niedziela, 18 maja 2025



Z perspektywy czasu najlepsza rada, jaką usłyszałem, okazała się błędna. Paradoksalnie jednak właśnie dlatego była taka istotna – popchnęła mnie głębiej ku dynamice Czarnego Łabędzia. W wieku dwudziestu dwóch lat usłyszałem ją pewnego lutowego popołudnia na korytarzu budynku przy 3400 Walnut Street w Filadelfii, gdzie wówczas mieszkałem. Pewien student drugiego roku ze szkoły biznesowej poradził mi, żebym znalazł sobie zawód, który będzie „skalowalny”, czyli taki, w którym nie obowiązuje stawka godzinowa, a zarobków nie ogranicza ilość włożonej pracy. Było to bardzo proste kryterium porównania różnych ścieżek kariery, pozwalające przy tym uchwycić różnicę między dwoma typami niepewności. W rezultacie stanąłem przed poważnym problemem filozoficznym – problemem indukcji (indukcja to techniczna nazwa Czarnego Łabędzia). Przestałem widzieć w Czarnym Łabędziu tylko paradoks logiczny. Mogłem przekształcić go w łatwe do zastosowania rozwiązanie i, jak się przekonamy w następnych rozdziałach, zakorzenić go w strukturze rzeczywistości empirycznej.

W jaki sposób rada na temat przyszłej kariery naprowadziła mnie na teorię objaśniającą charakter niepewności? Takie zawody, jak dentysta, konsultant czy masażysta, są nieskalowalne: w danym okresie możecie obsłużyć ograniczoną liczbę pacjentów lub klientów. Jeśli jesteście prostytutkami, pracujecie na godziny i (zazwyczaj) według stawki godzinowej. Co więcej, wasza obecność jest (jak zakładam) konieczna do świadczenia usługi. Jeśli otworzycie elegancką restaurację, w najlepszym razie będziecie mieć dzień w dzień pełną salę (chyba że przekształcicie swój biznes we franczyzę). W tych zawodach niezależnie od wysokości zarobków wasze dochody podlegają prawu grawitacji. Poziom wpływów zależy w większym stopniu od waszych ciągłych wysiłków niż od trafności decyzji. Co więcej, praca tego typu jest w dużej mierze przewidywalna: występuje w niej pewna zmienność, ale nie w takim stopniu, żeby utarg z jednego dnia był wyższy niż wasze zarobki przez resztę życia. Innymi słowy, nie mamy tu do czynienia z Czarnymi Łabędziami. Jewgienia Nikołajewna nie mogłaby błyskawicznie przeistoczyć się z nieudacznika w wielką bohaterkę, gdyby pracowała jako doradca podatkowy albo chirurg specjalizujący się w operacjach przepukliny (ale w tych zawodach nie byłaby również nieudacznikiem).

Są jednak zawody, które pozwalają sprawnym pracownikom potęgować wydajność (i dochody) bez większego – lub żadnego – dodatkowego wysiłku. Jestem leniwy i uważam to za zaletę, a przy tym chcę mieć jak najwięcej wolnego czasu w ciągu dnia na rozmyślania i czytanie, dlatego natychmiast wyciągnąłem (błędny) wniosek z usłyszanej rady. Zacząłem odróżniać „ludzi idei”, którzy sprzedają wytwory intelektualne w formie transakcji lub dzieła sztuki, od „ludzi pracy”, którzy sprzedają swój wysiłek.

Jeśli jesteście ludźmi idei, nie musicie ciężko pracować – wystarczy, że intensywnie myślicie. Wykonujecie tę samą pracę, niezależnie od tego, czy produkujecie sto czy tysiąc jednostek. W tradingu ilościowym [ang. quantitative trading] kupno stu akcji wymaga takiego samego wysiłku, co kupno stu tysięcy czy nawet miliona akcji. Odbywa się to za pomocą takiej samej rozmowy telefonicznej, takich samych obliczeń, takich samych dokumentów, takiego samego nakładu pracy szarych komórek i takiego samego procesu weryfikacji transakcji. Co więcej, możecie pracować z wanny albo z baru w Rzymie. Zamiast harować, wystarczy posłużyć się dźwignią! No dobrze, trochę się myliłem co do tradingu: nie można pracować z wanny, ale przy odpowiednim podejściu trader ma sporo wolnego czasu.

To samo dotyczy muzyków i aktorów filmowych: pozwalacie, żeby robotę odwalali za was inżynierowie dźwięku i kinooperatorzy. Nie musicie się pojawiać na każdej projekcji, żeby wystąpić przed publicznością. Analogicznie, pisarz wkłada taki sam wysiłek, żeby dotrzeć do jednej osoby i do setek milionów czytelników. J.K. Rowling, autorka serii o Harrym Potterze, nie musi pisać każdej z książek od nowa, kiedy ktoś chce ją przeczytać. Inaczej jest w przypadku piekarza: on musi wypiec każdy kolejny bochenek chleba, żeby zaspokoić potrzebę następnego klienta.

Zatem różnica między pisarzem a piekarzem, spekulantem a lekarzem, oszustem a prostytutką to przydatne kryterium analizy ludzkiej działalności. Pozwala odróżnić zawody, w których można podwyższać dochody bez większego nakładu pracy, od zawodów, w których trzeba w to włożyć więcej czasu i energii (których zasób jest ograniczony) – innymi słowy, od zawodów, które podlegają prawu grawitacji.

Chociaż przyczyniła się do opracowania klasyfikacji poziomów niepewności i wiedzy, okazała się błędna w odniesieniu do wyboru ścieżki kariery. Mnie opłaciło się z niej skorzystać tylko dlatego, że miałem szczęście i przypadkowo znalazłem się, jak to się mówi, we właściwym miejscu o właściwym czasie. Osobiście zalecałbym raczej wybór zawodu, który nie jest skalowalny! Skalowalny zawód opłaca się jedynie wtedy, gdy odnosisz sukcesy. W takich profesjach panuje większa konkurencja i potworna nierówność dochodów; znacznie większą rolę odgrywa w nich przypadek, a rozbieżność między włożonym wysiłkiem a uzyskanym rezultatem bywa ogromna – kilka osób zgarnia większość zysków, a pozostali zostają na lodzie, chociaż nie popełnili żadnego błędu.

W tej kategorii zawodów króluje przeciętność, średniość i umiarkowanie. Z przeciętnych wyników można wnioskować o całości. W tej drugiej istnieją tylko giganci i karły – a dokładniej bardzo niewielu gigantów i całe rzesze karłów.

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź


Pisarz Umberto Eco należy do nielicznej klasy uczonych posiadających encyklopedyczną wiedzę, dociekliwy umysł i coś interesującego do powiedzenia. Jest właścicielem bogatej biblioteki (zawierającej trzydzieści tysięcy książek), a swoich gości dzieli na dwie kategorie: tych, którzy na jej widok reagują okrzykiem: „Wow! Signore professore dottore Eco, jaka wspaniała biblioteka! Ile z tych książek już pan przeczytał?”, i pozostałych – bardzo niewielką mniejszość – którzy rozumieją, że prywatna biblioteka nie ma łechtać próżności właściciela, lecz stanowi narzędzie badawcze. Książki  przeczytane są znacznie mniej wartościowe od książek nieprzeczytanych. W takiej bibliotece powinno się znajdować tyle wiedzy, której jeszcze nie posiadacie, ile tylko pozwala wam jej tam umieścić wasza kondycja finansowa, oprocentowanie kredytów hipotecznych i trudna obecnie sytuacja na rynku nieruchomości. Z wiekiem gromadzić będziesz coraz więcej wiedzy i więcej książek, a rosnąca liczba nieprzeczytanych pozycji na półkach będzie dla was jak wyrzut sumienia. Właśnie tak to działa, im więcej wiecie, tym więcej rzędów nieprzeczytanych książek macie w bibliotece. Nazwijmy tę kolekcję nieprzeczytanych książek antybiblioteką.

Zwykle traktujemy swoją wiedzę jako własność prywatną, którą powinniśmy chronić i której należy strzec. To ozdoba, która pozwala nam piąć się po szczeblach kariery. Zatem owa skłonność do uchybiania wrażliwości bibliotecznej Eco przez skupianie się na tym, co znane, to ogólnoludzki błąd, który rozciąga się na nasze operacje myślowe. Ludzie nie obnoszą się z antyżyciorysami. Nie rozgłaszają, czego nie studiowali lub nie doświadczyli (to zadanie ich konkurencji), ale byłoby miło, gdyby to robili. Musimy postawić na głowie nie tylko logikę bibliotek; będziemy również pracować nad tym, żeby postawić na głowie samą wiedzę. Zauważmy, że Czarne Łabędzie biorą się z faktu, iż nie rozumiemy prawdopodobieństwa zajścia niespodziewanych zdarzeń – klucz leży właśnie w tych nieprzeczytanych książkach. Trochę zbyt poważnie traktujemy to, co już wiemy.

Antyuczonego – człowieka, który skupia się na tych nieprzeczytanych książkach i próbuje nie postrzegać swojej wiedzy jako skarbu ani swojej osobistej własności, ani nawet sposobu na podniesienie poczucia własnej wartości – będziemy określać mianem sceptycznego empiryka.

Nassim Nicholas Taleb - Czarny łabędź