piątek, 27 maja 2022


Kolejną dobę najcięższe walki toczą się na styku obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego. Siły rosyjskie podeszły od południowego wschodu pod Bachmut, a obrońcy stawiają im opór w okolicach wsi Pokrowśke i Kłynowe (10–15 km na wschód od centrum miasta). Na północny wschód od Bachmutu trwają walki o kontrolę nad drogą do Lisiczańska (w rejonie Berestowe–Biłohoriwka w obwodzie donieckim) oraz przełamanie pozycji ukraińskich przy granicy obwodów (Komyszuwacha–Nyrkowe w obwodzie ługańskim). Rosjanie nie rezygnują z próby okrążenia rejonu Siewierodoniecka od północy i przygotowują kolejny desant przez Doniec. W obwodzie ługańskim najeźdźcy wkroczyli do Siewierodoniecka (walki toczą się w północno-zachodniej jego części) i podejmują próby obejścia od południa zarówno tego miasta, jak i sąsiadującego z nim Lisiczańska. Z kolei w obwodzie donieckim siły rosyjskie, po zajęciu Łymanu, atakują pozycje ukraińskie na południe (w kierunku Słowiańska) i południowy wschód (Siewiersk–Bachmut) od Lisiczańska. Na pozostałych kierunkach dominuje ostrzał i bombardowanie ukraińskich pozycji i zaplecza. Doszło do najpoważniejszego od kilku tygodni ostrzału Charkowa i okolicznych miejscowości. Przeciwnik ma ponadto prowadzić minowanie narzutowe potencjalnych tras przemarszu jednostek ukraińskich. Celem uderzeń rakietowych był obwód dniepropetrowski. Według ukraińskich źródeł wojskowych w ostatnich dniach atakowane są głównie obiekty infrastruktury kolejowej.

Kreml po raz pierwszy oficjalnie potwierdził zamiar aneksji obszarów zajętych po 24 lutego. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow stwierdził, że Moskwa oczekuje od Kijowa akceptacji rosyjskich roszczeń do okupowanych terytoriów. Uznał to za kwestię niepodlegającą negocjacji i wezwał władze Ukrainy do uznania faktycznej sytuacji na terenach okupowanych. Wiceprzewodniczący Rady Federacji FR Andriej Turczak oznajmił, że w Donbasie i na terenach obwodów chersońskiego i zaporoskiego planuje się utworzenie specjalnej strefy ekonomicznej w celu zintegrowania gospodarki tych terytoriów z rosyjską przestrzenią gospodarczą. Kolejnym potwierdzeniem zamiarów aneksyjnych jest nadanie numerom telefonicznym w ww. obwodach rosyjskiego prefiksu „+7” i serwisowanie usług telekomunikacyjnych tylko przez rosyjskich operatorów.

Departament Obrony USA poinformował, że od 9 maja liczba zaangażowanych na Ukrainie rosyjskich batalionowych grup taktycznych (BGT) wzrosła z 97 do 110. Nadal największe ma być zgrupowanie południowe (w lewobrzeżnej części obwodu chersońskiego i w obwodzie zaporoskim), natomiast siły pozostałych zgrupowań agresora (zachodnie, centralne i wschodnie) mają mieć podobną liczebność. Pentagon oszacował straty rosyjskie na blisko 1000 czołgów, ponad 350 systemów artyleryjskich, „prawie trzy tuziny” samolotów bojowych i ponad 50 śmigłowców (strat ukraińskich nie podał). Obrońcy mieli wykorzystać w walkach 85 haubic M777 (z łącznej liczby 108 przekazanych; dostarczono 190 tys. z 209 tys. sztuk amunicji 155 mm), 9 śmigłowców Mi-17 (z 11) i 73% amunicji krążącej Switchblade.

Alaksandr Łukaszenka podjął decyzję o utworzeniu Południowego Dowództwa Operacyjnego. Będzie to trzecia z kolei taka struktura, dotąd istniały dwa dowództwa operacyjne: Północne w Grodnie i Północno-Zachodnie w Borysowie. Powodem zmodyfikowania struktur wojskowych ma być „presja militarna” na Białoruś ze strony NATO. Decyzja Łukaszenki dowodzi tego, że zadaniem armii białoruskiej w konflikcie z Ukrainą jest blokowanie jej granicy z Białorusią oraz osłona sił rosyjskich przed ewentualnymi atakami ukraińskich grup dywersyjnych.

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow ostrzegł, że służby specjalne agresora zmieniają taktykę i plany wewnętrznej destabilizacji sytuacji w kraju. Operacja specjalna, której nadano kryptonim „Kameleon”, zakłada aktywizację agentury podającej się za osoby o poglądach patriotycznych. Podkreślił, że współpracownicy rosyjskich służb na Ukrainie dysponują dużą ilością broni. Wypowiedź Daniłowa świadczy o tym, że aktywność agenturalna wciąż stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Próby destabilizacji mogą przybrać formę działań „pod obcą flagą”, np. organizowania oddziałów obrony terytorialnej, które w rzeczywistości odegrają rolę rosyjskich jednostek dywersyjnych.

Ukraiński resort spraw wewnętrznych poinformował, że wszczęto ok. 500 postępowań karnych w sprawach o kolaborację (najwięcej w obwodach ługańskim i kijowskim – odpowiednio 162 i 68). Władze Ukrainy ostrzegły osoby współpracujące z Rosjanami, że oprócz odpowiedzialności karnej przed rodzimymi sądami grozi im instrumentalne wykorzystanie bez gwarancji zapewnienia im bezpieczeństwa.

26 maja odbyła się rozmowa telefoniczna premiera Włoch Mario Draghiego z prezydentem Władimirem Putinem, podczas której rosyjski prezydent stwierdził, że Rosja jest gotowa wznowić eksport zboża i nawozów pod warunkiem zniesienia zachodnich sankcji. Według doniesień medialnych Turcja prowadzi negocjacje z Kijowem i Moskwą w celu utworzenia korytarza dla eksportu zboża z ukraińskich portów. Temat ten został też poruszony w czasie rozmowy prezydentów Emmanuela Macrona i Recepa Tayyipa Erdoğana.

Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii opublikował sondaż o stosunku Ukraińców do Rosji. W porównaniu do badania z początku wojny odsetek osób pozytywnie odnoszących się do tego państwa spadł z 34 do 2%, zaś mających negatywny stosunek wzrósł z 50 do 92% (6% nie ma zdania na ten temat). Różnice pod względem regionalnym są względnie niewielkie – najbardziej krytycznie do Rosji odnoszą się mieszkańcy zachodniej (93%) i centralnej (95%) Ukrainy, natomiast w pozostałych jej częściach wskaźnik ten jest niższy (90% na południu i 85% na wschodzie). Przeprowadzono też nowe badanie wśród osób, które pozytywnie odnosiły się do Rosji w lutym br. – z sondażu wynika, że 80% z nich ma obecnie do niej negatywny stosunek, a jedynie 8% utrzymuje dotychczasowe poglądy.

Komentarz

Rosjanie konsekwentnie dążą do okrążenia i zniszczenia zgrupowania ukraińskiego w rejonie Siewierodoniecka, a rejonem najintensywniejszych działań pozostaje Donbas. Informacje Pentagonu – częściowo potwierdzane przez lokalne źródła ukraińskie – wskazują, że wprowadzane na Ukrainę dodatkowe siły kierowane są nie na tereny najcięższych walk, lecz głównie do prawobrzeżnej (północno-zachodniej) części obwodu chersońskiego. O ile na początku maja rozmieszczone tam zachodnie zgrupowanie wojsk rosyjskich liczyło 5 BGT, o tyle obecnie ich liczebność ma być porównywalna ze zgrupowaniami centralnym (Donbas) i wschodnim (obwód charkowski), w których skład wchodziło po ok. 20 BGT. Wskazuje to na przekonanie rosyjskiego dowództwa o rychłym opanowaniu Donbasu (a przynajmniej braku konieczności wzmacniania operującego tam zgrupowania) i przygotowywaniu sił do uderzenia w kierunku północnym (Zaporoże, Krzywy Róg) i/lub zachodnim (Mikołajów, Odessa). Skupienie się Rosjan na atakowaniu linii zaopatrzeniowych obrońców (nadal główną rolę odgrywa kolej) świadczy jednak o tym, że obawiają się oni kolejnych dostaw ciężkiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego z Zachodu, które mogłyby pokrzyżować ich plany operacyjne nie tylko w kwestii kierunków dalszej ofensywy, lecz także opanowania Donbasu.

Krystalizują się plany Kremla co do przyszłości okupowanych terytoriów. Wypowiedź Pieskowa należy uznać za wsparcie pojawiających się koncepcji zakończenia wojny w zamian za ustępstwa terytorialne Ukrainy i dopuszczenie do częściowego jej rozbioru. Deklaracje przedstawicieli rosyjskich urzędników oraz działania „integracyjne” podejmowane w obwodach chersońskim i zaporoskim świadczą o tym, że siły rosyjskie – nie czekając na formalną decyzję polityczną Kremla – budują fundamenty organizacyjne uzasadniające jej podjęcie w najbliższych miesiącach. Realizacja tego scenariusza będzie przedstawiana jako zwycięstwo Rosji zdolnej do kontynuowania polityki scalania „ziem rosyjskich”.

osw.waw.pl

Jak pan ocenia kanclerza, który jest bardzo krytykowany za swoją komunikatywność i który jest adresatem obu listów w sprawie Ukrainy?

Wpisuje się w tradycję Angeli Merkel: jest umiarkowany i bacznie obserwuje wyniki. Powoduje to pewną nieśmiałość, jeśli chodzi o bycie liderem. Co do Merkel – trzeba jednak przyznać, że jeśli zachodziła konieczność – na przykład po katastrofie reaktora w Fukushimie – potrafiła być liderem. Myślę, że niezdecydowanie i gra na zwłokę Scholza wynikają przede wszystkim z problemów w koalicji. Nie byłbym politologiem, gdybym nie brał tego pod uwagę.

Na czym polegają te problemy?

Widać, że ku zdumieniu wszystkich Partia Zielonych wyrosła na wymuszonym pacyfizmie, zajęła zdecydowane stanowisko w sprawie Ukrainy, co wprawdzie nie jest już tak zaskakujące, jeśli weźmie się pod uwagę, że wcześniej widzieliśmy to samo w przypadku ówczesnego wicekanclerza Joschki Fischera, który interweniował w trakcie wojen związanych z rozpadem Jugosławii. Natomiast wśród niektórych członków partii socjaldemokratycznej [SPD – przyp. red.] – którą z pewnością znam najlepiej od środka – dominuje sentymentalny pacyfizm.

Co jest sentymentalnego w pacyfizmie SPD?

Nie dostosowała się do fundamentalnie zmienionych okoliczności, co wynika z sentymentalizmu i wygodnictwa. Nie dotyczy to SPD jako całości, zaznaczam wyraźnie. Istnieją jednak znaczne siły, można by wręcz powiedzieć konserwatywne, które proponują bezruch jako projekt polityczny. A ponieważ Olaf Scholz dzięki swojemu zwycięstwu w wyborach dał Socjaldemokracji nową pewność siebie, ale nie dokonał zasadniczego zwrotu w partii, musi brać pod uwagę, że nagle może zostać sam i nie będzie nikogo, kto pójdzie za nim. Przynajmniej w SPD.

Uchodzi pan za osobę blisko związaną z SPD.

Tak jest. Jestem związany z tą partią od wczesnych lat 70. Nigdy nie odszedłem, chociaż od czasu do czasu miałem problemy z SPD. Ale są też kwestie, bardziej w obszarze polityki społecznej, w których uważam ją za ważny element obrony liberalnej demokracji. Uważam, że dziś nie jestem już w stu procentach zgodny z partią, ale nadal jest mi do niej blisko.

Jest pan blisko SPD mimo jej polityki wobec Rosji, a także powiązań między Gerhardem Schröderem i Manuelą Schwesig a Nord Stream 2?

Ma pan na myśli projekt włączenia Rosji, która powstała na gruzach Związku Radzieckiego jako mocarstwo o tendencjach rewizjonistycznych, do europejskiego ładu pokojowego poprzez integrację gospodarczą, a przy tym zabezpieczenie Niemiec jako ośrodka przemysłowego poprzez układ naftowo-gazowy? Był to projekt, który zapewnił dobrobyt w kraju. Obecnie widzimy, że szczyt naszej prosperity minął i ten stan potrwa lata, jeśli nie na dekady.

Był to projekt, z którego skorzystałaby również ludność Rosji, gdyby oligarchowie nie zagarnęli dochodów ze sprzedaży energii i surowców. Ostatecznie projekt ten zakończył się niepowodzeniem, ponieważ nie udało się przekonać Putina i jego otoczenia, że dla niego i jego kraju nie ma lepszego rozwiązania od europejskiego ładu pokojowego. To się nie udało. Zamiast tego Putin realizuje neoimperialny projekt przywrócenia dawnej wielkości. Na niekorzyść Rosji, na niekorzyść Europejczyków — a przede wszystkim z konsekwencjami w postaci śmierci i cierpienia w Ukrainie.

Co sądzi pan o zarzucie, że myślenie w kategoriach geopolitycznych stref wpływów, jest anachronizmem, a przede wszystkim nie oddaje sprawiedliwości Ukrainie jako suwerennemu państwu dotkniętemu wojną?

Nie ulega wątpliwości, że w polityce światowej istnieje roszczenie co do stref wpływów. Dzięki swojej strategii Jedwabnego Szlaku Chińczycy są podmiotem ofensywnym, ale dysponują siłą ekonomiczną, a nie militarną. Rosjanie mają niewielką siłę ekonomiczną, więc są zmuszeni w dużym stopniu wykorzystywać siłę militarną. Stany Zjednoczone uznają za swoją strefę wpływów region Karaibów i Amerykę Środkową, a także część Ameryki Południowej. Na przykład Doktryna Monroego [doktryna z 1823 r. zakładająca, że kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji ani ekspansji politycznej ze strony Europy]. Tylko polityczni marzyciele zaprzeczają istnieniu stref wpływów. Nie znaczy to, że należy się pogodzić z tym, że Putin zapewnia sobie strefy wpływów. To obserwacja rzeczywistości politycznej — także w odniesieniu do trzech modeli wyjaśniających zachowanie Rosji wobec Ukrainy.

Co to za modele?

Po pierwsze, można powiedzieć, że Putin nie chce, aby NATO znajdowało się zbyt blisko granicy z Rosją, dlatego też poruszył kwestie otwartych granic w Gruzji i w Ukrainie. W ten sposób udało mu się osiągnąć pierwszy cel. Model ten nie ma więc zastosowania do obecnej wojny z Ukrainą. Drugi model zakłada, że Putin nie chce, aby na peryferiach Rosji funkcjonowała demokracja, ponieważ obawia się, że jej siła będzie oddziaływała na Rosję. I po trzecie: ma tendencję do dążenia do przywrócenia granic z czasów carskiej Rosji lub dawnego Związku Radzieckiego. Kiedy mówię o "strefach wpływów", Putin wydaje się zorientowany na ostatni wariant. Najwyraźniej cierpi na bóle fantomowe po straconych terytoriach. Nie jest to jednak coś, co cechuje tylko Putina.

Kto jeszcze cierpi z powodu bólów fantomowych?

Można to zaobserwować również w neoosmańskiej polityce Erdoğana, choć na znacznie mniejszą skalę. Turcja także od dziesięcioleci prowadzi pewne wojny, na przykład z Kurdami, częściowo wkraczając także na dawne terytoria Imperium Osmańskiego. Można też powiedzieć, że brexit był formą nostalgii za imperium: Brytyjska Wspólnota Narodów zamiast członkostwa w Unii Europejskiej.

Czy w odniesieniu do wojny w Ukrainie można mówić o wojnie zastępczej w jakimkolwiek sensie? [Rodzaj wojny, w której skonfliktowane państwa rozstrzygają spór nie za pomocą starć militarnych na własnym terytorium, lecz na terenie innego państwa — przyp. red.].

Rosjanie nie wysyłają już kogoś innego na front i nie stoją za kulisami, jak to było w przypadku separatystycznych republik ługańskiej i donieckiej, ale sami grają główne role. Ukraina natomiast stwierdziła, nie bez podstaw, ale także w formie zręcznej retoryki politycznej: "walczymy dla was, Europejczyków, o wasze bezpieczeństwo, o demokrację".

Jaka jest prawda w tej retoryce?

Można po raz kolejny spierać się, czy demokracja ukraińska jest rzeczywiście demokracją skonsolidowaną w naszym, zachodnim rozumieniu. Ale sądzę, że to nie o to chodzi. W tym przypadku Ukraina opowiada się za antyimperialną, czasem można też przeczytać: "antykolonialną" formą ładu politycznego, który jest przecież podstawą ładu Europy Zachodniej i Środkowej. Pod tym względem jest ona znacznie bliższa Europejczykom niż Rosji. Gdyby w Europie zakwestionowano granice między państwami, jak to uczynił Putin w swoich historycznych bredniach, rozpętałoby się tu piekło. Byłbym jednak ostrożny w używaniu terminu "wojna zastępcza".

Ale dostawy broni z Zachodu dowodzą, że jest tu jeden lub więcej podmiotów, które nie interweniują w wojnę, ale mają na nią wpływ.

Rozwleczone w czasie dostawy broni przez Europejczyków są politycznym wsparciem, ale nie oznacza to, że Ukraina reprezentuje Zachód. Koncepcje, które istnieją w Europie i częściowo w USA, dotyczące tego, jak ta wojna się zakończy lub powinna się zakończyć, są bardzo rozbieżne, tak że nie można powiedzieć, że Zachód ma pojęcie o tym, co reprezentuje sobą Ukraina.

Czym różnią się cele wojenne Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych i Ukrainy?

Są na Zachodzie podmioty, które w centrum stawiają koncepcję samostanowienia narodów, a inne mają na myśli raczej demokrację. A w USA, przynajmniej jeśli słucham Sekretarza Obrony Lloyda Austina, raczej uważa się, że Ukraina służy odebraniu Rosjanom możliwości ponownego zagrożenia swoim sąsiadom w ciągu najbliższych 20 lat w długiej wojnie na wyniszczenie. Są to bardzo różne koncepcje i nie można w tej chwili powiedzieć, która z nich będzie ostatecznie dominująca.

Doradca rządu ukraińskiego Anton Heraszczenko stwierdził niedawno, że USA planują zniszczenie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, która uniemożliwia dostawę pszenicy z tego regionu do odbiorców, zwłaszcza w Afryce Północnej. To oznaczałoby faktyczne przystąpienie do wojny przez mocarstwo atomowe, jakim jest USA, co miałoby nieprzewidywalne konsekwencje. Jaką rolę odgrywają szlaki handlowe, które mogą zostać przerwane przez działania wojenne?

W ten sposób uwidacznia się ważna kwestia związana z przestrzenią, która nie jest bezpośrednio terytorium Ukrainy: kontrola nad Morzem Czarnym, o którą Putin lub rosyjskie elity starają się od czasu aneksji Krymu. Kto sprawuje kontrolę nad Morzem Czarnym? To kwestia geopolityczna od XVIII w., której kulminacją była wojna krymska w połowie XIX w., a następnie wysłanie przez Niemców dwóch dużych okrętów wojennych w czasie I wojny światowej, operujących pod turecką banderą na Morzu Czarnym.

Odegrało to również dużą rolę w trakcie II wojny światowej. Każdy, kto przygląda się geopolityce lub geostrategii w perspektywie historycznej, zna problem Morza Czarnego, kwestie przesmyków między Bosforem a cieśniną Dardanele. Z perspektywy Zachodu, a także USA, to problem związany z eksportem pszenicy, o którym pan wspomniał, a co za tym idzie – z klęską głodu na całym świecie.

Czy to nadaje konfliktowi wymiar globalny?

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że klęski głodu generują przepływy migracyjne i że ze zrozumiałych względów te przepływy migracyjne nie kierują się do Rosji, lecz raczej do Europy, to prawie na pewno są one częścią putinowskiej strategii destabilizacji Europy. Nie bez powodu można bowiem założyć, że ruchy migracyjne, jeśli nie pochodzą z Ukrainy, mają tendencję do destrukcyjnego oddziaływania na spójność Europejczyków.

Jak teraz będzie przebiegać wojna?

Teraz ważne jest polityczne zapewnienie, że opór Ukraińców w ciągu pierwszych 90 dni tej wojny nie poszedł na marne. Ponieważ po tym, jak przez pewien czas panowała euforia, że Ukraina może wygrać tę wojnę, a nawet wyprzeć Rosjan z całego kraju, teraz wojna jest dla Ukrainy bardzo trudna. Wkrótce ją przegra.

Co to oznacza?

Należy się spodziewać, że wynegocjowany pokój oznaczałby teraz dla Ukrainy utratę całego Donbasu, a nawet większych obszarów. Zachód musi wspierać Ukrainę w taki sposób, aby była ona w stanie zaznaczyć swoją obecność nie tylko na obszarze na zachód od Dniepru, ale także poza nim. Jeśli bowiem Putinowi uda się zrealizować swoją politykę aneksji na dużą skalę, będzie to miało globalne skutki.

Pierwszym globalnym efektem będzie to, że w wielu krajach przywódcy powiedzą: Cóż, skoro Putin może to zrobić, a zajął połowę Ukrainy, możemy teraz spróbować i my. Ustępstwo wobec Putina, mimo najlepszych intencji zwolenników pokoju, spowodowałoby, że weszlibyśmy w erę wojen podjazdowych. Przychodzi mi na myśl okres międzywojenny, podbój Etiopii przez Mussoliniego.

Czy Niemcy poradzą sobie z "przełomem czasów", czy też iluzją jest przekonanie, że obecnie zachodni sąsiad Polski przekształca się ze społeczeństwa pacyfistycznego w przywódczo-defensywne?

Nastroje społeczeństwa niemieckiego, mierzone w badaniach opinii publicznej, z pewnością pokazują, że pacyfizm w zasadzie nie jest dominującą postawą ludności, lecz raczej próżnym gestem kilku intelektualistów, którzy teraz nagle chcą występować jako myśliciele strategiczni.

onet.pl

Jak mówił w TOK FM Paweł Reszka, który niedawno wrócił z Siewierodoniecka, najeźdźcy otaczają miasto od trzech stron. – Obrona opiera się na rzece Doniec. Na szczęście po drugiej stronie jest położone wyżej miasteczko Lisiczańsk, więc ustawiono tam artylerię i można odpowiadać na rosyjskie szturmy.(…) Miasta bronią tacy prawdziwi żołnierze frontowi. Mocno zarośnięci, przysypani kurzem, ale gotowi na wszystko. I na razie całkiem dobrze wychodzi im ta walka, bo Rosjanom ciężko jest zamknąć okrążenie. Ponoszą tam ciężkie straty – relacjonował reporter tygodnika "Polityka".

Jego zdaniem Siewierodonieck nie ma większego znaczenia pod kątem wojskowym - podobnie jak Mariupol - natomiast może być dla Rosjan cennym symbolem. – Oni potrzebują sukcesu. Siewierodonieck to ostatnie większe miasto w obwodzie ługańskim, które pozostaje w rękach ukraińskich. Jeśli je zdobędą, to w końcu będą mogli zameldować generałowi na Kremlu, że opanowali cały okręg. Bo w tej wojnie rosyjskie wojska nie mają zbyt często takich okazji – wskazał Reszka.

Reporter opowiadał też o swoim pobycie w oblężonym mieście, w którym kiedyś mieszkało ponad 100 tysięcy ludzi. – Większość została ewakuowana albo wyjechała sama. Zostają ci, którzy muszą, bo na przykład nie chcą opuścić chorych rodziców. Miasto jakoś funkcjonuje, ludzie żyją w piwnicach – relacjonował gość TOK FM. Centralnym punktem miasta jest potężny, podziemny schron atomowy. – Gdy tam byłem 10 dni temu, to mieszkało tam ponad 100 osób. Mieli zbiorową kuchnię, podział zadań, a nawet wybrali przewodniczącą bunkra – mówił Reszka i dodawał, że przypominało mu to obozy dla uchodźców na Bliskim Wschodzie. – Nowy przybysze śpią na kartonach, pod kocami. A ci, którzy mieszkają już dłużej, próbują budować jakieś ścianki działowe z kartonu czy sufity z koców – opowiadał dziennikarz.

Podkreślił jednak, że sytuacja miasta i jego mieszkańców nie wygląda najlepiej. – Ludzie żyją z pomocy humanitarnej, część w ogóle nie wychodzi na powierzchnię. Bo to niebezpieczne, a starsi mają problem ze sforsowaniem schodów. Spotkałem tam ludzi, którzy osiedlili się w bunkrze w zimie i byli zdziwieni, że już wiosna, bo ktoś przyniósł do środka gałązkę bzu – podsumował Reszka.

tokfm.pl

Redakcje rosyjskich mediów już nie otrzymają wcześniejszego upomnienia i nie będą mogły polemizować z władzami. Wystarczy, że prokurator uzna, że w którymś z artykułów autor wykazał się „brakiem szacunku do władz” albo przedstawił „niewiarygodne informacje”. Najgorzej, gdyby treść materiału została odczytana jako „nawoływanie do nielegalnych zgromadzeń”. Nie można też w żaden sposób opowiadać się za wprowadzeniem jakichkolwiek sankcji wobec Rosji. Lista „zakazanych tematów” jest długa, chodzi m.in. o niepodawanie informacji „dyskredytujących rosyjską armię”. Teraz już wystarczy decyzja prokuratora, by medium straciło licencję i przestało istnieć. A już zaledwie pięć minut później każdy będzie mógł przejąć nazwę takiego „zakazanego medium” i nadawać pod tą nazwą np. kremlowską propagandę. Redakcja będzie mogła pójść z tym do sądu, ale wyrok w tego typu sprawach wydaje się być w rosyjskiej rzeczywistości przesądzony.

Odpowiednia ustawa została przegłosowana w pierwszym czytaniu w rosyjskiej Dumie we wtorek. Umożliwia Prokuraturze Generalnej bez zgody sądu likwidować media w Rosji. Zalegalizowaną w ten sposób cenzurę poparli deputowani prawie wszystkich frakcji z rządzącą Jedną Rosją na czele. Poza komunistami, którzy zgłosili swoje zastrzeżenia i zignorowali głosowanie. Obawiają się, że totalna cenzura rozjedzie walcem również media Komunistycznej Partii Rosji (KPRF). A prowadzą telewizję internetową, portale, a nawet czasopisma i kilka gazet w różnych zakątkach kraju. Nie ruszają tematów polityki zagranicznej, ale często krytykują przedstawicieli władz w sprawach lokalnych.

Jeden z autorów kontrowersyjnej ustawy Andriej Ługowoj zapewniał, że w kolejnym czytaniu zapoznają się z zastrzeżeniami komunistów. Z mównicy rosyjskiego parlamentu cytował Goebbelsa i przekonywał, że to nie Rosja, lecz Zachód zapożycza metody propagandowe nazistowskich Niemiec. Ługowoj, absolwent wyższej szkoły kontrwywiadu KGB ZSRR, jest oskarżany o zabójstwo Aleksandra Liwinienki w 2006 r. w Londynie.

– Jeżeli któreś medium nie zgodzi się z tym (chodzi o decyzję prokuratora – red.), będzie miało prawo pójść do sądu. Najpierw zamykamy, a później się procesujemy – tłumaczył sens nowej ustawy Ługowoj cytowany przez rosyjskie media.

Wojna, którą Rosja rozpoczęła 24 lutego, wykasowała już prawie wszystkie niezależne i działające legalnie media. Zlikwidowano najbardziej rozpoznawalną niezależną stację radiową Echo Moskwy, której większość akcji należała do spółki Gazpromu. A w sieci wykasowano portal i archiwum, które zawierało ogromną ilość materiałów i audycji poświęconych polityce, gospodarce i historii Rosji. Swoją działalność na początku marca całkowicie zawiesiła niezależna internetowa stacja telewizyjna Dożdż. – Potrzebujemy sił, by odetchnąć i zrozumieć, jak pracować dalej – poinformowała swoich widzów w krótkim komunikacie.

Działalność zawiesiła też „Nowaja Gazeta”, która podobno – jak inne media – nie mogła nazywać wojną „specjalnej operacji woskowej” Rosji. A jej redaktor naczelny i laureat pokojowej nagrody Nobla Dmitrij Muratow został zaatakowany 7 kwietnia. Gdy jechał pociągiem z Moskwy do Samary, oblano go mieszanką czerwonej farby i acetonu. Nikt nie usłyszał zarzutów, ale niezależne śledztwo dziennikarzy gazety wskazało na związki sprawców z wojskiem.

Na liście „zagranicznych agentów” w Rosji znalazły się już najważniejsze niezależne media z kapitałem zagranicznym, w tym Radio Swoboda oraz rosyjskie redakcje Deutsche Welle i Głosu Ameryki. Na liście „agentów” znalazło się już ponad sto udzielających się publicznie (przeważnie w sieci) osób fizycznych, w tym znany obrońca praw człowieka, 80-letni Lew Ponomariow.

Jak w Rosji wygląda życie niezależnego dziennikarza po wybuchu wojny? – Trudno się żyje. Trzeba cały czas się oglądać. Władze piszą prawo, umożliwiając jego szeroką interpretację. Każdy musi uważać, albo podpadnie, albo nie – mówi „Rzeczpospolitej” Witalij Dymarski, znany rosyjski dziennikarz i publicysta z Petersburga, redaktor historycznego czasopisma „Dyletant”. Prowadzi swój publicystyczny program na kanale Żywoj Gwoźdź na YouTubie, założonym przez dziennikarzy zamkniętego Echa Moskwy.

– Autocenzura była jeszcze przed wojną. Przyjęto już mnóstwo ustaw zastraszających dziennikarzy. Muszę się przyznać, że osobiście również za każdym razem myślę, co powiedzieć i jak to zostanie potraktowane. Tematów dotyczących przebiegu tej wojskowej operacji lepiej nie poruszać. Bo nigdy nie wiadomo, jak to potraktuje resort obrony – dodaje. Sporo jego znajomych już wyjechało z Rosji. A dla tych, którzy pozostali w kraju, jedyną deską ratunku są zagraniczne serwisy internetowe.

– Władze chcą, by dziennikarze zachowywali się jeszcze ciszej – twierdzi.

rp.pl