Łukaszenko osobiście przekonywał, że Pratasiewicz „szczerze zmienił swoje przekonania”. Założył kilka nowych stron w mediach społecznościowych, poprzez które powiela tezy propagandy białoruskiej. Najwyraźniej tego wszystkiego nie wystarczyło, by zrobić karierę po drugiej stronie barykady.
Aleksander Łukaszenko nie wybacza przeciwnikom.
– Moje nazwisko i rozpoznawalność po raz kolejny zrobiły swoje. Od tygodnia szukam pracy. Po raz kolejny zmagam się z tym, że znalezienie czegokolwiek interesującego jest prawie niemożliwe, niezależnie od branży – narzekał ostatnio Pratasiewicz na swoim kanale w Telegramie.
– Próbuję prowadzić zwyczajne, spokojne życie i uczciwie pracować. Wszystko na nic. Niezależnie od tego, że władze i służby do mnie już od dawna nic nie mają, potencjalni pracodawcy obawiają się ryzyka […] Nie wiem, ile to będzie trwało i ile razy jeszcze mi odmówią. Moja sytuacja finansowa, mówiąc delikatnie, się pogarsza – opowiada. Narzekał na brak perspektyw na Białorusi i na to, że nie może znaleźć żadnej pracy, by „planować jakikolwiek rozwój”.
– Po raz pierwszy poważnie zaczynam myśleć o wyjeździe do jakichś dalekich krajów. Po to, by mieć pracę, zapomnieć o przeszłości i się rozwijać – napisał.
A jeszcze niedawno, występując w rządowych białoruskich mediach, przekonywał, że „nie narzeka na zarobki”, a we wrześniu ubiegłego roku nawet opublikował zdjęcia z wypoczynku w Dubaju. Wówczas pracował w Mińsku jako spawacz, co również odnotowywały wszystkie media rządowe w kraju Łukaszenki. Później na rowerze dostarczał zamawiane w mińskich restauracjach posiłki, pracując dla jednej z rosyjskich aplikacji mobilnych.
– Chcąc tam dobrze zarabiać, trzeba pracować po dwanaście godzin przez pięć dni w tygodniu – mówił pod koniec czerwca w rozmowie z białoruską redakcją rosyjskiej tuby propagandowej Sputnik. Znów zmienił pracę, skończył szkolenie barmańskie i już w lipcu pochwalił się zdjęciem z jednego ze stołecznych barów. W roli barmana, sądząc po ostatnich wpisach w Telegramie, też się nie odnalazł.
rp.pl