wtorek, 30 marca 2021


Chiny od dłuższego czasu dążą do uniezależnienia się od zewnętrznych dostawców układów scalonych, a sankcje wprowadzone przez administrację Donalda Trumpa drastycznie ten proces przyspieszyły. Odcięty od wielu dostaw gigant zdecydował się na wpompowanie w gospodarkę absurdalnych ilości pieniędzy oraz hurtowy zakup starszych, przestarzałych maszyn do litografii, które pozwolą przetrwać trudny okres. Według niezależnych źródeł sam ASML sprzedał Chinom maszyny do produkcji chipów w litografii DUV (deep ultraviolet lithography) o wartości 1,2 miliarda dolarów, a Japońskie koncerny pozbywają się swoich przestarzałych maszyn żądając za każdą sztukę około miliona dolarów.

Zakupione maszyny mają pozwolić na wytwarzanie chipów w procesie 14nm-28nm w ilości niezbędnej do zachowania ciągłości funkcjonowania najważniejszych sektorów gospodarki.

W tzw. międzyczasie chiński SIMC buduje olbrzymie fabryki mikroprocesorów wytwarzanych na 300mm waflach krzemowych oraz inwestuje w rozwój technologii, które byłyby niezależne od amerykańskich patentów i mogły konkurować z IP największych gigantów na rynku. Większość z tych inwestycji wspiera rząd Chin, który do 2025 roku przeznaczy na R&D ponad 155 miliardów dolarów, a w sumie na modernizację gospodarki chce wydać astronomiczne 1,4 biliona dolarów. I nie są to jedynie papierowe obietnice, którymi często raczą nas rodzimi politycy - w samym tylko 2019 roku rząd przekazał Zhaoxin, Huawei i SMIC około 29 miliardów dolarów na rozwój technologii i zakup maszyn do wytwarzania układów scalonych.

Celem polityki o roboczej nazwie „3-5-2” jest wyeliminowanie z kluczowej infrastruktury sprzętu i oprogramowania zachodnich firm i zastąpienie go rodzimymi rozwiązaniami. Chodzi przede wszystkim o zaspokojenie potrzeb własnego rynku. Aktualnie chińskie podmioty produkują nieco ponad 20% potrzebnych układów scalonych, a rząd chce, by do końca 2025 roku wskaźnik ten wynosił ponad 70%. Gra idzie o dużą stawkę, bo w 2020 roku na rynek trafiło ponad 543 miliardów sztuk procesorów o łącznej wartości 350 miliardów dolarów, a ich ilość sukcesywnie rośnie.

twojepc.pl

Choć głównym bogactwem Grenlandii są ryby (rybołówstwo generuje 90% eksportu), to wzrasta zainteresowanie jej surowcami mineralnymi. Jest ono efektem globalnego ocieplenia, ułatwiającego ich eksploatację, oraz dążenia niektórych państw do dywersyfikacji łańcuchów dostaw strategicznych minerałów. Na wyspie znajdują się znaczne zasoby metali (w tym ziem rzadkich i uranu) i złoża naftowo-gazowe. Mimo że Nuuk opiera strategię rozwoju gospodarczego na planach ich wydobycia, to miejscowe górnictwo jest z różnych względów jeszcze w powijakach. Militarne znaczenie Grenlandii wynika z jej położenia. W przypadku wojny tamtejsze lotniska i porty mogłyby być przydatne w przerzucie sił USA i Kanady do Europy. Wyspa zapewnia też dodatkowe możliwości śledzenia aktywności wojskowej Rosji na Oceanie Arktycznym i zwalczania jej okrętów podwodnych przenikających na Północny Atlantyk przez korytarz morski między Grenlandią a Islandią. Na wyspie zlokalizowana jest też ważna stacja radiolokacyjna USA. W przyszłości grenlandzkie porty mogą odgrywać istotną rolę w handlu. Wiele prognoz przewiduje, że topnienie Arktyki przyniesie rozkwit tamtejszych szlaków morskich – najkrótszego połączenia pomiędzy Azją Wschodnią, Europą i wschodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych. Wzdłuż Grenlandii przebiegają dwie z trzech perspektywicznych tras – Przejście Północno-Zachodnie i Transpolarna Droga Morska. Rozwój żeglugi w tym regionie skutkowałby inwestycjami w infrastrukturę do jej obsługi i kontroli na Grenlandii oraz zwiększoną aktywnością marynarek wojennych. „Zielona wyspa” to wreszcie jeden z ważnych punktów na mapie kryzysu klimatycznego jako obszar najsilniej wpływający na podnoszenie się poziomu oceanów. Społeczność międzynarodowa z niepokojem monitoruje i bada tempo topnienia tamtejszego lądolodu, pokrywającego 81% jej terytorium.

W ostatnich trzech latach Stany Zjednoczone zaktywizowały swoje podejście do Arktyki, przechodząc od braku większego zainteresowania regionem do ujęcia go w polityce globalnego powstrzymywania Chin i Rosji. Przyjęte w latach 2019–2021 strategie arktyczne resortu obrony i poszczególnych rodzajów sił zbrojnych definiują Arktykę jako obszar „o wielkim znaczeniu geostrategicznym i dla globalnej projekcji siły” (na kierunkach azjatyckim i europejskim) oraz „kluczowy dla bezpieczeństwa narodowego” – związany bezpośrednio z obroną terytorium USA. Grenlandia odgrywa istotną rolę w tych dokumentach. Dotyczy to zarówno projekcji siły militarnej dzięki portom i lotniskom na jej terytorium, jak i systemów wczesnego ostrzegania oraz łączności satelitarnej. Na wyspie – w Thule – znajduje się najbardziej na północ wysunięta stacja radiolokacyjna systemu wczesnego ostrzegania przed międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi (z lotniskiem i portem). Pozostałe cztery radary tego typu umieszczono w USA (trzy) i Wielkiej Brytanii (jeden). USA pozyskują tam też cenne dane meteorologiczne. W przyszłości tamtejsze instalacje wojskowe mogłyby posłużyć Stanom Zjednoczonym do wzmocnienia nadzoru nad przejściem morskim między wyspą a Islandią (część tzw. GIUK) czy kontroli żeglugi transpolarnej, która według amerykańskich szacunków za 20–30 lat może zrewolucjonizować światowy handel. USA prognozują narastanie rywalizacji o kontrolę zasobów i szlaków morskich w Arktyce i obawiają się dalszego rozszerzania rosyjskiej obecności wojskowej i wpływów Chin w regionie. Amerykańskie dyskusje wskazują, że dodatkowa aktywność militarna Stanów Zjednoczonych na Grenlandii mogłaby objąć częstsze patrole morskie, magazynowanie sprzętu dla piechoty morskiej do zwalczania aktywności podwodnej (w ramach nowej koncepcji rozwoju US Marines) czy przygotowanie baz dla okrętów podwodnych i samolotów P-8 i F-35.

W ostatnich latach Waszyngton zainwestował więc we współpracę polityczno-gospodarczą z Grenlandią. Motywowane jest to m.in. obawami związanymi z chińskimi planami inwestycji w infrastrukturę podwójnego zastosowania na wyspie, czyli taką, którą ChRL mogłaby wykorzystać zarówno do celów cywilnych, jak i wojskowych (np. do działań wywiadowczych wymierzonych w miejscowe amerykańskie instalacje wojskowe, a nawet w terytorium USA). Dla Stanów Zjednoczonych przekroczeniem czerwonej linii okazała się perspektywa wygrania przetargu na rozbudowę lotnisk na Grenlandii (2018) przez państwową firmę China Communications Construction Company (CCCC), zaangażowaną w różne projekty chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku. Departament Obrony wywarł wówczas presję na Danię i ta udaremniła inwestycję, która cieszyła się poparciem władz w Nuuk. Równocześnie w Waszyngtonie dojrzewała nowa agenda wobec Grenlandii, nieograniczająca się do blokowania chińskich firm. W kwietniu 2020 r. Departament Stanu przeznaczył dla wyspy 12,1 mln dolarów na wspólne projekty w turystyce, górnictwie i edukacji. Kwota ta nie jest imponująca, ale może zapoczątkować szerszą współpracę rozwojową USA i Grenlandii (dla porównania UE w latach 2014–2020 wsparła edukację na wyspie kwotą 216 mln euro). Następnie w czerwcu ub.r. Amerykanie otworzyli zamknięty w 1953 r. konsulat w Nuuk, a wkrótce potem Departament Stanu powołał koordynatora ds. Arktyki, do którego zadań należy rozwój relacji z Grenlandią. Ukoronowaniem dyplomatycznej ofensywy Waszyngtonu było podpisanie przez Stany Zjednoczone, Danię i Grenlandię w październiku 2020 r. kompleksowego porozumienia dotyczącego funkcjonowania bazy w Thule, inwestycji i handlu, energetyki i górnictwa, edukacji, turystyki i ochrony środowiska. Dzięki tym działaniom Amerykanom udało się przykryć falstart nowej polityki wobec wyspy, czyli powrót do pomysłu jej zakupu w 2019 r. W 1917 r. USA, w obawie przed ekspansją niemiecką, nabyły od Danii tzw. Duńskie Indie Zachodnie – dzisiejsze Wyspy Dziewicze. W 1946 r. proponowały jej 100 mln dolarów za Grenlandię, nad którą sprawowały faktyczną kontrolę w czasie II wojny światowej (rozbudowując infrastrukturę wojskową i ochraniając transporty strategicznych minerałów). Oferta została jednak odrzucona.

osw.waw.pl

Daegu stanowiło ważny ośrodek handlowy za czasów imperium japońskiego. Przedsiębiorczy koreańscy handlarze i biznesmeni wykorzystywali położenie miasta przy zalążku sieci kolejowej kraju i zdobywali fortuny na potężnych plecach swoich panów. Zdumiała mnie obojętność związana z domem założyciela Samsunga.

Chodziłem przez ponad godzinę na przenikliwym wietrze po zaniedbanej dzielnicy przemysłowej.

– Szukam domu Lee Byung-chula – zagadywałem przypadkowych przechodniów, wskazując na mapę, która nie podawała dokładnego adresu, a jedynie przybliżoną lokalizację. Mój GPS nie wskazywał dokładnego położenia domu i nikt nie wiedział, o czym mówię.

– Lee Byung-chul. Ten z Samsunga.

Kolejne wzruszenia ramionami.

A potem mi się poszczęściło.

– A tak, Lee Byung-chul, założyciel Samsunga! Ale pan jest z zagranicy. Czemu interesuje się pan Samsungiem? – spytała mnie po angielsku drobna kobieta w średnim wieku z trwałą – w języku koreańskim mówi się o nich ajumma. Przedstawiła się jako profesor miejscowego uniwersytetu.

– To globalna marka – wyjaśniłem. – W tych czasach wiele ludzi się nią interesuje.

– To przede wszystkim rdzennie koreańska firma, nie globalna – oznajmiła, po czym wskazała wzrokiem właściwy kierunek. – To tamten – powiedziała, zwracając moją uwagę w stronę tradycyjnego, skromnego domu z zakrzywionym, drewnianym dachem, stojącego pośród niskich, zrujnowanych apartamentowców. – Moja mama go znała.

Brama była zamknięta. W środku nie było nikogo.

– Musi pan zrozumieć, że w Korei, gdy myślimy o Samsungu, myślimy o przyszłości – powiedziała. – Nie o historii. Historia jest haniebna. Dlatego w Daegu zauważy pan, że historia została pogrzebana bardzo głęboko.

Wezwała dla mnie taksówkę.

– Powiem kierowcy, żeby zawiózł pana w miejsce, gdzie powstała pierwsza firma Samsunga. „Samsung Sanghoe”, tak na nią mówiliśmy. Sprzedawali warzywa. Teraz robią smartfony.

(...)

Zaibatsu należały do największych i najpotężniejszych korporacji na świecie. Były to przemysłowe i finansowe konglomeraty zarządzane przez rodzinne dynastie, które w ciągu 50 lat przekształciły pogrążoną w stagnacji Japonię w światową potęgę. Jedna z takich grup, Mitsui, byłą największym prywatnym zakładem na świecie w trakcie drugiej wojny światowej, zatrudniającym milion Azjatów spoza Japonii. Zaibatsu były podziwiane za ogromne bogactwo i prestiż przynoszony krajowi, lecz także krytykowane za zbyt wielką władzę. Wsadzały polityków na wysokie stanowiska, wyznaczały kurs całemu narodowi i bogaciły się niesłychanie dzięki trwającej wojnie.

(...)

W 1947 roku przeniósł się do Seulu, stolicy Korei, by rozpocząć budowę ogólnokrajowej firmy. W lutym 1950 roku odwiedził zniszczone Tokio, w którym – podczas wizyty w salonie fryzjerskim – doznał olśnienia.

„Japończycy powinni być całkowicie pognębieni wojenną przegraną, ale fryzjer żył dalej spokojnie, podążając swoją własną ścieżką – pisał. – Byłem pod wrażeniem jego wysokiej etyki pracy”.

B.C. podziwiał elastyczność Japończyków. Nowe pokolenie japońskich przedsiębiorców po przeszkoleniu wojskowym pracowało w zniszczonych przez bomby biurach i eksperymentowało z nowymi technologiami, które w kolejnych dekadach przyniosły im światowy sukces pod szyldem takich firm jak: Sony, Toyota czy Honda. Te nowe firmy nazwano keiretsu. Nie zawsze były prowadzone przez rodziny, ale przez wspólnoty kapitałowe firm skupione wokół prywatnego banku, co stanowiło przełom w japońskiej tradycji biznesowej. Decydowały się na przyjęcie modelu korporacji keiretsu („grupa”), bo amerykański rząd wojskowy zakazał tworzenia holdingów, usiłując odsunąć od wpływów rodziny prowadzące zaibatsu.

Również Korea Południowa wprowadziła zakaz tworzenia spółek holdingowych, ale jej biznesowi liderzy byli zdeterminowani, by utrzymać znaną z zaibatsu odgórną władzę rodzinną. Przyjęli więc zasadę krzyżowego akcjonariatu, znaną z nowszych, japońskich keiretsu, i znaleźli luki w prawie, by przekazywać te udziały swoim dzieciom na zasadzie darowizn i fuzji wewnątrz swoich imperiów biznesowych.

(...)

W latach 50. w odniesieniu do rodzinnych imperiów, takich jak Samsung czy Hyundai, zaczęto powszechnie używać słowa czebol (chaebol) oznaczającego „klan bogaczy”. Chińskie znaki tworzące to koreańskie słowo są takie same jak te w japońskim słowie zaibatsu oznaczającym konglomeraty rządzące japońskim przemysłem przed drugą wojną światową.

onet.pl

Równość stanowi być może podstawę komunistycznej ideologii, ale w rzeczywistości wszystkie państwa komunistyczne zbudowały skomplikowane hierarchiczne układy. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że większość reżymów totalitarnych żyje w nieustannym strachu przed rzeczywistymi lub wyimaginowanymi wrogami i tym właśnie uzasadnia potrzebę budowy społeczeństwa według wzorców militarnych. Należało bez pytania wykonywać rozkazy: „każdy urzędnik jest kowadłem dla swoich przełożonych i młotem dla swoich podwładnych”. Ponadto gospodarka nakazowa prowadziła rozdział towarów i usług według potrzeb, a nie popytu. Potrzebom różnych grup partia przypisywała różne priorytety, zależnie od tego, czy kraj bronił granic przed potęgami imperialistycznymi, czy zajmował się budową komunistycznej przyszłości. W Chińskiej Republice Ludowej dostęp do żywności, towarów i usług wynikał głównie z systemu rejestracji gospodarstw domowych, co mniej więcej odpowiadało wewnętrznym paszportom, ustanowionym w grudniu 1932 roku w Związku Radzieckim. System chiński wprowadzono w miastach w 1951 roku, rozszerzono na tereny wiejskie w 1955 roku, a stał się on prawem w 1958 roku, wówczas gdy rolników zmuszano do przystąpienia do komun. Dzielił członków społeczeństwa na dwa osobne światy, klasyfikując ich jako mieszkańców miast (jumin) lub chłopów (nongmin). Status nadany przez system rejestracji dziedziczyło się po matce, co oznaczało, że nawet jeśli dziewczyna ze wsi wyszła za mąż za mieszkańca miasta, ona i jej dzieci pozostawali wieśniakami.

System rejestracji gospodarstw domowych był fundamentem gospodarki planowej. Skoro państwo zajmowało się rozdziałem dóbr, musiało mieć jakieś pojęcie o potrzebach różnych sektorów gospodarki. Gdyby duże grupy ludzi zupełnie swobodnie przemieszczały się w kraju z miejsca na miejsce, zagroziłoby to wielkościom produkcji i wykresom dystrybucji, tak starannie opracowanym przez planistów na szczeblu centralnym. Inną funkcją systemu było związanie rolników z ziemią i tym samym zapewnienie taniej siły roboczej gospodarstwom kolektywnym, z których zabierano nadwyżki, by zapłacić za uprzemysłowienie kraju. Chłopów potraktowano jak dziedziczną kastę, pozbawioną przywilejów należnych mieszkańcom miast, a obejmujących subsydiowane budownictwo mieszkaniowe, przydziały żywności, dostęp do usług zdrowotnych i oświatowych oraz zasiłek inwalidzki. Podczas klęski głodu państwo porzuciło rolników, by sami o siebie zadbali.

Między miastem a wsią wzniesiono mur. Równie ważny podział przebiegał między zwykłymi ludźmi a członkami partii. Wewnątrz partii zaś – tak samo jak w wojsku – skomplikowana hierarchia dodatkowo określała przywileje, do jakich dana osoba miała prawo: od wielkości przydziału zbóż, cukru, oleju, mięsa, dzikiego ptactwa, ryb i owoców po jakość dóbr trwałych, mieszkania, opieki zdrowotnej i dostępu do informacji. Nawet jakość papierosów różnicowano zależnie od rangi. (...)

Na samym szczycie stało kierownictwo partyjne, dysponujące specjalnymi rezydencjami ukrytymi za wysokimi murami, mające całodobową ochronę i samochody z szoferami. Wraz z rodzinami zaopatrywało się w specjalnych sklepach z dobrymi towarami po obniżonych cenach. Wyznaczone gospodarstwa dostarczały dla nich wysokiej jakości warzywa, czerwone mięso, kurczaki i jajka, które sprawdzano pod względem świeżości i obecności trucizn, zanim wyznaczona osoba ich spróbowała. Dopiero wówczas serwowano żywność przywódcom w stolicy i w prowincjach. Nad wszystkimi stał Mao, mieszkający w przepychu obok Zakazanego Miasta, dawnej siedziby cesarzy. Miał sypialnię wielkości sali balowej. W każdej prowincji i większym mieście do jego dyspozycji pozostawały luksusowe wille z utrzymywanymi cały rok kucharzami i personelem. Na samym dole drabiny znajdowały się miliony osób zamkniętych w obozach pracy umiejscowionych w regionach o najsurowszym klimacie, od mroźnych równin Mandżurii po suche pustynie Gansu. Więźniów całymi latami zmuszano do tłuczenia kamieni, kopania węgla, noszenia cegieł lub orania pustyni, bez możliwości odwołania się do sądu.

Frank Dikotter - Wielki głód