wtorek, 11 listopada 2025



Dokumenty /udostępnione japońskiej agencji prasowej Kyodo News - red./, które rzucają światło na sposób, w jaki Rosja kupuje sprzęt wojskowy od Korei Północnej, Chin i Iranu, wskazują, że Pjongjang otrzymał rosyjską technologię związaną z systemami obrony przeciwlotniczej i rozwojem badań kosmicznych, a także 20 miliardów dolarów pomocy finansowej.

Dokumenty wskazują również na transfer rosyjskiej technologii nuklearnej do Korei Północnej. Wyniki badania podkreślają pogłębiające się więzi wojskowe między Rosją a Koreą Północną, która wysłała wojska, aby wesprzeć Moskwę w toczącej się wojnie z Ukrainą.

Według udostępnionych dokumentów Moskwa kupowała również od Japonii, Stanów Zjednoczonych i krajów Europy komponenty elektroniczne niezbędne do produkcji czołgów i pocisków rakietowych za pośrednictwem Chin, które sprzeciwiają się zachodnim sankcjom wobec Rosji za jej inwazję na Ukrainę.

Szacuje się, że około 90 proc. komponentów elektronicznych, takich jak półprzewodniki, dostarczanych rosyjskiemu przemysłowi zbrojeniowemu pochodziło z Chin. W zamian Moskwa zaopatrywała Chiny w surowce energetyczne, w tym ropę naftową, metale ziem rzadkich potrzebne do produkcji samolotów i okrętów podwodnych oraz towary podwójnego zastosowania, cywilne i wojskowe.

Iran dostarczył Rosji około 2200 dronów i technologię produkcji materiałów wybuchowych, co z kolei zapewniło temu krajowi Bliskiego Wschodu rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej i radary.

belsat.eu


FSB twierdzi, że udaremniła operację ukraińskiego wywiadu wspieraną przez „brytyjskich kuratorów”, która miała polegać  na porwaniu rosyjskiego MiG-31 z hipersoniczną rakietą Kinżał. 

Jak twierdzi służba rosyjska, ukraiński wywiad wojskowy chciał użyć myśliwca do prowokacji przeciwko bazie NATO w rumuńskiej Konstancy, gdzie mógł zostać zestrzelony przez obronę przeciwlotniczą.

Rosyjskim pilotom rzekomo zaoferowano 3 miliony dolarów za przelot samolotu na terytorium Ukrainy. Jeden z nich na nagraniu mówi, że obiecano mu przelanie pieniędzy na jego osobiste konto bankowe. FSB twierdzi, że ukraińskiemu wywiadowi pomagali „brytyjscy kuratorzy”.

Wspomniano także o międzynarodowym zespole dziennikarzy śledczych Bellingcat. Rzekomo osoba, która nawiązała kontakt z rosyjskim pilotem, przedstawiła się jako pracownik Bellingcat, Siergiej Łogowski. Na jednym z opublikowanych przez FSB filmów z rozmową w komunikatorze głos zza kadru (prawdopodobnie wiadomość głosowa) mówi:

„Wasze bezpieczeństwo będą zapewniać nasi brytyjscy partnerzy. Tak, będą partnerzy. „SIS” — Secret Intelligence Service (SIS)”.

FSB twierdzi również, że oprócz pieniędzy rosyjskiemu pilotowi za porwanie MiG-31 zaoferowano obywatelstwo jednego z krajów zachodnich.

x.com/Bielsat_pl


W zeszłym tygodniu Karol Nawrocki odmówił podpisania promocji na pierwszy stopień oficerski w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służbie Kontrwywiadu Wojskowego. Za tą decyzją - jak podają prowadzący "Stanu Wyjątkowego" - miał stać bliski współpracownik głowy państwa, Sławomir Cenckiewicz. - Otóż wygląda na to, że to jest wojna Sławomira Cenckiewicza. Spodziewaliśmy się tego. Sławomir Cenckiewicz to człowiek, który kocha służby i kocha spiski w służbach. To on wpłynął na to, że prezydent taką decyzję podjął - stwierdził Andrzej Stankiewicz. Z kolei Dominika Długosz podkreśliła, że nie rozumie tego ruchu, bo uderza on w ludzi, którzy chcą służyć Polsce. - Politycznie, to może być nawet korzystne dla Tuska, bo służby widzą, co się dzieje, wojsko też to widzi - dodała. Dziennikarze zasugerowali również, co mogło być powodem takiej decyzji. - Może pan Sławek chce odzyskać certyfikat dostępu do informacji? Panie Sławomirze, trochę się bawicie zapałkami - powiedział Stankiewicz. 

(...)

Tomasz Siemoniak zaapelował do Karola Nawrockiego o podpisanie nominacji oficerskich w ABW i SKW. We wpisie zamieszczonym w mediach społecznościowych minister koordynator służb specjalnych podkreślił, że ta sprawa powinna być wyłączona ze sporu politycznego. Zwracał uwagę na fakt, że oficerowie nie musieli stawić się na spotkanie z Nawrockim. "Prezydent Rzeczypospolitej działa w granicach prawa. Nie jest cesarzem, do którego każdy poddany musi się stawić. Muszą się stawić jego podwładni, a jego podwładnymi są urzędnicy jego kancelarii i - za pośrednictwem ministra obrony - żołnierze. Ministrowie rządu, szefowie służb, wojewodowie mają swojego najwyższego przełożonego w osobie premiera. On musi wyrazić zgodę na takie spotkanie" - zaznaczył. "Panie prezydencie, proszę nie krytykować szefów służb specjalnych za 'odmowę spotkania z demokratycznie wybranym prezydentem'. Tak nie było. Oni muszą mieć zgodę premiera na takie spotkanie. Mimo sugestii szef pańskiej kancelarii nie zdecydował się o taką zgodę do premiera wystąpić" - napisał Tomasz Siemoniak. Stwierdził, że funkcjonariusze służb specjalnych służą Rzeczpospolitej. "Szefowie naszych służb specjalnych to wybitni oficerowie, którzy całe życie poświęcili służbie Rzeczypospolitej. Za ich sprawą otrzymuje Pan najwyższej jakości tajne materiały dotyczące bezpieczeństwa narodowego" - dodał.

gazeta.pl


Wojna pozostaje w takim stanie, który nie jest łatwo opisywać. Z miesiąca na miesiąc niewiele się zmienia, poza powolnym przesuwaniem się frontu na niekorzyść Ukraińców. Ogólna sytuacja pozostaje stała: Rosjanie mają inicjatywę, mają większe środki, utrzymują silną presję, a wysokie straty w akceptowalnym dla siebie wymiarze. Nie widać, aby Ukraińcy byli w stanie coś z tym zrobić. Starają się wykrwawiać Rosjan na froncie i na zapleczu, grając na czas i licząc, że ich wróg szybciej nie wytrzyma kosztów wojny.

W takim rozrachunku same kilometry kwadratowe i linie na mapie nie mają kluczowego znaczenia. To jedynie pośredni element w tym, co najważniejsze - wykrwawianiu przeciwnika. Trwa wojna na wyniszczenie, w której nie chodzi o ziemię, ale zniszczenie zdolności i woli drugiej strony do prowadzenia działań. Niestety dane pozwalające ocenić, kto sobie w tym lepiej radzi, są niejawne. Żadna ze stron nie informuje precyzyjnie na temat swoich strat i pozostałych dostępnych sił oraz ich jakości. Właśnie po to, żeby nikt tak naprawdę nie wiedział, na co ją jeszcze stać. Zwłaszcza wróg. Możemy się tego wszystkiego jedynie ogólnikowo domyślać, patrząc na to, co widać. Czyli nagrania z frontu, linie na mapach i szczątkowe dane trafiające do mediów. Dlatego niezmiennie warto regularnie na nie spoglądać.

Jedną z podstawowych takich danych jest wspomniane "tempo okupacji". Czyli ile kilometrów kwadratowych Ukrainy w danym miesiącu zajęli Rosjanie. Gdyby ta wartość wyraźnie i na przestrzeni kilku miesięcy spadała, to można by się cieszyć z wyhamowana rosyjskiej ofensywy. Wskazywałoby to na wyczerpanie ich sił poprzez nieakceptowalne straty. Niestety niczego takiego nie widać.

(...)

Fińska grupa "Black Bird" w swoich wyliczeniach podaje dla października wartość 468 km2, wobec niecałych 400 km we wrześniu i 400-500 w okresie letnim. Według nich tempo rosyjskich postępów jest więc wyraźnie stabilne, bez żadnego załamania jesienią.

Za utrzymaniem tempa postępów Rosjan przemawia też to, że na stabilnym poziomie utrzymuje się liczba raportowanych przez Ukraińców ataków. Oznacza to rejon średnio 140-180 dziennie już od miesięcy. Zdecydowana większość w obwodzie donieckim, na priorytetowym dla Rosjan kierunku działań. Na stałym wysokim poziomie utrzymuje się też inna istotna statystyka, czyli ilość zrzuconych bomb kierowanych. Od około 150 do 170 dziennie. Październik był jednak w tej kwestii rekordowy, bo Ukraińcy poinformowali o 5382 bombach kierowanych, co jest wartością rekordową dla całej wojny. Statystyki strat Rosjan podawane przez ukraiński Sztab Generalny też są na względnie stałym poziomie około 1000 ludzi dziennie i kilkudziesięciu sztuk różnych pojazdów. Różnica taka, że wraz z pogorszeniem się pogody i przez to ograniczeniem lotów najprostszych dronów, Rosjanie wrócili do przeprowadzania ataków przy pomocy ciężkiego sprzętu opancerzonego. Nadal są mniejsze niż w poprzednich latach wojny i zazwyczaj chodzi o kilka maszyn, ale to i tak dużo jak na obecne realia. Ukraińcy regularnie ten sprzęt niszczą lub uszkadzają, ale sami przyznają, że dzięki temu rosyjskiej piechocie łatwiej dotrzeć dalej niż na nogach, motocyklach i samochodach.

Efekty ciągłej presji Rosjan widać, kiedy patrzy się na przebieg linii frontu. Aktualnie bezsprzecznie najważniejsze rzeczy dzieją się w Pokrowsku. Po ponad roku obrony Ukraińcy finalnie tracą to ważne miasto. Tak jak opisywaliśmy szczegółowo już wcześniej, Rosjanie w październiku ostatecznie rozerwali obronę na południe od miasta i zaczęli w coraz większych ilościach przedostawać się do niego. Nie jakimiś kolumnami zmechanizowanymi, ale małymi, kilkuosobowymi grupkami wchodzącymi do centrum i zajmującymi stanowiska obronne w coraz to dalszych domach. Przez kilka tygodni w mieście był chaos i serie zasadzek oraz potyczek na małych dystansach, ale zorganizowana i skuteczna obrona ukraińska właściwie zniknęła. Teraz walki toczą się głównie na północnych obrzeżach miasta, gdzie Ukraińcy starają się trzymać otwarte drogi do zaopatrzenia i ewakuacji ostatnich swoich oddziałów broniących się w tej okolicy. Zwłaszcza w położonym nieco na wschód Myrnohradzie. Miejscami zaciekłe walki toczą głównie dodatkowe siły przerzucone w ten rejon w ostatnich dniach października (razem z naczelnym dowódcą gen. Ołeksandrem Syrskim, który zjawił się wówczas na regionalnym stanowisku dowodzenia, co jednoznacznie podkreśliło, jak krytyczna jest sytuacja). Jednak nawet jeśli Rosjanie nie kontrolują fizycznie dróg wyjścia z kotła, to masowo wysyłają na nie drony, czyniąc całą sytuację bardzo trudną dla Ukraińców. Nie wiadomo, ilu ich może być w kotle i ilu z nich nie zdoła się ewakuować. Tak czy inaczej, to ostatni akt tej bitwy.

Utrata miasta nie oznacza jakiegoś załamania frontu. Co więcej, Ukraińcy zdołali je utrzymać przez rok, wiążąc znaczne siły Rosjan i zadając im poważne straty. Nie da się jednak zaprzeczyć, że ostatecznie je utracili, a rosyjskie wojsko ma teraz łatwiejsze warunki do dalszego natarcia przez leżące za nim pola i głównie małe wsie, aż do położonej około 20 kilometrów dalej kolejnej większej linii umocnionej. W podobnych warunkach mają duże zdobycze terenowe dalej na południe, na pograniczu obwodów donieckiego i dniepropiotrowskiego. Tam już od lata mają je największe na całym froncie. Idą przez pola i niewielkie wsie, posuwając się w październiku w rekordowym miejscu około 10 kilometrów w linii prostej. Gdzie indziej tak dużych nie ma, ale też są. W rejonie Konstantynówki (kolejne duże miasto na wschód od Pokrowska), Rosjanie docierają już do przedmieść, po pewnym uchwyceniu w październiku ostatniej wsi przed nimi. W okolicy kolejnego większego miasta na linii frontu, Siewierska, w październiku udało się Ukraińcom ustabilizować sytuację i większych sukcesów Rosjan nie odnotowano.

Dalej na północ na długim odcinku frontu na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego sytuacja jest mniej dynamiczna, bo to dla Rosjan kierunek drugorzędny. Czynią tam jednak powolne postępy, zwłaszcza w okolicach niewielkiego miasta Łymań, które jest ważnym punktem oporu na północ od kluczowego Słowiańska. Na tyle ważnego, że w październiku Ukraińcy zdobyli się tam na kilka ograniczonych kontrataków, aby spowolnić Rosjan lub odzyskać ważne punkty oporu. Podobnie zrobili dalej na północ w rejonie Kupiańska. We wrześniu i pierwszej połowie października Rosjanie w szybkim tempie dotarli do niego i dość łatwo wkroczyli do centrum. Aktualnie większość miasta jest albo ich, albo w szarej strefie z niewielkimi punktami oporu Ukraińców. Ci próbowali na przełomie października i listopada zagrozić rosyjskim oddziałom w mieście, atakując na północ od niego i odcinając je od zaplecza. Zdobyty przez Rosjan teren to bowiem ciągle dość cienki pas terenu wzdłuż rzeki Oskił. Ataki miały jednak ograniczone powodzenie. Na pewno nie udało się odciąć Rosjan w mieście. Ewentualnie spowolnić ich, zmuszając skupić siły na obronie tego co już mają.

Nowością jest zwiększenie przez Rosjan aktywności jeszcze dalej na północ, przy granicy państwowej i w rejonie Wowczańska, gdzie wiosną 2024 roku próbowali otworzyć nowy kierunek walk. Ukraińcy szybko ich zablokowali i od ponad roku front praktycznie tam stał. W październiku Rosjanie wznowili tam jednak presję. Do tego stopnia, że Ukraińcy zdecydowali się zniszczyć zaporę wodną po drugiej stronie granicy, aby zalać tereny na zapleczu atakujących rosyjskich oddziałów. Na pewno utrudnili im logistykę, ale nie zatrzymali całkowicie. Ostatnie doniesienia mówią, że Rosjanie mają postępy w ruinach Wowczańska i okolicznych lasach. Będzie to spory problem dla Ukraińców, którzy przez ponad rok mogli ten kierunek zabezpieczać niewielkimi siłami.

Problem jest niezmiennie ten sam. Rosjanie mają dużo ludzi, Ukraińcy znacznie mniej. Ci drudzy próbują to kompensować masowym użyciem dronów, ale jak pokazuje praktyka, nie da się nimi całkowicie zastąpić zwykłego szarego piechura z karabinem. Koniec końców ktoś jest potrzebny na linii frontu, aby móc faktycznie określić, kto kontroluje dany pas okopów między drzewami. Drony i artyleria może zabiją lub ranią trzech na pięciu atakujących Rosjan, ale tych dwóch pozostałych często wystarczy do zajęcia pustego okopu, na którego obsadzenie Ukraińcom zabrakło ludzi, albo przez pomyłkę ich tam nie wysłali. Ewentualnie zostali wcześniej zabici przez masowo używane przez Rosjan bomby, czy drony.

Co więcej, w tych ostatnich nie ma już zdecydowanej przewagi Ukraińców. O ile w 2023/24 było to widoczne, tak w tym roku Rosjanie nadrobili sporo zaległości. Widać to wyraźnie między innymi w rejonie Pokrowska. Rosjanie skupili tam wiele grup tak zwanego Rubikonu, czyli początkowo specjalnego centrum szkolenia operatorów i rozwoju technologii użycia bezzałogowców, utworzonego w 2024 roku przez rosyjskie ministerstwo obrony. Aktualnie pod tym szyldem funkcjonuje cała rozbudowana struktura dobrze wyszkolonych i wyposażonych oddziałów dronowych. Rosjanie skupiają je na wybranych kluczowych odcinkach, gdzie bardzo dają się we znaki Ukraińcom. Zwłaszcza ich logistyce. W rejonie Pokrowska wszelki ruch do i z frontu stał się skrajnie trudny, co istotnie przyczyniło się do ostatecznej porażki Ukraińców.

gazeta.pl


Wiceszef komisji ds. nadzoru Izby Reprezentantów Jamie Raskin zażądał w liście do prezydenta USA wyjaśnienia doniesień o preferencyjnym traktowaniu w więzieniu Ghislaine Maxwell, partnerki Jeffreya Epsteina - podają media. (...)

W liście do Donalda Trumpa, cytowanym m.in. przez portal The Hill, Raskin powołuje się na otrzymane przez komisję Izby dokumenty, w tym doniesienia od sygnalistów w więzieniu dla kobiet Bryan w Teksasie.

Według pracowników systemu więziennictwa skazana na 20 lat więzienia partnerka Epsteina jest specjalnie traktowana, otrzymuje m.in. specjalnie przygotowywane posiłki na zamówienie, możliwość korzystania z siłowni poza normalnymi godzinami, poczęstunek dla przyjmowanych gości, a nawet możliwość korzystania z obiektów rekreacyjnych tylko dla pracowników.

"Ta luksusowa obsługa najwyższej klasy osiągnęła taki poziom absurdu, że jeden z najważniejszych urzędników więzienia poskarżył się, że ma dość bycia "suką" Maxwell" - napisał kongresmen.

Raskin zarzucił też naczelniczce więzienia Tanishy Hall, że osobiście pomaga skazanej za stręczycielstwo nieletnich Maxwell przygotować wniosek do prezydenta o skrócenie jej wyroku.

"Nie powinien pan udzielać żadnej formy ułaskawienia tej skazanej i nieokazującej skruchy przestępczyni seksualnej. Wasza administracja nie powinna zapewniać jej obsługi hotelowej, szczeniąt do zabawy, federalnych funkcjonariuszy organów ścigania, którzy zaspokajaliby każdą jej potrzebę, ani żadnego specjalnego traktowania czy przywilejów instytucjonalnych. Nie ulega wątpliwości, że nakaz traktowania pani Maxwell jak honorowego gościa, a nie więźnia federalnego, pochodzi z najwyższych szczebli" - stwierdził polityk.

PAP


Na Ukrainie wybuchła dziś największa afera korupcyjna w czasie rządów prezydenta Zełenskiego, która pośrednio w niego uderza.

Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) ogłosiło, że prowadzi działania w sprawie korupcji na wielką skalę w państwowym koncernie energetycznym @energoatom_ua (dochód ok 4,8 mld $).

Przeszukano mieszkania m.in
⚡️Hermana Hałuszczenki, urzędującego ministra sprawiedliwości (!), a do sierpnia ministra energetyki;
⚡️Timura Mindicza, jednego z najbliższych przyjaciół Zełenskiego. Dziwnym trafem, Mindicz kilka godzin wcześniej wyjechał z Ukrainy i wg informacji mediów 🇺🇦 znajduje się w Warszawie.

Grupa przestępcza miała wymuszać na podwykonawcach Energoatomu łapówki siegające 15% wartości kontraktów i w ten sposób wyprowadzić co najmniej 100 mln$.

Od wielu miesięcy trwał konflikt między ośrodkiem prezydenckim a NABU, czego efektem była próba władz likwidacji w lipcu br. niezależności agencji antykorupcyjnej. Opór społeczny i nacisk UE sprawił, że NABU się obroniło. Władze przegrały ważną bitwę.

W kontekście dzisiejszych wydarzeń jest jasne (było od początku), dlaczego władze chciały przejąć kontrolę nad NABU.

Wiele w sprawie korupcji w Energoatomie jeszcze ujrzy światło, ale ma ona potencjał, aby co najmniej mocno osłabić prezydenta Zełenskiego. Mindicz to jego zaufany człowiek.

Tak, Ukraina jest nadal skorumpowana, a niektórym urzędnikom nawet egzystencjalna wojna nie przeszkadza w złodziejskim procederze. 

Zarazem jednak przykład NABU pokazuje, że na Ukrainie istnieje niezależna instytucja, która mimo wszystkich przeciwności umie i chce z korupcją walczyć, a władze nie mogą jej wykręcić rąk.

x.com/W_Kononczuk