piątek, 26 kwietnia 2019


Mieszkańcom des Moines w stanie Iowa wstrząsy gospodarcze nie są obce. Kiedy w latach 80. XX w. do Ameryki dotarła fala japońskiego importu, ich miasto było jednym z miejsc najbardziej narażonych na nową konkurencję.

Jeszcze w 1974 r. 4500 mieszkańców tej miejscowości pracowało przy produkcji maszyn i urządzeń rolniczych, a taka sama liczba zatrudniona była przy produkcji opon i dętek. Do 1990 r. pozostała tylko połowa tych miejsc pracy. Jednocześnie w ciągu tych 16 lat powstało tysiące nowych miejsc pracy: w branży ubezpieczeniowej, budownictwie czy w gastronomii. W 1990 r. stopa bezrobocia w Des Moines wynosiła mniej niż 4 proc., czyli poniżej średniej krajowej wynoszącej 5,6 proc.

Nie wszyscy jednak poradzili sobie równie dobrze. Mary Kate Batistich i Timothy Bond z Uniwersytetu Purdue oszacowali ostatnio, że „wstrząs japoński” odpowiada za około jedną piątą spadku udziału afro-amerykańskiej siły roboczej w amerykańskim rynku pracy między 1970 r. a 1990 r. Jeżeli natomiast chodzi o wymiar lokalny, to Kerwin Kofi Charles, Erik Hurst i Mariel Schwartz z Uniwersytetu w Chicago stwierdzili, że spadki zatrudnienia w przemyśle przetwórczym w latach 80. XX w. nie były związane ze wzrostem lokalnych stóp bezrobocia.

Jednak wyniki badań nad wpływem handlu z Chinami na gospodarkę amerykańską w latach 90. XX w. i pierwszej dekadzie XXI w. wskazują już na negatywne konsekwencje w tym zakresie. W dobrze znanym artykule z 2016 r. David Autor, David Dorn i Gordon Hanson stwierdzili, że import z Chin zlikwidował szereg stanowisk pracy. Skazał wielu na bezrobocie, czego konsekwencją były m.in. gorsze perspektywy udanego życia, w tym zawarcia związku małżeńskiego.

(...)

O ile wcześniejsze wstrząsy – najpierw ze strony Japonii, a następnie ze strony gospodarek -„tygrysów” Azji Wschodniej – dotknęły obszary, które w tamtym czasie były stosunkowo odporne na zmiany, o tyle wstrząs chiński uderzył w miejsca, które były mniej zdolne do dostosowania się.

Teza ta opiera się na idei cyklów produkcyjnych – od innowacyjności do zalewu normalizacji. Ciekawe gadżety są nowością, kiedy pojawiają się po raz pierwszy, ale w końcu stają się banalne. W miarę jak procesy stabilizują się i stają się coraz bardziej znormalizowane, a niegdyś nowatorskie gadżety stają się towarami, lokalizacja produkcji również przesuwa się z ośrodków innowacji z lepiej wykształconą ludnością w kierunku społeczności, które mogą nie poradzić sobie tak dobrze w przypadku likwidacji miejsc pracy.

Zatrudnienie w amerykańskim przemyśle przetwórczym rozkwitło na początku XX w. w miejscach, gdzie ludzie charakteryzowali się lepszym wykształceniem i gdzie liczba patentów przypadająca na osobę przekraczała średnią krajową. Ale w miarę upływu dziesięcioleci i rozprzestrzeniania się zatrudnienia w przemyśle, powiązanie z patentami i edukacją osłabło.

Katherine Eriksson i współautorzy jej opracowania stwierdzają, że import z Japonii i Azji Wschodniej w latach 70. i 80. XX w. dotknął miejsc i produktów, które charakteryzowały się w USA ponadprzeciętną liczbą patentów na osobę, ponadprzeciętnym poziomem dochodów i wykształcenia oraz stopą bezrobocia poniżej średniej.

Wstrząs chiński był inny. Branże dotknięte to na przykład produkcja zabawek i obuwia. Autorzy badania twierdzą, że wstrząs chiński był tak szkodliwy, ponieważ pozbawił stanowisk pracy ludzi, którzy już walczyli o przetrwanie. Pracownicy w miejscach, z których przemysł już się wynosił, okazali się przy tym najmniej sprawni zawodowo.

Inni autorzy, jak np. Dorn i Hanson opisują z kolei, w jaki sposób najbardziej dotknięte konkurencją miejsca produkcji wpłynęły negatywnie np. na dostawców, szkodząc tym samym całym społecznościom. Nicholas Bloom z Uniwersytetu Stanford wraz z trzema współautorami stwierdził, że chociaż import z Chin wspierał niektóre nowe miejsca pracy (np. poprzez zapewnienie tańszych surowców), to jednak nie zwiększył ich na obszarach, na których zlikwidowano wrażliwe miejsca pracy. O ile takie miejsca jak Des Moines uniknęły wstrząsu chińskiego i niektóre miasta zyskały dzięki tańszym surowcom, o tyle inne zostały pozostawione same sobie.

obserwatorfinansowy.pl

sobota, 20 kwietnia 2019


Podczas rozwijania swojego biznesu Jack Ma stał się najbogatszym człowiekiem w Chinach, a jego wartość rynkową szacuje się na 36 miliardów dolarów. Chociaż jego życie mogłoby przypominać kadry z najnowszego filmu o azjatyckich milionerach, to jednak chińskie realia odbiegają znacznie od bajkowej opowieści. Jack Ma, świadom niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą dobrobyt w Chinach, podczas jednego ze swoich przemówień powiedział „Myślę, że pośród wszystkich chińskich milionerów zaledwie kilku udało się dobrze skończyć”.

(...)

Szybki wzrost gospodarczy ostatnich lat spowodował rozwój wielu chińskich firm. Inwestorzy tacy jak Guo Guangchang czy Wang Jianling szybko podbili azjatyckie rynki, tym samym stając się posiadaczami informacji w teorii przypisanych KPCh. Chińscy inwestorzy podobnie jak Jack Ma zdecydowali się na przerwę w kierowaniu działalnością oraz na zwrot w stronę nauki i zaprzestanie intensywnych działań na płaszczyźnie biznesowej, unikając dzięki temu bankructwa czy więzienia. Obecnie Guo Guangchang zasiada w zarządzie Fosun International po tym, jak w 2015 roku został poddany śledztwu, podczas gdy Wang Jianling jest zaangażowany w działalność charytatywną. Mniej szczęścia miał Wu Xiaohui – były prezes Anbang Insurance Group, który dzięki swoim koneksjom z Dengiem Xiaopingiem stworzył polityczne zaplecze dla rozwoju biznesu nie tylko na Dalekim Wschodzie, ale również w Stanach Zjednoczonych. To właśnie zakup słynnego nowojorskiego hotelu Waldorf Astoria spowodował, że biznesmen znalazł się pod obserwacją KPCh. Kres jego kariery nastąpił w maju zeszłego roku, kiedy to został skazany na 18 lat więzienia za „przestępstwa na tle finansowym”.

polska-azja.pl

Ablowi udało się przekonać do projektu szefa propagandy Josepha Goebbelsa. Argumentował, że realizacja pomysłu pomoże amerykańskiej opinii publicznej lepiej zrozumieć niemiecki narodowy socjalizm.

Hitlerowskie ministerstwo propagandy zezwoliło pracownikowi nowojorskiego Columbia University na zorganizowanie w Niemczech konkursu na najciekawsze wspomnienia „bojowników”. Dodatkową zachętą była nagroda – 700 dolarów dla najlepszej pracy.

W pierwszych latach po przejęciu władzy, Hitlerowi zależało na dobrych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, dlatego pomimo oporów Abel dostał pozwolenie na projekt. Jego książka ukazała się w USA w 1938 roku i przeszła całkowicie niezauważona przez fachowców i opinię publiczną. Z 683 zebranych wówczas relacji do chwili obecnej zachowało się 581 dokumentów.

(...)

„NSDAP połączyła cele narodowe z reformami socjalnymi, co przesądziło o jej atrakcyjności dla wielu weteranów wojny i idealistów” – napisał w swojej relacji dla Abla piekarz Sens.

Hertha von Reuss z Berlina tłumaczyła, że „od klęski wojennej cierpiała z powodu hańby Niemiec”. Przypadkowo przyszła na wiec z udziałem Hitlera, który „oczarował ją” i „nadał sens jej życiu”.

„Z Hitlera promieniowała niewidzialna siła, która działała na wszystkich jak magnes” – pisał Hans Thaysen.  Gustav Kohlenberg twierdził, że każde zebranie nazistów było dla niego „wewnętrznym przeżyciem, rodzajem nabożeństwa”.

Książę Friedrich Christian Prinz zu Schaumburg-Lippe argumentował, że „w świecie zwalczających się klas jedynie Hitler, sam robotnik, był w stanie odebrać milionowej armii proletariatu wiarę w Międzynarodówkę, przywracając im wiarę w solidarność własnego narodu”.

Wśród relacji nie brakuje także wypowiedzi awanturników, którzy bez ogródek deklarowali, że motywem przyłączenia się do nazistów była chęć bezkarnego bicia „bolszewików i Żydów”. 

dw.com

W 2010 roku, czyli gdy Orban dochodził do władzy, produktywność węgierskiego pracownika stanowiła 73 proc. średniej unijnej, czeskiego 77 proc., a polskiego 70 proc. W 2017 roku produktywność Węgra stanowiła już jedynie 68 proc. średniej unijnej, czeskiego 81 proc., a polskiego 76 proc.

W 2010 roku PKB na głowę na Węgrzech stanowiło 65 proc. średniej unijnej, w Polsce 62 proc., a w Czechach 83 proc. Obecnie poziom rozwoju Węgier to 68 proc. średniej unijnej, Polski to już 70 proc., a Czech 89 proc. A więc w obu tych kluczowych wskaźnikach Węgry wylądowały za nami i wyraźnie straciły do Czech. Jedyne, co w latach 2010-2017 Orbanowi wyszło, to ograniczenie dług publicznego z 80 proc. do 74 proc. PKB. Tyle że w Polsce również on spadł z 53 do 51 proc. PKB, a w Czechach z 37 do 35 proc. Węgry nadal są więc zdecydowanie najbardziej zadłużonym krajem Grupy Wyszehradzkiej.

A jak wygląda ekonomiczno-społeczna sytuacja węgierskich obywateli? Orban wiele mówi o węgierskich rodzinach, wprowadził też sporo zmian w systemie ekonomiczno-społecznym. Między innymi niski liniowy PIT na poziomie 15 proc. Problem w tym, że w zamian podwyższył on VAT do absurdalnego poziomu 27 proc. (najwyższego w Europie), a także ograniczył wiele świadczeń socjalnych. Polityka niskich i liniowych podatków dochodowych w połączeniu z wysokimi podatkami pośrednimi i cięciami socjalnymi to oczywiście gotowa recepta na eksplozję nierówności.

Co też dokładnie miało miejsce – w 2010 r. wskaźnik Giniego wynosił na Węgrzech 24,1 i był jednym z najniższych w Europie. Obecnie Gini na Węgrzech wynosi 28,1 i jest już niemal na poziomie Polski (nad Wisłą spadł on w tym czasie z 31,1 do 29,2). W 2010 roku odsetek osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem ekonomicznym na Węgrzech i w Polsce był na bardzo podobnym poziomie (odpowiednio 30 proc. i 28 proc.). W 2017 roku wciąż aż 26 proc. Węgrów jest zagrożonych ubóstwem, co jest zdecydowanie najgorszym wynikiem wśród krajów V4. W Polsce w tym czasie wskaźnik ten spadł do 19 proc., na Słowacji wynosi 18 proc., a w Czechach 12 proc.

(...)

Węgrzy są tak samo zlaicyzowani jak Europa Zachodnia. Według Eurobarometru 2012, 22 proc. Węgrów zadeklarowało się jako ateiści lub agnostycy. W Belgii takich osób było 23 proc., w Danii 25 proc., a w Niemczech 27 proc. Polska pod tym względem przypomina południową Europę, nie Węgry. W Polsce agnostyków lub ateistów według tego badania było tylko 5 proc., we Włoszech 6 proc., w Portugalii 7 proc., a w Grecji zaledwie 3 proc.

Węgrzy mają też jeden z najwyższych w Europie wskaźników aborcji. Dokonywanych jest tam 340 aborcji na tysiąc urodzeń, czyli dużo więcej niż w zdegenerowanej podobno Francji (268) czy w Niemczech (135). Nawet w Szwecji (334) odbywa się mniej aborcji rocznie niż na Węgrzech. Trudno też powiedzieć, żeby Węgrzy byli bardziej przywiązani do instytucji małżeństwa. Na Węgrzech 47 proc. dzieci rodzi się poza małżeństwem, czyli więcej niż przeciętnie w UE (43 proc.). Tymczasem w Niemczech pozamałżeńskich urodzeń jest tylko 35 proc., a we Włoszech zaledwie 28 proc. Tutaj także najbardziej przypominamy Włochy (w Polsce co czwarte dziecko przychodzi na świat poza małżeństwem), a nie Węgry.

krytykapolityczna.pl

NFZ co roku przeznacza na cały sektor psychiatrii tylko około 3% środków. Woli założyć, że część jego podopiecznych zrezygnuje z domagania się pomocy ze strony publicznych placówek i poszuka jej w prywatnych ośrodkach badawczych. Te od lat oferują możliwość skorzystania z terapii nowatorskimi lekami lub technikami. Pośrednio i nieoficjalnie — odciążają fundusz, redukując liczbę pacjentów. Urzędnicy najwyraźniej nie rozumieją, że zaniedbywanie leczenia psychologicznego i psychiatrycznego podnosi koszta terapii wszystkich innych chorób. Rozwój zaburzeń psychicznych jest bowiem czynnikiem ryzyka między innymi dla dolegliwości ze strony układu krążenia, oddechowego czy pokarmowego. Z raportu WHO wynika, że każdy dolar zainwestowany w leczenie depresji i lęku zwraca się czterokrotnie: przez poprawę zdolności do pracy, polepszenie wydajności i kreatywności pracownika, oraz zmniejszenie wydatków na leczenie chorób towarzyszących. Krótkowzroczne zaniedbania w niedługim czasie odbiją się na stanie polskiej gospodarki, w bezpośrednich i ukrytych wydatkach: świadczeniach dla coraz szerszych grup osób z niepełnosprawnością, kosztach zwolnień chorobowych, większej rotacji pracowników.

Przez ostatnich trzydzieści lat liczba chorych na depresję wzrosła ponad dwukrotnie. Aktualnie dotyka ona około 350 milionów osób na świecie. Tymczasem ponad połowa chorych na nią Polaków nie szuka pomocy lekarza. Ci z objawami chorób psychosomatycznych są często latami odsyłani do specjalistów innych dziedzin. Kompletny system profilaktyki powinien utrwalać prozdrowotne wzorce, przyspieszać diagnozę, minimalizować konsekwencje rozwoju zaburzeń i ich powikłań. Dopóki nie zostanie wdrożony, dopóty grupa osób poszukujących efektów „terapeutycznych” w środkach z czarnego rynku będzie rosła. Przykładowo, stosowanie substancji psychoaktywnych to powszechna u osób z depresją próba samoleczenia. Na zmniejszone łaknienie i trudności ze snem – marihuana, na obniżenie sprawności psychoruchowej i nadmierną senność — amfetamina, kokaina i inne stymulanty, na spadek libido i fobię społeczną — ecstasy, na ból psychosomatyczny — opioidy, na skrajnie pesymistyczne postrzeganie świata — psychodeliki.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 16 kwietnia 2019


Dianne Hales w powieści „Mona Lisa” pisze: „Podczas karnawału 1497 roku grupy fanciulli (chłopaczków) Savonaroli przemierzały miasto, pukając do drzwi i domagając się, żeby mieszkańcy domów oddali swoje «marności» – klejnoty, futra, pogańskie księgi, perfumy, peruki, karty, kości, wachlarze, kosmetyki, dzieła fałszywej sztuki. […] siódmego lutego, ostatniego dnia karnawału przed Wielkim Postem, na Piazza della Signoria powstało olbrzymie stożkowate rusztowanie o wysokości piętnastu metrów. Tej nocy Piagnoni [Płaczący, zwolennicy Savonaroli] rzucili wszystkie zebrane «marności» na stos chrustu i słomy, na szczycie postawili podobiznę Szatana i całość podpalili. Gdy płomienie buchnęły pod niebiosa, rozległy się śpiewy chórów, głosy trąb i bicie kościelnych dzwonów. Według pewnego pamiętnikarza uczestniczyła w tym «niemal cała ludność», ale «tylko zwolennicy mnicha chwalili wydarzenie jako dobrze zrobione i słuszne, podczas gdy reszta srodze je krytykowała»”.

A Karol Schulz w „Kamieniach i cierpieniach” dodaje: „Potem szły tomy antycznych komedii, tragedii i wierszy, Plaut i Arystofanes, Ajschylos i Sofokles, wiersze Katulla, Tibulla, poezje Anakreonta, rzadkie pergaminy bogato iluminowane, kupowane i przepisywane kosztem ogromnych wyrzeczeń, wiersze od wieków dźwięczące w ludzkich sercach – teraz anatemy i marności”. Płomienie ognia szybko trawiły to, co zakonnik ogarnięty pragnieniem wykorzenienia wszelkiego zła, uważał za – jak mówił – duchowy Egipt, gdzie faraonem jest sam szatan.

wiez.com.pl

Czy istnieje tradycyjny polski model rodziny?

Piotr Szukalski, demograf i gerontolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, członek Komitetu Nauk Demograficznych i Komitetu Prognoz PAN: Musimy zdać sobie sprawę z tego, że badacze zjawisk społecznych często żyją w świecie fikcji. A jedną z jej składowych jest mit o rodzinie wielopokoleniowej jako rdzennie tradycyjnej. Ten mit obalił już Peter Laslett, brytyjski historyk oraz demograf, który prowadził badania w latach 60. i 70. w Wielkiej Brytanii – w swoich pracach zrekonstruował model rodziny, cofając się o setki lat. Okazało się, że mieszkanie pod jednym dachem wielopokoleniowych rodzin nie było częstym zjawiskiem. Młodzi zakładali własne gospodarstwa – tak na Zachodzie, jak i w Polsce. Więc inne myślenie o naszej przeszłości jest ideologizowaną fikcją.

Ale mieszkająca razem rodzina, w której obok mamy i taty są też dzieci i dziadkowie, często stawiana jest nam za wzór.

To model żywcem wyjęty z PRL, wymuszony koniecznością, niemający wiele wspólnego z wolnym wyborem. Najzwyczajniej w świecie brakowało mieszkań i w popularnym M3 musieli się zmieścić wszyscy. Perspektywa ostatnich dekad jest dla wielu z nas jedynym punktem odniesienia. Za oczywisty uznajemy wzór rodziny z okresu dwudziestolecia międzywojennego lub właśnie z PRL. Często brakuje nam szerszego spojrzenia, więc wyciągamy mylne wnioski. Choćby na temat wieku zawierania małżeństw. Nie brakuje opinii ostrzegających przed skutkami coraz późniejszego podejmowania tej decyzji. Tymczasem dopiero ok. 2005 r. osiągnęliśmy wiek zawierania małżeństw, jaki dominował w międzywojniu. To lata PRL, gdy ludzie bardzo wcześnie decydowali się na ten krok, zmienił naszą perspektywę.

Czy to oznacza, że każdy element tradycyjnej rodziny można podważyć?

Istnieją pewne stałe podstawy w jej pojmowaniu albo społecznym myśleniu o niej: tak być powinno. Po pierwsze – rodzina to instytucja, która musi bazować na związku małżeńskim. Choć i tu trzeba zrobić małe zastrzeżenie co do formy małżeństwa. Na ziemiach polskich do 1945 r. istniały trzy porządki legislacyjne – był to spadek po zaborach, bo niestety dwudziestolecie międzywojenne nie wprowadziło jednolitego prawa cywilnego. I tak w dawnym zaborze rosyjskim nie było możliwości zawarcia małżeństwa w urzędach stanu cywilnego (USC). Były więc małżeństwa wyznaniowe, które rodziły skutki cywilnoprawne. Inaczej było już w Krakowie czy Poznaniu, gdzie składano śluby również lub jedynie przed urzędnikiem. Drugi wyznacznik rodziny to postulat, by zakładać ją jak najwcześniej.

Czyli kiedy?

Gdy mężczyzna, mający być jedynym zarabiającym, osiągnie samodzielność ekonomiczną i będzie w stanie utrzymać rodzinę. I tu znów ściera się kilka wzorców. Bo po wojnie, w PRL, względną finansową niezależność osiągano dość wcześnie. Jednocześnie w Łodzi od pokoleń było wiele kobiet aktywnych zawodowo. Włókniarki pracowały po kilkanaście godzin dziennie, utrzymując domy. Na ich ciężkiej pracy wyrosło wiele tamtejszych fortun. Trzecia wytyczna dotycząca rodziny mówi o tym, że w rodzinie powinno być jak najwięcej dzieci. Ale nie oszukujmy się, nawet nasze prababki i pradziadowie w międzywojniu stosowali metody regulacji poczęć, jak stosunek przerywany czy dłuższy okres karmienia piersią. Były to metody zawodne, ale świadczą o tym, że mało kto kierował się wyłącznie myśleniem „co Bóg da”. Czwarty element sprowadza się do tego, że rodzinę, a zwłaszcza małżeństwo, powinniśmy tworzyć dożywotnio, będąc razem na dobre i na złe.

forsal.pl

Diametralnie odmienną perspektywę na to, co znaczy być biednym w XXI wieku, podsuwają dwie inne wydane niedawno książki: Not a Crime to Be Poor (Być biednym to nie zbrodnia) Petera Edelmana, profesora polityki społecznej z uniwersytetu Georgetown, który służył w administracji Billa Clintona i odszedł na znak protestu, gdy w 1996 roku prezydent podpisał ustawę o reformie systemu opieki społecznej, oraz The Poverty of Privacy Rights (Ubóstwo prawa do prywatności), napisana przez profesor prawa Khiarę M. Bridges.

Ludzie biedni, a szczególnie biedne kobiety, jak piszą autorzy tych książek, są aż nazbyt widoczni – nieustannie obserwowani, nadzorowani, karani grzywnami i zamykani w więzieniach. Wpadają w pułapkę społecznego panoptykonu, który dopuszcza i zachęca do poddawania ich ciągłemu dozorowi. Państwo bierze ich na cel i żywi się ich kosztem, próbując łatać dziury budżetowe niezliczonymi opłatami, grzywnami i mandatami, które wymierza „wyrzutkom”. Człowiek bez pieniędzy jest automatycznie uznawany za potencjalnego przestępcę, a wobec machiny państwa pozostaje zupełnie bezbronny. Według obojga autorów być biednym znaczy niemal całkowicie utracić podstawowe prawa obywatelskie kojarzone z tym, co starsze pokolenia nazwałyby burżuazyjnym indywidualizmem.

Książkę Not a Crime to Be Poor otwiera wstrząsający przypadek Very Cheeks z Bainbridge w stanie Georgia. Zaczęło się od mandatu na 135 dolarów za to, że przednie koła jej samochodu przetoczyły się za linię znaku „stop”. Gdy zjawiła się w sądzie, nakazano jej wpłacić od razu całą kwotę. Tłumaczyła, że jest bezrobotna i opiekuje się umierającym ojcem, więc sędzia dał jej trzy miesiące na zapłacenie mandatu, obejmując ją na ten czas tak zwanym „nadzorem kuratorskim”, i odesłał ją do innego biurka. Tam okazało się, że rachunek urósł do 267 dolarów: 105 dolarów dla firmy zewnętrznej, której sąd zleca pełnienie nadzoru, a do tego 27 dolarów na „stanowy fundusz pomocy ofiarom wypadków drogowych”.

Powiedziano jej, że 50 dolarów z tej kwoty musi wpłacić gotówką na miejscu – w przeciwnym razie trafi do aresztu. Nie dysponowała jednak nawet taką kwotą, więc by zebrać potrzebną gotówkę, jej narzeczony oddał w zastaw drobną biżuterię i kosiarkę do trawy. Vera Cheeks pozostała pod nadzorem kuratorskim, a spóźnienie się choćby z jedną wpłatą oznaczało automatyczny powrót do aresztu. Tylko dlatego, że nie było jej stać na zapłacenie mandatu, z obywatelki cieszącej się pełnią praw w jednej chwili stała się dłużniczką władz stanowych. Prywatny podwykonawca śledził każdy jej ruch, a od więziennej celi dzielił ją jeden czek bez pokrycia.

Edelman wymienia zaskakująco długą listę opłat, jakie władze stanowe i miejskie nakładają na biednych. Skazani za przestępstwa płacą za pobyt w areszcie, za badania laboratoryjne, za obsługę administracyjną, a nawet za pracę prokuratorów, którzy prowadzili ich sprawę. Obowiązkowe kursy i terapie (na przykład dla osób, które prowadziły pojazd pod wpływem alkoholu) mogą kosztować powyżej 30 dolarów za sesję. Elektroniczny monitoring osób zwolnionych z aresztu i oczekujących na proces kosztuje 14 dolarów dziennie. W stanie Georgia za spalenie suchych liści bez zezwolenia wymierza się nawet 500 dolarów kary.

(...)

Pewnemu bezdomnemu z Sacramento w Kalifornii, który sypiał pod mostem, policja wystawiła 190 wezwań do sądu (niemal wyłącznie za nocowanie pod gołym niebem i „rozbijanie obozu”). Ostatecznie zasądzono mu grzywny na łączną kwotę 104 tysięcy dolarów, których oczywiście nie mógł zapłacić. Gdy w 2016 roku zmarł na raka, jego nazwisko widniało na trzydziestu siedmiu nakazach aresztowania. W jaki sposób służy to bezpieczeństwu publicznemu?

Szczególnie szokuje, jak często i jak słono trzeba płacić prywatnym przedsiębiorstwom za wyznaczony przez sędziego „dozór”. Kto nie jest w stanie wpłacić całej kwoty, automatycznie trafia do aresztu. W Ferguson w stanie Missouri grzywna za „zarośnięty i zachwaszczony” (czyli: niespełniający średnioklasowych standardów przyzwoitości) trawnik przed domem może wynieść 531 dolarów. W stanie Michigan każdy mandat może zostać powiększony o wyssaną z palca opłatę, choćby 500 dolarów na koszty utrzymania siłowni dla pracowników sądu. Chociaż konstytucja gwarantuje prawo do obrońcy z urzędu, w czterdziestu trzech stanach podsądnych obarcza się kosztami takiego adwokata. W Południowej Dakocie stawka wynosi 92 dolary za godzinę. Płacą nawet ci, których sąd uniewinnił – a niezdolność do wniesienia opłaty sama w sobie jest złamaniem prawa.

krytykapolityczna.pl

Dokument, do którego dotarła "Wyborcza" i Radio ZET, oznaczony jako Zlecenie nr 2, przewiduje jednak, że w okresie kampanii wyborczej wykonawca firma Elchupacabra stworzy miesięcznie 1 tys. "wątków tematycznych", za każdy z nich otrzyma 20 zł, oraz zapewni im aktywność na poziomie 5 tys. "wpisów automatycznych" w miesiącu. Cena za jeden wpis to 2 zł. W czasie obowiązywania umowy Duda zyskał w sondażach 15 punktów proc. w stosunku do swojego kontrkandydata Bronisława Komorowskiego.

Komentując umowę z Elchupacabra Szefernaker zwraca uwagę, że, sztab Andrzeja Dudy współpracował z wieloma firmami. "Na początku kampanii kandydat był mało znaną osobą, więc podejmowaliśmy działania pozytywne dotyczące zbudowania wizerunku. Dziś trudno mi określić, z jakich powodów. Trzy i pół roku po zawarciu tej umowy nie odpowiem dokładnie na pytanie, co kryje się pod konkretnym sformułowaniem w jednym z wielu zleceń" - czytamy w dzisiejszej "Wyborczej" i na stronie Radia ZET.

Jak całą sprawę komentują specjaliści? - Co trzecia reakcja na Facebooku pod postami najbardziej znanych polskich polityków to reakcja z konta fejkowego lub przejętego od właściciela. To, co się dzieje na polskim politycznym Facebooku, jest klasyczną dezinformacją - stwierdza Anna Mierzyńska, socjolożka zajmująca się analizowaniem funkcjonowania polityki w sieci.

onet.pl

Rządzący II RP uczynili bardzo wiele, żeby wyeliminować najbardziej wartościowych oficerów. Proces ten trwał lata i przybierał różne oblicza. Po przejęciu władzy przez sanację sukcesywnie usuwano ze służby osoby, które rozpoczynały swe kariery w armiach zaborczych. Jednocześnie promowano legionowych weteranów, bez oglądania się na ich umiejętności. Od początku lat trzydziestych dominująca w obozie władzy koteria pułkowników zadbała aby o awansie decydowały znajomości i powiązania towarzyskie. Na dokładkę masowo delegowano oficerów na stanowiska w administracji. Służąc w armii zostawali: ministrami, wojewodami, starostami, a także prezesami przedsiębiorstw państwowych. Do zajmowania się doskonaleniem umiejętności militarnych nie mieli głowy, a nawet chęci.

Za to znakomicie odnajdowali się w podlizywaniu najpierw Piłsudskiemu, a potem jego następcom. Gdy w 1938 r. na łamach „Dziennika Wileńskiego” Stanisław Cywiński rzekomo obraził pamięć Marszałka gen Stefan Dąb-Biernacki natychmiast posłał oficerów, żeby pobili felietonistę. Demonstrując tak, jak kocha osobę nieżyjącego już wodza. Ten sam generał we wrześniu 1939 r. otrzymał dowództwo armii „Prusy”, stanowiącej główny odwód polskich sił. Je zadaniem było powstrzymywać marsz niemieckich wojsk na Warszawę, kiedy Armia „Łódź” rozpocznie odwrót. Kluczowa sekwencja zdarzeń wyglądała następująco. Dowodzący Armią „Łódź” gen Juliusz Rómmel, kiedy 4 września Niemcy przełamali front nie potrafił zapanować nad podległymi mu jednostkami, po czym porzucił podkomendnych i uciekł do Warszawy. Wówczas do akcji powinna wejść Armia „Prusy”. Jednak po pierwszym kontakcie z wrogiem gen Stefan Dąb-Biernacki przebrał się w cywilne ubranie i także zwiał. Na najważniejszym odcinku frontu dowodzenie powierzono niekompetentnym tchórzom. „Lepiej mieć lwa na czele owiec, niż owcę na czele lwów” – lubił powtarzać Napoleon Bonaparte.

W przypadku kampanii wrześniowej można mówić wręcz o dowodzeniu przez stado baranów. Na północy dowódca Armii „Pomorze” gen. Władysław Bortnowski już trzeciego dnia wojny doznał załamania nerwowego i nie potrafił przez następne dni wydać żadnego rozkazu. Na południu gen Kazimierz Fabrycy po pierwszych klęskach porzucił swoją armię „Karpaty”. Nawet Naczelny Wódz 7 września postanowił opuścić Warszawę, ewakuując się do Brześcia wraz ze sztabem, choć nie istniało tam żadne zapasowe stanowisko dowodzenia. Swoją decyzją marszałek Rydz-Śmigły pozbawił się możliwości realnego wpływania na działania, podległych mu armiami. Zamiast koordynować trwający na całym froncie odwrót, spotęgował ogromny chaos. Na tym tle zyskująco prezentowała się sylwetka dowódcy armii „Poznań” gen Kutrzeby. Nie dość, że potrafił utrzymać kontrolę nad podległymi mu dowódcami i jednostkami, to jeszcze wykazywał się samodzielnością, dużą odpornością psychiczną i talentem militarnym. W tym kontekście najbardziej zaskakuje, że posiadając tyle zalet udało mu się tak wysoko awansować w przedwrześniowej armii i nikt zawczasu go z niej nie usunął.

dziennik.pl

Ekonomista Thomas Palley uważa właśnie przenoszenie produkcji za granicę za cechę wyróżniającą obecną fazę globalizacji. Nazywa to „ekonomią barki”: fabryki przemieszczają się między poszczególnymi krajami, szukając sposobów na obniżenie kosztów. Powstała cała infrastruktura prawna i polityczna stworzona po to, aby wspierać przeniesioną za granicę produkcję, której owoce są następnie importowane do kraju eksportującego kapitał. Palley słusznie uważa offshoring za celową politykę międzynarodowych korporacji, mającą na celu osłabienie krajowej siły roboczej i zwiększenie zysków.

Zdolność przedsiębiorstw do globalnej alokacji miejsc pracy zmienia charakter dyskusji o „korzyściach z handlu”. W rzeczywistości nie ma już bowiem żadnej gwarancji „korzyści”, nawet w dłuższej perspektywie czasowej, dla tych krajów, które eksportują technologie i miejsca pracy.

Pod koniec życia Paul Samuelson, autorytet amerykańskiej ekonomii i współautor słynnego twierdzenia Stolpera-Samuelsona o handlu przyznał, że jeśli kraje takie jak Chiny połączą zachodnią technologię z niższymi kosztami pracy, to handel z nimi doprowadzi do obniżenia płac na Zachodzie. Prawdą jest, że obywatele Zachodu będą mieli dostęp do tańszych towarów, ale możliwość zakupu żywności o 20 procent taniej w dyskontach typu Wal-Mart niekoniecznie zrekompensuje obniżenie wynagrodzeń. Na końcu tunelu wolnego handlu nie czeka zatem żaden „garnek złota”. Samuelson zastanawiał się nawet, czy „drobna nieefektywność” nie jest aby rozsądną ceną za ochronę tego, co „warto produkować” u siebie.

W 2016 roku „The Economist” przyznał, że „bilans krótkoterminowych kosztów i korzyści” wynikających z globalizacji jest „bardziej złożony niż zakładają to podręczniki”. W latach 1991–2013 udział Chin w światowym eksporcie wytwórczym wzrósł z 2,3 proc. do 18,8 proc. Niektóre kategorie amerykańskiej produkcji przemysłowej zostały całkiem wyeliminowane. Autorzy tekstu sugerują, że Stany Zjednoczone zyskają jednak „w ostatecznym rozrachunku”. Jednak na korzyści trzeba będzie poczekać „kilkadziesiąt lat”, a i wówczas nie rozłożą się równomiernie.

krytykapolityczna.pl

sobota, 6 kwietnia 2019


Dobrym przykładem jest Gdańsk, gdzie Paweł Adamowicz, długo funkcjonujący prezydent zaczynał jako modelowy przedstawiciel liberalnego technokraty związanego z Platformą Obywatelską. Głośno protestował przeciw obywatelskiej partycypacji: że przecież po to dostaje mandat, żeby go mieszkańcy mogli rozliczyć, a nie żeby musiał męczyć obywateli współrządzeniem, a oni jemu mieli przeszkadzać… I nagle Adamowicz odkrywa – między innymi pod wpływem ruchów miejskich – że trzeba zacząć kooptację, jeśli nie personalną, to na pewno ideową.

I co sprowadziło na niego oświecenie? Dobre wyniki tych niepartyjnych, oddolnych ruchów?

Był jeszcze drugi czynnik, strukturalny. Są bowiem problemy, które złożonością wykraczają poza możliwość zarządzania technokratycznego. Dla Gdańska takim przełomem było podtopienie miasta w 2016 roku, kiedy dwie osoby zginęły. Okazało się też, że system zbudowany przez ekspertów zwyczajnie nie zadziałał.

Może po prostu trzeba było wynająć lepszych ekspertów?

Nie, zrozumiano, że zarządzanie systemem alarmowym w kontekście anomalii pogodowych, które będą przecież coraz silniejsze ze względu na zmiany klimatyczne, nie może być „techniczne”, że wymaga to rozwiązań społecznych. Z tego powodu Gdańsk podążył za rekomendacją Marcina Gerwina i zdecydował się zwołać panel obywatelski. To dość radykalna metoda, bo panel nie jest ciałem konsultacyjnym, tylko decyzyjnym. Rekomendacje panelu, które zyskają poparcie 80 procent jego uczestników, stają się w Gdańsku obowiązujące. Do tego jeśli obywatele zbiorą 5 tys. podpisów, władze miasta mają obowiązek zorganizować panel na wskazany przez mieszkańców temat. Trudno o lepszy przykład obywatelskiego współwytwarzania polityki miejskiej.

I o czym w takim panelu decydują?

Na razie w Gdańsku były trzy panele, wszystkie zwołane przez prezydenta, z tym że tematy dwóch pierwszych zasugerował Marcin Gerwin, trzeci sformułował Paweł Adamowicz. Pierwszy dotyczył podtopień, drugi smogu w mieście. Tu znowu się okazało, że sprawa wcale nie jest techniczna, bo co to właściwie znaczy „zmniejszyć emisję”? Zaczynamy rozumieć, jak ważnym problemem jest ubóstwo energetyczne. Nie poradzimy sobie ze smogiem, jeśli nie rozwiążemy tego problemu socjoekonomicznego.

A jak wprowadzimy po prostu normy jakości spalanego paliwa i zaczniemy je twardo egzekwować?

To ludzie będą marznąć, co jest i nieludzkie, i politycznie zabójcze. Gdańsk też nie rozwiąże tego problemu, jeśli nie uwzględni głosu mieszkańców – w tym też tych, których nie stać dziś na ekologiczne ogrzewanie. Ostatni panel był może najbardziej karkołomny, bo dotyczył samej aktywności obywatelskiej: wbrew stereotypowi Gdańska jako „miasta wolności” i mimo że są tam silnie zmobilizowane grupy – np. lokatorskie czy rowerzyści – aktywność nie ma masowego charakteru. Frekwencja wyborcza jest na tle kraju niewielka.

krytykapolityczna.pl

Rekonstrukcja idei politycznej PiS zasługuje na najwyższe uznanie: syntetycznie i z trzeźwym dystansem Sawczuk pokazuje ewolucję projektu politycznego Jarosława Kaczyńskiego na kilku planach. Po pierwsze, od chadecji, przez „konserwatywną rewolucję”  a la polonaise, aż po dość nihilistyczną czystkę sprowadzającą „dobrą zmianę” do wymiany kadr. Po drugie, od „niewiary w lud” Kaczyńskiego z połowy lat 90. (a więc elitaryzmu) po populistyczne – wedle definicji Jana-Wernera Müllera – utożsamienie władzy PiS z głosem skonstruowanego „ludu” jako suwerena. Po trzecie wreszcie, od inspirowanej teoriami Stanisława Ehrlicha walki o polityczny pluralizm i zmianę równowagi sił społecznych jako warunków faktycznej praworządności do całkowicie plastycznego ideowo projektu „rekonstrukcji polskości”, tak bardzo pozbawionego substancji i przygodnego, że ostatecznie sprowadza się do wymuszania posłuszeństwa wobec PiS-owskiej elity władzy.

Autor nie pisze tego wprost, ale z jego wywodu wynika wyraźnie, że polityczne idee naukowego mentora Kaczyńskiego doskonale nadawały się na narzędzie krytyki III RP i dekonstrukcji transformacyjnego mitu – w ogóle jednak nie posłużyły za przesłankę dla PiS-owskich reform. Ironią losu bowiem z intelektualnego dziedzictwa Ehrlicha w toku „dobrej zmiany” pozostała jedynie „kontekstowa wykładnia prawa” („ważniejsza od [litery] prawa jest [definiowana przez PiS] sprawiedliwość”), walkę o pluralizm i równe szanse artykulacji interesów przez wielość grup społecznych zastąpiła walka o ideowy monopol i podporządkowanie wszystkiego, co publiczne. A skoro metapolityczna misja (od)budowy polskiej tożsamości nie ma zakorzenienia w żadnych społecznych realiach, jest areną czystego woluntaryzmu elity PiS – w zderzeniu z chroniczną niekompetencją jego nowo mianowanych kadr musiało to zredukować politykę tej partii do dwóch tylko wymiarów: koncentracji władzy i radykalizacji politycznego konfliktu. Tak o to plany „zadomowienia Polaków”, których tradycje deptać miała wyalienowana elita, oraz przywrócenia praworządności w jej substancjalnym, a nie tylko formalnym wymiarze, przyniosły w efekcie mianowanie swoich gdzie tylko się da.

krytykapolityczna.pl

Kto choruje częściej - kobiety czy mężczyźni?

- Częściej chorują kobiety. Częściej są też zdiagnozowane, bo szybciej szukają fachowej pomocy. Mężczyzna leczy się rzadziej. Trudno jest mu się przyznać przed rodziną, znajomymi, samym sobą, że ma problem. Cały czas żyjemy w świecie stereotypów, a według nich facet to myśliwy. Ma walczyć, zwyciężać, zapewniać rodzinie bezpieczeństwo. Nie idzie to w parze z depresją, stanem beznadziejności. Ta zabiera mężczyźnie wszystkie tzw. męskie cechy. Zazwyczaj choruje więc w ukryciu. Kiedy zaczyna się jednak leczyć, ma tendencję do nieprzestrzegania zaleceń. Wcześniej odstawia leki, czasami łączy je z alkoholem.

To dlatego mężczyźni częściej niż kobiety popełniają samobójstwo?

- Nie ma dokładnych danych, ile samobójców cierpiało na depresję. Jeśli ktoś decyduje się na zakończenie swojego życia, to w większości przypadków jest samotny, a jego życie wydawało mu się beznadziejne. Prawdą jest jednak, że stosunek mężczyzn samobójców do kobiet samobójczyń jest u nas bardzo wysoki - 5:1. Kobiety w Polsce częściej próbują popełnić samobójstwo, ale mężczyźni robią to skuteczniej. Poza tym działają szybciej. Od momentu podjęcia decyzji o samobójstwie do próby samobójczej upływa mniej czasu. No i większość samobójstw mężczyzn odbywa się pod wpływem alkoholu. Cały czas mało się o tym mówi. W 2000 roku odnotowano w Polsce 4,9 tysiąca samobójstw. Czternaście lat później było już ich znacznie więcej – ponad sześć tysięcy. Co piąty samobójca to osoba młoda - w wieku od 20 do 24 lat. To dane z Komendy Głównej Policji. Dla porównania, w tym samym 2014 roku na polskich drogach zginęło 3,5 tysiąca kierowców. Zdecydowanie mniej, a mimo to o wypadkach się mówi. O samobójcach - milczy.

(...)

Chorujemy psychicznie częściej niż kiedyś. Dlaczego?

- To skomplikowane zagadnienie. Płacimy koszt za ogromny postęp cywilizacyjny i ekonomiczny, jaki dokonał się w Polsce przez ostatnie 25 lat. Niemcy, Norwegowie, Szwedzi, Austriacy dochodzili do swojego statusu materialnego stopniowo, rozłożyli ten proces na kilkadziesiąt, a nawet na kilkaset lat. My gonimy ich w szalonym tempie, pracujemy po 20 godzin na dobę, zawsze mamy włączone komórki, nawet na urlopach, jeśli je w ogóle wykorzystujemy. Narzucamy cele niezwykle trudne do osiągnięcia, a jeszcze trudniejsze do utrzymania na dłuższą metę. Domy muszą być wielkie, szkoły prywatne, wakacje w tropikach, a ciuchy z butików. Dopóki wystarcza sił, pieniędzy, zdrowia, jakoś się kręci. Niestety, wystarczy lekki wiaterek, nawet nie sztorm, żeby kolos na glinianych nogach się zachwiał, albo i wywrócił. Paweł Sołtys, muzyk i pisarz, powiedział ostatnio zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć: "Polską klasę średnią od bezdomności dzielą dwie raty kredytu". Widmo ekonomicznej katastrofy to jeden z głównych czynników depresyjnych XXI wieku.

tvn24.pl

Czy ten wzrost gospodarczy dzięki giełdowym kursom firm technologicznych ma jakieś koszta społeczne?

W San Francisco to widać jak na dłoni. To bardzo bogaty rejon, z najlepszymi wynagrodzeniami na świecie. Z tego samego powodu koszty życia poszły tam bardzo w górę – od kosztów nieruchomości przez podatki lokalne, najwyższe w całych Stanach, aż po ceny podstawowych produktów. Trzypokojowe mieszkanie kosztuje tam ponad milion dolarów i nie stać na nie nikogo, nawet tych świetnie opłacanych pracowników korporacji. Ci ludzie decydują się więc na wynajem, co z kolei prowadzi do wzrostu czynszów, natomiast osoby nie zatrudnione w sektorze technologicznym po prostu tracą dach nad głową. Dopiero co odwiedziłam San Francisco i jestem załamana liczbą bezdomnych na ulicach. W środku najbogatszego hrabstwa najbogatszego stanu USA mamy sytuację rodem z trzeciego świata – jakkolwiek niepoprawnie politycznie to brzmi.

To co się dzieje z tymi wszystkimi mieszkaniami, na które ludzi nie stać?

Kupują je chińscy inwestorzy, którzy ich nie wynajmują, tylko trzymają dla swoich dzieci – stoją więc puste. W San Francisco rynek mieszkaniowy nie nadąża za popytem i na pewno nie jest dopasowany cenowo do możliwości mieszkańców.

Tak więc w obrębie tego bardzo bogatego obszaru, który pcha całą amerykańską gospodarkę, mamy pustynie biedy. Następuje proces odkładania kapitału w celach inwestycyjno-rozwojowych, który nie wraca na rynek i w efekcie nie poprawia jakości życia przeciętnej społeczności. Nie ma na to prostego rozwiązania, choć i władze lokalne, i firmy technologiczne próbują coś z tym zrobić.

krytykapolityczna.pl

Deep state – głębokie państwo – czyli amerykańskie struktury rządowe zdominowane przez Clintonów oraz kadrę przywódczą FBI i CIA. To tej właśnie frazy wyborcy Trumpa używają na Facebooku i YouTubie, gdy mają na myśli owo waszyngtońskie „bagno” (the swamp), które Trump obiecywał osuszyć. Minęły dwa lata i bagno ma się lepiej niż kiedykolwiek, głównie za sprawą korupcji nowej administracji. Z kolei demokraci paradoksalnie znaleźli się w pozycji, gdzie ich główną bronią w walce z Trumpem jest FBI i republikanin Robert Mueller… Dziwny jest ten świat. Ale czy należy wierzyć własnym oczom? Może nie należy? Może istnieje lepsze, bardziej spójne wytłumaczenie na cały ten bajzel?

Otóż nie lękajcie się, istnieje! Nowa teoria spiskowa, tzw. QAnon, zyskuje sobie wśród Amerykanów coraz większą liczbę sympatyków. Koncentruje się ona wokół postów anonimowej osoby lub grupy osób, nazywających siebie Q, które twierdzą, że mają dostęp do tajnych informacji na temat walki, jaką Trump prowadzi z „głębokim państwem”, walki, która zakończy się wielkim przewrotem politycznym i powrotem do świetności Ameryki.

Wszystko zaczęło się w październiku 2017 na forum 4chan, gdzie niejaki Q zamieścił serię postów zatytułowaną „cisza przed burzą”. Sam ten tytuł jest, proszę zauważyć, niezwykle znamienny, gdyż 5 października 2017, w czasie krótkiej konferencji prasowej Trump sam użył tego określenia – „cisza przed burzą”.  A kiedy dziennikarka zapytała go, o jaką burzę mu chodzi, Trump odparł tajemniczo: „Zobaczycie!”

Oto tłumaczenie pierwszego postu. Zapnijcie pasy!

Q Post 2017-10-28

>>147005381 HRC [Hilary Rotham Clinton] ekstradycja już w toku zaczyna się jutro z udziałem wielu krajów w razie próby ucieczki za granicę. Jej paszport będzie unieważniony 30/10 @ 00:01. Należy spodziewać się zamieszek i prób ucieczki z USA przez innych. Amerykańskie M’s [marines? Military?] przeprowadzą operację z aktywowaną NG [Gwardia Narodowa]. Dowód? Zlokalizuj członka NG i sprawdź aktywność na służbie 30/10 w większości miast.”


krytykapolityczna.pl

Odpady niemożliwe do uniknięcia to te, które powstają w wyniku przygotowywania lub spożywania żywności, a nie są jadalne. Odpady możliwe do. uniknięcia to wyrzucone jedzenie, np. zepsute, nieświeże itp, które wcześniej było jadalne.

Badania prowadzono dla 51 różnych rodzajów świeżych owoców i warzyw, w sześciu krajach UE (Niemcy, Hiszpania, Dania, Holandia, Finlandia i Wielka Brytania), w roku 2010.

Po przeanalizowaniu zebranych danych naukowcy wyliczyli, że rocznie w Unii Europejskiej w przeliczeniu na jednego mieszkańca przypada 21,1 kg odpadów nieuniknionych i 14,2 kg odpadów możliwych do uniknięcia.

Marnowanych jest średnio 29 proc. (35,3 kg na osobę) świeżych owoców i warzyw zakupionych w europejskich gospodarstwach domowych, z czego wyrzucania 12 proc. (14,2 kg) można by uniknąć.

Jeśli chodzi o ilość możliwych do uniknięcia i niemożliwych do uniknięcia odpadów, autorzy badania zauważają obecność dużych różnic pomiędzy poszczególnymi krajami UE. Wynikają one przede wszystkim z różnic w kulturowych i ekonomicznych mających wpływ na marnotrawstwo oraz różnych wzorców konsumpcyjnych, które wpływają na ilość kupowanej żywności.

Na przykład: chociaż zakupy świeżych warzyw w Wielkiej Brytanii są niższe, niż w Niemczech - to jednak ilość nieuniknionych odpadów generowanych na jednego mieszkańca jest prawie taka sama w obu tych państwach. Wynika z tego, że poziom możliwego do uniknięcia marnotrawstwa jest wyższy w Wielkiej Brytanii. Uważa się, że te kraje, w których obywatele wydają na żywność więcej pieniędzy, generują mniej odpadów, których można uniknąć.

W podsumowaniu autorzy raportu przypominają, że rocznie na terenie UE marnuje się ok. 88 milionów ton żywności. Związane z tym koszty szacuje się na 143 miliardy euro.

PAP

czwartek, 4 kwietnia 2019


Niektórzy rolnicy przechodzą na rolnictwo ekologiczne, ponieważ kuszą ich wysokie ceny pochodzących z niego towarów. Inni dlatego, ponieważ nie chcą, by ich działalność szkodziła środowisku naturalnemu. Jeszcze inni obawiają się o swoje zdrowie, a nawet życie, w związku z częstym kontaktem z chemikaliami szeroko stosowanymi w rolnictwie konwencjonalnym.

Przykładem dla ostatniej z wymienionych grup może być Blaine Schmaltz, z miejscowości Rugby w Północnej Dakocie. Pewnego dnia Schmaltz przeprowadzał opryski herbicydami na jednym ze swoich pól. W pewnym momencie przerwał, ponieważ chciał sprawdzić poziom środka chemicznego w opryskiwaczu. Po tym jak zajrzał do środka, momentalnie poczuł się słabo i zemdlał. Kilka następnych miesięcy spędził w szpitalu z zapaleniem dróg oddechowych, bolącymi mięśniami i bezsennością. Diagnoza: astma zawodowa.

„Doktor doradzał mi, bym odpuścił sobie rolnictwo.” – mówi Schmaltz.”Powiedział, że jeśli tego nie zrobię, umrę w ciągu najbliższych 10 lat.”

W trakcie rekonwalescencji Schmaltz dużo czytał o rolnictwie ekologicznym. Kochał pracę w swoim gospodarstwie i dlatego podjął decyzję o jego dalszym prowadzeniu, jednak tym razem w zgodzie z przyrodą. Pracę rozpoczął już w kolejnym sezonie. Po czasie okazało się, że to był dobry wybór – mimo prowadzenia gospodarstwa objawy chorobowe zniknęły. Teraz uprawia pszenicę, fasolę, len i inne rośliny.

„Nie zdecydowałem się na rolnictwo ekologiczne ze względu na większe pieniądze czy ideologię.” – dodaje Schmaltz. „Zrobiłem to dla siebie i swojej rodziny, by bez obaw o zdrowie móc kontynuować pracę na roli.”

ulicaekologiczna.pl

Problemy ze zdrowiem zaczynają się już po kilku miesiącach. Ludzie skarżą się na bolące stawy, kolana, urazy kręgosłupa, opuchnięte stopy. – W badaniach wyszło mi, że mam za dużo kreatyniny w moczu. Lekarz stwierdził, że prawdopodobnie za dużo stoję. Faktycznie, prawie dziesięć godzin, wykonując tę samą czynność – mówi Roman ze Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. W Amazonie pracuje od pięciu lat. – Przez pierwsze dwa miesiące zrzuciłem 8 kg. Problemy z kręgosłupem wywołane dźwiganiem okazały się na tyle poważne, że konieczna była wielotygodniowa rehabilitacja. W zeszłym roku byłem ponad miesiąc na zwolnieniu – dodaje Daniel, kolega Romana ze zmiany. – W Amazonie nikogo nie interesuje, kto gdzie pracuje. Na stanowiska wymagające kondycji dają osobę 60-letnią. Na dziale pick w okresie świątecznym spotkałam kobietę, która nie była w stanie wejść po schodach. Tam są trzy piętra, trzeba się dużo schylać, podnosić ciężkie towary – wtrąca z wściekłością jeszcze jedna z pracownic, Beata.

Amazon z myślą o ciężko pracującej załodze nawiązał współpracę z liderem na rynku firm zajmujących się wdrażaniem kompleksowych rozwiązań problemu absencji chorobowych. Działania firmy pracownicy określili jako „wizyty domowe”. – Oni wychodzą z założenia, że jeśli w czasie zwolnienia nie ma cię w domu, to znaczy, że oszukujesz. Nie dość, że kontrolują nas totalnie w pracy, to jeszcze rozszerzyli kontrolę na nasze domy. Wypytują sąsiadów jak policja, która szuka przestępcy. Był przypadek, że udali się pod inny adres i niepokoili starszą kobietę, wypytując o zdrowie jej syna, który nie był pracownikiem Amazona – wytyka Daniel. Jeśli na zaświadczeniu lekarskim jest informacja, że chory może chodzić, to pracownika może nie być w domu tylko z kilku dozwolonych powodów. Może być u lekarza, na terapii, w sklepie albo w aptece, ale na wszystko musi mieć pokwitowanie. – Możesz się z tego wytłumaczyć np. paragonem ze sklepu. Najgorsze jest to, że musisz udowodnić swoją niewinność, bo z góry zakładają, że jesteś winny i udajesz chorego – wyjaśnia Roman.

– Miałem taką sytuację. Usłyszałem, że za wolno wracałem z przerwy po obiedzie. Spóźniłem się niecałe trzy sekundy. Jakiś czas potem rozmawiałem z innym pracownikiem, jemu zwrócono uwagę z powodu dwóch sekund. Mamy zegary nad sobą. Ja mam podaną godzinę z minutnikiem, ale nie mam sekundnika. To nie tylko informacja: byłeś za wolny o trzy sekundy, ale także presja, żeby się racjonalnie wytłumaczyć – mówi Roman. To, jak przebiega praca, zależy od jakości towaru i narzędzi, czy towar daje się np. szybko zeskanować, czy nie brakuje kartonów. – Zepsuje ci się maszyna do taśmy i czasami pięć minut naprawiasz. Dwa razy dziennie wymieniasz taśmę, donosisz sobie kartony. To wszystko ma znaczenie – wylicza Beata. Ale to nie jest racjonalnym wytłumaczeniem spowolnienia pracy.

Kontroli podlega również wyjście do toalety. Na początku tego roku pracownicy musieli meldować menedżerom każde takie wyjście. Szczególnie krępujące było to dla kobiet. – Nie każdy chce opowiadać głośno, że ma okres i pilną potrzebę. Przecież to najbardziej osobista, intymna rzecz w tym zakładzie. Jednemu menedżerowi wystarczyło powiedzieć, że idziemy do toalety. Inni wymagali detali – złości się Beata. Każdy przejaw odpoczynku jest pilnie śledzony i odpowiednio oceniany. – Zawsze na początku zmiany mamy zebranie. Na ostatnim powiedziano nam, że za każdym razem jeśli będziemy wychodzić o minutę czy dwie wcześniej, to będzie permanentne skanowanie i zostaną wyciągnięte konsekwencje w postaci notatek służbowych i nagan – mówi Witek.

– Z mojego działu odbioru do kantyny idę cztery, pięć minut. Mam tam szafkę z kanapkami, herbatę i telefon. Tyle samo zajmuje droga powrotna, więc na odpoczynek i posiłek zostają mi cztery minuty, czasem pięć – Daniel opisuje swoje 15-minutowe przerwy.

tygodnikprzeglad.pl

Prawosławni w Polsce. Swoi czy obcy? – pytano w różnych epokach. Obcy – brzmiała oficjalna odpowiedź w okresie międzywojennym. Polska tworzyła wtedy niepodległy byt, zszywając w jeden organizm ziemie pozostające przez 123 lata w trzech zaborach. Była państwem wielonarodowym i wieloreligijnym – Polacy stanowili 65% społeczności – ale chciała być jednolitym narodowo i wyznaniowo, w którym Polak znaczy katolik. Polak znaczy lepszy, Białorusin czy Ukrainiec zaś „gorszy gatunek Polaków” – to określenie Romana Dmowskiego, przywódcy Narodowej Demokracji. Dlatego w końcu międzywojnia płk Marian Turkowski nakazywał: „Stać twardo na stanowisku, że w Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś do powiedzenia. Wszyscy inni są tylko tolerowani. Wytworzyć wśród mas polskich kompleks wyższości w stosunku do ludności niepolskiej. Mowa polska winna być wyrazem wyższości tak kulturalnej, jak i obywatelskiej. Polak musi zwracać się do ludności niepolskiej tylko po polsku. A już w żadnym wypadku funkcjonariusz państwowy czy też samorządowy nie może używać innego języka niż polski” („Dalsze wytyczne do akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej”, pkt 5, 24 stycznia 1938).

Prawosławnych Białorusinów i Ukraińców było najwięcej wśród mniejszości – ok. 4 mln. Wyprzedzali Żydów (3,1 mln), Niemców (0,9 mln) czy Czechów. W wielu wschodnich powiatach stanowili większość – w hrubieszowskim 78%, w poleskim 77%, w wołyńskim 70%, w nowogródzkim ponad 50%. Ich obecność państwo uważało za najtrudniejszy problem w polityce wewnętrznej. Badacz tego okresu, historyk prof. Eugeniusz Mironowicz, uważa, że nierozwiązywalny. Dlaczego? Ponieważ polskie elity polityczne nie miały koncepcji tworzenia państwa wielonarodowego. Nie uwzględniały aspiracji Białorusinów i Ukraińców do pielęgnowania swojej tradycji, posiadania pewnej autonomii w ramach odrodzonego państwa.

Stworzono program asymilacji milionów prawosławnych. Akcję nazwano rewindykacyjno-polonizacyjną. Uznano, że prawosławny jest obcy, a Cerkiew to rozsadnik rosyjskości, ostoja carskiej reakcji, relikt zaborów. Wyrzucono ze świadomości fakt, że Cerkiew na ziemiach II RP istniała wtedy, gdy nie było ani Imperium Rosyjskiego, ani Księstwa Moskiewskiego. Jej obecność, zdaniem wielu badaczy, datuje się na czasy misji Cyryla i Metodego, czyli IX w., wiek wcześniej, niż dokonano oficjalnego chrztu Polski.

Akcję, która głęboko zraniła obywateli prawosławnej społeczności II RP, przeprowadzono w przeddzień wybuchu wojny, w której prawosławni żołnierze bronili ojczyzny, a ich lojalność wobec państwa budziła zdziwienie dowódców. Stanisław Cat-Mackiewicz, oceniając politykę państwa wobec prawosławia, sugestywnie stwierdzał: „Lojalność Cerkwi prawosławnej była tak dużą i tak szczerą, że tylko cud mógł duchowieństwo prawosławne z tej drogi zawrócić. Tym cudem była głupota naszych władców, istotnie niepospolita”. Dalej dodawał: „Dzikie, głupie i nikczemne wybryki wyrządziły niesłychaną szkodę naszemu państwu, a były przecież absolutnie niczym nieuzasadnione, ponieważ (…) ze wszystkich mniejszości narodowych właśnie koła duchowieństwa prawosławnego były najlojalniejsze”. Od uzyskania niepodległości państwo polskie ostro ingerowało w życie Cerkwi i traktowało ją najbardziej restrykcyjnie spośród wszystkich Kościołów.

Były trzy ich fale. Pierwsza w latach 1918-1924. Katolicy zajmowali wtedy cerkwie w 70% żywiołowo, nie zawsze czekając na decyzje władz centralnych, mając jednak ich przyzwolenie. Według prof. Mirosławy Papierzyńskiej-Turek przejęto wtedy 215 cerkwi. Symbolem tamtych czasów było zburzenie wspaniałej cerkwi św. Aleksandra Newskiego na placu Saskim w Warszawie.

Druga fala – rok 1929. Rzymskokatolicki episkopat złożył do sądów 755 pozwów, roszcząc sobie prawo do około połowy posiadanych jeszcze wtedy przez Cerkiew świątyń i monasterów. Domagano się soborów katedralnych w Pińsku, Krzemieńcu, Łucku, monasteru w Jabłecznej nad Bugiem, a nawet ławry Poczajowskiej. Sąd Najwyższy uznał jednak 23 stycznia 1934 r. tę drogę za niewłaściwą. Władze obawiały się rozruchów na tle religijnym i skandalu międzynarodowego. W tym okresie zdołano zniszczyć 23 cerkwie, choć na listę „zbędnych” trafiło 97.

Statystykę podaję za Małgorzatą Winiarczyk-Kossakowską: w latach 1918-1933 Cerkiew straciła ok. 500 świątyń, w tym 346 na Chełmszczyźnie i Podlasiu. Spośród nich na kościoły katolickie wyświęcono 137, zamknięto 104, 91 zniszczono.

tygodnikprzeglad.pl

– We wrześniu do naszej kamienicy przyszli jacyś ni to powstańcy, ni to policjanci, raczej ci drudzy, tyłowi, bo choć z rozpylaczami na szyjach, to bez bitewnego kurzu i znoju na mundurach i twarzach – opowiadała Krystyna Narożna, w powstaniu 16-letnia pracownica punktu medycznego dla ludności cywilnej na ul. Złotej. – Przynieśli jakieś mięso, niewielkie, obdarte ze skóry zwierzę. Poprosili sąsiadkę, żeby przyrządzić ucztę, bo złapali i ubili królika. Sąsiadka poprosiła, żeby zostawili jej kosteczki dla jej głodującego pieska – jamniczka. Popatrzyli dziwnie, ale natychmiast skwapliwie się zgodzili. Kilka dni później wydało się, że nie królika ubili, tylko tego jamniczka właśnie.

newsweek.pl

Jeśli chodzi o komunikację strategiczną to zrozumieliśmy, że w wielu aspektach cyberataki są w pewnym stopniu powiązane z fałszywą komunikacją angażującą podmioty państwowe. Nie możemy przecież mówić o wolnych mediach w państwach autorytarnych takich jak Rosja. O wiele łatwiej jest im manipulować przekazem informacyjnym. Jeśli czytamy rosyjską doktrynę wojskową to widzimy, że komunikacja jest elementem działań w obszarze wojskowym i manipulacja jest tu czymś normalnym. Stwierdził to w przeszłości Carl von Clausewitz, Sun Tzu, japoński strateg Musashi czy inni. Chodzi tutaj o percepcję.

Państwa autorytarne wykorzystują przeciwko nam naszą największą zaletę, czyli wolność słowa i otwartość?

Wykorzystują przeciwko nam naszą otwartość. Możemy powiedzieć, że w wielu obszarach związanych z komunikacją strategiczną Rosjanie nas wyprzedzają, ponieważ mogą działać szybciej i wykorzystywać wiele narracji. To jest kwestia asymetryczności. Jeśli jest się mniejszym i słabszym, trzeba znaleźć słabe punkty potencjalnie silniejszego, żeby mieć możliwość wpływania na niego. Rosjanie rozumieją, że w konflikcie z Zachodem są stroną słabszą, ponieważ poza bronią atomową udział ich PKB w światowym PKB wynosi tylko 2,5 %, podczas gdy udział Unii Europejskiej to 25 %, a następne 25 % to Stany Zjednoczone. Biorąc pod uwagę gospodarkę, nie mają oni szans konkurować z nami. Dlatego muszą znaleźć jakieś środki, które umożliwią im skuteczną rywalizację. Cyberataki, komunikacja strategiczna, fake newsy oraz inne asymetryczne środki pozwalają Rosjanom na uzyskanie dźwigni nacisku. Proszę zobaczyć jak działa RT, a jak tradycyjne agencje informacyjne. Komunikat kierowany przez aparat propagandowy Kremla do Rosjan musi podkreślać wielkość ich kraju. Jeśli ludzie oglądają te wydarzenia i wierzą w te absurdalne kłamstwa, które są tam prezentowane - to jestem przerażony.

(...)

W tym samym czasie obserwujemy również wzrost popularności haseł i partii populistycznych w Europie. Czy możemy zidentyfikować jakiś element łączący to zjawisko z Rosją?

Jest to zdecydowanie bardziej skomplikowane niż się niektórym wydaje. Obecnie, coraz częściej obserwujemy złą stronę mediów społecznościowych. Media społecznościowe dały możliwość uczestniczenia w życiu politycznym i napisania czegokolwiek każdej osobie. Nie oznacza to jednak, że przyczyniają się one do zwiększenia naszej wiedzy i zdolności rozumienia procesów politycznych. Musimy pamiętać, że demokracja jest oparta na dobrze wyedukowanych obywatelach. Czy możemy powiedzieć, że dzięki mediom społecznościowym obywatele są lepiej wykształceni niż 10 lata temu?

Powiedziałbym, że nawet gorzej.

Dokładnie tak jest. Facebook, Twitter dają szansę przeczytania krótkiego tekstu bez konieczności głębszej analizy. Rozwój mediów społecznościowych wraz z ukierunkowaną propagandą zwiększa naszą podatność. Wcześniej komunikacja strategiczna nie była używana do wpływania na umysły ludzi. Obecnie jest to możliwe i wykonalne dzięki nowoczesnej technologii i dlatego jesteśmy wyjątkowo wrażliwi a demokracja znajduje się w odwrocie. New York Times napisał, że system naszych niepisanych zasad, w jaki sposób organizujemy nasz dyskurs publiczny stale się zmniejsza. Świadczą o tym tweety Trumpa czy innych polityków, obniżający się poziom dyskusji w parlamentach narodowych np. w Bundstagu, po tym jak AfD dostało się do niego. Nie jestem zwolennikiem poprawności politycznej, unikania dyskusji, ale jedną rzeczą jest mówienie otwartym i bezpośrednim językiem, ale czym innym jest ograniczanie dyskusji. To dokładnie się obecnie dzieje na poziomie elit politycznych.

cyberdefence24.pl