W efekcie Ukraińcy zaczęli w 2023 roku używać amerykańskich bomb JDAM (klasyczne bomby o masie 225 lub 500 kilogramów z zamontowanym modułem naprowadzania albo nawet dodatkowymi rozkładanymi skrzydłami do szybowania), francuskich AASM Hammer (podobna koncepcja, ale z dodanym małym silnikiem rakietowym dla zwiększenia zasięgu) i małych amerykańskich GBU-39 SDB (masa 129 kg, rozkładane skrzydła do szybowania).
Kolejnym kluczowym elementem była sama taktyka użycia tych bomb. Najprościej zrzucać je z dużej wysokości, wtedy uzyskują maksymalne zasięgi (SDB mają móc przelecieć nawet około 100 km zrzucone w optymalnych warunkach). Jednak w realiach wojennych, zwłaszcza tych w Ukrainie, byłoby to wystawienie się na ciosy rosyjskich myśliwców i obrony przeciwlotniczej. Sięgnięto więc po popularną podczas zimnej wojny metodę rzucania bombami. Polega ona na tym, co widać na wideo. Nosiciel dociera w rejon celu na małej wysokości, unikając wykrycia przez radary. Kilka-kilkanaście kilometrów od celu pilot gwałtownie podrywa samolot do góry i w krótkim oraz możliwe szybkim locie wznoszącym uwalnia bomby, którym tym sposobom nadaje energię, pozwalającą im dolecieć do celu. Po ich uwolnieniu natychmiast zaczyna gwałtowny zwrot i zniżanie, aby ponownie zniknąć z radarów i uniknąć stania się celem. W ten sposób nie można uzyskać maksymalnych zasięgów ataku przy pomocy bomb naprowadzanych, ale można względnie bezpiecznie przeprowadzać misje, bo wystawia się na wykrycie i strzał przez mniej niż minutę.
Pierwotnie taka taktyka zyskała popularność w początkowym okresie zimnej wojny. Po pierwsze jako metoda na przetrwanie bombowców taktycznych zrzucających bomby atomowe. Zrzucając je w normalnym locie z małej wysokości, miały duże szanse na trafienie przez falę uderzeniową wywołaną przez własny ładunek. Wymyślono więc manewr "rzucania" bombami, który dawał pilotowi szansę na uniknięcie spotkania z wywołaną przez siebie eksplozją jądrową. Potem tę metodę zaadaptowano do nalotów z normalnymi bombami, wraz ze wzrostem skuteczności systemów obrony przeciwlotniczej wyposażonych w radary i rakiety. W ten sposób piloci mogli wystawiać się na ryzyko na możliwie krótką chwilę, kiedy wznosili się do zrzutu, a potem zawracali. Razem z taktyką opracowano specjalistyczne systemy elektroniczne, które były w stanie precyzyjnie zwolnić bomby w optymalnym momencie wznoszenia się. Nigdy nie była to jednak metoda specjalnie celna. Dlatego pomyślano ją pierwotnie głównie z myślą o broni jądrowej. Ukraińcy mają jednak bomby naprowadzane, co znacząco podnosi ich celność i czyni całą tę taktykę wartą ryzyka.
Tego rodzaju misje nie są bowiem zupełnie bez ryzyka. Dokładne statystyki są tajemnicą Ukraińców, ale w 2024 roku kiedy zaczęto na dobre takie naloty, stracili w powietrzu 5 MiG-29 i 1 Su-27. W 2025 roku już tylko jednego MiG-29. Nie wiadomo, jakie misje wykonywały w momencie trafienia przez rosyjskie rakiety (zazwyczaj odpalone przez myśliwce), ale ukraińskie myśliwce podlatują blisko Rosjan zazwyczaj właśnie w celu zrzutu bomb. Inaczej trzymają się głębiej w swoim terytorium. Głównym problemem mogą być rosyjskie latające radary A-50, które są w stanie z dużej odległości wypatrzeć nisko lecące samoloty. Znacznie wcześniej niż radary naziemne. W pierwszej połowie 2024 roku Ukraińcy zdołali jednak zestrzelić 2 A-50, co skłoniło Rosjan do latania nimi dalej od granic i ograniczyło częstotliwość misji. Możliwe, że wraz z dopracowaniem taktyki przez ukraińskich pilotów, skutkowało to zmniejszeniem strat widocznym w drugiej połowie 2024 roku.
Sam fakt, że Ukraińcy wykonują takie misje w trzecim roku wojny i dość regularnie bombardują cele na terenie Rosji (choć zazwyczaj tuż przy granicy), mówi wiele na temat skuteczności rosyjskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej. Porównując przed wojną na papierze potencjały obu państw w powietrzu, wydawało się niemal pewne, że ukraińskie lotnictwo jest na straconej pozycji. W rzeczywistości nie tylko przetrwało, ale rozwinęło nowe możliwości. Choć dalej musi działać w trudnych warunkach i nie ma takiej swobody jak Rosjanie. Ci bez większych przeszkód zrzucają swoje proste bomby szybujące z dużej wysokości kilkadziesiąt kilometrów od frontu. Nie potrzebują nimi rzucać jak Ukraińcy.
gazeta.pl