wtorek, 7 października 2025



- W tym roku B'tselem opublikowało raport pod tytułem "Nasze ludobójstwo", w którym jak pierwsza izraelska organizacja określacie w ten sposób to, co dzieje się w Strefie Gazy. 

Od dekad dokumentujemy naruszenia praw człowieka. A w ciągu ostatnich dwóch lat pracujemy dniami i nocami, by zbierać dane i świadectwa oraz śledzić działania zbrojne Izraela w Gazie i na Zachodnim Brzegu. To wszystko skłania się na całościowy obraz - i jest nim to, że Izrael systematycznie i celowo atakuje ludność cywilną Gazy.

- Rząd powtarza, że celem cały czas jest Hamas, a nie niewinni cywile

Tyle że w praktyce uważają, że w Gazie nie ma niewinnych cywilów. I rządzący mówią o pozbyciu się mieszkańców ze Strefy Gazy, zniszczeniu zabudowań i zasiedleniu tego obszaru. A kiedy spojrzymy nie tylko na słowa, ale też na działania, to widzimy, że niszczą całą infrastrukturę, dom po domu, ulica po ulicy, żeby nie było do czego wrócić. Doprowadzają do klęski głodu wśród mieszkańców, atakując w ten sposób całą populację. 

Zgodnie z prawem międzynarodowym ludobójstwo nie oznacza tylko sytuacji, w której dąży się do zabicia każdego członka danej grupy. To także działania, które mają uniemożliwić tej grupie funkcjonowanie i przetrwanie. I dokładnie to robi Izrael w Gazie.

- Jak wasz raport został przyjęty w Izraelu?

Izraelski rząd często reaguje na jakąkolwiek krytykę twierdząc, że stoi za nią antysemityzm. W naszym przypadku było inaczej - wybrali negowanie i ignorowanie. W izraelskich mediach głównego nurtu praktycznie nie wspominano o naszym raporcie. Chociaż miałem ogrom wywiadów z zagranicznymi mediami, które informowały na temat raportu, to w samym Izraelu wiele osób nawet o tym nie słyszało. 

Reżim, który dopuszcza się ludobójstwa, musi jednocześnie kontrolować własne społeczeństwo - to, co ono wie, a czego nie wie, co mu się pokazuje, a czego nie. I coraz bardziej zaczynają używać narzędzi znanych z dyktatur, by manipulować społeczeństwem. 

- Przez ostatnie dwa lata uwaga zagranicznych mediów skupiała się na Strefie Gazy, ale B'tselem monitoruje też sytuację Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. Co zmieniło się tam w tym czasie?

Trzeba zacząć od tego, że izraelska okupacja tam nie jest niczym nowym. Trwa już ponad 50 lat. Władze Izraela w tym czasie zacieśniały swoją kontrolę, powstawały nowe osiedla żydowskie na terenach okupowanych, zagrabianych było coraz więcej ziem palestyńskich mieszkańców. 

To, co jest nowe w ostatnich kilku latach, to ekstremiści w rządzie, którzy nawet nie udają, że dbają o prawo międzynarodowe. Oni zobaczyli, że świat nie powstrzymał Izraela przed popełnieniem ludobójstwa w Gazie, więc dostrzegli w tym szansę na postęp czystki etnicznej na Zachodnim Brzegu. Ostatecznym celem ma być jego aneksja.

- Co oznacza to dla żyjących tam milionów Palestyńczyków?

Coraz częściej schemat: wkraczanie władz, czasem przy wsparciu armii, do palestyńskich obozów uchodźców, przymusowe wysiedlenia tysięcy mieszkańców, przejmowanie terenu, burzenie domów. W ostatnich latach odnotowujemy coraz więcej aresztowań, blokad dróg, zamykania wjazdu do palestyńskich miejscowości. Wojsko może mieć całkowitą kontrolę nad przemieszczaniem się ludzi, raz otwierając, raz zamykając punkty kontrolne, co ma ogromny wpływ na życie codzienne. 

Na terenach okupowanych powstaje więcej i więcej nielegalnych osiedli izraelskich oraz przyczółków, a wraz z tym rośnie przemoc osadników wobec Palestyńczyków. Ich brutalność narasta, a do ataków osadników na palestyńskich mieszkańców dochodzi każdego dnia.

- Jak wyglądają te ataki?

Osadnicy fizycznie atakują Palestyńczyków, podpalają domy, samochody czy pola uprawne. Armia, która odpowiada za bezpieczeństwo na terenach okupowanych, albo stoi z boku i nie robi nic, by ich powstrzymać, albo sama w tym uczestniczy. Cel jest jeden: przymusowe wysiedlanie społeczności, spychając je do miast i miasteczek, aby jak najwięcej ziemi pozostało dla Izraelczyków. 

- Jak działają przyczółki osadników, o których wspomniałeś?

Przyczółkiem osadników (tzw. outpost) może być nawet jeden barak albo małe gospodarstwo, umiejscowione najczęściej na wzgórzu. Ich tworzenie na terenach okupowanych jest nielegalne nawet według izraelskiego prawa. Ale Izrael i tak je wspiera: zapewnia podłączenie do prądu i wody, wysyła żołnierzy do ich ochrony. Osadnicy mogą liczyć na pomoc finansową czy inne wsparcie, np. specjalne samochody.

Kiedy już powstanie taki przyczółek, osadnicy przejmują kontrolę nad obszarem wokół - po prostu uniemożliwiają Palestyńczykom dostęp do tych terenów, nawet jeśli to ich gaje oliwne czy pola. Stosują przemoc, groźby, prowokują, wzywają armię, żeby aresztowała Palestyńczyków. Już wiele razy nagrano zdarzenia, gdy osadnicy atakowali, nawet strzelali do Palestyńczyków - i nic, żadnych konsekwencji. To skuteczny sposób na przejmowanie ziemi - Palestyńczycy zaczynają się bać tam wracać, bo wiedzą, że nikt ich nie ochroni. Od 7 października 2023 roku doszło do przymusowego wysiedlenia 41 społeczności. Dziesiątki innych codziennie padają ofiarą ataków. 

- We wrześniu kilka krajów oficjalnie uznało państwowość Palestyny. Czy to w jakikolwiek sposób zmienia sytuację na miejscu?

To samo w sobie oczywiście nic nie zmieniło. Powiedziałbym wręcz, że efekt był odwrotny, bo osadnicy i rząd uznają, że trzeba działać jeszcze szybciej. Dlatego, dopóki kraje nie przejdą od samego oficjalnego uznania państwa palestyńskiego do realnych działań wywierających presję na Izrael, nic to nie pomoże.

gazeta.pl


Żołnierz wypowiadający się pod pseudonimem Yoni opisał zdarzenie z Bajt Lahiji. Usłyszał okrzyk "terroryści!", więc dobiegł do karabinu maszynowego i zaczął strzelać. Ale to nie byli terroryści. - Zobaczyłem ciała dwójki dzieci, może 8- i 10-letnie. Krew była wszędzie, ślady strzałów. Wiedziałem, że to moja wina, że to ja zrobiłem. Poczułem, że zwymiotuję. Po kilku minutach przyjechał dowódca i powiedział chłodno, jakby to nie byli ludzie: "Weszli do strefy eksterminacji, to ich wina, taka jest wojna" - opowiedział dziennikarzom.

Po kilku miesiącach widok martwych dzieci nie przestawał dręczyć Yoniego, więc poprosił dowódców o spotkanie ze specjalistą zdrowia psychicznego. - Opowiedziałem mu o wszystkim, a on wytłumaczył, że istnieje coś takiego jak "naruszenie zasad moralnych". To stan, kiedy postępuje się wbrew swoim zasadom i dochodzi do dysonansu między wartościami, w które wierzysz, a twoim zachowaniem" - zreferował żołnierz. Specjalista zarekomendował, by Yoni nie wracał na front. - Mam flashbacki z tego zdarzenia. Ciągle wracają do mnie ich twarze, nie wiem, czy kiedykolwiek je zapomnę - przyznał.

- Zaczęło się jakieś dwa miesiące temu. Codziennie mieliśmy to samo zadanie: zabezpieczenie pomocy humanitarnej na północy Strefy Gazy - opowiadał Benny, snajper z brygady Nahal. Codziennie rano obierał pozycję i czekał na rozładunek ciężarówek GHF, zmilitaryzowanej fundacji, którą Izrael jako jedyną wpuszcza do Gazy. Kiedy Palestyńczycy podchodzą - według strony izraelskiej - za blisko, snajper ma obowiązek do nich strzelać. - Próbują podchodzić z różnych stron, a ja jestem tu ze snajperką. Oficerowie krzyczą: "zdejmuj go!". Oddaję 50-60 strzałów codziennie, przestałem liczyć zabitych. Nie mam pojęcia, ile osób zabiłem. Wielu. Dzieci - wyznał.

Benny już po kilku dniach czuł efekty psychologiczne, od tego czasu się pogorszyły. - To mnie zabija, naznaczyło mnie na całe życie. Myśli o śmierci mnie nie opuszczają. Czuję brzydki zapach i od razu przychodzi na myśl zapach ciał - opowiedział Haaretzowi. - Trzy razy zsikałem się pod siebie jak czterolatek. Raz przyśniło mi się, że morduję swoją rodzinę. Budzę się 5-6 razy w nocy. Widzę ludzi, których zabiłem. Zrozum, że snajper to nie pilot. Widzi swoje ofiary przez lupę. To okropne - dodał.

Benny stara się o zwolnienie ze służby. Zaciągnął się, bo myślał, że w ten sposób chroni swoich bliskich, dziś uważa, że to błąd. - Nie wierzę oficerom, nie wierzę rządowi. Chcę tylko wydostać się z armii i zacząć życie. Nie wiem, czy to się uda, czy to w ogóle możliwe - przyznał. 

Telewizja Kan opisała z kolei przypadek żołnierza, który twierdził, że jego oddział zastrzelił kobietę i jej dwójkę dzieci, którzy weszli do "strefy zabijania". - Zobaczyliśmy trzy sylwetki i strzelaliśmy, zgodnie z rozkazami. Po tym zdarzeniu straciliśmy trzech żołnierzy z powodu PTSD. Mieli koszmary, cierpieli z powodu bezsenności. Ciągle widzieli te dzieci - powiedział. Oficer od zdrowia psychicznego miał uznać, że straumatyzowani żołnierze nadają się do powrotu na front. Inny żołnierz miał usłyszeć od dowódcy, że próbuje wyłgać się ze służby i chce "zdradzić lud Izraela". 

(...)

CNN w ubiegłym roku opisał historię operatora buldożerów, który prowadził wyburzenia w Strefie Gazy. 40-letni Eliran Mizrahi zastrzelił się dwa dni przed planowanym powrotem do enklawy. - Wyszedł z Gazy, ale Gaza nie wyszła z niego - powiedziała CNN matka mężczyzny. Jego kolega opowiadał w Knesecie o tym, że buldożerami "rozjeżdżano terrorystów, żywych i martwych, w setkach". - Wszystko wytryskuje - mówił, tłumacząc, dlaczego przestał jeść mięso.

We wrześniu w parlamencie odbyło się wysłuchanie ws. zapobiegania samobójstwom wśród żołnierzy. Weterani rzucili na stół opakowania leków. - Wyleczcie mnie, wyleczcie nas. Życie wymyka mi się z rąk, do cholery. Moim marzeniem jest dostać kulkę między oczy. Jestem żywym trupem, człowiekiem, który nie żyje. (...) Dlaczego muszę tak cierpieć? Dlaczego codziennie próbuje się zabić? Wymazano mnie z tego niby wspaniałego państwa - wykrzykiwał Israel Hayat, młody żołnierz, u którego zdiagnozowano PTSD. 

gazeta.pl