wtorek, 30 września 2025



- To znaczy?

Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE): Na początku XXI wieku, w odpowiedzi na zagrożenie brakiem mocy, powstały nowe bloki elektrowni węglowych. Miały być jak największe, z jak najwyższą sprawnością, żeby zużywały możliwe najmniej węgla na jednostkę energii. Takie było wtedy założenie. A dziś te najnowsze bloki albo pracują rzadko, albo z minimalną mocą, a przez to wcale nie osiągają wysokiej efektywności.

Okazało się, że w systemie, w którym coraz większą rolę odgrywają odnawialne źródła energii, ważna jest nie wyśrubowana efektywność elektrowni konwencjonalnych, a ich elastyczność. Czyli możliwość regulacji tego, z jaką mocą pracują. Tymczasem elektrownie węglowe kiepsko się do tego nadają ze względu na swoje ograniczenia techniczne.

- Czyli nie są przygotowane do tego, żeby ich pracę uzupełniało OZE?

Nie są przygotowane do tego, że jest odwrotnie. Dziś to wiatraki i fotowoltaika działają "w podstawie" systemu, a elektrownie na węgiel je uzupełniają. Tylko na dachach polskich domów mamy 13 gigawatów mocy w panelach fotowoltaicznych - tyle, co kilka dużych elektrowni. A OZE zawsze będą miały w systemie pierwszeństwo wobec elektrowni konwencjonalnych. Nie ze względu na klimat, ale ekonomię - w ich pracy nie ma kosztu paliwa i uprawnień do emisji, a więc kiedy działają, wygrywają konkurencję z węglem i gazem.

- Ale nie zawsze działają. Zachodzi słońce i ten węgiel musi nadrabiać zapotrzebowanie w szczytowym momencie.

Tę rolę przejmą m.in. magazyny energii. Ich rozwój i spadająca cena wywołają następną rewolucyjną zmianą w energetyce. To widać już w Teksasie i Kalifornii. Bateryjne magazyny będą pojawiać się coraz częściej także w naszych domach. Skorzystają na tym i właściciele, i my jako operator sieci. Żadna elektrownia nie zwiększy generacji tak szybko, jak może to zrobić bateria.

A połączenie paneli fotowoltaicznych z domowymi magazynami energii oznacza, że za jakiś czas gospodarstwa domowe, a nawet niektóre firmy, będą przez dużą część roku prawie samowystarczalne.

- A co, gdy przyjdą dwa listopadowe tygodnie bez słońca, do tego bez wiatru, który zasili wiatraki, a te domy będą potrzebować dużo prądu do ogrzewania i nie tylko?

Na takie okresy musimy budować tak zwane jednostki dyspozycyjne, czyli takie, których praca nie zależy od warunków pogodowych. W dzisiejszych realiach to w zasadzie tylko elektrownie gazowe. Potrzebują importowanego paliwa kopalnego, ale przy pracy na przykład kilka tygodni w roku, jego zużycie i emisje będą bardzo niewielkie.

Mamy narzędzie - rynek mocy - które pozwala płacić firmom energetycznym za postawienie takich elektrowni i utrzymywanie ich w gotowości. To potrzebne, bo z samej sprzedaży energii przez ograniczony czas nie utrzymałyby się.

- Ale na to wszyscy będziemy musieli się zrzucić w rachunkach za prąd.

Są też inne potencjalne źródła, jak wpływy z systemu handlu emisjami. Ale tak - ktoś musi za to zapłacić. Tyle że taki system i tak jest bezpieczniejszy i tańszy od takiego opartego całkowicie o paliwa kopalne.

(...)

- Jak dużym problemem dla energetyki jest prezydenckie weto wobec zmniejszenia odległości stawiania wiatraków od zabudowań do 500 m?

Elektrownie wiatrowe na lądzie są nam po prostu potrzebne. Nie tylko dlatego, że dają najniższą cenę za jednostkę energii, ale też są korzystne z punktu widzenia naszych warunków klimatycznych. Zima jest bardziej wietrzną porą roku, więc wiatraki pracują wtedy więcej niż latem - i jednocześnie wtedy będziemy potrzebować coraz więcej energii wraz z elektryfikacją ciepłownictwa, ale także transportu czy przemysłu.

Jeszcze nie tak dawno wiatraki na lądzie miały moc najwyżej dwóch megawatów, teraz stawia się nawet siedmiomegawatowe. Technologia redukuje też hałas i wpływ na środowisko. Ale jednocześnie takich wiatraków i tak raczej nie stawiano by 500 m od zabudowań. Teraz największym wyzwaniem nie są metry, a lata.

- Lata?

Uzyskanie wszystkich zgód i dokumentów niezbędnych do postawienia wiatraka trwa nawet sześć lat, a powinno trwać sześć miesięcy, może rok. Jeśli tego nie naprawimy, to zawsze będziemy z tyłu.

- Bardzo duże wiatraki stawiamy już teraz na morzu.

Ale te na lądzie mają już podobny poziom sprawności. A są co najmniej dwukrotnie tańsze do zbudowania i wielokrotnie tańsze w utrzymaniu. Oczywiście jeśli są inwestorzy chcący budować wiatraki na morzu na własne ryzyko i konkurować z innymi źródłami na rynku, to świetnie. Ale trzeba przyjrzeć się temu, czy wcześniejsze ambicje zbudowania do 19 gigawatów w wiatrakach na Bałtyku - niektórych wręcz na środku morza – z gwarancją ceny dla inwestora - nie wymagają zweryfikowania.

Patrząc i na aspekt ekonomiczny, i na bezpieczeństwo, i rynek zbytu dla tej energii obawiam się, że wynik będzie niekorzystny. Inwestorzy domagają się gwarancji ceny minimalnej i to dziś jest cena znacznie wyższa niż taka, która dałaby konkurencyjność naszej gospodarce. I dochodzą jeszcze obawy o fizyczne bezpieczeństwo takich budowli i kabli prowadzących na ląd.

(...)

- Mówił pan o zagrożeniach geopolitycznych. System, w którym rozproszone źródła - wiatraki i fotowoltaika - wypierają węgiel, jest bardziej odporny na zewnętrzne ataki?

Są rozproszone, ale też te wiatraki, farmy słoneczne, magazyny energii muszą być połączone z siecią. I te połączenia mogłyby stać się obiektem ataku. Ale zasadniczo zgadzam się z tym, że rozproszony system jest trudniejszy do zniszczenia czy przejęcia. Oczywiście poza fizycznym atakiem jest cały wielki obszar cyberbezpieczeństwa. To jedna z rzeczy, które chcemy wzmocnić proponowanym przez nas  pakietem antyblackoutowym. Inna to uporządkowanie zasad przyłączania do sieci. Z tym mamy bałagan.

- Bałagan?

Potworny. Mamy wydane tak zwane warunki przyłączenia dla w sumie 60 gigawatów projektów OZE i 60 GW magazynów. To cztery razy więcej, niż cały obecny system energetyczny. A w rzeczywistości zrealizowanych będzie z tego może 10 proc.

- Czyli firmy zgłaszają, że chcą zbudować np. farmę słoneczną, otrzymują warunki przyłączenia, ale później tego nie robią?

Czasem tego nie robią, czasem czekają, czasem chcą je sprzedać komuś innemu.

- Czyli PSE nie wiedzą, jakie OZE powstaną, a jakie nie?

Mamy do czynienia z chaosem. To problem choćby ze względu na pieniądze. Na rozbudowę sieci wydajemy bardzo duże pieniądze i naszym obowiązkiem jest upewnienie się, że nie zbudujemy ani metra sieci, który nie jest niezbędny. A takie projekty-zombie grożą zmarnowaniem pieniędzy. Dlatego potrzebujemy nowego systemu dostępu do sieci i to również proponujemy w ramach pakietu antyblackoutowego.

- Skoro nie wiemy, ile czego powstanie, to czy mocy w systemie może nam zabraknąć?

Jeszcze kilka lat temu bardzo realny był scenariusz, że w drugiej połowie lat 20. zabraknie nam tak zwanej mocy dyspozycyjnej, czyli jednostek, które możemy szybko uruchomić w razie potrzeby. Ale dzięki przedłużeniu wspomnianego rynku mocy dla elektrowni węglowych i budowaniu nowych jednostek gazowych udało nam się to ryzyko znacznie zmniejszyć.

- Co zatem wiemy o tym, jak będzie wyglądać nasz system energetyczny za 10 lat?

Tempo zmian w energetyce będzie dużo wyższe, niż większości się wydaje. W połowie lat 30. rola węgla w elektroenergetyce będzie pomijalna. Będziemy mieli jeszcze kilka bloków węglowych, ale one praktycznie nie będą działać, tylko będą trzymane w tak zwanej zimnej rezerwie, do uruchomienia w razie potrzeby. Do dyspozycji będzie kilkanaście, może 20 gigawatów mocy gazowych, a także bardzo dużo OZE - zobaczymy, w jakich proporcjach. Oraz dużo magazynów energii, co najmniej 10 gigawatów w dużych jednostkach i miliony sztuk w domach, z których część uda nam się pewnie wpiąć w systemy zarządzania.

- A energia jądrowa? Pierwszy reaktor ma produkować prąd w 2035 roku, ale te elektrownie wręcz słyną z opóźnień w budowie.

Rzeczywiście nie można wykluczyć jakiegoś opóźnienia. Ale nawet gdyby ta elektrownia została oddana do użytku rok, dwa lata później - nie będzie to wielki problem dla systemu.

- Niektórzy politycy powtarzają, że dopiero energią jądrową zastąpimy węgiel.

To zwyczajnie nie jest prawda. Elektrownia jądrowa może dać nam solidną podstawę niskoemisyjnej energii, ale kiedy powstanie, dużych wolumenów energii z węgla już dawno nie będzie. Ostatnie elektrownie na węgiel będą wtedy tylko w rezerwie.

- Jak te zmiany odbiją się na naszych rachunkach za energię? W 2035 będziemy płacić mniej czy więcej?

Po pierwsze trzeba odróżnić ceny energii od naszych rachunków, bo na nie składają się też inne elementy. Sama energia na pewno będzie tanieć. Wartości na rachunkach też powinny spadać, ale to będzie zależeć od tego, jak dobrze uda nam się zarządzić całym procesem transformacji. Musimy uniknąć budowania niepotrzebnej infrastruktury i to w warunkach, w których nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć kolejnych rewolucji technologicznych.

- Transformacja jeszcze nas zaskoczy?

Gdyby zapytać moich poprzedników zaledwie pięć-sześć lat temu, czy operator dopuszcza znaczącą rolę bateryjnych magazynów energii w systemie - powiedzieliby, że nie ma mowy. Dziś baterie litowo-jonowe tanieją, a sodowo-jonowe mogą być jeszcze wielokrotnie tańsze. I okazuje się, że ich rola będzie gigantyczna. Potencjalnie rozwiążą nam masę problemów, jak zapewnienie krótkoterminowej elastyczności systemu.

gazeta.pl


O duńskiej firmie Orsted było w ostatnich tygodniach głośno po tym, jak szyki popsuł jej Donald Trump. W sierpniu jego administracja nakazała Orsted wstrzymanie budowy farmy Revolution Wind u wybrzeży stanów Rhode Island i Connecticut. Prace tam były już bardzo zaawansowane - zainstalowano 45 z 65 turbin wiatrowych, gotowe było 80 proc. inwestycji. Decyzja o wstrzymaniu załamała giełdowe notowania Orsted, akcje spółki spadły do najniższego poziomu w historii. 

Tymczasem w ostatni poniedziałek sąd federalny w Waszyngtonie wydał wyrok tymczasowo blokujący decyzję administracji prezydenta. W środę Orsted podał, że wznowił prace na projekcie Revolution Wind. Duńska firma razem z partnerem Skyborn Renewables wydali już lub zobowiązali się do zainwestowania w ten projekt około 5 miliardów dolarów. Koszt ewentualnego anulowania inwestycji przekroczyłby miliard dolarów. 

/Odwet za Grenlandię? - red./

gazeta.pl


Jak podliczyła Fundacja Instrat we wrześniowym podsumowaniu stanu polskich kopalni, wydobycie węgla kamiennego energetycznego spadło w naszym kraju o 23 proc. w ciągu ostatnich trzech lat. Jeśli chodzi o wydobycie węgla kamiennego, to tylko w 2024 r. odnotowano spadek do 40,2 mln ton (czyli o 5,5 proc. w stosunku do 2023 r.).

"Koszty wydobycia pozostają wysokie, ceny sprzedaży spadają, rosną zapasy oraz kwoty dofinansowań. (...) Plan zamykania kopalni nie przystaje do prognoz wykorzystania węgla" – podkreślają eksperci Instratu, nie po raz pierwszy zresztą.

Koszt wydobycia rośnie systematycznie od grudnia 2023 r., a w czerwcu 2025 r. wyniósł już prawie dwukrotność ceny referencyjnej (ceny orientacyjnej, maksymalnej – red.).

Instrat zwraca uwagę, na to, jak bardzo przeciwskuteczne jest utrzymywanie wysokich dotacji z budżetu państwa dla górnictwa. Przypomina, że w 2025 r. wydamy na górnictwo z publicznych pieniędzy ok. 9 mld zł. W 2026 r. na ten nierentowny sektor na razie przewidziano ok. 5 mld zł wsparcia, ale ministerstwa energii i aktywów wnioskują o dodatkowe co najmniej 2,5 mld zł, powołując się na zapotrzebowanie spółek sięgające nawet ponad 10 mld zł.

(...)

Od lat eksperci powtarzają, że konieczna jest dywersyfikacja źródeł energii, ale też przesunięcie ciężaru – z przyczyn gospodarczych i ekologicznych – na odnawialne źródła energii. W Polsce sektor OZE rozwija się prężnie, mimo wspomnianej reanimacji górnictwa przez kolejne rządy. Tym prężniej, jeśli spojrzeć, w jak skomplikowanych warunkach prawno-organizacyjnych przychodzi mu działać.

Budowa farmy wiatrowej w Polsce to nie sprint, to maraton - wynika z raportu "W gąszczu procedur. Jak systemowo usprawnić proces wydawania pozwoleń na inwestycje w czystą energię?", przygotowanego przez ekspertki Instytutu Reform: Martę Anczewską, Marię Niewitałę-Rej i Anetę Stefańczyk. Jak wskazują, na komplet pozwoleń czeka się w Polsce nawet siedem lat. Instalacja fotowoltaiczna? Minimum trzy lata. Zamiast energii z wiatru i słońca produkujemy stosy dokumentów, na podstawie zbyt wielu regulacji, w otoczeniu licznych barier.

Problemy dotyczą głównie trzech obszarów, czyli procedur środowiskowych, planistycznych i sieciowych. I jeżeli nie zlikwidujemy tych wąskich gardeł to, niestety, nie będziemy w stanie doprowadzić do tego, żeby energia w Polsce była czysta. Nie spełnimy wystarczająco szybko celów transformacji energetycznej, nie osiągniemy celów na 2030 czy 2050 rok – mówi Maria Niewitała-Rej.

W każdej z tych dziedzin występują systemowe niedociągnięcia – zauważają autorki raportu – od niedoborów kadrowych i braku jednolitej bazy danych środowiskowych po chaotyczne zagospodarowanie przestrzenią i ograniczoną przepustowość sieci energetycznej. "Zbyt długi permitting (proces uzyskiwania pozwolenia – red.), spowalnia budowę czystego, konkurencyjnego przemysłu. Wysokie ceny energii wynikające z dużego udziału paliw kopalnych podnoszą koszty produkcji i ograniczają inwestycje w niskoemisyjne technologie oraz niezbędne modernizacje. Utrudniają także elektryfikację. Dodatkowo zakłady przetwórcze napotykają bariery przy budowie własnych źródeł OZE, które pomogłyby ustabilizować ceny energii. Opóźnienia w tym obszarze uderzają w konkurencyjność polskiej i unijnej gospodarki" – czytamy.

– Jest dużo obszarów do poprawy i do działania. I chociaż pojawiają się propozycje legislacyjne, które mogą procedury wydawania pozwoleń w Polsce skrócić, to niestety mają one często charakter punktowy, doraźny, awaryjny, pomostowy i brakuje systemowego podejścia do problemu – podkreśla Niewitała-Rej.

W raporcie przeczytamy m.in., że kluczowy element procesu inwestycyjnego w sektorze OZE, czyli planowanie przestrzenne, jest naszpikowane problemami: częste nowelizacje ustaw, niski poziom pokrycia obszarów Miejscowymi Planami Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP) oraz długotrwałe procedury planistyczne – to punktują ekspertki. Dodatkowym wyzwaniem, jak zauważają, jest reforma z 2023 r., która wprowadziła nowe dokumenty planistyczne i w okresie przejściowym (czyli aż do połowy 2026 r.) komplikuje proces inwestycyjny.

Kolejnym "wąskim gardłem" jest czas trwania procesów pozyskiwania zgód środowiskowych. Co ciekawe, w tym kontekście autorki duży nacisk kładą na braki kadrowe i obciążenie pracą urzędników Generalnej i Regionalnych Dyrekcjach Ochrony Środowiska (GDOŚ i RDOŚ). 

(...)

Jak informuje Piotr Otawski, generalny dyrektor ochrony środowiska, w ubiegłym roku wszystkie dyrekcje łącznie zyskały dodatkowych 46 etatów, lecz to nie rozwiązuje problemu, bo spraw przybywa. – Mamy ponad 140 spraw rocznie na jednego pracownika Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Na szczęście, nie każda z tych spraw to jest decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach, bo to już by w ogóle było niemożliwe do przeprowadzenia, ale to pokazuje skalę obciążenia – przyznaje Otawski.

Trzecią barierą – "jeźdźcem apokalipsy", jak nazywają ten problem autorki raportu – jest niska dostępność mocy przyłączeniowych. O tym, że przyłączanie nowych inwestycji jest problemem w całej Polsce, mówią i inwestorzy, i samorządowcy. Przykładowo, w powiecie wieluńskim, o którym pisałam ostatnio w kontekście powstania tam klastra energii, udział linii kablowych SN-15kV wynosi zaledwie 16,2 proc., a linii nN-0,4kV – 20,1 proc. To duże ograniczenie.

Niezwykle istotny jest również czynnik społeczny. "Nawet osoby popierające rozwój OZE mogą sprzeciwiać się budowie instalacji w pobliżu swojego miejsca zamieszkania. Zjawisko to jest określane mianem efektu NIMBY (ang. Not In My Back Yard)" – zauważają analityczki Instytutu Reform.

Obawy mieszkańców dotyczą najczęściej hałasu, wibracji, wpływu na krajobraz czy ograniczenia dostępu do przestrzeni publicznej lub przyrody. Brak akceptacji – jak czytamy – "potęgują kampanie dezinformacyjne, często stymulowane przez przeciwników farm wiatrowych. Opublikowany przez NATO raport oceny skutków zmian klimatu i bezpieczeństwa na rok 2024 wskazał, że grupy powiązane z Federacją Rosyjską aktywnie promują narracje podważające istnienie i znaczenie zmian klimatycznych. Równolegle starają się one osłabiać polityki klimatyczne oraz zniechęcać do inwestycji w odnawialne źródła energii. Rosyjskie media państwowe systematycznie budują atmosferę niepewności wokół globalnego ocieplenia, przedstawiając je jako zjawisko wyolbrzymione, a nawet korzystne".

"Dlatego ważne jest jasne komunikowanie planów i włączenie mieszkańców w podział korzyści płynących z projektu, pewien stopień uspołecznienia inwestycji" – czytamy.

Polskie prawo dopuszcza formy takiego udziału społeczności lokalnych: w ramach klastra czy spółdzielni. Jest też instytucja prosumenta wirtualnego (nie posiada własnej instalacji, ale inwestuje w inne – red.). Przepis jest na razie jednak martwy – piszą ekspertki – ze względu na przedłużające się prace nad wdrożeniem Centralnego Systemu Informacji Rynku Energii (CSIRE).

Rekomendacje z raportu obejmują porządkowanie otoczenia prawnego: przeprowadzenie kompleksowej rewizji ustaw regulujących wydawanie pozwoleń, tak aby przepisy były zebrane w jednym, spójnym akcie prawnym i harmonijnie powiązane z prawem unijnym oraz Polityką Energetyczną Polski do 2040 r.

money.pl


W 2008 r. szef Gazpromu Aleksiej Miller obiecał, że w ciągu 10 lat wartość firmy — przez krótki czas wycenianej wyżej niż Microsoft — osiągnie 1 bln dol. [3 bln 635 mld zł] Obecnie kapitalizacja rynkowa Gazpromu wynosi mniej niż jeden proc. kapitalizacji Microsoftu.

W 2007 r., u szczytu rosyjskiego boomu gospodarczego, kraj ten zajmował drugie miejsce po Stanach Zjednoczonych pod względem liczby miliarderów. Czternastu Rosjan znalazło się w światowej setce najbogatszych, a najbogatszy z nich uplasował się w połowie trzeciej dziesiątki. W 2025 r. pozostało ich tylko sześciu.

Kontrast jest ogromny: 20 lat temu ich łączny majątek był trzykrotnie większy niż fortuna Billa Gatesa. Dzisiaj tych sześciu najbogatszych razem jest wartych trzykrotnie mniej niż Elon Musk. W skali kraju Rosja spadła na piąte miejsce, za Stany Zjednoczone, Chiny, Indie i Niemcy.

(...)

Działalność rosyjskich przedsiębiorców pozostaje niezwykle ograniczona do rynków krajowych lub rynków sąsiednich krajów. Nawet chińscy miliarderzy zbudowali globalne firmy, w tym innowacyjne przedsiębiorstwa takie jak ByteDance, którego TikTok jest wyceniany na prawie 340 mld dol. [1 bln 236 mld zł] — około połowy wartości całego rosyjskiego rynku akcji. Natomiast rosyjskie bogactwo było związane z ropą naftową, handlem detalicznym i nieruchomościami, z których większość została później utracona w wyniku powiązań z Kremlem.

Lokalizacja zapewniła tymczasową ochronę. Podczas gdy zachodnie rządy zamroziły aktywa, Putin nałożył jedynie niewielkie podatki. Jednak pozostawiło to miliarderów narażonych na konfiskatę mienia i kontrolę polityczną. W ciągu ostatnich trzech dekad duże przedsiębiorstwa w Rosji stopniowo traciły wpływy polityczne, pomimo rosnącego bogactwa.

Według doniesień, w latach 20. XX w. wielu czołowych przedsiębiorców było nominalnymi właścicielami aktywów kontrolowanych przez osoby z kręgów Kremla. Ich zmniejszone wpływy były wyraźnie widoczne, gdy porównano frekwencję biznesu podczas inauguracji Putina w 2024 r. z inauguracją Trumpa w 2025 r.

onet.pl


— Mieli całkowitą kontrolę nad Kongresem, a teraz już jej nie mają — powiedział Trump w wywiadzie opublikowanym na początku tego miesiąca w Daily Caller, odnosząc się do Izraela. — Będą musieli zakończyć tę wojnę. Być może wygrywają wojnę, ale nie wygrywają w świecie public relations, a to im szkodzi — dodał.

Trump ma rację w sprawie nadszarpniętej coraz bardziej międzynarodowej reputacji Izraela. W ciągu ostatnich kilku dni Kanada, Wielka Brytania i Australia — jako kolejne już kraje — uznały państwo palestyńskie. Stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem są poddawane większej kontroli niż kiedykolwiek wcześniej — coraz więcej prawodawców, którzy kiedyś starali się przedstawiać siebie jako zagorzałych zwolenników Izraela, staje się wobec niego krytycznych.

Ostatnie działania izraelskiego premiera Binjamina Netanjahu, polegające na rozpoczęciu ofensywy lądowej w mieście Gaza, atakowaniu przywódców Hamasu w Dosze i zaprzeczaniu dowodom powszechnego głodu w oblężonej enklawie, tylko podsycają te nastroje.

Mimo to rzeczywistość jest taka, że przynajmniej na razie niewiele się w Waszyngtonie zmieni. Można się spodziewać, że Kongres nadal będzie zgadzał się na dostawy broni dla Izraela, a administracja Trumpa prawie na pewno poprze nawet najbardziej zuchwałe działania tego kraju lub przynajmniej nie podejmie żadnych działań, by go do nich zniechęcić. (Trump obiecał przywódcom arabskim i muzułmańskim, że nie pozwoli Izraelowi na aneksję Zachodniego Brzegu, choć nie jest jasne, jaką presję wywrze, by to osiągnąć).

Nie będzie to jednak trwało wiecznie. Sondaż opinii publicznej jasno pokazuje, że nadchodzi zmiana pokoleniowa, która gruntownie zmieni politykę Stanów Zjednoczonych wobec Izraela.

Młodzi Amerykanie — zarówno z lewicy, jak i z prawicy, są coraz bardziej sceptyczni wobec bezwarunkowego wsparcia Stanów Zjednoczonych dla Izraela, zwłaszcza w obliczu rosnącej liczby ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy i malejących szans na utworzenie państwa palestyńskiego.

Jednocześnie młodzi Izraelczycy skręcają mocno w prawo, stają się bardziej nacjonalistyczni i religijni oraz mniej sympatyzują z Palestyńczykami. A to w nadchodzących latach spowoduje wzrost napięcia w stosunkach między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem. Zderzenie wydaje się nieuniknione.

— Znajdujemy się w punkcie zwrotnym, w którym tradycyjne wartości i argumenty dotyczące bezpieczeństwa, które stanowiły podstawę tych relacji, znalazły się pod ogromną presją. Bez względu na to, co nastąpi dalej, musimy ponownie przeanalizować założenia leżące u podstaw tych relacji — mówi Elisa Ewers, która do niedawna była najwyższą rangą demokratyczną urzędniczką ds. Bliskiego Wschodu w Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych. — Martwi mnie rosnąca przepaść w Izraelu, która sprawia, że jeszcze ważniejsze jest, abyśmy mieli przekonującą logikę tych relacji — dodaje.

Wyniki sondażu przeprowadzonego przez Pew Research w marcu, na krótko przed wizytą Netanjahu w USA, przedstawiają sprawę jasno. Wynika z niego, że obecnie ponad połowa dorosłych Amerykanów — dokładnie 53 proc. — ma niekorzystną opinię o Izraelu, a tylko 32 proc. ma zaufanie do jego premiera. Częściej niekorzystne opinie o Izraelu wyrażają Demokraci niż Republikanie — 69 proc. w porównaniu z 37 proc. Wśród tych ostatnich odsetek osób z krytycznym zdaniem wobec Izraela stale jednak rośnie.

Dotyczy to zwłaszcza młodszych republikanów. W ciągu ostatnich trzech lat odsetek republikanów poniżej 50. roku życia, którzy mają negatywne opinie na temat Izraela, wzrósł z 35 proc. do 50 proc.. A aż 71 proc. demokratów poniżej 50. roku życia ma nieprzychylną opinię o Izraelu. Spadek poparcia dla Izraela wśród demokratów, zwłaszcza młodszych, rozpoczął się kilka lat temu, szczególnie po tym, jak Netanjahu zbliżył się do Trumpa podczas jego pierwszej kadencji i wyborów w 2020 r. Sytuację pogorszył fakt, że kolejne rządy Netanjahu przesuwały się coraz bardziej w prawo.

Chociaż Amerykanie z obu partii poparli Izrael bezpośrednio po atakach z 7 października 2023 r., w których Hamas zabił 1200 osób, poparcie to znacznie spadło — izraelska odpowiedź militarna pociagnęła bowiem za sobą śmierć ponad 64 tys. Palestyńczyków. Najbardziej oczywistym przejawem niezadowolenia młodzieży z poparcia Stanów Zjednoczonych dla Izraela były ogólnokrajowe protesty, które wybuchały raz za razem na kampusach. Inspirowała je w dużej mierze lewica, ale nastroje te przeniknęły również na prawicę. Częściowo stało się to pod wpływem Trumpa, który zyskał realne poparcie wśród młodszych wyborców i chętnie wykorzystał niezadowolenie z polityki prezydenta Joego Bidena wobec Izraela.

Curt Mills, dyrektor wykonawczy magazynu "American Conservative", zwraca uwagę na to, że podczas kampanii wyborczej Trump "wykorzystywał obie strony sporu jako broń". Podczas wiecu w kwietniu 2024 r. dołączył do tłumu skandującego "Genocide Joe" (Joe Ludobójca), co pierwotnie było hasłem lewicowym mającym na celu wyrażenie niezadowolenia wobec Bidena. Miesiąc wcześniej, podczas wywiadu dla Foxa, skrytykował Bidena za "miękkość" i wezwał Izrael do "zakończenia problemu" w Strefie Gazy.

Tymczasem zbliża się druga rocznica wojny, a jej końca nie widać. Mill, który wywodzi się z jednej z frakcji w Partii Republikańskiej, skierował niedawno ostre słowa do Trumpa. — Republikanie są teraz za to odpowiedzialni — powiedział. — Duże znaczenie ma kwestia wieku. Znaczna część poparcia dla izraelskiej twardej linii pochodzi od starszych republikanów, starszych republikanów ewangelickich, a niektórzy z nich odeszli, na scenę wkroczyli nowi wyborcy — powiedział.

Gabe Guidarini, przewodniczący Ohio College Republican Federation i student ostatniego roku Uniwersytetu w Dayton, zgadza się z tym. Mówi, że wśród młodszych konserwatystów "panuje przekonanie, że konflikt ten naprawdę nie przynosi korzyści Amerykanom, a nasze zaangażowanie w niego również nie jest dla nich korzystne".

Wielu młodych demokratów ma podobne odczucia. — Jesteśmy świadkami sojuszu, który w dużej mierze jest niesprawiedliwy — mówi Sunjay Muralitharan, przewodniczący College Democrats of America i student nauk politycznych na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

W czasie gdy amerykańska opinia publiczna staje się coraz bardziej rozczarowana Izraelem, po drugiej stronie następuje równoległa zmiana — Izraelczycy, zwłaszcza młodzi, skręcają w prawo.

Wielu młodych Izraelczyków, którzy dorastali w czasie drugiej intifady palestyńskiej lub podczas pięciu kolejnych wojen w Strefie Gazy, wykształciło w sobie bardziej jastrzębie stanowisko i mocno koncentruja się na kwestiach bezpieczeństwa. Ludność Izraela staje się również coraz bardziej religijna — według różnych szacunków do 2050 r. prawie 25 proc. Izraelczyków może zostać ultraortodoksami.

Młodsi Izraelczycy nie mają doświadczenia związanego z nadzieją, jaką budziły porozumienia z Oslo [zakładającego wzajemne uznanie Izraela i Organizacji Wyzwolenia Palestyny zawarte w 1993 r. i będące fundament procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie], ani wspomnień z życia w kraju wespół z Palestyńczykami. Niepowodzenie porozumień wynegocjowanych przez Stany Zjednoczone na przestrzeni lat doprowadziło do coraz większego podziału i osłabienia nadziei na powstanie dwóch niezależnych państw, o które od dawna zabiegała społeczność międzynarodowa.

Trauma z 7 października mogła tylko pogłębić pesymistyczne poglądy wielu Izraelczyków, ale przesunięcie w kierunku skrajnej prawicy rozpoczęło się już wcześniej.

W badaniu przeprowadzonym w 2024 r. przez Israel Democracy Institute 58 proc. żydowskich Izraelczyków określiło się mianem prawicowcych. W kwietniu 2019 r. w ten sposób identyfikowało się tylko 46 proc. Przyszłoroczne wybory w Izraelu będą testem dla tej tendencji. Pozycja polityczna Netanjahu się waha, ale jego rząd często utrzymywał się przy władzy dzięki poparciu partii jeszcze bardziej prawicowych.

(...)

Pomimo szybkich zmian w opinii publicznej politycy w Waszyngtonie reagują powoli. Mimo ostrych wypowiedzi Trump nie wywarł presji na Netanjahu, by ten zakończył wojnę w Strefie Gazy. W lipcu Senat przegłosował 72 głosami do 27 zezwolenie na sprzedaż broni do Izraela o wartości 675 mln dol. (2,5 mld zł). Mimo to powoli zaczynają pojawiać się pęknięcia. Głosowanie to było pierwszym w historii przypadkiem, kiedy większość senatorów demokratycznych zagłosowała za zablokowaniem sprzedaży broni Izraelowi — co jest ważnym sygnałem wskazującym kierunek, w którym zmierza partia. W przeszłości takie uchwały nie byłyby nawet poddawane pod głosowanie, nie mówiąc już o uzyskaniu tak dużego poparcia.

Jeszcze do niedawna zarówno republikanie, jak i demokraci widzieli korzyści polityczne w podkreślaniu swojego proizraelskiego nastawienia. To może się zmienić.

— W Waszyngtonie panował ponadpartyjny konsensus, że obie partie w pełni popierają Izrael, że Izrael jest naszym najbliższym sojusznikiem w regionie, że jest to jedyna jasna plama demokracji w trudnym sąsiedztwie i po prostu przyjmowano za pewnik, że Stany Zjednoczone będą dostarczać broń lub wsparcie wojskowe o wartości miliardów dolarów rocznie — mówi Tommy Vietor, były rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego w administracji Obamy, który obecnie prowadzi program "Pod Save the World".

onet.pl


Komisja Europejska w rekordowym tempie zakończyła przegląd prawa ukraińskiego w związku z toczącymi się negocjacjami Ukrainy w sprawie akcesji do UE - powiadomiła w poniedziałek w Użhorodzie unijna komisarka ds. rozszerzenia Marta Kos.

"Właśnie od Zakarpacia (obwód zakarpacki z centrum w Użhorodzie - PAP) rozpoczynam swoją trzydniową wizytę w Ukrainie i bardzo symboliczne jest to, że jestem dziś tutaj - bo właśnie dziś zakończyliśmy proces screeningu ustawodawstwa Ukrainy" - powiedziała Kos na briefingu.

Wyjaśniła, że zespół unijny przeanalizował ponad 100 tys. stron prawa ukraińskiego i porównał je z odpowiednimi przepisami UE. "Zrealizowaliśmy ten proces w mniej niż rok. To szybciej, niż odbywało się to kiedykolwiek wcześniej" - podkreśliła.

"Teraz wiemy, jak mamy iść dalej. Kwestie dotyczące dalszych kroków będziemy omawiać w Kijowie" - dodała komisarka.

Podczas pobytu w Użhorodzie Kos odwiedziła wraz ze swoim zespołem liceum im. Dojko Gabora z językiem węgierskim oraz liceum nr 4, gdzie nauczanie odbywa się po słowacku. Celem wizyty było zapoznanie się z organizacją procesu edukacyjnego, nauczaniem języków i współistnieniem różnych kultur w placówkach oświatowych - napisała państwowa agencja Ukrinform.

Kwestia rozszerzenia UE o kolejne kraje będzie przedmiotem posiedzenia liderów unijnych państw na nieformalnym szczycie w środę w Kopenhadze. Dania będzie gospodarzem takiego spotkania w związku ze sprawowaną w tym półroczu prezydencją.

PAP


Kanclerz Niemiec Friedrich Merz oświadczył w poniedziałek, że "Europa nie jest w stanie wojny, ale już nie w stanie pokoju" z Rosją. Ponownie poparł projekt uruchomienia zamrożonych rosyjskich aktywów w celu wsparcia Ukrainy.

- Pozwólcie, że ujmę to w zdaniu, które na pierwszy rzut oka może być trochę szokujące... nie jesteśmy w stanie wojny, ale już także nie w stanie pokoju z Rosją - powiedział Merz na spotkaniu z mediami w Duesseldorfie.

Wojna Rosji jest "wojną przeciwko naszej demokracji, wojną przeciwko naszej wolności" - dodał Merz. Podkreślił też, że zamiarem Moskwy jest podważenie jedności Unii Europejskiej.

Kanclerz nawiązał do jego wcześniejszego poparcia dla planu UE uruchomienia zamrożonych rosyjskich aktywów w celu sfinansowania ukraińskich wydatków obronnych, mówiąc, że mogłoby to wystarczyć na wsparcie militarne Ukrainy przez trzy do pięciu lat.

Zdaniem kanclerza z upływem czasu kontynuowanie wojny będzie dla Rosji ekonomicznie niemożliwe. 

PAP