W Norwegii o korupcję oskarżony został były premier Thorbjørn Jagland, a rodzina królewska – ze względu na korespondencję małżonki następcy tronu ze skompromitowanym finansistą - znalazła się w poważnym kryzysie wizerunkowym. W Słowacji ustąpić musiał doradca premiera Fico Miroslav Lajčák, a we Francji były minister kultury Jack Lang pożegnać się ze stanowiskiem dyrektora Instytutu Świata Arabskiego.
Tymczasem w państwie stanowiącym centrum afery, Stanach Zjednoczonych, jak dotąd rewelacje z akt Epsteina nie przyniosły ani spektakularnych dymisji, ani zarzutów. Ze stanowiska głównej prawniczki banku Goldman Sachs musiała co prawda odejść Kathryn Ruemmler - obficie korespondująca z Epsteinem i nazywająca go "wujkiem". Już sekretarz handlu Howard Lutnick, który, jak pokazały maile, wprowadził wcześniej w błąd Kongres na temat czasowego zakresu swoich relacji z Epsteinem, a nawet odwiedził niesławną karaibską wyspę finansisty już po tym, gdy został on po raz pierwszy skazany za przestępstwa seksualne, nigdzie się nie wybiera i ma pełne wsparcie prezydenta Trumpa. Nie widać też, by Departament Sprawiedliwości chciał komuś postawić zarzuty.
Jednocześnie sprawa Epsteina budzi potężne emocje amerykańskiej opinii publicznej i będzie miała znaczenie dla amerykańskiej polityki. Przynajmniej na razie bardziej wydaje się ona szkodzić obecnej administracji, która wyraźnie nie potrafi zapanować nad narracją w sprawie Epsteina.
Ten brak kontroli najlepiej było widać w środę, gdy przed Komisją ds. Sądownictwa Izby Reprezentantów w sprawie Epsteina zeznawała prokuratorka generalna, Pam Bondi. Jej przesłuchanie było zupełną polityczną katastrofą, bardziej niż z parlamentarną polityką kojarzyć się mogło z show Jerry’ego Springera. Springer, ikona amerykańskiej śmieciowej telewizji, sadzał w studio osoby z dołów społecznych, których toczone przed kamerami kłótnie o pieniądze, zdrady i inne sprawy często przeradzały się w rękoczyny.
W trakcie przesłuchania Bondi do rękoczynów co prawda nie doszło, ale czasem wyglądało, jakby niewiele brakowało. Na pytania kongresmenów Bondi reagowała agresją, osobistymi zniewagami pod adresem pytających, w wielu momentach wyglądała jakby była na granicy zupełnego załamania. W jednym z najbardziej absurdalnych fragmentów przesłuchania zaatakowała kongresmenów za to, że nie doceniają gospodarczych sukcesów Trumpa i zaczęła recytować, jak dzięki prezydentowi rośnie amerykańska giełda.
Bondi nie odpowiedziała przy tym na kluczowe pytania, na czele z tym, czemu ofiary Epsteina - obecne w trakcie przesłuchania - miały takie problemy z kontaktem z nią, a dane niektórych z nich zostały ujawnione. Prokuratorka nie wyjaśniła też, czemu dane niektórych osób z niebanalnym prawdopodobieństwem uczestniczących w przestępczych działaniach finansisty zostały zaczernione w ujawnionych przez rząd plikach ani dlaczego nikomu jak dotąd nie postawiono zarzutów.
Jeśli występ Bondi przed kongresową komisją miał rozwiać wątpliwości Amerykanów, czy rząd w sprawie Epsteina działa transparentnie i kompetentnie i robi wszystko, by odpowiedzialni ponieśli karę, to odniósł przeciwny skutek. Kongres przy tym nie odpuści sprawy i będzie zadawać dalsze pytania.
wp.pl