środa, 14 sierpnia 2024



Rozmowa zaczęła się od tematu próby zamachu na życie Trumpa. Następnie rozpoczął on serię monologów na temat swoich przeciwników w wyścigu o Biały Dom, imigracji, inflacji, prawa i porządku, rolnictwa, swoich relacji z różnymi dyktatorami na świecie i groźby wojny nuklearnej.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych nie złapał jednak przynęty, gdy Musk próbował nakłonić go do zaatakowania Brukseli za jej stanowisko w sprawie dezinformacji (w ubiegłym roku wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova powiedziała, że spośród największych platform społecznościowych portal X jest najbardziej podatny na dezinformację — red.).

Musk odniósł się do listu otwartego skierowanego do niego przez Thierry'ego Bretona, cyfrowego "egzekutora" Unii Europejskiej. Przypomniał w nim miliarderowi o unijnych przepisach dotyczących promowania mowy nienawiści.

— Jest wiele prób cenzury i wymuszania cenzury, nawet na Amerykanach z innych krajów. Co o tym sądzisz? — zapytał Musk Trumpa.

Ten nie dał się jednak złapać. Zamiast tego rozpoczął tyradę na temat deficytu handlowego USA z UE. Powiedział, że "bardzo wykorzystują one [kraje unijne] Stany Zjednoczone w handlu" i że "nie są tak twardzi jak Chiny, ale są źli".

Następnie podjął temat pieniędzy, które UE przeznacza na pomoc Ukrainie. Porównał tę kwotę z wydatkami USA na ten cele. Nie mówił jednak, że Waszyngton powinien zmniejszyć rozmiary wsparcia finansowego, a wydawał się sugerować, że Bruksela powinna zwiększyć wielkość swojej pomocy świadczonej Ukrainie.

— Pytam: dlaczego nie zamierzają wyrównać [tej kwoty]? Dlaczego nie płacą tego, co my płacimy? Dlaczego Stany Zjednoczone płacą nieproporcjonalnie więcej za obronę Europy niż Europa? To nie ma sensu. To niesprawiedliwe i należy się tym zająć — powiedział Trump.

Następnie pochwalił Zełenskiego za rozmowę telefoniczną, którą odbył z nim w 2019 r. Doprowadziła ona do jego impeachementu — został wówczas oskarżony o próbę wpłynięcia na wybory w 2020 r. poprzez wywieranie nacisków na ukraińskiego przywódcę, aby ten wszczął dochodzenie w sprawie obecnego prezydenta Joego Bidena i jego syna Huntera.

— Szczerze mówiąc, nie ma nikogo, kto czułby się gorzej w związku z sytuacją w Ukrainie niż ja. Znam Zełenskiego. Był dla mnie bardzo honorowy. Kiedy przyszli z rosyjskim oszustwem i powiedzieli, że rozmawiałem z nim przez telefon, on stwierdził, że to była idealna rozmowa telefoniczna (w czasie tej rozmowy Trump próbował wymusić na Zełenskim wszczęcie dochodzenia przeciwko Hunterowi Bidenowi — red.).

Trump ponownie rozmawiał z Zełenskim w zeszłym miesiącu — po raz pierwszy od rozpoczęcia inwazji przez Rosję.

onet.pl


W sierpniu 2015 r. napisałem, rozważając możliwość, że być może Trump mógłby wygrać: "kiedy niezadowoleni wyborcy odkrywają moc, z której nie zdawali sobie sprawy, mogą nastąpić bardzo nieoczekiwane konsekwencje".

Nawet abstrahując od Trumpa, amerykańska opinia publiczna od dawna wykazuje chęć zerwania z "normalną" polityką. Oznacza to na przykład, że wyborcy w Kalifornii mogą — po raz pierwszy w historii — odwołać urzędującego gubernatora i umieścić na jego miejscu byłego kulturystę, aktora Arnolda Schwarzeneggera.

W 2016 r. wyborcy Trumpa powiedzieli: tak, możemy umieścić kandydata bez doświadczenia i kwalifikacji w Gabinecie Owalnym; tak, możemy zignorować ostrzeżenia prasy głównego nurtu; tak, możemy głosować za zmianą bardziej radykalną niż jakakolwiek w naszej historii.

Jednak w 2024 r. twierdzenia Trumpa o zmianie są znacznie mniej wiarygodne. Po pierwsze, Trump był już wcześniej w Białym Domu.

Po drugie, Trump wydaje się niezdolny do odłożenia na bok swojej porażki w 2020 r. Uparcie powraca do swoich fałszywych twierdzeń o kradzieży wyborów, nawet do tego stopnia, że atakuje niezwykle popularnego republikańskiego gubernatora Georgii. Cokolwiek to jest, to nie jest zmiana.

onet.pl/Politico



Entuzjazm wobec kandydatury Kamali Harris z internetu (o tym aspekcie można przeczytać w ostatniej części tego tekstu) przeniósł się do prawdziwego życia. Harris na wiece wynajmuje hangary, bo ludzie nie mieszczą się w mniejszych przestrzeniach. Do tłumów czekającego na płycie lotniska przylatuje wiceprezydenckim samolotem. Wygląda to jak materiał z trasy koncertowej Taylor Swift... albo z kampanii Trumpa sprzed czterech lat, kiedy sam, jako prezydent, latał na spotkania wyborcze Air Force One. W ostatnich dniach do stanów, które odwiedzała Harris, jeździł też JD Vance, kandydat na wiceprezydenta Trumpa. Ale na jego spotkania przychodziła - w porównaniu z wiecami Kamali - garstka osób.

Jak reaguje Trump? Nie bardzo umie sobie poradzić z wybuchem euforii wobec konkurentki. Do tego stopnia, że kłamliwie oskarżył sztab Harris o fabrykowanie zdjęć wiwatujących tłumów przy pomocy AI. "[Kamala] oszukuje na lotnisku", "nikogo tam nie ma" - pisał. Ale sam w ostatnich dniach raczej unikał dużych spotkań z wyborcami. W internecie mnożą się już teorie, co za tym stoi. Jedni zgadują, że Trump po zamachu w Pensylwanii żyje w paranoicznym strachu, że teraz wszyscy dybią na jego życie. Inni na odległość diagnozują zespół stresu pourazowego. Kiedy na konferencji prasowej w Mar-a-Lago Trump został bezpośrednio spytany o to, dlaczego częściej nie spotyka się z wyborcami, wypalił: "Głupie pytanie". A sztab Kamali bezlitośnie wykorzystuje niską aktywność przeciwnika. Wiralowo rozeszła się ta grafika z porównaniem liczby kampanijnych wieców. I widać, że ktoś poświęcił dużo czasu, żeby znaleźć takie zdjęcie Trumpa, na którym wygląda na jak najbardziej starego i zmęczonego.

Kampania Bidena była stonowana, elegancka i - jak pokazywały sondaże - średnio skuteczna. Sztab Harris nie bierze jeńców. Największą furorę robi dziś narracja, z której jako pierwszy zasłynął Tim Walz. "Oni są po prostu dziwni" - tak mówił Walz o trumpistach. To proste, mocne hasło, które doskonale się nadaje do internetowych ripost. I brzmi wiarygodnie, zwłaszcza wypowiadane przez kogoś, w kim nie ma dosłownie nic "dziwnego". Walz - mąż, ojciec, były żołnierz, wieloletni nauczyciel - wygląda i zachowuje się jak uosobienie miłego amerykańskiego taty z sitcomu.

Co na to republikanie? Wszelkie próby odwrócenia albo zneutralizowania retoryki Walza na razie kończą się fiaskiem. JD Vance w niedawnym wywiadzie zaczął komentować, że Walz podczas wiecu "dziwnie" przywitał się z żoną - i zrobił to, opisując, jak on sam, JD, przytula i całuje swoją. Przy innej okazji, zapytany, czy Trump ma poczucie humoru, powiedział, że tak, ma znakomite, bo wyśmiewa się ze wszystkich naokoło. Kamali Harris republikanie nadają wydumane ksywki - "Cum-Allah" albo "Kamabla" (to ostatnie to autorski pomysł Trumpa i nie, nikt nie wie, dlaczego tak). Na Walza wymyślili "Tampon Tim Walz" (chodzi o to, że jako gubernator Minnesoty wprowadził bezpłatne produkty menstruacyjne do szkolnych łazienek). Ale całkowicie oddolne hity też są. Jeden ze zwolenników Trumpa zaczął snuć na Twitterze teorie o "niezasymilowanych imigrantach z Niemiec" i "germanoidalnych Amerykanach", sugerując, że do nich właśnie należy Walz, w którego żyłach "nie płynie krew ojców założycieli". Czy to wszystko brzmi normalnie, czy też "dziwnie" - niech każdy sobie oceni sam.

Ani Trump, ani JD Vance, ani ich sztab, ani cywilni fani Trumpa nie wiedzą dziś, jak podejść do walki z teamem Harris-Walz. Minęły czasy, kiedy wystarczyło opowiadać o "Śpiącym Joe" i patrzeć, jak rosną sondażowe słupki. I Donald Trump o tym wie. Do tego stopnia, że napisał posta z rozbudowaną fantazją o tym, jak by to było, gdyby Biden powrócił. Niech to będzie puenta tego tekstu - i najlepszy dowód na to, jak dobrze demokraci wyszli na zmianie składu.

"Jakie są szanse na to, że Pokręcony Joe Biden, NAJGORSZY prezydent w historii USA, którego Prezydenturę Niekonstytucyjnie ukradli Kamabla, Barack HUSSEIN Obama, Szalona Nancy Pelosi, Chytry Adam Schiff, Zapłakany Chuck Schumer i inni na Zwariowanej Lewicy, ROZWALI Narodową Konwencję Demokratów i spróbuje z powrotem przejąć nominację, zaczynając od tego, że wyzwie mnie na jeszcze jedną DEBATĘ. On czuje, że popełnił tragiczną historyczną porażkę, przekazując Prezydenturę USA - ZAMACH STANU - ludziom, których najbardziej na Świecie nienawidzi, i chce jej z powrotem, TERAZ!!!"

gazeta.pl


Ludowy Bank Chin poinformował, że w trzecim kwartale 2023 r. po raz pierwszy od co najmniej 25 lat odnotowano odpływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Dane te nie oddają jednak w pełni realnych procesów gospodarczych. Zagraniczne firmy od dawna cenią Chiny za atrakcyjne warunki prowadzenia działalności, choć w ostatnich latach klimat inwestycyjny w tym kraju pogarsza się za sprawą polityki wewnętrznej Pekinu oraz zaostrzenia rywalizacji z Waszyngtonem. ChRL pod panowaniem Xi Jinpinga nadała szczególny priorytet bezpieczeństwu gospodarczemu, wprowadzając szereg regulacji uderzających w zagranicznych inwestorów. Odpowiedź biznesu na narastające wyzwania – zachęcanego przez władze USA i UE do de-riskingu – jest jednak zróżnicowana. Niektóre firmy redukują inwestycje, aby zmniejszyć ryzyko wynikające z silnych powiązań z rynkiem chińskim, inne zwiększają nakłady, by umocnić i wyizolować lokalne operacje. Właściwe ustalenie proporcji stanowi wyzwanie, lecz ze złożonej mozaiki danych wyłania się obraz strukturalnego spadku inwestycji zagranicznych w Chinach. Wskaźniki ilustrujące to zjawisko mogą wprawdzie ulec w najbliższych latach koniunkturalnej poprawie, niemniej motywowane ekonomiczną kalkulacją i polityczną presją procesy strukturalne będą zapewne prowadzić do dalszego ograniczania inwestycji w Chinach w ramach stopniowej, szerokiej redukcji zależności zagranicznego biznesu od tamtejszej bazy przemysłowej.

W zapoczątkowanym pod koniec lat siedemdziesiątych okresie „reform i otwarcia” Chiny stały się jednym z największych odbiorców bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) na świecie. Włączenie do globalnych łańcuchów dostaw stało za wielkim sukcesem gospodarczym ChRL ostatnich dekad. Napływ kapitału nie tylko pozwolił stworzyć miliony miejsc pracy, lecz także wiązał się z transferem wiedzy, umiejętności i technologii, które stanowiły fundament rozwoju. Zarazem stopniowo rosło uzależnienie zagranicznego biznesu od Chin jako kluczowego miejsca produkcji oraz źródła dostaw, a w późniejszych latach – również ważnego rynku zbytu.

W momencie wzrostu napięcia na linii Waszyngton–Pekin stało się jasne, że zależność ekonomiczna od ChRL to istotny problem dla Zachodu, o implikacjach zarówno ekonomicznych, jak i politycznych. Prezydent USA Donald Trump zaczął nawoływać do tzw. decouplingu, czyli zerwania powiązań gospodarczych z Chinami. Postulat ten spotkał się z silnym sprzeciwem środowiska biznesowego, które przekonywało, że jego realizacja jest co najmniej nieopłacalna, o ile nie niemożliwa. W kolejnych latach, także w wypowiedziach liderów Unii Europejskiej, termin ten wyparło określenie de-riskingu, czyli bardziej punktowego identyfikowania i ograniczania potencjalnie niebezpiecznych zależności.

osw.waw.pl