Rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości domaga się uznania za „organizację ekstremistyczną” Antyrosyjski Ruch Separatystyczny. Nikt o nim nie słyszał ani w Rosji, ani poza nią, nikt też nie widział śladów jego działalności.
Ale resort twierdzi, że to „międzynarodowy (!) ruch społeczny, który zajmuje się niszczeniem wielonarodowościowej jedności i terytorialnej integralności Rosji”.
Podobnie było jesienią ubiegłego roku z nieistniejącym „Międzynarodowym Ruchem Społecznym LGBT”, który nagle wykryły rosyjskie władze czy „Międzynarodowym Młodzieżowym Ruchem Kolumbajn” (od nazwy szkoły Columbine w amerykańskim stanie Kolorado, gdzie w 1999 roku doszło do jednej z największych szkolnych, masowych strzelanin – zginęło w niej 15 osób).
Moskwa uważa, że istnieje międzynarodowa organizacja „Kolumbajn”, która organizuje przemoc z użyciem broni w rosyjskich szkołach. Żaden z rosyjskich urzędników nigdy w życiu nie przyzna, że procesy społeczne – choćby z użyciem przemocy – powstają spontanicznie. Według Kremla, za każdym działaniem społecznym ktoś stoi, „pociąga za sznurki” i „wyjmuje kasztany z ognia cudzymi rękoma”.
Rosfinmonitoring, federalna agencja zajmująca się formalnie wyłącznie zwalczaniem prania brudnych pieniędzy wpisała na listę „organizacji ekstremistycznych i terrorystycznych” ruch „Ja/My Siergiej Furgał”. Takie hasło na plakietkach, nalepkach, transparentach (oraz hashtag w sieciach społecznościowych) umieszczali demonstranci w Chabarowsku nad Amurem, protestujący prawie codziennie przez rok (2019-20) przeciw aresztowaniu gubernatora Siergieja Furgała, który wygrał wybory ale został aresztowany na rozkaz Kremla.
Nikt nie widział jednak takiej organizacji (ani nad Amurem, ani w całej Rosji), protest był spontanicznie organizowany przez mieszkańców Chabarowska za pomocą internetu. Mimo to rosyjska prokuratura twierdzi, że „Ja/My Siergiej Furgał” „dążyła do zmiany władzy przemocą”, a w tym celu „rozpowszechniała wezwania do działalności ekstremistycznej i terrorystycznej, organizowani masowych rozruchów, dokonywania zamachów na przedstawicieli władz”.
- Można uznać za ekstremistyczną organizację całą określoną grupę (lub grupy) różnych aktywistów społecznych, czy ludzi których łączy jakiś wspólny cel. Jeśli nadal będą uczestniczyli w jakichś akcjach, łatwo ogłosić że są ekstremistami czy terrorystami – sądzi jeden rosyjskich prawników Maksim Oleniczew.
- W ten sposób następuję kryminalizacja jakiegokolwiek społecznego protestu – dodaje.
Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego teraz rosyjskie władze nagle zaczęły się publicznie obnosić ze swoim uwielbieniem dla teorii konspiracyjnych i czemu ma służyć prześladowanie nieistniejących organizacji.
Zwrócono jednak już uwagę, że „taki model działania okazał się bardzo efektywny”. Jesienią 2023 roku ogłoszono, że nieistniejący „Międzynarodowy Ruch Społeczny LGBT” jest „terrorystyczny i ekstremistyczny”. W ciągu pół roku zlikwidowano społeczną aktywność różnorodnych grup nieheteroseksualnych w Rosji: ich grupy samopomocowe, własne kluby i bary czy kancelarie prawne udzielające wsparcia.
(...)
Najnowszy wymysł Kremla („Antyrosyjski Ruch Separatystyczny”) pozostaje jednak zagadką: kogo i za co zamierzają rosyjskie władze sądzić pod zarzutem przynależności do niego.
- Prześladowani mogą być ludzie nie uznający przynależności do Rosji okupowanych terenów Ukrainy: Krymu, obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego czy chersońskiego – zastanawia się w rozmowie z niezależną „Nową Gazetą – Europa” prawniczka Anastasia Burakowa.
Od razu też dodaje, że ponieważ według tworzących prawo „Rosja nigdzie się nie kończy” dlatego „powodem dla prześladowań mogą być dowolne publikacje czy wypowiedzi, niezależnie od obywatelstwa ich autorów, miejsca ich zamieszkania czy używanego języka”.
Ale obecnie nikomu nie jest do żartów. – Zagrożone są wszelkie ruchy narodowe w republikach narodowościowych (w Rosji jest 27 regionów stworzonych na bazie narodowej: republik czy obwodów-red.), zrzeszenia Nieńców, Baszkirów, Tatarów i innych narodów mieszkających w Rosji. (…) Jakiekolwiek wypowiedzi o żyjących w Rosji narodach i narodowościach i ich historii, jeśli nie spodobają się urzędnikom, mogą zostać uznane za „ekstremistyczne” – mówi Burakowa.
Ale nie jest wykluczone, że teraz będą w Rosji karać nawet za użycie słów „okupowane” czy „anektowane” terytoria w stosunku do części Ukrainy zajętej przez rosyjską armię.
rp.pl