czwartek, 20 listopada 2025



Druga rzecz zwracająca uwagę na politycznej mapie regionu to mnogość jednostek narodowo-terytorialnych o różnym zakresie autonomii. Na rosyjskim Kaukazie Północnym leży 7 spośród 21 republik FR (idąc z zachodu na wschód, są to: Adygeja, Karaczajo-Czerkiesja, Kabardo-Bałkaria, Osetia Północna, Inguszetia, Czeczenia i Dagestan), zajmujących łącznie powierzchnię nieco ponad 110 tys. km², czyli mniej więcej jednej trzeciej Polski (dla porównania największa rosyjska republika – Jakucja – liczy trochę powyżej 3 mln km2, czyli dziewięć i pół razy więcej niż nasz kraj). Na terenie Gruzji znajdują się dwie republiki autonomiczne – Adżaria i separatystyczna Abchazja – a także drugie parapaństwo, niemająca żadnego formalnego statusu Osetia Południowa (w czasach ZSRR była obwodem autonomicznym, obecnie to formalnie region cchinwalski – od miasta Cchinwali). W Azerbejdżanie status autonomiczny posiada będąca eksklawą Republika Nachiczewańska, natomiast utracił go Górski Karabach (Górsko-Karabaski Obwód Autonomiczny należał do radzieckiego Azerbejdżanu; w 1991 r. stanowiący tam większość Ormianie proklamowali Republikę Górskiego Karabachu – separatystyczne parapaństwo, które zostało ostatecznie zlikwidowane przez siły azerbejdżańskie w 2023 r.). Żadnych terytoriów tego typu nie ma jedynie w Armenii.

Skomplikowany podział administracyjny odzwierciedla sytuację etniczną regionu. Kaukaz to narodowościowa, lingwistyczna i religijna mozaika, tygiel świata, gdzie „na małej powierzchni jest dużo wszystkiego”. Już w połowie XIX wieku Michał Andrzejkowicz-Butowt notował: „w naszym stujęzycznym Kaukazie jedziesz, zapalisz fajkę u ogniska jednego narodu, a nim ją skończysz, już miniesz kilka krajów i narodów” (Szkice Kaukazu, t. I, Warszawa 1859, s. 86). Dotyczy to zwłaszcza Kaukazu Północnego, ale też Gruzji – bardzo zróżnicowanej regionalnie (pomijając autonomie, każda z kilkunastu historycznych krain ma własną specyfikę, a często i dialekt, zaś gruzińscy Swanowie i Megrelowie mówią odrębnymi, chociaż spokrewnionymi z gruzińskim, językami) – i Azerbejdżanu, zróżnicowanego regionalnie i etnicznie.

Warto pamiętać, że trzy główne narody Kaukazu Południowego należą do trzech różnych rodzin ludów: Ormianie – do indoeuropejskiej, Azerbejdżanie – do tureckiej (turkijskiej), a Gruzini – do rdzennej, kartwelskiej (gruzińskiej). Cały region zajmuje w sumie 186 tys. km2 – to nieco ponad połowa Polski. Na równie zróżnicowany krajobraz składają się góry z wiecznie ośnieżonymi pięciotysięcznikami, dwa ciepłe morza, palmy i bambusy, stepy i półpustynie. W samym Azerbejdżanie występuje dziewięć z jedenastu istniejących na Ziemi typów klimatu (według klasyfikacji Wladimira Köppena). Etniczna i przyrodnicza mozaika to efekt ukształtowania terenu. Dominują tu góry i przedgórza (przykładowo niziny zajmują tylko 13% powierzchni Gruzji), co sprawia, że poszczególne doliny rozwijały się w izolacji. Odległość z jednej wioski do drugiej może wynosić 10 km, ale jeśli po drodze jest przełęcz, którą co roku na kilka miesięcy zasypuje śnieg, to każda z osad będzie żyła swoim życiem, wykształcając z czasem nieco inną leksykę, ale też ornament czy sposób przygotowywania potraw, a w efekcie – mentalność.

(...)

Drugim obok geografii filarem, na którym powinien opierać się gmach wiedzy analityka zajmującego się Kaukazem, jest historia. I znowu – dotyczy to też specjalistów od innych regionów i krajów, ale od tego regionu – zdecydowanie bardziej. Miejscowe przysłowie mówi, że na Kaukazie raz się strzeli, a echo odbija ten wystrzał przez kolejne stulecie. A czasami dłużej.

W tamtejszych dyskursach odwołania do naprawdę odległych dziejów pojawiają się częściej niż gdzie indziej. O czyimś prawie do danego terytorium ostatecznie przesądza dowiedzenie, że jego przodkowie żyli tam wcześniej niż przodkowie adwersarza. Dlatego oprócz historii „obiektywnej” badacz Kaukazu musi znać narracje, jakie na temat przeszłości głoszą strony poszczególnych konfliktów. Powinien także śledzić kolejne wydania podręczników szkolnych ukazujących się w Armenii, Azerbejdżanie i Gruzji, ale również w Abchazji (Osetia Południowa takowych prawie nie wydaje). I na Kaukazie Północnym. Ważną rolę odgrywają przy tym empatia oraz wczucie się w lokalną wrażliwość i sposób myślenia, gdyż tamtejsze narracje przełożone na polski czy angielski „jeden do jednego”, bez uwzględnienia kontekstów kulturowych, będą brzmiały w wielu przypadkach co najmniej dziwacznie, a to trąci już orientalizmem. Gruzini wznoszący toasty za Stalina – robią to zresztą coraz rzadziej – nie pochwalają zbrodni komunistycznych i rzadko kiedy chcą powrotu dyktatury. Piją zwykle za człowieka, który wziął pod but Rosję i wygrał wojnę („A kimże on był?! Synem szewca z zapyziałej dziury i niedoszłym księdzem!” – oznajmił mi lata temu wielki gruziński aktor Kote Macharadze, występujący w poświęconym Dżugaszwilemu monodramie). I którego zna cały świat, co dla małego narodu nie jest bez znaczenia. Nie oznacza to, że nie należy przy tym prostować ewidentnych przeinaczeń czy wskazywać celowych fałszerstw.

(...)

Sprawą większej wagi niż człowiek z Dmanisi jest przeszłość nieistniejącego już jako odrębna jednostka Górskiego Karabachu. Według Baku to „odwieczne” azerbejdżańskie ziemie, a masowe ormiańskie osadnictwo rozpoczęło się tam dopiero w XIX wieku, po zajęciu ich przez Rosję (Ormianie przybywali z Persji i Imperium Osmańskiego). Z kolei w narracji Erywania region „od zawsze” zamieszkiwali Ormianie, a w skład Azerbejdżanu wszedł on bardzo niedawno, za czasów ZSRR. Na tak drastyczne różnice interpretacyjne wpływa m.in. brak wiarygodnych danych na temat składu etnicznego tego obszaru w XIX wieku oraz wybiórcze korzystanie z tych dostępnych.

Strona azerbejdżańska powołuje się na statystyki dotyczące całego historycznego Karabachu, a więc także Nizinnego, gdzie zdecydowanie przeważali muzułmanie. Ponadto zwraca uwagę na początkową odrębność Kościoła Albanii Kaukaskiej, włączonego do Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego dopiero w 1836 r. Ma to dowodzić, że dawni karabascy Ormianie to w istocie zarmenizowani Albanowie (a według współczesnej azerbejdżańskiej historiografii mieszkańcy Albanii Kaukaskiej, która istniała pomiędzy II wiekiem p.n.e. a VIII wiekiem n.e., odegrali bardzo istotną rolę w etnogenezie narodu azerbejdżańskiego). Baku akcentuje również, że na tych terenach funkcjonowały różne podległe Persji organizmy państwowe, w tym Chanat Karabaski, i traktuje go a priori jako państwo azerbejdżańskie.

Z kolei strona ormiańska przytacza dane odnoszące się do samego Górskiego Karabachu, gdzie – oprócz Szuszy i jej okolic – zdecydowanie dominowali Ormianie. Jednocześnie głosi, że odrębność Kościoła Albańskiego to kwestia czysto formalna, gdyż od początku VIII wieku był on połączony unią z Kościołem Ormiańskim, na jego czele stał lokalny ormiański władyka, zaś liturgię sprawowano po staroormiańsku. A poza tym – to kolejny argument Erywania – nie wiadomo, gdzie się Albania Kaukaska kończyła i jakie dokładnie tereny obejmowała.

(...)

Przydatny w pracy analitycznej może okazać się stosowany przez wielką reporterkę Hannę Krall test na prawdę. Zgodnie z nim naszą czujność powinna wzbudzić… zbytnia spójność i logiczność narracji, jako że samo życie rzadko bywa spójne i logiczne.

(...)

Krall wpadła na pomysł owego testu podczas mszy odprawianej przez księdza Adama Bonieckiego. Czytano wówczas fragment Ewangelii według świętego Jana o tym, jak Grecy chcieli zobaczyć się z Jezusem, ale najpierw podeszli do apostoła Filipa, a ten przekazał ich Andrzejowi. Do Jezusa udali się potem. Po mszy Krall zapytała Bonieckiego: „Adamie, dlaczego oni nie poszli do Jezusa od razu?”. Odpowiedział, że nie wie. „Przecież ważne jest to, co im powiedział” – stwierdził. Reporterka na to, że wie, co jest ważne, po prostu ją to ciekawi: może się bali, a może trudno się było do niego dostać? Ksiądz pomyślał, że Krall wątpi w prawdziwość historii, ale ta stwierdziła: „Nie, jest wprost przeciwnie. Ta opowieść jest prawdziwa, ponieważ jest zupełnie bez sensu. Gdyby ktoś ją wymyślił, to by wymyślał tak, żeby wszystko było logiczne. A tutaj jest wszystko nielogiczne. Nie wiadomo, dlaczego – ale tak było”. Wtedy Boniecki oznajmił: „Wiesz, nigdy nie myślałem o Ewangelii jako o reportażu”.

(...)

„Metoda reporterska w analityce” (samo to sformułowanie jest oczywiście na wyrost i ma charakter pewnej prowokacji) może odnosić się jednak do metod zbierania materiałów czy odróżniania prawdy od fałszu, ale nie do samego przekazu. Tutaj analityk i reporter różnią się zasadniczo. Pierwszy opisuje świat, stawiając tezy, które musi uzasadnić (istotne, by opierał je na faktach, a nie dobierał fakty tak, by pasowały do założonych z góry tez), natomiast drugi chce przedstawić fakty w możliwie pięknej formie i w uniwersalny sposób. Ma też więcej swobody – wolno mu przykładowo za pomocą anegdoty oddać coś, co w tekście analitycznym (nie mówiąc o akademickim) wymagałoby długiego wywodu i licznych przypisów.

Nie oznacza to, że reportaż nie powinien diagnozować rzeczywistości jak najprecyzyjniej. Lubię cytować Mariusza Szczygła, który tak opisał jeden z zabiegów Krall (zastosowany w wydanej w 1972 r. książce Na Wschód od Arbatu): „Zagadka dla młodych czytelników. Oto zdanie o możliwościach dojazdu do miejscowości Wierszyna na Syberii: «Autobus jeździ codziennie z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz, kiedy są zaspy, kiedy jest wiosenne i jesienne błoto i kiedy są na drodze wyboje – po deszczu, błocie i zaspach». Zdanie to krytycy wskazywali jako przykład mistrzowskiego stylu Krall oraz jako genialnie skonstruowaną informację. Co w nim jest niezwykłego? Otóż Krall pisze, że autobus do Wierszyny jeździ codziennie, ale jednocześnie pisze w zawoalowany sposób, że autobus do syberyjskiej wioski nie jeździ prawie nigdy. Nie mówi tego wprost, bo Związek Radziecki ma być wzorcem szczęśliwości, w którym wszystko skazane jest na sukces”.

(...)

Szczególny przypadek stanowi Abchazja. Opublikowałem kiedyś w „Rzeczpospolitej” artykuł, który zatytułowałem Kraj w cudzysłowie. Tłumaczyłem w nim, że opisując ten separatystyczny region, trzeba czasem brać w cudzysłów najprostsze słowa, bo znaczą tam co innego: „Językiem państwowym» [czy można mówić o „państwowym” języku w parapaństwie?! – WG] Abchazji jest abchaski, jednak niemal wszyscy, przynajmniej w Suchumi, używają na co dzień rosyjskiego. W obiegu jest rosyjski rubel, choć «formalna» waluta to abchaski apsar, wart według sztywnego kursu dziesięć rubli (bite są wyłącznie monety okolicznościowe)”. A tak naprawdę formalną walutą jest przecież gruzińskie lari.

(...)

W mojej Planecie Kaukaz opisałem rodzinę lezgińskiego poety z Dagestanu: „Poznaliśmy się, gdy jeszcze był aktywistą. Ktoś mnie przyprowadził do niego na kolację. Gospodarz miał pod ręką dzwoneczek, którego używał do komunikacji z rodziną. Dzyń, dzyń – i przybiegała żona. Gestem pokazywał jej pusty półmisek albo karafkę. Żona znikała w kuchni i po paru sekundach była z powrotem, dokładając pieczeń i dolewając wina. Dzyń, dzyń, dzyń – pojawiał się najmłodszy syn. «Papierosy»! – komenderował ojciec i w chwilę później otwierał nową paczkę. Biesiadnikom, a rzy stole siedzieli sami mężczyźni, wyraźnie to imponowało. «Kaukaski macho» – myślałem, obserwując Fejzudina. Tamtego wieczoru dzwoneczek często szedł w ruch i żona nie nadążała z winem. W końcu goście się rozeszli, ja zostałem na noc. Obudziło mnie pragnienie. Dowlokłem się do kuchni i zobaczyłem, jak macho krząta się przy garach. Już pozmywał, właśnie zabierał się do kartofli. Żona i synowie spali w najlepsze”. Daleko od oczu postronnych toczyło się życie zupełnie inne od tego widzianego przez nich.

Podobnie bywa choćby z afiliacją polityczną: partie i przeróżne ugrupowania wciąż jeszcze niejednokrotnie budowane są nie wokół programu czy zestawu wartości, ale miejsca pochodzenia założycieli. Aby zrozumieć czyjeś wybory, warto dowiedzieć się, skąd wywodzi się ród tej osoby (można od kilku pokoleń mieszkać w Baku, ale być uważanym – i samemu się uważać – za „karabaskiego”, „gandżyńskiego”, „szekińskiego”). W wielu przypadkach wytłumaczy to nam, dlaczego np. po studiach rolniczych osoba ta trafiła do dyplomacji (dosłownie cała obsada kaukaskiej ambasady w pewnej europejskiej stolicy wywodziła się kiedyś z jednego dość małego miasteczka – tego samego, w którym przyszedł na świat były minister spraw zagranicznych tego kraju).

Warto w tym momencie wspomnieć, że stosunki międzyludzkie na Kaukazie są cały czas dużo mniej sformalizowane niż na Zachodzie. Gdy u nas stykają się ze sobą funkcje społeczne – petent i urzędnik, klient i sprzedawca, kierowca i policjant z drogówki, pacjent i lekarz – tam są to jeszcze często bardziej spotkania człowieka z człowiekiem. Dlatego policjant po zatrzymaniu samochodu do kontroli podaje kierowcy rękę (co nie oznacza, że nie zażąda od „znajomego” łapówki – choć łapownictwo bardzo się w całym regionie w ostatniej dekadzie zmniejszyło). Dlatego klient, wchodząc do sklepu, nierzadko najpierw pyta ekspedienta o imię – aby nie zwracać się doń bezosobowo. Dlatego w telewizji rzadko usłyszymy, że sąd skazał, powiedzmy, Timura S. na rok więzienia – zazwyczaj poznamy nazwiska skazanego oraz sędziego. A w kronice wypadków przeczytamy, jak nazywała się dziewczyna potrącona śmiertelnie przez samochód, a nieraz – pod jakim adresem mieszkała (gdybyśmy chcieli złożyć kondolencje rodzinie).

(...)

Moim największym sukcesem analitycznym było chyba przewidzenie wybuchu wojny rosyjsko-gruzińskiej w sierpniu 2008 r. Sukces ten dzielę zresztą z kolegami, bo wspólnie doszliśmy do podobnych wniosków. Interwencja Moskwy wisiała w powietrzu już od wiosny i mówiliśmy o tym z Krzysztofem Strachotą na spotkaniu w Sejmie. Wtedy sądziliśmy jednak, że pretekstem do jej wybuchu staną się wydarzenia wokół Abchazji (ostatecznie poprzedziła ją eskalacja napięcia wokół Osetii Południowej). Jakkolwiek dwuznacznie by to brzmiało, analityka budują właśnie sytuacje kryzysowe. Bartłomiej Sienkiewicz – jeden z twórców OSW – określił kryzys mianem „święta” analitycznego: „Kto nie przeżył przynajmniej jednego poważnego kryzysu w analityce, ten nie wie, co to życie. Kryzys ujawnia to, co w każdej instytucji jest najlepsze i najgorsze, jest jak «sprawdzam!» w pokerze” (...). 

Na miesiąc przed tamtą wojną udzieliłem krótkiego komentarza „Rzeczpospolitej”. Powiedziałem w nim: „Sytuacja jest poważna. Nie wykluczam, że
dojdzie do wojny. Chociaż wydaje się, że żadnej ze stron na niej nie zależy. Gruzji utrudniłaby integrację z Zachodem. Poza tym Osetia Południowa i Abchazja to naczynia połączone. O ile z Osetią Gruzini by sobie bez problemu poradzili, o tyle z Abchazją byłoby już trudniej. Osetyjczykom i Abchazom zależy zaś na utrzymaniu status quo. Z kolei Rosja, angażując się w wojnę, straciłaby resztki reputacji «bezstronnego mediatora». Poza tym w 2014 r. mają się odbyć igrzyska [zimowe – WG] w położonym obok granicy Abchazji Soczi. Gdyby w regionie trwał konflikt, olimpiada zostałaby Rosji odebrana. Jeżeli więc Moskwa bierze pod uwagę wojnę, wybuchnie ona w najbliższym czasie”.

Kilka miesięcy później zostałem zaproszony jako ekspert do powołanej przez UE niezależnej komisji mającej wyjaśnić okoliczności wojny. Prace tego zespołu, kierowanego przez ambasador Heidi Tagliavini ze Szwajcarii, zaowocowały powstaniem obszernego, liczącego ponad 1100 stron raportu.

Mogę być też dumny z wprowadzenia do analitycznego obiegu w połowie lat 90. terminu „parapaństwo”.

Wojciech Górecki - Zrozumieć Kaukaz, czyli kilka uwag o metodzie reporterskiej w analityce - OSW