sobota, 9 maja 2026



– Uważam, że udostępnienie narzędzia Claude w styczniu tego roku można przyrównać do 1981 roku, kiedy to pojawił się Microsoft – powiedział Paul Tudor Jones w głośnym wywiadzie dla stacji CNBC.

Uważnie obserwowany przez Wall Street legendarny spekulant dostrzega w obecnej adaptacji sztucznej inteligencji podobieństwa do 1995 roku, kiedy zadebiutował system operacyjny Windows 95, co przyspieszyło komercyjne wykorzystanie internetu. Choć rozwój AI przypomina wczesne etapy ekspansji technologicznej, wywołana nim hossa przypomina już raczej rok 1999, czyli okres na około rok przed pęknięciem bańki dot-comów.

– To był początek cudu produktywności, który trwał od 4 do 5,5 roku. Powiedziałbym, że jesteśmy w 50–60 procentach tej drogi. Jeśli miałbym szacować, zostało nam jeszcze rok lub dwa lata rajdu – powiedział Paul Tudor Jones.

Inwestor przyznaje, że dokupił więcej akcji spółek powiązanych ze sztuczną inteligencją, jednak nie zdradza konkretnych nazw.

– Gram pod trendy makroekonomiczne, więc po prostu kupuję koszyki akcji. Powiem krótko, to szalony, szalony czas. Zawsze lubię szukać historycznych precedensów – stwierdził Jones.

bankier.pl


Daleko idące ograniczenia celebracji najważniejszego święta w kalendarzu Kremla, to po pierwsze dowód na ogromny sukces ukraińskiej kampanii uderzeń dronami i rakietami na cele w Rosji. Po drugie to pokaz słabości rosyjskich sił zbrojnych, najwyraźniej niebędących w stanie zagwarantować Władimirowi Putinowi, iż nic nie spadnie na Plac Czerwony podczas uroczystości.

Decyzja o daleko idącym ograniczeniu defilady została ogłoszona jeszcze pod koniec kwietnia. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał wprost, że to reakcja na "zagrożenie terrorystyczne" ze strony Ukraińców. Dodatkowo usprawiedliwiał to faktem, że tegoroczna rocznica nie jest okrągła, tylko 81. W związku z tym postanowiono zrezygnować z bodaj najistotniejszego pokazu siły militarnej Rosji - przejazdu kolumny ciężkiego sprzętu przez Plac Czerwony. Od kiedy te defilady zaczęto jeszcze w czasach ZSRR z okazji rocznicy rewolucji październikowej, był to gwóźdź programu. W latach 90. na chwilę z niego zrezygnowano, ale po przejęciu władzy przez Władimira Putina wrócono, zaś całą defiladę przeniesiono na lepiej pasujący do nowych czasów 9 maja. Nawet po inwazji na Ukrainę starano się udawać, że wszystko jest po staremu i organizowano przejazdy ciężkiego sprzętu, choć na mniejszą skalę niż przed wojną. Był to pokaz wiary, że Ukraina Ukrainą, ale Rosja pozostaje mocarstwem i tu oto jedzie na to dowód. Aż do 2026 roku.

Tegoroczna defilada została ograniczona do przemarszu tak zwanej kolumny pieszej, czyli żołnierzy reprezentujących rodzaje sił zbrojnych, uczelnie wojskowe i różne inne formacje rosyjskiego wojska oraz sił Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tradycyjnie był to początkowy etap uroczystości. Po przywitaniu dygnitarzy, przemówieniu Putina, oficjalnych meldunkach składanych ministrowi obrony przez dowódcę parady (zazwyczaj dowódca wojsk lądowych), czworoboki żołnierzy oraz funkcjonariuszy ruszały do przemarszu przed trybuną honorową zbudowaną wokół mauzoleum Lenina. Po nich na opustoszały z ludzi Plac Czerwony wjeżdżały pojazdy, na końcu przelatywały śmigłowce i samoloty. W tym roku mają się jeszcze pojawić w ograniczonej formie tylko te ostatnie, pod postacią formacji maszyn Su-27 i MiG-29 zespołów akrobacyjnych, a na końcu Su-25 rysujących na niebie flagę Rosji.

Pozwoli to znacząco skrócić uroczystości na Placu Czerwonym (przemarsz ma trwać około 20 minut) i ograniczyć ryzyko, że Ukraińcy w jakiś sposób zjawią się nieproszeni. Być może rosyjski wywiad ustalił, że ci w tym roku są zdeterminowani to uczynić. Na tegorocznych obchodach nie będzie wielu zagranicznych gości, a ci nieliczni obecni będą z raczej drugiego i trzeciego szeregu. Jeśli w 2025 roku Moskwę odwiedził m.in. przywódca Chin Xi Jinping, tak w 2026 roku do Rosji przyjadą Łukaszenka z Białorusi, prezydent Laosu Thongloun Sisoulith i Sultan Ibrahim z Malezji. Rok temu jakiekolwiek zagrożenie bezpieczeństwu chińskiego dygnitarza nie było na rękę Ukraińcom. W tym roku może być inaczej.

(...)

Łatwiejsze do wykonania byłoby wysłanie na Moskwę dronów startujących z terytorium Ukrainy. Ukraińcy już praktycznie co noc posyłają ich na Rosję ponad setkę, a czasem nawet kilkaset. Moskwa rzadko jest głównym celem, a jeszcze rzadziej coś się przedziera nad jej centrum, bo jest to najsilniej broniony obszar w całym kraju. Choć akurat w poniedziałek nad ranem w tym tygodniu jakiś bezzałogowiec wleciał w apartamentowiec stojący około 10 kilometrów od Placu Czerwonego, wyrządzając powierzchowne szkody. Na 9 maja Ukraińcy mogliby skoncentrować wszystkie dostępne drony na Moskwie, podnosząc statystyczną szansę, że jakiś dotrze nad jej centrum dzięki przesaturowaniu obrony przeciwlotniczej. Nie musiałby nawet spaść na Plac Czerwony podczas defilady. Sam alarm powietrzny i ewakuacja VIP-ów przed kamerami byłyby zwycięstwem propagandowym Ukraińców. W całej tej grze chodzi bowiem o wizerunek i autorytet, niekoniecznie o wyrządzenie realnych szkód.

W systemie autorytarnym, bo takim jest Rosja, ogromne znaczenie ma autorytet przywódcy, co sugeruje już sama nazwa ustroju. Władza opiera się na wierze ludzi w sprawczość systemu - zarówno pod względem nagradzania lojalności, jak i karania za jej brak. Kiedy wódz zaczyna sprawiać wrażenie niemającego realnego wpływu na rzeczywistość, system zaczyna się rozsypywać. Ludzie zaczynają wierzyć, że może być inaczej. Nie chodzi przy tym o gotowość zwykłych obywateli do wyjścia na ulice i walkę o demokrację. Raczej o to, że bezpośrednie otoczenie Putina może odważyć się podnieść na niego rękę i wymienić na kogoś innego. Stąd też zamiłowanie do budowania wizerunku silnego człowieka trzymającego ster kraju pewną ręką i do wszelkich pokazów siły, jak na przykład wielkie defilady na 9 maja, w symboliczną rocznicę zwycięstwa nad III Rzeszą. Nie bez powodu ta data stała się jednym z filarów budowy tożsamości Rosjan pod kierownictwem Putina. To jego przekaz o Rosji rozstrzygającej losy świata.

Wszystko to pozwala zrozumieć, jak znaczącym wydarzeniem jest tegoroczne ograniczenie skali defilady. Z przekazu o sile Rosji robi się przekaz o Rosji w stanie zagrożenia ze strony Ukraińców, które do tej pory trywializowano lub całkowicie pomijano. Nie chodzi o samo ograniczenie skali wydarzenia w Moskwie, ale też całkowitą rezygnację z wielu defilad regionalnych, które zazwyczaj jej towarzyszyły. Według wyliczeń portalu "Verstka" 1/3 stolic regionalnych w ogóle zrezygnowała z uroczystości, głównie te na zachodzie kraju, w zasięgu ukraińskich dronów. Tylko 18 z 85 stolic regionalnych urządza defilady z udziałem ciężkiego sprzętu. W Moskwie odwołano nawet tradycyjny "marsz nieśmiertelnego pułku", w którym biorą udział rodziny już nieżyjących weteranów niosące ich zdjęcia. Ma się odbyć "wirtualnie", choć nie wyjaśniono w jaki sposób.

Do tego zarządzono daleko idące środki bezpieczeństwa. W Moskwie i wielu innych miastach oznacza to między innymi całkowite wyłączenie mobilnego internetu. Zablokowane jest nawet wysyłanie zwykłych sms-ów, głównie w celu uniemożliwienia Ukraińcom korzystania z sieci do zdalnego sterowania dronami, czy detonowania bomb. W centrum stolicy rozmieszczono liczne zespoły snajperów, przeciwlotnicze z lekką bronią ręczną, a na niektórych budynkach zamontowano nawet systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Pancyr. Całe miasto roi się od służb bezpieczeństwa. Jeszcze więcej ciężkiej broni przeciwlotniczej znajduje się wokół stolicy, tworząc gęsty pierścień obrony przestrzeni powietrznej.

gazeta.pl