sobota, 11 stycznia 2020


Ten system internetowej cenzury ma za zadanie bronić Państwo Środka przed „dywersją ideologiczną”, czyli przenikaniem idei, które nie są aprobowane przez Komunistyczną Partię Chin. Polityczne motywy blokowania poszczególnych witryn internetowych są łatwe do zauważenia. I tak np. Twitter został objęty blokadą w czerwcu 2009 r., tuż przed 20. rocznicą masakry na pekińskim placu Tiananmen. Facebook został zablokowany w Chinach w lipcu 2009 r., po zamieszkach na Zachodzie kraju. Instagram zablokowano we wrześniu 2014 r. po rozpoczęciu w Hongkongu rewolucji parasolek, czyli wielkich protestach wymierzonych w Chiny. YouTube był blokowany kilkakrotnie w zeszłej dekadzie (m.in. po zamieszkach w Tybecie), a ostatni zakaz funkcjonuje od marca 2009 r. Pinterest zablokowano w marcu 2017 r., podczas sesji chińskiego parlamentu. Chińska wersja Wikipedii została objęta blokadą w 2015 r., a w maju 2019 r. na czarną listę cenzorów trafiły wszystkie wersje językowe tej internetowej encyklopedii.

Niekiedy działania chińskiej cenzury wobec serwisów społecznościowych wydają się zagadkowe. Np. dostęp do serwisu Dropbox zablokowano w 2010 r., by go odblokować w lutym 2014 r. i ponownie zablokować w czerwcu 2014 r. Tumblr został zablokowany w maju 2016 r., ale wcześniej cenzura wybiórczo blokowała dostęp do niektórych postów na tym serwisie mających charakter polityczny lub pornograficzny. Po tym jak w sierpniu 2018 r. zablokowano Reddit, jego użytkownicy dziwili się, czemu chińska bezpieka zrobiła to tak późno…

Ostrze cenzury uderza też w portale, które nie są związane z polityką. Np. we wrześniu 2018 r. zablokowano należący do Amazona serwis Twitch z rozgrywkami e-sportu.

Stosowana jest również cenzura obyczajowa. Najpopularniejsze na świecie witryny z filmami porno zostały zablokowane w Chinach w 2011 i w 2012 r.

W miejsce, którego nie mogli zająć amerykańscy cyfrowi giganci, weszli krajowi internetowi „championi”. Wyszukiwarka Baidu stała się chińskim Google’em, a serwis Weibo – chińskim Twitterem. – W Weibol ludzie całkiem swobodnie rozmawiają, również o polityce. Cenzura tylko czyści posty przed świętami narodowymi, by pokazać, że coś robi – usłyszałem kilka lat temu podczas pobytu w Chinach od swojej chińskiej znajomej.

rp.pl

Chiny mają zresztą w swojej powojennej historii okres, który charakteryzował się ogromnymi napięciami wewnętrznymi. Po śmierci premiera Zhou Enlaia w styczniu 1976, stery państwa próbowała przejąć jedna z radykalnych frakcji KPCh – tzw. Banda Czworga. Usunięto wówczas cieszącego się ogromnym społecznym zaufaniem Deng Xiaopinga. Ale sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Hua Guoefeng – który zaraz po śmierci Mao (we wrześniu tego samego roku), stał się jego następcą, dokonał aresztowań członków Bandy Czworga. Podczas III Plenum KC KPCh w 1977 roku nie tylko zrehabilitowano Deng Xiaopinga, ale także wybrano go na przewodniczącego partii, czyli de facto przywódcę państwa.

Po tych dramatycznych doświadczeniach przywódcy KPCh zastanawiali się jak uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. W 1982 roku opracowano reguły dotyczące sukcesji, ale i momentu przechodzenia partyjnych notabli w stan spoczynku. Mimo to, Deng – zwolennik tych zasad sam zdominował chińską politykę aż do śmierci w 1997 roku, choć formalnie odszedł na emeryturę w listopadzie 1989 roku. Na miesiąc przed rezygnacją, w jednym z ostatnich wystąpień podkreślał, że „opieranie losu narodu na reputacji jednej lub dwóch osób jest bardzo niezdrowe i bardzo niebezpieczne”.

Tymczasem Xi Jinping wybrany w listopadzie 2012 roku na stanowisko sekretarza generalnego KPCh, a następnie w marcu 2013 zaprzysiężony na stanowisku przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej, od początku swoich rządów dążył do centralizacji władzy, stopniowo podważając zasadę „kolektywnego przywództwa” wprowadzoną przez Deng Xiaopinga.

Co więcej chiński przywódca pod sztandarem walki z korupcją doprowadził do zdziesiątkowania nieprzychylnych mu frakcji w KPCh, ale i w biznesie. Wreszcie, w 2018 roku doprowadził do przyjęcia przez KPCh postulatu zniesienia konstytucyjnego limitu liczby kadencji dla przewodniczącego partii i przewodniczącego ChRL. W marcu 2018 został ponownie wybrany na kolejną kadencję przewodniczącego ChRL.

(...)

Problem sukcesji w Chinach zajmuje analityków zagranicznych od dziesięcioleci. Centralna Agencja Wywiadowcza przeprowadziła szczegółowe badania na temat skutków zmian chińskiego kierownictwa, w tym analiz dotyczących tego, co może się zdarzyć po śmierci Mao i Denga.

Raport amerykańskiego wywiadu w 1986 roku pod tytułem „Chiny po erze Denga: Problemy dziedziczenia i perspektywy”, wyraźnie sugerował niepodejmowanie wysiłków w celu wpływania na proces sukcesji. Uznano, że jest on wypadkową na tyle skomplikowanych procesów wewnętrznych, że ujawnienie takich prób byłoby niezwykle ryzykowne dla utrzymania poprawnych relacji z Chinami.

osluzbach.pl

Ze zmian tych najbardziej niezadowolona może być właśnie klasa średnia. Z przygotowanego przez OECD raportu wynika, że pomiędzy latami 2007 a 2016 mediana realnych dochodów wśród osiągających średnie dochody wzrastała w krajach należących do tej organizacji o zaledwie 0,3 proc. rocznie. To znacznie wolniej niż w poprzedniej dekadzie (od połowy lat 90.), gdy dochody wzrastały realnie w tempie 1,9 proc. rocznie. Szybszy był też wzrost dochodów w jeszcze wcześniejszej dekadzie (od połowy lat 80.), wynosił on wówczas realnie 1,0 proc. rocznie.

Znacznie szybsze było w tym czasie tempo wzrostu najwyższych dochodów, w tym zwłaszcza jeszcze węższej liczebnie grupy (1 proc.) superbogatych. Dla klasy średniej jest ona zawsze jakimś punktem odniesienia. Przykładowo w USA udział owego 1 proc. najbogatszych w łącznych dochodach powiększył się w ciągu ostatnich trzech dekad z 11 do 20 proc. Realny dochód 10-proc. grupy najbogatszych wzrósł w krajach OECD (porównanie to dotyczy 17 krajów) w latach 1985 – 2016 o ponad 60 proc. Mediana dochodów we wszystkich tych krajach podniosła się w tym czasie o ok. 40 proc. Dochody 10 proc. najuboższych wzrosły tylko o ok. 20 proc. Różnice pomiędzy biednymi, „średniakami” i bogatymi powiększyły się.

Równolegle postępował wzrost kosztów życia, i co dla samopoczucia klasy średniej szczególnie istotne, kosztów korzystania z tych usług, które ją wyróżniają na tle uboższych warstw społeczeństwa. Chodzi zwłaszcza o koszty nabycia większych i lepiej położonych mieszkań, lepszej (czytaj prywatnej) edukacji dzieci, ochrony zdrowia (prywatna), ubezpieczeń, miejsc spędzania wakacji, a nawet możliwości robienia zakupów w bardziej eleganckich sklepach.

Przyjmując za 100 poziom cen w 1996 r., do 2017 r. inflacja bazowa w krajach należących do OECD (wskaźnik HICP) wyniosła 80,3 proc. W tym samym czasie koszty ochrony zdrowia wzrosły o 94,3 proc., koszty edukacji poszly w górę o 132,1 proc., a ceny mieszkań o 137,6 proc.

Wzrost kosztów stał się na tyle duży, że dostępne wcześniej dla klasy średniej dobra – pomimo nawet stabilizacji, a nawet niewielkiego wzrostu realnych dochodów, po ostatnim kryzysie stały się już dla niej nieosiągalne, zwłaszcza że zmalała jednocześnie pewność zatrudnienia – a praca jest podstawą dochodów klasy średniej. Nakładają się na to różnice pokoleniowe. Osiągające w ostatnich latach dorosłość, kończące przy tym na ogół lepsze szkoły dzieci, nie są w stanie – en masse – dorównać pod względem materialnym pokoleniom rodziców. W odchodzącej na emeryturę generacji baby-boomersów do klasy średniej należało 70 proc. społeczeństw, w generacji millennialsow – już tylko 60 proc.

obserwatorfinansowy.pl

„Gdzie jest policja?” – pytał dziennikarz z Nowego Jorku John Mullaly w wydanej w 1853 r. książce „The Milk Trade in New York and Vicinity” („Handel mlekiem w Nowym Jorku i okolicach”). Mullaly cytował w niej raporty lekarzy, z których wynikało, że tysiące dzieci umierało rocznie tylko w Nowym Jorku z powodu pełnego bakterii i celowo zanieczyszczanego mleka. Kto je zanieczyszczał?

Ci, którzy je produkowali! Jak opisuje autorka w publikacji, której polski tytuł to „Drużyna od trucizn”, popularną praktyką było dodanie pół litra letniej wody do litra mleka, oczywiście już po tym jak z mleka ściągnięto śmietankę. Następnie do takiego płynu dodawano gips albo kredę, aby wyglądem bardziej przypominało prawdziwe mleko. Często na wierzch dokładano także puree z mózgów cieląt, gdyż podobne ono było do warstwy śmietanki, która znajdowała się na powierzchni prawdziwego mleka.

Producenci oczywiście robili to, by więcej zarobić. Nie musieli się obawiać kary, ponieważ fałszowanie i zanieczyszczanie jedzenia nie było wówczas w USA przestępstwem i nie było za nie żadnej kary. Dlatego wraz z odkrywaniem nowych substancji chemicznych w XIX w. producenci żywności od razu testowali, czy są w stanie dzięki ich dodaniu do swoich produktów zarobić więcej.

Problem psującego się mleka rozwiązali, dodając do niego formaldehyd, substancję wykorzystywaną do balsamowania zwłok (formaldehyd dodawano także do mięs). Sprawa nie dotyczyła tylko USA, ale wszystkich krajów rozwiniętych. Już w 1830 r. renomowany brytyjski magazyn medyczny „Lancet” ostrzegał, że miliony dzieci w kraju są regularnie podtruwane tym, co jedzą.

Niewiele to dało, bo jeszcze w 1857 r. w Bradford, w hrabstwie Yorkshire 21 osób zmarło po zjedzeniu cukierków z arszenikiem. Co prawda, cukiernik dodał truciznę przez przypadek, bo miał zamiar dodać gips. Ale istotne jest to, że widząc, iż jego pracownicy zaczynają się pokładać, co sugerowało, iż mieli do czynienia z trucizną, cukiernik i tak zdecydował się wystawić cukierki na sprzedaż.

I nie poniósł za to żadnej kary, ponieważ wówczas w Wielkiej Brytanii, podobnie jak w USA, sprzedawanie niebezpiecznego dla zdrowia jedzenia nie było przestępstwem. Co prawda, furia opinii publicznej po tym incydencie doprowadziła do tego, że w 1860 r. w Wielkiej Brytanii uchwalono „Prawo o zapobieganiu zanieczyszczaniu jedzenia i picia” (ang. Act for Preventing Adulteration in Food and Drink), ale w wyniku lobbingu producentów żywności największą karą jaka mogła spotkać biznesmenów-trucicieli była grzywna w wysokości… 5 funtów, wartych tyle co 446 funtów obecnie, czyli ok. 2100 zł. Jaki był skutek takiego podejścia do sprawy?

W 1887 r., a więc prawie trzy dekady później, amerykański chemik Jesse Park Battershall wydał w USA książkę o amerykańskim rynku żywności. Podał w niej na przykład, że przetestował 198 próbek sprzedawanych cukierków i 115 z nich były skażone niebezpiecznymi truciznami, głównie arszenikiem i chromianem ołowiu (substancje te były w barwnikach). Produkty nie tylko zawierały trujące składniki, ale prawie w ogóle nie miały tych składników, które podane były przez producenta.

W 1882 r. rządowi chemicy wykazali, iż goździki w sprzedaży w ogóle nie zawierały goździków. Zamiast tego klienci kupowali spalone i pokruszone muszle. Z kolei sprzedawany w sklepach pieprz to były głównie drobinki węgla i trociny. Im bardziej popularny produkt, tym częściej był zanieczyszczany. W 1892 r. w USA ustalono, iż 87 proc. sprzedawanej kawy składa się nie tylko z kawy, a w jednej z próbek nie znaleziono w ogóle kawy. Producenci nauczyli się formować mieszankę, składającą się z mąki, melasy, drobnych śmieci i trocin, w grudki przypominające kawę.

obserwatorfinansowy.pl

Jakub Bodziony: Czy w tej kampanii pojawiała się postać George’a Sorosa?

Konstanty Gebert: Jest on mało obecny, poza tym, że Jair, syn Netanjahu, udostępnił obrzydliwy, antysemicki mem, na którym występuje Soros. Ojciec i syn nienawidzą go, bo w ich oczach jest wcieleniem zła, upiornej, lewicowej ideologii liberalnej. Soros w Izraelu finansuje rozmaite organizacje pozarządowe badające zbrodnie wojenne, dyskryminację Palestyńczyków i izraelskich Arabów. Dla Netanjahu jest wrogiem absolutnym i kiedy na Węgrzech Viktor Orbán uruchomił kampanię pod hasłem „nie pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”, ambasador Izraela w Budapeszcie potępił antysemickie motywy, ale został przywołany do porządku przez Tel Awiw. Izraelski MSZ oświadczył, że owszem, antysemityzm jest niestosowny, ale krytykować Sorosa można i jak najbardziej jest za co. Filantrop zarówno Orbánowi, jak i Netanjahu naraził się tym samym – krytykowaniem nacjonalistyczno-populistyczno-autorytarnych rządów. Wspieraniem uniwersytetów, w których młodzież uczy się kwestionować działania rządu, zamiast być silna, zwarta i gotowa. Dodatkowo Orbán nie cierpi go za to, że jest Żydem i wydaje mi się, że z tego samego powodu nie znosi go Netanjahu.

Słucham?!

Bo przecież Żyd nie powinien się tak zachowywać. Ma być solidarny z rządem Izraela, a oprócz tego: morda w kubeł. Soros na pewno nie jest syjonistą, a to wystarczy, żeby w oczach Netanjahu był zdrajcą.

Jakie są źródła tej nagonki?

Pierwszym, który rozpętał antysorosową kampanię, był Slobodan Milošević. Soros wspierał organizacje broniące praw człowieka, potępiał zbrodnie bośniackich Serbów, ale miarka się przebrała, kiedy Chorwacja odbiła Krainę i prawie 200 tysięcy Serbów uciekło stamtąd do Serbii. I nikt na nich nie czekał, Milošević, zostawił ich samych. Wtedy Soros przeznaczył 15 milionów dolarów na pilną pomoc dla tych uchodźców i Miloševicia szlag trafił.

Dlaczego?

Bo przedstawiciel obrzydliwych zachodnich elit, nagle stał się zbawcą Serbów. To był klasyczny przykład filantropii aktywnej – pomaga się tam, gdzie trzeba.

To w latach 90. pojawiły się również oskarżenia wobec Sorosa o rzekomą kolaborację z nazistami. Jakie jest ich źródło?

Soros był gońcem zatrudnionym przez Judenrat w Budapeszcie. Kiedyś przyszedł list do jego ojca z wezwaniem stawienia się. Już wtedy zaczynało być jasne, że deportacja na wschód nie jest tylko przesiedleniem, a wyjazdem na śmierć i ojciec kazał synowi ostrzegać osoby, do których będzie roznosił tę korespondencję. Drugim aktem kolaboracji, który mu się zarzuca, jest to, że udało mu się dostać pod opiekę węgierskiego urzędnika, który zajmował się wyceną majątków pozostałych po Żydach. Ten urzędnik miał nadzieję, że jak będzie wykonywał polecenia, to ochroni swoją żonę, która była Żydówką. I Soros przynajmniej w jednym wypadku towarzyszył mu w czynnościach wyceny. Rzecz w tym, że miał wtedy 13 lat.

To gdzie ta kolaboracja?

Nie mam pojęcia, zwłaszcza, że Soros sam mówił o tych wydarzeniach. Natomiast, rzecz jasna, marzeniem antysemitów jest pokazanie, że to sami Żydzi mordują swoich. Tak jak powiedział Leszek Kołakowski: „6 milionów Żydów wymordowało się nawzajem, chrześcijanom na złość”. Ta kampania jest ohydna, ale umieszczenie w niej Zagłady to przekroczenie pewnej granicy.

Czy Bibi dołączył się do tych oskarżeń?

Wprost – nie, ale dopuścił takie insynuacje. Co jest obrzydliwe do kwadratu. To klasyczny przykład, na którym widzimy, że ten bardzo bogaty Żyd doskonale spełnia polityczne zamówienie i koncentruje na sobie społeczną niechęć.

To dalej jest dobrym paliwem politycznym? W Polsce już chyba nie…

Niech pan zobaczy, co się pisze o Fundacji Batorego. „Soros wydał rozkaz i Fundacja Batorego atakuje polskie sądownictwo”. Fundacja rzeczywiście została założona za pieniądze Sorosa, ale następnie się całkowicie usamodzielniła; Orban zresztą też studiował w Oksfordzie za pieniądze Sorosa – i co? Sorosowi zarzuca się jakieś cuda wianki, spiski dziejowe, bo jest spekulantem finansowym.

A nie jest?

Tak. To zawód jak każdy inny.

I nie dokonał ataku na brytyjskiego funta?

Jak najbardziej. Postawił wszystko na jedną kartę i jakby przegrał, to dzisiaj spałby pod mostem. Wygrał przeciwko Brytyjczykom i stał się jednym z najbogatszych ludzi świata. Można i należy krytykować moralność systemu, który dopuszcza takie rzeczy, ale nie są one sprzeczne z prawem, Soros nie jest jedynym spekulantem finansowym, a tylko jemu się dostaje.

Bo wydaje pieniądze w taki, a nie inny sposób?

Gdyby wydawał na szampan i kobiety, nie byłoby problemu. A ten robi podwójne przebicie, nie dość, że bogaty, to jeszcze szlachetny. Tego już Żydowi nie można darować. Soros jest plamą rorschachowską, na którą każdy może projektować to, czego najbardziej nienawidzi. I zyskiwać aplauz.

kulturaliberalna.pl

Jakub Bodziony: Kto wygra wybory w Izraelu i dlaczego Benjamin Netanjahu?

Konstanty Gebert: Dlatego, że 12 lat jego rządów to okres rosnącej prosperity, za którą wystawiono jednak słony rachunek. Izrael stał się społeczeństwem ogromnych nierówności ekonomicznych, a w kraju są grupy, które żyją w biedzie, a nawet nędzy. Być młodym w izraelskich wielkich miastach to dramat, bo ludzi nie stać nie tylko na wynajęcie mieszkania, ale nawet na kawę w sieciówce.

To gdzie ta prosperity?

Bo kraj jako całość fenomenalnie poszedł na przód. Jest bezpiecznie, zamachy terrorystyczne zdarzają się naprawdę rzadko. I Netanjahu nie jest politykiem, który lubi wojenki.

Naprawdę? Myślę, że wielu Polaków ma inne zdanie.

Bo w Polsce Netanjahu to wszystko co niedobre. On bardzo rozsądnie uważa, że na wojnach giną wyborcy, a ich rodziny tego nie lubią. Dlatego należy ich unikać.

To ostatnia eskalacja napięć pomiędzy Tel Awiwem i Palestyną nie służy premierowi? Po raz kolejny w stronę Izraela zostały odpalone rakiety.

Hamas rozkosznie tłumaczył, że to była pomyłka. Potem stwierdzili, że stało się z to powodu niepogody, a ostatnia wersja zakładała, że rakiety odpaliły się automatycznie. Proszę pamiętać, że to Hamas wyniósł Netanjahu do władzy w wyborach w 1996 roku, po zamordowaniu premiera Icchaka Rabina.

Pokonał wtedy Szymona Peresa.

Peres przegrał o włos ze względu na straszliwą kampanię terroru ze strony Hamasu. Bomby wybuchały w autobusach, barach, restauracjach. Izraelczycy uwierzyli, że pokój z Palestyńczykami oznacza zagrożenie terrorystyczne. To było zresztą łatwe do empirycznego zweryfikowania – więcej Izraelczyków zginęło w zamachach terrorystycznych po podpisaniu pokoju niż przed. Netanjahu od początku mówił, że żadnego pokoju za jego życia nie będzie.

I to służy również Hamasowi?

Tak, bo jeżeli po izraelskiej stronie jest partner, który nie chce rozmawiać, to znaczy, że Hamas ma rację, że jedyną drogą jest walka zbrojna.

Hamas porozumiał się z Netanjahu?

W żadnym wypadku, ale obie strony mają interes w tym, żeby się nie pogodzić. Spadające rakiety wzmacniają narrację jednych i drugich. Izraelski premier nie chce wojny, ale oskarża swojego głównego wyborczego rywala generała Benny’ego Gantza o to, że byłby zbyt miękki wobec Arabów. Za każdym razem, kiedy rośnie zagrożenie ze strony arabskiej, takie argumenty padają na podatny grunt.

To może Bibi ma rację?

Przeciwko premierowi startują trzej generałowie, wszyscy byli szefami sztabu generalnego, a jeden był ministrem obrony. Dwóch z nich służyło pod Netanjahu, a on twierdzi, że są niewiarygodni w swoim stanowisku wobec Arabów. To groteskowy argument.

Czy zagrożenie jest realne?

Rakiety Hamasu są niesterowalne i na ogół, zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, spadają na puste pola albo do morza. Pech chciał, że jedna z nich trafiła w dom w wiosce Miszmeret, na północ od Tel Awiwu. Mieszkała tam wieloosobowa rodzina; siedmioro rannych w tym dwójka dzieci. Ślepa przemoc ze strony Arabów, to ukonkretnienie największego lęku Izraelczyków. Hamas wysłał bardzo wyraźny sygnał do izraelskiego elektoratu: będzie wam lepiej pod Bibim. To po cholerę ryzykować z Gantzem i jego koalicją biało-niebieskich?

kulturaliberalna.pl

Wojna spadła na Słowiańsk, podobnie jak na inne miasta Donbasu, niczym grom z jasnego nieba. Choć już wcześniej w regionie było niespokojnie. Pod koniec lutego 2014 roku demonstranci na Majdanie doprowadzili do tego, że ówczesny prezydent Wiktor Janukowycz uciekł z kraju. W tym czasie rozpoczęły się już protesty na Krymie, a w niedługim czasie Rosjanie anektowali półwysep. Prorosyjskie protesty wybuchały też w innych częściach kraju, w szczególności w Donbasie. Demonstranci w Doniecku i Ługańsku szturmowali budynki administracji regionalnej. 13 marca w Doniecku doszło do starć, w rezultacie których został zabity proukraiński aktywista.

(...)

12 kwietnia to w Słowiańsku zaczęło się dziać i szybko te wydarzenia przyćmiły zamieszki w Doniecku i Ługańsku. Tego dnia dwudziestu zamaskowanych i uzbrojonych ludzi zajęło budynek Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, z którego uczynili swoją siedzibę. Następnie ruszyli na komisariat policji i opróżnili jego zbrojownię – dwadzieścia karabinów, czterysta pistoletów i amunicję. Część rozdali demonstrantom zebranym na placu Rewolucji Październikowej, jak wówczas nazywał się plac Jedności. Wokół miasta pojawiły się posterunki, a zamaskowani ludzie przejęli od ukraińskiej armii bojowe wozy. Jak się okazało w ciągu następnych dni, to był oddział pod dowództwem Rosjanina Igora Girkina o pseudonimie „Striełkow”. Słowiańsk stał się startowym punktem, od którego rozkręciła się wojna we wschodniej Ukrainie.

(...)

Już następnego dnia po pojawieniu się uzbrojonych ludzi w Słowiańsku, doszło do kolejnych wydarzeń. Merem miasta ogłosił się wówczas 49-letni Wiaczesław Ponomariow, który do wojny handlował mydłem. Chodził w jeansach, czarnej bluzie z kapturem i czapce bejsbolówce tego samego koloru.

Nowe władza szukała wrogów wśród mieszkańców, którzy niechętnie na nią patrzyli. Zaczęły się zniknięcia, areszty i zabójstwa.

holistic.news