niedziela, 30 sierpnia 2020


Stanley cenił sobie ciszę i spokój, które w Nowym Jorku mógł znaleźć jedynie wtedy, kiedy odbił od brzegów wiecznie zatłoczonego miasta. Lubił je tym bardziej, że na co dzień był w nieustannym ruchu: rozmawiał z klientami, nalewał piwo, witał gości, sprawdzał, czy wszystko gra w sali. A kiedy już uznał, że wszystko jest pod kontrolą, szedł do drugiego lokalu, gdzie robił dokładnie to samo. Przy takim zaangażowaniu nie tylko nie miał czasu dla Joyce, ale także trudno mu było nawiązać jakąkolwiek głębszą relację. Jedynym pracownikiem, któremu poświęcał więcej czasu, niż musiał, był Mike – kucharz irlandzkiego pochodzenia z The Dom. W przeciwieństwie do większości kelnerów i barmanów szef kuchni był w wieku podobnym do Stanleya, co mogło być przyczyną tej zażyłości, wychodzącej poza standardowe stosunki pracownicze.

Z tego powodu niełatwa musiała być dla Stanleya decyzja o oddelegowaniu doświadczonego pracownika do trzeciego lokalu, który otworzył aż na Górnym Manhattanie. Klub, którego rozwój miał nadzorować Mike, nazywał się Gymnasium i był spełnieniem marzeń Stanleya Tolkina. Ronald Sukenick wspomina rozmowę, którą odbył z Polonusem w jego pierwszym lokalu na Lower East Side: „Jest tylko jeden kłopot, jeśli chodzi o to miejsce: nie należy ono do »eleganckiego świata«” – poskarżył mu się kiedyś w Stanley’s.

Na otwarciu klubu w eleganckiej dzielnicy miasta w marcu 1967 roku zjawiła się jednak nieokiełznana bitnikowska klientela z Dolnego Manhattanu. Chcąc nie chcąc, właściciel pociągnął ją za sobą. Sukenick wspomina, że ośmioro bywalców poczuło taki przypływ wolności, że rozebrało się do naga. Stanley był mocno skonsternowany takim rozwojem zdarzeń. Rzeczeni nudyści działali najpewniej pod wpływem dzikich piosenek The Velvet Underground, zaproszonego do grania na otwarciu lokalu. Samo Gymnasium stanowiło przestrzeń o niezwykłej historii. Mieściło się w byłej sali czechosłowackiego towarzystwa sportowego Sokół na Siedemdziesiątej Pierwszej Ulicy. Jak wspominają Victor Bockris i Gerard Malanga, Tolkin zostawił w środku wiele przyrządów z dawnej siłowni, z których goście mogli korzystać podczas wieczorów muzycznych. Pomysł był najwidoczniej zbyt awangardowy nawet jak na to środowisko, bo otwarte tylko w weekendy Gymnasium okazało się niewypałem i zniknęło już po kilku miesiącach. Po próbach podboju Górnego Manhattanu pozostało pirackie nagranie Psychedelic Sounds from the Gymnasium. Znajduje się na nim pierwsze znane wykonanie utworu Sister Ray – jednego z najambitniejszych dzieł w dorobku The Velvet Underground, które ukazało się na wydanej rok później płycie White Light / White Heat. Warto pamiętać, że ta mroczna suita o morderstwie podczas narkotycznej orgii transwestytów wybrzmiała po raz pierwszy w miejscu, którego celem było podnoszenie sprawności fizycznej i duchowej oraz rozbudzanie uczuć narodowych wśród Słowian. Wyszło, jak wyszło.

(...)

W Museum of Modern Art oczywiście roiło się od turystów. Miejscowi jechali na samą górę, żeby zobaczyć wystawy czasowe, podczas gdy turyści skupiali się na nowojorskich zbiorach galerii. Jedna z sal przypominała osiedlowy spożywczak – na ścianach wisiały kolejne puszki zup Campbella: szparagowa, jarzynowa, rosół i oczywiście pomidorówka. Flagowe dzieło pop-artu przyciągało tłumy i wygrywało nie tylko popularnością. Dziesiątki Azjatów fotografujących identyczne puszki identycznymi telefonami z identyczną obojętnością miały w sobie coś z Warholowskiego happeningu.

Patrzyłem na nich wszystkich z politowaniem, bo przecież kilka godzin wcześniej wytłumaczono mi dobitnie, że Andy Warhol nie był żadnym artystą. Był co najwyżej oszustem, i to zawstydzająco nieudolnym. Tak, mimo ostrzeżeń Danny’ego tego ranka zadzwoniłem do Paula Morrisseya – reżysera, menedżera i niezłego frustrata.

– Velvet Underground? Mieli problem, żeby opłacić rachunki, więc Andy chciał im dać jakąś pracę. Dlatego zatrudniłem ich na kilka koncertów. Nikt inny by tego nie zrobił, bo nie byli szczególnie dobrzy. Robili głównie hałas. Wynająłem salę od Stanleya i załatwiłem notkę w „The New York Times”. Dzięki zainteresowaniu prasy udało im się w końcu znaleźć wydawcę. Poprowadziłem ich karierę, ponieważ Warhol nie potrafiłby tego zrobić. Zorganizowałem też Exploding Plastic Inevitable, choć te słowa przecież nic nie znaczą. Dodałem do zespołu projekcję filmów, tancerzy, piękną Nico – wszystko, żeby jakoś odwrócić uwagę od tego hałasu.

– Exploding Plastic miało premierę w The Dom. Dlaczego akurat tam?
– Potrzebowaliśmy dużej sali, a Polski Dom Narodowy taką miał. I był blisko.
– Pamięta pan Stanleya?
– Tak, miły gość, ale jego zasługą było jedynie to, że wynajął mi tę przestrzeń. Poza tym pewnie i tak chcesz pisać o Warholu.
– Nie, prawdę mówiąc, Warhol niespecjalnie mnie interesuje.
– Słuchaj, to ja uczyniłem go sławnym! On wypromował swoje nazwisko na moich filmach, na moich kontaktach, na zdjęciach, których układ sam aranżowałem. Podczas spotkań z ważnymi osobistościami to ja odpowiadałem na wszystkie pytania. Warhol nie zrobił nic! Był autystyczną osobowością, miał zdiagnozowanego aspergera – nie czytał, nie pisał, nie potrafił rozmawiać. Był bardzo ograniczony. Jego prace są idiotyczne, a i tak to nie on za nie odpowiada!
– Obiecuję, że to nie będzie książka o Warholu.
– Warhol nic nie zrobił! Zadzwoń, jeśli będziesz miał jeszcze jakieś pytania.

Jakoś nie spieszyło mi się do dzwonienia. Nawet jeśli przepełnione żółcią wypowiedzi Morrisseya nie były całkiem bezpodstawne. Rzeczywiście, Warhol prawdopodobnie miał aspergera. Używam trybu przypuszczającego, ponieważ nie sposób zdiagnozować postaci historycznej. Profesor Michael Fitzgerald – psychiatra zajmujący się autyzmem – nie ma jednak ku temu najmniejszych wątpliwości. Jego zdaniem, świadczą o tym wyjątkowa powtarzalność czy seryjność prac Warhola, jego obsesja na punkcie wąskiej dziedziny sztuki, wysoki tembr głosu oraz problemy z komunikacją. O tym ostatnim słyszałem wielokrotnie. Ray Grist wspominał, że podczas jednego z koncertów The Velvet Underground postanowił zagadać do Warhola. Ten siedział jednak jak zaczarowany, nie reagując w ogóle na pytania barmana. Pracownik Stanleya wziął to do siebie i mocno się wkurzył. Nie on jeden. Ta nieumiejętność kontaktu z innymi postrzegana była jako przejaw skrajnej pychy rozchwytywanego twórcy i ostatecznie przyczyniła się do napaści na niego. Poszło o scenariusz, którego Warhol nie zdecydował się zrealizować, ale którego nie miał także zamiaru oddać autorce – Valerie Solanas. Artystka poczuła się tak mocno dotknięta jego postępowaniem, że zorganizowała zamach na niego i poważnie go postrzeliła. Być może zachowałaby się inaczej, gdyby wiedziała, że jednym z przejawów autyzmu bywa kompulsywne gromadzenie przedmiotów. W wywiadzie dla portalu BBC profesor Fitzgerald powiedział, że mania kolekcjonowania sprawiła, że dom słynnego twórcy przypominał… mauzoleum. Nie wiem, czy przejęzyczył się naukowiec, czy redaktor działu online, ale w tym przypadku jest to akurat porównanie nad wyraz trafne – w końcu obsesyjne zbieranie rzeczy niemal wpędziło Warhola do grobu.

(...)

Nico wyglądała dobrze w kultowym filmie Felliniego, interesowała się sztuką i potrafiła być czarująca, ale barmani mieli z nią jeden podstawowy problem – musieli słuchać jej śpiewu. A tu panowała zgoda: niezależnie od melodii, stylistyki czy akompaniamentu muza Andy’ego Warhola nie potrafiła zaśpiewać czysto.

– Nie wiem, kto ją przekonał, że powinna utrzymywać się ze śpiewania – zastanawia się Connerty – ale to był naprawdę interesujący pomysł.

Jan Błaszczak - The Dom