piątek, 5 czerwca 2020


W tzw. keynesowskim modelu funkcjonowania gospodarki bezrobocie i inflacja są jak dzieci na huśtawce: gdy jedno opada, drugie idzie w górę. W telegraficznym skrócie, gdy brakuje pracy, tym mniejszy nacisk na płace i ceny, a gdy spada bezrobocie, tym wyższe szanse na wzrost płac, a z nimi cen.

Pół wieku temu ekonomiści pochyleni w uznaniu dla geniuszu Keynesa zastygli jednak w zdumieniu, ponieważ w USA huśtawka stanęła w miejscu. Inflacja rosła solidarnie z bezrobociem, co nazwano stagflacją. Profesor Arthur Okun – za prezydenta Johnsona szef bardzo wpływowej Rady Doradców Ekonomicznych prezydenta (CEA) – spróbował pomóc kolegom w ich poznawczym nieszczęściu. Uznał, że jeśli czynniki przestały się huśtać naprzemiennie, to czemu ich nie połączyć? Stworzył w ten sposób indeks dyskomfortu ekonomistów zadziwionych, że coś oczywistego przestało nagle działać.

Później, dla zachowania powagi, lecz także dla lepszego oddania istoty rzeczy ukuto nową nazwę i dziś jest to wskaźnik niedoli (misery index) tworzony z prostej sumy wartości wskaźnika inflacji i wskaźnika bezrobocia. Oba zjawiska są zmorą ludzi, więc im jego wartość wyższa, tym dla nas gorzej.

Wskaźnik ma oczywiste walory poznawcze, a ze względu na swą prostotę został ulubionym narzędziem amerykańskich polityków. Gdy za prezydentury Geralda Forda jego wartość podskoczyła do 12,66, w zwarciach kampanijnych posługiwał się nim pretendent do prezydentury – Jimmy Carter. Potem korzystał z niego Ronald Reagan wytykający Carterowi, że za kadencji tego drugiego amerykański indeks niedoli doszedł do niemal 20 punktów.

obserwatorfinansowy.pl

W chińskich realiach jest to zupełnie naturalne - oficjalny wskaźnik tempa wzrostu PKB nie tyle jest miarą ekonomiczną, co pełni funkcje polityczno-propagandowe. Nie jest daną "wyjściową", lecz "wejściową". To podmioty gospodarcze (i zapewne statystycy) dostosowują wynik do celu postawionego przez władzę, często działając z pominięciem ekonomicznej motywacji, co w dłuższej perspektywie musi odbić się czkawką. Wynik 6,1 proc. jest przyczyną a nie konsekwencją działalności gospodarczej. W przypadku Chin wyjątkowo dobrze widać, że PKB jest miarą ilościową a nie jakościową - to że PKB jest wyższy wcale nie musi zawsze oznaczać, że jest lepiej.

Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, jak ten cel się osiąga. Najprostszym sposobem jest naturalnie pompowanie w gospodarkę długu. Tyle że władze czy firmy nierzadko zadłużają się, by sfinansować nieracjonalne inwestycje, np. dalszą rozbudowę (i tak niewykorzystywanych) mocy produkcyjnych. Na koniec 2019 r. skala zobowiązań z tytułu total social financing - najszerszej miary finansowania gospodarki publikowanej przez Ludowy Bank Chin - wzrosła do 251,3 bln juanów, czyli 254 proc. PKB, o 7 p.proc. więcej niż rok wcześniej. Z kolei szersze dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) wskazują, że w połowie roku zadłużenie Państwa Środka sięgnęło 261,5 proc. PKB, a z szacunków Institute of International Finance wynika, że może nawet przekraczać 300 proc. PKB.

bankier.pl

Dwadzieścia lat jak Putin rządzi na Kremlu.

Adam Eberhardt: I do roku 2024 bez ciemnych chmur na horyzoncie.

A potem?

W Rosji w ciągu 100 lat może nie zmienić się nic tylko po to, by następnie w ciągu roku zmieniło się wszystko.

Teraz się właśnie zmienia. Szast, prast i jest nowy premier oraz zapowiedź zmian w konstytucji.

Czyli zmienia się bardzo dużo, żeby wszystko zostało po staremu.

Miedwiediew musiał odejść, bo był nielojalny?

Wręcz przeciwnie, był niesłychanie lojalny, rzez osiem lat jako premier, także przez cztery lata jako prezydent.

Który nawet nie próbował kandydować na drugą kadencję, tylko oddał fotel Putinowi.

Były takie mechanizmy kontroli, że gdyby Miedwiediewowi przez myśl przeszło zdradzenie Putina, to słono by za to zapłacił i on, i jego rodzina. Ale mu przez myśl nie przeszło, co zostało docenione.

Jak to, właśnie został zmuszony do dymisji.

Niechęć do Miedwiediewa w społeczeństwie rosła z roku na rok i w normalnych okolicznościach zostałby zdymisjonowany dużo wcześniej. Przetrwał tyle lat właśnie dlatego, że Putin doceniał jego lojalność i utrzymując go na stanowisku okazywał wdzięczność. Teraz zresztą też nie zostawia go samego, tylko mianuje wiceszefem Rady Bezpieczeństwa.

To tylko ciało doradcze.

Nic nie jest tylko ciałem doradczym, jeśli na jego czele stoi Władimir Putin.

A nowy premier, pan ze skarbówki?

Michaił Miszustin został wyciągnięty z kapelusza. On rzeczywiście przez dziesięć lat był szefem Federalnej Służby Podatkowej, ale to urzędnik właściwie dotąd w Rosji nieznany, niemedialny i pozbawiony charyzmy. Wiemy o nim tyle, że w prasie da się znaleźć sporo informacji o jego udziale w oszustwach VAT. Ta nominacja to potwierdzenie, kto realnie rządzi Rosją i jaskrawe przeciwieństwo społecznych oczekiwań na zmiany.

W każdym kraju zmiana premiera jest poważnym wydarzeniem.

A w Rosji jest głównie pożywką dla kremlinologów, którzy na tej podstawie będą zapewne kreślić nowe scenariusze sukcesji, ale w najmniejszym stopniu nie zmienia ona systemu władzy.

A propos sukcesji…

To wszystkie rozważania są przedwczesne. Od 20 lat co chwila pojawiały się nazwiska Sobianina, Naryszkina, Jakunina czy Iwanowa jako następców Putina i znikały równie szybko, jak się pojawiały. To Putin sam wskaże swojego następcę, to on go wykreuje i namaści w zamian za bezpieczeństwo swoje i najbliższych oligarchów.

dziennik.pl