czwartek, 1 listopada 2018


Polityczny nastrój związany z rokiem 1918 był bardzo egalitarny. „Od dnia ogłoszenia niniejszych przepisów praca robotnika lub pracownika we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz przedsiębiorstwach handlowych trwać ma najwyżej 8 godzin na dobę. Dekret niniejszy nie może pociągać za sobą obniżenia płac robotników i pracowników” – czytamy w dekrecie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego wydanym 23 listopada 1918 r., a więc niecałe dwa tygodnie po odrodzeniu polskiej państwowości. Gdy dokument wchodził w życie, na polskim rynku pracy byli ludzie, którzy dobrze pamiętali pracę po 12–13 godzin na dobę. Wówczas wprowadzono również prawa wyborcze dla kobiet.

Tego egalitarnego ducha pierwszych chwil po odzyskaniu niepodległości tłumaczyć można na dwa sposoby. Po pierwsze, w elitach politycznych II RP dominowali socjaliści z PPS. Na wsi zaś silne wpływy miało lewicowe Wyzwolenie. Warstwy posiadające obserwowały ten proces z milczącym przyzwoleniem. I tak dochodzimy do drugiego kluczowego powodu wyjaśniającego „egalitarny rok 1918”. Kilkaset kilometrów na wschód w bolszewickiej Rosji trwał eksperyment – trudno uwierzyć – z jeszcze bardziej egalitarnymi rozwiązaniami. Ziemiaństwo i fabrykanci czuli, że muszą pójść na ustępstwa, jeśli nie chcą skończyć z jakąś formą rewolucji październikowej nad Wisłą. Zwłaszcza, że rewolucyjny ferment trwał wówczas również w Berlinie czy Monachium.

Z biegiem czasu egalitarny impet II RP został jednak wyhamowany. Niemieckie rewolucje wygasły. Bolszewików Piłsudski odepchnął na wschód. Polski kapitalizm krzepnął, a polityczne wpływy obozu chadecko-mieszczańsko-ziemiańskiego zaczęły się rozbudowywać. Wyczekiwana reforma rolna się odwlekała. Podatki pozostały nieegalitarne. Na dodatek postrzegany przez lewicę jako zbawca Józef Piłsudski, który wrócił do władzy po roku 1926 już dawno porzucił socjalistyczne przekonania. Politycznie reżym sanacji zaczął zmierzać w kierunku autokracji.

W efekcie historycy gospodarki patrzą dziś na II RP jako na kraj, któremu nie udało się przełamać dominacji tzw. wykluczających instytucji życia ekonomicznego (Piątkowski, 2018). Na górze hierarchii społecznej mieliśmy arystokratyczne elity oraz – wywodzącą się głównie ze zubożałej szlachty – inteligencję. Obie te warstwy dzielą między siebie najważniejsze zasoby ekonomiczne kraju. To dlatego w latach 30. w gronie 900 najbogatszych mieszkańców Polski aż 700 to posiadacze ziemscy. A gros z tych fortun pochodziło jeszcze z czasów przed 1918 rokiem.

Inteligencja spełniała się w administracji (państwowej i publicznej). Przedsiębiorczość? Nieszczególnie interesowała ani jednych ani drugich. Uchodziła za zajęcie niegodne Polaka i została w pewnym sensie „outsoursowana” za granicę. W roku 1935 na 244 duże zakłady przemysłowe (zatrudniające ponad 500 osób) 209 należało do kapitału zagranicznego. Klasy dominujące nie miały większych zachęt do tego, by dążyć do zmiany istniejącego status quo. Załamywało nad tym ręce (z różnych przyczyn) wielu ówczesnych intelektualistów, od Romana Dmowskiego po Floriana Znanieckiego.

Analfabetyzm był dramatem ok. 20 proc. populacji. Dostęp do edukacji na poziomie ponadpodstawowym miało 3,2 proc. populacji. Szansę studiowania na uczelni wyższej miał zaledwie 1 proc. Wszystkie te wskaźniki należały do najniższych w Europie.

Ekonomista Banku Światowego Marcin Piątkowski w swojej książce „Europe’s Growth Champion: Insights from the Economic Rise of Poland” stawia nawet tezę, że pod tym względem II RP bardzo przypominała południe Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. I tu i tam poddaństwo osobiste zostało formalnie zniesione jeszcze w XIX wieku, a dawni niewolnicy (czarni w USA, chłopi w Polsce) mieli prawo szukać szczęścia gdzie im się podoba. W praktyce jednak feudalne struktury trwały nadal. Środki produkcji pozostały w rękach dawnych panów, którzy posiadali niemal nieograniczone możliwości dalszego – tym razem już rynkowego – wyzyskiwania dawnych niewolników. W tej sytuacji ułudą były też prawa polityczne. Formalnie istniała równość w wobec prawa. W praktyce brak materialnych podstaw do ich realizacji był jednak dojmujący. Trochę jak na późniejszej karykaturze, gdzie pan czyta chłopu konstytucję marcową z 1921 roku i mówi „No i teraz jesteśmy równi sobie. Rozumiesz, chamie?!”.

obserwatorfinansowy.pl

Podczas pierwszej wojny światowej lekarze zaopatrzyli w nowe twarze tysiące poparzonych i przestrzelonych. Nie wszystkie były udane, nic w tym dziwnego. Takim jak ten mój wojskowy, tylko dużo poważniej doświadczonym, dorabiano nosy, żuchwy, uszy, szyto nowe powieki, klajstrowano dziury w policzkach i szyi. Pierwsza wojna była okresem najgwałtowniejszego rozwoju operacji plastycznych, przeprowadzanych najczęściej na widocznych fragmentach ciała: były to operacje ratujące życie, pozwalające jako tako funkcjonować, pokazać się sobie samemu, najbliższej rodzinie albo na ulicy. Pochodzący z Nowej Zelandii otolaryngolog doktor Harold Gillies dokonał wówczas rewolucji w tym, co przyjmowane dziś jest jako naturalne, w chirurgii plastycznej. Chorzy czekali miesiącami, aż skóra nacięta na przykład ramieniu, jeśli pozostała tam jakakolwiek skóra, przyjmie się gdzieś na twarzy i powoli będzie można z niej formować wargę, nos czy policzek. Przez długie miesiące pacjent był jakby sklejony nowymi połączeniami, płatami skóry, często między ręką a twarzą, a cała ta konstrukcja, ramię i głowa, pozostawała wówczas unieruchomiona w nienaturalnej i bolesnej pozycji. (…)

Jeśli nie dało się przeszczepić nowych części ciała ani odtworzyć ich z własnej skóry pacjenta, sięgano po repertuar teatralny i z rozmaitych materiałów tworzono maski. Początkowo najczęściej używano gumy, jednak szybko się okazało, że jest bardzo podatna na zniszczenie. Przetarta i brudna twarz w miejsce twarzy nieistniejącej lub zmiażdżonej, taka to była zamiana. Szybko znaleziono jednak nowy materiał, który zapewniał wygodę, był dostatecznie lekki i trwały, mógł wytrzymać lata: była to cienka blacha miedziana malowana na kolor skóry. Pokaleczeni, ci, którym brakowało niemal wszystkiego (jest takie zdjęcie z profilu w podręczniku Gilliesa: czoło, niżej trójkątne wcięcie sięgające w głąb czaszki, niemal do ucha, i dopiero pozostałość dolnej szczęki; nicość obudowana resztką człowieka), ci wciąż żywi, choć przecież wyglądali, jakby już za życia dosięgł ich pośmiertny rozkład, nosili te nowe miedziane twarze na tasiemkach, paskach, haczykach; najczęściej jednak częścią zestawu były specjalne okulary, służące za rusztowanie dla metalowego oblicza. Chcę wierzyć, że nosili je z radością.

dwutygodnik.com