niedziela, 7 sierpnia 2022


Trwająca ukraińska działalność partyzancka i cywilny opór frustrują rosyjskie siły okupacyjne i mogą prowadzić do dodatkowych represji wobec okupowanej ludności cywilnej. Nieznani ludzie postrzelili 5 sierpnia zastępcę szefa rosyjskiej administracji odpowiedzialnego za sektor mieszkalnictwa i usług komunalnych w Nowej Kachowce, obwód chersoński, Witalija Gurę. Gura zmarł w szpitalu 6 sierpnia. Rosyjski milbloger Danił Bezsonow twierdzi, że winni są ukraińscy partyzanci. Ukraiński doradca chersońskiej administracji wojskowej Serhij Khan ostrzegł, że „los Gury dosięgnie wszystkich kolaborantów”, ale nie przypisał ataku bezpośrednio partyzantom. Ukraiński kanał Telegram MariupolNow poinformował, że partyzanci wzięli na siebie odpowiedzialność za wybuch na kontrolowanym przez Rosję posterunku policji w Berdiańsku w obwodzie zaporoskim 6 sierpnia. Ukraińskie Centrum Oporu poinformowało 4 sierpnia, że rosyjskie siły okupacyjne nękały personel sklepu z materiałami budowlanymi w okupowanym Chersoniu, ale personel odmówił pracy dla rosyjskich sił okupacyjnych. Ukraińskie Centrum Oporu również poinformowało o obu atakach z 6 sierpnia i powiedziało: „Centrum Narodowego Oporu zauważa, że kolaboracja jest szkodliwa dla zdrowia”.

Rosyjskie media państwowe opowiadają się za wprowadzeniem obozów pracy, represji i rozstrzeliwaniem ukraińskich partyzantów i cywilów, którzy odmawiają współpracy z urzędnikami mianowanymi przez Rosjan na okupowanych terytoriach ukraińskich. Związany z Kremlem przedstawiciel Komsomolskiej Prawdy, Siergiej Mardan, zachęcał przedstawiciela władzy okupacyjnej, z którym przeprowadził wywiad w swoim programie, do odtworzenia gułagów (osławionego sowieckiego systemu więzień i obozów pracy), konfiskaty własności prywatnej i rozstrzeliwania miejscowych nauczycieli i partyzantów za odmowę współpracy z Rosjanami. Większościowy właściciel Komsomolskiej Prawdy, Siergiej Rudnow, jest synem Olega Rudnowa, przyjaciela z dzieciństwa prezydenta Rosji Władimira Putina. Nienazwany z imienia urzędnik okupacyjny przyznał również, że władze rosyjskie borykają się z poważnymi wyzwaniami związanymi z działalnością partyzancką, w szczególności odnotował sytuację, w której partyzanci dezaktywowali elektroniczne jednostki sterujące nieokreślonego sprzętu. Wywiad potwierdza oficjalne doniesienia Ukrainy o działalności partyzanckiej i odmowie współpracy ukraińskich specjalistów z władzami okupacyjnymi.

W międzyczasie rosyjskie siły okupacyjne kontynuują przygotowania do integracji okupowanych terytoriów z Federacją Rosyjską po przeprowadzeniu fikcyjnych referendów w sprawie aneksji. Ukraiński Ruch Oporu poinformował 6 sierpnia, że rosyjskie władze przejęły oddział TV Suspline Chersoń, prawdopodobnie przed referendami, tworząc prorosyjskie stacje telewizyjne, i przemianowały go na kanał Tavriia. Gubernia Tawria (lub Taurydzka) była historyczną prowincją Imperium Rosyjskiego i jest możliwą strukturą administracyjną dla części okupowanych obwodów chersońskiego i zaporoskiego, która mogłaby scalić je w republikę rosyjską, być może również obejmować okupowany przez Rosję Krym. Centrum podało, że większość pracowników stacji telewizyjnej odmówiła współpracy, tak więc siły rosyjskie mianowały „sprzątaczkę” na dyrektora kanału i importowały propagandystów z Sankt Petersburga, aby otworzyli „szkołę medialną”, w celu nauki wszystkich „chętnych” ludzi, jak być dziennikarzami, kamerzystami i redaktorami dla kanału prowadzonego przez administrację okupacyjną. Rosyjskie państwowe biuro informacyjne TASS poinformowało, że rosyjskie siły okupacyjne rozpoczną wydawanie rosyjskich tablic rejestracyjnych w obwodzie chersońskim z kodem regionu 184 i będą wymagać od mieszkańców posiadania rosyjskich paszportów w celu uzyskania legalnych tablic rejestracyjnych. ISW donosiło wcześniej, że rosyjskie władze okupacyjne dramatycznie rozszerzają swoją paszportyzację okupowanych terytoriów ukraińskich, wymagając od cywilów ukraińskich nabycia rosyjskich paszportów do udziału w podstawowych czynnościach życiowych. Rosyjski szef Zaporoskiej Administracji Okupacyjnej Jewhen Balicki oświadczył 5 sierpnia, że zaporoskie linie kolejowe staną się „częścią wielkiej sieci kolei rosyjskich”, demonstrując rosyjskie plany coraz bardziej otwartej integracji z Federacją Rosyjską.

understandingwar.org

– Dlaczego dostawy broni z Zachodu są tak powolne? Czy jest to spowodowane trudnościami w treningu, czy jest celowo dozowane?

– Na ogólnym szczeblu politycznym na Zachodzie wciąż nie ma politycznej determinacji, by dostarczać Ukrainie naprawdę ogromne ilości ciężkiej broni, ponieważ będzie to wymagało zarówno częściowego „odkrycia” własnych sił zbrojnych, jak i konieczności wysłania dużej liczby instruktorów na Ukrainę w celu przeszkolenia, ale w rzeczywistości także wysłania własnych operatorów wojskowych do choćby częściowej obsługi tej broni. Zachód nie jest jeszcze gotowy na taki poziom zaangażowania i eskalacji, z wyjątkiem niektórych zatwardziałych rusofobów, takich jak Polacy.

Dlatego dostawy na Ukrainę są obecnie w dużej mierze ograniczone ze względu na kwestie techniczne i organizacyjne, które są możliwe bez takiego zaangażowania. Oznacza to, że konieczna jest reaktywacja sprzętu, aby przeprowadzić rutynową konserwację. Potem trzeba szkolić ludzi po stronie ukraińskiej. Nawet jeśli personel wojskowy jest przeszkolony, nie będzie strzelał w taki sam sposób, jak doświadczeni wojownicy z armii zachodnich. Oznacza to, że potrzebujesz doświadczenia.

Ale Ukraińcy bardzo szybko się uczą, okazali się dość utalentowanymi wojownikami. Szkolenie trwa kilka tygodni, a praktycznie dostawy broni rosną, także pod względem jakościowym (np. HIMARS). Myślę, że pod koniec lata sytuacja na frontach może stać się dramatyczna. Ponadto nie mamy mobilizacji; w rzeczywistości walczymy z armią czasu pokoju. A mają już czwartą falę mobilizacji, więc ludzi nie brakuje. Tak, armia regularna została w dużej mierze wyeliminowana w Siłach Zbrojnych Ukrainy, ale istnieje pierwsza rezerwa, która była prowadzona przez ATO [Operację Antyterrorystyczną, która poprzedzała Operację Połączonych Sił, oficjalny termin dla operacji ukraińskiej w Donbasie]. Jest drugi i trzeci rzut. Dlatego w pewnym momencie może wystąpić pozycyjny impas, jak w wojnie koreańskiej z 1951 roku, a nasza armia po prostu zatrzyma się i nie będzie mogła ruszyć dalej. To nie tak, że uderzymy ich bronią nuklearną.

prisp.ru

LOREN BALHORN: Byłeś aresztowany za [Leonida] Breżniewa za publikowanie samizdatu (tajnych materiałów dysydenckich), a następnie za Putina za udział w nielegalnej demonstracji. Czy powiedziałbyś, że dzisiejsze represje są gorsze niż w Związku Radzieckim?

BORYS KAGARLICKI: Trudno to porównywać, bo jedne aspekty są gorsze, a inne lepsze. Zdecydowanie gorzej jest w tym sensie, że ludzie są aresztowani za drobne wykroczenia, które za Breżniewa nie zostałyby zauważone. W ZSRR chodziło o stabilność. Nie podobało im się, że ktoś to podważa. Z drugiej strony bycie zbyt surowym przyniosłoby efekt przeciwny do zamierzonego, więc represje były rutynowe i niezbyt surowe.

Więźniów politycznych jest teraz więcej niż za Breżniewa. Poza tym teraz ludzie muszą płacić grzywny, co nie było praktyką sowiecką. Grzywna to bardzo kapitalistyczny sposób karania sprzeciwu. Ale jedną rzeczą, która jest teraz zdecydowanie lepsza, jest to, że mamy Internet, który daje nam tysiąc razy większą pojemność niż w przypadku samizdatu.

LOREN BALHORN: Jeśli większość Rosjan nie zajmuje stanowiska w sprawie wojny, jakie mają obawy? Z pewnością martwią się skutkami sankcji gospodarczych?

BORYS KAGARLICKI: Sytuacja gospodarcza pogarsza się i zaczniemy to poważnie odczuwać pod koniec sierpnia lub września. To stopniowy proces. Jedna firma się zamyka, ludzie muszą szukać nowej pracy, potem inna i tak dalej. Niektóre towary znikają, ale nie wszystkie.

Jak powiedziałem, większość Rosjan jest apolityczna. Dbają o swoją pracę, rodzinę, najbliższych przyjaciół, a może domy i zwierzęta. Rosjanie nie są też zbyt religijni, choć Kościół odgrywa ważną rolę jako instytucja polityczna. Ważne jest, aby twoje życie rodzinne było nienaruszone, wtedy możesz tolerować resztę.

Problem w tym, że to nie będzie trwać w nieskończoność. Wojna wpłynie na twoją rodzinę, twoją pracę, a nawet twoje zwierzęta. A kiedy zacznie wpływać na prywatne życie ludzi, wszystko może się zmienić natychmiast. Myślę, że opór może zacząć rosnąć bardzo szybko, gdy rząd zrobi coś, co wpłynie na życie rodzin. Dlatego nie wypowiedzieli otwarcie wojny.

(...)

LOREN BALHORN: Jak myślisz, jak długo rosyjska gospodarka wytrzyma?

BORYS KAGARLICKI: Może trwać przez kolejne dwa, a może trzy miesiące, w zależności od konkretnej branży. Ważną rzeczą jest jednak to, że faceci, którzy naprawdę wszystko posiadają, zaczynają odnosić straty. Nikt nie dba o branże ani ludzi, wszystkim zależy na zyskach.

Niektóre części burżuazji są coraz bardziej niezadowolone z tego, co się dzieje i są naprawdę zainteresowane jakimś rodzajem porozumienia pokojowego. Problem w tym, że nie mają oni zbyt wiele do powiedzenia politycznego, ponieważ decyzje podejmuje bardzo wąski zespół skupiony wokół Putina. Nie każdy oligarcha ma do niego dostęp.

Nazywam to „irracjonalną centralizacją władzy”. Trwa to od dłuższego czasu i wynika częściowo z nieefektywności państwa. Lokalna biurokracja jest tak nieefektywna i skorumpowana, że aby cokolwiek się stało, centrum musi łączyć coraz więcej władzy. Centrum nie ufa lokalnym biurokratom właśnie dlatego, że systematycznie ich podkopują. To samonapędzający się proces, który stał się całkowicie irracjonalny i wykracza daleko poza wszystko, co widzieliśmy w okresie sowieckim.

LOREN BALHORN: Jeśli, jak mówisz, burżuazja jest niezadowolona z wojny, to czy otwiera to możliwość pęknięć w obrębie rosyjskiej elity lub samego państwa?

BORYS KAGARLICKI: Putin jest jedynym, który podejmuje decyzje, mimo że obecnie jest bardzo odizolowany. Wokół Putina jest niewielka grupa, która również jest skrajnie odizolowana, nawet w obrębie elity. Wygląda na to, że wojsko nie jest szczęśliwe. Prawdopodobnie w wojsku są podziały, nie wiemy, ale są oznaki dużych podziałów.

Za Putinem pozostaje głównie policja i grupa najbardziej uprzywilejowanych oligarchów. To bardzo mała grupa w obrębie klasy kapitalistycznej i dlatego nie sądzę, że przetrwają bardzo długo, ponieważ jest to sprzeczne z długoterminową logiką społeczeństwa kapitalistycznego. Potrzebujesz szerszej bazy, przynajmniej w klasie rządzącej, by rządzić krajem.

To wyjaśnia paraliż rządu w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Ta bardzo wąska grupa, która nie reprezentuje już nawet elity, nie była w stanie wypracować konsensusu wokół jakiejkolwiek inicjatywy i podjąć decyzji.

LOREN BALHORN: Jaki jest ich plan? Czy celem jest ostateczne porozumienie i reintegracja z Zachodem z pozycji o zwiększonej sile, czy też widzimy początek długoterminowego zwrotu w kierunku Azji?

BORYS KAGARLICKI: Na tym właśnie polega problem: nie ma planu. Wiedzą, że popełnili straszny błąd i że może to być fatalne, i tyle. To, że doszło do błędu, jest nie do zaakceptowania dla Putina i jego zespołu. Rząd nigdy nie uznaje porażki publicznie ani nawet nieformalnie, ale bez rozpoznania błędu,  nie można posunąć się do przodu. Nie można opracować żadnej strategii.

Analizy zachodnie zakładają, że mamy do czynienia z racjonalnymi ludźmi dokonującymi racjonalnych wyborów, a przynajmniej z ludźmi dokonującymi wyborów. Ale nie ma wyboru, nikt nie dokonuje wyborów! Nawet jeśli są propozycje, żadna propozycja nie działa, ponieważ żadna nie jest akceptowana przez wystarczającą liczbę osób w elicie, aby była realna.

LOREN BALHORN: Jeśli nie ma planu, co skłoniło Putina do przekroczenia Rubikonu i inwazji na Ukrainę po ośmiu latach impasu w Donbasie?

BORYS KAGARLICKI: To kolejny powszechny, ale zrozumiały błąd w zachodniej analizie: myślenie, że wojna jest zakorzeniona w geopolityce. Myślę, że polityka międzynarodowa odegrała w tej decyzji bardzo drugorzędną rolę, jeśli w ogóle. Było to w większości uwarunkowane sytuacją domową, co wyjaśnia, dlaczego stało się to tak nagle i zawiodło tak żałośnie. Wojna nie była przygotowana, nie stała za tym dyplomacja, bo nie chodziło o politykę zagraniczną, chodziło o politykę wewnętrzną.

Podczas tak zwanej „wielkiej recesji” w latach 2008-2010 gospodarka Rosji kurczyła się szybciej niż jakakolwiek inna gospodarka rozwinięta. Rosja była całkowicie uzależniona od ropy i gazu. Kiedy światowa gospodarka się skurczyła, załamał się również popyt na ropę i gaz, co doprowadziło do upadku gospodarczego Rosji.

Jednak do 2011 r. miał miejsce jeden z najszybszych wzrostów. Gdy Rezerwa Federalna rozpoczęła program luzowania ilościowego, wysoki poziom spekulacji na rynku ropy zasypał pieniądze rosyjskie firmy i rosyjską elitę, prowadząc do klasycznego kryzysu nadmiernej akumulacji. Mieli dużo pieniędzy, ale nie mieli gdzie ich zainwestować. Byłoby to możliwe tylko wtedy, gdybyś zmienił strukturę rosyjskiej gospodarki, co oznacza również zmianę struktury społeczeństwa, co nie jest czymś, co zrobisz, gdy masz tak całkowicie konserwatywny rząd i elitę.

To podsycało wewnętrzne sprzeczności, ponieważ wszyscy widzieli, że przepaść między bogatymi a biednymi bardzo szybko rośnie, nawet w porównaniu z poprzednim okresem. Doprowadziło to również do sprzeczności w elicie co do tego, jak te pieniądze mają być dzielone między różne grupy. Efektem były duże projekty infrastrukturalne, takie jak Most Krymski, najdroższy most w historii.

W tej sytuacji ekspansja militarna to kolejny sposób na wykorzystanie dodatkowych pieniędzy. Budujesz dużo sprzętu wojskowego, który potem musisz jakoś wykorzystać, więc jedziesz do Syrii. Zasadniczo po prostu spalasz pieniądze, aby napędzać swoją gospodarkę. Ten ekspansjonizm zbiegł się wtedy z trzecim aspektem, a mianowicie, że Putin jest poważnie chory.

LOREN BALHORN: Chory fizycznie?

BORYS KAGARLICKI: Ma raka i inne choroby. To oczywiście plotki, ale każdy na ulicy o nich wie. Nawet gdyby nie był chory, nie będzie żył wiecznie — rządzi już od ponad dwudziestu lat. A kiedy dochodzisz do punktu, w którym musisz zdecydować, kto będzie następnym władcą, musisz zapytać: Jak zamierzasz zarządzać przekazaniem władzy?

Putin wielokrotnie obiecywał rozpoczęcie procesu transformacji, ale nigdy tego nie zrobił, ponieważ po nominacji następcy nie ma już kontroli. Pierwotny plan zmiany konstytucji w 2020 r., który został zatwierdzony przez samego Putina, polegał na zorganizowaniu transformacji w taki sposób, aby Putin stał się swego rodzaju czołowym ajatollahem, jak w Iranie. Potem nagle, tego samego dnia, w którym Duma planowała głosować za poprawką, [proputinowska posłanka do Dumy] Walentyna Tereshkova  wezwała do przedłużenia kadencji Putina, i oczywiście wszyscy w ciągu dwudziestu minut zmienili zdanie i zagłosowali za czymś w przeciwnym.

Pomysł polegał na krótkiej walce, ogłoszeniu zwycięstwa, a następnie pokierowaniu przejściem tak, jak chcieliby.

Zniszczyli instytucje zaprojektowane do zarządzania transformacją, więc teraz mają transformację bez żadnych reguł i zarządzaną przez samego Putina. Do tego potrzebujesz nadzwyczajnych mocy. Jak zdobywasz niezwykłe moce? Wojna.

W ten sposób doszli do punktu, w którym potrzebowali wojny, ale nie chcieli takiej wojny, która ma miejsce teraz. Pomysł polegał na krótkiej walce, ogłoszeniu zwycięstwa, a następnie pokierowaniu przejściem tak, jak chcieli. Po zakończeniu procesu może następny prezydent zajmie się pojednaniem z Zachodem.

Byli w stu procentach pewni, że wszystko na Ukrainie upadnie w ciągu dwudziestu czterech godzin. Może plan mógł zadziałać w 2014 roku, ale nie zadziałał w 2022 roku. Nie udało się.

(...)

LOREN BALHORN: Patrząc w przyszłość, co dalej? Czy widzisz w rosyjskim społeczeństwie jakieś możliwości dla ruchu antywojennego lub postępowego?

BORYS KAGARLICKI: Myślę, że armia wyczerpuje się. Dostawy zachodniego sprzętu bardzo poważnie zmieniają sytuację militarną. Jest to bardzo podobne do wojny krymskiej, kiedy Brytyjczycy i Francuzi mieli lepszą broń. Jeśli rozmawiasz z ludźmi bliskimi rosyjskiemu wojsku, są bardzo zaniepokojeni, a czasem nawet wpadają w panikę.

Myślę, że jeśli na Ukrainie będzie więcej porażek, to cóż, coś się wydarzy. Nie wiem co, ale będą miały miejsce dramatyczne wydarzenia. Nie mówię, że zamierzają przeprowadzić zamach stanu, bo to bardzo wykracza poza rosyjską tradycję wojskową, ale mogą interweniować w taki czy inny sposób.

Jeśli spróbują przeprowadzić powszechną mobilizację, albo rozszerzą projekt o nowe kategorie, wtedy dojdzie do buntu. Nie wiemy, jaka będzie dokładna reakcja, ale będzie bardzo negatywna.

Jeszcze wczoraj rozmawiałem z Grigorijem Judinem, innym lewicowym socjologiem w Moskwie, który właśnie wrócił z zagranicy, a on powiedział: „Słuchaj, jeśli chodzisz po Moskwie, co widzisz? Wszędzie ogromne płoty. Żaden inny kraj europejski nie ma tylu ogrodzeń”. Ludzie za ogrodzeniem nie dbają o to, co jest po drugiej stronie, są po prostu odgrodzeni w swoim małym świecie.

Rząd jest bardzo zadowolony z obecnego społeczeństwa. Ale jeśli zostaną zmuszeni do zburzenia wszystkich tych płotów, pojawi się coś, co całkowicie zmieni grę. To społeczność małych grup odizolowanych od siebie, ale w pewnym momencie spotkają się, czy im się to podoba, czy nie. I to jest moment szansy dla lewicy i dla wszystkich, którzy chcą zmian społecznych. Ludzie będą musieli nauczyć się komunikować, organizować i identyfikować swoje wspólne interesy. To jest dokładnie ten moment, który się zbliża i to jest nasza szansa.

jacobin.com

Polska i reszta Europy uznały, że wprowadzając embargo na import surowców z Rosji pozbawią ten kraj wpływów z nich i doprowadzą do rychłego bankructwa. To mogłoby się udać gdyby: a) takie embargo zaczęło obowiązywać szybko i oznaczało całkowite odcięcie Rosji od możliwości eksportu, b) poza Rosją istniałyby tak duże wolne moce wydobycia, przerobu i transportu surowców energetycznych, aby równie szybko w całości zastąpić rosyjski eksport. W ostateczności nawet sam punkt a by wystarczył, choć reszta świata po prostu poniosłaby bardzo wysokie koszty odcięcia Rosji.

Niestety, żaden z tych warunków nie został spełniony. Co gorsza, ze względu na pandemię i spadek popytu na surowce, zdolności ich wydobycia poza Rosją się skurczyły, a zapotrzebowanie na paliwa kopalne − wraz z odbudową światowej gospodarki − wróciło na starą ścieżkę wzrostu. W efekcie ceny surowców energetycznych rosły już przed wojną, a atak Rosji na Ukrainę i zapowiedź odcięcia się Europy od dostaw z tego kraju, tylko wywindowały je do niebotycznych poziomów. Co więc otrzymaliśmy?

Europa, nie mając jak szybko zrezygnować z dostaw ropy, gazu i węgla z Rosji, kupuje je dziś po znacznie wyższych cenach niż przed wojną. Czy odczuwa to Rosja? Nie, bo ceny surowców są znacznie wyższe niż wcześniej, a ich eksport spadł tylko częściowo. Czy całkowite odcięcie się Zachodu od importu z Rosji coś zmieni? Tankowce, które wcześniej woziły ropę i LNG do Europy, podobnie jak masowce z węglem, teraz płyną do Indii, Chin, Turcji czy Japonii. Na Atlantyku mijają się po prostu ze statkami z USA i Zatoki Perskiej, które wcześniej zaopatrywały Azję, a teraz płyną do Europy.

To wszystko podnosi koszty i przyczynia się do większego spalania ropy, ale nie ma wielkiego wpływu na Rosję, bo blokada eksportu nie jest i – niestety, raczej nigdy nie będzie − szczelna. Blokada może jedynie częściowo ograniczyć rosyjski eksport gazu ziemnego, bo porty LNG i gazociąg z Chinami nie wystarczą, aby wyeksportować całość błękitnego paliwa dostarczanego do tej pory do Europy. Z eksportem węgla i – przede wszystkim – ropy, Putin nie ma na razie problemu. Jaki będzie więc rezultat tej częściowej blokady?

Reglamentacja może dotknąć też węgiel bo ze względu na wąskie gardła logistyczne Europa może mieć problem z jego sprowadzeniem w sytuacji, gdy znacznie ograniczymy produkcję prądu i ciepła z gazu.

Rosja odpowiada za globalne wydobycie: 17% gazu ziemnego, 18% węgla kamiennego, 13% ropy naftowej i 11% produktów naftowych (w tym gotowych paliw takich jak benzyna czy LPG). Co się stanie, jeżeli spalanie tych paliw się utrzyma, ale spróbujemy odciąć tak duży udział dostaw? Ceny tych surowców wystrzelą w kosmos, co właśnie obserwujemy. Dojdą w końcu do takiego poziomu, że część chętnych na ich spalanie po prostu odpadnie ze względów ekonomicznych – nie będzie ich stać na przelicytowanie innych chętnych i np. przykręcą ogrzewanie, zrezygnują z loty samolotem, ograniczą produkcję albo zbankrutują. W ten sposób popyt dostosuje się do zmniejszonej podaży.

A co się stanie, jeżeli ceny hurtowe wzrosną, ale rządy będą subwencjonować ich sprzedaż odbiorcom np. obniżając podatki na paliwa albo zamrażając taryfy i dopłacając różnicę sprzedawcom? Zużycie się nie zmieni, ceny hurtowe będą jeszcze wyższe, bo popyt wciąż nie dostosuje się do podaży, aż w końcu surowca zabraknie i trzeba będzie go reglamentować. Dokładnie tak działo się za komuny, gdy odbiorcy mogli liczyć na niskie ceny towarów, tyle, że brakowało towarów.

Dlatego przy każdej wypowiedzianej przez europejskiego polityka obietnicy „zamrożenia” cen paliw i energii albo obniżki podatków na nie, gdzieś na Kremlu strzela korek od szampana (oczywiście rosyjskiego, zgodnie ze strategią zastępowania towarów importowanych).

Każda złotówka wydana na takie zamrożenie rachunków za energię i paliwa to złotówka wydana na utrzymanie popytu na surowce z Rosji pomimo ich wysokich cen hurtowych. W efekcie ta złotówka i tak trafi na konta w Moskwie. Nie ma znaczenia, że nie wpłynie ona bezpośrednio z Polski, ale z Chin czy Japonii. Liczy się tylko to, że bez spadku popytu, ceny paliw szybko nie spadną.

Jeżeli więc Europa rzeczywiście odetnie się od dostaw gazu z Rosji (albo zrobi to sama Rosja), a nie będzie miała jak ich zastąpić tej zimy, to a) ceny tego paliwa skoczą do takiego poziomu, że odbiorcy sami zaczną ograniczać jego konsumpcję i popyt spadnie do poziomu podaży albo b) ceny hurtowe tego paliwa podskoczą, ale politycy będą dotować jego ceny detaliczne i popyt nie spadnie wystarczająco mocno. W efekcie gazu zacznie w styczniu lub lutym brakować i jego dostawy trzeba będzie ograniczać poprzez stopnie zasilania.

To z kolei może przełożyć się na trudności z produkcją energii elektrycznej i ciepła, a w konsekwencji także będzie skutkować wprowadzeniem elektrycznych stopni zasilania i ograniczeniem dostaw ciepła.

Jeżeli to rynek, poprzez wzrost cen detalicznych, zadecyduje o tym kto odpadnie z licytacji o zakup paliwa, w pierwszej kolejności zużycie zmniejszy najmniej efektywny przemysł ciężki. Tam marże na produkcji i wkład w PKB kraju, są niewielkie, za to zużycie energii znaczące. Jeżeli dojdzie do ograniczeń administracyjnych, z pewnością politycy będą chronić te najmniej efektywne gałęzie gospodarki, znacznie bardziej obniżając PKB, bo na reglamentacji ucierpią także efektywne gałęzie produkcji.

Także wzrost detalicznych cen energii elektrycznej i ciepła może pomóc nam przejść przez ten kryzys bez stopni zasilania czy obszarowych wyłączeń zasilania. Wysokie ceny będą silnym bodźcem do oszczędzania, którego nie są wstanie zastąpić żadne apele i akcje informacyjnych (których, nota bene, polski rząd też nie prowadzi).

Jeżeli jednak bodźce ekonomiczne zostaną wypaczone decyzjami polityków, będzie to najprostszy scenariusz na powrót do świeczek przy stołach. Na rynku brakuje bowiem węgla opałowego i wszystko wskazuje na to, że nie zdołamy już uzupełnić tych braków do końca roku. Polityka państwowych kopalń, a więc sprzedaży węgla za 1000 zł/t, tylko pogłębia ten kryzys, bo ogranicza import surowca (część klientów wciąż czeka na tani węgiel ze sklepu PGG, choć nigdy się go nie doczeka). W dodatku nie sprzyja ograniczaniu jego zużycia np. poprzez efektywniejsze spalanie, czy obniżenie temperatury w domu. Co więcej, zachęca do robienia zapasów ponad potrzeby przez osoby, którym udało się ten węgiel kupić, jeszcze bardziej ograniczając dostęp do tego paliwa przez pozostałych.

W sytuacji „zamrożenia” cen prądu, część odbiorców, którzy nie zdołali kupić węgla, albo mają go za mało, zacznie ogrzewać się prądem, bo wyjdzie to porównywalnie. Zużycie węgla na takie ogrzewanie będzie dwukrotnie wyższe (bo stare elektrownie mają sprawność ok. 35%), a już dziś jego zapasy przy elektrowniach są małe. O ile tylko lokalne sieci dystrybucyjne wytrzymają, to poprzez taki sposób ogrzewania, możemy doprowadzić do wzrostu zapotrzebowania na moc, której nie będą w stanie pokryć krajowe elektrownie. Czy pomoże nam wtedy import energii od sąsiadów? Polska nie chce wprowadzania europejskich zasad solidarności w gazie, co rodzi ryzyko, że nasi sąsiedzi nie będą chcieli takiej solidarności w energii elektrycznej i znajdą sposób na ograniczenie dostaw do Polski (tak jak my ograniczamy dziś eksport prądu do nich, zgłaszając niedyspozycyjność naszych elektrowni z powodu braku węgla).

Co zatem rząd powinien zrobić w obliczu spadku podaży paliw z Rosji? Wesprzeć rodziny, które będą mieć problem z zapewnieniem sobie podstawowej ilości ogrzewania i energii. Jednak nie poprzez obniżanie cen detalicznych, ale poprzez świadczenia socjalne.

Taki mechanizm od lat już w Polsce funkcjonuje i nazywa się „dodatek energetyczny”. Dotychczas miał rekompensować tylko wysokie ceny energii elektrycznej, ale wystarczy jego podwyższenie plus, być może, delikatna zmiana kryteriów przyznawania, aby w ciągu miesiąca – bez kolejnych kosztów tworzenia i obsługi jakiegoś nowego systemu – zacząć je wypłacać. Z gotówką w ręku (ew. bonami na żywność) beneficjenci tej pomocy wciąż będą mieć szansę zaoszczędzenia poprzez ograniczenie zużycia energii. Sposób przeznaczenie tych pieniędzy będzie zależał od nich.

Poza wsparciem ubogich energetycznie gospodarstw, rząd powinien poważnie i rzetelnie zastanowić się także nad wsparciem wybranych gałęzi przemysłu. Tu także pomoc powinna jednak trafiać poza cenami energii, aby nie zmniejszać zachęty do poprawy efektywności energetycznej czy wręcz oszczędzania energii. Pakiet pomocy dla przemysłu w wysokości 5 mld euro przygotował niedawno niemiecki rząd. Komisja Europejska zatwierdziło go trzy tygodnie temu.

wysokienapiecie.pl