poniedziałek, 3 lipca 2023


Podstawowym problem dla zarządu spółki jest ustalenie, kto i na czyje polecenie zainstalował szpiegowskie oprogramowanie oraz jakie informacje wyciekały i dokąd. Prezes Łysakowski wzywa więc do siebie administratorów systemu informatycznego Nitro-Chemu.

Osobom z zewnątrz może się wydawać, że w tak ważnej dla bezpieczeństwa państwa i NATO spółce dział informatyczny składa się z wielu specjalistów o wysokich kwalifikacjach z zakresu informatyki i ochrony bezpieczeństwa danych. W rzeczywistości jest to dwóch ludzi, Krzysztof M. i Radosław N., z których żaden nie posiada wykształcenia informatycznego. Co więcej, ich umowy o pracę nie zawierały klauzuli o poufności lub odpowiedzialności za ujawnianie poufnych informacji.

Dział informatyczny był niczym innym jak małym, zagraconym pokoikiem. — Ile razy tam przychodziłem, tyle razy zaskakiwał mnie straszny nieporządek — mówi nam jeden z pracowników. — Pomieszczenie było zawalone dyskami, kablami, obudowami komputerów. Oni chyba tym handlowali.

Kolejny dodaje: — Wiem, że pracownicy firmy, którzy przychodzili do kanciapy informatyków w prywatnych sprawach, nie mieli problemu z nabyciem urządzeń, które były im potrzebne.

Podczas spotkania prezesa z informatykami, pierwsza część problemu, czyli ustalenie kto i na czyje polecenie zainstalował program VNC Server zostaje dość szybko rozwiązana. Obaj przyznali, że to oni zainstalowali program szpiegowski.

Młodszy z nich twierdził, że zrobił to na polecenie głównego informatyka. Główny w pisemnym oświadczeniu przyznał zaś, że instalowali program na zlecenie poprzedniego prezesa Nitro-Chemu, Krzysztofa Kozłowskiego oraz Karoliny Szober, dyrektor finansowej.

Zatem o szpiegowskim oprogramowaniu — jak wynika z oświadczenia głównego informatyka Nitro-Chemu — wiedział, poprzedni prezes tej firmy i dyrektor finansowa. Nie wiedział zaś, co też w oświadczeniu napisał informatyk, obecny zarząd bydgoskiej spółki na czele z prezesem Łysakowskim. Tymczasem to oni byli szpiegowani.

Co więcej, kiedy Andrzej Łysakowski objął stanowisko prezesa Nitro-Chemu w sierpniu 2020 r., otrzymał nowy komputer, na którym został zainstalowany program szpiegujący. A wtedy zlecający to Krzysztof Kozłowski był jedynie jego zastępcą.

Zanim w połowie kwietnia 2017 r. Krzysztof Kozłowski został prezesem Nitro-Chemu razem z bratem przez wiele lat prowadził w Białych Błotach niedaleko Bydgoszczy firmę Akwarystyka Morska "Idolek". Specjalizowała się w morskich rybkach, świadczyła też usługi z zakresu doradztwa, projektowania i zakładania akwariów.

Kozłowski z wykształcenia jest technologiem drewna i inżynierem budownictwa. Pracował też w zakładzie produkującym meble biurowe i był dyrektorem firmy Liber, zajmującej się obróbką metali.

Drzwi do Nitro-Chemu otworzyły mu jednak bliskie związki z politykami obecnej władzy. Kozłowski początkowo angażował się w działalność Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Był asystentem posła tej partii, Tadeusza Cymańskiego.

Zawrotną karierę w spółkach skarbu państwa Kozłowski zawdzięcza jednak bydgoskiemu posłowi PiS, Bartoszowi Kownackiemu. Kiedy w listopadzie 2015 r. został on wiceministrem w kierowanym przez Antoniego Macierewicza resorcie obrony narodowej, intratne posady w spółkach zbrojeniowych zaczęli dostawać jego bydgoscy współpracownicy. Jednym z nich był właśnie Kozłowski, który najpierw trafił do rady nadzorczej Nitro-Chemu, by po kilku miesiącach awansować na prezesa tej firmy.

Wtedy właśnie Kozłowski zatrudnił swoją znajomą z Białych Błot Karolinę Szober. Zanim została ona dyrektor finansową firmy liczącej pół tysiąca ludzi, pracowała jako księgowa w wiejskiej szkole w podbydgoskiej miejscowości.

Bartosz Kownacki na początku 2018 r. stracił ministerialne stanowisko, kiedy z rządu został odwołany Macierewicz. Zachwiała się wówczas także pozycja Kozłowskiego w Nitro-Chemie. Mimo problemów z zarządzaniem i kiepskich wyników finansowych zdołał się on jednak utrzymać na fotelu prezesa aż do 2020 r.

Wiosną tego roku został rozpisany konkurs na stanowisko prezesa Nitro-Chemu. Wygrał Andrzej Łysakowski, absolwent Akademii Sztuki Wojennej (w przeszłości – Akademia Obrony Narodowej). Ukończył też studia menedżerskie w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz studia MBA w Collegium Humanum Szkoły Głównej Menedżerskiej. Od 2017 r. pełnił funkcję prezesa i dyrektora naczelnego Wojskowych Zakładów Inżynieryjnych z siedzibą w Dęblinie.

Nawet wówczas Kozłowski nie pożegnał się na dobre z Nitro-Chemem. Polityczni protektorzy zdołali go uratować, choć sprawował już tylko funkcję wiceprezesa.

Łysakowski pełną parą zabrał się za naprawianie kondycji firmy po swoim poprzedniku. W pierwszym, naprawczym roku udało mu się ustabilizować sytuację finansową spółki mimo dużych inwestycji m.in. w infrastrukturę. W kolejnym roku, pod jego rządami Nitro-Chem po raz pierwszy od lat wypracował zysk.

W maju 2022 r. rada nadzorcza w końcu zdołała odwołać Kozłowskiego. Miesiąc później do Łysakowskiego dołączył Wojciech Kotlarek, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, Szkoły Głównej Handlowej oraz studiów podyplomowych "Zarządzanie wartością firmy". Kotlarek pracował też w strukturach PKN ORLEN i grupie LOTOS.

(...)

Trudno się więc dziwić, że na pierwszym posiedzeniu rady nadzorczej Nitro-Chemu po otrzymaniu raportu prezes Łysakowski w imieniu zarządu informuje jej członków, że zwolnił informatyków pracujących w firmie. Dodał, że zamierza zwolnić również ich szefową — dyrektor finansową, Karolinę Szober, gdyż to m.in. na jej polecenie instalowali oni szpiegowskie oprogramowanie.

Zarząd zapowiedział również członkom rady nadzorczej, że planuje zlecenie kolejnego audytu, który ma wykazać, jakie dokumenty i dokąd wyciekły z komputerów firmy.

Rada obradowała w połowie listopada. Dlatego zarząd Nitro-Chemu ze zdziwieniem przyjął informację, że kolejne posiedzenie odbędzie się już miesiąc później.

Dwa dni przed wigilią, 22 grudnia, do Nitro-Chemu ponownie przyjechali członkowie rady. W agendzie posiedzenia prezes Łysakowski i wiceprezes Kotlarek znaleźli zaskakujący punkt: "zmiany w zarządzie".

Pracownicy firmy wspominają, że tamtego dnia prezes i wiceprezes byli kilkukrotnie wzywani na posiedzenie, aby składać wyjaśnienia. Jak twierdzą nasi informatorzy, członkowie rady pochwalili nawet zarząd za wyciągnięcie firmy z kryzysu finansowego. Pochwałom trudno się zresztą dziwić. Jeszcze rok wcześniej, po poprzednim prezesie Kozłowskim spółka była ponad 7 mln zł na minusie i notowała prawie 40-procentowe straty. W tym roku już w listopadzie była ponad 15 mln na plusie po wykonaniu 113 proc. założonego planu.

Zaraz jednak po pochwałach rada nadzorcza poinformowała Łysakowskiego i Kotlarka, że zostali odwołani. Mało tego, odwołanie prowadzone było w trybie natychmiastowym.

Łysakowski nie mógł nawet wrócić do swojego biura, żeby zabrać choćby prywatne rzeczy. Na miejscu musiał zostawić wszelkie przepustki i klucze, również do służbowego auta.

Zakłady Nitro-Chem znajdują się na dalekich obrzeżach Bydgoszczy. Prezes musiał na własną rękę szukać transportu do domu. — Kiedy opuszczał teren zakładu, na bramie został przeszukany, tak jakby był o coś podejrzany — wspominają pracownicy.

Ani Łysakowski, ani Kotlarek do dziś nie poznali oficjalnych powodów odwołania.

Kiedy Łysakowski opuszczał Nitro-Chem, na stanowisko pełniącego obowiązki prezesa rada nadzorcza powołuje jednego ze swoich członków, Rafała Mendlika. Z wykształcenia jest on prawnikiem, jednak przez ostatnie 25 lat był pracownikiem produkcji w Nitro-Chemie. Doszedł tam do stanowiska mistrza. — To nie jest wysokie stanowisko. Nad nim jest jeszcze kierownik i dyrektor — informują nas pracownicy zakładu. Mendlik nie posiada też doświadczenia menedżerskiego.

onet.pl

O zwolnieniach w wielkich firmach technologicznych z Doliny Krzemowej nie dało się w ostatnim czasie nie usłyszeć. Ogłaszane w coraz to kolejnych korporacjach cięcia personelu najczęściej obejmują nawet kilkanaście tysięcy osób jedniocześnie i jest o nich wyjątkowo głośno w mediach. Dla przykładu, technologiczny serwis TechCrunch odpalił kilka dni temu stronę internetową z "licznikiem zwolnień" w braży tech. Wynika z niego, że tylko od stycznia do maja br. pracę straciło ponad 190 tys. osób. Najwięcej w styczniu (prawie 85 tys.), a najmniej w maju (13,3 tys.). Jak wynika z licznika layoffs.fyi liczba zwolnionych od początku roku w spółkach tech przekroczyła już 202 tys. pracowników (203,8 tys. osób z 754 firmach).

Za takie liczby odpowiadają przede wszystkim najpotężniejsze korporacje świata tech z Amazonem, Metą, Microsoftem i Alphabetem na czele. Dla przykładu w samym tylko styczniu pierwsza z tych firm pozbyła się 18 tys. z zatrudnionych, właściciel Google pożegnał 12 tys. osób, a firma odpowiedzialna za Windowsa musiała rozstać się z 10 tys. pracowników. Zwolnienia, choć na mniejszą skalę, są jednak widoczne również w mniejszych firmach technologicznych - np. w Yahoo, Twitterze, Dellu, PayPalu, Lyft, Disney'u czy Dropboksie. Jak pisała kilka dni temu stacja CNBC, powołując się na słowa eksperta, wciąż nie mamy jednak do czynienia z falą zwolnień, a jedynie "zmarszczką". Liczby te - choć wydają się ogromne - nie są bowiem - w przypadku największych firm technologicznych - bardzo znaczące. Jak twierdzą eksperci, nie oznaczają też jeszcze kryzysu w branży, a są efektem wcześniejszych decyzji.

Słyszymy o nich tak często, bo dotyczą najbardziej znanych pracodawców, dlatego są wyjątkowo medialne i często zupełnie niespodziewane. Jeszcze w czasie pandemii te same firmy masowo zatrudniały nowych pracowników, pomimo że ogólnie trend w pozostałych branżach był zupełnie odwrotny. Jak przypominała jakiś czas temu stacja, tylko w czasie trwania pandemii Amazon podwoił swój personel, zatrudniając prawie 800 tys. nowych osób. Właśnie wtedy ta i wiele innych firm zatrudniała ludzi na potęgę, doświadczając sporego zapotrzebowania na technologię.

Teraz obserwujemy natomiast efekt w wejścia w trudniejsze czasy, po pomyślnym dla branży okresie rozwoju w pandemii. Otoczenie gospodarcze jest bowiem trudne, a firmy naturalnie szukają sposobów na cięcie kosztów. Poza redukcją etatów, giganci świata tech próbują bowiem oszczędzać na innych wydatkach. Dość powiedzieć, że Google, będący od lat w czołówce absolutnie najlepszych pracodawców, postanowił w kwietniu ograniczyć niektóre z listy benefitów dla pracowników, zamknąć część barów z przekąskami i rzadziej wymieniać służbowe laptopy na nowe.

gazeta.pl

1 czerwca br. Najwyższa Rada Wyborcza potwierdziła, że urzędujący prezydent Erdoğan uzyskał w drugiej turze wyborów 52,18% głosów poparcia, zaś Kemal Kılıçdaroğlu – 47,82%. W wyborach parlamentarnych przeprowadzonych równolegle z pierwszą turą zwyciężył dotychczas rządzący Sojusz Ludowy z kluczową rolą prezydenckiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), uzyskując 49,50% poparcia i 323 miejsca w 600-osobowym parlamencie. Opozycyjny Sojusz Narodu, gdzie główną rolę odgrywają Republikańska Partia Ludowa (CHP) i Dobra Partia (İP), zdobył 35,04% poparcia, czyli 213 miejsc.

Uzyskanie reelekcji i większości w parlamencie umożliwia Erdoğanowi dalszą monopolizację władzy, zapewnia ciągłość funkcjonowania sieci klientelistycznych oraz pozwala na kontynuację konserwatywno-nacjonalistycznej polityki wewnętrznej. Mimo sukcesu wyborczego pozycja AKP w Sojuszu Ludowym uległa osłabieniu. Ugrupowanie uzyskało 35,6% poparcia w porównaniu z 42,6% w 2018 r. Dobry rezultat osiągnął partner koalicyjny AKP – Nacjonalistyczna Partia Działania (MHP), dla której poparcie wyniosło 10,14%, do czego przyczyniło się upowszechnianie przez nią narracji na temat współpracy opozycji z Zachodem i prokurdyjską Ludową Partią Demokratyczną (HDP).

Priorytetem rządu będzie odbudowa południowo-wschodnich obszarów Turcji dotkniętych trzęsieniem ziemi, a także rozwiązanie problemów gospodarczych, w tym niebotycznej inflacji. W czerwcu br. wartość tureckiej liry spadła do rekordowo niskiego poziomu ok. 23,7 za 1 dol. (w porównaniu z ok. 17 rok wcześniej i ok. 8,7 w 2021 r.). Zadaniem ustabilizowania gospodarki pokieruje minister skarbu i finansów Mehmet Şimşek, który pełnił tę funkcję w rządach AKP w latach 2009–2015. Jest on zwolennikiem konwencjonalnej polityki monetarnej, która w tureckich warunkach ma polegać m.in. na podwyżce stóp procentowych.

Przegrana opozycji spowodowała rozpad wyborczej koalicji Sojusz Narodu, która składała się z sześciu partii, a także spór w największej z nich – CHP. Kılıçdaroğlu nie zrezygnował z przywództwa, co krytykuje m.in. wywodzący się z CHP burmistrz Stambułu Ekrem İmamoğlu, sugerując gotowość przejęcia kierownictwa. Druga największa partia w koalicji – İP – mimo wysokich oczekiwań uzyskała 9,69% głosów (43 miejsca w parlamencie) i zdecydowała, że Sojusz Narodu zakończył się wraz z wyborami, a partia będzie kontynuować pracę poza koalicją. Zadeklarowała jednak możliwość współpracy z CHP przy przyszłorocznych wyborach samorządowych. CHP deklaruje dalszą „walkę o demokrację” i liczy na utrzymanie potencjału mobilizacyjnego elektoratu w celu ponowienia sukcesu wyborczego m.in. w Stambule.

UE deklaruje chęć poprawy relacji z Turcją, co nie oznacza szybkiej odbudowy zaufania. Jest to spowodowane regresem tureckiej demokracji i praw człowieka. Wyzwaniem w stosunkach z UE jest także jednostronna polityka zagraniczna Turcji we wschodniej części Morza Śródziemnego, w Syrii i Libii.

Utrzymujący się sprzeciw wobec akcesji Szwecji do Sojuszu Północnoatlantyckiego wynika ze stanowiska Turcji w kwestii terroryzmu. Wskazuje ona, że w Szwecji działają członkowie Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) i przedstawiciele organizacji z nią afiliowanych, takich jak m.in. Ludowe Jednostki Samoobrony (YPG) oraz Partia Unii Demokratycznej (PYD), które odegrały kluczową rolę w pokonaniu tzw. Państwa Islamskiego w Syrii, a które tureckie władze oraz UE i USA uznają za organizacje terrorystyczne. Mimo że Szwecja od 1 czerwca br. zaostrzyła prawo antyterrorystyczne i zdecydowała o ekstradycji tureckiego obywatela oskarżonego o wspieranie PKK, Turcja w dalszym ciągu sprzeciwia się członkostwu tego państwa w NATO i wskazuje, że nadal nie podjęło ono wystarczających działań, aby spełnić jej oczekiwania.

Kryzys gospodarczy oraz konieczność pozyskania funduszy na odbudowę obszarów dotkniętych trzęsieniem ziemi działają na korzyść kontynuacji procesu normalizacji z arabskimi państwami Zatoki Perskiej. Turcja zantagonizowała z nimi relacje, zwłaszcza z Arabią Saudyjską (KAS) i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (ZEA), w trakcie arabskiej wiosny, gdy udzieliła wsparcia Bractwu Muzułmańskiemu, które ZEA i KAS uznają za zagrożenie. Dalszą eskalację spowodowało poparcie dla Kataru w trakcie blokady w 2017 r. Koncyliacyjne stanowisko przyjęte przez Turcję w ostatnich miesiącach spotkało się z pozytywnym odzewem arabskich partnerów, np. KAS w marcu br. zdeponowało 5 mld dol. w Banku Centralnym Turcji za pośrednictwem Saudyjskiego Funduszu Rozwoju.

W celu złagodzenia negatywnych dla obozu rządowego nastrojów społecznych związanych z obecnością Syryjczyków (z badań sondażowych z ub.r. wynika, że 81,7% Turków chce ich powrotu do państwa pochodzenia) istotne będzie dalsze odsyłanie części uchodźców. W maju br. Mevlüt Çavuşoğlu, ówczesny szef tureckiego MSZ, wskazywał na potrzebę przygotowania infrastruktury na powroty uchodźców, zadbania o bezpieczeństwo i podjęcia współpracy w tej sprawie z ONZ. Elementem rozwiązania ma być również rezygnacja z odesłania wszystkich uchodźców do Syrii, biorąc pod uwagę wysokie zapotrzebowanie na pracowników w tureckim sektorze rolniczym i w przemyśle. W organizacji powrotów ważną rolę będzie odgrywał zarówno nowy szef tureckiej agencji wywiadowczej MIT İbrahim Kalın, dotychczas główny doradca Erdoğana ds. polityki zagranicznej, jak i nowy minister spraw zagranicznych Hakan Fidan, były szef wywiadu, doświadczony w dyplomacji równoległej, która polega na wymianie informacji i odbudowie zaufania umożliwiającego komunikację na szczeblu władz centralnych.

Reelekcja Erdoğana spotkała się z różnym przyjęciem w największych mocarstwach. Chociaż Stany Zjednoczone pod przywództwem Joe Bidena w negatywny sposób odnoszą się do regresu standardów demokratycznych w Turcji, wyraziły wolę dalszej współpracy z nią jako członkiem NATO. Reelekcję przyjął z zadowoleniem prezydent Rosji Władimir Putin, któremu zależy na utrzymywaniu dobrych relacji z Turcją ze względu na współpracę na płaszczyźnie gospodarczej oraz bezpieczeństwa, a także na kontynuowaniu dialogu z Erdoğanem w dotychczasowej formie dyplomacji liderów. Erdoğan zaprosił Putina do Turcji, lecz nie ustalono konkretnej daty spotkania. Również Chiny z aprobatą odnoszą się do antyamerykańskich elementów polityki Erdoğana, co może stać się asumptem do zwiększenia tureckiego zainteresowania inwestycjami związanymi z realizacją inicjatywy Pasa i Szlaku.

Zwycięstwo Erdoğana może pogłębić regres standardów demokratycznych w Turcji. Oznacza ponadto kontynuację personalnej dominacji nad procesem decyzyjnym w polityce wewnętrznej i zagranicznej, co będzie sprzyjać dyplomacji osobistej. Nominacje na stanowiska szefa wywiadu i ministra spraw zagranicznych wskazują na wysoki poziom zaufania, jakim Erdoğan darzy Fidana i Kalınai, i zwiastują wzrost zależności między MSZ a MIT, co może przekładać się na priorytetowe traktowanie bezpieczeństwa narodowego i zwalczanie terrorystycznej działalności Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) oraz afiliowanych z nią organizacji.

Choć Turcja zapewnia o znaczeniu stosunków z UE, w rzeczywistości nie jest to priorytetem. Taktyczny sojusz w Syrii oraz zależności ekonomiczne w relacjach z Rosją zwiększają prawdopodobieństwo przyjęcia przez Turcję orientacji euroazjatyckiej w polityce zagranicznej. Będzie to skutkować utrzymaniem przez UE pragmatycznych relacji z Turcją, polegających m.in. na współpracy w zakresie handlu i migracji.

Przedłużający się sprzeciw wobec zatwierdzenia akcesji Szwecji przyczynia się do osłabienia spójności w NATO i jest szkodliwy, ponieważ służy celom Rosji. Kolejne zwycięstwo Erdoğana umacnia tymczasem jego transakcyjne stanowisko w tej kwestii. Co więcej, poza dyktowaniem warunków państwu kandydującemu Erdoğan w zamian za ratyfikację wniosku akcesyjnego Szwecji może np. oczekiwać od USA zgody na zakup myśliwców F-16 oraz zestawów modernizacyjnych dla tureckiej floty.

Wyniki wyborów nie wpłyną na relacje polsko-tureckie, które są tradycyjnie dobre niezależnie od kompozycji władzy w obu krajach. W sytuacji przedłużającego się tureckiego weta wobec przystąpienia Szwecji do NATO Polska wraz z Rumunią – która wykazuje determinację w kwestii zwalczania rosyjskich wpływów w basenie Morza Czarnego – może w rozmowach z partnerami z Turcji wskazywać korzyści z poszerzenia Sojuszu, także w kontekście istotnego z polskiej perspektywy wzmacniania bezpieczeństwa w basenie Bałtyku.

pism.pl

We wtorek na przyjęciu dla darczyńców Partii Demokratycznej, w obecności dziennikarzy prezydent Joe Biden porównał w przemówieniu Xi Jinping do dyktatora. „Powodem, dla którego Xi Jinping bardzo się zdenerwował, kiedy zestrzeliłem ten balon z dwoma samochodami wypełnionymi sprzętem szpiegowskim, jest to, że nie wiedział, że tam był (…) Mówię poważnie. To wielki wstyd dla dyktatorów, kiedy nie wiedzą, co się dzieje (…). To nie miało lecieć tam, gdzie było… a on o tym nie wiedział (…). Kiedy [balon] został zestrzelony, był bardzo zakłopotany i zaprzeczył, że w ogóle tam był”.

Więc nie tylko dyktator, to jeszcze niekompetentny dyktator...

Biden dodał też, że „Chiny mają prawdziwe trudności gospodarcze”. Chiński wątek podsumował mówiąc, że „jesteśmy teraz w sytuacji, w której chce on [Xi Jinping] ponownie nawiązać stosunki”, a Blinken „wykonał dobrą robotę” podczas swojej podróży do Pekinu, ale „to zajmie trochę czasu”. Myślę, że można powiedzieć, że kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych rozwija się szybko, a Chiny będą łatwym tematem do zdobycia punktów u wyborców.

Uwagi Bidena nie zostaną jednak dobrze odebrane w Pekinie – a miało być tak pięknie po wizycie Blinkena. Lecz logika polityczna, i to w obydwu państwach, jest nieubłagana. Co prawda, Xi Jinping nie musi martwić się o wybory, ale również partia komunistyczna musi dbać o jakąś formę legitymizacji wewnętrznej. Przez lata jej podstawę stanowił rozwój gospodarczy i nacjonalizm. W momencie kiedy gospodarka „siada” to pozostaje tylko nacjonalistyczna gorączka.

zawielkimmurem.net

Według informacji prasowych z ostatnich dni (m.in. Politico) Francja dąży do wszczęcia postępowania antydumpingowego skierowanego przeciwko importowi samochodów elektrycznych z Chin, co może zakończyć się nałożeniem karnych ceł na auta sprowadzane z chińskich fabryk. Paryż chce, żeby Komisja Europejska w szerszym zakresie zaczęła wykorzystywać uzyskane w ostatnich latach możliwości retorsji w polityce handlowej. Wspiera go w tym francuski komisarz UE ds. rynku wewnętrznego Thierry Breton. Największym przeciwnikiem zaostrzenia polityki handlowej wobec Chin są Niemcy, które są znacznie silniej zależne od rynku chińskiego, a w konsekwencji bardziej narażone na działania odwetowe ze strony Pekinu. Kwestia wszczęcia postępowania antydumpingowego przeciwko importowi samochodów elektrycznych ma być tematem rozmów między liderami UE na szczycie Rady Europejskiej pod koniec miesiąca.

Komentarz

O ile nie dojdzie do zaostrzenia unijnej polityki handlowej, w ciągu najbliższych dwóch lat należy się spodziewać gwałtownego wzrostu importu z Chin do UE. W 2022 r. sprzedaż aut elektrycznych z ChRL za granicę zwiększyła się o 89% i zbliżyła się do poziomu 1 mln pojazdów. Do 2025 r. udział samochodów wyprodukowanych w ChRL w rynku UE osiągnie 15%. Zgodnie z prognozą PwC Chiny będą wtedy eksportować do Unii 800 tys. aut (przede wszystkim elektrycznych) rocznie, z czego prawdopodobnie jedynie 41% stanowić będą samochody pochodzące z zakładów zachodnich koncernów zlokalizowanych w ChRL. Chińskie przedsiębiorstwa mają przewagę wynikającą z dużych korzyści skali oraz z wyższych kompetencji w produkcji baterii litowo-jonowych i układów do nich, a ostatnio przeszły do fazy szybkiej rozbudowy kanałów dystrybucji i łańcuchów logistycznych w UE. Ich ekspansji sprzyja też liberalna i asymetryczna polityka handlowa UE. Obecnie samochody eksportowane przez ChRL do USA obłożone są 27,5-procentową stawką celną, podczas gdy w przypadku pojazdów sprowadzanych z Chin do UE wynosi ona zaledwie 10%. Z kolei auta trafiające z Unii na rynek chiński obciążone są cłem w wysokości 15–25%.

Ekspansja samochodów elektrycznych z Chin w UE sytuuje Berlin i Paryż na kursie kolizyjnym. W interesie Francji leży podwyższenie ceł na ich import. Auta wyprodukowane w ChRL stanowią w pierwszym rzędzie zagrożenie dla pozycji na rynku europejskim francuskiego Renault i francusko-włoskiego Stellantisa, wytwarzających zwłaszcza samochody klasy niższej i średniej. Już od kilku miesięcy szefowie francuskich koncernów alarmują, że pojazdy z Chin w segmencie tańszych modeli mają przewagę kosztową na poziomie 10 tys. euro. Zarazem producenci z Francji nie mają istotnych udziałów w rynku chińskim. Z kolei rząd Niemiec, będący pod dużym wpływem niemieckich koncernów motoryzacyjnych wytwarzających samochody klasy średniej i wyższej, nie obawia się na razie chińskiej konkurencji na rynku europejskim. Za największe zagrożenie uznaje natomiast retorsje Pekinu uderzające w interesy niemieckich producentów w ChRL, choć ich pozycja na tamtejszym rynku szybko eroduje ze względu na problemy z produkcją konkurencyjnych modeli samochodów elektrycznych. Francja jest gotowa na spór handlowy z Chinami nie tylko w motoryzacji. Według źródeł dziennikarskich główny inspektor nadzorujący handel zagraniczny w KE (Chief Trade Enforcement Officer) Denis Redonnet rozważa także wniesienie sprawy w ramach nowego Instrumentu Międzynarodowych Zamówień UE (International Procurement Instrument) przeciwko importowi do Unii chińskich urządzeń medycznych, aby skłonić Pekin do liberalizacji rynku zamówień publicznych.

Gwałtowny wzrost importu samochodów elektrycznych z Chin zagraża też pozycji licznych poddostawców europejskich, szczególnie z Europy Środkowej. Wielu producentów europejskich, zwłaszcza z RFN, korzysta na imporcie samochodów do UE z ich fabryk zlokalizowanych w Chinach, jednak odbywa się to kosztem potencjalnych zleceń dla poddostawców unijnych. Również producenci japońscy, dla których przez lata ważnym hubem produkcyjnym na rzecz Unii była Wielka Brytania, coraz chętniej stawiają na import do UE z ChRL. W ten sposób koncerny zachodnie przyczyniają się do ugruntowania pozycji Chin jako kluczowego hubu wytwarzającego samochody elektryczne na potrzeby nie tylko krajowe, lecz także UE (korzyści skali, kompetencje technologiczne).

Pomimo strukturalnej rozbieżności w zakresie polityki handlowej wobec Pekinu we wspólnym interesie Niemiec i Francji jest zwiększanie subsydiów na transformację ku elektromobilności. W tym celu zarówno Berlin, jak i Paryż będą lobbować za podnoszeniem limitów dozwolonej pomocy publicznej, aby przyciągać inwestycje zwłaszcza z dziedziny chipów i baterii do samochodów elektrycznych i zrównać wielkość dopuszczalnego własnego wsparcia z wartością środków udostępnianych przez USA w ramach programu Inflation Reduction Act. Na poziomie legislacyjnym w UE widoczny jest też lobbing Niemiec na rzecz zagwarantowania dodatkowej pomocy publicznej (z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji i prawdopodobnie także z budżetu kolejnych wieloletnich ram finansowych UE na lata 2028–2034) dla niemieckich regionów, dla których konsekwencje transformacji ku elektromobilności mogą się okazać negatywne.

osw.waw.pl