piątek, 1 maja 2026



WELT: - Czy w Niemczech naprawdę następuje przełom?

/Dyrektor instytutu SIPRI - red./ Karim Haggag: Wydatki wojskowe Niemiec wzrosły w ubiegłym roku o 24 proc., a już w 2024 r. wzrost był na podobnym poziomie. Republika Federalna Niemiec wydaje obecnie 114 mld dol. (około 412 mld zł) na obronność. To ponad dwukrotnie więcej niż w 2021 r., kiedy było to około 50 mld dol. (180 mld zł według aktualnego kursu). Dekadę temu Niemcy zajmowały jeszcze dziewiąte miejsce wśród państw o najwyższych wydatkach wojskowych na świecie, dziś są na czwartym miejscu — za USA, Chinami i Rosją [Polska w zestawieniu SIPRI jest na 14. miejscu na świecie, z wydatkami rządu 46 mld 800 mln dol., czyli 169 mld zł]. Jednak również w większości innych europejskich państw członkowskich NATO budżety obronne znacznie rosną, podobnie jak w Azji Wschodniej, na przykład w Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie.

- Tymczasem Stany Zjednoczone nagle wydają mniej. Dlaczego?

Tak, tam wydatki spadły o 7,5 proc. Przede wszystkim dlatego, że w ubiegłym roku rząd USA nie zatwierdził już pomocy zbrojeniowej dla Ukrainy. Jednak w tym i przyszłym roku znów zapowiadają się znacznie wyższe budżety: na 2026 r. Kongres zatwierdził ponad 1 bln dol. (3 bln 615 mld zł), a na 2027 r. projekt budżetu rządu Trumpa przewiduje nawet 1 bln 500 mld dol. (5 bln 423 mld zł)

(...)

- Jak wygląda sytuacja w zakresie zbrojeń u innych rywali Zachodu?

Rosja znów zwiększyła swoje wydatki na wojsko i wydała 190 mld dol. (686 mld zł), co odpowiada 7,5 proc. PKB i jest to dwukrotnie więcej niż 10 lat temu. Wydatki Chin wzrosły o około 8 proc. do 336 mld dol. (1 bln 214 mld zł). Dla porównania: od 2006 r. Chińska Republika Ludowa zwiększyła swoje wydatki ponad sześciokrotnie. Nawiasem mówiąc, w 1996 r. chiński budżet obronny wynosił jeszcze 14 mld 500 mln dol. (52 mld 416 mln zł według aktualnego kursu).

- Podczas gdy reżimy autorytarne zbroiły się, zachodnie demokracje po zakończeniu zimnej wojny polegały na ochronie Stanów Zjednoczonych i zaniedbały własną obronę. Dotyczyło to w szczególności Niemiec. Czy to nie jest dobra wiadomość, że Republika Federalna Niemiec i inne kraje zachodnie budzą się teraz i same przejmują kontrolę nad swoją obroną?

Z jednej strony można z zadowoleniem przyjąć fakt, że kraje te po dziesięcioleciach zbyt małych inwestycji podejmują teraz działania zaradcze. Jednocześnie należy jednak wziąć pod uwagę kontekst. Wzrost ten następuje w czasach nasilających się konfliktów międzypaństwowych. Ponadto kraje demokratyczne w Europie i Azji Wschodniej nabywają przede wszystkim systemy ofensywne, takie jak broń precyzyjna dalekiego zasięgu, co powoduje dalsze zacieranie się granicy między wymiarem konwencjonalnym a jądrowym. Działa to destabilizująco. Do tego dochodzi fakt, że obecnie praktycznie nie ma ustalonych kanałów komunikacji między wrogimi blokami.

- W jakim sensie?

Siłą napędową obecnej militaryzacji jest chęć odstraszania. Europa chce odstraszyć Rosję, a Japonia i Korea Południowa Chiny. Jednak więcej broni nie prowadzi automatycznie do większej sił odstraszania. Odstraszanie opiera się na drugim filarze: przewidywalności. Oznacza to niezawodną komunikację i zrozumienie czerwonych linii (drugiej strony). Obejmuje to również tworzenie środków budujących zaufanie, aby zapobiec wymknięciu się kryzysów spod kontroli.

- Tak jak podczas zimnej wojny?

W Europie rzeczywiście możemy nawiązać do zimnej wojny. Sytuacja militarno-geograficzna jest tu stosunkowo przejrzysta, charakteryzują je linie kontaktu między NATO a Rosją. Azja Wschodnia jest znacznie bardziej złożona: to obszar morski z kilkoma mocarstwami atomowymi — Chinami, USA, Koreą Północną, Indiami, Pakistanem i Rosją. Jednocześnie brakuje tam w dużej mierze tradycji działań budujących zaufanie, które znaliśmy w Europie. Jednak ani w Europie, ani w Azji nie chodzi obecnie o wspólny porządek pokojowy, do którego dążyło wiele krajów w dekadach po 1990 r., ale o skromniejszy, ale kluczowy cel: stabilizację stosunków między przeciwnikami.

- Obietnica ochrony ze strony USA zawsze była również instrumentem kontroli zbrojeń jądrowych. Kto jest chroniony, nie musi się sam uzbrajać. Wycofanie się Stanów Zjednoczonych za rządów Trumpa sprawia, że coraz więcej państw rozważa posiadanie własnej broni jądrowej: Polska, Korea Południowa, a nawet Japonia i Niemcy.

Tak, kraje te biorą pod uwagę różne opcje. W Japonii rozważa się złagodzenie ograniczeń dotyczących rozmieszczenia broni jądrowej, czyli wprowadzenie formy udziału w systemie odstraszania jądrowego, znanej nam z Niemiec.

- W sytuacji, w której wspólne użycie broni jądrowej już nam nie wystarcza, prezydent Francji Emmanuel Macron zaproponował model "rozszerzonego odstraszania" jako uzupełnienie amerykańskiej tarczy ochronnej.

Kluczowe pytanie brzmi: czy samo wspólne użycie broni jądrowej wystarczy, aby zmniejszyć poczucie niepewności państw nieposiadających własnej broni jądrowej? To pozostaje kwestią otwartą. Do tego dochodzi fakt, że klasyczna kontrola zbrojeń między USA a Rosją zawiodła. Między USA a Chinami taki system nigdy nie istniał. Rozbudowa strategicznej broni jądrowej jest więc obecnie praktycznie nieograniczona. To, jak nowe porozumienia nuklearne między USA a ich sojusznikami będą oddziaływać na ewentualny wyścig zbrojeń, jest procesem bardzo dynamicznym i złożonym.

- Procesem, w którym w gruncie rzeczy zawsze chodzi jednak o zaufanie do mocarstwa zapewniającego ochronę.

Dokładnie. W centrum uwagi znajduje się utajony brak zaufania do Stanów Zjednoczonych — pytanie, czy w razie zagrożenia rzeczywiście zagwarantują one rozszerzone odstraszanie. Wracamy tym samym do kluczowej kwestii: nie chodzi tylko o zdolności wojskowe, ale o przewidywalność i niezawodność.

onet.pl\Die Welt


Od kwietnia 2026 r. szejk Mohamed bin Zayed Al Nahyan pełni funkcję prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich i władcy Abu Zabi. Uważany jest za głównego przywódcę kierującego polityką gospodarczą i zagraniczną kraju. Szejk Mohammed bin Rashid Al Maktoum pełni funkcję wiceprezydenta, premiera i władcy Dubaju.

Do tej pory jego podejście było bardzo pragmatyczne: ZEA wspierają skoordynowane zarządzanie rynkiem ropy w ramach OPEC+, ale równolegle intensywnie rozwijają relacje ze Stanami Zjednoczonymi, zwłaszcza w sektorach bezpieczeństwa i zaawansowanych technologii. Prawdopodobnie ta decyzja musiała być od jakiegoś czasu konsultowana przez administrację ZEA z urzędnikami administracji USA, czego dowodem jest entuzjastyczna ocena decyzji o wyjściu z OPEC przez prezydenta Donalda Trumpa.

Analizując ją szerzej z perspektywy władz Abu Zabi, ich interesy narodowe zaczynały być rozbieżne i prawdopodobnie będą coraz bardziej sprzeczne z interesami innych członków OPEC i szerszej grupy OPEC+, do której, co warto zauważyć z naszej polskiej perspektywy, należy Rosja.

To historyczna decyzja, ponieważ kończy prawie sześćdziesiąt lat uczestnictwa Zjednoczonych Emiratów Arabskich w skoordynowanej polityce produkcji ropy naftowej. ZEA przystąpiły bardzo wcześnie do OPEC, bo już w 1967 roku i pozostały jej członkiem po utworzeniu federacji w 1971 roku. Rola tego kraju była istotna i przyczyniła się, obok innych kluczowych graczy sektora energetycznego, jak Arabia Saudyjska i Kuwejt, do bogactwa krajów Zatoki Perskiej. Skala wydobycia ropy naftowej na Bliskim Wschodzie stanowiła około 30% globalnej podaży.

ZEA zaczyna promować swoją strategię do roku 2031. Zakłada ona podwojenie PKB, dywersyfikację energetyczną, oraz zwiększenie roli państwa jako globalnego hubu energetycznego.

Nie bez znaczenia dla władz Abu Zabi jako członka BRICS+ jest zdjęcie kagańca i możliwości partnerstw z takimi mocarstwami jak Chiny czy wzrastającymi potęgami globalnymi jak Indie. ZEA mogą teraz prowadzić bardziej niezależną politykę energetyczną, co zwiększa ich znaczenie w grupie, a sferze znaczenia dyplomacji zapewnia niezłe karty i obecność przy stole geopolitycznym.

Jak słusznie zauważają analitycy Atlantic Council, ZEA wykorzystują doświadczenia innych graczy, a dokładnie Kataru. Kraj ten zrezygnował z uczestnictwa w OPEC w 2019 roku, wykorzystując kryzys dyplomatyczny między krajem a sąsiadującymi z nim państwami Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC). Władze Kataru zażegnały dość szybko konflikt, ale pozostały przy swojej decyzji. Zgodnie ze swoją strategią zmierzały do realizacji bardziej niezależnej polityki energetycznej i skupienia się na gazie ziemnym, co im się udało. Co interesujące, pomimo faktu, że konflikt ten został ostatecznie rozwiązany, a stosunki dyplomatyczne przywrócone, Katar nie powrócił do OPEC.

energetyka24.com


Istnieje dobry sposób na zdradzenie sojusznika, nie wypowiadając o nim ani jednego złego słowa i nie podejmując wobec niego żadnego wrogiego działania. Wystarczy milczeć w odpowiednim momencie. Putin właśnie tak postąpił.

Stały przedstawiciel Rosji przy ONZ Wasilij Nebenzia, przemawiając 11 marca 2026 r. w sali Rady Bezpieczeństwa, nazwał rezolucję Bahrajnu w sprawie wojny w Iranie stronniczą, jednostronną i zupełnie nieodzwierciedlającą rzeczywistej sytuacji na Bliskim Wschodzie. Następnie nacisnął przycisk na pilocie do głosowania — i na dużym ekranie z wynikami obok flagi rosyjskiej pojawiło się słowo "wstrzymał się". Nie "przeciw", a "wstrzymał się".

W dyplomacji różnica między tymi stanowiskami jest większa niż Wielki Kanion — przypomina na przykład różnicę między bliskim przyjacielem a obojętnym świadkiem.

Wbrew powszechnemu stereotypowi wstrzymanie się od głosu w ONZ nie oznacza bowiem zajęcia neutralnego stanowiska. W surowej logice prawnej Rady Bezpieczeństwa taka neutralność stoi w bezpośredniej sprzeczności z możliwością skorzystania z prawa weta, które pozostaje bardzo skutecznym narzędziem ochrony sojuszników. Właśnie po to istnieje stałe członkostwo z prawem weta.

Ale tylko dla tych krajów, które naprawdę potrafią i nie boją się go używać. Wstrzymanie się od głosu w opisanych warunkach oznacza wyraźne okazanie słabości, choćby opakowanej w zgrabne dyplomatyczne sformułowanie o "wyważonym i odpowiedzialnym stanowisku".

(...)

Rezolucja nr 2817 została zgłoszona przez Bahrajn w imieniu Rady Współpracy Zatoki (GCC) oraz Jordanii. Podpisało ją 135 państw współautorów — to rekordowa liczba w całej historii Rady Bezpieczeństwa. Dokument potępiał Iran i jego ataki na sąsiadów. Stany Zjednoczone i Izrael nie zostały w nim w ogóle wspomniane.

Putin publicznie nazwał tę rezolucję "stronniczą i jednostronną" — i właśnie to stanowisko przekazał Nebenzia w Nowym Jorku. Okazało się jednak, że tylko w słowach, nie w głosowaniu. Rezolucja została przyjęta 13 głosami "za" przy dwóch wstrzymujących się — Rosji i Chin. Żaden z tych dwóch stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, posiadających prawo weta, nie skorzystał z niego w celu ochrony kraju, który przez wiele lat publicznie nazywał strategicznym sojusznikiem.

(...)

Iran został pozbawiony przywództwa, zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować na atak amerykańsko-izraelski, a już pod koniec pierwszego dnia wojny stało się jasne, że nie jest w stanie udzielić państwom, które go bezpośrednio zaatakowały, żadnej znaczącej odpowiedzi. Kierując się nieoczywistą dla zewnętrznego obserwatora logiką, ocalali irańscy wojskowi zaczęli strzelać bezkrytycznie praktycznie do wszystkich najbliższych sąsiadów, którzy w żaden sposób nie brali udziału w wojnie. Bliski Wschód stał się areną geopolitycznej konfrontacji, jakiej nie znał w swojej najnowszej historii — oprócz Izraela Iran zaczął bombardować wszystkie sześć arabskich monarchii Zatoki Perskiej, a przy okazji także Jordanię.

(...)

Pod koniec marca 2026 r. Zełenski odbył serię wizyt roboczych na Bliski Wschód. W Arabii Saudyjskiej podpisał dziesięcioletnią umowę obronną z księciem Muhammadem bin Salmanem, przewidującą wspólną produkcję i współpracę technologiczną. Następnie podpisał dziesięcioletnią umowę z Katarem — dotyczącą wspólnych inwestycji, produkcji i wymiany doświadczeń w zakresie obrony przeciwdronowej i przeciwrakietowej. Podobne porozumienie zawarł także ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. W Jordanii omawiał partnerstwo w dziedzinie bezpieczeństwa. Później Zełenski wspomniał o zainteresowaniu Jordanii, Kuwejtu, Bahrajnu i Omanu partnerstwem obronnym z Ukrainą.

W przeciwieństwie do Rosji Ukraina zaproponowała partnerom arabskim nie deklaracje polityczne, a konkretną rzecz, której teraz bardzo pilnie potrzebują — doświadczenie bojowe i rozwiązania techniczne potrzebne do masowego przechwytywania irańskich dronów Szahid — tych samych, którymi Iran zaatakował arabskie kraje Zatoki Perskiej. Odsetek udanych przechwyceń tych urządzeń przez ukraińskie załogi przekracza 85 proc. Ze względu na regularne ostrzały ukraińskich miast przez Rosję właśnie tymi dronami lub ich modyfikacjami żadne inne państwo na świecie nie dysponuje większymi kompetencjami w tej dziedzinie niż Ukraina.

Do połowy marca 2026 r. ponad 200 ukraińskich specjalistów pracowało już w krajach Zatoki Perskiej — i, według danych Euronews, osobiście uczestniczyło w przechwytywaniu irańskich dronów podczas ataków w czasie rzeczywistym. Zełenski nie ukrywał tego, otwarcie oświadczając, że to właśnie ukraińscy specjaliści zestrzelili irańskie drony. Łączna wartość transakcji, jego zdaniem, mierzy się już nie w milionach, ale w miliardach dolarów.

onet.pl\The Moscow Times