Dlaczego ta kwestia ma tak negatywne reperkusje dla relacji polsko-niemieckich?
Relacje między Berlinem a Warszawą były, a przynajmniej tak to wyglądało z niemieckiej perspektywy, bardzo dobre. (Donald) Tusk i (Radosław) Sikorski byli popularnymi postaciami w Berlinie, wystarczy wspomnieć kryzys na Ukrainie (w 2014 r.). Ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Polski wspólnie pojechali do Kijowa, wspólnie rozmawiali z ludźmi z Majdanu, a kierował tym wszystkim nie niemiecki, lecz polski szef dyplomacji. Polski minister negocjował kompromis w Kijowie, a niemiecki siedział obok niego jak notariusz. Warto o tym pamiętać.
Były też oczywiście sprawy sporne, jak Nord Stream, ale myśmy uważali, że relacje są tak dobre, jak nigdy przedtem. Po kryzysie migracyjnym to się skończyło i wszyscy mądrzy Niemcy bardzo tego żałują.
Czym kierowała się Merkel w tych kluczowych momentach, we wrześniu 2015 roku? Dlaczego nie przewidziała skutków swoich decyzji?
To był czas wielkiej paniki w niemieckim rządzie. Od czasów Helmuta Kohla w niemieckiej polityce zagranicznej istniała żelazna zasada: zanim cokolwiek zrobimy w Europie, najpierw zawsze rozmawiamy z mniejszymi partnerami, rozmawiamy ze wszystkimi, a kiedy ich wszystkich wysłuchamy, wtedy próbujemy znaleźć kompromis z Francją. Kompromis uwzględniający interesy wszystkich. Angela Merkel dawniej też tak postępowała.
We wrześniu 2015 roku niemiecki rząd wpadł w panikę, ponieważ granicę państwa przekraczało bardzo wiele osób, a rząd uważał, że nie jest w stanie powstrzymać tej fali i w dodatku obiecał Niemcom europejskie rozwiązanie problemu. Nie było jednak żadnego europejskiego rozwiązania. Dlatego sięgnięto po plan, który powstał wcześniej, nie w Berlinie, lecz w Brukseli - rozdział uchodźców był pierwotnie planem unijnym. Berlin zwalczał ten plan przez 10 lat, a w sytuacji kryzysowej uchwycił się go jak ostatniej deski ratunku. Przeforsował go 22 września 2015 roku siłą na posiedzeniu ministrów spraw wewnętrznych UE, łamiąc wszelkie zasady niemieckiej polityki zagranicznej.
Merkel straciła kontrolę i - jak to się często dzieje w polityce - próbując naprawić błąd, popełniała kolejne. W normalnych czasach nie doszłoby do przegłosowania w taki sposób planu (rozdziału uchodźców).
Gdy ludzie zobaczyli nadciągające tłumy Arabów i wiwatujących na ich cześć Niemców, nie wiedzieli, kogo mają się bardziej bać - Arabów czy Niemców. Powiedzieli wtedy: stop, zero (uchodźców), w żadnym wypadku. Otwarcie przez Merkel granicy pogrzebało tym samym plany rozdziału uchodźców.
Dlaczego władze Niemiec nie zamknęły granicy 13 września, chociaż wszystko było już przygotowane do takiej operacji?
Odpowiedź na to pytanie stanowi sedno mojej książki. Gdy mówi się o uchodźcach, jedni chwalą Merkel za heroiczną decyzję wpuszczenia uciekinierów, a drudzy oskarżają ją o perfidny, diabelski plan, zarzucają jej, że chce wymienić naród na inny, zislamizować go. Merkel przedstawiana jest albo jak święta, albo jak diabeł wcielony.
W rzeczywistości nie zapadła żadna decyzja, ani o otwarciu, ani o zamknięciu, ponieważ w chwili, gdy granica miała zostać zamknięta, szef MSW Thomas de Maiziere nie odważył się tego zrobić. Zadzwonił do Merkel, a ona nie powiedziała ani tak, ani nie. Pytała, czy zamknięcie jest z prawnego punktu widzenia w porządku i czy media nie będą krytykować. A on (de Maiziere) nie mógł tego zagwarantować. W decydującym momencie doszło do braku decyzji, do zaniechania. Merkel nie jest ani Matką Teresą, ani demonem.
forsal.pl