czwartek, 4 czerwca 2026



Jeśli europejskie państwo opiekuńcze przypomina piramidę finansową, jego faraonami są baby boomersi. Pokolenie urodzone między 1945 r. a 1964 r., dziś mające mniej więcej 60–80 lat, chciałoby przejść do historii jako pierwsze od stuleci pokolenie, które nie rozpętało wojny na kontynencie.

Socjologowie z pewnością doceniają lata 60. XX w. jako okres, w którym ludzie próbowali zastąpić szowinizm rock’n’rollem. Ekonomiści jednak będą mniej przychylni w swojej ocenie. Baby boomersi przyznali sobie hojne emerytury, opierając się na trendach demograficznych, które już dawno zanikły. To sprawiło, że Europa pogrążyła się w letargu. Dzisiejsi dziadkowie odziedziczyli kontynent odbudowujący się po wojnie. Przekażą go w ręce kolejnych pokoleń w stanie wymagającym naprawy — po szkodach, do których sami się przyczynili.

Najbardziej wymiernym łupem w tym międzypokoleniowym rabunku są mieszkania. Baby boomersi kupowali je za grosze. Dziś są warte fortunę. Owszem, musieli wtedy zaciągać kredyty na horrendalny procent — ale potem zyskali na nieustannie rosnących cenach nieruchomości, gdy kredyty były już dawno spłacone. Nawet po uwzględnieniu inflacji ceny mieszkań w Europie wzrosły w ciągu dekady o jedną czwartą, a czynsze rosną szybciej niż dochody.

Efekt? Baby boomersi mogą się czuć finansowymi geniuszami, choć po prostu mieli szczęście. Dzisiaj ludzie młodzi są w praktyce wykluczeni z rynku mieszkaniowego. Odsetek Europejczyków będących grubo po trzydziestce i wciąż mieszkających z rodzicami (zapewne nie całkiem z własnej woli, nawet jeśli doceniają kuchnię mam) stale rośnie. Jeśli chodzi o osoby urodzonych w latach 80. XX w., niemal jedna czwarta z nich po ukończeniu 30 lat mieszkała w domu rodzinnym — to półtora raza więcej niż w przypadku osób urodzonych dwie dekady wcześniej. Własne mieszkanie było kiedyś drogą do finansowej niezależności. Dziś większą szansę daje spadek — o ile w ogóle się go doczeka.

onet.pl\The Economist


Nie minęły jeszcze dwa tygodnie, odkąd Donald Trump pochwalił się utworzeniem funduszu dla rzekomych ofiar amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Prezydent twierdził, że "zrezygnował z dużych pieniędzy", ponieważ zawarł ugodę w sporze sądowym z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości. "Zamiast tego pomagam innym, którzy zostali tak ciężko skrzywdzeni przez złośliwy, skorumpowany i wykorzystywany jako broń polityczna rząd Bidena, w końcu uzyskać SPRAWIEDLIWOŚĆ!" — oświadczył.

Podstawą tej umowy była zaskakująca procedura. Prezydent USA pozwał własny rząd, ponieważ w 2020 r. dokumenty podatkowe jego i jego rodziny trafiły do amerykańskich mediów. Jednak Trump zrezygnował z odszkodowania, a w zamian Departament Sprawiedliwości utworzył fundusz w wysokości 1,776 mln dol. (według aktualnego kursu 6,2 mln zł) dla rzekomych ofiar.

Liczba ta nie jest przypadkowa — to rok amerykańskiej niepodległości.

Jednak na początku tego tygodnia Biały Dom odrzucił plany Trumpa, nie komentując zbytnio tej sprawy. Opór w szeregach partii Trumpa stał się zbyt duży.

Po raz pierwszy czołowi republikanie w Kongresie USA otwarcie sprzeciwili się prezydentowi i zablokowali ważne dla jego rządu głosowania.

To właśnie Mike Pence, były wiceprezydent Trumpa i jego obecny polityczny arcywróg, przemówił w imieniu krytyków. "Uważam za głęboko oburzające, że mógłby istnieć fundusz, który potencjalnie byłby rekompensatą nawet dla osób, które 6 stycznia zaatakowały funkcjonariuszy policji lub zdewastowały Kapitol" — oświadczył Pence w weekend w amerykańskiej telewizji.

Trump musiał zdecydować, czy w sprawie funduszu pójdzie na konfrontację, czy też nada priorytet ważnym projektom ustawodawczym. Zdecydował się na to drugie.

onet.pl\Die Welt


Chińczycy regularnie przeszukują amerykańskie złomowiska w poszukiwaniu wolframu. Ich widok nikogo już nie dziwi. Gdy znajdą upragniony surowiec, są w stanie zapłacić za niego każdą cenę.

"Od chińskich kupców regularnie słyszę, że bez względu na cenę są w stanie zapłacić więcej" - mówi w rozmowie z "Financial Times" Kent Vandiver, właściciel firmy zajmującej się recyklingiem metali w USA. Zdarza się, że zagraniczni nabywcy płacą pięciokrotność normalnej stawki.

Wolfram, który Chińczycy znajdują na złomowiskach, najczęściej pochodzi ze zużytych narzędzi przemysłowych, takich jak wiertła i ciężki sprzęt górniczy. Można go rozkruszyć i przetworzyć chemicznie na proszek wolframowy lub węglik spiekany, który z powodzeniem wykorzystuje się ponownie w maszynach i specjalistycznych narzędziach.

Przez Unię Europejską oraz Stany Zjednoczone jest on sklasyfikowany jako surowiec krytyczny. Chiny, słynące historycznie z jego bardzo dużej podaży, mają obecnie problemy z niedoborem tego materiału. Dzieje się tak głównie za sprawą ogromnego popytu ze strony przemysłu lotniczego, zbrojeniowego i narzędziowego. Wolfram jest powszechnie stosowany w wojsku, w tym między innymi w produkcji pocisków i rakiet.

- Obecna sytuacja sprawia, że amerykańscy producenci apelują o wprowadzenie kategorycznego zakazu eksportu tego pierwiastka. "Musimy powstrzymać eksport z powrotem do Chin. To tajna wojna, o której nikt nie mówi - mówił w rozmowie z "Financial Times" Ryan McAdams, dyrektor generalny firmy Amermin z siedzibą w Teksasie, zajmującej się recyklingiem i rafinacją wolframu. Rynkowy niepokój widać także w rosnących stawkach. Według Argus Media cena amerykańskiego wolframu wzrosła o ponad 200 procent od maja 2025 roku, podczas gdy cena samego złomu wolframu skoczyła aż o 350 procent.

gazeta.pl


Według ukraińskiej grupy "DeepState" śledzącej zmiany w linii frontu, która jest najczęściej cytowanym źródłem w tej kwestii, Rosjanie w maju zdołali zająć jedynie dodatkowe 14 kilometrów kwadratowych Ukrainy. To rezultat brutto, po uwzględnieniu sukcesów Rosjan i efektów lokalnych kontrataków Ukraińców. Te drugie stały się w ostatnich miesiącach znacznie częstsze i skuteczniejsze, co istotnie wpływa na miesięczne statystyki.

"DeepState" wręcz sugeruje w swoim miesięcznym podsumowaniu, że gdyby nie utrzymywanie na prośbę wojska w tajemnicy najnowszej lokalnej kontrofensywy, to maj Rosjanie w ogóle skończyliby na minusie. Chodzi najpewniej o uderzenie w rejonie Wiełykiej Nowosiłki, gdzie zbiegają się granice obwodów donieckiego, dniepropietrowskiego i zaproskiego. Zaczęło się w drugiej połowie maja, ale dopiero 29 dnia miesiąca oficjalnie przyznano, że coś się dzieje. Nie wiadomo jednak nic o tym, jak Ukraińcom idzie. Nie ma nagrań. Rosjanie nie mówią nic konkretnego. Różne proukraińskie profile na X i Telegramie sugerują jednak, że jest dobrze. W tym "DeepState" ze swoim twierdzeniem, że maj Rosjanie mogli skończyć na minusie.

Źródła rosyjskie są bardziej optymistyczne, jednak daleko im do entuzjazmu. Autor mapy "Suryak" uznawany za umiarkowanie prorosyjski albo neutralny podał wynik 39 km2 na korzyść Rosjan, przy rosyjskich postępach wynoszących 258 km2, a ukraińskich 219 km2. Co pokazuje, jak bardzo zmieniła się sytuacja za sprawą lokalnych kontrataków Ukraińców. Kanał na Telegramie "Creamy caprice", będący zdecydowanie prorosyjski, wykazał w maju optymistycznie zajęcie przez rosyjskie wojsko 209 km2 Ukrainy. Co jednak istotne, jest to mniej niż w kwietniu, kiedy podali 329 km2. Po największym tegorocznym dołku w marcu z wynikiem 166 km2. Na początku maja towarzyszyła więc temu po stronie rosyjskiej optymistyczna interpretacja, że oto armia zbudziła się z tradycyjnego zimowego i wczesnowiosennego odpoczynku, ruszając do ofensywy. Tempo sukcesów miało więc już tylko rosnąć, aż do końca jesieni. Tak jak w poprzednim roku. Tymczasem stało się odwrotnie.

Wszystko to pomimo znaczącego wysiłku rosyjskiego wojska. Oficjalne dane ukraińskie mówią o około 7 tysiącach kontaktów bojowych w maju. To najwyższy wynik od ponad roku. Dotychczas ta wartość długo oscylowała w rejonie 5-6 tysięcy. Przy czym przez cały maj intensywność ataków rosła z tygodnia na tydzień, dochodząc do poziomu średnio około 150 dziennie pod koniec miesiąca. Przy czym tak wyraźny wzrost może być związany ze zmianą metod Rosjan. Ukraińcy twierdzą, że ich pojedyncze ataki są coraz mniejsze i mniejsze. Kiedyś jedną próbę infiltracji, czyli prześlizgnięcia się przez strefę śmierci i wysunięte ukraińskie pozycje, przeprowadzało po kilku ludzi. Teraz ma to być regularnie 2, a czasem nawet pojedynczy. Ukraińska interpretacja jest taka, że to efekt narastających problemów kadrowych Rosjan i wyczerpywania się dotychczasowego modelu rekrutacji przy pomocy pieniędzy.

Bardzo wysoka pozostaje też aktywność lotnictwa i sił rakietowych Rosji. W maju to pierwsze zrzuciło 7,5 tysiąca bomb szybujących na rejon frontu, co jest drugim najwyższym wynikiem w historii. Rekordowy był marzec z 7,7 tysiąca. Był to też miesiąc wyjątkowo intensywnych ataków na ukraińskie zaplecze i miasta. Znacząco wzrosło użycie rakiet manewrujących i balistycznych, co objawiło się głównie w dwóch ciężkich atakach na Kijów i okolice. Systematycznie rośnie też użycie prostych dronów uderzeniowych Gierań w różnych wariantach, których poleciało na Ukrainę rekordowe 8,1 tysiąca.

(...)

Dla Ukraińców najcięższa sytuacja aktualnie kształtuje się w Konstantynówce. Walki na przedpolach miasta toczą się już pół roku, ale ostatnie dwa miesiące to dotarcie Rosjan do jego przedmieść, po aktualnie wchodzenie do głównych zabudowań. Rosyjskie wojsko koncentruje tu znaczne siły od ludzi, przez artylerię po drony. Ma więc powolne postępy, które aktualnie zaczynają zagrażać rozcięciu ukraińskiej obrony miasta na dwie części i stworzeniu kotła w jego południowej części. Nie ma jeszcze mowy o kompletnym załamaniu Ukraińców, ale sytuacja jest uznawana za bardzo ciężką. Prognozy najczęściej mówią o utracie miasta gdzieś w lipcu, optymistycznie w sierpniu. Przejście przez nie zbliży Rosjan od południa do jednego z dwóch kluczowych miast ukraińskiego Donbasu, Kramatorska. Tuż obok niego na północ jest drugie, Słowiańsk. Jednocześnie bardzo starają się do nich podejść od zachodu, gdzie mają znacznie drobniejsze sukcesy. W rejonie Łymania nieco na północ po drugiej stronie zalesionej i podmokłej doliny rzeki Doniec, Rosjanie zostali praktycznie zatrzymani.

(...)

Składa się to na obraz tak optymistyczny dla Ukraińców, jaki nie był od wiosny 2023 roku. Udało się im przetrwać naprawdę trudne 2,5 roku ciągłej rosyjskiej presji, bolesnych strat i otarcia się o dno, jeśli chodzi o problemy z mobilizacją oraz dowodzeniem i koordynacją. Podjęte środki zaradcze, takie jak reformy systemu dowodzenia, tworzenie korpusów, poprawa systemu mobilizacji oraz szkolenia, a do tego zdecydowane postawienie na masowe użycie dronów powietrznych i lądowych, dają rezultaty.

gazeta.pl