wtorek, 28 maja 2019


Jednak kluczową różnicą względem zimnej wojny nie jest koniecznie brak spójnej strategii, ale fakt, że dziś to nie Związek Radziecki/Rosja jest głównym przeciwnikiem USA, tylko Chiny. Układ INF, choć jest umową dwustronną, obowiązuje obydwie strony globalnie. Zresztą na życzenie Amerykanów i ich sojuszników. Sowieci chcieli ograniczyć obowiązywanie umowy do teatru europejskiego, ale nie zgodził się na to Waszyngton, obawiając się przeniesienia napięć do Azji.

Rosjanie rakiet więc nie przenieśli, ale wyzwania strategiczne i tak przeniosły się w końcu do Azji. Dziś pociski o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów, których Amerykanie zgodnie z układem INF posiadać nie mogą, stanowią 95% chińskiego arsenału. Pozwala to Pekinowi względnie niskim nakładem sił i kosztów zagrażać amerykańskim instalacjom i statkom w regionie Azji i Pacyfiku. Waszyngton tymczasem musi wydawać grube miliardy na utrzymanie niszczycieli rakietowych czy bombowców strategicznych, aby zapewnić sobie odpowiednią projekcję siły. Wypowiedzenie układu INF otwiera przed amerykańskimi sztabowcami zupełnie nowe perspektywy – niekoniecznie związane z rozmieszczeniem w Azji pocisków z głowicami nuklearnymi, o czym nikt nie mówi. Ale traktat zakazywał również posiadania pocisków z konwencjonalnymi ładunkami.

krytykapolityczna.pl