środa, 1 listopada 2023


Grupa ekspertów Klubu Wałdajskiego, którymi kierowali Andriej Suszencow, dziekan wydziału stosunków międzynarodowych MGiMO oraz Wasilij Kaszin, dyrektor Centrum Kompleksowych Studiów Międzynarodowych i Europejskich moskiewskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej opublikowali raport poświęcony wojnie w nowej epoce i perspektywom powrotu „wielkich armii”(Wojna w nowej epoce: dlaczego wracają wielkie armie). Tytuł jest nieco mylący, bo w istocie mamy do czynienia z prognozą jak może zakończyć się wojna na Ukrainie, jakie będą tego konsekwencje dla globalnego układu sił i jakie podstawowe wnioski można wyciągnąć z dotychczasowego przebiegu rosyjsko – ukraińskiego konfliktu w wymiarze wojskowym. Mamy w Polsce skłonność do lekceważenia dokonań rosyjskich myślicieli strategicznych, uważamy to co piszą za propagandę, narrację oderwaną od rzeczywistości a w związku z tym niewartą uwagi. Niesłusznie. A potwierdzeniem tego jest właśnie nowy materiał Klubu Wałdajskiego który cechuje się precyzyjną i trudną do obalenia argumentacją.

Szukając analogii w przeszłości rosyjscy eksperci formułują opinię, że obecną wojnę na Ukrainie można jedynie porównywać z konfliktem w Korei. Inne, nawet wielkie i długotrwałe konflikty ostatniego 70-lecia, jakim było choćby starcie Iranu z Irakiem nie miały ani takiej skali, ani nie angażowały mocarstw „z pierwszego szeregu” ani ich wpływ na układ sił nie był tak istotny. Podobieństwa między obecną wojną a konfliktem koreańskim są, dla odmiany, uderzające. Po pierwsze i wówczas i obecnie wojna wybuchła w następstwie zaostrzającej się rywalizacji wielkich mocarstw. W obydwu przypadkach gra toczy się nie tylko o przyszłość państwa na obszarze którego trwają walki, ale również o przyszły kształt porządku światowego. Tak jak ZSRR uczestniczyło w wojnie w Korei (lotnictwo, dostawy sprzętu, zabezpieczenie tyłów) tak i Stany Zjednoczone są zaangażowane w wojnę na Ukrainie (zwiad, rozpoznanie, wywiad, pomoc wojskowa i ekonomiczna). Zarówno w czasie wojny koreańskiej jak i obecnie jednym z głównych przedmiotów troski zaangażowanych w nią mocarstw było i jest „kanalizowanie konfliktu” dbanie o to aby nie rozlał się on szerzej, nie wszedł w fazę eskalacji wertykalnej czy horyzontalnej. Zaangażowanie ZSRR w wojnę w Korei, choć wojskowo ograniczone miało na celu uniemożliwienie wojskom ONZ dowodzonym przez Amerykanów osiągnięcie stanu dominacji w przestrzeni powietrznej nad obszarem walk, co, gdyby się udało, oznaczałoby możliwość izolowania i zniszczenia sił północnokoreańskich. Amerykanie, wykorzystując swoją kosmiczną sieć zwiadu, rozpoznania i łączności, realizują na Ukrainie podobne cele, uniemożliwiając Federacji Rosyjskiej osiągnięcie dominacji w tej samej domenie, wzmacniają też ukraińskie zdolności do prowadzenia wojny lądowej. Dane wywiadowcze, które strona ukraińska pozyskuje od Amerykanów umożliwiają precyzyjny ostrzał artyleryjski, co powoduje, że stare, pochodzące jeszcze z czasów sowieckich systemy broni uzyskują nową jakość. Fakt zaangażowania antagonistycznego mocarstwa w wojnę nie jest też sekretem, Amerykanie w czasie wojny w Korei wiedzieli, że Stalin wspiera północnokoreańskich komunistów, dziś Putin i jego otoczenie doskonale orientują się w skali zaangażowania Zachodu. Wojna w Korei wybuchła w związku z nieprzezwyciężalnymi różnicami i agresywną polityką zarówno komunistycznej Północy, jak i prozachodniego Południa. Rosyjscy eksperci widzą również i w tym obszarze wyraźną analogię do wojny na Ukrainie. Jest jeszcze jeden element wspólny. Otóż w czasie wojny koreańskiej atak Północy poprzedzony był błędną, jak się w następstwie okazało, oceną sytuacji, zwłaszcza gotowości Południa do walki i stawiania oporu. Komuniści uważali, podobnie jak Putin i rosyjskie elity w przypadku Ukrainy, że „reżim” rezydujący w Seulu rozpadnie się w czasie kilku dni, niczym domek z kart. Nie docenili również gotowości Zachodu do zaangażowania się w konflikt. Wojna w Korei, z wojskowego punktu widzenia nie została rozstrzygnięta co nie zmienia faktu, że jeśli się weźmie pod uwagę geostrategiczne następstwa to  podobieństwa są uderzające. I w jednym i w drugim przypadku wielkie mocarstwo jądrowe zmuszone zostało do bezpośredniego wojskowego zaangażowania i utknęło w wojnie toczonej z teoretycznie słabszym, nie dysponującym bronią jądrową przeciwnikiem, który jest wspierany przez wielkie mocarstwo będące rywalem. W Korei w wojnie utknęły Stany Zjednoczone, których siły zbrojne poniosły znaczące straty (36 tys. zabitych, ponad 100 tys. rannych), na Ukrainie jest to Rosja. Rosyjscy Autorzy, choć nie piszą tego wprost, w sposób dość czytelny akcentują też jeszcze jedną analogię między wojną koreańską a ukraińską. Ich zdaniem nie dojdzie do eskalacji nuklearnej, bo rosyjska polityka jest w tym obszarze czytelna i ostrożna, odwołanie się do tego rodzaju argumentacji w roku 2022 roku, miało ich zdaniem jedynie na celu niedopuszczenie do wmieszania się NATO do wojny. Przypominają, że Kreml zaczął mówić o swym potencjale nuklearnym wtedy, kiedy zaczęto dyskutować ustanowienie strefy wolnej od lotów nad Ukrainą i obniżył poziom retoryki, kiedy ten pomysł zarzucono. To ich zdaniem, choć tę kwestię można dyskutować, stanowi dowód na to, że perspektywa eskalacji nuklearnej na Ukrainie nie jest wielka. Jeśli tak, to z rachunku sił, ale też z obserwacji tego co się dzieje na polu walki, z faktu, że od jesieni ubiegłego roku wojna weszła w fazę pozycyjną należy wyciągnąć wniosek, że na wzór konfliktu koreańskiego i w wypadku wojny ukraińskiej nie będziemy mieć do czynienia z przesądzającymi rozstrzygnięciami militarnymi.

Nie oznacza to, że taki stan rzeczy nie pociągnie za sobą następstw politycznych czy geostrategicznych. Również i na tym polu można mówić o analogiach między obydwoma wojnami. Jak piszą rosyjscy eksperci, konsekwencją niemożności pokonania przez Amerykanów komunistycznej Północy w toku wojny w Korei, była w gruncie rzeczy decyzja Waszyngtonu o podziale świata na dwa antagonistyczne bloki. Zmienił się stosunek Stanów Zjednoczonych do NATO, który to sojusz nie był traktowany poważnie do momentu wybuchu wojny na Półwyspie Koreańskim. Amerykanie po porażce (nie zrealizowali swoich pierwotnych planów) zrezygnowali też de facto z dążenia do ustanowienia swojej hegemonii w wymiarze globalnym, a z pewnością podjęliby taką próbę gdyby udało im się złamać opór komunistycznej Północy. Jak argumentują „Gdyby Stany Zjednoczone odniosły miażdżące zwycięstwo na Półwyspie Koreańskim, pokonując siły komunistyczne i jednocząc półwysep pod kontrolą reżimu w Seulu, powstaniu dwubiegunowego systemu można by zapobiec lub odłożyć na czas nieokreślony.” W sensie strategicznym jednak Amerykanie w Korei, choć udało im się minimalizować straty i utrzymać prozachodnią państwowość na południu, ponieśli porażkę. Jej konsekwencją był podział świata na dwa bloki polityczno – wojskowe i trwająca do końca lat 60-tych ekspansja polityczna ZSRR, także defensywna postawa Stanów Zjednoczonych.

Z takiej perspektywy należy też spojrzeć na strategiczne konsekwencje nierozstrzygniętej wojny na Ukrainie. Aby je naświetlić rosyjscy eksperci zwracają uwagę, co, ich zdaniem, było głównym geostrategicznym celem tej wojny. Z punktu widzenia Waszyngtonu, który zaczął dostrzegać, że w porównaniu z szybko rozwijającymi się Chinami słabnie konflikt miał w konsekwencji „wyeliminować Rosję” z grona liczących się rywali strategicznych. Przy czym rosyjscy eksperci wprowadzają w tym momencie ciekawe rozróżnienie. Otóż „strategiczne pokonanie” Moskwy nie miało, w ich opinii nastąpić w wyniku przegranej wojny, ale w efekcie działania sankcji, które miały doprowadzić do załamania się rosyjskiej gospodarki, wewnętrznej destabilizacji i przyjęcia w konsekwencji niekorzystnych warunków zakończenia konfliktu, czyli akceptacji porażki. Główny akcent kładziony jest w tym wypadku na oddziaływanie mechanizmów sankcyjnych co należy rozumieć jako odejście od uproszczonych, ale w Rosji popularnych wizji, w świetle których to Stany Zjednoczone „zmusiły” Putina do ataku. Tu raczej, choć nie wprost, wskazywana jest inna sekwencja wydarzeń. Otóż Kreml popełnił błąd strategiczny atakując Ukrainę, błąd polegający na niedocenieniu przeciwnika. Podobnie źle ocenili sytuację północnokoreańscy komuniści atakując ich zdaniem słabe i niezdolne do obrony południe. Kiedy okazało się, że wojna na Ukrainie nie będzie krótką inicjatywę strategiczną przejął Zachód, wzmacniając Kijów swą pomocą wojskową i nakładając na Rosję bezprecedensowe sankcje. To zdaniem Autorów raportu oznaczało w gruncie rzeczy drugą fazę wojny w której gra dotyczyła już nie Ukrainy, ale złamania Rosji. Tej drugiej fazy Zachód nie wygrał, bo Rosja wytrzymała napór, jej gospodarka okazała się bardziej odporną, otoczenie zewnętrzne, zwłaszcza kraje światowego południa otwarte na ekonomiczną współpracę. Jesienią ubiegłego roku, kiedy Moskwa ogłosiła i przeprowadziła częściową mobilizację wojna weszła w fazę kolejną, z wojskowego punktu widzenia walk pozycyjnych, politycznie i strategicznie przedłużającego się konfliktu bez szans na osiągnięcie przez którąś ze stron przewagi. Z tego opisu sytuacji rosyjscy eksperci wyciągają następujący wniosek:

„Niezależnie od tego, gdzie będzie przebiegała ostateczna granica (między Ukrainą a Rosją – MB) po zakończeniu specjalnej operacji wojskowej, można powiedzieć, że konflikt ukraiński stał się już poważną porażką strategiczną Stanów Zjednoczonych. Poniosły one już znaczne straty, ponieważ nie były w stanie powstrzymać Rosji przed rozpoczęciem specjalnej operacji wojskowej, doprowadzić jej do szybkiej porażki i uchronić swojego partnera, Ukrainę, przed ofiarami i zniszczeniami.”

Ta dyskusyjna teza, przede wszystkim jeśli chodzi o rekonstrukcję amerykańskich celów geostrategicznych, skłania rosyjskich ekspertów do sformułowania już mniej kontrowersyjnego wniosku. Otóż ich zdaniem, niezależnie od tego kiedy i jakim rezultatem zakończy się wojna to w jej następstwie Zachód będzie miał z Rosją raczej więcej problemów niż przed jej wybuchem. Rosja, co prawda nie była w stanie doprowadzić do obalenia wrogiego rządzącego obozu na Ukrainie, ale doprowadziła do znaczącego osłabienia państwa, takiego wyczerpania jego możliwości i potencjału, w tym demograficznego, że z geostrategicznego punktu widzenia dzisiaj bardziej należy ona do pasywów niż aktywów. Wojna najprawdopodobniej zakończy się „wariantem koreańskim”, co oznacza, że zarówno Rosja jak i Ameryka nie osiągną swoich głównych celów geostrategicznych. Ale utrzymująca się, nawet po zakończeniu konfliktu wrogość, będzie miała wpływ na perspektywę zaostrzenia sytuacji, włącznie ze scenariuszami wojennymi, w innych częściach świata. Ale jeśli analogie historyczne do których odwołują się eksperci Klubu Wałdajskiego są słuszne, to trzeba przypomnieć co napisali na temat politycznych i geostrategicznych skutków amerykańskiej porażki w Korei. Waszyngton miał zaakceptować dwublokowy układ w świecie, a ZSRR przejęło na kilkanaście lat inicjatywę. Nie piszą tego wprost, ale dość oczywistym wnioskiem, który można wysnuć z ich wywodów, jest ten, że po wyplątaniu się z wojny, Rosja, która poniosła w jej toku duże straty będzie mentalnie na pozycji defensywnej. Nadal będzie mocarstwem, jednak już znaczenie roztropniej angażującym się w nowe „awantury”. Tylko w przeciwieństwie do świata lat 50-tych ubiegłego stulecia obecny nie jest podzielony dwubiegunowo, teraz jest znacznie większa liczba globalnych graczy i to oni w wyniku wojny na Ukrainie zyskają.

Ten pogląd jest tym bardziej uzasadniony, że konflikt ukraiński ujawnił też nieoczekiwany kierunek ewolucji współczesnej sztuki wojennej. Staje się ona połączeniem ultranowoczesnych zdolności w zakresie rozpoznania, zwiadu, rekonesansu i łączności, czyli wszystkiego co wpływa na zwiększenie świadomości sytuacyjnej i tradycyjnych środków walki o których myślano, że odchodzą do historii. Masa, zarówno jeśli brać pod uwagę sprzęt jak i ludzi, zaczyna się liczyć na powrót. Trzeba będzie się przygotowywać do długich wojen, w których co prawda będzie walczyć się inaczej, w większym rozproszeniu, lepiej maskując swoje pozycje, ale które będą nie mniej wyczerpujące. Potrzeba będzie nie mniej amunicji i sprzętu co w wielkich wojnach przeszłości. Liczyć się będą również nowe umiejętności, co powoduje, że już obecnie zarówno armia ukraińska jak i rosyjska dysponują unikalną, bezcenną, w wymiarze globalnym, wiedzą. Jest jednak jedna zasadnicza różnica, która też się ujawniła w czasie tej wojny. Otóż Zachód w okresie globalizacji zlikwidował swój przemysł, dziś znacząca część jego PKB generują usługi, co ma niewielkie znaczenie jeśli mówimy o potencjale i zdolnościach do toczenia długotrwałych wojen na wyniszczenie. Najlepiej to widać porównując możliwości Rosji i 40 krajów Zachodu wspomagających w ramach formatu Ramstein Ukrainę. Co z tego, że wspierające Kijów państwa Zachodu kontrolują 44 % światowego PKB, a Rosja tylko 3,2 %, skoro w zakresie produkcji amunicji i sprzętu wojskowego to Moskwa jest w stanie szybciej zmobilizować swoje zasoby i póki co, ma przewagę? Rosyjscy eksperci są zdania, że lekcje wojny na Ukrainie, zarówno rozwój hiper-nowoczesnych zdolności sieciowych jak i operowania „masą” sprzętu i ludzi, których trzeba zmobilizować, wyszkolić i uzbroić, działać będzie w przyszłości na niekorzyść Zachodu. Światowe południe, Chiny, Rosja, nawet jeśli dysponują mniejszymi zasobami i są państwami biedniejszymi, to jednak mają większe zdolności w zakresie produkcji przemysłowej, większe zasoby ludzkie a w przypadku Rosji większe, zdobyte na wojnie, doświadczenie. Federacji Rosyjskie udało się też w realiach wojny przejść proces wewnętrznego zjednoczenia, unarodowienia elity, znalezienia nowej ideologii jednoczącej naród. W tym sensie będzie przeciwnikiem trudniejszym, bo doświadczonym, zjednoczonym i zdecydowanych do twardej rywalizacji. Niepowodzenie na Ukrainie w obecnych realiach rosyjskiej polityki nie musi oznaczać wewnętrznych turbulencji.

Z naszej perspektywy diagnozy formułowane przez rosyjskich ekspertów są i dobrą i złą wiadomością. Wygląda na to, że przygotowują oni rosyjskie audytorium na przyjęcie informacji o zakończeniu „specjalnej operacji” na Ukrainie bez osiągnięcie początkowych celów. To ta dobra wiadomość. Zła sprowadza się do tego, że ich zdaniem Rosja wychodzi z wojny skonsolidowana, gotowa do budowy wielkiej armii, dysponująca gospodarką będąca w stanie zaopatrzyć ją w niezbędny sprzęt. Wojny przyszłości, do których trzeba zacząć się przygotowywać będą przebiegały inaczej niż jeszcze do niedawno myślano.

„Konieczne będzie – piszą eksperci Klubu Wałdajskiego - znaczne ilościowe rozbudowanie nowoczesnych armii. Co więcej, konflikty takie jak ukraiński nie mogą, jak pokazały doświadczenia zarówno Rosji jak i Ukrainy, być toczone wyłącznie przez formacje wojskowe werbowane na zasadzie ochotniczej. Mobilizacja ludności do sił zbrojnych staje się nieunikniona, podobnie jak utrzymanie i rozszerzenie praktyki poboru obywateli do służby wojskowej.”

Wrócą armie masowe, wyposażone w nowoczesne technologie. Na to należy nałożyć inne zjawisko. Otóż rywalizujące o wpływy mocarstwa nie będą w stanie kontrolować całego świata. W tym sensie nie nastąpi epoka dwu czy trójblokowości. Obozy wokół największych państw będą istnieć nadal, podobnie jak i rosnąca grupa graczy średniej wielkości, którzy będą zawierać pragmatyczne, zmienne sojusze. To będzie powodowało większą destabilizację obszarów pogranicznych czy peryferyjnych gdzie z większą częstotliwością wybuchały będą konflikty zbrojne. Wielkie mocarstwa, chcąc uniknąć generalnego starcia będą raczej unikały bezpośredniego zaangażowania, co oznacza, że w generalnym planie wojny będą przypominały obecny konflikt rosyjsko – ukraiński. „Masę” będą dostarczać państwa znajdujące się w strefach zgniotu a mocarstwom wystarczy, dla osiągania ich celów geostrategicznych i utrzymywania chwiejnej równowagi, wspieranie swoich sojuszników w zakresie niektórych, zaawansowanych zdolności technologicznych. Będziemy innymi słowy żyć w zmilitaryzowanym świecie, w którym wojny regionalne mogą wybuchać częściej niż w przeszłości. Ryzyko starcia między wielkimi mocarstwami wzrośnie, dlatego też ich dyplomacje będą aktywniej działać na rzecz utrzymania równowagi.

wpolityce.pl

Rząd Niemiec podjął decyzję o tym, że nie dostarczy Ukrainie rakiet Taurus. Przyczyn jest zapewne kilka. Można o nich przeczytać w portalu politico.eu, który opublikował artykuł na ten temat. Dziennikarze powołują się w nim na opinię Fabiana Hoffmana, specjalisty pracującego na Uniwersytecie w Oslo, którego zdaniem jest to związane z faktem, że w rakietach Taurus zamontowany jest nowoczesny zapalnik PIMPF. Jakie to ma znaczenie? Na pierwszy rzut oka rakiety dostarczone już Ukrainie przez Francję i Wielką Brytanię, mowa o systemach Storm Shadow oraz SCALP i niemieckie są bardzo podobne. Mają po około 5 m długości, ważą, te pierwsze 1,3 tony a Taurusy 1,4 a ich głowice bojowe zawierają ok. 500 kg materiałów wybuchowych (odpowiednio 450 i 461 kg). Zasadnicza różnica związana jest z zapalnikiem. Rakiety dostarczone przez Brytyjczyków i Francuzów mają ich starszą wersję, w której opóźnienie między uderzeniem a detonacją materiału wybuchowego ustawia się „ręcznie”. W przypadku pocisków niemieckich zaaplikowano nowoczesne rozwiązanie i zapalnik Taurusów jak piszą dziennikarze „wykrywa puste przestrzenie i zlicza warstwy”, a to oznacza, że „rozpoznaje warstwy materiału i puste przestrzenie oraz może skuteczniej wysadzać w powietrze wielowarstwowe lub zakopane cele”.

Jakie to ma znaczenie? Zasadnicze i pozwala zrozumieć dlaczego Niemcy podjęli decyzję o niedostarczeniu rakiet Ukrainie. Otóż przy użyciu Storm Shadow bardzo trudno niszczyć cele w rodzaju Mostu Kerczeńskiego, bo należałoby doprowadzić do sytuacji kiedy trzy rakiety, jedna po drugiej, uderzą w ten sam punkt – czyli przęsło. Dwie pierwsze wybuchając odsłonią, ujmując sprawy w pewnym uproszczeniu, elementy konstrukcji nośnej a trzecia może zniszczyć konstrukcję nośną. Bez tego trudno mówić o trwałym wyeliminowaniu mostu z rosyjskiego systemu logistyki wojskowej. Inaczej jest w przypadku rakiet Taurus, w tym wypadku penetracja pierwszych warstw nie powoduje detonacji głowicy, co znakomicie ułatwia niszczenie trudnych, jakimi są właśnie mosty, celów. Ta techniczna charakterystyka pozwala nam zrozumieć polityczne motywy rządu Scholza, który mimo nacisków nie ustąpił i nie przekaże Taurusów Ukraińcom. Boris Pistorius uzasadniając decyzję powiedział, że zdaniem Berlina byłby to krok eskalacyjny. Innymi słowy Niemcy są zdania, że zaatakowanie i zniszczenie Mostu Kerczeńskiego, co pozwoliłoby na przeniesienie wojny na Krym, jest działaniem z ich punktu widzenia niepożądanym. Politico pisze też o tym, iż Berlin boi się tego, że nowoczesne konstrukcje wpadną w ręce Rosjan, co jest tym groźniejsze w sytuacji, kiedy planują używanie Taurusów jeszcze przez długie lata a nawet dziesięciolecia. Brytyjczycy i Francuzi nie mają z tym problemów, bo pracują już nad nowymi modelami co oznacza, że z ich perspektywy rakiety Storm Shadow/SCALP są już przestarzałe. To ważne argumenty, ale istotniejsza wydaje mi się motywacja polityczna. (...)

Warto przeczytać ostatni wywiad byłego kanclerza Schrödera dla Berliner Zeitung. Mówi on w nim wiele interesujących rzeczy, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na kilka. Po pierwsze, w pewnym momencie zgodził się z opinią przeprowadzających wywiad, którzy powiedzieli, że Olaf Scholz „jest większym schroderianinem niż się do tego przyznaje” (mehr Schröderianer). Chodzi tu oczywiście o linię polityczną byłego kanclerza Niemiec i wizję prezentowanych przezeń relacji europejskich, w tym z Rosją, oraz atlantyckich. Ta wizja jest dość czytelna, zresztą Schröder mówi o tym wprost. Po pierwsze, Europa ma inne interesy strategiczne niż Stany Zjednoczone i w związku z tym musi uprawiać politykę samodzielną, w tym doprowadzić do zakończenia wojny na Ukrainie. Po drugie, kwestie gospodarcze należy oddzielić od politycznych, zwłaszcza jeśli mówimy o stosunkach z Chinami i z Rosją. Gospodarki państw europejskich, w opinii byłego kanclerza, nie powinny być zmuszane do ograniczania więzi z Chinami, zarówno z tego względu, iż Ameryka sama tego nie robi, jak i dlatego, że to nie jest korzystna dla Europy opcja. To samo można powiedzieć o Rosji, z którą współpraca gospodarcza powinna zostać utrzymana. Schröder uważa zresztą, że i w tym przypadku Amerykanie utrzymują swą obecność w Rosji, oczekując od Europy aby się z niej wycofała. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo Europy Środkowej to jest pewien, że Putin nie zaatakuje NATO, a na dodatek wątpi w to, że Stany Zjednoczone będą w stanie w sposób skuteczny rywalizować jednocześnie z dwoma mocarstwami jądrowymi, czyli z Chinami i Rosją. Wyłania się z tego niezwerbalizowane, ale jednak czytelne przeświadczenie, że Ameryka chce rywalizować z Chinami i Rosją kosztem Europy, a na dodatek ma małe szanse na sukces. W takim ujęciu opowiedzenie się po stronie Waszyngtonu nie jest zapisaniem się do „obozu zwycięzców” ale ponoszenie niepotrzebnych kosztów. Właśnie dlatego Schröder optuje zarówno za pilnym zakończenie wojny na Ukrainie jak i mówi o potrzebie utrzymania wymiany handlowej, zarówno z Pekinem jak i z Moskwą.

Były kanclerz mówi też o swoim zaangażowaniu w rozmowy pokojowe, które miały miejsce w kwietniu ubiegłego roku i które mogły zakończyć wojnę. Jego zdaniem Kijów był gotowy na zawarcie porozumienia a Amerykanie zablokowali tę inicjatywę „nie pozwalając” Zełenskiemu na podpisanie parafowanych już umów. Podaje też 5 punktów tego porozumienia. Są one istotne dlatego, że nadal, jak wprost deklaruje, mogą one stać się filarami porozumienia kończącego wojnę. Schröder mówi o konkretnych warunkach jakie musiałaby, chcąc pokoju, spełnić Ukraina. Po pierwsze Kijów miałby „zdystansować się” od wizji członkostwa w NATO. Po drugie przywrócić państwowy status języka rosyjskiego. Po trzecie zgodzić się na status Donbasu, który miałby przypominać Południowy Tyrol. Chodzi w tym wypadku o pozostanie tej prowincji w składzie Ukrainy, ale miałaby ona uzyskać faktycznie status regionu autonomicznego (takie zapisy znajdowały się w tzw. Porozumieniach Mińskich - MB). Po czwarte gwarantami bezpieczeństwa Ukrainy miałaby być Rada Bezpieczeństwa ONZ, co oznacza, że również Chiny i Rosja. I po piąte wreszcie, należałoby w Kijowie zrezygnować z planów odzyskania Krymu.

wpolityce.pl


To już trzeci szczyt inicjatywy, w Polsce nazywanej „Nowym Jedwabnym Szlakiem”, ogłoszonej dziesięć lat temu w Astanie. Pas i Szlak został pomyślany tak, by globalna sieć infrastrukturalna skupiona na globalnym Południu, przynosiła korzyść przede wszystkim Chińskiej Republice Ludowej.

Wielu państwom azjatyckim, afrykańskim i latynoamerykańskim inicjatywa jest na rękę. Wolą rozwijać się kosztem zależności od Chin niż wcale. Co więcej, w przeciwieństwie do zachodnich partnerów, chińscy towarzysze nie zakłócają harmonii, zadając drażliwe pytania dotyczące praw człowieka.

Idea chińskiej „miniglobalizacji” została genialnie opakowana w propagandowe odniesienia do Jedwabnego Szlaku, wywołującego skojarzenia z orientalnym bogactwem. ChRL zaczęła również przedstawiać niemal każdy chiński pomysł jako część inicjatywy Pasa i Szlaku. Niezależnie od tego, czy dotyczył Chile, Arktyki, cybernetyki, kosmosu, czy też istniał już wcześniej, jak w przypadku pakistańskiego portu Gwadar. 

W pewnym momencie zatarła się wręcz granica między polityką zagraniczną ChRL a wszechogarniającą inicjatywą Pasa i Szlaku. Swoista  „jedwabnoszlakizacja” polityki chińskiej postępowała równolegle z akumulacją władzy przez przywódcę Chin Xi Jinpinga. 

Rosja początkowo była sceptyczna wobec pomysłu, który Xi ogłosił w Astanie – stolicy Kazachstanu. Deklaracja, złożona w miejscu zaliczanym do tak zwanej bliskiej zagranicy, czyli rosyjskiej strefy wpływów, została odczytana niemal jako potwarz, a przynajmniej wyzwanie rzucone Rosji w regionie Azji Środkowej.

Rosja najpierw chciała blokować chińskie wpływy – energii starczyło jej jednak tylko na rok. Po agresji na Ukrainę w 2014 roku Moskwa osłabła na tyle, że zdała sobie sprawę, że nie może jednocześnie walczyć z Zachodem i Chinami. 

Wybrała konfrontację z anglosaskim rdzeniem Zachodu i konieczność dogadania się z Chinami. Przeprosiła się też z Jedwabnym Szlakiem. W konsekwencji Azja Środkowa stała się swoistym polityczno-gospodarczym kondominium rosyjsko-chińskim. 

Putin był również obecny na dwóch poprzednich szczytach Pasa i Szlaku, które odbyły się w 2017 i 2019 roku w Pekinie. Za każdym razem kradł show, wykorzystując swoje stałe sztuczki – spóźniając się na oficjalną inaugurację i grając na pianinie (nawet nieźle) przed dziennikarzami, gdy czekał na spotkanie z Xi.

W swoich wystąpieniach wyolbrzymiał znaczenie Rosji, przedstawiając ją jako niezbędną dla inicjatywy Pasa i Szlaku, a do tego uczestniczącą w niej na własnych warunkach. Chińczycy znosili to z cesarską niemal wyrozumiałością, wiedząc, że lepiej wytrzymać humory Rosji niż mieć do czynienia z jej sypianiem piachu w tryby. 

Potem przyszedł jednak decoupling (czyli redukowanie zależności od Chin), koronawirus, wojna rosyjsko-ukraińska i postępująca deglobalizacja. A także rosnący w świecie sinosceptycyzm. 

Międzynarodowy klimat polityczny dla Pasa i Szlaku się pogorszył. Niegdysiejsi entuzjaści chińskiej inicjatywy, jeszcze dekadę temu głoszący tezy o „odwróceniu skutków odkryć geograficznych” przez Nowy Jedwabny Szlak, teraz zostali z Pasem i Szlakiem jak Himilsbach z angielskim (czy raczej z chińskim). 

Również sama ChRL nieco odpuściła temat Pasa i Szlaku. Pomysłu nie porzucono w zupełności – to by było bardzo nie po chińsku. Po cichu przeniesiono nacisk na inne działania, jak chociażby „globalną inicjatywę bezpieczeństwa” Xi. Sam zaś program Pasa i Szlaku zmniejszono, czy też urealniono, koncentrując się na określonych regionach i zaczęto przedstawiać inicjatywę jako przyjazną środowisku.

W międzyczasie Rosja poprzez atak na Ukrainę doprowadziła do swojej globalnej półizolacji. Chiny początkowo kibicowały rosyjskiej inwazji, bo zdobycie Kijowa i wasalizacja Ukrainy zadałyby cios współczesnemu porządkowi międzynarodowemu. Jednak Putin zawiódł Chińczyków, grzęznąc na ukraińskich stepach i – co gorsza – jednocząc przeciw sobie Zachód, dając tym samym tlen amerykańskiemu globalnemu przywództwu. Wbrew nadziejom niektórych analityków, Pekin nie wystawił jednak Putina do wiatru i nie dogadał się z Zachodem. 

Dla Xi i jego ekipy najważniejszym wyzwaniem jest rywalizacja ze Stanami Zjednoczonymi. Rosja zaś, w kwestii bezpieczeństwa zapewnia Chinom „połowę nieba”: spokój od północy i stabilne źródło surowców energetycznych tanio i z dala od amerykańskiej floty. Dodatkowo, jest ich poputczikiem w dążeniu do zmiany obecnego porządku międzynarodowego.

Co więcej, Chiny nie mogłyby sobie życzyć lepszej Rosji. Moskwa wmanewrowała się w sytuację, w której jej więzi z Zachodem, dotychczas fundamentalne, zostały zamrożone. Wszystko, co pozostało, to Wschód i „globalna większość” – jak to ujął Dmitrij Trenin, niegdyś udający niezależnego analityka, dziś całkowicie „po linii i na bazie” Kremla.

Realistycznie oznacza to konieczność oparcia się na Chinach. Inne kraje, takie jak Indie, Indonezja i Brazylia, nie są w stanie same amortyzować rosyjskiej gospodarki. Jednym słowem: Moskwa strategicznie nie tyle chce, co musi trzymać się Chin.

Każda zmiana tej sytuacji – od obalenia lub śmierci Putina, po chaos w Federacji – stwarza potencjalne trudności dla Pekinu. Najgorszym scenariuszem dla Chińczyków byłby prozachodni pucz i dojście do władzy kogoś w rodzaju Aleksieja Nawalnego, kto mógłby znormalizować stosunki Rosji z Zachodem. Dlatego dla Pekinu dużo korzystniej (i taniej!) jest chuchać i dmuchać na Putina. 

Postawa ta została zademonstrowana na szczycie Pasa i Szlaku, gdzie rosyjski dyktator, z Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze na karku, został powitany na czerwonym dywanie. „Dawanie twarzy”, jak po chińsku określa się schlebianie i komplementowanie gościa, niewiele Chiny kosztuje, a zyskuje im wdzięczność rosyjskiego przywódcy. 

Daje mu bowiem potężny zastrzyk legitymizacyjny. Dzięki Chinom Putin może prezentować się Rosjanom jako przyjmowany z honorami przywódca, nie jako izolowany parias chowający się w bunkrze. W zamian musi publicznie wszem wobec chwalić Xi i inicjatywę Pasa i Szlaku, którą jeszcze dekadę temu próbował powstrzymać, a także samego Xi i jego agendę relacji rosyjsko-chińskich. Tę cenę Putin jest gotów zapłacić. 

Chociaż oficjalnie Chiny prezentują wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej autorskie stanowisko „za, a nawet przeciw”, w rzeczywistości wspierają Rosję, dostarczając jej pieniądze na prowadzenie wojny poprzez masowe zakupy surowców oraz eksportując części podwójnego zastosowania.

Tyle że robią to bez stawiania kropki nad „i”. Otwarte opowiedzenie się za Moskwą ograniczyłoby elastyczność Pekinu – w świecie „zorganizowanej hipokryzji”, jak ongiś nazwano politykę międzynarodową, dużo lepiej zachowywać pozory. 

Pozwala to Pekinowi udawać, że jest neutralny, a Zachodowi udawać, że Chinom wierzy. To umożliwia państwom zachodnim wpływać na stopień chińskiej pomocy dla Rosji, która w wypadku nałożenia dla Chiny sankcji, mogłaby zostać zwiększona. 

Bo choć ChRL pomaga Rosji, to nie zamierza ponosić kosztów rosyjskich błędów ani dopłacać do interesu. De iure Chiny przestrzegają sankcji (znajdują w nich dziury albo obchodzą, ale w sensie formalnym ich nie łamią). Rosyjskie ropa, gaz i węgiel suną do Chin w zwiększonych ilościach i ze zniżką. A eksport chińskich produktów do Rosji, od półprzewodników po ciężarówki, pozwala zarobić firmom zza Muru, zajmującym miejsce wycofujących się zachodnich koncernów. 

Podczas ostatniego szczytu Pasa i Szlaku podpisano umowę zbożową, otwierającą rosyjskiemu ziarnu drogę do Chin. Jednocześnie nie dogadano się w sprawie gazociągu Siła Syberii 2, który ma przebiegać z Rosji do Chin przez Mongolię i w części zrekompensować Moskwie utratę europejskich rynków. 

ChRL ma dużo czasu i dużo gazu LNG, a także dostaw lądowych z Rosji, Turkmenistanu i Birmy. Nie spieszy się jej do kolejnych umów. Lepiej poczekać – w przyszłości ten gazociąg i płynący nim surowiec będą dla Chin jeszcze tańsze. 

Chińczycy już kilka lat temu ustawili relacje z Rosją w oparciu o zasadę gong yin, czy win-win. Wzajemne korzyści nie oznaczają jednak symetrii w ich osiąganiu. 

To, ile wygrasz, zależy od twojej siły, pozycji i umiejętności negocjacyjnych. Nawet przed wybuchem wojny z Ukrainą, układ Rosji z Chinami był bliższy proporcjom 30/70 niż 50/50. Od tego czasu Moskwa tylko osłabła.

Jednocześnie, parafrazując wielkiego amerykańskiego intelektualistę, the art of the deal w wydaniu chińskim polega na tym, by zarobić, nie zrażając do siebie partnera. To się na razie Pekinowi w relacjach z Moskwą udaje. Głównie dzięki mieszance pochlebstw, gry na mocarstwowych tęsknotach Rosji, antyamerykańskich sentymentach, umiarkowaniu i samokontroli. Do tej pory Chińczycy znali granice i nie przesadzali.

Mogli docisnąć bardziej Rosjan, ale tego nie zrobili. Teraz, gdy Rosja jest na tle Chin coraz słabsza, pokusa wykorzystania sytuacji z pewnością rośnie. Hamuje ją świadomość, że skorzystaliby na tym tylko Amerykanie. Dlatego, przynajmniej na razie, opłaca się Chinom łaskawość wobec Rosji. 

A poza tym Putin cytuje Xi Jinpinga.

kulturaliberalna.pl


„My, Egipcjanie, jesteśmy gotowi poświęcić miliony istnień ludzkich, aby nikt nie zbliżył się do ziarenka naszego piasku” - tak premier wyraził chęć ochrony Synaju Północnego za wszelką cenę. Rząd egipski jest zaniepokojony potencjalnym masowym eksodusem Palestyńczyków, którzy być może będą musieli wybierać między pozostaniem w centrum izraelskich bombardowań a opuszczeniem Strefy Gazy.

onet.pl


W piątek /27.10/ zmarł nagle na zawał serca były premier Li Keqiang (2013-2023). W całych Chinach ludzie oddają cześć zmarłemu składając kwiaty, czasami w nieoczekiwanych miejscach, jak most, który kiedyś otwierał. Niemniej władze starają się ograniczyć te spontaniczne wybuchy żałoby, także w mediach społecznościowych. Może to się wydawać dziwne, ponieważ pozornie reżim powinien być zadowolony z pośmiertnej popularności jednego z przywódców. Z perspektywy Pekinu to jednak niebezpieczny przejaw cichego protestu.

Aby zrozumieć ten fenomen trzeba się cofnąć w czasie. W 1976 roku doszło na placu Tiananmen do tzw. Incydentu 5 kwietnia (四五天安门事件). 4-5 kwietnia na placu w tradycyjnym dniu żałoby, Festiwalu Qingming zgromadziły się tłumy, aby zaprotestować przeciwko usuwaniu oznak żałoby po zmarłym wcześniej w tym samym roku premierze Zhou Enlai. W rzeczywistości ostentacyjna żałoba była wtedy jedyną formą wyrażenia sprzeciwu przeciwko władzom centralnym z Bandą Czworga na czele, za której przeciwnika uchodził Zhou Enlai. Z kolei w 1989 roku śmierć Hu Yaobang, byłego sekretarza generalnego, uznawanego za liberała, który został zmuszony do przejścia na emeryturę przez Deng Xiaoping w 1987 roku wywołała ogólnokrajowe demonstracje i zapoczątkowała okupację placu Tiananmen przez studentów, którzy domagali się demokratyzacji. Dzisiaj pamiętają o tym nie tylko władze, ale też wielu Chińczyków. Dlatego spontaniczny wybuch żałoby po byłym premierze, wywodzącym się z innej frakcji partyjnej, jest traktowany przez jedną i drugą stronę jako sposób wyrażenia sprzeciwu wobec Xi Jinping.

Pierwsze oznaki pojawiły się w Hefei, rodzinnym mieście byłego premiera w prowincji Anhui. W Zhengzhou, w centralnej prowincji Henan, gdzie Li pracował przez siedem lat jako gubernator prowincji, a następnie sekretarz partii prowincji, ludzie ustawili portret w centrum miasta. W Szanghaju kilku artystów zostało zatrzymanych przez policję, w szczególności mężczyzna przebrany za girlandę z napisem „głębokie kondolencje” i inny przebrany za znak drogowy z napisem „Jestem w Szanghaju. Chcę, żebyś umarł” – Li Keqiang zmarł w Szanghaju. Bardziej tradycyjne oznaki żałoby pojawiają się w całym kraju. Xi Jinping musi sobie zdawać sprawę, że Chińczycy w ten sposób wyrażają swoje niezadowolenie, a ono narasta wraz z pogarszająca się sytuacją gospodarczą – lepsze wskaźniki makroekonomiczne nie przekładają się na sytuację mas. Do tego dochodzi pamięć o strategii „zero COVID” i konsekwencjach jej nagłego porzucenia, jak i ogólny wzrost represyjności systemu w ostatniej dekadzie.

zawielkimmurem.net