czwartek, 4 stycznia 2018


W powiecie brasławskim panowała bieda. Gorzej. We wsiach i w miasteczkach szerzyła się prawdziwa nędza. Taka, która uczciwych ludzi pozbawia dachu nad głową, a nawet najbardziej pracowitych doprowadza do bankructwa, zwieńczonego licytacjami resztek dobytku. Osadniczka Zofia Pujszowa każdego dnia obserwowała, jak jej sąsiedzi tracą dorobek życia. Wszyscy toną w pożyczkach, które wzięli parę lat temu, gdy koniunktura zdawała się zwyżkować. Myśleli, że dzięki zastrzykowi gotówki unowocześnią swoje gospodarstwa, wybiją się, dorobią. Kredyty brali, gdy za jedną krowę dostawali kilkaset złotych. Teraz ta sama krasula była warta ledwie kilkadziesiąt. Skąd wziąć wobec tego pieniądze na kolejną ratę, gdy komornik łomocze do drzwi?

7 stycznia 1933 Zofia usiadła, wzięła głęboki oddech i zaczęła dyktować. „Najukochańszy Nasz Wodzu” – brzmiały pierwsze słowa jej listu. Zdesperowana kobieta, nie widząc innej nadziei, postanowiła błagać o pomoc najważniejszą osobę w państwie – Józefa Piłsudskiego. W głowie jej się nie mieściło, że Marszałek mógłby wiedzieć o nadużyciach aparatu państwowego i o sytuacji wsi polskiej. Przecież nie pozwoliłby na traktowanie chłopów w ten sposób! Biedna mieszkanka Brasławszczyzny uznała, że gdy wytłumaczy Wodzowi, co się dzieje, ten z pewnością zareaguje. I przebędzie z pomocą, zupełnie jak w roku 1918, gdy ważyły się losy polskiej niepodległości.

W liście opowiadała o tym, że rolnicy, chcąc sprzedać płody swojej ziemi, muszą uiszczać bandyckie opłaty za wjazd na plac targowy. Państwo wydzierżawiało rynki, a najemcy nie mieli litości – czy ktoś wiózł 300 kilogramów, czy 13 musiał wysupłać taką samą opłatę. Agronomowie jeździli na wieś, uczyć chłopów nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa, a ci prości ludzie nie mieli za co utrzymać tego, które już posiadali. Nawet jeśli hodowali i sprzedawali zwierzęta, to za doskonale odchowane dostawali śmieszne pieniądze, w żaden sposób nie rekompensujące nakładu sił i środków.

Zofia Pujszowa przytaczała własny przykład. Porządnie utuczyła wieprza i sprzedała. W międzyczasie zdążył on pożreć paszy za 100 złotych, jako prosię kosztował 5, za możliwość sprzedania go na rynku gospodyni musiała zapłacić 50 groszy i jeszcze drugie tyle za świadectwo pochodzenia… Za dorosłego wieprza dostała tymczasem śmieszne 35 złotych, czyli równowartość sześciu litrowych butelek wódki! Za dużo, by od razu szykować się na konanie z głodu, za mało by normalnie żyć. Chyba zostawało tylko wziąć te sześć butelek wódki i zapić się na śmierć.

(...)

Kryzys trwał w niepodległej Polsce właściwie permanentnie, odkąd tylko kraj odzyskał niepodległość w listopadzie 1918 roku. Ziemie, które złożyły się na odrodzoną Rzeczpospolitą. leżały na głębokich i zupełnie zaniedbanych peryferiach trzech wymęczonych konfliktem imperiów. Kraj był w opłakanym stanie. Przez niemal 90% terytorium, jakie weszło w skład państwa, przetoczyły się działania wojenne, ze wszystkimi tego skutkami, a na 25% ziem toczyły się zacięte walki pozycyjne.

Nie sposób zliczyć ograbionych i spalonych wiejskich zabudowań, „ewakuowanych” przez zaborców maszyn, fabryk i wykwalifikowanych specjalistów. Tereny rolnicze zostały zrujnowane, a taktyka spalonej ziemi stosowana przez wycofujące się wojska oraz niczym nieograniczany rabunek pogłębiały jeszcze tragizm sytuacji. Żołnierze, chcąc wyżywić się na terenach swoich działań, prowadzili brutalne rekwizycje, zabierając zboże, siano, bydło, nierogaciznę i konie.

(...)

Polska odzyskująca niepodległość w 1918 roku nie była jednym i jednolitym państwem, raczej kawałkami zupełnie różnych krajów sklejonymi nagle w jeden, z różną siecią transportu, walutą, prawodawstwem, a nawet różnymi systemami miar i wag. Radość z zakończenia po 123 latach zaborów mieszała się w Polakach z niepokojem o najbliższą przyszłość własnej rodziny.

Zatarcie różnic gospodarczych pomiędzy trzema zaborami i stworzenie jednolitego rynku wewnętrznego stanowiło zadanie godne Syzyfa. Przede wszystkim należało właściwie zbalansować różne gałęzie przemysłu i wytwórczości oraz stworzyć na nowo wymianę handlową pomiędzy poszczególnymi częściami Polski. Dotąd na przykład produkcja rolna z Wielkopolski i urobek z kopalni węgla na Śląsku wędrowały na zachód, gdzie pochłaniał je rynek niemiecki, a to, co wydobyły galicyjskie rafinerie, do Austro-Węgier. Teraz wszystko miało pozostać w kraju. I tylko nikt do końca nie wiedział, jak teorię przekuć w praktykę.

twojahistoria.pl

To jedna z najbardziej niezrozumiałych historii związanych z tzw. ustawami dezubekizacyjnymi. Zarówno tą z roku 2009, jak i obecną. W trakcie ich przygotowywania mieliśmy do czynienia z radosną twórczością ustawodawcy, wyszukującego instytucje i formacje, które miałyby „służyć na rzecz totalitarnego państwa”. Gdyby skutkiem tych poszukiwań nie były tragedie ludzkie, można by to traktować jako kolejną aberrację polskiej prawicy, kolejne ideologiczne wzmożenie policji historycznej, ulokowanej w Instytucie Pamięci Narodowej (bo tzw. fachowcy z IPN tworzyli owe listy potępionych instytucji). Jako pewien eksperyment społeczny, dzięki któremu lepiej możemy zrozumieć minione epoki szaleństw ideologicznych, polowania na wrogów, fałszowania historii. Ale to się dzieje naprawdę.

Jedną z instytucji, w których służba skutkuje odebraniem emerytury, jest Zwiad WOP, komórka dawnych Wojsk Ochrony Pogranicza. Ustawodawca uznał ją za działającą na rzecz totalitarnego państwa, choć nie do końca nawet wie dlaczego. Jaką odpowiedź otrzymali emeryci Straży Granicznej, gdy zwrócili się do prezesa IPN o wyjaśnienie, dlaczego Zwiad WOP został uznany za formację działającą na rzecz totalitarnego państwa? Że były dwa artykuły dotyczące struktury i organizacji Zwiadu WOP i w nich zawarte są informacje na temat kwalifikowania tej służby.

Oto résumé jednego z tych tekstów: „Analiza przedstawionych w artykule normatywów regulujących zadania i kompetencje Zwiadu WOP wskazuje w sposób niebudzący wątpliwości, że nie była to formacja o charakterze czysto policyjnym lub wojskowym, zajmująca się jedynie zwalczaniem przemytu lub kontrolą ruchu granicznego albo ochroną nienaruszalności granic.

Zwiad WOP był ważnym elementem w systemie organów bezpieczeństwa, stworzonym głównie w celu ochrony totalitarnego reżimu narzuconego Polsce w 1944 r., a jego działalność do 1990 r. – podobnie jak MBP, SB, WSW – wiązała się z »łamaniem praw człowieka i obywatela na rzecz komunistycznego ustroju totalitarnego«.

Zwiad WOP podporządkowano w zakresie pracy operacyjnej Departamentowi II MSW, a system kontroli ruchu granicznego skonstruowano tak, by przede wszystkim zaspokoić potrzeby operacyjne MSW związane ze zwalczaniem opozycji politycznej, Kościoła i innych związków wyznaniowych oraz działalności wywiadowczej na rzecz NATO czy wykrywaniem przemytu »wrogiej« literatury”.

Zgodnie z tą logiką drogówka w PRL była po to, żeby kontrolować samochody przewożące opozycjonistów i bibułę, bloki mieszkalne budowano, bo łatwiej kontrolować ludzi, gdy są w jednym miejscu, a drogi – żeby przemieszczały się po nich kolumny ZOMO.

Przesadzam? Skądże! Proszę przeczytać jeszcze raz, jaki był według autora artykułu główny cel systemu kontroli ruchu granicznego w PRL – zwalczanie opozycji i Kościoła. I – o zgrozo – działalności wywiadowczej na rzecz NATO.

Te głupoty zyskały jednak pieczęć obowiązującego prawa. Każdy więc funkcjonariusz, który otarł się w karierze zawodowej o Zwiad WOP, został naznaczony jako „oprawca”. A jeżeli podjął pracę w służbach mundurowych III RP, najczęściej w Straży Granicznej, to za ten okres została mu odebrana emerytura. W ten sposób ludzie zostali ukarani za pracę dla III RP.

Czymże był ów Zwiad WOP oraz Zarząd Kontroli Ruchu Granicznego, bo tę komórkę również dorzucono do grupy formacji „totalitarnych”? Najogólniej można powiedzieć, że Wojska Ochrony Pogranicza dzieliły się na dwie grupy. Na tych, co pilnowali zielonej granicy, czyli Zarząd Ochrony Granicy Państwowej, i na tych, co stali na przejściach granicznych, czyli Zarząd Kontroli Ruchu Granicznego i Zwiad WOP. Dziś, z mocy ustawy, ci pierwsi są w porządku, natomiast tym drugim odbiera się emerytury.

tygodnikprzeglad.pl