Daegu stanowiło ważny ośrodek handlowy za czasów imperium japońskiego. Przedsiębiorczy koreańscy handlarze i biznesmeni wykorzystywali położenie miasta przy zalążku sieci kolejowej kraju i zdobywali fortuny na potężnych plecach swoich panów. Zdumiała mnie obojętność związana z domem założyciela Samsunga.
Chodziłem przez ponad godzinę na przenikliwym wietrze po zaniedbanej dzielnicy przemysłowej.
– Szukam domu Lee Byung-chula – zagadywałem przypadkowych przechodniów, wskazując na mapę, która nie podawała dokładnego adresu, a jedynie przybliżoną lokalizację. Mój GPS nie wskazywał dokładnego położenia domu i nikt nie wiedział, o czym mówię.
– Lee Byung-chul. Ten z Samsunga.
Kolejne wzruszenia ramionami.
A potem mi się poszczęściło.
– A tak, Lee Byung-chul, założyciel Samsunga! Ale pan jest z zagranicy. Czemu interesuje się pan Samsungiem? – spytała mnie po angielsku drobna kobieta w średnim wieku z trwałą – w języku koreańskim mówi się o nich ajumma. Przedstawiła się jako profesor miejscowego uniwersytetu.
– To globalna marka – wyjaśniłem. – W tych czasach wiele ludzi się nią interesuje.
– To przede wszystkim rdzennie koreańska firma, nie globalna – oznajmiła, po czym wskazała wzrokiem właściwy kierunek. – To tamten – powiedziała, zwracając moją uwagę w stronę tradycyjnego, skromnego domu z zakrzywionym, drewnianym dachem, stojącego pośród niskich, zrujnowanych apartamentowców. – Moja mama go znała.
Brama była zamknięta. W środku nie było nikogo.
– Musi pan zrozumieć, że w Korei, gdy myślimy o Samsungu, myślimy o przyszłości – powiedziała. – Nie o historii. Historia jest haniebna. Dlatego w Daegu zauważy pan, że historia została pogrzebana bardzo głęboko.
Wezwała dla mnie taksówkę.
– Powiem kierowcy, żeby zawiózł pana w miejsce, gdzie powstała pierwsza firma Samsunga. „Samsung Sanghoe”, tak na nią mówiliśmy. Sprzedawali warzywa. Teraz robią smartfony.
(...)
Zaibatsu należały do największych i najpotężniejszych korporacji na świecie. Były to przemysłowe i finansowe konglomeraty zarządzane przez rodzinne dynastie, które w ciągu 50 lat przekształciły pogrążoną w stagnacji Japonię w światową potęgę. Jedna z takich grup, Mitsui, byłą największym prywatnym zakładem na świecie w trakcie drugiej wojny światowej, zatrudniającym milion Azjatów spoza Japonii. Zaibatsu były podziwiane za ogromne bogactwo i prestiż przynoszony krajowi, lecz także krytykowane za zbyt wielką władzę. Wsadzały polityków na wysokie stanowiska, wyznaczały kurs całemu narodowi i bogaciły się niesłychanie dzięki trwającej wojnie.
(...)
W 1947 roku przeniósł się do Seulu, stolicy Korei, by rozpocząć budowę ogólnokrajowej firmy. W lutym 1950 roku odwiedził zniszczone Tokio, w którym – podczas wizyty w salonie fryzjerskim – doznał olśnienia.
„Japończycy powinni być całkowicie pognębieni wojenną przegraną, ale fryzjer żył dalej spokojnie, podążając swoją własną ścieżką – pisał. – Byłem pod wrażeniem jego wysokiej etyki pracy”.
B.C. podziwiał elastyczność Japończyków. Nowe pokolenie japońskich przedsiębiorców po przeszkoleniu wojskowym pracowało w zniszczonych przez bomby biurach i eksperymentowało z nowymi technologiami, które w kolejnych dekadach przyniosły im światowy sukces pod szyldem takich firm jak: Sony, Toyota czy Honda. Te nowe firmy nazwano keiretsu. Nie zawsze były prowadzone przez rodziny, ale przez wspólnoty kapitałowe firm skupione wokół prywatnego banku, co stanowiło przełom w japońskiej tradycji biznesowej. Decydowały się na przyjęcie modelu korporacji keiretsu („grupa”), bo amerykański rząd wojskowy zakazał tworzenia holdingów, usiłując odsunąć od wpływów rodziny prowadzące zaibatsu.
Również Korea Południowa wprowadziła zakaz tworzenia spółek holdingowych, ale jej biznesowi liderzy byli zdeterminowani, by utrzymać znaną z zaibatsu odgórną władzę rodzinną. Przyjęli więc zasadę krzyżowego akcjonariatu, znaną z nowszych, japońskich keiretsu, i znaleźli luki w prawie, by przekazywać te udziały swoim dzieciom na zasadzie darowizn i fuzji wewnątrz swoich imperiów biznesowych.
(...)
W latach 50. w odniesieniu do rodzinnych imperiów, takich jak Samsung czy Hyundai, zaczęto powszechnie używać słowa czebol (chaebol) oznaczającego „klan bogaczy”. Chińskie znaki tworzące to koreańskie słowo są takie same jak te w japońskim słowie zaibatsu oznaczającym konglomeraty rządzące japońskim przemysłem przed drugą wojną światową.
onet.pl