wtorek, 23 lipca 2019


Jak gwałtownie wzrosły ceny za emisję CO2? Czy to zjawisko rozciągnięte w czasie, które można było przewidzieć, czy nagłe?

Mechanizm handlowania emisjami CO2 został tak skonstruowany, żeby te uprawnienia drożały. Wszystko po to, żeby zniechęcać do węgla, bo Unia założyła sobie, że chce produkować energię ze źródeł czystych, niskoemisyjnych. Polski rząd wiedział więc, że te uprawnienia będą drożeć.

Tym, co zaskoczyło nasze władze, jest tempo wzrostu cen. Nikt się nie spodziewał, że przed rokiem 2020 ceny za tonę wyemitowanego CO2 przebiją 20 euro. Polskie spółki są na to nieprzygotowane. I mają dwa wyjścia: albo podwyższyć ceny, żeby zrekompensować te wzrosty, albo – jeśli z przyczyn politycznych nie mogą tego zrobić – sięgnąć do własnych rezerw finansowych.

Jest jeszcze drugi czynnik powodujący wzrost cen energii: sam węgiel, który także drożeje. Doszło do sytuacji, w której polskie przedsiębiorstwa produkujące energię – z powodu uzależnienia od węgla – będą zmuszone płacić za wytwarzanie energii o kilkadziesiąt procent więcej. Z roku na rok.

Gdzie trafiają pieniądze za prawa do emisji? Kto na tym zarabia?

Państwo. W Polsce niekiedy słychać głosy, że Unia Europejska to jest ciemny lud, który gwałcąc nasze interesy narodowe, każe nam odchodzić od węgla. To nieprawda. Unia daje coś w zamian – środki na transformację energetyczną. Jednym ze źródeł są zyski dla państwa ze sprzedaży uprawnień do emisji. To są miliardy.

Ile miliardów? 2, 10, 20?

W zeszłym roku z samej sprzedaży uprawnień budżet zarobił około miliard euro, czyli około 4 miliardy złotych. To duże środki, które powinny być przeznaczone na modernizację energetyki.

A są dedykowane na ten cel czy mogą być wydane na coś innego?

Na tym polega problem – mogą być przeznaczone na cokolwiek. Skoro koszty wytwarzania energii wzrosły, to normalnie, gdyby chodziło o wolny rynek, powinno się to przenieść na cenę dla każdego konsumenta – dla mnie, dla pana, dla tej kawiarni, w której jesteśmy, dla małych, średnich i największych przedsiębiorstw. Ale rząd wymyślił sobie – ponieważ w przyszłym roku mamy wybory parlamentarne – żeby wprowadzić dopłaty z żywej gotówki dla najbardziej energochłonnych i największych przedsiębiorstw oraz dla konsumentów indywidualnych. Te pieniądze mają pochodzić właśnie ze środków ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2.

Czyli pieniądze, które miały iść na reformę polskiej energetyki, pójdą na łagodzenie skutków tego, że energetyka zreformowana nie jest?

Błędne koło. Naszym problemem jest węgiel i z jego powodu rosną ceny energii. A ponieważ wzrost cen powoduje, że polska gospodarka będzie skrajnie niekonkurencyjna, to trzeba ją wesprzeć środkami, które powinny służyć ograniczaniu użycia węgla. Energetyka nie ma więc z czego się zmodernizować i odejść od węgla, bo środki na to „przejada”, wypłacając dopłaty do nierentownego przemysłu.

Ale może taki system jest do utrzymania? Przedsiębiorstwa energetyczne emitują CO2, płacą za to państwu, a państwo te pieniądze zwraca w postaci dopłat.

Moglibyśmy tak trwać, gdyby nie to, że system handlu emisjami został stworzony w taki sposób, żeby one nieustannie drożały i zachęcały do rezygnacji z węgla. W efekcie nierentowność polskich spółek energetycznych będzie się pogłębiać.

Ale państwo będzie miało coraz więcej wpływów.

Nie, ponieważ Polsce przysługuje tylko pewna, ograniczona pula praw do emisji. I jeśli ją wyczerpiemy, trzeba dokupić od innych. Oczywiście można by z tym coś zrobić, ale rząd sam się skrępował swoją antyunijną retoryką.

Tylko czy to jest wina tego rządu? Sektora energetycznego nie reformuje się z dnia na dzień. Ceny za emisję mogą rosnąć szybciej, niż przewidywaliśmy, ale cały ten mechanizm nie powstał wczoraj. Był czas, żeby się dostosować.

Problem wynika z zaniechań wszystkich rządów, które z przyczyn politycznych nie chciały odchodzić od węgla. W tej sytuacji kryzysowej można by jednak było szybko obniżyć ceny energii przy współpracy z Komisją Europejską, która ma na to środki. Niestety z różnych powodów – między innymi sporu o praworządność w Polsce – relacje polskiego rządu z Komisją są najgorsze od lat.

Co konkretnie mogłaby zrobić Komisja?

Upraszczając, można powiedzieć, że Komisja zachowała sobie pewną pulę praw do emisji w rezerwie, żeby ewentualnie wpływać na ceny energii. Gdyby polski rząd miał dobre relacje z Komisją i się z nią dogadał – co obecnie jest niemożliwe – Komisja mogłaby wypchnąć część tych rezerw na rynek, dzięki czemu spadłyby ceny za emisję CO2, a za nimi: ceny energii. To można by zrobić w ciągu kilku tygodni, bardzo szybko.

Ale?

Ale Komisja na razie nie chce tych rezerw wrzuć na rynek, bo wydaje się, że mamy do czynienia z szerokim konfliktem na wielu polach między Brukselą a Polską.

„Wydaje się”? Związek między kwestiami praworządności w Polsce a cenami energii to są pana domysły czy fakty?

Z racji tego, że zajmuję się energetyką od lat, doradzam różnym spółkom, jeżdżę do Brukseli regularnie i to jest to, co słyszę od urzędników Komisji Europejskiej średniego szczebla. Mówią wprost, że Polsce nikt na rękę nie pójdzie. Komisja będzie się ściśle trzymać litery prawa, trochę na zasadzie strajku włoskiego. Skutek jest taki, że bank Crédit Agricole w przyszłym roku przewiduje w Polsce podwyżki cen energii na poziomie od 50 do 70 procent.

Dla kogo?

Dla wszystkich, ale skutki są oczywiście różne dla różnych grup. Pierwsza grupa to największy przemysł, który konsumuje najwięcej energii. Dla takich przedsiębiorstw podwyżka o kilkadziesiąt procent oznacza utratę konkurencyjności i upadek. To oznaczałoby katastrofę gospodarczą, dlatego rząd chce wypłacać tym przedsiębiorstwom rekompensatę, żeby utrzymać ich konkurencyjność. Środki na to mają pochodzić właśnie z funduszu modernizacyjnego na polską energetykę. To nie jest do końca głupie rozwiązanie, bo inne państwa niekiedy też tak robią – każde chce chronić swój przemysł. Pytanie, jaką część funduszu modernizacyjnego chcemy na rekompensaty przeznaczyć.

Druga grupa to mali i średni przedsiębiorcy. Jako że rząd nie ma w tej chwili dla nich żadnego rozwiązania, to przewiduję, że w przyszłym roku małe i średnie firmy w Polsce będą padać jak muchy. Pod presją cen energii.

kulturaliberalna.pl