanie problemu na władze federalne i organy ścigania. Jak na ironię, do takiej właśnie reakcji społeczeństwa dążył sam Kreml wszystkimi swoimi działaniami przez 25 lat, a zwłaszcza w ciągu ostatnich 3 lat.

Wysiłki władz doprowadziły do tego, że przeciętny Rosjanin jest całkowicie pozbawiony podmiotowości obywatelskiej, a wszelkie jej przejawy są natychmiast karane realnymi wyrokami karnymi lub wypędzeniem z kraju pod groźbą więzienia.

Wszelkie więzi poziome, a tym bardziej zinstytucjonalizowane (organizacje pozarządowe, stowarzyszenia itp.) są pod ścisłą kontrolą. Najłagodniejszą reakcją na odstępstwo od ideologicznej normy ustanowionej przez reżim było uznanie organizacji za "zagranicznego agenta" ze wszystkimi licznymi ograniczeniami, które towarzyszą temu statusowi w Federacji Rosyjskiej i które są stale dodawane.

Tak więc operacja kurska pokazała formalność tożsamości obywatelskiej Rosjan i to, że nie umacnia się ona pod wpływem kryzysu. Innymi słowy, po 6 sierpnia nawet mieszkańcy obwodu kurskiego nie ustawiali się w kolejkach do wojskowych biur werbunkowych. Byłoby dziwne oczekiwać, że mieszkańcy, na przykład, regionu transbajkalskiego ustawią się w kolejce do biur poboru wojskowego, aby bronić obwodu kurskiego.

(...)

Obojętność Putina wobec własnych obywateli, a jednocześnie jego nieodparta chęć wtrącania się w sprawy innych ludzi zostały również zademonstrowane w jego działaniach po operacji kurskiej: pojechał do Azerbejdżanu, aby spotkać się z Ilhamem Alijewem, zwiedził Kaukaz Północny, łzawo pochwalił Czeczenów ("jeśli weźmiesz udział, już wygrałeś" — doskonałe hasło dla wojowników z TikToka) i przyjął palestyńskiego prezydenta Mahmuda Abbasa.

Przedwczesna wizyta Putina w Biesłanie była jedyną pośrednią reakcją na fakt, że region Kurska jest coraz bardziej pod kontrolą Ukrainy: rocznica strasznego ataku terrorystycznego wypadała dopiero za trzy tygodnie, ale Kreml postanowił powiązać te tragiczne wydarzenia z "operacją antyterrorystyczną" w obwodzie kurskim.

(...)

Kreml już odczuwa presję społeczną, na razie umiarkowaną, i najwyraźniej nie wie, co zrobić z ludźmi, którzy musieli opuścić swoje domy i ustalone źródła utrzymania. Zaskakująco nieprzemyślana propozycja przesiedlenia ludzi z obwodu kurskiego do okupowanej części obwodu zaporoskiego jest tego kolejnym potwierdzeniem.

(...)

Dotychczasowa kalkulacja Kremla polegała na kontrolowaniu ogólnego tempa walk po stronie Rosji: jej armia naciska, ponosi straty, ale posuwa się naprzód na Donbasie. Czysta kalkulacja i nic więcej: zdobyte terytoria są wymieniane na życie żołnierzy, które z kolei jest kupowane za petrodolary — w formie płatności za podpisanie kontraktu.

W planie Kremla Ukraina musiała się bronić i powoli oddawać terytorium. Niezbędnym warunkiem utrzymania tej dynamiki w wymiarze politycznym był brak nowej jednoetapowej fali mobilizacyjnej i poważnych niepowodzeń operacyjnych rosyjskiej armii.

Wydarzenia w Kursku wyraźnie pokazały wszystkim — a przede wszystkim Kremlowi — że wybrana strategia uzupełniania rosyjskich sił zbrojnych, głównie poprzez zachęty finansowe, nie pozwala na posiadanie wystarczających rezerw strategicznych i stworzenie wielokrotnej przewagi kadrowej w porównaniu z ukraińskimi siłami zbrojnymi.

Wielopoziomowa rekrutacja — prowadzona poprzez zachęty finansowe, anulowanie wyroków karnych, zmuszanie poborowych do podpisywania kontraktów, nadawanie obywatelstwa rosyjskiego cudzoziemcom — zapewnia jedynie uzupełnienie dużych strat dziennych (tzw. mięsne szturmy) i pozwala utrzymać liczebność rosyjskich sił zbrojnych na mniej więcej tym samym poziomie.

onet.pl/The Moscow Times


Po zatrzymaniu Durowa zrobiło się wielkie zamieszanie. Wypowiadali się obficie zwolennicy wolności internetu, wielbiciele Durowa, jego przeciwnicy, wyznawcy teorii spiskowych. I użytkownicy komunikatora Telegram – przeciętni i nieprzeciętni. Bodaj najwięcej głosów odezwało się w Rosji. 

Oficjele, kapłani propagandy państwowej, weterani wojen (dez)informacyjnych jeden przez drugiego krzyczeli: uwięzienie Durowa to zamach na wolność słowa. Przejęci troską o dalsze funkcjonowanie komunikatora okazali się rosyjscy wojskowi, którzy używają Telegrama do przesyłania sobie wiadomości operacyjnych (bardzo ciekawa i ważna okoliczność). Niektórzy syrenim głosem przyzywali Durowa, aby zostawił zgniły Zachód i powrócił do Rosji, która wszystko mu wybaczy i przytuli do łona.

Komentatorzy gubili się w domysłach, próbując zrozumieć, dlaczego Durow przed przylotem do Francji przebywał w Azerbejdżanie (na dodatek w czasie, gdy był tam z wizytą Władimir Putin), dlaczego nie wrócił z Baku do Dubaju, a poleciał do Francji, gdzie czekała go przeprawa z prokuraturą.

Do powtarzanych w wielu komentarzach supozycji, że celem wyprawy Durowa do Baku było spotkanie z Putinem, spróbował odnieść się dobrze poinformowany politolog Abbas Gallamow: 

„Historia z zatrzymaniem Durowa nadal nie daje spokoju rosyjskiemu establishmentowi. W kręgach, które zwalczają Igora Sieczina (bliski współpracownik Putina, szef koncernu Rosnieft’), rozpowszechniana jest taka wersja. Badające okoliczności napaści Hamasu na Izrael amerykańskie służby specjalne stwierdziły, że część pieniędzy wykorzystywanych podczas przygotowań do ataku islamiści otrzymali za pośrednictwem kryptogiełdy jednego ze współpracowników Sieczina, generała Fieoktistowa. 

Amerykanie zaczęli naciskać na Durowa, aby udostępnił korespondencję Sieczina z Fieoktistowem. Sieczin dowiedział się o tym i przestraszył się. A to dlatego, że część pieniędzy, które miały trafić do Hamasu, poszła na lewo. Amerykanie przy tym mogli dotrzeć do informacji o tych pieniądzach, które Sieczin ukrywa przed Putinem (które „skręcił” podczas operacji przejmowania Rosniefti). A zatem Sieczin najbardziej obawiał się tego, że ujawnione informacje zdyskredytują go w oczach Putina. Postanowił obłaskawić Durowa, obiecał mu zorganizowanie spotkania z Putinem w Baku. 

Ale takiego spotkania nie zorganizował, natomiast spotkał się z miliarderem sam. Po tej rozmowie Durow postanowił co prędzej poddać się Francuzom i dlatego poleciał do Paryża. Nie mam możliwości, aby sprawdzić tę informację i za nią nie ręczę. Opowiadam ją po prostu jako ilustrację tego, czym żyją rosyjskie elity. Szkic z natury”. 

(...)

Socjolog Igor Ejdman widzi sprawę tak: „Nie lękajcie się, wszystko z Durowem i jego Telegramem będzie OK. Po prostu przejdzie na właściwą stronę w hybrydowej wojnie. (…) Telegram to informacyjna bomba atomowa. Odpowiedzialność twórców podobnych platform i producentów broni jest porównywalna. Kiedy sądzą handlarza bronią za sprzedaż towaru mafii lub agresorowi z obejściem sankcji, to nikt się nie oburza. Dlaczego zatem budzą zdziwienie problemy z prawem szefa Telegrama, który pozwala na wykorzystanie swojej platformy jako instrumentu wojny przeciw Ukrainie?

Durow uważał, że ma prawo swobodnie dysponować swoją bronią informacyjną, w tym udostępniać ją rosyjskim okupantom albo europejskim grupom przestępczym. Ale we współczesnym świecie to nie do pomyślenia. Toczy się wojna hybrydowa pomiędzy Zachodem i putinowską Rosją, każda ze stron stara się wziąć pod kontrolę technologie informacyjne i wykorzystać je w walce. Są uzasadnione podejrzenia, że w pewnym stopniu Rosja miała kontrolę nad Telegramem. Natomiast pewne jest, że korzystała zeń w swoich wojennych celach.

Prawdopodobnie skutkiem zatrzymania Durowa będzie ustanowienie zgodnej z prawem kontroli nad Telegramem ze strony europejskich instytucji. A to byłby cios wymierzony w informacyjne możliwości putinowskiego reżimu w wojnie przeciw Ukrainie i w hybrydowym konflikcie z Zachodem. Tylko tak można wytłumaczyć kolektywną histerię rosyjskich propagandystów i władz, które wystraszyły się takiej perspektywy”.

tygodnikpowszechny.pl


Sankcje wprowadzane przez Zachód po 2020 r. oraz współudział reżimu Alaksandra Łukaszenki w agresji na Ukrainę znacząco podważyły stan białoruskiego sektora petrochemicznego. Wdrażane od czerwca 2021 r. unijne embargo na import produktów naftowych odcięło eksporterom z Białorusi dostęp do rentownych rynków zachodnich, a następnie w wyniku działań wojennych zablokowana została również sprzedaż na kierunku ukraińskim – wcześniej jednym z najważniejszych.

Przynoszący wysokie dochody sektor naftowy stanął przed koniecznością reorganizacji logistyki dostaw i reorientacji eksportu. Po trudnym 2022 r. dzięki wsparciu ze strony Moskwy rafinerie częściowo odrobiły straty, korzystając z korzystnych trendów cenowych na rosyjskim rynku paliwowym. Jednocześnie branża dołączyła do innych sektorów gospodarki i stała się w pełni zależna od współpracy z Federacją Rosyjską (FR). Pomimo adaptacji do nowych warunków oba miejscowe zakłady musiały o około jedną trzecią zmniejszyć przerób ropy, co wpłynęło na ich rentowność i – co za tym idzie – doprowadziło do spadku ich znaczenia w gospodarce państwa.

(...)

Preferencyjne warunki dostaw ropy z FR (białoruscy odbiorcy m.in. nie płacili cła eksportowego) sprawiały, że miejscowe rafinerie przez lata były konkurencyjne na rynkach międzynarodowych zarówno pod względem ceny, jak i jakości produktów ropopochodnych. Pozwoliło to na stopniowe poprawianie jakości dzięki prowadzonym w obu obiektach wieloletnim programom modernizacyjnym. Do 2020 r. ok. 90% białoruskich produktów naftowych trafiało do Holandii i Wielkiej Brytanii – gdzie znajdowały nabywców (również z innych państw) na giełdach w Rotterdamie i Londynie – oraz na Ukrainę. Oba zakłady, dysponujące wówczas łączną mocą przerobową na poziomie ok. 20 mln ton ropy rocznie, zapewniały – zgodnie z danymi z lat 2010–2020 – ze sprzedaży zagranicznej rzędu 10–17 mln ton paliw dochody w wysokości od ponad 5 mld do 14 mld dolarów. Kwota ta stanowiła wtedy 15–34% wpływów eksportowych. Ponadto sektor generował średnio 30–35% produkcji przemysłowej oraz ok. 25% dochodów budżetowych.

(...)

Załamanie relacji z Zachodem w wyniku represji po wyborach prezydenckich na Białorusi w 2020 r. i wprowadzane restrykcje postawiły krajowe rafinerie w niekorzystnej sytuacji. W reakcji na krytykę i sankcje ze strony władz Litwy i Łotwy władze w Mińsku zdecydowały się na reorientację przeładunków paliw z portów w tych państwach, tradycyjnie stanowiących główną trasę eksportu, do portów rosyjskich. Krok ten zatwierdziło bilateralne porozumienie międzyrządowe z lutego 2021 r. W rezultacie w 2021 r. przez rosyjskie porty wywieziono ponad 2 mln ton białoruskich paliw, a w roku następnym – już przeszło 3 mln ton.

Najbardziej dotkliwym ciosem dla petrochemii było jednak pełne embargo na paliwa, przyjęte przez UE w czerwcu 2021 r., a następnie poparte przez państwa zachodnie nienależące do niej. W wyniku zakazu RB utraciła m.in. intratne rynki unijne i brytyjski. Dodatkowo odłożona w czasie (w przypadku większości kontraktów – do końca 2021 r.) pełna implementacja sankcji zbiegła się z – dokonaną przy współudziale Białorusi – agresją Rosji na Ukrainę. Dla miejscowych producentów paliw oznaczało to całkowitą blokadę sprzedaży na rynku ukraińskim – ostatnim z dostępnych dochodowych kierunków eksportowych.

W 2022 r. białoruska petrochemia stanęła przed koniecznością zupełnej reorientacji kierunków zbytu zagranicznego, co wiązało się m.in. z reorganizacją logistyki dostaw. Jedynym rozwiązaniem dla Mińska było rozwijanie współpracy z Rosją, będącą od tej pory nie tylko dostawcą surowca, lecz także de facto wyłącznym partnerem tranzytowym i – po części – końcowym odbiorcą. W rezultacie stale rośnie zarówno wartość, jak i objętość transportowanych przez FR towarów. Według najnowszych danych z I kwartału 2024 r. produkty naftowe stanowiły niemal 33% z 4,6 mln ton przewiezionych w tym czasie białoruskich ładunków, kierowanych głównie do portów w północno-zachodniej części kraju, zwłaszcza do obwodu leningradzkiego.

Nastąpiło też przekierowanie części eksportu paliw na rynek rosyjski, co potwierdzają (niepełne) dane dotyczące koncernu Biełnieftiechim, który w 2022 r. zwiększył sprzedaż do FR o 55%, do 1,1 mld dolarów, a część tej kwoty przypadła na ropopochodne. Mimo to białoruskie zakłady w 2022 r. były zmuszone ograniczyć przerób – wyniósł on zaledwie 12 mln ton (spadek o ok. 30% w porównaniu do dwóch poprzednich lat), czyli znacznie poniżej ich mocy produkcyjnych. Odpowiednio (czyli również o ok. 30%, do nie więcej niż 5,6 mln ton) skurczył się eksport.

Zarazem, zgodnie z wyliczeniami ekonomistów z niezależnego białoruskiego ośrodka BEROC, w latach 2022–2023 krajowi wytwórcy paliw korzystali z niskich cen rosyjskiego surowca, co zapewniło im w tym okresie dodatkowy (w porównaniu z poprzednimi latami) zysk w wysokości 3,6 mld dolarów, z czego na 2023 r. przypadło 1,9 mld dolarów, czyli 2,6% PKB państwa. W konsekwencji sektor naftowy odrobił część strat spowodowanych utratą kluczowych rynków zewnętrznych oraz wzrostem kosztów transportu do bardziej odległych – w porównaniu do litewskich i łotewskich – portów rosyjskich. Co więcej, według szacunków BEROC w 2023 r. w obu rafineriach przetworzono łącznie ok. 16 mln ton ropy (14 mln pochodziło z FR, a reszta – z krajowego wydobycia), z czego na eksport przeznaczono do 9 mln ton. Tym samym przerób zwiększył się o 4 mln ton r/r, co oznacza przynajmniej częściowy powrót do poziomów sprzed 2020 r., kiedy to nie spadał poniżej 18 mln ton rocznie.

Pozytywna tendencja w sektorze paliw była również jednym z czynników wzrostu białoruskiego PKB w 2023 r. o 3,9%, odnotowanego po recesji w roku poprzednim (-4,7%). Jednocześnie otwarte pozostaje pytanie o utrzymanie poziomu produkcji rafineryjnej. Tegoroczne trendy cenowe na rosyjskim rynku naftowym już teraz wskazują na redukcję zysków strony białoruskiej o 0,5–1 mld dolarów. Popyt FR na paliwa z RB – niestabilny i zarazem niewielki – najwyższe wartości osiągał w momentach spadku krajowej produkcji po ukraińskich atakach powietrznych na rosyjskie rafinerie w pierwszych miesiącach 2024 r., lecz nawet wtedy nie przekraczał kilku tysięcy ton miesięcznie (dla porównania w 2023 r. Rosja sprowadziła z Białorusi zaledwie 45 tys. ton benzyny). Ograniczone zapotrzebowanie wynika m.in. z preferencji dla rosyjskich wytwórców paliw, którzy dodatkowo lobbują za blokowaniem importu ropopochodnych, aby nie utracić uprzywilejowanej pozycji na rynku krajowym. Warto też nadmienić, że przejściowe braki dotyczyły wybranych produktów, w tym cieszącej się stosunkowo niskim popytem benzyny wysokooktanowej.

W latach 2022–2023 w obu białoruskich zakładach ukończono wspomniane już wieloletnie programy modernizacyjne, na co zapewne wpłynęły także korzystne ceny surowców. W Mozyrzu zrealizowano projekt instalacji i wdrażania technologii H-Oil, polegającej na wodorowym uszlachetnianiu pozostałości ropnych, dzięki czemu głębokość przerobu ropy ma się podnieść z 74 do 90%. Z kolei w Naftanie sfinalizowano prace przy infrastrukturze do koksowania – w ten sposób produkcja paliw zwiększy się, a efektywność przerobu wzrośnie do 92–93%. Ponadto w oparciu o nowe technologie uruchomiono wytwarzanie 400 tys. ton rocznie koksu naftowego, stosowanego m.in. w hutnictwie.

Zgodnie z szacunkami łączne moce przerobowe obu podmiotów powinny obecnie wynosić 24 mln ton, czyli o 4 mln więcej niż przed modernizacją. Wypowiedzi przedstawicieli sektora naftowego wskazują jednak, że pełne wykorzystanie potencjału zakładów w warunkach reżimu sankcyjnego i niedostępności rynku ukraińskiego jest niemożliwe. Z dostępnych danych z ostatnich trzech lat wynika, że poziom przerobu nie przekraczał 70% mocy.

Strona białoruska zdaje sobie sprawę z ograniczonego popytu na paliwa z RB zarówno w samej Rosji, jak i w państwach trzecich (trudnych do zidentyfikowania z powodu braku danych). Istotną rolę odgrywa również kosztowna logistyka dostaw. W obu rafineriach podjęto więc prace nad rozwojem produkcji substancji chemicznych znajdujących zastosowanie w przemyśle krajowym i zagranicznym, takich jak propylen, polipropylen, benzol czy poliwęglan.

Białoruski sektor paliw ma kłopoty z rentownością, o czym świadczą pośrednio wyniki finansowe firm z rejonu mozyrskiego i miasta Nowopołocka z pierwszych dwóch miesięcy 2024 r. W obu jednostkach terytorialnych największymi płatnikami są właśnie rafinerie. Odnotowane straty – rzędu odpowiednio 0,9 mln i 0,5 mln dolarów – z pewnością zostały wygenerowane głównie przez nie.

osw.waw.pl

czwartek, 29 sierpnia 2024



Mariia Tsiptsiura: W jednym z wywiadów powiedział pan, że Ukraińcy żyją dziś w "surowym realizmie". Czy mógłby pan powiedzieć, co dokładnie miał na myśli?

Jewhen Hołowaha: Musimy pamiętać o tym, co działo się w pierwszym roku wojny. Wtedy, pomimo wszystkich strat, szoku emocjonalnego i psychologicznego, Ukraińcy przechodzili niesamowite zmiany. Zdaliśmy sobie sprawę, że możemy stawić opór krajowi kilka razy większemu od nas. Mogę zapewnić, że przed pełnoskalową inwazją nie wiedzieliśmy, że jesteśmy do tego zdolni. W pewnym momencie bardzo mocno uwierzyliśmy w naszą siłę.

To była szokowa reakcja emocjonalna, silny przypływ, uwolnienie "społecznej adrenaliny". Osoba w sytuacji śmiertelnego zagrożenia może nie do końca zdawać sobie sprawę z otaczającej rzeczywistości, ale przypływ adrenaliny pomaga w mobilizacji. Tak stało się po 24 lutego.

Ukraińcy zjednoczyli się w pragnieniu obrony kraju, by nie stracić państwa i wolności. Od razu było jasne, co zrobią Rosjanie, jeśli zajmą Ukrainę. Zdecydowana większość Ukraińców odczuła to emocjonalne uniesienie. Ponad 70 proc. osób, które odpowiedziały na ankietę po rozpoczęciu wojny, stwierdziło, że odczuwało przede wszystkim dumę. W ciągu jednego dnia pokonaliśmy wewnętrzne podziały. Mieszkańcy wszystkich obwodów i przedstawiciele wszystkich sił politycznych opowiedzieli się za zdecydowanym oporem przeciwko rosyjskiej agresji, za integracją europejską i członkostwem w NATO.

Tak, chęć dołączenia Ukrainy do NATO nie była do końca jednoznaczna dla Ukraińców przed wojną...

W 2021 r. tylko 42 proc. obywateli opowiedziało się za akcesją do NATO. W 2024 r. — 71 proc. W 2021 r. 49 proc. było za przystąpieniem do Unii Europejskiej, a teraz 74 proc. Obecnie mamy zdecydowaną większość, która chce iść w kierunku Zachodu. Przypomnę, że do 2014 r. 52 proc. Ukraińców chciało integracji z Rosją. Teraz jest to od 2 do 3 proc.

Wracając do wydarzeń z 2022 r., jest jeszcze drugi czynnik, który miał silny wpływ na nastroje Ukraińców w tamtym czasie. Ludzie widzieli i czuli, jak wzrósł ich szacunek na świecie. Cywilizowany świat okazał wielką solidarność dla naszego społeczeństwa. Ten powszechny szacunek przekształcił się w szacunek do samego siebie, który do wybuchu wojny był nadal niewystarczający.

Ludzie w sondażach twierdzili, że ich państwo jest słabo rozwinięte, nieefektywne, ma słabą gospodarkę i nieprofesjonalnych przywódców. W 2022 r. to wszystko zmieniło się z dnia na dzień. Brak szacunku został zastąpiony wysokim szacunkiem do samego siebie. Po rozpoczęciu wojny, pomimo wszystkich strat, Ukraińcy oceniali stan naszej gospodarki znacznie lepiej niż przed jej wybuchem. Zdali sobie sprawę, że jeśli wszystko nadal funkcjonuje, to nie musiało być aż tak źle.

Straciliśmy około jednej czwartej gospodarki i miliony ludzi na okupowanych terytoriach. Mimo to nadal żyliśmy, pracowaliśmy i stawialiśmy opór. To było niesamowite. Nazywam ten stan rzeczy "nierealistycznym optymizmem" i "euforycznym uniesieniem".

W jaki sposób ten nierealistyczny optymizm przekształcił się w "surowy realizm"?

W 2022 r. sondaże wykazały, że 95 proc. respondentów było przekonanych o zwycięstwie Ukrainy. Większość ludzi twierdziła również, że wojna zakończy się za kilka miesięcy. To był nierealistyczny optymizm, który odegrał ważną rolę w konsolidacji społeczeństwa.

W miarę rozwoju wydarzeń ten zasób się stopniowo wyczerpywał. Dlatego rok 2023 stał się rokiem umiarkowanego optymizmu, a rok 2024 surowego realizmu. Obecnie ludzie rozumieją, co się dzieje, i patrzą na sytuację bez różowych okularów.

Musimy dodać do tego jeszcze jedną statystykę: 75 proc. Ukraińców straciło już krewnych lub przyjaciół podczas wojny. Wyobraźmy sobie, jak trudna emocjonalnie jest ta sytuacja dla ogromnej większości ludzi.

W jaki sposób te zmiany będą miały wpływ na społeczeństwo ukraińskie?

Większość ludzi wciąż wierzy w zwycięstwo, ale sytuacja nie jest tak jasna, jak wydawałaby się wcześniej. Porównajmy — w 2022 r. aż 75 proc. w pełni wierzyło w zwycięstwo, a 20 proc. raczej wierzyło. Aktualnie 37 proc. jest pewnych triumfu Ukrainy, a 30 proc. raczej w to wierzy.

To oznacza, że dwa lata temu 95 proc. obywateli wierzyło w pokonanie wroga, a teraz 67 proc. To wciąż zdecydowana większość, ale ludzie są pełni wątpliwości. Jest 15 proc. ludzi, którzy nie wierzą w sukces Ukrainy. To nadal znaczna mniejszość, ale dynamika jest oczywista. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie straty, tragedie, napięcia i stres, jest to dobry wskaźnik, że zdecydowana większość nadal wierzy w zwycięstwo Ukrainy.

Jest jeszcze jedna interesująca liczba. W 2022 r. 69 proc. było skłonnych znieść wojnę tak długo, jak będzie to konieczne, aby wygrać. Z kolei 24 proc. było gotowych wytrzymać, ale przez ograniczony czas. Niegotowych było wówczas 5 proc. Teraz 43 proc. jest gotowych wytrzymać tak długo, jak będzie to potrzebne, a 26 proc. przez ograniczony czas. Brak gotowości deklaruje 14 proc. pytanych.

To znaczy, że mimo rakiet, przerw w dostawie prądu i strat 69 proc. Ukraińców jest zdeterminowanych, aby wytrzymać wojnę w imię zwycięstwa. To bardzo wysoka liczba w trzecim roku wojny. Tak, ludzie nie są już tak kategoryczni, ale są zdeterminowani, by walczyć.

Czy możemy przewidzieć, jak ta statystyka może się zmienić w przyszłości?

Dużo będzie zależało od wsparcia naszych partnerów. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy nastroje bardzo się pogorszyły z powodu sytuacji z amerykańskim wsparciem. Nasi ludzie zostali bez broni, podczas gdy Federacja Rosyjska otrzymała pomoc od swoich partnerów. To była katastrofa, przez co motywacja dramatycznie spadła. Teraz sytuacja z dostępnością broni się poprawiła, ale optymizm rośnie powoli. Rozumiem, że naszym partnerom też jest trudno. 2,5 roku wojny było trudne nie tylko dla Ukrainy, ale również dla całego świata.

(...)

Czy istnieją jakieś różnice w wierze w zwycięstwo i gotowości do przetrwania wojny w zależności od regionów Ukrainy?

Nie. Ukraina wciąż się konsoliduje. Następuje pogorszenie nastrojów i ocen, ale sytuacja jest proporcjonalna we wszystkich regionach. Nie tracimy jedności, czyli nie mamy problemu z konsolidacją.

Ważne jednak jest, w jaki sposób to będzie się przejawiać — czy we wspólnej walce o zwycięstwo, czy w chęci zakończenia wojny wszelkimi niezbędnymi środkami.

W takim razie, jeśli mówimy o portrecie Ukraińca za 2,5 roku, to jest to osoba, która nadal wierzy w zwycięstwo, ale nie jest już w stanie euforii. Rozumie również, że wojna może potrwać długo, ale mimo to potrafi zachować solidarność z rodakami.

Tak. Nadal wierzy, ale nie ma absolutnego zaufania. Nie ma złudzeń, że nasze zasoby są nieskończone i że nasi partnerzy zawsze pomogą. Zdaje sobie sprawę, że żyje w skomplikowanym świecie, a współczucie nie jest równoznaczne z pomocą.

Najważniejsze jest to, aby wszyscy nadal rozumieli, że jeśli przegramy, stracimy państwo i perspektywę rozwoju jako naród.

Jeśli chodzi o czas wojny, to ludzie patrzą na wszystko z zimną głową. W 2022 r. 14 proc. uważało, że wojna zakończy się za kilka miesięcy, od pół roku do roku — 50 proc., ponad rok — 26 proc.

W 2024 r. dane przedstawiają się następująco: kilka miesięcy — 2 proc., pół roku do roku — 7 proc., ponad rok — 31 proc. Z kolei 60 proc. nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. To oznacza, że z czasem ludzie zdali sobie sprawę, że zakończenie wojny jest skomplikowane i zależy od wielu czynników.

(...)

Jeśli mówimy, że najtrudniejszym czynnikiem w Ukrainie jest mobilizacja, to czy istnieją sposoby, aby sprawić, by ta kwestia stała się mniej kontrowersyjna?

Tak, istnieją i są oczywiste. Musimy znacząco zwiększyć wsparcie dla wojska. Kosztem jakichkolwiek cięć dla ludności cywilnej musimy podnieść płatności i odszkodowania.

Po drugie, należy częściej wyjaśniać w przestrzeni publicznej, co się stanie, jeśli nie będziemy walczyć.

Po trzecie, zasady powinny być przejrzyste dla ludzi, co będzie przekładało się również na walkę z korupcją. Istnieje intuicyjne poczucie sprawiedliwości, wskazujące, że w społeczeństwie, które znajduje się w stanie śmiertelnego zagrożenia, wszystkie grupy społeczne biorą na siebie równą odpowiedzialność, niezależnie od ich pozycji. Historycznie zawsze tak było.

Ważne jest, by społeczeństwo miało to poczucie intuicyjnej sprawiedliwości. Silny wpływ na motywację ma właśnie równy udział w wojnie przedstawicieli wszystkich grup społecznych, niezależnie od ich sytuacji finansowej i statusu.

Mówiliśmy o mobilizacji, która dzieli ludzi. A co teraz łączy Ukraińców?

53 proc. badanych twierdzi, że jest to wiara we wspólną, świetlaną przyszłość. Oznacza to, że bez względu na wszystko, ludzie nadal wierzą i daje im to siłę oraz zasoby do walki.

Na drugim miejscu na pytanie, co łączy społeczeństwo, Ukraińcy odpowiedzieli, że jest to utrata normalnego życia (40 proc.). Oznacza to, że wszyscy rozumieją, że żyją w niecodziennych okolicznościach. To sprawia, że np. w społeczeństwie jest mniej konfliktów domowych. Ludzie stracili tak wiele, że mniej kłócą się o drobne rzeczy. Mówiąc obrazowo, trudno się kłócić w transporcie publicznym, gdy rano zbombardowano im dom.

Trzecią rzeczą, która według 38 proc. respondentów nas łączy, jest poczucie patriotyzmu. Język, religia, różnice regionalne i poglądy polityczne nie zagrażają już konsolidacji społeczeństwa. Do tych spraw jeszcze wrócimy, ale już po wojnie.

Poza tym atak Federacji Rosyjskiej miał duży wpływ na Ukraińców i ich samoidentyfikację.

Czy może pan podać przykład w liczbach?

Jeszcze przed 2014 r. większość Ukraińców uważała, że rosyjski powinien stać się drugim językiem urzędowym. W 2021 r. już 57 proc. było temu przeciwnych, a teraz jest to 80 proc.

Oznacza to, że zdecydowana większość Ukraińców nie widzi już takiej opcji. Putin zabił tą wojną miliony Rosjan w Ukrainie. Jeśli przed 2014 r. 12 proc. ludzi identyfikowało się jako etniczni Rosjanie, teraz jest ich tylko 2 proc. Ludzie w Ukrainie nie chcą identyfikować się z niczym, co ma rosyjskie korzenie. Putin zniszczył podstawy do rozpowszechniania się języka rosyjskiego i ludzi, którzy identyfikują się z tym narodem.

onet.pl


Odcinając gaz Europie, moskiewscy politycy mogli się spodziewać, że skutki będą porównywalne z kryzysami naftowymi lat 70. Przemawiając w 2022 r. na Forum Ekonomicznym w Petersburgu, Putin powiedział, że podstawowe problemy zachodnich społeczeństw pogłębiają się, a utrata przez nie rosyjskiego rynku i inflacja, doprowadzą do "zmian społecznych i ekonomicznych, degradacji, a w przyszłości do zmiany elit". Putin chciał wpływać na zmiany polityczne w Europie, dlatego eskalował wojnę energetyczną z Zachodem.

Lata 70. i początek lat 80. były niezwykle dla całego świata zachodniego. USA, Wielka Brytania i inne kraje zachodnie doświadczyły recesji, wysokiej inflacji i kryzysów politycznych. Z kolei dla krajów produkujących ropę naftową czasy były łaskawsze. ZSRR osiągnął parytet nuklearny z USA, ostatecznie przyjmując rolę światowej potęgi ówczesnych czasów.

Zawarto kilka traktatów o ograniczeniu zbrojeń, zintensyfikowano współpracę gospodarczą, otwarto regularne loty między Moskwą a Nowym Jorkiem, rozpoczęto współdziałanie USA i ZSRR w sferze kosmicznej (program Sojuz-Apollo). I, wreszcie rozpoczęła się wówczas budowa "mostu naftowo-gazowego" między ZSRR a Europą Zachodnią. Rosja pozostawała kluczowym dostawcą surowców energetycznych.

Krótko mówiąc, to właśnie wtedy, jakieś 50 lat temu, położono fundamenty pod wszystko, co Moskwa zniszczyła własnymi rękami w pierwszym wojennym roku.

Rosja zbliżyła się do Chin i próbuje wpłynąć na USA i Europę za pomocą gróźb i nacisków — w podobny sposób, jak Arabia Saudyjska i Kuwejt próbowały wpłynąć na Zachód w latach 70. Tym razem jednak presja okazała się znacznie mniej opłacalna.

Dyskutując o tym, do czego doprowadzi wyłączenie rosyjskiego gazu, ekonomiści przewidywali, że Niemcy, a być może i cała strefa euro, wejdą w recesję, a PKB spadnie nawet o 3 proc. w 2022 r. Spodziewano się częściowych lub całkowitych wyłączeń całych branż, protestów obywatelskich i kryzysów politycznych. Zachód jednak szybko i skutecznie zrezygnował z dostaw rosyjskich surowców, a gospodarka całej strefy euro nawet się umocniła.

"Kryzys Zachodu", na który liczyła Moskwa, nie nastąpi. Wycofanie ogromnych ilości gazu z unijnego rynku nie spowodowało burz przypominających lata 70.

Zastąpienie wycofanego gazu, szybkiej budowy terminali skroplonego gazu ziemnego i oszczędzanie okazały się większe, niż przewidywali analitycy. Wysyłka skroplonego gazu ziemnego z USA do Europy wzrosła w 2022 r. 2,5-krotnie w porównaniu z 2021 r. i przewyższyła wysyłki rosyjskie.

Dzięki temu — i ciepłej zimie — ceny gazu wróciły do poziomu sprzed wojny. Inflacja pozostaje niepokojącym czynnikiem (...)

 (...)

— Myślę, że lato 2022 r. było szczytem rosyjskich wpływów w sektorze energetycznym. W ciągu najbliższych kilku lat Rosja straci status supermocarstwa w sektorze energetycznym — mówi Daniel Yergin. Pozostając największym krajem wydobywczym, Rosja straciła pozycję supermocarstwa energetycznego.

Posiadanie zasobów to przewaga, którą każdy, kto je ma, chętnie wykorzystuje. Robią to USA, Arabia Saudyjska i Kuwejt. Kraje i kartele prowadzą wojny cenowe, próbują wzajemnie usunąć się z rynków i budować wpływy polityczne poprzez sferę energetyczną. Jednak próby jawnego szantażu długoletnich partnerów prowadzą do jego upadku.

Rosja w szybkim tempie przekształciła się z supermocarstwa energetycznego w podrzędny kraj o ogromnych zasobach. Rosyjskie elity są jak spadkobiercy bogatej rodziny, sprzedający wszystko, co wpadnie im w ręce. Szemrane interesy, których będzie coraz więcej, pozwolą im napełnić kieszenie, ale nie pozwolą cieszyć się przywilejami supermocarstwa.

Ale sami politycy zachodni w swoim sprzeciwie wobec rosyjskiej agresji dzielą się na dwie nierówne grupy. Większość zgadza się, że nie wolno pozwolić Putinowi na wygranie wojny. Tylko mniejszość upiera się, że to nie wystarczy i że Rosja musi zostać całkowicie pokonana. Sądząc po ostrożności w dostarczaniu broni do Ukrainy i opóźnieniach w kluczowych sankcjach, przeważa podejście "nie da się wygrać".

W wojnie energetycznej sytuacja jest podobna. Jednym z dążeń jest uniemożliwienie Putinowi wpływania na światowe rynki i wywoływania kryzysów politycznych. Drugi to pozbawienie go możliwości finansowania wojny.

Stale mówi się o drugim celu, ale w rzeczywistości dąży się do pierwszego.

— Naszą intencją nie jest doprowadzenie do upadku rosyjskiej gospodarki. Naszym zamiarem jest zmuszenie Kremla do wyboru między utrzymaniem gospodarki na powierzchni a finansowaniem wojny — pisał "Financial Times", cytując urzędnika amerykańskiego ministerstwa skarbu.

onet.pl/meduza.io


Według Trumpa Mark Zuckerberg spiskował przeciwko niemu podczas wyborów w 2020 r. i powiedział, że dyrektor generalny Meta "spędzi resztę życia w więzieniu", jeśli zrobi to ponownie.

Jest to najnowszy atak Trumpa na Zuckerberga, którego wielokrotnie oskarżał o ingerencję w ostatnie wybory prezydenckie. Meta podjęła kroki w celu zapewnienia konserwatystów, że nie będzie wpływać na tegoroczną kampanię.

"Save America", książka autorstwa Trumpa, która ukaże się 3 września, zawiera niedatowane zdjęcie Trumpa spotykającego się z Zuckerbergiem w Białym Domu. Pod zdjęciem Trump napisał, że Zuckerberg "przychodził do Gabinetu Owalnego, by się ze mną zobaczyć. Przyprowadzał swoją bardzo miłą żonę na kolacje, był tak miły, jak tylko mógł być, podczas gdy zawsze knuł, jak zainstalować haniebne Lock Boxy w prawdziwym SPISKU PRZECIWKO PREZYDENTOWI" — dodał Trump, odnosząc się do 420 mln dol. wkładu Zuckerberga i jego żony, Priscilli Chan, dokonanych podczas wyborów w 2020 r. w celu sfinansowania infrastruktury wyborczej.

"Powiedział mi, że na Facebooku nie ma nikogo takiego jak Trump. Ale jednocześnie, z jakiegokolwiek powodu, skierował to przeciwko mnie" — kontynuuje Trump. "Obserwujemy go uważnie i jeśli tym razem zrobi coś nielegalnego, spędzi resztę życia w więzieniu — podobnie jak inni, którzy będą oszukiwać w wyborach prezydenckich w 2024 r.".

Trump poczynił już wcześniej podobne uwagi na temat Zuckerberga. Trump napisał w lipcowym poście na Truth Social, że jeśli zostanie wybrany, będzie ścigał "OSZUSTÓW WYBORCZYCH na poziomie, jakiego nigdy wcześniej nie widziano, i zostaną oni wysłani do więzienia na długi czas. Wiemy już, kim jesteś. NIE RÓB TEGO! ZUCKERBUCKS, bądź ostrożny!".

(...)

Republikanie skrytykowali Metę za tłumienie treści, które mogłyby zaszkodzić prezydentowi Joemu Bidenowi w 2020 r., w szczególności doniesienia o synu ówczesnego kandydata, Hunterze Bidenie. W tamtym czasie FBI ostrzegało, że relacje te mogły być częścią zaaranżowanych przez Rosję wysiłków mających na celu wpłynięcie na wybory.

Zuckerberg wysłał w poniedziałek list do kontrolowanej przez Republikanów Komisji Sądownictwa Izby Reprezentantów, przyznając, że stłumienie tej historii było błędem, mówiąc, że "od tego czasu stało się jasne, że raportowanie nie było rosyjską dezinformacją, a z perspektywy czasu nie powinniśmy byli degradować tej historii".

W tym samym liście Zuckerberg napisał, że administracja Bidena próbowała "naciskać" na Metę, aby bagatelizowała pewne treści dotyczące Covid-19, co według niego było "błędem" ze strony Białego Domu. Zuckerberg powiedział również, że nie dokona podobnych wpłat na finansowanie infrastruktury wyborczej przed tegorocznymi wyborami, choć podkreślił również, że finansowanie nie miało mieć charakteru partyzanckiego.

onet.pl/Politico


Putin koncentruje się na doprowadzeniu do upadku państwa ukraińskiego, wierzy zatem, że kwestie terytoriów kontrolowanych przez Kijów automatycznie staną się nieistotne po załamaniu się ukraińskiej państwowości — powiedziała Tatiana Stanowaja z think tanku Carnegie Russia Eurasia Center.

— Chociaż jest to (ukraińska ofensywa w obwodzie kurskim — red.) niewątpliwie cios dla reputacji Kremla, jest mało prawdopodobne, aby spowodowała znaczący wzrost niezadowolenia społecznego lub politycznego wśród rosyjskiej ludności — uzasadniła Stanowaja.

— Ukraiński atak może w rzeczywistości doprowadzić do wzrostu nastrojów antyukraińskich i antyzachodnich — podsumowała analityczka, oceniając potencjalne skutki ostatniej ofensywy Kijowa.

onet.pl

środa, 28 sierpnia 2024



Podobnie jak w przypadku wszystkich nieudanych małżeństw, pierwszy znak, że branża technologiczna zawiodła, pojawił się na wiele lat przed ostatecznym rozstaniem.

Po dwóch dekadach konsekwentnych wewnętrznych innowacji, Big Tech uzależnił się od przejęć. 

W 2010 r. Apple kupił Siri, Meta kupiła WhatsApp, Instagram i Oculus, Amazon kupił Twitcha, Google kupił Nest i cały dział mobilności Motoroli.

Początkowo społeczeństwo, które jeszcze nie nabrało podejrzeń wobec technologii, kibicowało tym szaleństwom, oklaskując Amazona i Metę (wówczas jeszcze Facebooka) za znalezienie nowych sposobów na rozszerzenie działalności i zdobycie większej liczby użytkowników. Z czasem jednak przejęcia uniemożliwiły tym firmom skupienie się na dostarczaniu funkcji, których potrzebowaliśmy. (I ostatecznie wpędziły je w kłopoty prawne, jak ujawniło poniedziałkowe orzeczenie antymonopolowe przeciwko praktykom Google w zakresie wyszukiwania). Duże firmy technologiczne stały się mniej znane z jednego konkretnego produktu. Zamiast tego oferowały rozległy pakiet różnych połączonych ze sobą funkcji, które w pewnym sensie działały i skutecznie drukowały pieniądze.

Firmy technologiczne i przeciętni użytkownicy wiedzieli, że samo przejmowanie mniejszych startupów nie wystarczy. W końcu ludzie potrzebowali czegoś prawdziwego, na skalę wyszukiwarki Google, Facebooka lub oryginalnego iPhone'a, czegoś, co zmieniło sposób, w jaki wchodziliśmy w interakcje z innymi, co uczyniło nasze życie lepszym, fajniejszym i bardziej żywym, a przynajmniej trochę łatwiejszym. Po kilku latach bezczynności Dolina Krzemowa nie była jednak w stanie tego zapewnić. Zamiast tego, Big Tech popadł w obsesję na punkcie niedopracowanych projektów, które wydawały się rewolucyjne, ale w praktyce albo nie były wystarczająco niezawodne, aby można było im zaufać, albo po prostu nie były szczególnie przydatne.

Lśniące rozpraszacze były powszechne: wirtualna rzeczywistość na krótko zawojowała rynek, a Oculus Rift spopularyzował tę koncepcję, dopóki nie stało się oczywiste, że technologia ta jest jedynie niszowym gadżetem o niezwykle zmiennych rezultatach w zależności od tego, kto z niej korzysta. Na krótko zachwyciła nas rzeczywistość rozszerzona, z niesamowicie wyglądającym demo firmy Magic Leap, które zainspirowało krótki szał finansowania wraz z jeszcze krótszym cyklem zainteresowania wokół Google Glass. Autonomiczne samochody stały się modne po tym, jak Tesla uruchomiła oprogramowanie "autopilota" pod koniec 2015 r., a Elon Musk obiecał, że do 2017 r. "każda nowa Tesla będzie jeździć sama". Po latach Musk nie wywiązał się z obietnicy, a pojazdy autonomiczne wciąż mają trudności z dotarciem na rynek poza bardzo wąskim kręgiem zastosowań. Potem nastąpił bolesny flirt z kryptowalutami i zupełnie niepotrzebne mrzonki o metaverse.

Za wszystkimi tymi ruchami kryje się jeden spójny czynnik: obietnice technologiczne znacznie przewyższyły zdolność oprogramowania i sprzętu do faktycznego generowania wartości. Autonomiczne samochody są możliwe, ale wymagają niewiarygodnie dużej ilości danych szkoleniowych, a nawet wtedy podejmują rażące, a czasem śmiertelne decyzje, przez co trudno im zaufać. Chociaż możemy uwielbiać ideę przebywania w wirtualnym świecie, nasze oczekiwania są takie, że chcielibyśmy w pełni zmysłowego doświadczenia, a nie nieporęcznego zestawu gogli, a bez całkowitego wczucia się, wszystko wydaje się odległe. Rzeczywistość rozszerzona ma fajne pomysły, ale konsumenci chcą czegoś, co magicznie wyświetla się przed nimi. Wszelkie fizyczne przeszkody lub niezgrabny system menu niszczą iluzję. We wszystkich tych przypadkach firmy technologiczne próbowały wbić się na nowy, wielomiliardowy rynek, pozwalając jednocześnie, by podstawowe produkty, czyli to, co sprawiło, że zakochaliśmy się w nich w pierwszej kolejności, odeszły w zapomnienie. To wszystko jest tak strasznie rozczarowujące: ignorowanie długoterminowych problemów na rzecz błyszczących świecidełek, które sprawiają, że niedoinformowani inwestorzy zakochują się w nich, nie akceptując faktu, że powodem, dla którego ludzie są tak negatywnie nastawieni do branży technologicznej, jest to, że jej podstawowe produkty stają się coraz gorsze, aby inwestorzy mogli zarobić więcej pieniędzy.

Big Tech stał się ponury, roszczeniowy i leniwy, ponieważ wierzy, że nikt inny nie będzie w stanie odebrać mu cennych klientów. 

(...)

Coraz częściej pogrążona w rozwodowej mentalności kadra kierownicza boi się wykonywać ciężką, twórczą pracę, ponieważ wymaga to inwestowania ogromnych ilości czasu i energii w opracowywanie nowych wynalazków z wyraźnymi przypadkami użycia w życiu codziennym lub naprawianie podstawowych produktów, które pozostawili na pastwę losu. Pichai nie powinien być podekscytowany sztuczną inteligencją w wyszukiwarce. Powinien wykonać ciężką pracę, aby naprawić kwestie kulturowe i motywacyjne, które zrujnowały istniejącą wyszukiwarkę Google. Satya Nadella nie powinien przeznaczać miliardów na sztuczną inteligencję, ale starać się stworzyć znaczące ulepszenie systemu Microsoft Windows lub inwestować w wewnętrzne usługi bezpieczeństwa, zamiast zlecać je partnerom nastawionym na wzrost za wszelką cenę, takim jak CrowdStrike. Amazon jest w tym momencie firmą logistyczną o wartości 50 mld dol. z ogromnym biznesem przetwarzania w chmurze. Zamiast inwestować w uszczęśliwianie swoich pracowników i klientów, pozwolił na obniżenie jakości produktów oferowanych na platformie i traktował swoich pracowników i klientów jak śmieci. Ale wszystko to jest o wiele trudniejsze niż kupienie jakiegoś na wpół gotowego chatbota i niechlujne podłączenie go, więc tutaj dostajemy AI w desperackiej próbie odzyskania klientów.

Podobnie jak w przypadku rozpadu każdego małżeństwa, wielki rozwód technologii z użytkownikami jest wynikiem oderwania się od powodu, dla którego zbudowali swoje firmy w pierwszej kolejności, kiedy rzeczy miały większe znaczenie, kiedy czuli, że muszą zasłużyć na miłość i szacunek ludzi. Obecnie firmy Big Tech to zlepki ludzi z różnych przedsiębiorstw nabytych w różnym czasie, bez jasnej wizji i niewielkiej jedności kulturowej. Podobnie jak w przypadku ludzi, którzy biorą ślub, starzeją się, przestają chodzić na randki, przestają zwracać uwagę na siebie nawzajem i na małe rzeczy, Big Tech po prostu zapomniał, co się liczy: klient. Zamiast tego popadł w pasożytniczą relację, w której klienci są zmuszeni pozostać, ponieważ odejście byłoby bolesne, frustrujące i wymagałoby dużo pracy.

businessinsider.com.pl

wtorek, 27 sierpnia 2024



Karol Byzdra, Energetyka24.com: o jakiej skali dzisiejszego ataku możemy mówić?

Maciej Zaniewicz, Forum Energii: Z całą pewnością mówimy o jednym z największych ataków. Po raz kolejny był on w dużej mierze wymierzony w system elektroenergetyczny. Przez dłuższy czas obserwowaliśmy względny spokój, co pozwoliło Ukraińcom w znacznym stopniu zniwelować problemy spowodowane wcześniejszymi atakami i ograniczyć czas planowanych wyłączeń energii elektrycznej. Dotychczas panowały stosunkowo optymistyczne nastroje, z nadzieją, że uda się przejść przez wrzesień bez wyłączeń, jednak dzisiejszy atak brutalnie zweryfikował tę rzeczywistość, i teraz jesteśmy pewni, że nie uda się tego osiągnąć.

Czy wiadomo już, jakie obiekty i elementy infrastruktury energetycznej zostały zniszczone?

Jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o szczegółach ataku. Nawet sam operator nie jest chętny do dzielenia się informacjami i wciąż liczy straty. Na ten moment można jednak stwierdzić, że oprócz elektrowni, które wcześniej były głównymi celami, tym razem zaatakowane zostały także stacje elektroenergetyczne.

Dlaczego akurat stacje elektroenergetyczne?

Nie da się ich w pełni zabezpieczyć. W Ukrainie wdrażany jest program ochrony tych stacji, mający na celu m.in. uchronienie ich przed odłamkami, co w pewnym stopniu zwiększa ich bezpieczeństwo. Głównym problemem jest jednak fakt, że centralnym elementem każdej stacji jest transformator z łatwopalnym olejem. Pożary takich transformatorów są szczególnie groźne, ponieważ płonący olej szybko się rozprzestrzenia i jest trudny do ugaszenia. W związku z tym ochrona pasywna tych obiektów jest niemal niemożliwa.

(...)

Rozumiem, wrócimy w takim razie do tematu. Zbliżamy się do końca lata, a wkrótce wiele państw rozpocznie przygotowania do sezonu grzewczego. Co takie ataki oznaczają w kontekście nadchodzącej zimy?

Ataki przed zimą, zwłaszcza te skoordynowane, skierowane zarówno na źródła wytwarzania energii, jak i na stacje elektroenergetyczne, mogą oznaczać, że Ukraina nie tylko będzie musiała zmagać się z niedoborem energii elektrycznej, ale również nie będzie mogła w pełni zaspokoić tego deficytu przez import.

Do tej pory import energii stanowił istotne uzupełnienie, zajmując drugie miejsce w miksie energetycznym po energetyce jądrowej. Jeśli tego typu ataki będą się ponawiać, import i przesył energii elektrycznej z zachodu Ukrainy na wschód może być znacząco utrudniony. (...)

Co mogą teraz zrobić państwa wspierające Ukrainę?

Przede wszystkim Ukraina pilnie potrzebuje wzmocnienia obrony powietrznej, aby zredukować skutki obecnych ataków i zwiększyć odporność na przyszłe zagrożenia, które z dużym prawdopodobieństwem będą miały miejsce. Drugim kluczowym obszarem wsparcia jest finansowanie oraz dostarczanie technologii na rzecz odbudowy i modernizacji systemu elektroenergetycznego, co stanowi ogromne wyzwanie. Choć podejmowane są koordynowane działania w tym zakresie, celem Rosjan jest spowodowanie jak największych zniszczeń, niezależnie od skali wsparcia, jaką Ukraina otrzymuje. Można to postrzegać jako wyścig między siłami destrukcyjnymi a wysiłkami odbudowującymi. Wynik tego wyścigu zdecyduje, czy Ukraińcy będą mieli dostęp do energii elektrycznej i ogrzewania, czy też będą musieli zmierzyć się z ich brakiem.

energetyka24.com


Zatrzymanie Pawła Durowa we Francji skupiło na sobie uwagę mediów. Jednak wielu komentatorów zdaje się nie dostrzegać roli, jaką Durow i prowadzone przez niego media pełnią w rosyjskim przemyśle kłamstwa. Co więcej, reakcje niektórych ludzi Zachodu na zatrzymanie Rosjanina przepełnione są opiniami o „wolności słowa” i „standardach”, jakie ponoć rosyjski Telegram spełnia.

Przypomina to typową próbę uwiarygodnienia platformy, która wykorzystywana jest przez Kreml do działań wymierzonych w Zachód. Działalność spółek Durowa jest dla Moskwy bardzo ważna, a prezentowanie go jako szefa medium społecznościowego wynika z braku świadomości czym de facto jest Telegram.

Rosyjski Telegram nie jest w żadnej mierze odpowiednikiem zachodnich mediów społecznościowych. To wprzęgnięta w system rosyjskich służb specjalnych platforma do prowadzenia operacji wywiadowczych, operacji wpływu oraz wojny w cyberprzestrzeni. Spółka prowadząca telegram jest używana jako narzędzie działań ofensywnych przeciwko krajom NATO.

Z jednej strony Telegram służy do infekowania odbiorców treściami produkowanymi przez rosyjski przemysł propagandy. Najważniejsi propagandyści rosyjscy są tam obecni i prowadzą popularne kanały komunikacji, często przenikające również do zachodniej infosfery. Jednak wiele kanałów, grup na TE jest wprost prowadzonych przez rosyjskie służby wywiadowcze, które prowadzą za ich pomocą operacje dezinformacyjne czy operacje wpływu. Te działania są elementem realizacji strategicznych celów Kremla i realizują założenia rosyjskiego imperializmu. W oparciu o struktury informacyjne TE prowadzone są więc operacje wywiadowcze Rosji przeciwko Zachodowi.

Zasoby Telegrama są również wykorzystywane do działań z zakresu wojny cybernetycznej. Rosyjskie służby specjalne chętnie wykorzystują „cywilne” grupy hakerskie do działań w cyberprzestrzeni. One zaś korzystają również z zasobów rosyjskich spółek technologicznych. Do takich należy telegram. Zresztą sama aplikacja TE, oferowana przez rosyjskiego producenta, uchodzi za ofensywną i niebezpieczną dla użytkowników, co związane jest m. in. z możliwością prowadzenia za jej pośrednictwem operacji wywiadowczych i zbierania danych o użytkowniku.

(...)

x.com/StZaryn


Francuskie władze zatrzymały Pawła Durowa w związku z podejrzeniami o to, że jego platforma społecznościowa Telegram była wykorzystywana do rozpowszechniania pornografii dziecięcej, handlu narkotykami i przestępczości zorganizowanej.

Wynika to z faktu, że Telegram jest szeroko wykorzystywany przez rosyjskie wojsko do komunikacji na polu bitwy, ponieważ ma ono problemy z wdrożeniem własnego bezpiecznego systemu komunikacji. Jest to również główne narzędzie prowojennych blogerów wojskowych i mediów — a także milionów zwykłych Rosjan.

"Praktycznie zatrzymali szefa komunikacji rosyjskiej armii" — napisał na Telegramie rosyjski bloger wojskowy o nazwie Włączony Z War.

Autor kanału o nazwie Dwa Kierunki stwierdził, że rosyjscy specjaliści pracują nad alternatywą dla Telegrama, ale Główny Zarząd Łączności Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej "nie wykazał rzeczywistego zainteresowania" udostępnieniem takiego systemu rosyjskim żołnierzom. Autor twierdzi, że aresztowanie Durowa może w rzeczywistości przyspieszyć rozwój niezależnego systemu komunikacji.

Rosyjscy decydenci są jednak zaniepokojeni.

(...)

Władze rosyjskie obawiają się, że Durow może przekazać władzom francuskim klucze szyfrujące i w ten sposób zapewnić im dostęp do zaszyfrowanej komunikacji na platformie.

(...)

"Każdy, kto jest przyzwyczajony do korzystania z platformy do prowadzenia poufnych rozmów, powinien natychmiast je stamtąd usunąć i już ich tam nie prowadzić. Durow został zamknięty, bo władze francuskie chcą zdobyć klucze (do zaszyfrowanej komunikacji — red.). I zamierza im je dać" — napisała na Telegramie kremlowska propagandystka Margarita Simonjan.

Brak moderacji treści na Telegramie sprawił, że stał się on rajem dla osób zajmujących się nielegalnym handlem bronią i narkotykami na Zachodzie, a na Wschodzie narzędziem komunikacji, werbowania sabotażystów i siania propagandy — powiedział POLITICO Nazar Tokar, szef Kremlingrama — grupy śledczej aktywistów badających bezpieczeństwo na Telegramie i jego potencjalne powiązania z Kremlem.

— Rosjanie robią wszystko przez Telegrama. Rekrutują agentów i ludzi do kontruderzeń. Dziś popularną kampanią jest rekrutacja ludzi, którzy będą niszczyć ukraińskie samochody wojskowe. I jest to całkiem skuteczne. Za jego pomocą koordynują swoje działania wojskowe — powiedział Tokar.

(...)

Tokar twierdzi, że Telegram stał się tak popularny nie tylko dlatego, że jest wygodny i szybki, ma własną kryptowalutę i wiele bezpłatnych funkcji, ale także dlatego, że zapewnia dostęp do podziemia nielegalnych usług.

— Wystarczy zainstalować bezpłatną aplikację, aby uzyskać łatwy dostęp do podmiotów oferujących sprzedaż broni, narkotyków, treści zawierających przemoc... czegokolwiek. Wszystko to jest tam dostępne, wystarczy wyszukać. Na innych komunikatorach nie jest to tak łatwe — powiedział Tokar.

onet.pl/BILD


Beata Baszkirowa, urodzona w Jakucji w 1987 r., jest pierwszą dokumentalistką, która zajmuje się Putinem i konsekwencjami jego polityki. Towarzyszyła samozwańczemu szamanowi Gabyszewowi i jego grupie przez kilka dni podczas marszu do Moskwy. Szczególnie zainteresowały ją "przepowiednie" egzorcysty.

"Kiedy nadszedł rok 2020, szaman wciąż podkreślał: »Ludzie, nastały nowe czasy, wszystko będzie teraz inne, w tym roku zmieni się światopogląd wszystkich ludzi na planecie«. A w 2020 r. wybuchła pandemia, tak, ludzkość przechodziła do innej rzeczywistości. Jego słowa okazały się prorocze" — powiedziała.

Aleksiej Prianisznikow, prawnik Gabyszewa, podejrzewa w filmie, że Putin boi się mistycznej mocy swojego klienta. "Moi znajomi Jakuci często mówili: »znajomy mojego znajomego wykonał pewne rytuały dla samego Putina«. Ale oczywiście to wszystko jest bardzo tajne, niemożliwe do udowodnienia. Nie twierdzę, że Putin odprawia szamańskie rytuały" — wyjaśnił autor.

(...)

"Bóg powiedział mi, że Putin jest demonem" — powiedział szaman w kręgu swoich zwolenników. "Natura go nie lubi. Tam, gdzie jest Putin, zawsze są katastrofy, ataki terrorystyczne i wojny. Kiedy Putin przechodzi, zawsze zostawia za sobą brudny ślad. On nie jest ziemianinem, a jego zwolennicy to wprowadzeni w błąd ludzie, którzy sprowadzili na manowce połowę jego narodu".

Lato 2019. Chociaż ukraińskie miasta nie były jeszcze codziennie bombardowane przez rosyjską armię, Nawalny wciąż żył, a Prigożyn nie dzierżył jeszcze młota kowalskiego jako emblematu Grupy Wagnera, rosyjskie społeczeństwo obywatelskie już wtedy było w bardzo trudnej sytuacji.

"Wielokrotnie wspominałem o szamanie Gabyszewie w moim programie, za pierwszym razem żartowałem, za drugim się śmiałem, ale teraz wcale mnie to nie śmieszy. Putin jest zafiksowany na punkcie astrologii i ezoteryki, a ten szaman wywołuje u niego panikę. Upewniają się, że szaman nie uderzy w swój tamburyn" — skomentował marsz szamana na Moskwę Aleksiej Nawalny.

W miarę jak szaman maszerował, dołączało do niego coraz więcej podobnie myślących ludzi. Jednym z nich był Jewgienij, znany jako "Kruk", który odpowiadał za bezpieczeństwo w grupie i sprawdzał wiarygodność nowych zwolenników. Kruk kontrolował między innymi pieniądze przesyłane przez sympatyków z całej Rosji.

Tylko kilkadziesiąt osób towarzyszyło Gabyszewowi, ale szaman liczył, że im bliżej Moskwy, tym zjawi się więcej podobnie myślących ludzi. Grupa dotarła więc do miasta Czyta, gdzie szaman Gabyszew wziął udział w wiecu "Rosja bez Putina".

"Demokracja powinna być bez strachu. Teraz ludzie boją się wypowiadać, boją się zwolnienia. Po prostu nasza władza państwowa jest bezgranicznie demoniczna. Ludzie są wpędzani w sztuczną depresję. Szaman może wyleczyć naturalną depresję w mgnieniu oka, ale tylko czary mogą wyleczyć tę sztuczną depresję. Czarownik wpędził cały kraj w iluzję strachu i depresji, ale biały czarownik, taki jak ja, może zniszczyć tę obsesję" — powiedział Gabyszew.

Pod koniec sierpnia 2019 r. szaman udał się do miasta Ułan Ude, gdzie został przyjęty nie tylko przez licznych zwolenników, ale także przez tak zwanych "szamanów przyjaznych Putinowi". Wezwali oni Gabyszewa do porzucenia planów obalenia Putina. Podczas wiecu przeciwko wynikom wyborów na burmistrza w Ułan Ude doszło do starć z policją.

Stało się jasne, że szaman Gabyszew nie był tylko dziwnym podróżnikiem, ale działaczem społecznym, który zgromadził setki podobnie myślących antyputinowskich aktywistów z Dalekiego Wschodu i Transbaikalii.

W połowie września tego samego roku rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) umieściła szamana na swojej liście poszukiwanych. Kilka dni później dwa autobusy uzbrojonej policji zaatakowały prowizoryczny obóz Gabyszewa na granicy z obwodem irkuckim.

W tym momencie szaman przeszedł ok. 3000 km. Później został przywieziony z powrotem do Jakucka i przyjęty do kliniki psychiatrycznej w celu postawienia diagnozy. Ale to nie powstrzymało szamana. Wiosną 2020 r. ogłosił nowy marsz na Moskwę.

Reakcja policji była przewidywalna. Specjalne siły policyjne i załoga karetki pogotowia wtargnęły do domu Gabyszewa i ponownie zabrały go do kliniki psychiatrycznej.

(...)

W połowie stycznia 2021 r. Gabyszew ogłosił plany nowej operacji. W marcu chciał wjechać do Moskwy na białym koniu, a jego zwolennicy mieli mu towarzyszyć w samochodach. W rezultacie 50 funkcjonariuszy policji włamało się do jego domu, aby ponownie zabrać go do szpitala psychiatrycznego.

Rzekomo walczył z nimi pogrzebaczem i jakucką włócznią, raniąc policjanta w nogę. Prawnik Gabyszewa uważa ten epizod za nieudowodniony. Jednak umożliwiło to śledczym wszczęcie postępowania karnego przeciwko szamanowi za atak na policjanta i umieszczenie go w szpitalu psychiatrycznym z intensywnym monitorowaniem w celu przymusowego leczenia. Kanibale i seryjni mordercy są często umieszczani w takich placówkach. Od tego czasu Gabyszew nie został zwolniony, a jego prawnik bezskutecznie starał się o przeniesienie szamana do innego szpitala o łagodniejszych warunkach.

(...)

Jednak Aleksiej Nawalny całkiem słusznie zwrócił uwagę na to, że Władimir Putin najwyraźniej wierzy w egzorcyzmy i obawia się wpływu sił nieziemskich. Putin ani razu nie wymienił Aleksieja Nawalnego z nazwiska — dopóki nie kazał go zabić. 17 marca 2024 r. prezydent Rosji po raz pierwszy publicznie wymienił nazwisko Nawalnego. Według jednej z wersji Putin nie wymienił nazwiska Nawalnego za jego życia, aby nie dodawać mu energii i władzy.

(...)

Arcykapłan Andriej Kordoczkin napisał w "Nowej Gaziecie", że światopogląd Putina był dziwaczną mieszanką prawosławia, komunizmu, magii, astrologii, numerologii, szamanizmu i kabalizmu. Zbudował swój system wierzeń w taki sposób, że kult Putina musi obejmować żywych i umarłych w postaci zdjęć weteranów II wojny światowej w procesji "Nieśmiertelnego Pułku", Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i wreszcie samego Boga w nowo wybudowanej świątyni rosyjskich sił zbrojnych.

onet.pl/Die Welt


Czy na tym tle rodzą się społeczne niepokoje, które mogą się przełożyć na sytuację polityczną? W Ukrainie trwa stan wojenny, który nie pozwala organizować wyborów, mimo że kadencje prezydenta i Rady Najwyższej dobiegły już końca. Polityczne napięcia nie znajdują więc ujścia. Dyskusja o przeprowadzeniu wyborów wraca jednak od czasu do czasu.

— Mam wrażenie, że w Ukrainie jest konsensus ws. wyborów — żeby ich nie robić. Społeczeństwo, mimo że ma swoje pretensje do Zełenskiego, nie popiera organizacji wyborów w sytuacji wojny. Jakiś czas temu ukraińskie partie polityczne podpisały swego rodzaju porozumienie, że również są przeciwko robieniu wyborów. Prezydent i Rada Najwyższa w dalszym ciągu mają mandat do sprawowania władzy na podstawie konstytucji i ustawy o stanie wojennym. Sam prezydent Zełenski też się do wyborów nie pali. Ale rzeczywiście taka dyskusja się od czasu do czasu toczy i są dwa obozy. Jeden uważa, że trzeba przeprowadzić wybory mimo wszystko, zwłaszcza że nie wiadomo, ile stan wojenny potrwa. Ja się skłaniam do argumentów tego obozu, który twierdzi, że to bardzo zły pomysł, bo z przyczyn czysto technicznych tego się po prostu nie da zrobić zgodnie ze standardami OBWE. Nie da się przeprowadzić kampanii wyborczej, umożliwić zgromadzeń i swobody agitacji, nie da się przeprowadzić głosowania na terenach okupowanych. A gdyby się to nawet udało w warunkach wojny, to znajdzie się tysiąc powodów, by podważyć wiarygodność takich wyborów. Jak już mówiłem, panuje generalny konsensus co do tego, że wybory powinny się odbyć po zakończeniu stanu wojennego. Ale to, że jest konsensus co do nieprzeprowadzania wyborów w czasie wojny, to nie znaczy, że jest konsensus co do wszystkich innych spraw.

Minął okres jednoczenia się wokół flagi?

— Tak, ten okres konsolidacji minął. Rodzi się coraz więcej wewnętrznych napięć. Wynika to ze zmęczenia ukraińskiego społeczeństwa wojną, ale i po części z tego, że Zełenski, który słabnie, jeśli nie ma sukcesów na froncie, zmuszony jest wprowadzać niepopularne decyzje, jak np. nowe zasady mobilizacji do wojska. Obciążają go także skandale korupcyjne. Wykorzystują to politycy opozycji, którzy walczą o polityczne przetrwanie, bo ograniczająca debatę publiczną sytuacją stanu wojennego i model władzy, który wytworzyła, sprawia, że opozycja jest mocno zmarginalizowana. Dlatego politycy muszą walczyć o uwagę, by mieć w ogóle szanse na udział we władzy w powojennej Ukrainie.

Gdy rozmawiałam z ukraińskim publicystą Witalijem Portnikowem, mówił, że obawia się, że trwająca bez perspektywy zakończenia wojna będzie systematyczne niszczyć wszystkie sfery życia i doprowadzi Ukrainę do takiego stanu, w jakim jest np. dzisiejszy Liban. Czyli państwa upadłego, gdzie nastąpił pełny rozkład instytucjonalny i społeczny. Ukraińcy są zmęczeni wojną, ale dyskusja o jakichś koncesjach terytorialnych na rzecz Rosji, oczywiście tylko wtedy, gdy Ukraina otrzymałaby gwarancje bezpieczeństwa, np. w postaci wejścia do NATO, to chyba wciąż jest temat tabu. Jak pan widzi perspektywę zakończenia wojny?

— Moim zdaniem ta wojna będzie się decydować na froncie. Jej zakończenie będzie możliwe w sytuacji, gdy Ukraina będzie albo dramatycznie przegrywać, albo będzie odwrotnie i Ukraińcy będą odnosić sukcesy na froncie, zmuszając Putina do zaprzestania wojny. Żeby to się wydarzyło, Ukraina musiałaby dostać znacznie większą pomoc militarną od Zachodu i poprawić swój system szkolenia i mobilizacji żołnierzy. To sytuacja militarna będzie decydować o tym, która ze stron będzie gotowa na jakie ustępstwa.

Gdyby Ukraina musiała wybierać, czy suwerenność, czy terytorium, to moja intuicja mówi, że wybrałaby suwerenność. Rosjanie zajęli kilkanaście procent terytorium Ukrainy, a przez ostatnie miesiące – do operacji kurskiej – społeczeństwo ukraińskie obserwowało kolejne straty. Tymczasem komunikacja strategiczna cały czas prowadzona jest tak, jakby była jesień 2022 r., kiedy armia ukraińska odbiła Charkowszczyznę i Chersoń, odnosiła sukcesy. Te rzeczywistości się rozmijają i Ukraińcy zaczęli to dostrzegać. Badania opinii publicznej pokazują, że rośnie powoli odsetek osób, które byłyby w stanie zaakceptować negocjacje z Rosją i nawet jakieś ustępstwa. Część Ukraińców zaczyna się też zastanawiać, po co Ukrainie kompletnie zrujnowany, prorosyjski Donbas. Trzeba jednak pamięć, że kwestia negocjacji pokojowych rozbija się również o sytuację poza Ukrainą, przede wszystkim o wybory w Stanach Zjednoczonych i o to, jaki będzie pomysł nowej administracji, czy Trumpa, czy Harris, na rozwiązanie tego konfliktu. Kijów nie wejdzie do realnych negocjacji, jeśli Zachód nie zapewni mu gwarancji bezpieczeństwa – optymalnie członkostwa w NATO i środków na odbudowę kraju ze zniszczeń, a Rosja nie będzie na tyle przyciśnięta do muru, by zgodzić się na ustępstwa, a nie – jak obecnie – obstawać de facto przy żądaniu kapitulacji i politycznego podporządkowania Ukrainy. 

newsweek.pl

poniedziałek, 26 sierpnia 2024



Hawrylyuk stwierdził, że siły rosyjskie wystrzeliwały średnio co miesiąc około 300.000 pocisków artyleryjskich na całym teatrze działań, a ich celem było pokonanie sił ukraińskich dużą przewagą artyleryjską Rosji. Havrylyuk stwierdził, że bardziej precyzyjne (i skuteczne) zachodnie systemy artyleryjskie mogą zrównoważyć te zalety, o ile siły rosyjskie nie będą miały przewagi artyleryjskiej większej niż trzy do jednego. Siły ukraińskie wykorzystały artylerię rakietową GMLRS i systemy artylerii NATO 155 mm oraz amunicję zdolną do rażenia celów na większe odległości niż rosyjska/sowiecka artyleria polowa, aby prowadzić doskonały ogień przeciwbaterii przez całą wojnę na Ukrainie. Hawrylyuk dodał, że ukraińskie jednostki artylerii stosują także taktykę zapewniającą większą mobilność niż rosyjskie jednostki artylerii, przez co prowadzą skuteczniejszy ogień przeciwbaterii. Havrylyuk zauważył, że szybko rosnące wykorzystanie systemów bezzałogowych na Ukrainie to kolejny przykład tego, jak siły ukraińskie mogą obniżyć koszty, zadając jednocześnie duże straty siłom rosyjskim, oraz że zwiększone wykorzystanie ukraińskich dronów w 2024 r. doprowadziło do większych strat rosyjskiej artylerii i pojazdów opancerzonych. Hawrylyuk stwierdził, że precyzyjne uderzenia dalekiego zasięgu w Rosję pozwolą Ukrainie uniemożliwić Rosji przerzut większych ilości amunicji i sprzętu na linię frontu, a ataki na bazy wojskowe, arsenały i szlaki logistyczne w Rosji poważnie zmniejszą przewagę rosyjskiej artylerii. Narzucone przez Zachód ograniczenia w zakresie pomocy wojskowej dla Ukrainy oraz polityka ograniczająca ukraińskie ataki dalekiego zasięgu przeciwko celom wojskowym w Rosji ograniczają ukraińskie zdolności, co pogarsza rosyjskie przewagi materiałowe.

understandingwar.org

niedziela, 25 sierpnia 2024



Grupa zaniepokojonych obywateli Nigerii zwróciła się do rządu USA z prośbą o nałożenie sankcji na państwową spółkę Nigerian National Petroleum Company Limited (NNPCL) i jej dyrektora generalnego, Mele Kyariego, za naruszenie międzynarodowych restrykcji nałożonych na rosyjską ropę naftową.

W liście przesłanym w czwartek do Biura Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) ministerstwa skarbu USA grupa Nigeryjczyków poinformowała, że NNPCL importuje rosyjską ropę naftową i produkty naftowe powyżej pułapu cenowego ustalonego m.in. przez USA, UE i Australię, który wynosi 60 dolarów za baryłkę.

Zaniepokojeni Obywatele na rzecz Reformy Gospodarczej Nigerii (CCERN) - bo tak podpisali się pod petycją - donieśli USA, że państwowa spółka miesza na Malcie produkty naftowe pochodzące z różnych źródeł z rosyjską ropą kupowaną powyżej limitu 60 dolarów za baryłkę, a to oznacza naruszenie obowiązujących sankcji. Wyliczyli, że na tych transakcjach Rosja zarobiła w ciągu roku ponad 2 mld dolarów, „co pozwala jej na uzyskanie znacznych dochodów na finansowanie machiny wojennej wykorzystywanej przeciwko Ukrainie”.

Zainteresowanie Nigeryjczyków transakcjami naftowymi wzięło się z chęci uzyskania odpowiedzi na pytanie, dlaczego ceny benzyny na nigeryjskich stacjach są tak wysokie i czy Nigeryjczycy płacą za benzynę więcej, niż wynoszą międzynarodowe ceny referencyjne, ponieważ kraj jest obecnie uzależniony od importu tego produktu.

List kończy się wyrażeniem obawy, że dochody z tych nielegalnych działań są wykorzystywane również do promowania rosyjskich wpływów w Afryce Zachodniej i finansowania tam antyzachodnich protestów, co „grozi wciągnięciem regionu w konflikty, które podważyłyby interesy Nigeryjczyków i Stanów Zjednoczonych”.

PAP

sobota, 24 sierpnia 2024



W wizji gospodarki, którą kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) przedstawiło na III Plenum Komitetu Centralnego (KC), postęp technologiczny jawi się jako recepta na wszystkie główne bolączki Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) i obawy jej władz. Partia nie wykorzystała wydarzenia do wykazania, że ma konkretne pomysły na rozwiązanie strukturalnych problemów oraz pobudzenie koniunktury. Jej priorytetem pozostają przygotowania do konfrontacji z USA. Pekin podporządkowuje modernizację gospodarki celom wzmacniania bezpieczeństwa państwa i znalezienia nowych źródeł produktywności. Klucz do sukcesu mają stanowić wytwarzane i udoskonalane w kraju technologie, a także rozwój bazy przemysłowej. Ma to uniezależnić ChRL od dostaw z zagranicy, uczynić z rozwoju przemysłu nowy motor wzrostu oraz zagwarantować Chinom miano globalnego lidera innowacji. Odbywa się to kosztem dobrobytu Chińczyków. Mając do wyboru złagodzenie fundamentalnego problemu niskiej konsumpcji oraz umocnienie „fortecy” oblężonej przez Amerykanów, Pekin decyduje się na opcję technologicznej „ucieczki do przodu”. Strategia ta nieuchronnie prowadzi też do eskalacji konfliktów handlowych z innymi krajami, które odczuwają efekty jego polityki przemysłowej i obawiają się drugiego „chińskiego szoku”.

W dniach 15–18 lipca w stolicy odbyło się długo wyczekiwane III Plenum XX KC KPCh. W przeszłości trzecią z siedmiu zwyczajowych sesji plenarnych mających miejsce podczas pięcioletniej kadencji KC kierownictwo partii wykorzystywało do zakomunikowania kierunku polityki gospodarczej funkcjonariuszom niższego szczebla, mieszkańcom Chin oraz zagranicznym obserwatorom. III plenum z grudnia 1978 r. symbolizuje początek okresu „reform i otwarcia”. W trakcie spotkania w 1993 r. członkowie KC położyli formalny fundament pod znaczące reformy pod hasłem budowy „socjalistycznej gospodarki rynkowej”. Z kolei wydarzenie z 2013 r., na którym ogłoszono „decydującą rolę rynku w alokacji zasobów”, rozbudziło nadzieje na rozpoczęcie kolejnej fazy liberalizacji.

Na oczekiwania wobec tegorocznego III Plenum XX KC – poza historycznymi odniesieniami – wpłynęły trzy czynniki. Po pierwsze poprzedniego spotkania w 2018 r. nie poświęcono kwestiom ekonomicznym, co oznacza, że od ponad dekady kluczowy organ partii formalnie nie wypowiadał się w sprawie priorytetów polityki gospodarczej.

Po drugie tradycyjnie III plenum odbywało się w kolejnym roku po wyborze władz KPCh (ostatnio – w 2022 r.), a zatem powinno było mieć miejsce jeszcze w 2023 r. Opóźnienie sesji wzbudziło liczne dyskusje. Czy to sygnał podziałów w partyjnej elicie? Czy Xi Jinping i jego najbliższe otoczenie wolą odsunąć moment konsultacji swojej polityki w szerszym gronie? A może czekają na wyklarowanie sytuacji wewnętrznej i zagranicznej po głębokich perturbacjach spowodowanych m.in. pandemią COVID-19 i pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę? Pekin nie przedstawił odpowiedzi na powyższe spekulacje. Być może pierwszoplanowe było przeświadczenie najwyższego kierownictwa partii, że kierunek wytyczony w ostatnich latach przez przewodniczącego pozostaje niezmienny i jasny, a więc nie ma pilnej potrzeby zwoływania posiedzenia KC.

Po trzecie uwaga krajowej i zagranicznej opinii publicznej ogniskowała się na III Plenum, ponieważ stanowiło ono dla władz KPCh dobrą okazję do wprowadzenia istotnych korekt kursu w obliczu przedłużającego się okresu dekoniunktury oraz narastających negatywnych efektów niezrównoważonego wzrostu w minionych dekadach. W Chinach trwa najdłuższy i najgłębszy kryzys na rynku nieruchomości od momentu jego powstania w latach 90. Nastroje ludności pozostają pesymistyczne z powodu spadku wartości majątków, obniżenia dochodów, trudnej sytuacji na rynku pracy oraz niepokoju o przyszłość w realiach spowalniającej gospodarki. W konsekwencji wzrost konsumpcji nadal nie powrócił do przedpandemicznego trendu. W warunkach polityki nastawionej na wsparcie produkcji dóbr prowadzi to do pogłębienia nierównowagi między popytem a podażą i do deflacji. Ponadto władze lokalne borykają się z kłopotami ze spłatą zobowiązań, a presja zagranicznych partnerów na ograniczenie chińskiej nadwyżki handlowej rośnie.

Mimo wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej partia nie wykorzystała wydarzenia do zaprezentowania konkretnych rozwiązań problemów ani sposobów na poprawę nastrojów społecznych. Wydaje się, że podobnie jak w latach ubiegłych został ono zdominowane przez newralgiczne dla Pekinu zagadnienia strategiczne – bezpieczeństwo i rozwój – a nie ważniejszą dla populacji kwestię polepszenia warunków bytowych. Wbrew składanym od lat zapewnieniom władze ChRL nadal nie rezygnują z modelu rozwojowego opartego głównie na inwestycjach i eksporcie na rzecz wzmocnienia konsumpcji prywatnej. To ostatnie jest deklarowane w Pekinie od dawna, regularnie rekomendują je również nie tylko czołowi ekonomiści zagraniczni, jak związany z Uniwersytetem Pekińskim Michael Pettis czy Paul Krugman, lecz także międzynarodowe instytucje (np. Międzynarodowy Fundusz Walutowy) i krajowi eksperci. Tylko w ostatnich miesiącach apelowali o to m.in. Huang Yiping z Uniwersytetu Pekińskiego, Li Daokui z Uniwersytetu Tsinghua i Zhang Jun z Uniwersytetu Fudan. W kwestii wzmacniania sieci zabezpieczeń społecznych oraz zwiększania dochodów ludności partia pozostaje ostrożna i nie decyduje się na radykalne reformy, lecz wprowadza zmiany stopniowo.

(...)

Wśród postulatów znalazły się też odniesienia do największych bolączek trapiących chińską gospodarkę. Pekin obiecał m.in. rozszerzenie źródeł dochodów władz lokalnych i zwiększenie udziału wydatków rządu centralnego, zniesienie ograniczeń dostępu do świadczeń socjalnych w miejscu pracy dla osób bez lokalnego meldunku, wzmocnienie autonomii władz miejskich w zakresie regulowania rynku nieruchomości zgodnie z warunkami lokalnymi, podjęcie działań wspierających wzrost dzietności, promocję zatrudnienia absolwentów i migrantów wiejskich, podwyżkę dochodów z pracy oraz redukcję nierówności. KC zaakcentował konieczność „pogłębiania reform i otwarcia” i zapewnił, że będzie dążył do tego, aby „rynek odgrywał decydującą rolę w alokacji zasobów”.

Powyższe deklaracje sugerują, że partia właściwie zidentyfikowała problemy i sygnalizuje wolę ich złagodzenia. Wątpliwości budzi jednak szczerość jej intencji i zdolność do ich wcielenia w życie. Już dekadę temu – na III Plenum XVIII KC w 2013 r. – zapowiedziano ambitny program prorynkowych reform, z których KPCh w kolejnych latach faktycznie się wycofała, a nawet wprowadzała zmiany prowadzące w przeciwnym kierunku, np. ograniczyła rolę sektora prywatnego w gospodarce. Mimo to dziś równocześnie twierdzi, że udało jej się osiągnąć wyznaczone wówczas cele, i ponownie anonsuje ich realizację w przyszłości. Podważa to jej wiarygodność i napawa sceptycyzmem co do spełnienia obietnic. Zależy ono nie tylko od woli kierownictwa KPCh, lecz także – i przede wszystkim – od umiejętności wypełnienia haseł treścią, czyli od sformułowania konkretnych rozwiązań, oraz od skali oporu lokalnych grup interesu, które są beneficjentami obecnego modelu, a poniosą koszty finansowe i polityczne transformacji. Wyznaczenie relatywnie nieodległej perspektywy realizacji reform – 2029 r. – można interpretować jako próbę zmobilizowania przez Pekin aparatu partyjnego niższego szczebla.

Wizja gospodarki ChRL wyłaniająca się z dokumentów opublikowanych po zakończeniu III Plenum XX KC jest zgodna z kierunkiem obranym wcześniej przez wierchuszkę KPCh. Polityka Donalda Trumpa i ponadpartyjny konsensus w USA uświadomiły chińskim władzom, że eskalacja mocarstwowego konfliktu jest nieuchronna i trwała. Nadało to nowy impuls wysiłkom podejmowanym już przez wcześniejsze generacje liderów ChRL. Tuż przed rozpoczęciem lipcowej sesji KC w państwowych mediach ukazał się artykuł, w którym podkreślano, że „reforma nie oznacza zmiany kierunku”, a w kwestiach fundamentalnych postawa Pekinu „jest niezachwiana, a myślenie – jasne”. „Niezmiennie realizujemy dogłębne i kompleksowe reformy na drodze socjalizmu o chińskiej charakterystyce aż do końca. To nieunikniona droga do odrodzenia narodowego” – zaznaczała propaganda.

Nadrzędnym priorytetem gospodarczym Pekinu pozostaje modernizacja mająca na celu wzmocnienie bezpieczeństwa partii i państwa, a także podtrzymanie rozwoju w obliczu wyczerpywania się efektywności dotychczasowych silników wzrostu oraz podejmowanych przez rządy państw Zachodu prób ograniczenia transferu technologii do Chin. Przewodnią rolę w tym zakresie ma odgrywać przemysł, będący w optyce KPCh fundamentem niezależności i dobrobytu.

ChRL od dziesięcioleci prowadzi wyjątkowo aktywną politykę wsparcia krajowej produkcji, pod egidą ochrony „branż wschodzących”, reformy strony podażowej, strategii Made in China 2025 czy hasła „podwójnej cyrkulacji”. Z niepełnych szacunków CSIS wynika, że tylko w 2019 r. przeznaczyła na ten cel ok. 1,7% PKB, czyli równowartość 250 mld dolarów. Analitycy wskazują, że w relacji do wielkości gospodarki jest to kwota ponad dwa razy większa niż ta wydana przez Koreę Południową (drugie państwo w tym rankingu), a w ujęciu nominalnym – przeszło dwukrotnie wyższa niż przeznaczona przez Stany Zjednoczone. Dzięki wsparciu władz centralnych i lokalnych oraz staraniom przedsiębiorców i pracowników w minionych dekadach w Chinach powstał niezrównany w skali świata ekosystem przemysłowy, odpowiadający za ponad 30% globalnej produkcji wobec niespełna 15% przed dwudziestoma laty.

Mimo to zdaniem Xi Jinpinga nie jest on jeszcze „wystarczająco silny i zaawansowany” oraz nadal nadmiernie polega na „kluczowych technologiach kontrolowanych przez innych”. Już w 2014 r. przewodniczący podkreślał, że „tylko poprzez opanowanie kluczowych technologii możemy zapewnić podstawowe bezpieczeństwo gospodarcze i obronne kraju”. W następnych latach dodawał, że „kluczowych, podstawowych technologii nie można wybłagać, kupić ani wynegocjować”. Dziś – w obliczu presji USA – rozwój własnych innowacji stał się sprawą naglącą, a przy tym – ze względu na stopień zaawansowania naukowo-technicznego i potencjał ChRL – osiągalną. Celem jest już nie tylko ulepszanie istniejących technologii, lecz także kreowanie przełomowych rozwiązań.

W postępie technologicznym Pekin widzi zarówno konieczność dyktowaną bezpieczeństwem, jak i szansę. Jest przekonany, że trwa kolejna rewolucja przemysłowa, która może zmienić ład światowy, i aspiruje, by wyrosnąć na jej globalnego lidera. Dlatego promuje i kontroluje rozwój w „branżach przyszłości” (technologie informacyjne nowej generacji, sztuczna inteligencja, lotnictwo i astronautyka, nowe materiały, zaawansowany sprzęt, biomedycyna i technologia kwantowa). Za bezprecedensowe należy uznać jego wsparcie dla rodzimego sektora półprzewodników. Szczególne znaczenie dla władz KPCh mają pojazdy elektryczne, baterie nowej generacji i fotowoltaika – w dziedzinach tych Chiny już teraz wyznaczają światowe trendy. „Nowe trio” ma uniezależnić ChRL od dostaw surowców energetycznych z zagranicy oraz zagwarantować krajowemu przemysłowi następną przewagę kosztową nad konkurencją, a państwu – wiodącą rolę w globalnej zielonej transformacji. Równocześnie rządzący wciąż są zainteresowani utrzymaniem tradycyjnych gałęzi przemysłu, które ma unowocześnić implementacja nowych rozwiązań technologicznych.

Główny priorytet rządu to aktualnie „dążenie do zmodernizowania systemu przemysłowego i rozwijanie sił wytwórczych nowej jakości w szybszym tempie”. Pojęcie „sił wytwórczych nowej jakości” zostało wprowadzone do słownika KPCh we wrześniu 2023 r. Obejmuje ono nie tylko technologie pionierskie i najbardziej zaawansowane, lecz także drobne innowacje prowadzące do skuteczniejszego wykorzystania czynników produkcji. Ma to podtrzymać wzrost gospodarczy kraju, w sytuacji gdy zwiększanie nakładów pracy jest mało prawdopodobne, a kapitału – przynosi coraz mniejsze korzyści.

(...)

Do niedawna standardową odpowiedzią rządzących na wyzwania gospodarcze było wyraźne luzowanie polityk fiskalnej i monetarnej w celu pobudzenia inwestycji. Te napędzały wzrost, ale równocześnie pogłębiały problemy strukturalne – prowadziły m.in. do zadłużenia, destabilizacji sektora finansowego, nieefektywnej alokacji kapitału, powstania nadwyżki mocy produkcyjnych, poszerzenia nierówności społecznych i regionalnych, podwyżek cen mieszkań oraz ograniczenia konsumpcji. Obecnie to innowacje, poprzez zwiększanie produktywności, powinny skutkować wzrostem produkcji, co z kolei ma się przekładać ma na wyższe dochody i wydatki ludności.

Priorytety wyłożone na plenum wskazują, że w Pekinie pokutuje przekonanie, iż droga do wzrostu popytu wiedzie głównie poprzez wspomaganie podaży, oraz niechęć do „wspierających lenistwo” programów społecznych. Tymczasem w rzeczywistości prokonsumpcyjna reforma wymagałaby przekierowania strumienia środków płynącego aktualnie do przemysłu w ręce gospodarstw domowych, np. w formie rozszerzenia sieci zabezpieczeń społecznych na kształt rozwiązań europejskich. Takie postępowanie nie tylko utrudniłoby jednak realizację podstawowego celu, czyli budowę konkurencyjnej i samowystarczalnej bazy produkcyjnej, lecz także osłabiłoby pozycję partii i powiązanej z nią elity biznesowej, która utraciłaby kontrolę nad częścią zasobów. Zmiana budzi więc opór beneficjentów dotychczasowego modelu. Z tych powodów KPCh nadal nie zdołała rozwiązać problemu niskiej konsumpcji, mimo że dostrzega go od lat. W 2023 r. ChRL odpowiadała za ok. 13% globalnych wydatków na ten cel – oraz aż za 27% nakładów na inwestycje. Konsumpcja prywatna utrzymuje się na poziomie poniżej 40% PKB, podczas gdy w Polsce wynosi ok. 60%, w Korei Południowej – blisko 50%, a w USA – ponad 70%. W efekcie Chińczycy korzystają z owoców wzrostu w ograniczonym zakresie. Już w 2007 r. premier Wen Jiabao określił tamtejszą gospodarkę jako „niestabilną, niezbalansowaną, nieskoordynowaną i niezrównoważoną” i ocenił, że kraj „musi zwiększyć konsumpcję wewnętrzną”. Z kolei przewodniczący Xi Jinping na początku swoich rządów mówił o „nowej normalności” oraz o konieczności wzmocnienia konsumpcji i sektora usług.

(...)

Realizacja długoterminowej strategii wyznaczonej przez Pekin odbywa się kosztem dobrobytu Chińczyków. Budowa samowystarczalnej bazy przemysłowej oraz postęp technologiczny wymagają znacznych zasobów finansowych i ludzkich, które w efekcie nie są dostępne w innych, bardziej oddziałujących na dobrobyt ludności obszarach. To oraz spadek tempa wzrostu gospodarczego sprawiają, że standard życia w ChRL nie rośnie już tak szybko, jak w poprzednich dekadach.

Polityka władz KPCh nieuchronnie prowadzi również do eskalacji konfliktów z partnerami handlowymi, odczuwającymi skutki chińskiej „polityki zubożania sąsiada” i obawiającymi się drugiego „chińskiego szoku”. Silne wsparcie przemysłu przy równoczesnym ograniczaniu konsumpcji powoduje, że firmy operujące w ChRL skutecznie rozwijają działalność na rynkach zagranicznych. W 2023 r. tamtejsza nadwyżka handlowa przekroczyła 800 mld dolarów, a w przypadku produktów fabrycznych sięga 2% światowego PKB, czyli więcej, niż Niemcy i Japonia notowały łącznie w szczycie swojej eksportowej potęgi w latach 70. i 80. Chiny odpowiadają za około jedną trzecią globalnej produkcji przemysłowej, a blisko połowę wytworzonych towarów sprzedają za granicę. Ekspansja budzi sprzeciw państw mających własne ambicje rozwoju przemysłu i starających się ochronić lokalne miejsca pracy. W ostatnich kilkunastu miesiącach ograniczenia w zakresie napływu towarów z ChRL wprowadziły nie tylko USA i UE, lecz także Brazylia, Indie, Indonezja, Chile, Turcja czy Meksyk.

osw.waw.pl