sobota, 18 maja 2019
Głównym źródłem utrzymania dla 2,5 mln mieszkańców Krymu do czasu rosyjskiej aneksji była turystyka. Na półwysep co roku przyjeżdżało średnio 6 mln turystów. Dziś jest ich zaledwie 1,4 mln rocznie. Umiera lokalny biznes – w pierwszym półroczu zysk przedsiębiorstw działających na terenie okupowanego przez Rosję Krymu spadł aż o 81 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2017 roku – podała służba statystyczna lokalnej rosyjskiej administracji Krymu. Straty wykazywało przeszło 42 proc. firm. Przodowały tradycyjnie dominujące w gospodarce regionu sektory: informacji i łączności, kultury, sportu, rekreacji i wypoczynku, w których straty wykazało 80 proc. firm, zdrowia i usług socjalnych – 75,6 proc., branży hotelarskiej i gastronomii – 73,5 proc. firm.
Rozkręceniu gospodarki nie pomogło nawet „wpompowanie” w nią z rosyjskiego budżetu centralnego w ciągu czterech lat 344 mld rubli. Produkcja pojazdów mechanicznych spadła od początku rosyjskiej okupacji o 71 proc., wyrobów metalowych o 28 proc., maszyn i urządzeń o 52 proc., mebli o 36 proc. Jedyną gałęzią jaka wykazuje stabilny dochód jest przemysł wydobywczy — głównie za sprawą złóż gazu ziemnego na szelfie czarnomorskim — tempo wzrostu wyniosło w tym sektorze 57 proc.
(...)
Skutki aneksji widać też w rolnictwie. Powierzchnia nawadnianych sztucznie pól przed rosyjską aneksją Krymu wynosiła ponad 120 tys. hektarów. 85 proc. potrzeb wody pochodziło z kanału Północno-Krymskiego doprowadzającego wodę z Dniepru. W 2014 r. dostawy wody na okupowany przez Rosję półwysep przerwano, w efekcie obecnie nawadnianych jest zaledwie 14 tys. ha. Jeszcze w czerwcu straty rolnictwa a okupowanym przez Rosję półwyspie szacowano na 1 mld rubli. W dwa miesiące te szacunki wzrosły czterokrotnie. Według danych tzw. Ministerstwa gospodarki rolnej Krymu z powodu suszy rolnicy na okupowanym półwyspie ponieśli do końca sierpnia straty w wysokości 4 mld rubli.
Krym pozbawiony podstaw gospodarczych żyje dziś na zasiłku z budżetu centralnego Rosji. Według danych tzw. ministerstwa finansów rosyjskiej administracji Krymu w okresie od stycznia do lipca aż 66 proc. środków budżetowych (w wysokości 58,8 mld rubli) stanowiła dotacja z Moskwy, jedynie 24,3 mld rubli udało się zebrać na miejscu z podatków i wpływów niepodatkowych. Szefowa tej struktury Irina Kiwiko ocenia, że Krym bez dotacji z Moskwy nie będzie w stanie funkcjonować co najmniej przez najbliższych dziesięć lat.
obserwatorfinansowy.pl
Polska sieć osadnicza jest niezwykle policentryczna, a więc charakteryzuje się sporym rozproszeniem ludności. Przykładowo, zaledwie 5 proc. mieszkańców Polski mieszka w stolicy (dla porównania, londyńczycy to 16 proc. mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, paryżanie – 17 procent Francuzów). Pod tym względem przypominamy najbardziej Włochy (6 proc. obywateli mieszka w Rzymie) oraz Niemcy (nieco ponad 4 proc. to Berlińczycy). Jak wskazuje prof. Śleszyński w raporcie Klubu Jagiellońskiego Polska średnich miast, mamy aż 23 miasta w przedziale 100-200 tys. i 11 miast w przedziale 200-500 tys. mieszkańców. W tym samym raporcie możemy zobaczyć mapę Europy pokazującą podział kontynentu według indeksu policentryczności – do najwyższej kategorii, a więc do najbardziej policentrycznych państw UE, należą cztery kraje: Holandia, Niemcy, Włochy i Polska właśnie. Najmniej policentryczne są z kolei Węgry, Austria i Portugalia, a za nimi Francja i Wielka Brytania. Inaczej mówiąc, należymy do kilku krajów UE, w których największa część obywateli mieszka poza wiodącymi metropoliami.
Pod względem koncentracji zasobów sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Polska jest krajem o dużych nierównościach terytorialnych, a kluczowe aktywa gospodarcze, administracyjne, intelektualne i kulturowe skupione są w kilku największych ośrodkach miejskich, wśród których zdecydowanie dominuje Warszawa. Najważniejszym wskaźnikiem pokazującym skalę dominacji stolicy w kraju jest PKB na głowę mieszkańca stolicy w stosunku do PKB per capita całego kraju. Według Eurostatu PKB per capita Warszawy jest równo dwa razy wyższy niż analogiczny wskaźnik dla całej Polski. To trzeci co do wielkości wynik w UE – Warszawę wyprzedzają pod tym względem jedynie Bratysława i Bukareszt. (Zaraz za nią jest Sofia, a kolejny Paryż pozostaje już daleko w tyle). Stolice krajów o porównywalnym do Polski indeksie policentryczności są na drugim końcu skali – PKB na głowę Rzymianina to niecałe 140 proc. PKB per capita Włoch, zaś mieszkańca Amsterdamu jedynie 125 proc. PKB per capita Holandii. W Berlinie PKB per capita jest wręcz niższe od całego kraju – i to aż o kilkadziesiąt procent.
(...)
Polska jest jednym z kilku krajów Europy, w którym relatywnie największa część społeczeństwa żyje poza największymi ośrodkami. Z drugiej strony, jest krajem o bardzo dużej koncentracji zasobów w tych właśnie kilku ośrodkach, ze zdecydowaną dominacją stolicy. To wiedza kluczowa dla stworzenia skutecznej artykulacji politycznej: mieszkańcy spoza wiodących ośrodków, a więc ogromna grupa wyborców, czują się odstawieni na boczny tor i pozbawieni wpływów. Wzbiera w nich gniew i nieufność wobec elit, które są dla nich ludźmi z innego świata – ludźmi, których bez wątpienia nie spotkają na ulicy czy w kolejce w sklepie. Te właśnie nastroje skutecznie wykorzystał PiS, kierując swoją narrację właśnie do nich.
krytykapolityczna.pl
Być może najostrzejsze, najbardziej szokujące slogany pojawiły się w północnych Czechach, w peryferyjnym mieście Most, zdewastowanym przez przemysł ciężki (i późniejsze bezrobocie, które nadeszło wraz z zamknięciem kopalni węgla), borykającym się od dłuższego czasu z kryzysem mieszkaniowym zawinionym przez handlarzy nieruchomościami powiązanych z samorządem lokalnym. Co ciekawe, to właśnie partia Mostowianie dla Mostu (SMM), najbardziej uwikłana w handlowanie biedą, dolewa oliwy do ognia, wywołując rasistowską gorączkę u porządnych skądinąd ludzi. To partia, która otwarcie zaproponowała segregację i tworzenie miejsc nieobjętych zasiłkami mieszkaniowymi dla najuboższych oraz, jak już się czytelnik domyśla, wybudowanie „wiosek dla lumpów”, do których przeniesiono by ów „margines”. Procedura ustalania, kto dokładnie należy do owej grupy zwanej „marginesem” nie jest do końca jasna, należy jednak przypuszczać, że nie obejdzie się bez filtra koloru.
„Margines” to nowe pojęcie w czeskim dyskursie politycznym. „Poprawnym” kryptonimem na oznaczenie mniejszości romskiej był do tej pory przymiotnik „nieprzystosowani”. Partia SMM oczywiście zadbała o to, by nie tworzyć bezpośredniej korelacji między lumpowatością i przynależnością etniczną, jednak jej plany tworzenia „wiosek dla marginesu” dziwnym zbiegiem okoliczności uwzględniają przede wszystkim ludzi żyjących w miejscach wykluczonych społecznie, zamieszkiwanych niemal wyłącznie przez Romów. Tego typu wyrafinowane techniki kamuflażu stały się chlebem powszednim licznej rzeszy mniej lub bardziej rasistowskich partii, które powyrastały jak grzyby po deszczu w całym kraju, zwracając nawet uwagę brytyjskich mediów.
SMM nie wygrała wyborów w Moście, skończyła na trzecim miejscu. Jednak to wystarczy, by odcisnęła swoje piętno na przyszłej polityce (anty-)społecznej miasta. Jej kampania odbiła się echem w postulatach partii, która zajęła miejsce czwarte: tradycyjnej, konserwatywnej Demokracji Obywatelskiej (ODS), która od lat dziewięćdziesiątych odgrywała decydującą rolę w czeskiej polityce, ale wraz z nadejściem masowego populizmu znalazła się w opałach. Niczym niezrażona ODS pojęła w lot, co w trawie piszczy, i zaczęła obiecywać politykę zerowej tolerancji wobec obcokrajowców (akurat ten slogan pochodzi z Mladej Boleslav, miasta, któremu ekonomiczne koło ratunkowe rzucili zagraniczni pracownicy z fabryki samochodów Skody), zyskując dzięki temu znacznie na popularności. Jeżeli można mówić o jakimś ogólnym zwycięzcy tych wyborów, to jest nim właśnie ODS. Hm…?!
krytykapolityczna.pl
- Ponad 13 mln ludzi żyje w gminach, w których samorząd nie obsługuje transportu publicznego, wynika z obliczeń Klubu Jagiellońskiego. Do 20% wsi nie dociera jakikolwiek transport, a do wielu pozostałych autobusy dziennie - dane te przytacza Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich, który od kilku lat koordynuje kampanię obywatelską "My pasażerowie - ratujmy transport w regionach".
Likwidację oddziałów PKS oraz ograniczanie liczby kursów najbardziej odczuwają mieszkańcy wsi i miasteczek, które często leżą z dala od głównej drogi. Tam bowiem nie docierają zwykle ani prywatni przewoźnicy, dla których kursy takie są nierentowne, ani połączenia kolejowe - bo często zwyczajnie nie ma tam stacji. W efekcie na mapie Polski coraz więcej jest tzw. białych plam - miejsc, do których nie dociera publiczny transport zbiorowy.
Według Rafała Górskiego największy problem istnieje w południowo-wschodniej Polsce. Zauważa też, że w różnych miejscach punktowo likwidowane są połączenia autobusowe - chodzi m.in. o Pomorze i województwo mazowieckie. Mieszkańcy tych terenów, jeśli nie posiadają samochodu lub ewentualnie jednośladu, skazani są tak naprawdę na łaskę sąsiadów i nielicznych prywatnych przewoźników, którzy często zawyżają ceny biletów, licząc na większy zysk.
Jedną z takich "białych plam" są Bieszczady. - Tam problem z komunikacją jest tak naprawdę od zawsze - mówi mi Duszan Augustyn, pochodzący z Leska, który jako dziecko przez lata cierpiał z powodu braku transportu zbiorowego. Teraz prowadzi badania w tej dziedzinie na Uniwersytecie Jagiellońskim. - Wielokrotnie było tak, że musiałem zimą wracać pieszo do domu ze szkoły 5 km, bo ostatni autobus odjeżdżał koło 16.00, czyli jeszcze przed końcem moich lekcji. Teraz połączeń jest jeszcze mniej - opowiada. - To rzeczywistość wielu mieszkańców tego regionu, którzy są pozbawieni jakiegokolwiek transportu publicznego - dodaje. Kiedy nawiązuję do wycofania się przewoźnika Arriva, zaznacza, że kilkadziesiąt bieszczadzkich wsi jest odciętych od świata, a do wielu autobusy docierają najwyżej raz lub dwa razy dziennie. Jak więc radzą sobie ludzie mieszkający w tamtych rejonach? - Młodzi najczęściej po prostu wyjeżdżają - stwierdza. - Ci, którzy zostają, są zmuszeni kupić sobie samochód. Inaczej są całkowicie pozbawieni mobilności - tłumaczy mi, zrezygnowany.
Takie sytuacje zdarzają się niemalże w całej Polsce. Przykładem może być woj. łódzkie. Kuba Lisiecki, uczeń 4 klasy technikum, opowiada mi: - Rano mam autobus o 7:10. Jeśli mam lekcje na 8:00, to spoko, ale jeśli na 8:50, to muszę czekać około 1,5 godziny w szkole, gdy moi koledzy z klasy jeszcze śpią. Kończę lekcje zazwyczaj o 15:05, a autobus o tej samej godzinie odjeżdża z mojego przystanku, więc nie mam szans na niego zdążyć. Kolejny mam dopiero o 16:40. Muszę ponad 1,5 godziny czekać. Chcąc czy nie, muszę coś w tym czasie robić, więc najczęściej przesiaduję w galerii handlowej - tłumaczy.
Ostatni autobus do wsi Kuby odjeżdża o 19.00, więc nie ma możliwości spędzić czasu ze znajomymi. - U mnie nie ma spontanicznych wyjść. Wszyscy moi znajomi piszą do siebie "Wyjdziesz za 5 minut?" i po prostu wychodzą. Do mnie trzeba pisać co najmniej kilka godzin wcześniej, a najlepiej dzień wcześniej - opowiada. Jeszcze trudniej jest w weekendy. W sobotę Kuba ma do wyboru dwa autobusy do pobliskiego miasta - o 9.00 i 12.00. - Wiadomo, że w sobotę czy niedzielę nie ma nawet szans się ze mną spotkać. Pracować w weekend też nie mogę, bo nie mam jak dojechać ani wrócić - twierdzi.
(...)
- Transport zbiorowy to nie jest kolejna przestrzeń rynkowa, ale narzędzie, którym można kształtować potencjał regionu i mieszkańców. Wiele krajów europejskich już dawno to zrozumiało, my jeszcze nie - podkreśla Duszatyn Augustyn. - Mimo, że połączenia mogą często nie przynosić dochodów, koszty społeczne wykluczenia transportowego są o wiele wyższe. Potrzeba jednak odpowiedniej polityki transportowej - dodaje.
gazeta.pl
Po trzecie, rozprzestrzenianie się nowoczesnych technologii i ich natychmiastowa integracja w rozwiązaniach B2C (ang. business-to-consumer) prowadzi do zmiany struktury rynku. Rozwój internetu umożliwia znaczny spadek kosztu poszukiwań produktów przez konsumentów co prowadzi do spadku marż sprzedawców (Salop, 1989). Dzięki rozwojowi technologii cyfrowych niższy jest również koszt zmiany cenników, a szybkie porównywanie cen i jakości oferowanych dóbr i usług stało się możliwe. Sprzyja to wzrostowi przejrzystości rynku, skraca łańcuch dostaw (De Prince i Ford, 1999), a potrzeby konsumentów szybciej i taniej są zaspokajane przez ofertę przedsiębiorców. W efekcie zarówno tradycyjni, jak i internetowi sprzedawcy są zmuszeni do utrzymywania niskich cen w warunkach zbliżonych do doskonałej konkurencji (Wadhwani, 2000). Adaptacja nowoczesnych technologii ułatwia również konkurowanie na rynku globalnym dzięki niskim barierom wejścia na lokalne rynki (OECD, 2017), co znacznie utrudnia utrzymanie geograficznych monopoli (Trainer, 2016) i obniża premię monopolistyczną, a w skrajnych przypadkach może prowadzić do agresywnej konkurencji celem przejęcia udziałów w lokalnych rynkach (ang. race to the bottom of prices). Z drugiej strony rozwój nowoczesnych technologii może sprzyjać wzrostowi koncentracji rynku i pojawianiu się tzw. superfirm (ang. superstar firm), które po osiągnięciu optymalnego poziomu marż – oszczędności z tytułu automatyzacji produkcji przenoszą na konsumentów (Korinek i Ng, 2017). W dodatku, w myśl teorii o rynku kontestowalnym (ang. contestable market theory), przedsiębiorstwa te zazwyczaj nie mogą wykorzystać swojej dominującej pozycji na rynku celem zwiększenia marż, gdyż niewielkie bariery wejścia umożliwiają szybkie i łatwe kopiowanie modeli biznesowych przez nowe podmioty. W efekcie, obecność tych firm na rynku może prowadzić do wzrostu konkurencji, spadku rentowności i niższego tempa wzrostu cen przy jednoczesnym wzroście koncentracji rynku (jest to tzw. efekt Amazona).
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
