czwartek, 13 czerwca 2019


100 godzin tygodniowo to 14 godzin pracy dziennie przez 7 dni. 80 godzin przekłada się na 13 godzin dziennie, z wolną niedzielą. Przy 60 godzinach sprawa wygląda trochę lepiej – wystarczy pracować 12 godzin przez 5 dni i weekend ma się wolny!

Tyle czasu spędzało w biurze wielu spośród kilku tysięcy pracowników firmy Rockstar przez tygodnie, miesiące, a nawet lata poprzedzające niedawną premierę „Red Dead Redemption 2”. Szlifowali każdy aspekt i szczegół gry (sławetnym przykładem stały się końskie jądra zmieniające rozmiar pod wpływem warunków pogodowych). Wszystko, by zapewnić graczom możliwie najbardziej immersyjne doświadczenie przebywania w cyfrowej wersji Dzikiego Zachodu. I cóż, udało im się – oj, jak bardzo się udało.

100-godzinnym tygodniem pracy – przedstawiając go jako godne podziwu poświęcenie twórców dla odbiorców – pochwalił się w wywiadzie dla serwisu „Vulture” Dan Houser, współzałożyciel Rockstara i główny scenarzysta gry. Wkrótce potem dziennikarz Jason Schreier, po serii wywiadów z byłymi i obecnymi pracownikami firmy, napisał dla serwisu „Kotaku” reportaż o ich doświadczeniach przy tworzeniu „Red Dead Redemption 2”. Choć nikt nie przyznał się do spędzania aż stu godzin tygodniowo w biurze, obraz kultury pracy w Rockstarze wcale nie wygląda dzięki temu lepiej: mordercze nadgodziny były na porządku dziennym, a do dobrego tonu należało przesiadywanie w pracy w weekendy, choćby po to, by pokazać się szefostwu. Skutki były łatwe do przewidzenia: wypalenie zawodowe, rozbite związki, problemy ze zdrowiem psychicznym, nałogi. Ach tak, również znakomita gra.

dwutygodnik.com

W latach 1924-1925 sytuacja gospodarcza w Niemczech stopniowo się poprawiała. Zagłębie Ruhry opuściły wojska francuskie i belgijskie, co oznaczało formalny powrót najbardziej uprzemysłowionego obszaru pod niemiecki zarząd. W celu możliwie najszybszego odrobienia strat w przemyśle i górnictwie zniesiono 8 godzinny dzień pracy. Dzięki temu Niemcy błyskawicznie stały się węglową potęgą (drugim najważniejszym producentem węgla w Europie i trzecim na świecie). W sierpniu 1924 r. koalicjanci uzgodnili nowe korzystniejsze dla Niemiec terminy spłat reparacji wojennych (tzw. plan Dawesa). Odblokowany został także dostęp do zagranicznych kredytów.

Zmiany następowały także w polityce handlowej Niemiec. W styczniu 1925 r. wygasły postanowienia traktatu wersalskiego, które zobowiązywały Niemcy do jednostronnego objęcia towarów pochodzących z państw Ententy (w tym Polski) klauzulą najwyższego uprzywilejowania (KNU). Odtąd Niemcy już samodzielnie prowadziły politykę handlową i przyznały klauzulę najwyższego uprzywilejowania na zasadzie wzajemności tym krajom, z którymi zawarły umowy handlowe. W latach 1923-1925 Niemcy zawarły takie umowy z blisko sześćdziesięcioma krajami. Polska była najważniejszym partnerem handlowym, z którym nie podpisano takiej umowy. Negocjacje polsko-niemieckie zakończyły się jedynie utrzymaniem dotychczasowych warunków przez pierwszą połowę 1925 r. Niemcy czekali bowiem na wygaśnięcie w końcu czerwca 1925 r. postanowień Konwencji o podziale Górnego Śląska, które gwarantowały Polsce eksport 6 mln ton węgla rocznie do Niemiec.

Na kilkanaście dni przed końcem obowiązywania bezcłowego handlu produktów górnośląskich, Niemcy zaproponowały import 1 mln ton węgla na dotychczasowych warunkach w zmian za przyjęcie politycznych warunków, które dotyczyły gwarancji praw własności dla obywateli niemieckich w Polsce (tzw. optantów) oraz częściowej korekty granic. Polska odrzuciła niemieckie żądania sprzeczne z postanowieniami traktatu wersalskiego. W efekcie Niemcy wprowadziły zakaz importu węgla z Górnego Śląska, a jednocześnie od początku lipca 1925 r. znacząco wzrosły niemieckie cła w imporcie polskich produktów (ze względu na wygaśnięcie KNU). W odpowiedzi Polska ogłosiła listę zakazanych towarów w imporcie z Niemiec. Niemcy nie pozostały dłużne. Eskalacja zakazów w handlu między Polską a Niemcami wydłużała się jeszcze z obu stron.

(...)

Polsko-niemiecka wojna handlowa była jedynym takim wydarzeniem w dwudziestoleciu międzywojennym. Niemcy, wykorzystując duże uzależnienie polskiej gospodarki (w 1924 r. na Niemcy przypadało 42 proc. polskiego eksportu), starały się w ten sposób doprowadzić do destabilizacji sytuacji gospodarczej i politycznej w Polsce, w tym przede wszystkim na Górnym Śląsku. Polska wprowadziła zakaz importu towarów, które z jednej strony miały istotne znaczenie w imporcie z Niemiec, z drugiej strony można je było względnie łatwo zastąpić importem z innych europejskich krajów, aby nie zakłóciło to funkcjonowania polskich przedsiębiorstw. W wyniku wojny celnej silnie ograniczony został import z Niemiec taboru kolejowego, produktów chemicznych, skór, obuwia, tkanin oraz przetworów zbożowych (mąki). Natomiast w eksporcie, obok węgla, niemieckie restrykcje były najbardziej dotkliwe dla żelaza i stali oraz wyrobów z cynku.

obserwatorfinansowy.pl

Jak zauważył analityk Banku BGŻ BNP Paribas Paweł Wyrzykowski zaraz po odzyskaniu niepodległości przez nasz kraj powołano do życia Główny Urząd Statystyczny, który trzy lata później opublikował pierwsze dane m.in. o polskim rolnictwie. Natomiast dane o wydatkach i spożyciu pochodzą z pierwszych badań budżetów rodzin robotniczych z 1927 r.

Z danych tych wynika, że tuż po I wojnie światowej najważniejszą uprawą w Polsce było żyto (a obecnie jest to pszenica). Jego powierzchnia upraw w sezonie 1921/1922 wynosiła 4,5 mln ha, co stanowiło 25 proc. powierzchni gruntów ornych w Polsce. Pszenica, z areałem upraw na poziomie nieco powyżej 1 mln ha, uplasowała się dopiero na czwartym miejscu. Znaczące są różnice w plonach tych zbóż, 100 lat temu plony żyta były o 64 proc. mniejsze, a pszenicy o 77 proc. Dodał że wówczas powierzchnia zasiewów w porównaniu z obecną była o ok. 2 mln ha większa.

Znacznie więcej uprawiano ziemniaków, ich uprawa wówczas zajmowała 2,2 mln ha, a w 2017 r. ziemniaki zajmowały areał ok. 320 tys. hektarów

Przez 100 lat znacznie spadło pogłowie koni. Ich pogłowie w 1921 r. wyniosło 3,2 mln sztuk i było 17 razy większe niż w 2017 r. Znacznie więcej było również owiec - 2,18 mln sztuk wobec zaledwie 260 tys. w 2017 r. W 1921 r. pogłowie bydła było zaś o 22 proc. większe od notowanego w 2017 r. Znacznie mniejsze było pogłowie trzody chlewnej, w 1921 r. ukształtowało się na poziomie 5,2 mln sztuk, czyli było ich o 45 proc. mniej niż w 2017 r. - zauważył Wyrzykowski.

Przemysł spożywczy był jednym z podstawowych działów przetwórstwa przemysłowego w Polsce po odzyskaniu niepodległości. Najsilniejszą gałęzią przemysłu spożywczego były cukrownie i rafinerie cukru, gdzie znajdowało zatrudnienie 36 tys. osób. Produkcja cukru surowego w sezonie 1922/1923 odbywała się w 70 fabrykach i wyniosła 315 tys. ton, w 2017 r. cukier wytwarzało osiemnaście zakładów, które zatrudniały 3,3 tys. osób wyprodukowało 2,3 mln t cukru białego.

W latach dwudziestych ubiegłego wieku wystąpiła w Polsce hiperinflacja. W styczniu 1923 r. najczęstsze dzienne wynagrodzenie rzemieślnika w Warszawie stanowiło równowartość 6,6 kg chleba bądź 12,7 l mleka lub 0,6 kg masła lub 1,9 kg wołowiny lub 72,6 kg ziemniaków. A miesiąc później za wynagrodzenie ze stycznia można było kupić już tylko 4,2 kg chleba, 7,4 l mleka, 1,3 kg wołowiny lub 29,4 kg ziemniaków.

Warto też zauważyć, że 100 lat temu wydatki na żywność stanowiły prawie 60 proc. wydatków ogółem - podkreślił analityk. Pierwsze badania rodzin robotniczych przeprowadzono w 1927 r. w czterech ośrodkach przemysłowych (Warszawie, Łodzi, Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku). Przeciętnie w rodzinie robotniczej w tym okresie przebywało 4,94 osób. Dla porównania, w gospodarstwach domowych pracowników w 2017 r. średnia liczba osób wyniosła 3,09.

W 1927 r. w rodzinach robotniczych wydatki na zakup żywności stanowiły 59,7 proc. wszystkich wydatków takiej rodziny. Obecnie gospodarstwo domowe osób pracowniczych na żywność i napoje bezalkoholowe przeznacza 23 proc. swoich wszystkich wydatków.

W 1927 r. najwięcej pieniędzy wydawano na pieczywo i mąkę, te zakupy stanowiły 31,2 proc. wszystkich wydatków na żywność. Drugą najważniejszą pozycję stanowiły mięso i ryby (16,3 proc. wydatków na żywność), a trzecią wydatki na tłuszcze (bez masła, 11 proc.). Wydatki na mleko stanowiły 8 proc., na ziemniaki i cukier po 6 proc.

Podstawą diety był chleb i ziemniaki. W 1927 r. jedna osoba w rodzinach robotniczych spożywała aż 104 kg chleba i 175 kg ziemniaków. W 2017 r. osoba w gospodarstwie domowym pracowników konsumowała 40 kg pieczywa i 38 kg ziemniaków.

Mięsa jadano mniej niż obecnie i najczęściej była to wołowina. W 1927 r. w rodzinach robotniczych stanowiła ona 2/3 konsumowanego mięsa ogółem. Przeciętnie jedna osoba rocznie spożywała 12,3 kg wołowiny, 4,4 kg wieprzowiny i tylko 0,3 kg drobiu. Teraz struktura spożycia mięsa jest zupełnie inna.

Obecnie drób jest podstawowym mięsem spożywanym w gospodarstwach domowych. W 2016 r. jedna osoba skonsumowała rocznie 16,8 kg mięsa drobiowego rocznie, 14,0 kg wieprzowiny i zaledwie ok. 1 kg wołowiny - podsumował Wyrzykowski. (PAP)

naukawpolsce.pap.pl

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

krytykapolityczna.pl