piątek, 11 lipca 2025



W efekcie Ukraińcy zaczęli w 2023 roku używać amerykańskich bomb JDAM (klasyczne bomby o masie 225 lub 500 kilogramów z zamontowanym modułem naprowadzania albo nawet dodatkowymi rozkładanymi skrzydłami do szybowania), francuskich AASM Hammer (podobna koncepcja, ale z dodanym małym silnikiem rakietowym dla zwiększenia zasięgu) i małych amerykańskich GBU-39 SDB (masa 129 kg, rozkładane skrzydła do szybowania).

Kolejnym kluczowym elementem była sama taktyka użycia tych bomb. Najprościej zrzucać je z dużej wysokości, wtedy uzyskują maksymalne zasięgi (SDB mają móc przelecieć nawet około 100 km zrzucone w optymalnych warunkach). Jednak w realiach wojennych, zwłaszcza tych w Ukrainie, byłoby to wystawienie się na ciosy rosyjskich myśliwców i obrony przeciwlotniczej. Sięgnięto więc po popularną podczas zimnej wojny metodę rzucania bombami. Polega ona na tym, co widać na wideo. Nosiciel dociera w rejon celu na małej wysokości, unikając wykrycia przez radary. Kilka-kilkanaście kilometrów od celu pilot gwałtownie podrywa samolot do góry i w krótkim oraz możliwe szybkim locie wznoszącym uwalnia bomby, którym tym sposobom nadaje energię, pozwalającą im dolecieć do celu. Po ich uwolnieniu natychmiast zaczyna gwałtowny zwrot i zniżanie, aby ponownie zniknąć z radarów i uniknąć stania się celem. W ten sposób nie można uzyskać maksymalnych zasięgów ataku przy pomocy bomb naprowadzanych, ale można względnie bezpiecznie przeprowadzać misje, bo wystawia się na wykrycie i strzał przez mniej niż minutę.

Pierwotnie taka taktyka zyskała popularność w początkowym okresie zimnej wojny. Po pierwsze jako metoda na przetrwanie bombowców taktycznych zrzucających bomby atomowe. Zrzucając je w normalnym locie z małej wysokości, miały duże szanse na trafienie przez falę uderzeniową wywołaną przez własny ładunek. Wymyślono więc manewr "rzucania" bombami, który dawał pilotowi szansę na uniknięcie spotkania z wywołaną przez siebie eksplozją jądrową. Potem tę metodę zaadaptowano do nalotów z normalnymi bombami, wraz ze wzrostem skuteczności systemów obrony przeciwlotniczej wyposażonych w radary i rakiety. W ten sposób piloci mogli wystawiać się na ryzyko na możliwie krótką chwilę, kiedy wznosili się do zrzutu, a potem zawracali. Razem z taktyką opracowano specjalistyczne systemy elektroniczne, które były w stanie precyzyjnie zwolnić bomby w optymalnym momencie wznoszenia się. Nigdy nie była to jednak metoda specjalnie celna. Dlatego pomyślano ją pierwotnie głównie z myślą o broni jądrowej. Ukraińcy mają jednak bomby naprowadzane, co znacząco podnosi ich celność i czyni całą tę taktykę wartą ryzyka.

Tego rodzaju misje nie są bowiem zupełnie bez ryzyka. Dokładne statystyki są tajemnicą Ukraińców, ale w 2024 roku kiedy zaczęto na dobre takie naloty, stracili w powietrzu 5 MiG-29 i 1 Su-27. W 2025 roku już tylko jednego MiG-29. Nie wiadomo, jakie misje wykonywały w momencie trafienia przez rosyjskie rakiety (zazwyczaj odpalone przez myśliwce), ale ukraińskie myśliwce podlatują blisko Rosjan zazwyczaj właśnie w celu zrzutu bomb. Inaczej trzymają się głębiej w swoim terytorium. Głównym problemem mogą być rosyjskie latające radary A-50, które są w stanie z dużej odległości wypatrzeć nisko lecące samoloty. Znacznie wcześniej niż radary naziemne. W pierwszej połowie 2024 roku Ukraińcy zdołali jednak zestrzelić 2 A-50, co skłoniło Rosjan do latania nimi dalej od granic i ograniczyło częstotliwość misji. Możliwe, że wraz z dopracowaniem taktyki przez ukraińskich pilotów, skutkowało to zmniejszeniem strat widocznym w drugiej połowie 2024 roku.

Sam fakt, że Ukraińcy wykonują takie misje w trzecim roku wojny i dość regularnie bombardują cele na terenie Rosji (choć zazwyczaj tuż przy granicy), mówi wiele na temat skuteczności rosyjskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej. Porównując przed wojną na papierze potencjały obu państw w powietrzu, wydawało się niemal pewne, że ukraińskie lotnictwo jest na straconej pozycji. W rzeczywistości nie tylko przetrwało, ale rozwinęło nowe możliwości. Choć dalej musi działać w trudnych warunkach i nie ma takiej swobody jak Rosjanie. Ci bez większych przeszkód zrzucają swoje proste bomby szybujące z dużej wysokości kilkadziesiąt kilometrów od frontu. Nie potrzebują nimi rzucać jak Ukraińcy.

gazeta.pl


Trump oświadczył w wywiadzie dla NBC News, że Stany Zjednoczone sprzedadzą NATO nieokreśloną liczbę i typ amerykańskiej broni, w tym systemy obrony powietrznej i przechwytywacze Patriot, które NATO następnie przekaże Ukrainie. Axios poinformował 11 lipca, że źródła stwierdziły, iż sojusznicy z NATO omawiali możliwość wykorzystania NATO przez Stany Zjednoczone jako pośrednika w sprzedaży broni Ukrainie podczas ostatniego szczytu NATO w dniach 24-25 czerwca, i że broń ta może obejmować zarówno wsparcie obrony powietrznej, jak i broń ofensywną. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył 10 lipca, że Ukraina zwróciła się o 10 systemów obrony powietrznej Patriot i dodatkowe przechwytywacze, a Niemcy są gotowe kupić dwa systemy Patriot od Stanów Zjednoczonych dla Ukrainy, a Norwegia jest chętna kupić kolejny. Nadal nie jest jasne, ile systemów obrony powietrznej Patriot lub innej broni Stany Zjednoczone sprzedadzą NATO. ISW nadal ocenia, że systemy Patriot i przechwytywacze dostarczone przez USA mają kluczowe znaczenie dla zdolności Ukrainy do obrony przed rosyjskimi długodystansowymi nocnymi atakami i ochrony ludności cywilnej, zwłaszcza przed rosyjskimi rakietami balistycznymi.

(...)

Ukraiński wywiad ocenia, że siły rosyjskie prawdopodobnie nie zrealizują celu Kremla, jakim jest zajęcie całego obwodu donieckiego do końca 2025 roku, co jest zgodne z bieżącą oceną rosyjskich możliwości ofensywnych, prowadzoną przez ISW. Generał porucznik Kyryło Budanow, szef Głównego Zarządu Wywiadu Wojskowego Ukrainy (GUR), ocenił 11 lipca, że cel Rosji, jakim jest zajęcie całego obwodu donieckiego do końca 2025 roku, jest „nierealistyczny”. Budanow oświadczył, że rosyjskie dowództwo wojskowe zleciło również siłom rosyjskim wkroczenie do obwodu dniepropietrowskiego i utworzenie w nim kolejnej, 10-kilometrowej strefy buforowej. Zastępca szefa Biura Prezydenta Ukrainy, pułkownik Pawło Palisa, oświadczył 5 czerwca, że Rosja zamierza zająć i okupować pełne terytorium obwodów donieckiego i ługańskiego do 1 września 2025 roku. The Economist ocenił 9 lipca, że przy obecnym tempie postępów siłom rosyjskim zajęcie pozostałych części obwodów donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego (które Rosja nielegalnie zaanektowała) zajęłoby do lutego 2028 roku. Rosyjskie wysiłki mające na celu zajęcie obwodu donieckiego, wkroczenie do obwodu dniepropietrowskiego i ustanowienie 10-kilometrowej strefy buforowej prawdopodobnie pogłębią istniejące ograniczenia w rosyjskiej armii poprzez dalsze rozszerzenie już zdegradowanych rosyjskich zgrupowań południowych i centralnych, które od października 2023 roku prowadzą niemal ciągłe działania bojowe w obwodzie donieckim. ISW nadal ocenia, że siły rosyjskie ponoszą bardzo wysokie straty w zamian za nieproporcjonalnie małe zyski w dążeniu do realizacji swoich ambicji politycznych i terytorialnych. Nadal nie jest jasne, na jakiej podstawie rosyjskie dowództwo wojskowe wyobrażało sobie, że będzie mogło zająć pozostałą część obwodu donieckiego do września 2025 roku.

Urzędnicy Kremla nadal usprawiedliwiają trwające działania cenzury Kremla i zdają się wykorzystywać nadmiernie kontrolowaną przestrzeń informacyjną Rosji do promowania nieformalnej ideologii państwowej Kremla. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział 11 lipca rosyjskiemu magazynowi biznesowemu „Ekspert”, że „sytuacja, w jakiej znajduje się [Rosja]” pod względem geopolitycznym i w związku z rosnącą szybkością przepływu informacji, wymaga cenzury wojskowej, a rosyjski rząd jest „uzasadniony” w swoich nieustających staraniach o eliminację mediów krytycznych wobec Kremla. Pieskow pochwalił wzrost liczby pozytywnych treści „patriotycznych” w rosyjskich mediach, które generują poczucie lojalności i dumy z Rosji. Pieskow stwierdził, że wierzy, iż trend „patriotyczny” będzie się utrzymywał i że Kreml weźmie pod uwagę „błędy” z przeszłości, gdy media, takie jak rosyjska opozycyjna gazeta „Meduza”, mogły szeroko krytykować Rosję. Pieskow oświadczył, że Rosja będzie w przyszłości domagać się „łagodniejszej” polityki informacyjnej, co pozwoli na powstanie szeregu „neutralnych” mediów. Kreml prawdopodobnie nie będzie jednak w przyszłości bezstronnie oceniał neutralności mediów. We wrześniu 2024 roku Pieskow oświadczył, że rosyjskie media przejdą na „wolność informacji”, jeśli Rosja wyjdzie z tego okresu „ostrego stanu zapalnego”, odnosząc się do wojny na Ukrainie i sytuacji geopolitycznej. Odmowa przyznania, że Rosja jest w rzeczywistości zaangażowana w poważną wojnę, wpisuje się w ogólne działania Kremla mające na celu kształtowanie i zniekształcanie rosyjskiej przestrzeni informacyjnej.

understandingwar.org


W tej krótkiej diagnozie Trumpa tkwi sporo racji. Dwie największe siły polityczne dominują nieprzerwanie od ponad 150 lat i nic nie wskazuje na to, by zamierzały ustąpić. Oczywiście w USA istnieje cały szereg alternatywnych partii, a największe z nich, jak Libertarianie czy Zieloni, regularnie wystawiają swoich kandydatów w wyborach prezydenckich. To jednak zazwyczaj nie ma większego znaczenia dla ostatecznego rezultatu. Zazwyczaj, bo tak zwani "trzeci kandydaci", choć nigdy nie wygrali, czasem jednak okazywali się istotnym problemem dla mainstreamowych kandydatów.

Najbardziej znacząca była historia wyborów 1912 roku. Popularny były prezydent, Theodore Roosevelt ustąpił cztery lata wcześniej, nie decydując się walczyć o trzecią kadencję. Jednak cztery lata później zmienił zdanie i w partyjnych prawyborach rzucił wyzwanie swojemu następcy, Williamowi Howardowi Taftowi. Przegrał, ale z walki o prezydenturę nie zrezygnował. Wystartował jako kandydat Partii Progresywnej.

Efekt okazał się zgubny zarówno dla Roosevelta, jak i dla Tafta. Kandydaci podzielili się głosami, oddając zwycięstwo demokracie, Woodrowowi Wilsonowi. Od końca XIX wieku, aż do wielkiego kryzysu lat 30. XX wieku demokraci nie byli w stanie wygrać wyborów prezydenckich poza tą jedną niezwykłą szansą, jaką dostał Wilson (któremu cztery lata później udało się również wywalczyć reelekcję, ale urzędujący prezydent zawsze startuje z innej pozycji).

(...)

W roku 2000 kluczową figurą okazał się kandydat zielonych, Ralph Nader. W skali kraju zdobył niespełna 3 proc. głosów i żadnego głosu elektorskiego. Jednak starcie pomiędzy Bushem i Gorem rozstrzygnęło się na Florydzie, po pamiętnym, ponownym przeliczaniu głosów. Ostateczna przewaga Busha wyniosła zaledwie 537 głosów. Tymczasem Nader zdobył na Florydzie prawie 100 tysięcy głosów. Późniejsze analizy nie pozostawiają złudzeń: przeważająca część tych wyborców przeszłaby na stronę Gore'a, gdyby nie miała alternatywy.

Takiego scenariusza obawiał się również sam Trump w 2024 roku, kiedy swój niezależny start ogłosił Robert Kennedy jr. Chociaż ten polityk był wcześniej związany z Partią Demokratyczną, jego program wyborczy mógł się okazać atrakcyjny dla części wyborców Trumpa. A ponieważ w amerykańskich wyborach prezydenckich decydują rezultaty w poszczególnych stanach, a przesądzić może nawet kilkanaście tysięcy głosów, Trump postanowił nie ryzykować. Rozpoczęły się negocjacje z Kennedym, których skutkiem była jego rezygnacja z samodzielnego startu, wsparcie Trumpa, a w zamian - teka sekretarza zdrowia.

interia.pl