sobota, 9 maja 2026



Sufit prawicowej publicystyki. Dlaczego X przestał dla niej działać

Tygodnie obserwacji 44 dziennikarzy publikujących politycznie na X, ponad 14 tys. publikacji, ponad 6 mln interakcji łącznie. Z tej masy danych wyłania się obraz, który wymaga nazwania wprost bo standardowa diagnoza „prawica jest słabsza na X” nie wyjaśnia ani mechanizmu, ani konsekwencji.

Prawicowa publicystyka w tym ujęciu rozumiana jako blok dziennikarzy związanych z mediami konserwatywnymi, antyrządowymi w obecnej kadencji, ideologicznie tożsamymi z prawą stroną sceny politycznej pracuje w sposób, który ją systemowo wyklucza z mainstreamu mimo intensywnej aktywności. To nie jest problem indywidualnych dziennikarzy. To jest problem strukturalny całego ekosystemu medialnego, który dziś, w tym konkretnym kanale dystrybucji, nie działa.

Pierwsze ograniczenie: parytet wolumenu, asymetria zwrotu

Liczba publikacji prawicowej publicystyki w obserwowanym okresie była niemal identyczna jak liczba publikacji bloku liberalno-lewicowego. Innymi słowy, prawicowi dziennikarze pracują tak samo intensywnie. Pracują tyle samo godzin, generują tyle samo treści, są tak samo obecni w cyklu informacyjnym.

A jednak suma interakcji generowanych przez prawicową publicystykę jest niemal o połowę niższa. Średnia interakcji na pojedynczą publikację po stronie prawicy wynosi około 180. Po stronie liberalnej 320. Innymi słowy: identyczna praca daje prawie dwukrotnie mniejszy zwrot. Konkretny prawicowy publicysta, który opublikuje pięć postów dziennie przez tydzień, zbierze średnio tyle interakcji, ile jego liberalny odpowiednik zbierze po dwóch–trzech postach.

To nie jest kwestia talentu, pracowitości, ani gęstości publikacji. To jest strukturalny mnożnik dystrybucyjny, który działa na korzyść jednej strony i na niekorzyść drugiej. A ponieważ ten mnożnik utrzymuje się we wszystkich 10 tygodniach obserwacji, niezależnie od dominujących tematów, należy go traktować jako stały parametr ekosystemu, nie jako anomalię tygodniową.

Drugie ograniczenie: sufit pojedynczego uderzenia

Tu sprawa staje się jeszcze ostrzejsza. W publicystyce sieciowej istnieje próg, powyżej którego post przestaje być rozmową w bańce i staje się wydarzeniem ogólnopublicystycznym. Empirycznie ten próg ustala się w polskim X-ie w okolicach 10 tysięcy interakcji powyżej tej granicy publikacja zaczyna być cytowana w innych kanałach, dyskutowana w rozmowach niezwiązanych z X-em, podsuwana w algorytmie ludziom spoza bańki nadawcy.

Podczas tygodni analiz prawicowa publicystyka jako blok wygenerowała jedną publikację przekraczającą próg 10 tys. interakcji. Dla porównania, sama trójka czołowych liberalnych publicystów wygenerowała ich osiem. Antyestablishmentowy K. Stanowski z Kanału Zero, traktowany w tej analizie jako oddzielna kategoria, zrobił ich dwadzieścia dwa.

To oznacza, że prawicowa publicystyka jako całość osiemnaście kont aktywnych w obserwowanym okresie w 10 tygodni ciężkiej pracy wytworzyła jeden wirusowy moment. To nie jest niedobór indywidualnego talentu. To jest strukturalne odcięcie od poziomu, na którym treść zaczyna żyć poza dystrybucją kont prawicowych.

Innymi słowy: prawicowy publicysta może być świetny, może mieć rację, może produkować ciekawe treści i w 95% przypadków zatrzymuje się na pułapie 4–7 tys. interakcji. Tam treść żyje, ale tam też kończy. Próg wirusowy jest dla niego praktycznie zamknięty.

Trzecie ograniczenie: bańkowa dystrybucja zamiast zdobywania nowych odbiorców

Tu pojawia się wskaźnik, który najlepiej ujawnia mechanikę problemu: udział udostępnień w łącznej liczbie interakcji. Wysoki udział udostępnień (czyli wysokie RT/repost rate) oznacza, że post jest mocno dystrybuowany przez przekonanych bańka go niesie dalej, ale niewielu nowych odbiorców zostaje przy treści, by ją polubić, skomentować, zostać.

Najwięksi prawicowi publicyści mają RT-rate w przedziale 20–30%. Co czwarta lub co trzecia interakcja z ich postem to udostępnienie wewnątrz prawicowej sieci. To jest klasyczna sygnatura zamkniętego obiegu: treść krąży po prawicowych kontach, ci sami ludzie ją widzą, ci sami ludzie ją podsyłają, ci sami ludzie ją komentują.

Po stronie liberalnej ten wskaźnik dla najmocniejszych kont wynosi 5–17%. Czyli treść jest przede wszystkim lubiana, nie redystrybuowana. To oznacza, że dociera do nowych odbiorców, którzy ją oceniają (lajk to pasywna ocena), ale niekoniecznie ją niosą dalej. Niski RT-rate przy wysokich lajkach to sygnatura otwartego obiegu treść trafia do publiczności, która nie była na nią zasubskrybowana.

Konsekwencja jest brutalnie prosta prawicowa publicystyka tworzy treść, która się nie skaluje. Każda kolejna publikacja trafia do tych samych ludzi, przez tych samych ludzi jest udostępniana, do tych samych ludzi przez algorytm wraca. Liberalna publicystyka tworzy treść, która wychodzi z bańki. Każda dobra publikacja zdobywa nowych obserwujących, którzy jej nie udostępnią, ale dadzą lajk i wrócą jutro.

W długim okresie te dwie krzywe się rozjeżdżają coraz bardziej. Prawica trzyma swoich, ale ich nie przybywa. Liberalna publicystyka przy podobnym wolumenie pracy sukcesywnie poszerza zasięg.

Czwarte ograniczenie: brak ekosystemu wzajemnej amplifikacji

Najpoważniejszy problem strukturalny ujawnia się dopiero przy obserwacji, jak temat staje się tematem.

Po stronie liberalno-lewicowej działa rojowisko wzajemnej amplifikacji. Mechanika jest następująca: śledczy z dużej redakcji wrzuca news; ekspert tematyczny komentuje go z perspektywy merytorycznej; ironiczny komentator robi z niego mem; redaktor flagowej gazety podaje go z linkiem; publicystka moralizuje; dwóch kolejnych dorzuca uzupełnienia. Temat żyje przez 3–4 dni, każde kolejne ogniwo zwiększa zasięg poprzedniego, a obecność wielu kont równolegle wymusza algorytmiczną widoczność na całej platformie. Każdy publicysta wzmacnia każdego nawet jeśli się ze sobą nie zgadzają w 80% spraw, w danym tygodniu zgadzają się w 20%, które są akurat na agendzie.

Po stronie prawicowej tego mechanizmu nie ma. Każdy publicysta pracuje samotnie. Mocny news pojedynczego dziennikarza nawet jeśli generuje przyzwoity zasięg w bańce nie jest podchwytywany przez resztę bloku. Innymi słowy gdy ktoś w środowisku prawicowym ujawnia coś istotnego, koledzy z tego samego ideologicznego frontu nie biorą tego dalej. Każdy ma swoją własną agendę, swoją własną linię, swoich własnych wrogów.

Konsekwencja jest taka, że nawet dobry news ginie w 24 godziny, bo nie ma fali wzmocnienia, która przenosiłaby go z autora do szerszej publiczności. W obserwowanym okresie zdarzało się, że prawicowy publicysta wybijał się pojedynczą mocną publikacją z bardzo wysokim RT-rate i nikt z jego strony tego nie podchwycił. Po liberalnej stronie tego samego dnia inny temat został podchwycony przez sześciu publicystów równolegle i pracował przez tydzień.

To wyjaśnia, dlaczego prawica ma dobre tematy, ale nie ma agend. Pojedyncze publikacje, choć często wartościowe, nie układają się w narracje. Brakuje infrastruktury redakcyjnej, która zamieniłaby news w temat.

Piąte ograniczenie: brak własnego dziennikarstwa śledczego

W obserwowanym okresie wszystkie największe afery polityczne zostały otwarte, prowadzone i wyjaśniane przez dziennikarza śledczego pracującego dla redakcji liberalno-lewicowych.

Prawicowa publicystyka nie wytworzyła w tym czasie żadnej własnej dużej afery politycznej. Były próby śledztwo o pedofilii w policji, materiał o genealogii rodu związanego z PRL-owską bezpieką, wątek wewnątrzkadrowy w służbach. Każdy z tych wątków miał potencjał, każdy zatrzymał się na poziomie pojedynczej publikacji, każdy nie został wzmocniony.

Strukturalnie to oznacza, że prawicowa publicystyka działa w trybie reaktywnym. Czeka na temat wygenerowany przez stronę liberalną, a potem albo go atakuje (jeśli uderza w rząd), albo go relatywizuje (jeśli uderza w opozycję). W żadnym z obserwowanych tygodni prawicowa publicystyka nie zdefiniowała tematu tygodnia. W każdym z analizowanym tygodni temat tygodnia był narzucony przez stronę liberalną lub przez Kanał ZERO.

Szóste ograniczenie: lokalność tematyczna

Nawet jeśli prawicowy publicysta uderza mocnym tematem, ten temat jest najczęściej lokalny lub punktowy relacja z konkretnego wydarzenia, komentarz do konkretnej sprawy, wpis emocjonalny związany z konkretną osobą lub miejscem.

Liberalna publicystyka, w tym samym okresie, generuje tematy systemowe kryzys ochrony zdrowia, kompromitacja prokuratury, niewłaściwa obsada służb specjalnych, dysfunkcja systemu kaucyjnego, wadliwa polityka energetyczna. To są ramy, w które każdy odbiorca może wpisać własne doświadczenie. Każda nowa publikacja w obrębie tej ramy jest zrozumiała bez kontekstu.

Tematy lokalne nie skalują się, tematy systemowe się skalują. To nie jest kwestia stylu to jest kwestia inwestycji intelektualnej w budowanie ramy interpretacyjnej. Prawicowa publicystyka, w tym konkretnym okresie, takich ram nie buduje. Reaguje na zdarzenia.

Siódme ograniczenie: pojemność komunikacyjna pojedynczego konta jest dwukrotnie niższa

To pozornie techniczna obserwacja, ale ma głębokie konsekwencje. Najwięksi prawicowi publicyści, niezależnie od tego, jak intensywnie pracują, uderzają w sufit zasięgowy znacznie wcześniej niż liberalni.

Konto prawicowe z dużą bazą obserwujących i intensywną aktywnością trzytygodniową generuje średnio ok. 130 tys. interakcji. Konto liberalne z porównywalnymi parametrami ok. 270 tys. interakcji. Czyli ten sam wysiłek, ten sam czas, ta sama dyscyplina zawodowa daje ponad dwukrotnie mniejszą pojemność komunikacyjną.

Liberalna bańka jest większa, bardziej rozproszona, bardziej heterogeniczna co oznacza więcej możliwych odbiorców pojedynczej publikacji. Prawicowa bańka jest w pełni nasycona większość możliwych odbiorców już aktywnie konsumuje treści, więc każda kolejna publikacja konkuruje o tych samych ludzi.

Konsekwencje: trzy nakładające się problemy

Z powyższego wynika, że prawicowa publicystyka pracująca dziś na X ma do czynienia z trzema nakładającymi się problemami strukturalnymi, które wzajemnie się wzmacniają.

Pierwszy: problem podaży. Brak własnego dziennikarstwa śledczego, brak własnych dużych newsów, brak budowania ram tematycznych. Treść istnieje, ale jest zdominowana przez komentarz do treści produkowanych przez kogoś innego.

Drugi: problem dystrybucji. Wysoka redystrybucja w bańce, niski lajkowy zasięg poza bańką, sufit pojedynczej publikacji znacznie poniżej progu wirusowego. Treść, która istnieje, nie wychodzi z obiegu wewnętrznego.

Trzeci: problem ekosystemu. Brak rojowiska wzajemnej amplifikacji, brak wzmocnień między kontami, każdy publicysta pracuje sam. Nawet jeśli pojedyncza publikacja jest dobra, nie zostaje przekuta w temat.

Te trzy problemy są ze sobą sprzężone. Brak dystrybucji zniechęca. Brak ekosystemu uniemożliwia podchwytywanie nawet udanych newsów. Brak własnych newsów oznacza pracę na cudzej agendzie. I tak w kółko.

Konsekwencje polityczne

Z perspektywy strategii politycznej obozu prawicowego należy uznać, że kanał X nie jest dziś efektywnym narzędziem wpływu na publicystyczną agendę. To nie znaczy, że jest bezużyteczny pełni funkcję mobilizacyjną dla bańki, jest ważny dla utrzymywania spójności narracyjnej już przekonanych odbiorców, służy jako szybki kanał reaktywny.

Ale jako narzędzie zmiany agendy publicystycznej, X w obecnej konfiguracji nie pracuje na korzyść strony prawicowej. Każda godzina pracy włożona przez prawicowego publicystę w tworzenie treści na X przynosi ułamek zwrotu, jaki przyniosłaby ta sama godzina po stronie liberalnej. To nie jest opinia to jest empirycznie potwierdzony parametr ekosystemu.

To rodzi pytanie strategiczne: gdzie powinna być główna inwestycja prawicowej publicystyki, jeśli nie na X? Możliwe odpowiedzi to inne platformy społecznościowe, formaty wideo, podcasty, długi format pisany w portalach, telewizja w trybie streamingowym. Dane nie odpowiadają na to pytanie wprost ale pokazują, że kontynuowanie obecnego modelu pracy na X jest stratą strategiczną, bo zasięg generowany przez tę pracę jest niewspółmierny do nakładów.

Antyestablishmentowy Kanału Zero który w danych wygląda jak osobna kategoria, a nie jak prawicowy publicysta pokazuje, że na X można być skutecznym, ale wyłącznie pod warunkiem opuszczenia ramy partyjno-publicystycznej. Treść, która działa na X, jest dziś treścią, która przekracza podział. Treść partyjna, niezależnie od strony, ma sufit. Treść antypartyjna sufitu nie ma.

Dla prawicowej publicystyki to oznacza wybór: albo akceptacja statusu publicystyki bańkowej (z konsekwencją dystrybucyjną, jaka się z tym wiąże), albo przebudowa formuły pracy w stronę treści mniej ideologicznej, bardziej narracyjnej, bardziej skierowanej do publiczności niezdefiniowanej politycznie. Trzeci wariant kontynuowanie obecnego modelu w nadziei, że dystrybucja się odwróci nie jest, w świetle tych danych, racjonalny.

Konkluzja

Prawicowa publicystyka na X w obserwowanym okresie pracuje intensywnie, ale w warunkach strukturalnego niedoboru dystrybucyjnego, ekosystemowego i podażowego. Pracuje tyle samo, co liberalna generuje połowę zasięgu. Próbuje tych samych form natrafia na sufit dwukrotnie niższy. Niesie podobne wątki bez infrastruktury wzmocnienia.

To nie jest sytuacja, w której wystarczy pisać lepiej. To jest sytuacja, w której kanał dystrybucji jest skonfigurowany na niekorzyść. Każda strategia, która ignoruje ten fakt i opiera się na założeniu, że „wystarczy zwiększyć aktywność”, w świetle danych z trzech tygodni jest stratna.

Pytanie strategiczne nie brzmi „jak prawicowa publicystyka może lepiej pracować na X” bo na to pytanie odpowiedź w obecnej konfiguracji platformy nie istnieje. Pytanie brzmi: jakie kanały dystrybucji prawicowa publicystyka powinna przebudować w pierwszej kolejności, żeby uniknąć pułapki strukturalnej, w której obecnie się znajduje.

resfutura.pl


– Uważam, że udostępnienie narzędzia Claude w styczniu tego roku można przyrównać do 1981 roku, kiedy to pojawił się Microsoft – powiedział Paul Tudor Jones w głośnym wywiadzie dla stacji CNBC.

Uważnie obserwowany przez Wall Street legendarny spekulant dostrzega w obecnej adaptacji sztucznej inteligencji podobieństwa do 1995 roku, kiedy zadebiutował system operacyjny Windows 95, co przyspieszyło komercyjne wykorzystanie internetu. Choć rozwój AI przypomina wczesne etapy ekspansji technologicznej, wywołana nim hossa przypomina już raczej rok 1999, czyli okres na około rok przed pęknięciem bańki dot-comów.

– To był początek cudu produktywności, który trwał od 4 do 5,5 roku. Powiedziałbym, że jesteśmy w 50–60 procentach tej drogi. Jeśli miałbym szacować, zostało nam jeszcze rok lub dwa lata rajdu – powiedział Paul Tudor Jones.

Inwestor przyznaje, że dokupił więcej akcji spółek powiązanych ze sztuczną inteligencją, jednak nie zdradza konkretnych nazw.

– Gram pod trendy makroekonomiczne, więc po prostu kupuję koszyki akcji. Powiem krótko, to szalony, szalony czas. Zawsze lubię szukać historycznych precedensów – stwierdził Jones.

bankier.pl


Daleko idące ograniczenia celebracji najważniejszego święta w kalendarzu Kremla, to po pierwsze dowód na ogromny sukces ukraińskiej kampanii uderzeń dronami i rakietami na cele w Rosji. Po drugie to pokaz słabości rosyjskich sił zbrojnych, najwyraźniej niebędących w stanie zagwarantować Władimirowi Putinowi, iż nic nie spadnie na Plac Czerwony podczas uroczystości.

Decyzja o daleko idącym ograniczeniu defilady została ogłoszona jeszcze pod koniec kwietnia. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał wprost, że to reakcja na "zagrożenie terrorystyczne" ze strony Ukraińców. Dodatkowo usprawiedliwiał to faktem, że tegoroczna rocznica nie jest okrągła, tylko 81. W związku z tym postanowiono zrezygnować z bodaj najistotniejszego pokazu siły militarnej Rosji - przejazdu kolumny ciężkiego sprzętu przez Plac Czerwony. Od kiedy te defilady zaczęto jeszcze w czasach ZSRR z okazji rocznicy rewolucji październikowej, był to gwóźdź programu. W latach 90. na chwilę z niego zrezygnowano, ale po przejęciu władzy przez Władimira Putina wrócono, zaś całą defiladę przeniesiono na lepiej pasujący do nowych czasów 9 maja. Nawet po inwazji na Ukrainę starano się udawać, że wszystko jest po staremu i organizowano przejazdy ciężkiego sprzętu, choć na mniejszą skalę niż przed wojną. Był to pokaz wiary, że Ukraina Ukrainą, ale Rosja pozostaje mocarstwem i tu oto jedzie na to dowód. Aż do 2026 roku.

Tegoroczna defilada została ograniczona do przemarszu tak zwanej kolumny pieszej, czyli żołnierzy reprezentujących rodzaje sił zbrojnych, uczelnie wojskowe i różne inne formacje rosyjskiego wojska oraz sił Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tradycyjnie był to początkowy etap uroczystości. Po przywitaniu dygnitarzy, przemówieniu Putina, oficjalnych meldunkach składanych ministrowi obrony przez dowódcę parady (zazwyczaj dowódca wojsk lądowych), czworoboki żołnierzy oraz funkcjonariuszy ruszały do przemarszu przed trybuną honorową zbudowaną wokół mauzoleum Lenina. Po nich na opustoszały z ludzi Plac Czerwony wjeżdżały pojazdy, na końcu przelatywały śmigłowce i samoloty. W tym roku mają się jeszcze pojawić w ograniczonej formie tylko te ostatnie, pod postacią formacji maszyn Su-27 i MiG-29 zespołów akrobacyjnych, a na końcu Su-25 rysujących na niebie flagę Rosji.

Pozwoli to znacząco skrócić uroczystości na Placu Czerwonym (przemarsz ma trwać około 20 minut) i ograniczyć ryzyko, że Ukraińcy w jakiś sposób zjawią się nieproszeni. Być może rosyjski wywiad ustalił, że ci w tym roku są zdeterminowani to uczynić. Na tegorocznych obchodach nie będzie wielu zagranicznych gości, a ci nieliczni obecni będą z raczej drugiego i trzeciego szeregu. Jeśli w 2025 roku Moskwę odwiedził m.in. przywódca Chin Xi Jinping, tak w 2026 roku do Rosji przyjadą Łukaszenka z Białorusi, prezydent Laosu Thongloun Sisoulith i Sultan Ibrahim z Malezji. Rok temu jakiekolwiek zagrożenie bezpieczeństwu chińskiego dygnitarza nie było na rękę Ukraińcom. W tym roku może być inaczej.

(...)

Łatwiejsze do wykonania byłoby wysłanie na Moskwę dronów startujących z terytorium Ukrainy. Ukraińcy już praktycznie co noc posyłają ich na Rosję ponad setkę, a czasem nawet kilkaset. Moskwa rzadko jest głównym celem, a jeszcze rzadziej coś się przedziera nad jej centrum, bo jest to najsilniej broniony obszar w całym kraju. Choć akurat w poniedziałek nad ranem w tym tygodniu jakiś bezzałogowiec wleciał w apartamentowiec stojący około 10 kilometrów od Placu Czerwonego, wyrządzając powierzchowne szkody. Na 9 maja Ukraińcy mogliby skoncentrować wszystkie dostępne drony na Moskwie, podnosząc statystyczną szansę, że jakiś dotrze nad jej centrum dzięki przesaturowaniu obrony przeciwlotniczej. Nie musiałby nawet spaść na Plac Czerwony podczas defilady. Sam alarm powietrzny i ewakuacja VIP-ów przed kamerami byłyby zwycięstwem propagandowym Ukraińców. W całej tej grze chodzi bowiem o wizerunek i autorytet, niekoniecznie o wyrządzenie realnych szkód.

W systemie autorytarnym, bo takim jest Rosja, ogromne znaczenie ma autorytet przywódcy, co sugeruje już sama nazwa ustroju. Władza opiera się na wierze ludzi w sprawczość systemu - zarówno pod względem nagradzania lojalności, jak i karania za jej brak. Kiedy wódz zaczyna sprawiać wrażenie niemającego realnego wpływu na rzeczywistość, system zaczyna się rozsypywać. Ludzie zaczynają wierzyć, że może być inaczej. Nie chodzi przy tym o gotowość zwykłych obywateli do wyjścia na ulice i walkę o demokrację. Raczej o to, że bezpośrednie otoczenie Putina może odważyć się podnieść na niego rękę i wymienić na kogoś innego. Stąd też zamiłowanie do budowania wizerunku silnego człowieka trzymającego ster kraju pewną ręką i do wszelkich pokazów siły, jak na przykład wielkie defilady na 9 maja, w symboliczną rocznicę zwycięstwa nad III Rzeszą. Nie bez powodu ta data stała się jednym z filarów budowy tożsamości Rosjan pod kierownictwem Putina. To jego przekaz o Rosji rozstrzygającej losy świata.

Wszystko to pozwala zrozumieć, jak znaczącym wydarzeniem jest tegoroczne ograniczenie skali defilady. Z przekazu o sile Rosji robi się przekaz o Rosji w stanie zagrożenia ze strony Ukraińców, które do tej pory trywializowano lub całkowicie pomijano. Nie chodzi o samo ograniczenie skali wydarzenia w Moskwie, ale też całkowitą rezygnację z wielu defilad regionalnych, które zazwyczaj jej towarzyszyły. Według wyliczeń portalu "Verstka" 1/3 stolic regionalnych w ogóle zrezygnowała z uroczystości, głównie te na zachodzie kraju, w zasięgu ukraińskich dronów. Tylko 18 z 85 stolic regionalnych urządza defilady z udziałem ciężkiego sprzętu. W Moskwie odwołano nawet tradycyjny "marsz nieśmiertelnego pułku", w którym biorą udział rodziny już nieżyjących weteranów niosące ich zdjęcia. Ma się odbyć "wirtualnie", choć nie wyjaśniono w jaki sposób.

Do tego zarządzono daleko idące środki bezpieczeństwa. W Moskwie i wielu innych miastach oznacza to między innymi całkowite wyłączenie mobilnego internetu. Zablokowane jest nawet wysyłanie zwykłych sms-ów, głównie w celu uniemożliwienia Ukraińcom korzystania z sieci do zdalnego sterowania dronami, czy detonowania bomb. W centrum stolicy rozmieszczono liczne zespoły snajperów, przeciwlotnicze z lekką bronią ręczną, a na niektórych budynkach zamontowano nawet systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Pancyr. Całe miasto roi się od służb bezpieczeństwa. Jeszcze więcej ciężkiej broni przeciwlotniczej znajduje się wokół stolicy, tworząc gęsty pierścień obrony przestrzeni powietrznej.

gazeta.pl