Jacques Schuster: Czy podziela Pan pogląd, że Berlin nie ma planu B w razie zwycięstwa Donalda Trumpa?
Prof. Herfried Muenkler: Wierzę, że przynajmniej niemiecki minister obrony Boris Pistorius rozważa różne opcje. Po jego ostatnich wystąpieniach można dojść do takich wniosków. To dlatego znalazł się pod ostrzałem na niedawnej konferencji partii SPD. Dla innych polityków planem B jest modlenie się o zwycięstwo Bidena. Ale są rzeczy, które przemawiają na korzyść Niemców.
Jakie na przykład?
Chociaż Europejczycy nie będą w stanie w pełni zrekompensować amerykańskiej pomocy dla Ukrainy, to musimy docenić niemieckie zaangażowanie. Zarówno pod względem dostaw broni, jak i wsparcia ukraińskiego budżetu. Ta pomoc jest większe niż pomoc reszty Unii Europejskiej. To zwłaszcza Wielka Brytania ma obowiązek wspierać Ukrainę w znacznie większym stopniu. W końcu jest jednym z sygnatariuszy memorandum budapesztańskiego z 1994 r., w którym Brytyjczycy zagwarantowali Ukraińcom nienaruszalność ich granic. Można krytykować Niemców, ale z drugiej strony wiele się nauczyli. W pewnym momencie Europejczycy mogą się na nich obrazić.
Co to znaczy?
W pewnym momencie europejscy przyjaciele mogą zdać sobie sprawę, że Niemcy po raz kolejny mają niezwykle wydajny przemysł zbrojeniowy i jedną z najsilniejszych armii w Europie. Do tej pory konsensus w bloku polegał na tym, że Niemcy mogą być potęgą gospodarczą, ale nie militarną.
Prędzej czy później obawy mogą wziąć górę nad radością. Już teraz widzimy, że Francuzi bacznie obserwują rozwój sytuacji w Niemczech. Do napięć między Paryżem a Berlinem dochodzi regularnie.
Kto będzie miał wpływy w Europie, jeśli Waszyngton się od nas odwróci?
Większość Niemców uważa się za wzorowych Europejczyków. Ale już obywatele innych europejskich państw bacznie przypatrują się roli Niemiec i reagują, gdy Berlin ją wykorzystuje. Obecnie czytam esej historyków Brendana Simmsa i Benjamina Zeeba. Proponują oni utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy, aby wykorzystać potęgę Niemiec. Teoretycznie pomysł ten jest słuszny, ale obecnie politycznie niewykonalny. Niemcy, jako ważny gracz gospodarczy i polityczny, z pewnością mają do odegrania ważną rolę. Wkrótce ich armia pojawi się w Litwie. Niemieckie myśliwce Eurofighter stacjonują już w Rumunii, a rakiety Patriot — w południowej Polsce. W nadchodzących latach znaczenie militarne będzie nadal rosło.
Jeśli Amerykanie odwrócą się od Europy, kontynent straci element odstraszania nuklearnego. Jak to wpłynie na sytuację europejskich krajów?
Wielka Brytania i Francja również posiadają broń jądrową. Ale Polska i kraje bałtyckie, ze swoim historycznym doświadczeniem, prawdopodobnie będą wątpić, że w przypadku szantażu nuklearnego ze strony Rosji będą mogły polegać na brytyjskich i francuskich obietnicach. Dlatego zawsze polegały na USA. Pod tym względem wiele przemawia za podjęciem decydującego kroku i zbudowaniem europejskich zasobów do odstraszania nuklearnego.
Co by to oznaczało?
To, że państwa Trójkąta Weimarskiego — Francja, Niemcy, Polska — oraz Hiszpania i Włochy mają wspólną broń jądrową. Europejska bomba atomowa byłaby decydującym krokiem w kierunku strategicznej autonomii i własnej siły odstraszania. Blok powinien zdecydować się na to tak szybko, jak to możliwe. Niestety, Europejczycy specjalizują się w tym, że przegapiają dobre okazje.
Wielu obywateli krajów Europy wciąż marzy o świecie wolnym od broni jądrowej.
Ale dojdzie do czegoś zupełnie odwrotnego.
Co Pan przez to rozumie?
Ktoś powiedział kiedyś, że Rosja jest stacją benzynową z bronią jądrową. I dokładnie tak to wygląda. Rosja ma tylko broń jądrową i surowce. Jedynie te dwie kwestie odpowiadają za jej globalną polityczną wagę. Tylko z tego powodu Kreml nigdy nie zrezygnuje z broni jądrowej. Denuklearyzacja świata nie będzie na razie możliwa. Wręcz przeciwnie — broń jądrowa będzie się mnożyć. Być może Iran zostanie nową nuklearną potęgą. Arabia Saudyjska również będzie dążyć do uzyskania własnej bomby atomowej. Podobnie jak Turcja. Wiele wskazuje więc na to, że Europejczycy szybko uzyskają własną zdolność odstraszania nuklearnego.
onet.pl/Die Welt