sobota, 27 września 2025



Dowództwo Powietrzne NATO poinformowało 25 września, że w odpowiedzi na jeden rosyjski myśliwiec Su-30, jeden myśliwiec Su-35 i trzy myśliwce przechwytujące MiG-31, które przeleciały w pobliżu łotewskiej przestrzeni powietrznej, ale nie weszły do niej. Władze niemieckie zidentyfikowały kilka nieznanych dronów lecących w pobliżu granicy z Danią w północnoniemieckim kraju związkowym Szlezwik-Holsztyn w nocy z 25 na 26 września. Minister spraw wewnętrznych Szlezwiku-Holsztynu Sabine Sütterlin-Waack oświadczyła, że władze niemieckie prowadzą dochodzenie w sprawie najazdu, ponieważ pochodzenie dronów pozostaje niejasne. AFP poinformowało 25 września, powołując się na delegację francuskiego Departamentu Wojskowego, że niezidentyfikowane drony przeleciały nad bazą wojskową Murmelon-le-Grand w Marnie we Francji, zauważyło jednak, że obecnie nie ma dowodów na zaangażowanie zagraniczne. Duńska policja krajowa poinformowała 25 września, że na krótko zamknęła lotnisko w Aalborgu na północnym krańcu duńskiej wyspy Zelandia z którego korzysta również duńskie wojsko ze względu na niezidentyfikowaną aktywność dronów. Dyrektor generalny duńskiej służby wywiadu bezpieczeństwa Finn Borch Andersen oświadczył 25 września, że Dania nie może jeszcze wskazać konkretnego podmiotu odpowiedzialnego za działalność dronów, ale incydenty te przypominają model wojny hybrydowej obserwowany w innych częściach Europy i że Dania ocenia wysokie ryzyko rosyjskiego sabotażu w Danii. Władze szwedzkie potwierdziły 25 września wielokrotne obserwacje dronów w pobliżu szwedzkiej bazy morskiej w Karlstronie w Szwecji. Urzędnicy europejscy nie oskarżali bezpośrednio Rosji o naruszenie europejskiej przestrzeni powietrznej w tych konkretnych przypadkach — ale niedawny wzrost wrogiej aktywności dronów, podczas gdy Rosja kontynuuje najazdy powietrzne, a postawa wobec państw NATO jest godna uwagi i zdecydowanie sugeruje, że za niezidentyfikowanymi incydentami dronów stoi także Rosja. ISW w dalszym ciągu ocenia, że Rosja prowadzi kampanię mającą na celu przetestowanie obrony powietrznej NATO i woli politycznej w ramach szerszych wysiłków mających na celu zebranie przydatnych informacji wywiadowczych, które Rosja może następnie zastosować w potencjalnym przyszłym konflikcie przeciwko NATO.

(...)

Ukraiński oficer działający w kierunku Kupiańska poinformował, że siły rosyjskie przedostające się do Kupiańska unikają strzelanin z żołnierzami ukraińskimi, zamiast tego starają się zająć pozycje w wielopiętrowych budynkach, w których nadal przebywają cywile, aby chronić się przed ukraińskimi atakami.

understandingwar.org


- Zacznę od tej sceny, kiedy to w nocy z 9 na 10 września do Polski wleciało co najmniej 21 dronów, a zestrzelono pięć. Jak Pan to skomentuje? Co pokazuje ten obraz?

Pokazuje, że NATO zadziałało bardzo dobrze. Proszę nie dać sobie wmówić, że coś nie zadziałało, albo że pojawił się problem proceduralny. Tu wszystko przebiegło prawidłowo, choć nie o wszystkim mogę mówić. Mieliśmy do czynienia z realną operacją w przestrzeni powietrznej i tak naprawdę nie można rozdzielać Polski i NATO. To było wspólne ugrupowanie sojusznicze. Piloci, którzy startowali, mieli tzw. preautoryzację, czyli zgodę na otwieranie ognia do celów. Zarówno polscy, jak i holenderscy piloci mogli strzelać do celów. Jasno im zakomunikowano: jeżeli tylko coś przekroczy granicę i stanowi zagrożenie, mogą natychmiast otworzyć ogień. To zostało bardzo sprawnie przeprowadzone. W tamtym czasie nad Polską operowało wiele sojuszniczych samolotów, część z wyłączonymi transponderami. Widać więc, że NATO odrobiło lekcję. To było solidne ugrupowanie przygotowane do obrony. Nie możemy mówić, że to była polska operacja z udziałem sojuszników. To była operacja NATO w polskiej przestrzeni powietrznej. My jesteśmy NATO i to było tu bardzo widoczne.

- Pojawiały się komentarze, że użycie myśliwców F-16 czy F-35 to nie jest sprzęt do walki z tanimi dronami…

Od razu przerwę. W wojsku nie patrzy się na wartość tego, co zestrzeliwujemy. Patrzy się na wartość tego, co chronimy. Jeżeli bronimy zakładów wartych miliardy, to nie ma znaczenia, czy są atakowane rakietą manewrującą wartą kilka milionów, czy dronem za kilkadziesiąt dolarów. Liczy się, by nie dopuścić do zniszczenia celu. I każdy wojskowy odpowiedzialny za obronę powie, że to jest jedyne racjonalne podejście. Przykład: mamy dron obserwacyjny za 100 tys. dolarów. Ale informacje, które przekaże, pozwolą przeciwnikowi na atak, którego skutki będą liczone w miliardach. Dlatego nie ma znaczenia, czy strącamy go działkiem, czy rakietą Patriot. Taki cel trzeba zniszczyć, bo koszty jego niezniszczenia byłyby większe niż koszty użytej rakiety. U nas wielu ludzi tego nie rozumie i patrzy tylko na ceny, ale to kompletnie błędna perspektywa. Liczy się nie koszt drona czy rakiety, tylko skutki, jakie przyniesie niedostrzeżenie lub niezniszczenie celu.

- Zestrzelono tylko pięć dronów, a wleciał cały rój.

To kwestia terminologii. Gdybyśmy operowali ukraińskimi definicjami, moglibyśmy powiedzieć, że zneutralizowano wszystkie. Ukraina podaje np., że strąciła 750 z 800 dronów. Ale oni za zneutralizowany uznają każdy dron, który nie trafił w cel, także taki, który spadł, został zakłócony lub nie osiągnął zadania. To dlatego ich wskaźniki wyglądają tak imponująco. U nas lotnictwo strzelało do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie. Dlatego oficjalnie mówimy o pięciu strąceniach. Ale byłbym bardzo ostrożny z mówieniem, że to były tylko drony – wabie typu „Gerbera”,

- Jakiego jeszcze rodzaju to były drony?

Tutaj wojsko, prokuratura i inne służby raczej nabierają wody w usta – i muszą. Ale z kilku bardzo dobrze poinformowanych źródeł słyszałem, że to nie były wyłącznie Gerbery.

- W opiniach po tym incydencie czytałam o zmyleniu radarów, znaczeniu krzywizny ziemi czy nocnych warunkach, które utrudniają wykrycie i przechwycenie dronów.

Tak, to są zawsze czynniki utrudniające. Ale przykład Ukrainy pokazuje, że główne zadania w przechwytywaniu dronów i rakiet manewrujących ma dziś lotnictwo. Tu relacja koszt–efekt jest najlepsza. Oczywiście naziemna obrona przeciwlotnicza też działa, ale ma ograniczenia: radar stoi w określonym miejscu, wyrzutnia się nie przemieszcza, chroni ograniczony obszar. Samoloty myśliwskie są mobilne, widzą więcej, mogą łatwiej rozpoznać, czy cel to śmieć, czy coś wartościowego. Dlatego tę rolę lotnictwa widać tu bardzo wyraźnie. I jeszcze raz: nie zakładałbym, że strzelano tylko do Gerberów. Mogą się tu pojawić niespodzianki. A po drugie, strzelano do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie.

- Kto podejmuje decyzję o otwarciu ognia w takiej operacji?

Pilot, który ma preautoryzację.

- A jeśli chodzi o nalot na obszar cywilny, czy decyzję powinny podejmować także służby lokalne?

Nie. To decyzje wyłącznie wojskowe. Istotny jest tu czas; pilot ma okno około dziesięciu sekund na zniszczenie celu.

- Tylko jak żyć z ryzykiem spadających szczątków, zagrożenia, że mój dom zostanie uszkodzony?

Dlatego wcześniej w Polsce nie podejmowano decyzji o zestrzeliwaniu wszystkiego, co wlatuje. Uznano jednak, że nie można już tego Rosjanom odpuszczać. W momencie nalotu na tak dużą skalę trzeba było działać. Podjęto działania dwutorowo: to, co uznawano za mało wartościowe cele, czyli latające śmieci, to przepuszczano. Jeśli rozpadły się nad Polską, trudno. Natomiast to, co zakwalifikowano jako realne zagrożenie, zostało zestrzelone. Tu już nie było zmiłuj się; odpalano rakiety tak długo, aż wszystkie wskazane cele zostały zniszczone.

- Jak więc zabezpieczyć się przed dronami – proceduralnie i technicznie?

Proceduralnie jesteśmy zabezpieczeni. Ugrupowanie sojusznicze funkcjonuje bardzo dobrze, piloci NATO są cały czas obecni w polskiej przestrzeni powietrznej. Powtórzę: to jest wspólna operacja NATO prowadzona na terenie Polski, a nie „Polska z udziałem sojuszników”. My jesteśmy NATO. Operacja obronna rozciąga się od Bałtyku po Rumunię. Od strony wojskowej i proceduralnej wszystko jest bardzo dobrze dopięte. Wiadomo, kto podejmuje decyzję, wiadomo, kiedy piloci mają preautoryzację użycia uzbrojenia. Mechanizm wygląda tak: decyzję o zgodzie na użycie uzbrojenia podejmuje zarówno dowódca sojuszniczej operacji powietrznej w NATO, jak i generał Tomasz Klisz, dowódca operacyjny. Ale to generał Klisz ma w ręku tzw. czerwoną kartkę, bo jako jedyny może wstrzymać ogień. Cały system został skonstruowany tak, by piloci mieli błogosławieństwo na otwarcie ognia i by zdjąć z nich odpowiedzialność, jeśli szczątki spadną na budynek mieszkalny.

- Są opinie, że w praktyce strzelamy do dronów z czego popadnie, bo brakuje systemów, procedur, szkolenia. Co Pan na to?

To kompletna bzdura. Jeśli ktoś tak twierdzi, to albo nie wie, o czym mówi, albo celowo dezinformuje. Procedury są bardzo jasne i precyzyjne. Ten nalot dronów pokazał właśnie, że procedury zadziałały znakomicie.

- Ale sami wojskowi mówią, że nie mamy systemów, że wojsko czegoś nie zakupiło, że trzeba się spieszyć. O co chodzi?

Mamy F-16, mamy samoloty wczesnego ostrzegania, są kupowane nowe systemy – m.in. w ramach programu Barbara. Wkrótce będą też w Polsce F-35. Systemy istnieją, natomiast nieprzypadkowo oparto tę operację głównie na lotnictwie. NATO jest potęgą w powietrzu. Oczywiście zwalczanie dronów systemami naziemnymi też jest potrzebne, bo to zawsze musi być całość, system złożony z wielu elementów. Ale najbardziej efektywne jest lotnictwo. Ostatnie, co można powiedzieć, to że nie mamy procedur albo że są złe. Jest dokładnie odwrotnie. Problem pojawił się gdzie indziej: w sferze cywilnej i informacyjnej. Rosjanie równolegle odpalili potężną operację dezinformacyjną, próbując wmówić, że to były ukraińskie drony. I w tym obszarze państwo nie zadziałało wystarczająco dobrze. Wojsko swoje zadania wykonało poprawnie.

- Jak więc chronić się przed dronami, także w sensie komunikacyjnym? Na przykładzie tego nalotu: gdzie popełniliśmy błędy?

Do momentu, w którym komunikacja wychodziła z MON, powiedzmy do godziny 9–10 rano następnego dnia, to wszystko było dobrze. Komunikaty Sztabu Generalnego i Ministerstwa Obrony były spójne, prowadzone profesjonalnie. Byłem wręcz zaskoczony, że zaczęto stosować cywilizowany stratcom i to w końcu po trzech latach wojny tuż za naszą granicą. Ale później wszystko się rozjechało. Zaczęły się spory o odpowiedzialność za komunikację: MON kontra BBN, BBN kontra Rada Ministrów. Sprawa uszkodzonego domu mieszkalnego w Wyrkach tylko to pogłębiła. I wtedy rosyjska dezinformacja miała już pełne pole do działania. Trzeba pamiętać, że to nie była jednorazowa akcja, ale operacja trwająca sześć godzin. Pierwszy dron wleciał o 23:30, ostatni o około 5:40. Rosjanie prowadzili ten atak świadomie i równolegle uruchomili kampanię informacyjną. Niestety, zabrakło szybkiej reakcji cywilnej strony państwa. Proszę zauważyć, jak bezprecedensowe było to, że sami wojskowi zaczęli chodzić do mediów. Generałowie Kukuła, Klisz i inni, a oni bardzo nie lubią takich wystąpień. Mimo to pojawiali się w mediach, bo uznali, że to konieczne.

(...)

- Chciałabym wrócić do systemów obrony powietrznej. Który z tych elementów jak wykrywanie, dowodzenie, neutralizacja, jest dziś najsłabszym ogniwem i co można poprawić?

To nie jest problem dowodzenia; wykrywanie też jest w trakcie poprawy i mamy w tym względzie duże, NATO-wskie możliwości. Najwięcej do zrobienia jest w zakresie neutralizacji, zwłaszcza w domenie wojsk lądowych. Siły powietrzne dysponują środkami do neutralizacji, a ugrupowanie sojusznicze też wniosło swoje zasoby, ale zestawy przeciwlotnicze dla wojsk lądowych wymagają wzmocnienia. Jesteśmy i będziemy dobrze przygotowani do zwalczania pocisków manewrujących i balistycznych (np. Kindżał, Iskander). Natomiast do zwalczania dronów potrzebne są inne rozwiązania, bardziej efektywne kosztowo i tańsze w eksploatacji. Tu leży zasadniczy problem.

- Na czym konkretnie trzeba się skupić, jeśli mówimy o neutralizacji?

Po pierwsze, środki walki radioelektronicznej. Potrzebne są systemy zakłócające: zagłuszarki GPS, zagłuszania kierunkowe i inne narzędzia EW. To jednak bardzo wymagająca dziedzina. Toczy się nieustanny wyścig częstotliwości. To, co jest skuteczne dziś, za kilka miesięcy może być nieskuteczne, bo przeciwnik zmieni pasma pracy, charakterystykę sygnału lub zastosuje inne sposoby emisji. Zagłuszarki to nie tylko software; często trzeba zmieniać hardware i anteny, żeby celnie działać na nowych częstotliwościach. Dlatego potrzebne są zarówno: większe zasoby sprzętowe EW, jak i elastyczność technologiczna, szybka wymiana anten, modułów, możliwość aktualizacji sprzętu. Po drugie, zakup większej liczby systemów przeciwlotniczych bliskiego zasięgu, przeznaczonych do zwalczania małych, niskolecących celów. To uzupełnienie lotnictwa, które i tak okazało się najefektywniejsze kosztowo w ostatniej nocy.

(...)

- Czy neutralizacja stanie się dominującą formą walki w kolejnych dekadach?

Nie można wyrokować w oderwaniu od polityki i strategii. NATO nie będzie prowadzić wojny tak jak Ukraina i to jest zasadnicza różnica. Jeśli Rosja zacznie atakować nas masowo falami dronów, naszym celem nie będzie bierne odparcie kolejnych ataków, aż do wyczerpania. Długofalowa reakcja polegałaby na uderzeniu w źródła zagrożenia: w fabryki i infrastruktury, które produkują te drony, a następnie, jeśli będzie to konieczne, w najważniejszą infrastrukturę militarną i cywilną, tak by zmusić agresora do cofnięcia działań. To twarda, ale logiczna strategia odstraszania: uniemożliwić przeciwnikowi prowadzenie masowych nalotów tysięcy dronów takich jak Szachedy i Geranie. Dla potencjalnego agresora musi być jasne przesłanie: że masowe, długotrwałe ataki mają strategiczne konsekwencje i spotkają się z proporcjonalną odpowiedzią I to jest jeden z elementów odstraszania. Dobrze, żeby to Rosjanie wiedzieli. Oni sobie uświadamiają, że NATO nie będzie się bawić i nie będzie walczyć tak, jak walczą Ukraińcy. Choć Ukraińcy teraz wzięli się za rosyjskie rafinerie i owszem, jest to skuteczne, wyłączyli prawie 40 procent przemysłu rafineryjnego, to sporo, ale to dalej jest za mało. Jeśli NATO będzie walczyć z Rosją, to nie będzie się bawić w pozwolenie sobie na bycie okładanym przez tysiące dronów rosyjskich miesięcznie tylko po prostu zniszczy rosyjskie fabryki, w których Rosjanie produkują drony, a następnie będzie niszczyć infrastrukturę cywilną tak długo, aż Rosjanie cofną się cywilizacyjnie do poziomu Iwana Groźnego. I to jest jedyny sposób prowadzenia wojny, jaki włodarze Kremla zrozumieją. Dlatego NATO nie będzie bierne, nie będzie bezwolną ofiarą tylko broniąca się przed gradem ciosów. W początkowej fazie konfliktu oczywiście działania paktu są nastawione na spójność sojuszniczą i obronę zaatakowanego kraju członkowskiego. Ale szybko następuje faza możliwie pewnego wywalczenia dominacji w powietrzu a potem pozbawiania przeciwnika źródeł jego siły – w tym zasobów przemysłowych, eliminowania przywództwa politycznego i dowództwa wojskowego itp. Nie na darmo NATO określane jest mianem najpotężniejszego sojuszu obronnego w dziejach ludzkości. Rosjanie o tym wiedzą, dlatego grają na podzielenie nas i agresję poniżej progu wojny. I NATO obecnie też nie zamierza na to pozwalać.

strefaobrony.pl


Czy w demokratycznym kraju zbudowanym na ideałach wolności słowa krytyczna ocena działań osoby publicznej winna być czynem karalnym? Po śmierci Kirka Amerykanie dowiedzieli się, że jak najbardziej tak. Trump już dzień po morderstwie przestrzegł naród, że nie będzie tolerował żadnego oczerniania "męczennika za prawdę i wolność", a J.D. Vance, który w ramach hołdu Kirkowi cztery dni później wcielił się w gospodarza jego podcastu "The Charlie Kirk Show", zachęcił Amerykanów, by składali donosy do pracodawców na tych, którzy wyrażają się o Kirku niepochlebnie.

Występujący u jego boku Stephen Miller, odpowiedzialny za kształtowanie w Białym Domu polityki imigracyjnej i bezpieczeństwa narodowego, dodał, że administracja wypowiada wojnę wszystkim liberałom i organizacjom liberalnym, bo od tej chwili uznaje je za "ruch terrorystyczny". I nie wygląda na to, że była to tylko hiperbola skonstruowana na potrzeby chwili. Susie Wiles, szefowa sztabu Białego Domu, po śmierci Kirka obwieściła w wywiadzie radiowym: "W zasadzie to już pracujemy (…) nad bardziej kompleksowym planem dotyczącym przemocy w Ameryce" ("The Scott Jennings Show", 11 września 2025 r.).

Poleciały już pierwsze głowy. Pracę stracił Howard Kurtz, popularny komentator i gospodarz programów w stacji Fox News, bo powiedział na antenie, że "Charlie Kirk nie był święty". "The Washington Post" zwolnił czarnoskórą publicystkę Karen Attiah, która przypomniała na prywatnym koncie społecznościowym, że Kirk był rasistą. Sugerował, że grono prominentnych czarnoskórych Amerykanek, w tym Michelle Obama, zrobiło karierę wyłącznie dzięki akcji afirmatywnej. Sekretarz transportu Sean Duffy ogłosił, że American Airlines zawiesiły kilku pilotów po odkryciu, że "celebrowali" oni na Facebooku śmierć Kirka. Republikańska senator z Tennessee Marsha Blackburn doprowadziła zaś do zwolnienia wykładowców i rektorów kilku stanowych uczelni za "nieodpowiednie" komentarze po tragedii w Utah.

Mamy już nawet pierwszą zagraniczną "ofiarę" trendu kasowania ludzi za nieprawomyślne opinie o amerykańskim prawicowcu. Jeden z holenderskich koncernów medialnych odwołał dalsze występy brytyjskiego duetu Bob Vylan, ponieważ lider grupy "zadedykował" na koncercie piosenkę Kirkowi, który był "kompletnym gnojem jako człowiek".

Inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi, o czym świadczą posty udostępniane w mediach społecznościowych. Czas pokaże, czy jej ofiarą nie padną także eksperci, którzy zwracają uwagę, że doszło do kuriozalnego odwrócenia ról. Oto prawica, oskarżająca onegdaj oponentów o ograniczanie wolności słowa poprzez praktykowanie wokeizmu i niszczącej ludziom życie cancel culture, robi dziś dokładnie to samo. Tylko teraz nie widzi w tym nic złego, twierdząc wręcz, że broni wolności słowa, którą — jej zdaniem — propagował swoją osobą i działaniami Charlie Kirk.

Nie ma wątpliwości — Ameryka znalazła się w pułapce. Specyficzna odpowiedź rządu i części sceny politycznej na akt przemocy może skutkować eskalacją. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że sytuację, w jakiej znalazł się obecnie kraj — skrajnie podzielony i skłócony politycznie, ideowo i kulturowo — obie strony przedstawiają jako historyczny przełom lub wręcz katastrofę. A ta wymaga ekstremalnych środków zaradczych. Apokaliptyczna retoryka, w której nie brakuje, zwłaszcza na prawicy, biblijnego motywu ostatecznej, rozstrzygającej walki dobra ze złem, zbiegła się z czasem autentycznej słabości amerykańskiego państwa.

"W historii demokracji bywają chwile wielkiej desperacji, gdy wydaje się, że system polityczny nie jest wystarczająco responsywny, zaangażowany, a nawet w całości legalny, i z tym mamy dziś do czynienia", mówi Jon Michaels, prawnik z Uniwersytetu Kalifornii w Los Angeles i autor książki "Vigilante Nation. How State-Sponsored Terror Threatens our Democracy" ("Naród samosądów. W jaki sposób terror wspierany przez państwo zagraża naszej demokracji"). Oczywiście, jak wskazuje Michaels, nie jest to zjawisko Ameryce nieznane. Przemoc zawsze wzrasta w okresach wzmożonych przemian społecznych. W latach 60. minionego wieku, gdy trwała walka o równość rasową i obywatelską, kraj mierzył się z falą terroryzmu wewnętrznego.

"Martwi mnie co innego — tłumaczy Michaels. — To, że akty przemocy zdarzają się dziś częściej, w krótszych odstępach czasu, a podziały, które przecież charakteryzowały nas od zawsze, opuściły arenę ideologicznej debaty i kontestacji i stały się o wiele bardziej kinetyczne".

Przypomnijmy, że w czerwcu tego roku zastrzelono demokratkę z Minnesoty, byłą spikerkę stanowej Izby Reprezentantów, Melissę Hortman i jej męża. Również w czerwcu zamordowani zostali pracownicy ambasady izraelskiej w Waszyngtonie, a w Boulder w stanie Kolorado doszło do podpalenia uczestników manifestacji przeciwko wojnie w Gazie. W kwietniu podpalono dom demokratycznego gubernatora Pensylwanii Josha Shapiro (Shapiro uszedł z życiem), w grudniu 2024 r. w Nowym Jorku został zaś zastrzelony dyrektor koncernu ubezpieczeniowego UnitedHealth Brian Thompson. Morderca, Luigi Mangione, w niektórych kręgach uchodzi za bohatera wojny o sprawiedliwość społeczną.

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o zamachu na Donalda Trumpa podczas jego wiecu wyborczego latem 2024 r. (drugi zamach udaremniono), o makabrycznym pobiciu w 2022 r. męża Nancy Pelosi, wieloletniej przewodniczącej demokratów w niższej izbie Kongresu, i o próbie egzekucji w 2011 r. demokratycznej kongresmenki Gabrielle Giffords w Tucson w Arizonie. Giffords przeżyła, ale w wyniku ataku jest niepełnosprawna.

(...)

Przywodzi nas to jednocześnie do ostatniego punktu w rozważaniach o tym, co napędza i co może jeszcze bardziej napędzać przemoc polityczną w USA. Barbara Walter, politolożka i historyczka z Uniwersytetu Kalifornii w San Diego oraz autorka bestselleru "How Civil Wars Start And How To Stop Them" ("Jak wybuchają wojny domowe i jak je powstrzymać"), ma na to odpowiedź zawartą w dwóch słowach: broń i algorytmy.

Na każdego ze 100 mieszkańców w USA (w tym niemowlęta) przypada już dziś 120 sztuk broni. Większość morderców ma do niej legalny dostęp. Zabójstwo Kirka nie było jedyną tragedią, w której broń odegrała tego dnia główną rolę, choć media ledwie o tym napomknęły. W sąsiadującym z Utah stanie Kolorado mniej więcej w tym samym czasie 16-letni licealista urządził strzelaninę w swojej szkole. Ofiarami śmiertelnymi byli dwójka uczniów i on sam.

"Za radykalizacją polityczną, która często poprzedza akt przemocy, oraz polaryzacją ideową, która prowadzi do coraz większego upadku norm społecznych, odpowiada internet. Nie przypadkiem problem z mową nienawiści zaczął narastać od końca pierwszej dekady XXI w., gdy dostaliśmy do ręki smartfona i mogliśmy jeszcze bardziej zanurzyć się w media społecznościowe. Odkąd big techy odkryły, że najłatwiej utrzymać naszą uwagę, serwując informacje dające nam poczucie, że ktoś lub coś stanowi dla nas niemal śmiertelne zagrożenie — było po sprawie. Prawda jest taka, że gdyby nie algorytmy, morderca Kirka najprawdopodobniej byłby dziś studentem z przyszłością, a Charlie Kirk by żył", powiedziała Walter w podcaście Scotta Gallowaya "Civil War Ahead" (14 września 2025 r.).

Czy eskalacja przemocy oznacza, że Ameryka rzeczywiście może się znajdować w przededniu wojny domowej?

Specjalny zespół zadaniowy CIA badający zagrożenie krajów wojną domową już jesienią 2020 r., po tym jak Trump zanegował wyniki wyborów i ruszył z akcją "Stop the Steal", uznał Amerykę za anokrację i wpisał na listę krajów do obserwacji. Walter uważa, że sytuacja obecnie jest dużo gorsza.

"Ostatni raz, gdy mieliśmy do czynienia z porównywalnym do dzisiejszego ruchem uzbrojonych po zęby bojówek i milicji, które doprowadziły do zamachu bombowego w Oklahomie w 1995 r., społeczeństwo jednomyślnie potępiło ten akt przemocy jako niedopuszczalny, a FBI rozpoczęło agresywną akcję przeciwko tym ugrupowaniom, co doprowadziło do załamania się ich aktywności. Nic takiego nie ma dzisiaj miejsca, ani ze strony służb, ani społeczeństwa. Przeciwnie, słyszymy głosy, że już mamy wojnę i dobrze, bo trzeba się zemścić, wyeliminować wroga. To przerażająca dynamika. Jeszcze bardziej przerażająca jest jednak świadomość, że nie mamy w tej chwili polityków, którzy chcieliby powstrzymać to szaleństwo w racjonalny sposób. Nie ma ich po żadnej stronie", konkluduje prof. Walter.

onet.pl


Gulbachar Dżaliłowa jest Ujgurką z Kazachstanu. Urodziła się i dorastała jeszcze w ZSRR, w obwodzie ałmackim, w dużej rodzinie, z sześcioma braćmi. Ukończyła technikum, pracowała w gastronomii, wyszła za mąż. W latach 90. XX w. zajęła się przedsiębiorczością. W 1995 r. po raz pierwszy pojechała do Chin po towary. Wtedy z sąsiedniego kraju przywożono i korzystnie sprzedawano dosłownie wszystko: obuwie, odzież, teczki, torebki damskie, bieliznę. Gulbachar początkowo również przywoziła co się da, ale z czasem się "wyspecjalizowała".

— Najpierw byłam "torebkową", a następnie "obuwniczką" — mówi Gulbachar. — Buty z Chin do Kazachstanu woziłam ciężarówkami Kamaz. Od 2010 r. zaczęłam handlować biżuterią. Jeśli chodzi o Chińczyków, nigdy nie miałam żadnych problemów. W ogóle nie było jakichkolwiek nieprzyjemności, ani w kraju, ani w Chinach. Nie łamałam prawa, płaciłam podatki, miałam zarejestrowaną jednoosobową działalność gospodarczą. Nie czułam żadnego zagrożenia. Chociaż około 2014 r. zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Przykładowo w Kantonie, gdzie przyjeżdżałam po towar, nie przyjmowano Ujgurów do hoteli. Po prostu odmawiano im miejsca. Od 2015 r. pracownicy konsulatu chińskiego, gdzie załatwiałam wizy, ostrzegali żeby nie wdawać się w żadne rozmowy z miejscowymi Ujgurami, zajmować się tylko swoimi sprawami, przyjechać, kupić, wyjechać. I zapowiedzieli, że w nocy do hotelu może przyjść policja, by sprawdzić dokumenty. Poinstruowali mnie, bym się nie martwiła — podczas kontroli mam po prostu spokojnie pokazać wizę.

Gulbachar zastosowała się do zaleceń konsulatu — nie wdawała się z nikim w rozmowy. Ale jakieś niejasne plotki, pogłoski stale towarzyszyły jej w podróży. Jednego dnia pewien Ujgur pracował przy załadunku jej towaru, następnego tego człowieka już nie było. Zniknął i nikt nie wie, co się z nim stało. A raczej wszyscy domyślają się, ale nie można o tym głośno mówić.

Potem zaczęto szeptać, że "zabrano go na naukę". Pojawił się taki eufemizm: na naukę, czyli do obozu. Nie wypowiada się tego słowa, ale wszyscy rozumieją, o co chodzi. Gulbachar Dżaliłowa jeździła do Chin co dwa-trzy miesiące i nie odczuwała żadnego niepokoju. Jak z czasem wyznała, sądziła nawet, że Ujgurzy sami są sobie winni, bo może wdają się w bójki, może zachowują się nieodpowiednio, więc aresztuje się ich za zakłócanie porządku. Potem, gdy wylądowała w obozie, mówiła współwięźniarkom. — Dziewczyny, nie żałuję, że tu trafiłam. Bo inaczej nigdy bym nie poznała prawdy.

21 maja 2017 r. Gulbachar po raz kolejny przyjechała do Chin, tym razem do Urumczi, stolicy regionu Sinciang-Ujgur. Zatrzymała się w hotelu, rano miała jechać po towar. Planowała wyjść z hotelu o 9. Lekko przed tą godziną ktoś zapukał do drzwi. Gulbachar nawet się nie zdenerwowała, w konsulacie uprzedzano, że policja może chcieć skontrolować gości w hotelu. — Otworzyłam drzwi, na progu stały trzy osoby. Jedna kobieta i dwóch mężczyzn. Byli w ubraniach cywilnych, ale pokazali legitymacje. Poprosili o paszport. Był u administratora hotelu, bo tam oddaje się ten dokument do zameldowania. Zeszliśmy na dół. Wzięłam ze sobą tylko telefon i klucz do pokoju. Zabrali mój paszport, ale nawet go nie otworzyli. Jeden z policjantów — Kazach, nazywał się Abaj — powiedział: proszę z nami, mamy kilka pytań.

Zabrali Gulbachar do miejscowego wydziału Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (MBP). Zaprowadzili ją do gabinetu na trzecim piętrze i zabrali telefon. Po czterech godzinach — cały ten czas po prostu siedziała w gabinecie — przynieśli sprzęt, ale nie otrzymała go z powrotem. Został zapieczętowany w kopercie, na której coś odnotowano. Ponownie usłyszała: "proszę z nami". Sądziła, że ją wypuszczają, ci jednak zaprowadzili ją do piwnicy. Po obu stronach korytarza znajdowały się małe pokoje przesłuchań. Z niektórych dochodziły krzyki.

Gulbachar trafiła do jednego z tych pomieszczeń. Stało tam "krzesło tygrysa" — narzędzie tortur używane w Chinach. To żelazne krzesło z podłokietnikami i małym blatem z przodu, w którym znajdują się metalowe obejmy na ręce. Są one zaciskane na przedramionach więźnia, stolik wgniata brzuch, a osoba siedząca na krześle odczuwa duszności i silny ból. O tych krzesłach mówili zarówno tybetańscy, jak i ujgurscy więźniowie chińskich władz, którzy przeżyli tortury, uwięzienie i uciekli z kraju. Przedstawiciele Chin w ONZ twierdzili, że narzędzie to stosuje się wyłącznie dla wygody i bezpieczeństwa więźniów.

— Przesłuchiwano mnie na tym krześle do 23 — wspomina Gulbachar. — Śledczy mówili, żebym się nie ruszała, jeśli nie chcę czuć bólu. Wypytywali o moich rodziców i dzieci, domagali się szczegółów z mojego życia. Nie dostałam łyka wody, nie pozwolili mi wyjść do toalety. Potem pokazali mi jakiś dokument w języku chińskim i kazali go podpisać. Zdałam sobie sprawę z tego, że to pułapka, z której się nie wydostanę. Odmówiłam podpisania, zażądałam adwokata i tłumacza. Bardzo mocno mnie pobili, a potem oświadczyli: "nie chcesz podpisywać – nie musisz. Zabierzemy cię teraz do takiego miejsca, gdzie szybko wszystko podpiszesz".

O godz. 1 w nocy Gulbachar przywieziono do obozu w Urumczi. Tam wydano jej kartkę z długim numerem, którego musiała nauczyć się na pamięć. Od teraz nie miała imienia i nazwiska — stała się numerem.

— Zabrali mi ubranie i wydali strój więzienny — żółty T-shirt i szary trykot. Na nogi założyli pięciokilogramowe kajdany. Potem zdjęcie, pobranie krwi i moczu (od wszystkich pobierają mocz, aby sprawdzić, czy więźniarka nie jest w ciąży, a jeśli się okaże ciężarna, to natychmiast jest wysyłana na aborcję). Zaprowadzili mnie do celi numer cztery — długiej na 7 m i szerokiej na 3,5 m. 40 kobiet w środku. Wchodzę. Około 20 osób stoi pośrodku, reszta śpi na boku, mocno przylegając do siebie, na wąskich pryczach. Co dwie godziny następuje zmiana. Te kobiety, które spały, wstają, te wcześniej stojące się kładą. Zaczęłam płakać i krzyczeć: dlaczego mnie tu wsadzono? przecież nic nie zrobiłam, nie jestem nikim ważnym! Dyżurna w celi wyjaśniła. "Wszystkie tu jesteśmy zwykłymi osobami i żadna nie jest niczemu winna. Tu nie wolno płakać, nie wolno rozmawiać, bo inaczej ukarzą i zabiorą do czarnego pokoju. Jutro wszystko ci wyjaśnimy" – wspomina Gulbachar.

Dokument w języku chińskim, którego Gulbachar nie podpisała, został wysłany do jej rodziny w Kazachstanie. Rodzina nie zna chińskiego, ale poszukała Ujgurów, którzy nim władają i przetłumaczyli pismo. Okazało się aktem oskarżenia Dżaliłowej o przygotowywanie zamachu terrorystycznego. Gdyby Gulbachar w nadziei na uwolnienie podpisała dokument, czekałaby ją kara śmierci.

W 2017 r. nikt jeszcze nie wiedział, że w Chinach stworzono obozy dla Ujgurów, więc dzieci Gulbachar zaczęły pisać listy w jej sprawie do wszelkich możliwych instancji: MSZ, ambasady Chin, Komitetu Praw Człowieka ONZ. Ślad po niej jednak zaginął. Wprawdzie instytucje skierowały zapytania do Chin i rozpoczęły poszukiwania Gulbachar, ale ona o tym nie miała pojęcia. Bo obóz oznacza izolację. Nawet krewni uwięzionych obywatelek Chin nie wiedzieli, gdzie się one znajdują.

— Myślałam, że tam umrę – mówi Gulbachar. — Rok, trzy miesiące i dziesięć dni tortur, bicia i gwałtów. Tylko nie pytajcie, jak mnie gwałcono. Opowiadanie o tym nie przechodzi mi przez gardło. Po obozie przez pół roku leżałam w szpitalu, a ponad rok leczyłam się z depresji. Gwałtów dokonywali w piwnicy, w której odbywały się przesłuchania lub w pomieszczeniu poza obozem, na mieście. Jeśli kobietę zabierano do piwnicy, to mogło się skończyć zwykłym pobiciem. Ale jeśli wyprowadzano ją na ulicę, to z pewnością prowadzono do miejsca gwałtów. Wszystkie więźniarki przez to przechodziły. Zaraz po wyjściu na wolność zapisałam z pamięci 67 imion, bo dziewczyny prosiły: jeśli przeżyjesz i wyjdziesz z obozu, opowiedz wszystkim o nas i o tym, co się tu dzieje. Bo my, nawet jeśli przeżyjemy i wyjdziemy, to i tak będziemy milczeć, ponieważ musimy zostać na miejscu".

Każdego wieczoru, od 19 do 21, więźniarki musiały śpiewać hymn Chin. Była to jedyna okazja do rozmowy. Gdy część z nich śpiewała, inne szeptem rozmawiały — bo porozumiewanie się jest w obozie zabronione. I dotyczy to nie tylko rozmów, nawet patrzenie w twarz drugiej osoby jest zakazane. Więźniowie muszą spuszczać oczy, kierować wzrok w jeden punkt, a do tego milczeć. Podczas tych konspiracyjnych rozmów z kobietami, które były w obozie od dawna, Gulbachar dowiedziała się, że żółty kolor koszulki oznacza brak wyroku, noszą je te kobiety, które siedzą bez procesu. Niebieskie przeznaczono dla osób po procesie i z wyrokiem. Jest jeszcze kolor pomarańczowy.

— Wszyscy śpiewają hymn, a ona mówi: "Widzisz dziewczynę w pomarańczowej koszulce, innej niż nasza? Kolor pomarańczowy oznacza, że będą zabite. One nie wracają. Podobno mają być dawczyniami organów. Te w koszulkach niebieskich mają szansę odsiedzieć wyrok i wyjść. Ale te w pomarańczowych znikają. Rozejrzałam się. Wśród nas były cztery kobiety w takich T-shirtach. I faktycznie nigdy nie wróciły. Były młode i zdrowe. Zapytałam kiedy nadejdzie nasza kolej, żeby założyć pomarańczowe koszulki, bo byłam przekonana, że prędzej czy później wszystkie zostaniemy zabite. Zawsze kiedy wyprowadzano mnie na przesłuchanie, z workiem założonym na głowę, myślałam, że właśnie idę na śmierć — mówi.

Na przesłuchania więźniów wyciągano z celi o każdej porze dnia i nocy. Gulbachar przesłuchiwano kiedyś całą dobę. Przez 24 godziny siedziała przykuta do "krzesła tygrysa". Śledczy machali jej przed nosem dokumentem w języku chińskim i krzyczeli: "Tu jest napisane, że przygotowywałaś zamach terrorystyczny, więc lepiej mów! Myślisz, że twój Nazarbajew ci pomoże? Nikt ci nie pomoże! Podpisz szczere przyznanie się i puścimy cię, pojedziesz do domu, do Kazachstanu. A jeśli nie podpiszesz, to będziesz tu siedzieć i nikt cię nigdy nie znajdzie".

Gulbachar niczego nie podpisała. Zdawała sobie sprawę z tego, że w każdym przypadku, czy podpisze dokument, czy nie, pozostanie w obozie. Ale jeśli podpisze, nie będzie już żadnej nadziei na uwolnienie. A tak przynajmniej pozostaje niewielka szansa — niemal niedostrzegalna, ale jednak. Gulbachar nie pomyliła się. Instynkt przetrwania zadziałał, chociaż ręka aż rwała się, by złożyć podpis. Żeby tylko przestali bić i gwałcić.

Plan dnia w obozie jest prosty. O 5.30 wyje syrena oznaczająca początek nowego dnia. Dla tych kobiet, które o tej porze stoją, jest to ulga, ponieważ mogą usiąść na pryczach. Te, które do tej pory spały przez dwie godziny, muszą się obudzić i również usiąść. I tak do wieczora. Siedzieć, patrzeć w jeden punkt, nie rozmawiać. Nie wolno nawet odwracać głowy, bo za to biją. Strażnicy podejrzewają, że odwrócenie głowy może towarzyszyć modlitwie. O 8.00 można się umyć — na jedną więźniarkę przypada dokładnie 60 sekund przy umywalce. Przestrzeganie czasu jest monitorowane przez system kamer. Strażnicy upominają: "nie myślcie, że tylko my was obserwujemy. Obserwują was również w Pekinie!".

Ujgurki, nawet jeśli faktycznie patrzyły w jeden punkt i nie rozmawiały, i tak podejrzewano o potajemne modlitwy. Kilka razy w tygodniu do celi wpadali policjanci, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i zmuszali wszystkie kobiety do rozebrania się do naga i kilkukrotnego przysiadania. Doświadczone więźniarki wyjaśniły Gulbachar, że w ten sposób szukają sur i ajatów ukrytych w miejscach intymnych.

— O 9 rano przynoszono śniadanie. Pół szklanki wody, kawałek chleba z ciasta drożdżowego i miska zupy, czyli mąki ugotowanej na wodzie. Potem następowała kontrola i raport dyżurnej: liczba osób w celi, kogo wyprowadzono, kogo przyprowadzono. O 12 przynoszono obiad: taką samą zupę, ale czasem pływał w niej ogórek lub kawałeczek kapusty. O 19 to samo. A potem przez dwie godziny trzeba było śpiewać hymny. Nie pozwalano się myć. Wszystkie pokryłyśmy się wrzodami i miałyśmy wszy. Po miesiącu wszystkie kobiety ogolono do gołej skóry. W ciągu dnia tę czy inną kobietę wywoływano z celi. Jeśli po upływie doby dziewczyna wracała, to znaczy, że była na przesłuchaniu. Jeśli nie wracała, to znaczyło, że ją zabili — wspomina Gulbachar Dżaliłowa.

— Pewną kobietę na przesłuchaniu pobito tak, że oszalała. Po powrocie do celi poszła do toalety (mieliśmy toaletę za szklanym przepierzeniem), narysowała sobie kałem na twarzy wąsy i powtarzała: "stałam się mężczyzną!". Potem zabrano ją i nikt jej już nigdy nie widział. W każdej celi jest telewizor. Włącza się go w piątki po obiedzie. Więźniarkom pokazuje się na ekranie piękne obrazki i filmy: a to Xi Jinping spotyka się z ludem, a to pędzą szybkie pociągi, a to wiją się wielopasmowe autostrady z węzłami drogowymi. I różne inne osiągnięcia Komunistycznej Partii Chin. A potem każda dostaje kartkę papieru i ołówek. Strażnicy każą im pisać, co widziały w telewizji — dodaje.

Gulbachar początkowo nie rozumiała, po co ma pisać o Xi Jinpingu, pociągach i drogach. Ale współwięźniarka, która siedziała w obozie już od dawna, szepnęła: "Poczekaj chwilę, napiszę co trzeba i dam ci to przeczytać, a ty napiszesz swój tekst, według tego wzorca". Gulbachar przeczytała i zrozumiała. Trzeba wypisywać takie rzeczy jak: dziękujemy Xi Jinpingowi, dziękujemy Komunistycznej Partii Chin, żyje się nam tu dobrze, jesteśmy żywione i ubierane bezpłatnie, Chiny są najbardziej wolnym krajem. Wszystkie więźniarki pisały to samo w każdy piątek. Na początku Dżaliłowa zapytała współwięźniarkę, czy musi pisać takie rzeczy, skoro jest obywatelką innego państwa i nigdy nie mieszkała w Chinach. Współwięźniarka odpowiedziała: pisz, bo inaczej trafisz do czarnego pokoju. A czarny pokój to najstraszniejsze miejsce. Stamtąd można nie wrócić.

— Pewnego razu jednej z nas zrobiło się słabo i zemdlała — wspomina Gulbachar. — Wołałyśmy o pomoc, prosiłyśmy o lekarza. Ale zanim ktokolwiek przyszedł, jedna z młodych kobiet, miała 25 lat, zaczęła masować zemdlonej ręce. Gdy w końcu pojawili się lekarz i policjanci, zaczęli krzyczeć: "co ty, do diabła robisz? Po co trzymasz ją za ręce? Jesteś lekarzem, żeby robić masaż? Jeśli umrze, to ty będziesz winna!".

I zabrali ją do czarnego pokoju na siedem dni. Nie da się tam wytrzymać dłużej. Wróciła jakaś inna, jakby oszalała. Po dwóch-trzech dniach zaczęła dochodzić do siebie i opowiadać, czego doświadczyła. Czarny pokój, którego wszyscy się boją, to bardzo mały karcer o pomalowanych na czarno ścianach, bez oświetlenia. Nie da się tam ani stać, ani leżeć. W tej norze jest metalowy stolik i metalowe krzesło z otworem w siedzisku. Pod krzesłem znajduje się dziura w podłodze. Więźniarka siada na tym krześle i nie rusza się z miejsca przez cały tydzień. Zupę, chleb i trochę wody podają jej przez okienko w drzwiach. Kiedy się ono otwiera, pojawia się nieco światła. Przez resztę czasu panuje ciemność. I są szczury. Kobiety trafiające do czarnego pokoju nie jedzą chleba — zostawiają go szczurom w nadziei, że zjedzą chleb i nie zaatakują.

Podczas codziennego śpiewania hymnu, gdy kobiety mogły konspiracyjnie porozmawiać, prosiły Gulbachar, by — jeśli uda jej się wyjść z obozu — opowiedziała o wszystkim, co w nim się dzieje. Wśród więźniarek były wykształcone, odnoszące sukcesy kobiety — lekarki, adwokatki, właścicielki dużych firm. Ale wszystkie były obywatelkami Chin. A to oznaczało, że nawet jeśli kiedyś zostaną zwolnione z obozu, będą milczeć, aby nie trafić tam ponownie. A Gulbachar Dżaliłowa jest obywatelką Kazachstanu, co zwiększało jej szanse na uwolnienie i wyjazd tam, gdzie nie dosięgną jej chińskie służby specjalne.

— Przysięgłam dziewczynom, że nie zapomnę o nich i że wszędzie, gdzie będę mogła, zaświadczę, co tam się dzieje. Nie wiedziałam, że mnie uwolnią. 28 sierpnia 2018 r., podczas kolejnej rewizji, kiedy przyszła moja kolejka na rozebranie się, policjanci powiedzieli: "nie, nie trzeba — idziesz na przesłuchanie". Założyli mi kajdanki, worek na głowę i wyprowadzili na ulicę. Myślałam, że skoro wychodzimy na ulicę, to znowu będą mnie gwałcić. Ale wsadzili do samochodu i gdzieś zawieźli. Okazało się, że do szpitala. Tam też były kraty w oknach, kamery, żelazne drzwi. Zrobiono mi różne badania, EKG, USG. Spędziłam tam trzy dni. Codziennie podawali mi po 20 tabletek. Jak się później domyśliłam były to witaminy — mówi Gulbachar.

Po trzech dniach przyjechali policjanci i zdjęli jej kajdany z nóg. Nie udało się ich otworzyć kluczem, zamek się zaciął, trzeba było przepiłować. Gulbachar nie pojmowała, co się dzieje, dopóki nie wyjaśniono jej, że została zwolniona z obozu. Nawet kiedy to usłyszała, w pierwszej chwili nie uwierzyła.

Zawieźli ją, tym razem bez kajdanek i worka na głowie, na posterunek policji, stamtąd do hotelu, gdzie razem z nią zamieszkała policjantka. — Dopóki nie wyślą cię do Kazachstanu, będę tu z tobą — oświadczyła. Przez trzy dni Dżaliłowa nie mogła wyjść z pokoju, potem znowu zawieziono ją na policję. — Jesteś mądrą kobietą, jeśli chcesz kontynuować działalność biznesową, to nie ma przeszkód, dostaniesz wizę. A oto nasze numery telefonów, dzwoń gdyby pojawiły się jakieś problemy. Oczywiście rozumiesz, że nie możesz nikomu mówić o tym, gdzie byłaś? Zapomnij o tym" — usłyszała. Jeden z policjantów bezceremonialnie podsumował sprawę. — Jeśli będziesz rozpowiadać, co się z tobą działo i o miejscu, w którym byłaś, znajdziemy cię i zabijemy — powiedział. Oczywiście nie zwrócono jej rzeczy osobistych, w tym torby z pieniędzmi, z którymi prawie półtora roku temu Gulbachar przyjechała po towar. Dostała tylko paszport i telefon, w którym przywrócono ustawienia fabryczne.

— Policjanci eskortowali mnie do samolotu — opowiada Gulbachar. — Nie miałam żadnych dokumentów potwierdzających, gdzie zniknęłam na półtora roku, żadnych rzeczy osobistych. Wróciłam tylko z paszportem. W domu byłam 20 dni. Myślałam, że będę składać zeznania, zdawać relacje. Ale nikt nawet nie zamierzał mnie o cokolwiek pytać. Dzieci wysłały mnie do Turcji na odpoczynek. Jakiś czas tam zostałam, ale nie czułam się bezpiecznie. Obiecałam dziewczynom, że będę publicznie informować o obozach dla Ujgurów w Sinciangu. Pamiętałam też jednak, że chińska policja groziła mi śmiercią. Ostatecznie przekonałam się, że Turcja nie jest dla mnie bezpieczna, gdy w centrum Stambułu zaczął mnie śledzić samochód. Zwróciłam się do ambasady Francji i otrzymałam status uchodźcy.

Gulbachar mieszka we Francji od 2020 r., ale — jak się okazało — tam również nie jest do końca bezpiecznie. 8 maja 2024 r., zaraz po zakończeniu wizyty Xi Jinpinga, sąsiadka zadzwoniła do Dżaliłowej. — Nie wracaj do domu, przed wejściem stoi duży samochód z Chińczykami, wezwałam policję — powiedziała. Podczas kontroli dokumentów u jednego z podejrzanych o próbę porwania znaleziono legitymację pracownika chińskich służb specjalnych.

Gulbachar zrozumiała wówczas, że nie ma bezpiecznych miejsc, jeśli jest się Ujgurką, która przeżyła obóz w Sinciangu i poświęciła swoje życie, aby mówić publicznie o tym, co się w nim działo.

onet.pl


W środę izraelskie siły zbrojne poinformowały, że wyznaczyły "tymczasową trasę tranzytową" dla mieszkańców miasta Gaza. Według rzecznika armii Avichaya Adrai ruch jest organizowany przez ulicę Salah ad-Din, skąd można kontynuować podróż dalej — za Wadi-Gaza, w centralnej części wybrzeża sektora. Trasa ta jest dostępna przez 48 godzin w okresie od 16 do 19 września.

To druga droga ewakuacji. Biegnie ona równolegle do wybrzeża sektora Gazy z północy na południe. Pierwsza trasa przebiega przez nadmorską drogę Al-Rashid, ale trzeba tam stać w długich korkach. Palestyńczycy skarżą się też na wysokie koszty przejazdu korytarzem humanitarnym. Uciekinierzy opowiadają redakcji "Washington Post", że za transport musieli zapłacić od 1600 do 4000 szekli (od 1726 do 4316 zł), w zależności od ilości bagażu i wielkości rodziny. Wielu obawia się również, że po przybyciu do centralnej lub południowej części Gazy nie uda im się znaleźć namiotu lub innego miejsca na nocleg.

Mieszkaniec Gazy Izz al-Din Shihab powiedział telefonicznie redakcji The Times of Israel, że po ostrzeżeniach izraelskiej armii o przygotowywanej operacji lądowej jego rodzina długo zastanawiała się, czy opuścić miasto. Ostatecznie zapłacił 450 dol. (1631 zł) za przewóz rzeczy samochodem do centralnej części sektora i kolejne 300 dol. (1088 zł) za ich transport na południe.

— Moi koledzy, lekarze, powiedzieli mi, że wynajem namiotu kosztuje 4000 szekli (4316 zł), a wynajem samochodu — 1500 szekli (5438 zł). Ludzie nie mają dochodów, nie mogą sobie na to pozwolić — powiedział Shihab.

Izrael ogłosił strefy humanitarne w Al-Mawasi — dziewięciokilometrowym odcinku wzdłuż południowego wybrzeża. Obóz stał się schronieniem dla setek tysięcy ludzi, którzy uciekli przed ostrzałem. Al-Arabi Al-Jadid (arabskie wydawnictwo powiązane z Katarem z siedzibą w Londynie) pisze, że ze względu na gęste zaludnienie Al-Mawasi stało się siedliskiem chorób. Publikacja zauważa również, że ludzie nadal przybywają do obozu — izraelska armia rozrzuca ulotki w mieście Gaza, wzywając do ewakuacji na południe, w szczególności do obszaru Al-Mawasi w Khan Yunis.

— Na południu nie ma ziemi, nie ma mieszkań do wynajęcia. Proszą ludzi, aby opuścili miasto i wyruszyli w nieznane — skarży się Karim Jude, mieszkaniec Gazy, który 7 września wyjechał wraz z rodzicami i siostrą do centralnej części enklawy. (...)

— W Al-Mawasi mieszka ok. 900 tys. osób, z których zdecydowana większość, według szacunków ONZ, to przesiedleńcy — powiedział przedstawiciel gminy Khan Yunis Saib Lukan w wywiadzie dla Al-Arabi Al-Jadid. Zaznaczył, że obszar ten jest całkowicie przeludniony i nie ma już miejsca na rozbicie nowych namiotów.

Zauważył, że ogłoszone przez Izrael strefy humanitarne znajdują się w pobliżu linii frontu i są stale ostrzeliwane. Według niego w Chan Junus Izrael w wyniku nalotów zniszczył 40 z 44 studni. Obecnie władze miejskie wykorzystują prywatne studnie głębinowe z mobilnymi generatorami i dostarczają wodę za pomocą naziemnych sieci. Organizacje międzynarodowe, w tym UNICEF, uzupełniają zbiorniki w celu bezpłatnej dystrybucji wody.

— Trudno jest również zdobyć jedzenie — opowiada mieszkaniec Gazy Ahmed Ruwaished. —Polegamy na nielicznych bezpłatnych stołówkach, których nie wystarcza dla dużej liczby ludzi w tej okolicy. Wydają one ograniczoną ilość jedzenia, a czasami nie dają nam w ogóle żadnej porcji. Te obejmują zwykle ryż, soczewicę lub makaron. Czujemy się również nieswojo z powodu bliskości namiotów, nie mówiąc już o niedogodnościach związanych z korzystaniem ze wspólnych toalet. Środowisko w tej okolicy nie nadaje się do życia, szerzą się choroby, zwłaszcza skórne, szczególnie wśród dzieci — dodaje.

(...)

Dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Tedros Adhanom Ghebreyesus ostrzegł, że izraelska ofensywa lądowa w północnej części Gazy doprowadziła i tak już przepełnione szpitale "na skraj załamania". Według niego działania wojenne uniemożliwiają WHO dostarczanie niezbędnych artykułów.

(...)

We wtorek Biuro ONZ ds. Praw Człowieka oświadczyło, że ofensywa izraelskich sił zbrojnych na miasto Gaza "niszczy ostatni żywotny element infrastruktury cywilnej sektora". Biuro określiło również izraelską strategię wojskową w mieście jako "równoważną czystce etnicznej" i stwierdziło, że "najwyraźniej ma ona na celu wywołanie nieodwracalnej zmiany demograficznej".

15 września Netanjahu stwierdził, że "Izrael znajduje się w pewnego rodzaju izolacji". W kontekście stopniowego zaostrzania przez kraje europejskie embarga na dostawy broni i sankcji wobec Izraela z powodu trwającej wojny premier ostrzegł, że Izrael może znaleźć się w sytuacji, w której jego przemysł zbrojeniowy zostanie zablokowany. Kraj będzie musiał "sam produkować to, czego potrzebuje" — powiedział.

— Będziemy musieli coraz bardziej dostosowywać się do gospodarki o cechach autarkii. Będziemy musieli stać się Atenami i super-Spartą — powiedział premier.

gazeta.pl