środa, 4 maja 2022


W marcu rosyjskie wojsko zbombardowało Teatr Dramatyczny w Mariupolu, który służył za tymczasowy, główny schron w mieście. W podziemiach budynku ukrywało się ok. tysiąc osób. Schron przetrwał bombardowanie, jednak budynek został całkowicie zniszczony.

Agencja Associated Press przeprowadziła śledztwo w sprawie przeprowadzonego przez Rosjan nalotu na budynek. Wynika z niego, że na miejscu zginęło aż 600 osób - czyli znacznie więcej, niż wynikało z pierwszych informacji (rada miasta podawała pod koniec marca, że liczba ofiar to co najmniej 300 osób). Liczbę ofiar zaktualizowano na podstawie rozmów z 23 ocalałymi z ataku, z ratownikami i osobami, które znają konstrukcję schronu. 

Wielu ocalałych twierdzi, że liczba ta jest jeszcze wyższa. 

(...)

Dziennikarze agencji rozmawiali m.in. z Oksaną Siominą, kobietą, która przebywała w teatrze w momencie ataku. Jak relacjonuje, z zawalonego budynku wyprowadził ją mąż. "Prosił, by nie otwierała oczu. Gdy jednak zdecydowała się to zrobić, zobaczyła wokół setki ciał, także dzieci. Przy głównym wyjściu leżała nieruchomo mała dziewczynka" - opisuje AP. "Siomina musiała nadeptywać na ciała zmarłych, by uciec z budynku (...)" - dodano, relacjonując, że kobieta, jej mąż i około 30 innych osób "uciekali na oślep bez zatrzymywania się przez osiem kilometrów". 

- Wszyscy ci ludzie wciąż są pod gruzami, gruzy wciąż tam są, nikt ich stamtąd nie zabrał - powiedziała w rozmowie z agencją. - To jeden wielki masowy grób - dodała.

gazeta.pl

Wysłannicy prokremlowskiej agencji RIA Nowosti w kuriozalnym artykule "Ślady czarnej magii znalezione w kwaterze ukraińskiego wojska" twierdzą, że ukraińscy "wyznawcy sił pozaziemskich próbowali 'poświęcić' swoją broń i naznaczyli ją krwią". Dodają, że na ścianie budynku znaleźli "satanistyczną pieczęć kojarzącą się z hollywoodzkimi filmami o nieczystych mocach". O rozszyfrowanie symbolu poprosili historyczkę kultury Jekaterinę Dais.

W jej ocenie to "magiczny sigil (symbol) składający się z wielu przecinających się linii", ale "trudno wskazać, co on oznacza". - Widać w nim zarówno odwrócony znak anarchii, jak i część znaku "SS", runę zig, widoczną wyraźnie w skrajnie lewym sektorze koła, a także hebrajską literę "zein", zapisaną w języku niemieckim, oznaczającą miecz lub broń - powiedziała. - To "magiczna pieczęć sił ciemności", która łączy w sobie idee anarchii, broni i faszystowskich symboli - dodała. (...)

Rosjanie nie poparli swoich rewelacji żadnymi dowodami. Jak widać na filmie zamieszczonym przez RIA na Twitterze, wspomniana "kwatera" nie jest żadną główną siedzibą ukraińskich wojskowych, ale zwykłym wiejskim domkiem, w którym przez jakiś czas mogli się zatrzymać. Z newsa agencji nie wynika jasno kiedy namalowano znak - a ten mógł przecież powstać na długo, zanim zjawili się żołnierze. Równie dobrze ten rzekomo satanistyczny symbol mógł być prowokacją rosyjskich propagandystów.

gazeta.pl

Z jakimi problemami przychodzą do ciebie wojskowi?

Teraz są problemy z zaopatrzeniem, tak jak przed wojną. Na przykład zajmowałem się tym, że wojskowi otrzymują racje żywnościowe, których termin przydatności do spożycia minął.

Przychodzą do mnie także ranni, ludzie po wstrząsach mózgu. Leczono ich tylko trochę, podawano im płyny i kazano wracać do walki. Odmówili, poprosili, żeby ich najpierw opatrzono. Usłyszeli: "Nie, nie do końca to do was dociera. Ojczyzna jest zagrożona, idźcie i służcie". Pomagam im. Idziemy do sądu, żeby najpierw zapewnić im odpowiednią opiekę medyczną.

Uważam, że nie powinniśmy wysyłać żołnierzy, aby tam umierali (do Ukrainy — red.). To jest moja osobista opinia. Ale jako prawnik działam zgodnie z prawem i reprezentuję tych żołnierzy, którzy wykonali rozkazy i tam pojechali.

Zgłasza się do ciebie wielu żołnierzy?

O wiele więcej niż wcześniej. Niektórzy żołnierze są zwalniani za odmowę udziału w "specjalnej operacji wojskowej". Innym grozi się sprawami karnymi, co nie powinno być nawet w najmniejszym stopniu możliwe. Przełożeni straszą ich, wplatając w to zdradę i dezercję. Żołnierze są przerażeni, kiedy do mnie piszą i dzwonią. To są sprawy, które ich przerastają, a jest ich bardzo dużo.

Czy zgłaszają się do ciebie poborowi, którzy zostali wysłani do Ukrainy?

Można tak powiedzieć. Jako prawnik pojechałem do obwodu briańskiego. Matka poborowego bardzo się przestraszyła, że jej syn zostanie wysłany do Ukrainy. Tamtejsza jednostka znajduje się blisko granicy. Poszedłem do tego żołnierza do bazy razem z jego matką i rozmawiałem z jego dowódcą o tym, że jest dekret naczelnego dowódcy, który zabrania wysyłania poborowych do udziału w "operacji specjalnej" w Ukrainie. Wysłuchał mnie. Poborowy pozostał w stałej bazie jednostki.

Można więc wykonać coś zrobić i uwolnić pojedynczych żołnierzy z uścisku ojczyzny.

Czy przed wybuchem wojny z Ukrainą otrzymywaliście więcej zapytań od żołnierzy kontraktowych, którzy wyjechali walczyć np. do Syrii?

Nie było prawie żadnych zapytań o Syrię. Tam prawie nie są łamane prawa żołnierzy, dbają o nich i płacą im mniej więcej tyle samo, co teraz w Ukrainie.

Ile zarabiają ci żołnierze?

Ok. 5-10 tys. rubli (ok. 330-660 zł – red.) dziennie za udział w "specjalnej operacji wojskowej". To dodatek do ich oficjalnej pensji.

Powiedziałeś, że obecnie otrzymujesz najwięcej próśb od żołnierzy odmawiających wyjazdu. Ile ich jest?

W tej chwili prowadzę korespondencję i rozmowy telefoniczne z kilkudziesięcioma takimi osobami, bliżej 100. I najczęściej do każdego z nich dołącza się cała grupa innych żołnierzy, z którymi dzieli się informacjami po konsultacji ze mną. Ale szczegóły mogę podać dopiero wtedy, gdy sąd rozpatrzy ich sprawy o przywrócenie do służby.

Jakiego rodzaju żołnierze odmawiają wyjazdu do Ukrainę?

Nie mogę odpowiedzieć, ponieważ przebywam w Rosji i nie chcę "dyskredytować" Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

Czy ktoś z wyższych rangą wojskowych zwrócił się do ciebie o pomoc, bo nie chce brać udziału w wojnie?

Tak, pomogłem kapitanowi kompanii rozpoznawczej, ale nie mogę zdradzić szczegółów.

Czy personel wojskowy może być ścigany za odmowę udziału w wojnie?

Cóż, w czasie pokoju ściganie karne za niepodporządkowanie się rozkazom jest raczej problematyczne. Nie mogę jednak powiedzieć, że wniesienie oskarżenia jest niemożliwe. Niewykonanie rozkazu jest przestępstwem tylko wtedy, gdy pociąga za sobą skutki materialne lub zakłóca przebieg misji bojowej. Mówi o tym art. 332 kodeksu karnego. Na przykład, jeśli żołnierz, który bronił koszar, porzucił broń i uciekł, a koszary spłonęły.

Ale jak zakwalifikować taką "szkodę" na ziemi ukraińskiej? To jest bardzo trudne. Na przykład "szkoda" może oznaczać zakłócenie misji bojowej, spowodowanie ofiar wśród naszych żołnierzy lub nieosiągnięcie celów strategicznych. Jednak do tej pory nie wszczęto ani jednego postępowania karnego i chyba wiem, dlaczego tak się stało.

Dlaczego?

Ponieważ wszystko to znajdzie swój finał w mediach. Jeśli w związku z niepowodzeniem pewnych misji toczą się sprawy karne, to znaczy, że coś w wojsku nie poszło zgodnie z planem.

Zgodnie z normami prawa karnego, jeśli przeciwko żołnierzowi zostanie wszczęta sprawa karna, musi on otrzymać kopię decyzji o wszczęciu postępowania. Musi ona zawierać szczegółowe informacje o "znacznej szkodzie", jaką jego działania wyrządziły interesom służby. Wszyscy wiedzieliby, że konkretna misja bojowa została przerwana. Gdyby sprawa została upubliczniona, podważyłoby to autorytet dowództwa. Żołnierz mógłby być wypytywany przez dziennikarzy i miałby wiele bardzo interesujących informacji, którymi mógłby się z nimi podzielić.

W takim przypadku, jeśli dojdzie do sprawy karnej, wzrośnie wewnętrzny opór wśród szeregowych żołnierzy. Dlatego też państwo nie podejmuje jeszcze takich kroków. Ale mówię wszystkim jasno, że teoretycznie jest to możliwe.

Wielu rosyjskich żołnierzy, którzy dostali się do niewoli, mówiło, że 24 lutego powiedziano im, że są wysyłani na ćwiczenia, ale potem kazano im wziąć udział w "operacji wojskowej". Czy to prawda? Czy takie osoby się z tobą kontaktowały?

Tak, oczywiście. W tej chwili przygotowuję w ich imieniu sprawę. Powiedziano im, że to tylko ćwiczenia, a okazało się, że to "specjalna operacja wojskowa". Wśród nich są osoby, które odmówiły wyjazdu do Ukrainy, i te, które pojechały, spędziły tam trochę czasu i wyjechały.

Jak wyjaśniają, dlaczego nie chcą tam wracać?

Nie mogę odpowiedzieć, bo w ten sposób mógłbym "skompromitować" Siły Zbrojne, a moje słowa mogłyby stworzyć wrażenie, że walczymy tam jak idioci. Nie chcę nic takiego powiedzieć.

Czym innym jest wygrywać, czym innym jest umierać. Bardzo wielu żołnierzy odmówiło po rozpoczęciu "operacji specjalnej", gdy zaczęli ginąć ich towarzysze. Jednak odmawiającym groziły sprawy karne – były krzyki, tupanie nogami, składano pisma do prokuratury wojskowej.

Co dzieje się z tymi, którzy odmówili?

Większość z nich zostaje zwolniona. Niektórzy są wysyłani na urlop, ponieważ zgodnie z prawem przed zwolnieniem żołnierz musi otrzymać cały należny mu urlop, a dopiero potem może zostać zwolniony z jednostki. Tak więc wielu z tych, którzy zostali zwolnieni, nadal przebywa na urlopie.

Nie wszystkich się zwalnia. W niektórych przypadkach liczba osób, które odmawiają, jest tak duża, że nie będzie komu służyć, jeśli zwolni się ich wszystkich. Zwalniają więc dla przykładu tylko kilku ludzi, którzy odmawiają.

Mam też osoby, które nie zostały zwolnione po odmowie. Jedna z nich służyła w FSB jako kierowca w kontrwywiadzie wojskowym. Została przywrócona do pracy. Straszono ją, krzyczano na nią, ale nic więcej się nie stało. Nadal jeździ dla FSB.

Napisałeś, że niektórzy z tych, którzy zostali zwolnieni, dostają w aktach służbowych pieczątkę "skłonność do zdrady, oszustwa i kłamstwa".

Dostałem masę hejtu za te pieczątki. Oskarżano mnie o rozpowszechnianie fałszywych informacji, były stwierdzenia, że to się pojawiło najpierw na ukraińskich kanałach w Telegramie. Nie, to się pojawiło u mnie. Przyszedł do mnie żołnierz, który skarżył się na tę pieczątkę.

Ludzie często przychodzą w tej sprawie?

Nie, jest to prawdopodobnie osobista inicjatywa kilku dowódców. Niedawno pokazano mi legitymację służbową z adnotacją, że żołnierz odmówił udziału w "specjalnej operacji wojskowej" i dlatego zostaje zwolniony za "niewypełnienie warunków kontraktu". To jest to samo, tylko ujęte w łagodniejszy sposób. Dokonuje się tego rodzaju adnotacji w aktach służby lub na legitymacji służbowej, aby zrujnować tym żołnierzom życie. Ta notatka nie jest oparta na niczym, jest niezgodna z prawem i można wnioskować o jej unieważnienie. Będę nad tym pracował.

W jaki sposób może ona zrujnować życie żołnierzom?

Wpłynie to na możliwości zatrudnienia żołnierza w przyszłości, gdy będzie on chciał na przykład wstąpić do innej jednostki wojskowej, policji, Federalnej Służby Więziennej lub innego organu ścigania. Jedynym środkiem nacisku, jaki mają dowódcy, jest krzyk i straszenie sprawami karnymi, ale w rzeczywistości mogą ich tylko zwolnić.

Wielu z nich chce zostać zwolnionych, ale ich dowódcy muszą jakoś na to zareagować, więc nie zostaje im nic innego, jak tylko krzyczeć, grozić i pisać te notatki.

Czy zwracają się do ciebie krewni zabitych lub rannych żołnierzy? Na przykład z prośbą o pomoc w uzyskaniu odszkodowania?

Tak, jak już mówiłem, zdarzają się ranni i wstrząśnięci żołnierze, którzy uważają, że pomoc medyczna, jaką otrzymali, jest niewystarczająca. Jest prośba od żony żołnierza z poważnymi urazami mózgu, który nie może uzyskać odszkodowania.

A krewni zabitych?

Nie.

Czy z twoich obserwacji wynika, że rośnie liczba żołnierzy kontraktowych, czy też ich liczba spada, biorąc pod uwagę zwolnienia?

Wiele biur rekrutacyjnych poszukuje obecnie żołnierzy na kontrakty krótkoterminowe. Nie mogę mówić o odpływie, ale liczba osób odchodzących ze służby jest, jak sądzę, bardzo wysoka.

Większość z tych, którzy jadą do Ukrainy po raz pierwszy... chce "zdenazyfikować", "zdemilitaryzować" i "wyzwolić" – a wielu z nich jest nawet gotowych zabijać. Tylko że nie wszyscy z nich są gotowi umrzeć.

Kiedy żołnierze zdają sobie sprawę, że tak naprawdę w każdej chwili mogą zostać zabici, dla wielu z nich jest to myśl otrzeźwiająca. Zaczynają ponownie rozważać swój udział. Ukraińcy wiedzą, za co umierają, stąd bierze się ich nieustraszoność. Kiedy nasi dziadkowie walczyli, wiedzieli, za co umierają. Ale nie wszyscy nasi żołnierze rozumieją, dlaczego ich śmierć miałaby być konieczna.

Co mówią o wojnie ludzie, którzy się z tobą kontaktują? Na przykład po tym, jak zostali ranni lub zwolnieni?

Niektórzy nadal są przekonani, że walczą z nazizmem. Nie mogę powiedzieć, że wszyscy, którzy służyli w tej wojnie, uważają, że to wszystko poszło na marne. Są ludzie, którzy chcą tam wrócić – chcą tylko dostać jakieś wypłaty i są gotowi dalej brać w niej udział. Ale stanowią oni mniejszość.

Pozostali twierdzą, że miejscowi nie byli zadowoleni z ich obecności. Mówią też, że nie mają do czynienia z pojedynczymi grupami "nazistów", jak im mówiono, ale z regularnymi, pełnoprawnymi siłami zbrojnymi. Rozumieją, że to nie jest tak, jak im mówiono, że to nie są "naziści", ale naród, który broni swojego państwa.

onet.pl

— W tej chwili po stronie Rosji, na terenie Ukrainy, walczy ok. 100 tysięcy żołnierzy. Dodatkowo ok. 30 tys. stacjonuje w pobliżu jej granic. Powszechna mobilizacja miałaby oczywiście swoją wymowę, jednak pamiętajmy, że motywacja rosyjskiego żołnierza, także tego z mobilizacji, nie jest i nie byłaby zbyt wysoka. Dominuje postawa, by chronić własną skórę oraz wzbogacić się, czyli nakraść się podczas wojny. Tymczasem stara prawda mówi, że żołnierz, który kradnie na wojnie, staje się mało użyteczny. Zamiast walczyć, skupia się na kradzieżach, na zadekowaniu się na tyłach i ochronieniu tego, co zdobył. Prowadzi to do tego, że Rosja, mimo że to wielki kraj, o większym potencjale niż Ukraina, nie zyskał nad nią znaczącej przewagi w bezpośredniej walce — zwraca uwagę gen. Mieczysław Cieniuch.

onet.pl

To pożegnanie jest niezwykłe. Prawosławni kapłani nie stoją przed trumnami, by czytać chrześcijańskie modlitwy. Zamiast tego jest tam pięciu mężczyzn z ogolonymi głowami, ubranych w czerwone szaty buddyjskich kapłanów, którzy odprawiają tradycyjny rytuał śmierci. W Ułan Ude, ponad 6 tys. km na wschód od Kijowa, rodzice chowają swoje dzieci, które zginęły podczas inwazji Rosji na Ukrainę.

Rosja jest krajem wieloetnicznym, więc w skład armii rosyjskiej wchodzą również przedstawiciele różnych grup etnicznych i religijnych. Służą Rosjanie, Tatarzy znad Wołgi, Tuwińcy z Syberii, wśród nich minister obrony Siergiej Szojgu, Buriaci ze wschodniego brzegu Bajkału i niezliczone rzesze innych.

Na pierwszy rzut oka buddyjski rytuał pożegnalny na Syberii nie powinien nikogo dziwić – wieloetniczna armia w wieloetnicznym kraju. Gdyby nie jeden problem: w niektórych regionach Rosji takich pożegnań jest znacznie więcej niż w innych częściach kraju.

Ukraina mówi o ok. 20 tys. zabitych rosyjskich żołnierzach i oficerach, Moskwa po raz ostatni opublikowała dane pod koniec marca i podała liczbę 1351 zabitych. Prawdziwa liczba rosyjskich ofiar jest prawdopodobnie gdzieś pomiędzy.

Jednak większość rosyjskich zabitych na wojnie pochodzi z biednych prowincji, zamieszkanych głównie przez ludność rosyjską, lub z republik "etnicznych". W związku z tym nasuwa się pytanie, czy armia Putina na pierwszą linię frontu nie kieruje przede wszystkim członków mniejszości etnicznych z prowincji.

Na czele listy zabitych żołnierzy znajduje się Osetia Północna. W tej małej kaukaskiej republice na 100 tys. mieszkańców przypada 5,5 ofiar. Cały region zamieszkuje 700 tys. osób.

Na drugim miejscu jest buddyjska Buriacja z 5,44 zabitych żołnierzy na 100 tys. mieszkańców, dalej biedny rosyjski region Kostroma, a następnie syberyjska republika Tuwy, Dagestan i Inguszetia na Kaukazie oraz biedny obwód pskowski na zachodniej granicy Rosji z 2,93 zabitych żołnierzy na 100 tys. mieszkańców.

Obliczeń dokonał amerykański politolog Adam Charles Lenton z George Washington University na podstawie danych zebranych przez rosyjskojęzyczny serwis BBC. Dziennikarzom udało się zidentyfikować 1083 żołnierzy, którzy zginęli w Ukrainie na podstawie doniesień w lokalnych gazetach, komunikatów prasowych gubernatorów i różnorakich oficjalnych źródeł.

Natomiast z rosyjskiej stolicy, w której arytmetycznie mieszka niespełna jedna dziesiąta całej populacji Rosji, nie odnotowano ani jednego zgonu żołnierza, z czysto statystycznego punktu widzenia jest to zdumiewające.

Ponieważ liczba zabitych w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców jest bardzo wysoka w niektórych regionach Rosji, najpierw nasuwa się wyjaśnienie ekonomiczne. Buriacja, Tuwa, Dagestan, Kostroma, Psków – tak wygląda dolna połowa rankingu dochodów w całej Rosji, sporządzonego przez państwową agencję informacyjną RIA Novosti.

W tak biednych regionach, niezależnie od ich składu etnicznego, kariera zawodowego oficera wojskowego daje wielu młodym mężczyznom praktycznie jedyną szansę na w miarę godne zarobki, a tym samym na solidne utrzymanie siebie i swoich rodzin.

W Buriacji czy Pskowie miesięczne wynagrodzenie w wysokości równowartości 100 euro za pracę w pełnym wymiarze godzin nie jest rzadkością. Ci, którzy zaciągają się do wojska, często mogą podwoić swoje dochody i dzięki temu dobrze sobie radzą w regionie o niskich zarobkach – przynajmniej dopóki nie ma sytuacji kryzysowej i nie muszą iść na wojnę.

Może to również wyjaśniać, dlaczego na liście BBC prawie nie ma mężczyzn z Moskwy czy innych dużych miast, takich jak Sankt Petersburg oraz zasobnych regionów bogatych w surowce. Młodzi mężczyźni nie mają tam motywacji do kontynuowania kariery zawodowej w wojsku. Wskazuje na to również analiza politologów: Im wyższy dochód na mieszkańca w danym regionie, tym mniej zabitych żołnierzy.

Jednak jeszcze silniejszym wskaźnikiem niż dochód per capita jest odsetek ludności nierosyjskiej w danym regionie. Im więcej etnicznej ludności rosyjskiej w danym regionie, tym mniejsza liczba śmierci wojskowych, nawet jeśli pominiemy różnice w dochodach na głowę mieszkańca.

Lenton w artykule dla magazynu internetowego "Riddle Russia" zauważa, że jest to szczególnie widoczne w regionach zamieszkanych przez mniejszości. Na przykład w obwodzie orenburskim nie-Rosjanie stanowili zaledwie jedną czwartą ludności, ale odnotowano aż 40 proc. zabitych. Podobna sytuacja panuje w obwodzie astrachańskim. Mniejszości etniczne stanowią tam 32 proc. ludności, ale 80 proc. potwierdzonych śmierci.

onet.pl

W przededniu obecnej, najgorętszej fazy wojny, brytyjskie Centrum Studiów Ekonomicznych i Biznesowych (CEBR) przeanalizowało straty gospodarcze Ukrainy spowodowane aneksją Krymu i faktyczną okupacją obwodów donieckiego i ługańskiego na wschodzie kraju. Według tych szacunków bezpośrednie straty gospodarcze poniesione przez Ukrainę w wyniku konfliktu militarnego w latach 2014–2020 przekroczyły 280 miliardów dolarów (w tym z powodu samej aneksji Krymu 58 miliardów). W sumie w wyniku wojny hybrydowej w ciągu pierwszych pięciu lat Ukraina straciła dokładnie jedną piątą PKB.

Jest to wartość wynikająca przede wszystkim z powodu utraty przedsiębiorstw w sektorze hutniczym oraz w przemyśle węglowym i chemicznym. Na przykład największymi podatnikami w obwodzie ługańskim są huta w Ałczewsku, która kilka lat wcześniej przeszła gruntowną modernizację, fabryka lokomotyw w Ługańsku i znajdująca się w tym samym mieście, jedyna w Ukrainie, fabryka nabojów.

W obwodzie donieckim znajdywały się liczne zakłady budowy maszyn nastawione na produkcję urządzeń dla przemysłu węglowego, kilka zakładów górniczych i przetwórczych w aglomeracji donieckiej, huta Donieckstal oraz jeden z największych w kraju producentów nawozów mineralnych i chemii przemysłowej, koncern Stirol w Horłówce.

Straty od aneksji Krymu okazały się nie mniej istotne, chociaż półwysep był konsekwentnie i znacząco subsydiowany przez Kijów. Działała tam jednak jedyna na Ukrainie wytwórnia tytanu, znajdowały się dwie supernowoczesne platformy pływające wydobywające gaz ze złóż szelfowych, zakupione zaledwie kilka miesięcy przed atakiem za ponad 400 milionów dolarów w Singapurze, duża flota rybacka i rozwinięty sektor rolno-przemysłowy, głównie zorientowany na wino i mocniejsze alkohole.

Jednak to tylko część strat. Ciągłe napięcia militarne i zagrożenie ze strony Kremla doprowadziły do odpływu inwestorów strategicznych z Ukrainy, co pozbawiło gospodarkę narodową 72 miliardów dolarów. Przede wszystkim byli to inwestorzy zainteresowani rolnictwem, przemysłem przetwórczym oraz logistyką transkontynentalną.

Straty kapitałowe na Krymie i Donbasie z tytułu nielegalnie zajętych lub uszkodzonych aktywów CEBR oszacował na 117 miliardy dolarów, a straty budżetowe z tytułu niepobranych podatków – 48,5 miliarda.

Jest to wyłącznie efekt wyłącznie pierwszej fazie wojny obejmującej stosunkowo ograniczony obszar, bez użycia rakiet balistycznych i celowego niszczenia infrastruktury przemysłowej prawie w całym kraju — od Charkowa po Lwów, od Odessy po Czernihów. Dziś straty te wzrastają niemal wykładniczo.

W rozmowie z amerykańską telewizją CNN prezydent Wołodymyr Zełeński powiedział, że na pokrycie tylko bezpośrednich strat spowodowanych zamrożeniem całych sektorów gospodarki państwo potrzebuje co najmniej 7 miliardów dolarów miesięcznie. Ocenę tę w dużej mierze potwierdziła dyrektor zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Kristalina Georgiewa, która oszacowała wartość koniecznej pomocy krytycznej dla Ukrainy na 5 miliardów dolarów miesięcznie. Chodzi przy tym tylko o doraźne łatanie dziur w budżecie narodowym, którego celem jest wsparcie funkcjonowania krytycznej infrastruktury i zapewnienie świadczeń socjalnych.

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) szacuje, że ponad 30% ukraińskich firm wstrzymało produkcję, przy czym wojna bezpośrednio dotyka terytoriów, które wytwarzają ponad 60% PKB Ukrainy. Dziesiątki dużych przedsiębiorstw rezygnują z kontynuacji biznesu z powodu przerwania łańcuchów dostaw czy braku możliwości zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom narażonym na ostrzał rakietowy.

Prezes Kijowskiej Szkoły Ekonomii i doradca szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy Tymofij Myłowanow w rozmowie z nadającą z Pragi telewizją Nastojaszczeje Wriemia powiedział, że wartość udokumentowanych szkód infrastruktury Ukrainy na 22 kwietnia wyniosła około pół biliona dolarów. Z tymi wyliczeniami zgadzają się eksperci Banku Światowego, którzy w połowie kwietnia oszacowali je na 564–600 milardów. W najbardziej optymistycznym scenariuszu, jeżeli Rosjanie będą używali wyłącznie broni konwencjonalnej, do końca 2022 roku gospodarka Ukrainy straci od 45% do 50% PKB w porównaniu z poprzednim rokiem.

Są to wyłącznie straty rzeczywiste, do których należy zniszczenie lub uszkodzenie co najmniej 23 tysięcy kilometrów dróg, 37 tysięcy metrów kwadratowych mieszkań, 277 mostów i przepraw mostowych, 10 lotnisk wojskowych i cywilnych, 8 lotnisk i 2 portów morskich. Nie obejmują one jednak jeszcze dwóch niezwykle ważnych czynników. Pierwszym jest zablokowanie prac siewnych w strefie walk. Co więcej, nawet na terenach wyzwolonych spod okupacji, rozminowywanie zajmie jeszcze kilka miesięcy.

Niektóre gospodarstwa w obwodzie mikołajowskim i zaporoskim rozpoczęły wiosenne siewy na własne ryzyko, a rolnicy pracują w kamizelkach kuloodpornych i kevlarowych hełmach na wypadek detonacji amunicji kasetowej, którą Rosjanie w marcu masowo rozsiewali na ziemi ukraińskiej. W większości rejonów południowych prac siewnych nie dało się rozpocząć wcale, ponieważ znajdują się w strefie okupowanej przez wojska rosyjskie. Dotyczy to prawobrzeżnego regionu Chersonia i wybrzeża Azowskiego z centrum w Mariupolu, także obwodów Charkowskiego i Ługańskiego. Znajduje się tam około 35% najbardziej dochodowych przedsiębiorstw rolnych kraju, które w czasach przedwojennych dostarczały zboże, mąkę i olej dla ponad 400 milionów ludzi w Afryce Północnej, na Bliskim Wschodzie, w Azji Południowo-Wschodniej i w Chinach. Rynki te już teraz doświadczają radykalnego wzrostu podstawowych cen żywności, co ze względu na poziom rozwoju tych krajów może mieć trudne do przewidzenia, nawet katastrofalne, skutki.

Drugim niezwykle ważnym czynnikiem jest zablokowanie żeglugi na Morzu Czarnym i zajęcie ukraińskich węzłów portowych w Berdiańsku i Mariupolu nad Morzem Azowskim. Odessa i jej satelitarny port Piwdennyj są głównymi bramami eksportowymi Ukrainy. Ich wody są zaminowane przez marynarkę rosyjską i żadna firma ubezpieczeniowa nie pokryje ryzyka żeglugi statków płynących tam z ładunkiem handlowym. Dla gospodarki jest to dużą stratą, ponieważ przez porty morskie Ukraina eksportuje ponad 70% ładunków o wartości około 47 miliardów dolarów rocznie.

Na początku obecnej fazy wojny tylko w porcie w Mariupolu znajdowało się 300 tysięcy ton ładunków, które zostały zniszczone albo rozkradzione przez Rosjan. To samo, według Forbes-Ukraina, dotyczy portu w Chersoniu. W tej chwili Ukraina stara się wyeksportować około 7 milionów ton towarów miesięcznie przez przejścia lądowe i dodatkowo około 10 mln ton odprawiać przez porty w Gdańsku, Gdyni, Świnoujściu i rumuńskiej Konstancy, jak twierdzi firma Dragon Capital.

new.org.pl

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę w mediach pojawiły się mniej lub bardziej uzasadnione porównania do sytuacji Gruzji w 2008 roku. Państwo, które kilka lat wcześniej zwróciło się ku zachodowi, starało się wówczas przywrócić integralność terytorialną przez wysłanie wojsk do Osetii Południowej. Skończyło się interwencją Rosji, pięciodniową wojną, zbombardowanym Gori i czołgami godzinę drogi od Tbilisi. A następnie uznaniem niepodległości i suwerenności Abchazji i Osetii Południowej. W efekcie wojny Gruzja jeszcze bardziej przyspieszyła proces integracji z Zachodem, zarówno w wymiarze militarnym, aplikując na członka NATO, jak i politycznym, zmierzając do akcesu do Unii Europejskiej. Bez szczególnie entuzjastycznego odwzajemnienia tych działań ze strony Zachodu.

Jakkolwiek kolejność wydarzeń w przypadku Ukrainy jest odmienna, to istnienie separatystycznych regionów wspieranych przez Moskwę, próba zmiany strategii geopolitycznej, a przede wszystkim otwarta agresja dawnego kolonialnego hegemona starającego się zachować wpływy, mocno sugerują porównania.

W kontekście regionalnych konfliktów wspieranych przez Rosję agresja na Ukrainę poza krótkim, ale krwawym wspomnieniem 2008 roku, wywołała jeszcze jedną analogię historyczną – konflikty z początku lat 90. XX wieku.

Choć w zachodniej perspektywie rosyjska interwencja w Gruzji w 2008 roku była często postrzegana jako „mała wojna, która zszokowała świat”, a wzniecenie i podtrzymywanie separatyzmów na Donbasie i Krymie jako odnowę imperialistycznej, szowinistycznej polityki, dla Gruzinów, podobnie jak dla Ukraińców, działania Rosji są jednoznaczną kontynuacją niezmiennej polityki siłowego podporządkowywania.

Jej korzeni należy się doszukiwać jeszcze w mechanizmach uzależnienia z czasów Cesarstwa Rosyjskiego. Nic dziwnego więc, że drastyczne obrazy zbrodni przeciwko ludzkości popełnionej w Buczy sprowokowały w mediach społecznościowych wizualne porównania do ciał gruzińskich ofiar na plaży w Gagrze w 1992 roku. Narracja jest prosta: choć istota konfliktów, ich przyczyny i stopień zaangażowania Federacji Rosyjskiej są odmienne, mechanizmy działania agresora pozostają takie same, a wszystkie środki są dozwolone, by osiągnąć cel.

Wobec tego nie dziwi postrzeganie wojny przez Gruzinów. Jak wskazują badania socjologiczne i opinie ekspertów, znakomita większość w pełni popiera Ukrainę, wskazując często, że to ona jako pierwsza otwarcie poparła Gruzję w trakcie wojny w Abchazji w latach 1992–1993 (po stronie gruzińskiej walczył wówczas oddział Ukraińskiej Samoobrony Ludowej, przekształconej później w partię polityczną Prawy Sektor). Dla wielu Gruzinów, nie tylko walczących od 2014 roku w Legionie Gruzińskim, wojna w Ukrainie to zatem ich wojna.

Analogia jest narzędziem poznawczym o dużym potencjale, ale jednocześnie groźnym dla używającego, ponieważ wymaga konsekwencji. W tym przypadku wymagałaby całkowitego wsparcia Ukrainy wobec agresji, analogicznego do tego, jakiego Gruzja oczekiwała od wspólnoty międzynarodowej w 2008 roku, w tym od Ukrainy rządzonej wtedy przez elity wyłonione w pomarańczowej rewolucji. Był to oczywiście nieznaczący dla faktycznych decyzji gest, ale Wiktor Juszczenko stał wtedy na tbiliskim placu obok Micheila Saakaszwilego oraz przywódców Polski i państw bałtyckich.

Od 24 lutego 2022 roku deklaracje poparcia dla Ukrainy są widoczne na ulicach Tbilisi i w mediach społecznościowych, organizowane są oddolne zbiórki humanitarne, Gruzini dołączyli również jako ochotnicy do walki przeciwko Rosjanom. Szczególnie młode pokolenie, socjalizowane już po rewolucji róż, jednoznacznie wyraża swoje wsparcie.

Tego samego nie można jednak powiedzieć o reakcji gruzińskiego rządu.

Dzień po rozpoczęciu inwazji premier Irakli Garibaszwili oświadczył, że rząd gruziński odrzuca możliwość przyłączenia się Gruzji do zachodnich sankcji, uznając je za nieefektywne. Nie zamknął również przestrzeni powietrznej dla rosyjskich samolotów. Jeśli pozostalibyśmy przy użyciu analogii jako mechanizmu poznawczego, wówczas, paradoksalnie, decyzję rządu gruzińskiego o stonowanej reakcji, w tym nieangażowaniu się w sankcje, należałoby uznać za racjonalną. Po 2008 roku Tbilisi jest świadome potencjału militarnego Rosji, a także własnych możliwości obronnych – nikłych, absolutnie nieporównywalnych z ukraińskimi. Należy do tego dodać długą granicę lądową, a także możliwość uderzenia od południa, na przykład z bazy wojennej obok ormiańskiego Giumri lub z baz na terytoriach Abchazji i Osetii Południowej, czy z Morza Czarnego, jak miało to miejsce w 2008 roku. Ze względu na to bezpośrednie niebezpieczeństwo stonowana postawa, wbrew społecznemu wsparciu, wydawała się przynajmniej w początkowym okresie wojny pragmatyczna.

Jest to kontynuacja gruzińskiej polityki przyjętej w momencie przejęcia władzy przez skupione wokół miliardera Bidziny Iwaniszwilego Gruzińskie Marzenie (GM) – normalizowania relacji z Rosją. To polityka, która północnego sąsiada nie będzie drażnić, nie pogorszy sytuacji Gruzji, szczególnie w kontekście Abchazji i Osetii Południowej.

Analogicznie do „podrażnienia” z 2008 roku, które doprowadziło do wojny.

(...)

Postawa władz wywołała wściekłość gruzińskiej ulicy. Pod główną siedzibą rządu przy Alei Rustawelego w centrum Tbilisi od ponad miesiąca regularnie zbierają się manifestanci, czasem w liczbie wielu tysięcy. Niezgoda na politykę gabinetu Garibaszwilego jest zdecydowana – podczas protestów wielokrotnie interweniowała policja, przykładowo gdy manifestanci obrzucili siedzibę rządu pomidorami.

Wściekłość wywołuje również postawa władz w kontekście wewnętrznej sytuacji Gruzji. Jeśli polityka cierpliwego czekania i nienarażania się Rosji przynosiłaby skutki, zapewne odpowiedź Gruzinów na ulicach byłaby odmienna.

Jednak od 2008 roku wzdłuż quasi-granicy separatystycznego quasi-państwa Osetyjczycy wraz z Rosjanami stawiają płot, przy okazji manipulując przebiegiem ustalonej po wojnie linii demarkacyjnej przez wchłanianie gruzińskich wiosek. Również gruzińsko-abchaski proces pokojowy znajduje się w stanie permanentnej stagnacji; podtrzymywany jest właściwie wyłącznie dzięki oddolnym inicjatywom trzeciego sektora.

A Rosja, na co zwracają uwagę gruzińscy eksperci, wykorzystuje separatystyczne republiki nie tylko do destabilizowania sytuacji Gruzji i odbierania jej suwerenności, ale również jako zaplecze militarne w wojnie w Ukrainie.

Dodatkowe znaczenie ma fakt, że polityka kaukaskiego appeasementu konsekwentnie podtrzymywana przez Tbilisi jest sprzeczna z gruzińską racją stanu i deklarowanym, niezmiennym dążeniem do integracji ze strukturami unijnymi i północnoatlantyckimi. Agresja na Ukrainę potwierdziła dosadnie, że wielokrotnie powtarzane przez Kreml utrzymanie we własnej orbicie „rosyjskiej strefy wpływów”, nie jest tylko narracyjną zagrywką wobec Zachodu, mającą zniechęcać wolny świat od polityki przyciągania do swoich struktur państw posowieckich. Jest realną, realizowaną stopniowo i skrupulatnie polityką przywracania imperialnego zasięgu Moskwy sprzed 30 lat. I jako takie nie dotyczy wyłącznie Ukrainy, ale również Kaukazu Południowego, w tym Gruzji. Jako że integracja z Zachodem jest nawet wpisana do pochodzącej z 2020 roku gruzińskiej konstytucji, sprzeciw wobec Moskwy i wsparcie Ukrainy zdaje się wobec tego nieuniknioną koniecznością. I tego też domaga się gruzińska opinia publiczna.

new.org.pl

Rosyjska agresja wywołała raczej stonowaną reakcję w Baku. Względny spokój nie trwał jednak długo, bo w zaistniałych okolicznościach zajęcie określonego stanowiska nie było dla prezydenta Alijewa łatwe. Wynika to z kilku czynników. Po pierwsze, z jednoznacznego poparcia Ukrainy i prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego dla azerbejdżańskiej idei integralności terytorialnej w kontekście Karabachu, wyrażanej regularnie od początku pełnienia przez niego mandatu, a przede wszystkim w trakcie wojny w 2020 roku (ponadto parę miesięcy temu Alijew i Zełeński podpisali w Kijowie porozumienie o uznaniu wzajemnej suwerenności i integralności terytorialnej „między zaprzyjaźnionymi państwami”). Po drugie, z sytuacji Ukrainy od 2014 roku zmagającej się z kwestią separatyzmu na Donbasie, dla wielu analogicznej do azerbejdżańskich zmagań z ormiańskim separatyzmem w Górskim Karabachu. Po trzecie, z realnej współpracy militarnej i politycznej między Baku i Kijowem przy aktywnym wsparciu Turcji, która ma być przeciwwagą dla wpływów rosyjskich w basenie Morza Czarnego.

Z drugiej strony, dogmatycznie opierając swoją politykę zagraniczną na deklarowanej neutralności, w kontekście podpisanego w Moskwie porozumienia Baku nawiązało z Rosją niemalże sojusznicze relacje. Jest to znaczące, bo z wypowiedzi rosyjskich polityków można wnioskować, że Kreml traktuje porozumienie jako pierwszy krok Azerbejdżanu do głębszej integracji ze strukturami Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, a na poziomie ekonomicznym z Eurazjatycką Unią Gospodarczą. Wobec tego jednoznaczne określenie się po którejś ze stron było od początku niemożliwe. Szczególnie, że nowe porozumienie nie zostało przyjęte w Baku w pełni pozytywnie.

Choć w autorytarnym reżimie krytyczne głosy marginalnej opozycji nie mają przełożenia na opinię publiczną ani decyzje dyktatora, są jednak istotne dla ogólnej percepcji problemu. Dla polityków Ludowego Frontu Azerbejdżanu, a także niezwiązanych z rządem analityków, porozumienie daje Rosji właściwie wolną rękę w definiowaniu, jakie działania zagrażają „sojuszniczym relacjom”. Jest to wobec tego narzędzie siłowe, aparat wpływu, który w założeniu ma pozwolić Moskwie umocnić hegemoniczną, geopolityczną rolę na Kaukazie Południowym, osłabioną szczególnie w przypadku Azerbejdżanu, w efekcie obserwowanego od kilku lat większego zaangażowania Turcji.

Jednocześnie pojawiły się głosy niezależnych od rządu analityków stwierdzające, że umowa jest sprzeczna z Deklaracją z Szuszy, a więc zeszłorocznym porozumieniem sojuszniczym między Baku i Ankarą. Wedle tej opinii jedynym sojusznikiem Baku jest Turcja, a porozumienie zakłada zbieżność ich polityk zagranicznych. Co powinien uczynić Azerbejdżan w sytuacji, w której interesy rosyjskie i tureckie są ze sobą całkowicie sprzeczne, a zachowanie milczenia jest niemożliwe?

Rosyjska agresja w Ukrainie i zdecydowane poparcie Ankary dla Kijowa zmusiły Alijewa do konieczności podjęcia decyzji – czy lawiruje i milczy, czy też jednoznacznie opowiada się po którejś ze stron. Jeśli któreś z dwóch lokalnych mocarstw postrzegane jest w Azerbejdżanie jako zagrożenie, jest to zdecydowanie Rosja, wobec czego decyzja mogła być tylko jedna: poparcie Turcji, a co za tym idzie – Ukrainy, w myśl „koordynacji polityk zagranicznych” z Deklaracji z Szuszy. Oczywiście Alijew jako stary polityczny wyjadacz, zdający sobie sprawę z kruchości lodu, po którym stąpa, nie mógł jednoznacznie opowiedzieć się przeciw Rosji. Wobec tego politycznie Baku oficjalnie zachowuje neutralność, choć wszystkie prorządowe media i cała machina propagandowa wspierają Ukrainę. A to w przypadku azerbejdżańskiego reżimu zwykle mówi znacznie więcej o realnej percepcji wojny wśród bakijskich elit politycznych niż oficjalne deklaracje.

Za oświadczeniami poszły konkretne działania: Azerbejdżan natychmiast rozpoczął dostarczanie Ukrainie pomocy humanitarnej, a państwowy koncern naftowy SOCAR zapewnił bezpłatną ropę na wszystkich swoich 59 stacjach benzynowych w Ukrainie dla służb medycznych i pożarniczych (z nieoficjalnych informacji w mediach społecznościowych można wnioskować, że również wojskowym). Pod koniec marca Alijew zadeklarował, że Baku jest gotowe przekazać Kijowowi paliwo dla maszyn rolniczych, co wesprze zagrożone wiosenne zasiewy. To istotne, bo Ukraina jest jednym z największych na świecie eksporterów zbóż i olejów, a mniejsze zbiory, które w Europie będą odczuwalne przez ewentualny wzrost cen produktów przetworzonych ze zboża, w innych regionach, np. w subsaharyjskiej Afryce, grożą realną klęską głodu. W samym Baku, mimo formalnego braku zaangażowania władz, regularnie odbywają się demonstracje poparcia dla Ukrainy połączone z nietypową w autorytarnym systemie obywatelską inicjatywą oddolnej pomocy.

(...)

Wraz z rozwojem sytuacji w Ukrainie i wyczuciem rosyjskiej słabości azerbejdżańscy analitycy i politycy wprowadzili do obiegu narrację, w myśl której Moskwa jest odpowiedzialna za podsycanie separatyzmów na Kaukazie Południowym, analogiczne do sytuacji na Donbasie i Krymie. W dłuższej perspektywie, zdaniem Baku, ma to służyć destabilizacji regionu, a co za tym idzie – zwiększeniu roli Rosji. Zgodnie z tą interpretacją Moskwa za wszelką cenę chce utrzymać pozycję geopolitycznego hegemona na Kaukazie, zakwestionowaną przez wzmożoną aktywność Turcji w ostatnich latach.

Dla Baku w tym kontekście jedynym znaczącym elementem jest oczywiście Górski Karabach. Na początku marca rozpoczęła się najpoważniejsza eskalacja od czasu zawieszenia broni w listopadzie 2021 roku. Azerbejdżańska ofensywa, zarówno propagandowa, ale również faktyczna, wynika z oceny możliwości wykorzystania sytuacji.

Przykładem było zmuszanie ormiańskiej populacji do opuszczenia wsi Paruch w prowincji Askeran. Po walkach i wycofaniu oddziałów ormiańskich Azerbejdżanie mieli zająć wieś (około 35 kilometrów od Stepanakertu) i okoliczne wzgórze, które powinny pozostać pod kontrolą rosyjskiego kontyngentu. Strona ormiańska oskarżyła Azerbejdżan o terroryzowanie lokalnej ludności ormiańskiej, która w ten sposób miała zostać zmuszona do opuszczenia wsi. Moskwa odpowiedziała ostrzeżeniem i większym zaangażowaniem w tym miejscu, w wyniku czego Azerbejdżanie wycofali się ze wsi, pozostawiając jednak oddziały na nieodległej, strategicznie ulokowanej górze.

Posunięcia azerbejdżańskie są mimo wszystko stonowane, Baku czeka na zakończenie wojny w Ukrainie, aby ocenić realne możliwości dalszego działania. By wykazać się dobrą wolą, pod koniec marca przywróciło dostawy gazu do Stepanakertu. Niemniej, sygnał jest jednoznaczny – Rosja powinna zdawać sobie sprawę z potencjału Azerbejdżanu ujawnionego w czasie drugiej wojny karabachskiej, a przede wszystkim z nierozerwalnego sojuszu z Turcją, która, co nie bez znaczenia, jest członkiem NATO. Sytuacja wygląda obecnie na ustabilizowaną, a rosyjski kontyngent pozostaje w Górskim Karabachu. Nic nie wskazuje na to, że analogicznie do transportu rosyjskich oddziałów do Ukrainy z terytoriów gruzińskich separatystycznych republik Osetii Południowej i Abchazji, podobny scenariusz mógł dotyczyć mirotworców stacjonujących w Górskim Karabachu.

new.org.pl