piątek, 3 lipca 2026



PAP: Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła w środę ustawę o Panteonie Narodowym. Procedowano ją w ekspresowym tempie. Skąd takie przyspieszenie?

Jarosław Hrycak /ukraiński historyk - red./: Przypomnę, że ustawa czekała ponad 10 lat. Pierwszy jej projekt pojawił się w 2015 roku, kiedy prezydentem był Petro Poroszenko. Do niedawna prezydent Wołodymyr Zełenski w ogóle nie interesował się tą kwestią. Po polsko-ukraińskiej awanturze o ordery, upamiętnienie bohaterów stało się nagle ważne. Pamiętajmy jednak, że Panteon w dzisiejszej formie to inicjatywa jednej partii, jeśli Sługę Narodu można w ogóle nazwać partią. A nawet nie tyle partii, ile grupy najbliższych współpracowników Zełenskiego, która uformowała się po dymisji poprzedniego szefa kancelarii prezydenta Andrija Jermaka. Mówimy o szefie gabinetu prezydenta Kyryle Budanowie i Irynie Wereszczuk. Podejrzewam, że szczególną rolę w uchwaleniu ustawy o Panteonie Narodowym odegrała właśnie Wereszczuk. Była wicepremier i ministra ds. reintegracji tymczasowo okupowanych terytoriów jest bardzo aktywna i ma skłonność do wywoływania skandali. W odróżnieniu od Zełenskiego i Budanowa, którzy nie mają w tej dziedzinie kompetencji, Wereszczuk zna bardzo dobrze historię Ukrainy, w tym dzieje UPA, gdyż pochodzi z Zachodniej Ukrainy. Mam wrażenie, że w otoczeniu prezydenta mamy do czynienia ze swoistym konkursem na idee, jak jeszcze bardziej wyraźnie upamiętnić Ukraińską Armię Powstańczą. 

PAP: Czy ustawa o Panteonie Narodowym ma służyć wzmocnieniu morale armii ukraińskiej?

J.H.: Nic z tych rzeczy. Rozmawiałem z historykami, którzy brali udział w ostatniej naradzie u prezydenta w sprawie ustawy o Panteonie Narodowym. Tłumaczyli mi, że ich zdaniem Zełenski przeforsował ustawę z powodów politycznych, mając nadzieję, że dzięki temu zapewni sobie wygraną w wyborach prezydenckich, kiedy wreszcie się odbędą. To jest oczywiście hipoteza, bo nie mam na to żadnych twardych dowodów. Administracja Zełenskiego jest bardzo szczelna i trudno dowiedzieć się, co dzieje się w otoczeniu prezydenta, a jeszcze trudniej zrozumieć jaką logiką się ona kieruje. Nawet za prezydentury Wiktora Janukowycza było pod tym względem lepiej.

Dlaczego myślę, że ta hipoteza jest prawdziwa? Otóż w ukraińskiej polityce od paru lat panuje żelazna zasada – prezydentem zostaje ten, kto zdobywa większe poparcie w Zachodniej Ukrainie. W tej części kraju jest zawsze większa mobilizacja wyborców, więcej ludzi idzie do urn. To dlatego w 2019 roku Poroszenko startował do wyborów prezydenckich z hasłem „Armia, język, wiara”, odwołującym się do trzech kluczowych filarów państwowości. Myślał, że jego głównym rywalem będzie Julia Tymoszenko, ale pojawił się Zełenski i wywrócił polityczny stolik. Po pełnoskalowej agresji Rosji Zachodnia Ukraina stała się jeszcze ważniejsza, bo Wschód jest częściowo okupowany, zaś Kijów mentalnie i tożsamościowo przesunął się na Zachód.

PAP: Kijów stał się takim wielkim Lwowem?

J.H.: Coś w tym rodzaju. A wracając do Zełenskiego – jego metodą na sukces jest polityczna kreatywność, łamanie stereotypów i coraz bardziej oryginalne posunięcia. Chodzi o to, aby cały czas zaskakiwać przeciwników.

PAP: Jak to się stało, że tak bardzo wzrosły wpływy Iryny Wereszczuk?

J.H.: Tego do końca nikt nie wie. Podobnie jak cała partia Zełenskiego, Wereszczuk na szczyty polityki wspięła się w zasadzie znikąd. Po studiach była oficerem w Siłach Zbrojnych Ukrainy, potem w latach 2010–2015 burmistrzem Rawy Ruskiej, niewielkiego miasta Zachodniej Ukrainy. W górę niosła ją fala odmłodzenia ukraińskiej polityki. W 2020 roku była kandydatką Sługi Narodu na mera Kijowa. Kampanię prowadziła tak jak były burmistrz Londynu, a potem premier Wielkiej Brytanii — Boris Johnson. Nosiła ze sobą nawet podobny parasol, ale przegrała z Kliczką. 

Jurij Łucenko, były prokurator i były minister spraw wewnętrznych Ukrainy za prezydentury Poroszenki twierdzi, że za przyśpieszeniem prac nad Panteonem Narodowym stoi właśnie Wereszczuk. Była wicepremier temu zaprzecza, ale z tego, co wiem, przewodniczyła naradzie ekspertów w tej sprawie. Zresztą jej asystentka zapraszała mnie na to spotkanie, ale odmówiłem. W grupie doradzającej w tej kwestii prezydentowi jest około 20 osób, ale tylko część z nich to historycy. Pośród nich są też wybitne osobistości jak np. Josyf Zisels, dysydent z czasów ZSRR, obrońca praw człowieka, działacz społeczny żydowskiej mniejszości na Ukrainie, który w 1988 r. założył w Czerniowcach pierwszą w naszym kraju organizację żydowską. Niedawno rozmawiałem z nim o Panteonie Narodowym. Delikatnie mówiąc Zisels nie jest entuzjastą tego projektu. Uważa, że to etniczna manipulacja i zwraca uwagę na fakt, że do tej pory w Ukrainie nie powstało muzeum Holokaustu.

PAP: W Polsce politycy i eksperci zastanawiają się jakie postaci poza Stepanem Banderą zostaną upamiętnione w ukraińskim Panteonie Narodowym? Czy wśród nich znajdą się odpowiedzialni za zbrodnie przeciwko Polakom — Kłym Sawur i Roman Szuchewycz?

J.H.: Sawura nie będzie, a jeśli chodzi o inne nazwiska, dyskusje wciąż trwają. Na tej niedawnej naradzie, o której wspomniałem, eksperci zostali poproszeni o rozszerzenie listy. Wszystko kręci się wokół nazwisk, a wciąż nie ma koncepcji, jak miałby wyglądać ten cały Panteon Narodowy. Nie wiadomo czy dojdzie do sprowadzenia prochów postaci, które miałyby się w nim znaleźć. Niewiadomych jest wiele, a wszystko kończy się na sloganach. Co gorsza, cała ta sprawa doprowadziła do jeszcze większego pogorszenia relacji z Polską, choć nikt z osób stojących za tym projektem nie miał tego na celu.

(...)

PAP: Niepokoi pana to, że prezydenci Wołodymyr Zełenski i Karol Nawrocki nie kwapią się, by spotkać się, podać sobie ręce i próbować załagodzić spór?

J.H.: To jest duży problem. Obawiam się, że do przełomu w tej kwestii może dojść tylko po zmianie władzy w Ukrainie — jeśli wojna skończy się za rok czy dwa, a wybory wygra Wałerij Załużny, były Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, a dziś ambasador w Londynie.

Na razie Załużny milczy w sprawie sporu z Polską. Jak podał serwis „Ukraińska Prawda”, był on niedawno w Kijowie, gdzie rozmawiał z Zełenskim i Budanowem. Oficjalnym tematem spotkania była zapowiedź dymisji premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, ale źródła „Ukranskiej Prawdy” twierdzą, że prezydent i szef jego kancelarii próbowali namówić Załużnego do tego, by zrezygnował ze startu w wyborach prezydenckich. Ten podobno odmówił, argumentując, że spora część społeczeństwa chce, aby w nich wystartował.

Jeśli chodzi o prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie, musimy poczekać do zakończenia wojny. Nie znam żadnego przypadku w historii, kiedy dwa zwaśnione narody pojednałyby się w czasie kiedy jeden z nich walczył o przetrwanie. Co więcej, o pojednanie będzie łatwiej, jeśli Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, bo wtedy Ukraińcom będzie łatwiej rozliczyć się z historią.

Uważam, że wszystkie te slogany, że „z Banderą Ukraina do UE nie wejdzie” są kontrproduktywne, bo wzmacniają nastroje eurosceptyczne w społeczeństwie ukraińskim. Wiadomo, że po tym, co się stało, Ukraina nie wróci już do Rosji, ale jeśli ludzie zobaczą, że Europa się od nas odwraca, przestaniemy dążyć do tego, by stać się częścią Zachodu. Taki obrót rzeczy byłby dla nas samobójczy.

PAP: Mówi pan o scenariuszu, w którym Ukraina stałaby się taką drugą Turcją – krajem pomiędzy Wschodem i Zachodem?

J.H.: To byłoby groźne zarówno dla Ukrainy, jak i Polski. Zastanówcie się, czy chcielibyście mieć takiego sąsiada?

PAP


Najwyższy Przywódca Iranu Ali Chamenei zginął 28 lutego w wyniku ataku przeprowadzonego przez Stany Zjednoczone i Izrael. Miał 86 lat. Jego następcą został syn przywódcy, Modżtaba Chamenei, który odniósł obrażenia w tym samym ataku. Do tej pory nie pojawił się publicznie.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się cztery miesiące po śmierci Chameneiego. "Parada zwycięstwa" organizowana w trzech irańskich miastach oraz dwóch świętych miejscach w sąsiednim Iraku, ma pokazać, że były przywódca nie przegrał nawet ze śmiercią. Uroczystości rozpoczną się w sobotę (4 lipca) w Teheranie i potrwają do 9 lipca. Chamenei zostanie pochowany w swoim rodzinnym mieście, Meszhed.

Jak podaje CNN, "irańscy urzędnicy przedstawili ambitne szacunki dotyczące liczby uczestników". Według ich danych w uroczystościach może wziąć udział od 4 do 15 milionów osób, co oznacza, że będzie to jedno z największych wydarzeń tego typu w historii nowożytnej. W relacjonowanie ceremonii ma być zaangażowanych 14 000 dziennikarzy, w tym 900 zagranicznych.

Władze twierdzą, że podjęły jedną z największych operacji logistycznych w historii Republiki Islamskiej. Aby zorganizować pogrzeb i zapewnić transport dla milionów uczestników określanych jako "pielgrzymi", zmobilizowały pracowników rządu, uczelni, związków zawodowych, strażaków, żołnierzy, pracowników organizacji pomocowych oraz tzw. grupy żałobne.

Jak podaje CNN, władze przygotowały 2500 karetek pogotowia, 21 helikopterów, 100 dronów i tysiące ratowników. Do dyspozycji ma być także ponad 20 szpitali, 500 tys. litrów kroplówek i 20 tys. sal lekcyjnych. Strażacy zainstalowali z kolei ponad 6000 zraszaczy wodnych na placu, aby zapewnić tłumom ochłodę.

Rząd rozpoczął także ogólnokrajową kampanię, w której wzywa mieszkańców do udostępniania swoich domów osobom odwiedzającym Teheran, Meszhed i Kom. Jednocześnie przygotowano meczety, hale sportowe, parki i centra kulturalne w stolicy, aby mogły pomieścić miliony osób, które przybędą na ceremonię.

Co więcej, w stolicy przygotowano 50 mln kawałków chleba, które mają zostać rozdane uczestnikom uroczystości. W tym celu wykorzystano 16 mobilnych piekarni rozmieszczonych w 16 miastach.

Komentując przygotowania do uroczystości, dziennikarze CNN opisują ją jako polityczny sygnał. "Skala ceremonii ma wysłać sygnał zarówno w kraju, jak i za granicą, że Republika Islamska przetrwała kryzys i zamierza nadal upamiętniać swojego zabitego przywódcę jako symbol odporności państwa" - oceniają.

"Musimy powstać i podnieść do całego świata krzyk o krew narodu, aby świat wiedział, że honorowy i szlachetny naród irański nie pozostaje bierny w obliczu ucisku… i nie pozwoli, by krew jego Imama (Chameneiego) została przelana" - napisał w oświadczeniu opublikowanym w czwartek (2 lipca) przez państwowe media Mohammad Bagher Ghalibaf, wpływowy przewodniczący parlamentu, który przewodzi negocjacjom Iranu ze Stanami Zjednoczonymi. "Epickie osiągnięcie, które pokaże światu wielkość ducha narodu" - czytamy w opisie ceremonii.

(...)

Państwowe media przez ostatni tydzień wymieniały nazwiska spodziewanych zagranicznych dygnitarzy. Ostatecznie - poza prezydentem Gruzji Micheilem Kawelaszwilim, premierem Pakistanu Szehbazem Szarifem oraz zastępcą rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrijem Miedwiediewem - nikt nie potwierdził udziału w uroczystości. 

gazeta.pl


W 2026 r. relacje transatlantyckie i NATO weszły w okres przebudowy. W ramach amerykańskiej koncepcji NATO 3.0 Waszyngton zapowiedział poważne zmniejszenie wkładu militarnego w natowskie plany obrony Europy, aby przenieść zasoby na potrzeby zachodniej hemisfery i Indo-Pacyfiku. Równolegle USA prowadzą przegląd sił stacjonujących w Europie, mogący przynieść redukcję ich obecności wojskowej. Jest to przyśpieszenie procesu zapoczątkowanego na szczycie NATO w Hadze w 2025 r. – odejścia od celu bardziej zrównoważonego podziału zobowiązań między Europą i USA (burden sharing), realizowanego w latach 2014–2024, na rzecz przejmowania zasadniczej odpowiedzialności za obronę konwencjonalną i odstraszanie przez europejskich członków NATO (burden shifting).

Koncepcja NATO 3.0 niesie ryzyko powstania trudnych do wypełnienia luk w zdolnościach przypisanych do obrony Europy. Będzie wymagała wzmocnienia współpracy wojskowej między europejskimi członkami NATO, dostosowania myślenia o prowadzeniu operacji sojuszniczych z mniejszym udziałem USA i przyśpieszenia tempa wzrostu wydatków obronnych w połączeniu z lepszym wykorzystaniem potencjału przemysłowo-technologicznego Europy. 

(...)

12 lutego br. podsekretarz obrony USA ds. polityki Elbridge Colby przedstawił na spotkaniu ministrów obrony NATO koncepcję transformacji Sojuszu – NATO 3.0. Według niej NATO, po ponad trzech dekadach wiary w liberalny ład międzynarodowy, cięć w zdolnościach i wydatkach obronnych oraz koncentracji na operacjach poza obszarem traktatowym (NATO 2.0), musi wrócić do zimnowojennych korzeni (NATO 1.0), czyli rozbudowy zdolności militarnych przez europejskich sojuszników. Koncepcja NATO 3.0 zakłada znaczne zmniejszenie sił i środków wydzielonych przez USA do obrony Europy oraz przejęcie przez europejskich członków Sojuszu głównej odpowiedzialności za odstraszanie i obronę konwencjonalną, przy zachowaniu amerykańskiego parasola nuklearnego. 18 czerwca sekretarz obrony (wojny) Pete Hegseth potwierdził na kolejnym spotkaniu ministrów obrony NATO, że sojusznicy otrzymali informacje na temat zakresu zmniejszenia amerykańskiego wkładu do modelu sił NATO (NATO Force Model).

Ogłoszona przez Departament Obrony (Wojny) USA koncepcja NATO 3.0 wymusza znaczące przyśpieszenie procesu europeizacji Sojuszu w wymiarze konwencjonalnym, zainicjowanego na ubiegłorocznym szczycie NATO w Hadze. W czerwcu 2025 r. sojusznicy przyjęli nowe – ambitniejsze – cele rozwoju zdolności w ramach czteroletniego cyklu natowskiego planowania obronnego (NDPP). Zobowiązali się też do zapewnienia odpowiednich formacji wojskowych i zdolności do tzw. nowego modelu sił NATO (NATO Force Model). Model gromadzi we wszystkich domenach siły wielkości 800 tys. żołnierzy o różnym stopniu gotowości – do 10 dni (ponad 100 tys.), do 30 dni (ok. 200 tys.) i do 180 dni (co najmniej 500 tys.), które mają realizować sojusznicze regionalne plany obronne dla północnej, wschodniej i południowej flanki Sojuszu, zatwierdzone na szczycie NATO w Wilnie w 2023 r.

Według informacji sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego w 2025 r. USA odpowiadały za 44% siły militarnej Sojuszu, czyli wkładu do NATO Force Model. Zgodnie z ustaleniami z 2025 r. stosunek ten w perspektywie dekady miał ulec zmianie – wnoszone przez Europę i Kanadę zdolności miały stanowić 70%, przez USA – 30% – dzięki wzrostowi wydatków obronnych do poziomu 3,5% PKB do 2035 r. 

(...)

18 czerwca sekretarz obrony (wojny) Hegseth zapowiedział na spotkaniu ministerialnym NATO również przegląd stałej i rotacyjnej obecności sił USA w Europie, który ma potrwać do sześciu miesięcy. Ma on być wypracowany we współpracy z Dowództwem Europejskim Stanów Zjednoczonych (EUCOM), Kongresem i sojusznikami. Analizie poddana zostanie nie tylko liczba żołnierzy, lecz także zasady ich stacjonowania pod kątem swobody operowania sił USA z baz w Europie, co jest związane z niewyrażeniem zgody przez część europejskich sojuszników na wykorzystanie ich infrastruktury i przestrzeni powietrznej do amerykańskiej operacji Epic Fury przeciw Iranowi.

Według raportu dla Kongresu (Special Inspector General report to Congress on Operation Atlantic Resolve) w pierwszym kwartale br. w Europie rozmieszczonych było 80 253 żołnierzy amerykańskich i 6499 osób personelu cywilnego. Obecnie liczbę żołnierzy szacować można na ok. 75 tys. Składa się na to ok. 63 tys. obecności stałej (w tym 38 tys. w RFN i 10 tys. w Wielkiej Brytanii) oraz ok. 12 tys. rotacyjnej. Po 2022 r. USA przejściowo zwiększyły rotacyjną obecność w Europie o ok. 20 tys. żołnierzy (do 2022 r. w Europie rotowały pancerny brygadowy zespół bojowy (ABCT), brygada lotnictwa wojsk lądowych (CAB) i brygada logistyczna). Po 2022 r. na wschodnią flankę rotacyjnie dosłano m.in. drugą brygadę pancerną (ABCT) i jedną brygadę piechoty (IBCT); dodatkowo ustanowiono stałą obecność elementu dowództwa V Korpusu w Polsce, wzmocniono bazę marynarki wojennej w hiszpańskiej Rocie i obronę powietrzną w Niemczech. Jednak w październiku 2025 r. ogłoszono wycofanie rotacji IBCT m.in. z Rumunii, a w maju 2026 r. – wstrzymanie rotacji ABCT do Polski i na Litwę. Przyniosło to redukcję liczby związków taktycznych USA w Europie do poziomu sprzed inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 r.

Przegląd generuje niepewność w związku ze sprzecznymi sygnałami i niezapowiedzianymi decyzjami Waszyngtonu. Nie wiadomo, o ile Departament Obrony (Wojny) zmniejszy amerykańską obecność wojskową w Europie, która zapewnia USA także projekcję siły na Afrykę i Bliski Wschód. Redukcje poniżej pułapu 76 tys. żołnierzy i personelu cywilnego na okres dłuższy niż 45 dni wymagałyby przeprowadzenia przez Pentagon oceny wpływu takiej decyzji na bezpieczeństwo USA oraz konsultacji międzyresortowych i w komisjach Kongresu. W przeciwnym razie może to skutkować częściowym wstrzymaniem budżetu Departamentu Obrony (...).

(...)

Decyzje USA stawiają europejskich członków NATO przed poważnym wyzwaniem – potrzebą jednoczesnego utrzymania dotychczasowego kursu na realizowanie zobowiązań wynikających z nowych celów zdolnościowych przyjętych w Hadze oraz uzupełniania tych zdolności, które administracja Donalda Trumpa chce obecnie wycofać z natowskiego planowania obronnego. Wymusza to pilne podniesienie poziomu ambicji polityk obronnych, szczególnie w państwach utrzymujących budżety wysokości ok. 2% PKB.

Od europejskich sojuszników nowa wizja NATO 3.0 będzie wymagała zwiększenia m.in. liczebności wojsk lądowych i przeszkolonych rezerw mobilizacyjnych oraz zapasów amunicji, wzmocnienia możliwości logistycznych, zdolności obrony powietrznej, systemów rakietowych dalekiego zasięgu, myśliwców szóstej generacji i bezzałogowych systemów powietrznych różnych typów, samolotów transportowych i tankujących, zdolności do walki radioelektronicznej, likwidacji systemów obrony powietrznej przeciwnika oraz ISTAR, tj. wywiadu, obserwacji i pozyskiwania celów oraz rozpoznania.

NATO 3.0 nie oznacza wycofania USA z sojuszniczych gwarancji oraz z zaangażowania w obronę i odstraszanie Rosji w Europie. W wersji proponowanej przez drugą administrację Trumpa NATO pozostaje główną organizacją obrony zbiorowej obszaru euroatlantyckiego, ale o znacznie zmienionym europejskim i amerykańskim zaangażowaniu w ten obszar. 

(...)

NATO 3.0 może oznaczać silniejszą priorytetyzację współpracy wojskowej USA z sojusznikami, którzy w największym stopniu wypełniają zobowiązania dotyczące wydatków obronnych i potencjału militarnego. Może o tym świadczyć czerwcowe spotkanie podsekretarza Colby’ego z przedstawicielami Norwegii, Szwecji, Finlandii, Holandii, Niemiec i Polski w Bergen. Według sekretarza Hegsetha jest to „mała grupa silnych sojuszników”. Wpisują się w to obecne rozmowy polsko-amerykańskie o stałej bazie USA w Polsce.

osw.waw.pl