piątek, 10 kwietnia 2026



Kraje OPEC z rosnącym oburzeniem i wściekłością patrzą na to, jak Stany Zjednoczone, które swoją agresywną interwencją militarną ponownie wrzuciły region Zatoki Perskiej w chaos, teraz cynicznie próbują zarabiać na kryzysie, który same wywołały.

Według prognoz Kpler, eksport ropy z USA w kwietniu ma pobić rekord i osiągnąć 5,2 mln baryłek dziennie – o jedną trzecią więcej niż w marcu.

Azjatyccy odbiorcy, pozbawieni stabilnych dostaw z Zatoki, rzucili się na amerykańską ropę.

Popyt Azji na dostawy z USA ma wzrosnąć aż o 82%, do 2,5 mln baryłek dziennie.

Liczba tankowców zmierzających do portów USA wzrosła z 24 do 68.

Jednak kraje OPEC podkreślają, że nie jest to żaden „genialny strategiczny plan” Waszyngtonu, lecz klasyczny przykład chaosu i braku koordynacji w amerykańskiej administracji.

Ataki USA i Izraela na Iran nie były elementem przemyślanego planu zabezpieczenia interesów energetycznych Ameryki, lecz wynikiem pochopnych, źle skalkulowanych decyzji.

Zamiast wzmocnić pozycję USA, administracja wywołała niekontrolowaną eskalację, która sparaliżowała Cieśninę Ormuz – szlak, przez który płynie 80% ropy kierowanej do Azji.

Teraz Waszyngton desperacko próbuje gasić pożar, który sam podpalił, a rekordowy eksport ropy jest jedynie chaotyczną reakcją na kryzys, a nie zamierzonym sukcesem polityki energetycznej.

Paradoksalnie, ten „sukces” eksportowy uderza także w samą amerykańską gospodarkę. Wewnętrzne ceny paliw w USA gwałtownie rosną, co już zaczyna hamować konsumpcję, podbija inflację i zwiększa koszty działalności dla amerykańskich przedsiębiorstw, transportu i rolnictwa.

Wysokie ceny ropy WTI  (najwyżej od czterech lat) oznaczają, że amerykańscy konsumenci i przemysł płacą rachunek za awanturnictwo własnej administracji.

Zamiast cieszyć się tanimi nośnikami energii, gospodarka USA wchodzi w okres stagflacji – wyższej inflacji przy jednoczesnym spowolnieniu wzrostu.

Długoterminowo rekordowy eksport nie rekompensuje strat: niszczone są globalne łańcuchy dostaw, rosną koszty importu innych towarów, a zaufanie partnerów handlowych do amerykańskiej stabilności energetycznej dramatycznie spada.

Kraje OPEC podkreślają z ubolewaniem, że amerykańska polityka na Bliskim Wschodzie po raz kolejny udowadnia swoją kompletną nieudolność. Zamiast budować stabilny porządek energetyczny, Waszyngton generuje chaos, z którego krótkoterminowo korzysta jedynie garstka koncernów naftowych, podczas gdy zarówno sojusznicy, jak i sami Amerykanie ponoszą ciężkie konsekwencje ekonomiczne i geopolityczne tej krótkowzrocznej, destrukcyjnej polityki.

x.com/PawelJezowski


Newsweek: W swojej najnowszej książce "Ojczulkowie. Filary czy przekleństwo Węgrów?" stawia pan tezę, że Orbán wpisuje się w cały korowód węgierskich despotów i jest nie wybrykiem, ale naturalnym elementem.

Prof. Bogdan Góralczyk: - Od cesarza Franciszka Józefa wziął hasło "Wielkich Węgier", od Horthyego, regenta między I a II wojną światową — rewizjonizm, a od komunistycznego I sekretarza Kádára — umowę społeczną, bo Kádár najpierw przyjechał z Moskwy w 1956 r. na ruskim czołgu i Węgrów zmiażdżył, a później stopniowo korumpował. Zwykły obywatel mógł za Kádára dostać Trabanta i domek letniskowy, żeby tylko nie wtrącał się do polityki. Umowa społeczna Orbána polegała zaś na tym, że po 1990 r. socjaliści kradli, ale się nie ­dzielili, a Orbán kradnie, ale pozwalał też kraść Węgrom.

(...)

Elity liberalne nigdy nie wychylały nosa poza Budapeszt, tymczasem Magyar ruszył na prowincję, bo tam są prawdziwe Węgry. I przełamał dychotomię stolica-prowincja, bardzo głęboko osadzoną w węgierskiej kulturze i społeczeństwie.

— Kosmopolityczny, liberalny, socjaldemokratyczny Budapeszt jest dla konserwatywnej reszty kraju tym samym, co za Horthyego: "bűnös város", czyli "grzesznym miastem".

Więc Orbán zbudował swój wizerunek chłopaka z biednej prowincji, który do wszystkiego doszedł sam.

— Na początku umizgiwał się do stołecznej inteligencji i do Sorosa, z którego potem zrobił największego wroga. Może później, gdy już miał konstytucyjną większość, zaczął wierzyć w hasła, które głosił. Ale wcześniej to był cyniczny bezideowiec. Napędzały go władza i pieniądze.

Nawet na symbolicznym pogrzebie Imre Nagya 16 czerwca 1989 r., gdy jako 26-latek wzywał Armię Radziecką do opuszczenia Węgier?

— Ale już myślał cynicznie. Wspólnie z László Kövérem, kumplem z akademika, a później czołowym politykiem Fideszu, usiedli w kawiarni i napisali tę przemowę, którą skrócili z ośmiu do dwóch stron i wymyślili nośne hasło, które porwie naród. Orbán zawsze miał wyczucie ludu, wiedział, jak go uwodzić.

Elita demokratyczna była nim wtedy zachwycona.

— Glejt do wejścia w wielką politykę dał mu konserwatysta József Antall, pierwszy premier demokratycznych Węgier, na którym Orbán zrobił wielkie wrażenie jako inteligentny młodzieniec ze smykałką do polityki. W czasie obrad węgierskiego Trójkątnego Stołu — odpowiednika polskiego Okrągłego Stołu — Orbán był już jednym z trzech rozgrywających po stronie opozycji.

Kiedy uznał, że wielkomiejski liberalizm nie ma przyszłości, że Europa jest zgniła, słaba, zdemoralizowana? I uwierzył, że światło przyjdzie ze Wschodu, bo przyszłymi potęgami są Rosja i Chiny i na nie trzeba się orientować?

— Orientacja na Wschód to dopiero lata 2008-2010, ale wcześniej zrozumiał, że prawa strona jest do zagospodarowania, i zrobił to.

Gdy w 2006 r. po słynnym ­przemówieniu premiera Gyurcsánya o tym, że "kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem", wybuchły zamieszki w Budapeszcie, Orbán przeskakiwał bramki policyjne i wyprowadzał ludzi na ulice. Kluczowy moment nastąpił w 2009 r., kiedy poleciał do Petersburga spotkać się z Putinem. Rozmowa trwała tylko 35 minut, ale zmieniła wszystko. Orbán, którego pamiętam, jak chodził pod ambasadę rosyjską w Budapeszcie protestować, stał się nagle zwolennikiem Putina. Ani Rosjanie, ani Orbán nie powiedzieli, czego dotyczyła ta rozmowa.

Ale są dwie wypowiedzi, z których można coś wydedukować: Radosława Sikorskiego i Donalda Tuska, o tym, że Putin proponował Polakom Lwów. Skoro Putin proponował nam odzyskanie Lwowa kosztem Ukrainy, to mógł zaproponować Orbánowi Zakarpacie, stracone po układzie w Trianon. Orbán uznał, że jest realna szansa pójść w ślady Horthyego i odbudować Wielkie Węgry.

I wjechać na białym koniu do dziś ukraińskiego Użhorodu, czyli węgierskiego Ungváru.

— A z Ungváru blisko przez Bukowinę do siedmiogrodzkich Szeklerów, do których regularnie jeździ, bo to najbardziej węgierscy Węgrzy ze wszystkich.

Na spotkaniu z brytyjskim historykiem Niallem Fergusonem w Budapeszcie Orbán powiedział, że książka Fergusona "Cywilizacja. Zachód i reszta świata" zmieniła jego światopogląd. Zrozumiał, że Zachód jest w fazie schyłkowej. Orbán już wcześniej wymienił pięć krajów przyszłości: Rosję, Chiny, Turcję, Indie oraz Singapur, ale szybko wykreślił ten ­ostatni, bo tam są drastyczne kary za ­korupcję. Kiedy doszedł do władzy w 2010 r., od razu ogłosił "Keleti nyitás", czyli "Otwarcie na Wschód". Początkowo wielu obserwatorów, podobnie ja, myślało, że to otwarcie handlowe, bo wszyscy chcieli robić interesy z Chińczykami, ale też z Rosjanami. Ale to było otwarcie polityczne. W 2014 r. Orbán jak zwykle pojechał wygłosić u Szeklerów orędzie programowe i ogłosił tam, że ustanawia "demokrację nieliberalną".

Znamienne, że zawsze takie orędzia wygłaszał w Siedmiogrodzie. Aby pokazać, że to wciąż są Węgry, a nie żadna Rumunia.

— Gdy zdobył większość konstytucyjną w 2010 r., to dzień 4 czerwca, czyli rocznicę podpisania układu w Trianon, ogłosił świętem narodowym. I szybko dał Węgrom w diasporze czynne i bierne prawa wyborcze. Dwa lata później ustanowiono nową konstytucję, zmieniając nazwę państwa z Republiki Węgierskiej na Węgry. A Węgry są wszędzie tam, gdzie mieszkają Węgrzy, a nie tam, gdzie mocarstwa wytyczyły granice. Orbán kreuje się na wodza Węgrów, a nie tylko szefa państwa węgierskiego.

Trianon to największa trauma w historii Węgrów, z którą do dziś się nie pogodzili.

— Porównywalna z rozbiorami Polski. Samej Rumunii Węgrzy w 1920 r. oddali więcej ziemi, niż im zostało.

Od 2010 r. mówiłem, że Orbán jest niebezpiecznym nacjonalistą. Kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 r., wyłamał się z solidarności europejskiej — Unia Europejska wprowadza sankcje wobec Rosji, a Orbán po raz pierwszy zaprasza Putina do Budapesztu. Angela Merkel mówiła: "Mały kraj, panuje tam spokój, a niemieckie interesy są zabezpieczone, bo mamy tam dużo fabryk samochodów". To był potężny grzech zaniechania. I zlekceważono ogłoszenie "demokracji nieliberalnej", która jest niczym innym jak autokracją.

Powstał osobny "system orbánowski", oryginalny, wręcz endemiczny węgierski twór.

— Opiera się na fundamentach systemu Kádára, ale z dodaniem nacjonalizmu i nienawiści do Unii, co podkreślił hasłem: "Nem leszünk gyarmat!", czyli "Nie będziemy kolonią!".

Od zmiany konstytucji i uznania, że Orbán jest wodzem Węgrów, pojawia się czysty rewizjonizm. W dawnym klasztorze karmelitów na Wzgórzu Zamkowym, dokąd przeniósł swoje biuro z budynku parlamentu, nie tylko powiesił mapę Wielkich Węgier, ale postawił nawet globus z Wielkimi Węgrami. Pokazuje je gościom, pokazał też Morawieckiemu, a teraz zapewne Nawrockiemu.

Brzemienne w skutki może być to, co się stało w czasie pandemii, gdy walczono z covidem. Od marca 2020 r. Orbán jednoosobowo rządzi dekretami. Choćby jutro może ogłosić stan wojenny, z powodu Ukrainy albo Iranu. I odwołać wybory 12 kwietnia.

Wiatru w żagle Orbán nabrał w 2015 r., gdy przez Węgry od południa ruszyła wielka fala uchodźców, a wszystkie media pokazywały tłumy migrantów na dworcu Keleti w Budapeszcie. Od tamtej pory ustawił sobie do bicia dwóch wrogów: migrantów oraz liberałów. A później dołożył do tego grę na lęku przed wojną. Straszył Węgrów, że wojna przyjdzie na ich ziemie. Na tym też bardzo dużo zyskał.

Po agresji rosyjskiej ruszył z trasą po kraju pod hasłem "Pokój i bezpieczeństwo", pokazując siebie jako jedynego, który może uchronić Węgry przed wojną.

— Na strachu przed wojną i deklaracji, że nie da wysłać naszych chłopców na śmierć, zarobił sporo punktów. Rozbita i rozmyta opozycja po kolei była wycinana.

(...)

Wszystko dobrze się dla niego układało, aż w 2024 r. przyszła afera pedofilska. Okazało się, że prezydent Katalin Novák ułaskawiła wicedyrektora domu dziecka, który krył pedofilską działalność swojego szefa. Kraj zawrzał. A "Viktator" jak go nazywają, pokazał, co to znaczy "demokracja nieliberalna" — natychmiast wyrzucił panią prezydent.

Wówczas Judit Varga, była minister sprawiedliwości oraz była żona Pétera Magyara, będąc jedynką Fideszu w wyborach do europarlamentu, w geście solidarności z Novák odeszła z partii i życia politycznego.

I w tym momencie objawił się nikomu nieznany, bo zajmujący się dyplomacją europejską, polityk Fideszu Péter Magyar. Oskarżył Orbána o współodpowiedzialność za tolerowanie skandali pedofilskich i natychmiast ruszył z tematem korupcji, doskonale odnajdując się w mediach społecznościowych. Chwilę później portal śledczy Direkt36 pokazał film dokumentalny "A dinasztia" o bizantyjskim stylu życia rodziny Orbána, który wyświetlono na Węgrzech 4 mln razy. Opowiada o tym, jak dorobili się córka Orbána Ráhel i jej mąż István Tiborcz. "Dynastia" pokazała niesamowity poziom korupcji na Węgrzech.

Na początku tego roku pojawił się kolejny film. Jego bohaterem jest nie tyle szef banku centralnego György Maltocsy, który musiał zrezygnować, bo przeciwstawił się ręcznemu sterowaniu gospodarką przez Orbána, ile jego syn Ádám. Otóż Ádám z kolegami przekręcili ponad 400 mld forintów z fundacji, do których wpływały zyski z Narodowego Banku Węgier. To ponad miliard dolarów.

W "Ojczulkach" stawia pan tezę, że Węgrzy z natury są przyzwyczajeni do rządów absolutystycznych i dobrze się w nich czują.

— Niestety. Richard Pipes, wybitny amerykański sowietolog, urodzony w Cieszynie i mówiący piękną polszczyzną, porównał kiedyś Rosjan i Węgrów i uznał, że jedni i drudzy uważają, że ich kraje graniczą tylko ze sobą.

Może to jest kwestia duszy węgierskiej? Poczucia inności językowej, kulturowej, mentalnej? Bycia wyspą w tzw. morzu słowiańskim, bo większość sąsiadów Węgier to kraje słowiańskie.

— I wszędzie wokół mieszkają Węgrzy: w Rumunii, Serbii, Słowacji, ­Ukrainie, o czym każdy pamięta. I to łączy z Putinem, który chce "scalać rosyjskie ziemie", a Węgrzy marzą o powrocie węgierskich ziem utraconych po Trianon. W najbliższych wyborach nie będzie dwóch — jak wszyscy uważają — elektoratów, ale pięć.

Jest kosmopolityczny, liberalny Budapeszt. Potem konserwatywna, ludowa prowincja. Trzeci elektorat to diaspora, czwartym są Romowie — największa mniejszość na Węgrzech i jedyna grupa społeczna, która rośnie, jest ich już prawie milion. Węgry w ostatnich latach straciły milion obywateli, z tego pół miliona młodych ludzi wyemigrowało, nie widząc dla siebie perspektyw w kraju.

Ostatnią siłą, która do tej pory decydowała o wynikach — jest nawet 30-procentowy obóz apatii. Ludzie, których nic nie interesuje prócz przetrwania, może pójdą głosować, a może nie. I kolejne ważne pytanie: czy do urn pójdą gospodynie domowe i młodzi? To o ich udział ostatnio apelował Magyar, bo zarówno kobiety, jak i młodzież trzymali się z dala od polityki.

onet.pl\Newsweek