niedziela, 1 lutego 2026



11 września 2001 roku był momentem zerwania. Nie tylko dla Nowego Jorku czy Waszyngtonu, ale dla całej architektury państwa amerykańskiego i jego instytucji. Tego dnia skończył się symbolicznie XX wiek — wraz z jego jak się okazało naiwną, lecz wygodną fantazją o „końcu historii” (firmowaną przez filozofa polityki Francisa Fukuyamę), o ostatecznym zwycięstwie liberalnej demokracji i stopniowej redukcji przemocy na świecie.

Terroryzm istniał wcześniej. Był ścigany przez policję federalną, traktowany jako szczególna, lecz wciąż kryminalna forma przemocy. Po 11 września nastąpił skok semantyczny i polityczny: terroryzm przestał być przestępstwem, a stał się celem nowej wojny, bo tak sprawy zaczęli nazywać prezydent George W. Bush i jego ekipa. A skoro wojną — wymagał nowych narzędzi, nowych struktur i nowego języka.

Decyzje podejmowano w atmosferze szoku, strachu i presji opinii publicznej. Kongres działał szybko, administracja George’a W. Busha jeszcze szybciej. Już w 2002 roku uchwalono Homeland Security Act, ustawę, która powołała do życia Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) — gigantyczną strukturę, do której przeniesiono lub podporządkowano 22 różne agencje federalne. Celem było jedno: scentralizować państwo wokół nowej logiki bezpieczeństwa.

W tym procesie wydarzyło się coś pozornie technicznego, a w praktyce niezwykle brzemiennego w skutki. Dotychczasowe służby zajmujące się imigracją — istniejące 70 lat Immigration and Naturalization Service — zostały rozwiązane, a ich kompetencje rozparcelowane.

Na ich gruzach powstała nowa formacja: Immigration and Customs Enforcement, czyli ICE. Nie wyrosło ona ani z tradycji ewoluowania jednej z formacji policyjnych, ani z administracji dotychczas odpowiedzialnej z polityki migracyjne. Została wmontowana w aparat „wojny z terroryzmem”.

Formalnie miało zajmować się egzekwowaniem prawa imigracyjnego i celnego, faktycznie jednak od początku funkcjonowało w logice zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Imigracja — zjawisko dotąd społeczne, ekonomiczne i demograficzne — została połączona w jednym akcie prawnym z terroryzmem, przemytem broni i działalnością wywiadowczą.

(...)

W amerykańskim systemie prawnym naruszenie przepisów imigracyjnych w ogromnej większości przypadków nie ma charakteru karnego. Nielegalny pobyt, przekroczenie terminu wizy czy utrata prawa do pracy to nie zbrodnie ani występki, lecz uchybienia administracyjne. Państwo nie oskarża wówczas o to, co ktoś zrobił, lecz o to, kim jest w świetle dokumentów. Przestępstwem jest nielegalne przekroczenie granicy, ale wielu imigrantów dostaje się do USA legalnie, z wizą.

Ta konstrukcja pociąga za sobą poważne konsekwencje.

Procedura jest uboższa w gwarancje zachowania pełnej litery prawa, odwołania są trudniejsze, a decyzje zapadają szybciej.

Człowiek może przez lata żyć, pracować i zakładać rodzinę w Stanach Zjednoczonych, by nagle dowiedzieć się, że jego obecność stała się „nieprawidłowa”, choć nic w jego codziennym życiu się nie zmieniło. W tym też jest cały paradoks imigracji w Ameryce. Władze przez lata przymykały na uchybienia oko, bo imigranci wykonywali prace, których nie chcieli wykonywać obywatele.

ICE nie reaguje więc na konkretne zdarzenia, lecz wyszukuje niezgodności w systemie. Prawo migracyjne jest skomplikowane, pełne wyjątków i uznaniowości, a jego interpretacja zmienia się wraz z politycznym klimatem. To, co w jednym momencie jest tolerowane, w innym może zostać uznane za podstawę do zatrzymania i deportacji. Stąd bierze się wrażenie arbitralności, które tak często towarzyszy działaniom tej służby.

Istnieje pojęcie „prosecutorial discretion” (uznaniowość prokuratorska). Pod różnymi administracjami (inaczej za Obamy, Trumpa, Bidena i znowu Trumpa) priorytety deportacyjne zmieniały się drastycznie – od ścigania tylko osób z wyrokami karnymi po zasadę, że „nikt nie jest bezpieczny”.

(...)

To właśnie ta cecha czyni ICE instytucją tak szczególną. (...) To aparat pilnujący porządku dokumentów. A gdy państwo zaczyna traktować status jako zagrożenie, a nie jako administracyjną okoliczność, władza zyskuje narzędzie dyscypliny: ciche, elastyczne i wyjątkowo trudne do kontroli.

Jeśli spojrzeć na ICE od środka, widać konstrukcję (...)
  • Z jednej strony mamy pion śledczy, Homeland Security Investigations, przypominający klasyczną policję federalną: prowadzi dochodzenia, zbiera informacje, korzysta z narzędzi operacyjnych, współpracuje z innymi służbami.
  • Z drugiej strony funkcjonuje pion deportacyjny, Enforcement and Removal Operations, którego zadaniem jest lokalizowanie, zatrzymywanie i usuwanie cudzoziemców z terytorium Stanów Zjednoczonych.
(...)

Sąd Najwyższy wielokrotnie potwierdzał, że cudzoziemcy przebywający w USA podlegają ochronie proceduralnej, ale jednocześnie dopuszczał uproszczone mechanizmy administracyjne w sprawach imigracyjnych. W efekcie powstała strefa pośrednia: formalnie zgodna z konstytucją, lecz pozbawiona wielu zabezpieczeń znanych z prawa karnego.

(...)

W Stanach Zjednoczonych policja miejska, władze hrabstw i rząd federalny to trzy różne światy. ICE nauczyło się to wykorzystywać. Zamiast działać wprost, opiera się na współpracy z lokalnymi służbami i władzami aresztów. Oficjalnie to nie ICE zatrzymuje ludzi, tylko lokalna policja. Dopiero później pojawia się federalna decyzja o deportacji.

Służą temu porozumienia znane jako 287(g), które pozwalają lokalnym funkcjonariuszom sprawdzać status imigracyjny i przekazywać zatrzymanych ICE.

Dla osoby trafiającej do aresztu różnica jest żadna. Dla systemu – zasadnicza. 

(...)

Sytuacja w Minneapolis wyraźnie pokazuje złożoność tego mechanizmu. Po śmierci George’a Floyda władze miasta zaostrzyły przepisy zakazujące policji współpracy z ICE, chcąc całkowicie odciąć się od procesów deportacyjnych. Wyzwanie polegało jednak na tym, że lokalna policja (MPD) to tylko jeden z elementów systemu. Przez lata

luki w przepisach pozwalały służbom federalnym na pozyskiwanie danych z więzienia hrabstwa Hennepin, które podlega szeryfowi, a nie burmistrzowi. Dopiero późniejsze zmiany w polityce hrabstwa ograniczyły te praktyki, choć nawet pełna blokada na szczeblu lokalnym nie powstrzymała autonomicznych operacji agentów federalnych na terenie miasta.

W praktyce oznaczało to, że miasto mogło mówić „nie współpracujemy z ICE”, a deportacje i tak się odbywały. Jedni umywali ręce, drudzy wykonywali polecenia, a ludzie znikali z dnia na dzień z pracy, szkoły, sąsiedztwa.

Ten model był dotąd wygodny dla Donalda Trumpa. Twarda polityka imigracyjna nie wyglądała jak decyzja centrum, tylko jak ciąg lokalnych procedur. Protesty kierowały się przeciwko szeryfom albo władzom hrabstw, rzadziej przeciwko Waszyngtonowi. ICE pozostawało w cieniu, choć to ono spina cały system.

Dopiero dwa ostatnie przypadki zastrzelenia przez jej funkcjonariuszy zamieszkałych w Minneapolis białych obywateli USA zwróciły całą uwagę świata na agencję.

ICE od początku było projektowane jako instytucja działająca raczej w cieniu niż na widoku. Przez długie lata jej funkcjonariusze nie nosili jednolitych mundurów, często pojawiali się w cywilu, bez wyraźnych oznaczeń.

Oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo operacyjne, w praktyce jednak oznaczało to sytuacje, w których zatrzymywani ludzie nie mieli pewności, czy mają do czynienia z policją, agentami federalnymi czy kimś, kto jedynie się za nich podaje. W państwie prawa widoczność funkcjonariuszy władzy jest jednym z podstawowych zabezpieczeń praw obywateli. ICE przez długi czas działało odwrotnie — jak instytucja, która unika bycia rozpoznaną i poprawnie zidentyfikowaną.

Równocześnie ta sama instytucja dysponuje kompetencjami znacznie wykraczającymi poza migrację. Jej pion śledczy prowadzi dochodzenia w sprawach cyberprzestępczości, przemytu dzieł sztuki, handlu zabytkami, przestępstw finansowych czy międzynarodowych siatek przemytniczych.

(...)

Byli i obecni urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego mówili wprost: nawet tam, gdzie chodzi wyłącznie o wywiad i analizę, marka ICE jest dziś tak skażona, że paraliżuje własne działania. To, co przez dwie dekady było wewnętrznym napięciem — połączenie funkcji śledczych i deportacyjnych w jednej instytucji — wyszło na zewnątrz. I zaczęło działać przeciwko niej.

oko.press


O powiązaniach korporacji z Urzędem Imigracyjnym media pisały szerzej jesienią w 2025 roku, gdy broniąca praw imigrantów organizacja Just Futures Law dotarła do umowy między Palantirem a HSI (częścią ICE zajmującą się kryminalistyką i przeciwdziałaniem przestępczości) oraz innych powiązanych ze sprawą dokumentów.

Wśród nich znalazła się m. in. korespondencja między przedstawicielami agencji i korporacji oraz raporty czy manuale dotyczące produktów firmy. Johana Bhuiyan w swoim artykule dla „The Guardian” zwraca uwagę, że chociaż zgromadzone materiały dotyczą lat 2014-2022, to dają pewien wgląd w obecną sytuację – zwłaszcza w kontekście wygranego przez Palantir kontraktu rządowego. Kontrakt dotyczy bowiem stworzenia platformy ImmigrationOS, która ma ułatwić ICE identyfikację i deportację imigrantów.

Ujawnione dokumenty informują, że oprogramowanie Palantira pozwalało m. in. wykorzystywać informacje z systemów zawierających prawa jazdy, uczelnianych systemów wymiany studenckiej czy rejestrów połączeń telefonicznych.

Agenci korzystali z platformy Investigative Case Management (ICM), pozwalającej na przeszukiwanie prywatnych i federalnych baz danych osobowych. Ponadto mieli do dyspozycji aplikację Falcon (Sokół), umożliwiającą skanowanie dokumentów tożsamości czy rejestrowanie i udostępnianie rozmów, ale też śledzenie ludzi w czasie rzeczywistym (informacje, kiedy i do której wieży logował się dany telefon). Program miał dostęp do różnych federalnych baz danych, łącznie z Enforcement Integrated Database (EID), przechowującej dane biometryczne osób, którymi interesował się DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego).

Funkcjonariuszy zachęcano, by często korzystali z Falcona i przesyłali za jego pomocą jak najwięcej informacji. Chodziło o podzielenie się nimi z innymi pracownikami agencji, ale też o nakarmienie aplikacji danymi. W ten sposób system mógł się wzbogacić nie tylko o skany dokumentów, ale też o zawartość skonfiskowanych telefonów, odblokowywanych przez służby graniczne za pomocą oprogramowania Cellebrite.

Pracownicy ICE mieli także uzupełnić bazy Palantira zasobami firm łączących informacje zdobyte w oficjalnych rejestrach państwowych i u brokerów danych. W tym kontekście najczęściej wymienia się oprogramowanie Clear firmy Thomson Reuters.

W 2022 roku Falcon został zastąpiony przez Raven (Kruk), a teraz służby imigracyjne dostaną od Palantira kolejny produkt.

ELITE, czyli Enhanced Leads Identification&Targeting for Enforcement, to zaawansowane narzędzie analityczne, które ma poprowadzić funkcjonariuszy ICE niemal za rękę: najpierw wskazując im cel (człowieka przeznaczonego do deportacji) na mapie, następne – wyświetlając o nim szczegółowe informacje, a w końcu – określając miejsce jego zamieszkania. Może nawet wytypować funkcjonariuszy przeznaczonych do zajęcia się daną sprawą.

Dane pochodzą z wymienionych już wyżej źródeł czy rządowych baz danych, jak USCIS (Citizenship and Immigration Services), ale także z HHS – Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej. Dzięki temu dane o osobach, które potrzebowały opieki medycznej, trafiają do służb zajmujących się migracją i kontrolą granic.

M.in. dlatego aplikacja jest w stanie określić imię i nazwisko, Alien Number (numer identyfikacyjny przyznawany cudzoziemcom), datę urodzenia czy prawdopodobny adres interesującej agentów osoby. Ale – jak pisze Joseph Cox dla 404 Media – agencja też inne źródła informacji.

ICE ma ponoć płacić prywatnym detektywom czy łowcom nagród za pomoc w identyfikacji adresu.

W jaki sposób działa ELITE? Użytkownik (czyli w interesującym nas przypadku: agent ICE) określa początkowe kryteria, na podstawie których wytypuje osobę do zatrzymania. Może uwzględnić dane osobowe, lokalizację, zachowanie danego człowieka czy informacje dotyczące np. przestępczości.

Program nie tylko informuje funkcjonariuszy, ile osób mieszka na wskazanym przez nich obszarze czy pod podanym adresem, ale także przewiduje prawdopodobieństwo, czy będą się tam znajdować w trakcie planowanej obławy. Aplikacja w praktyce pozwala zaplanować nalot na większe skupisko ludzi, których będzie można aresztować.

„Przypomina Google Maps” – miał zeznać jeden z funkcjonariuszy i wygląda na to, że mówił prawdę. „Agenci wybierają osoby do deportacji [...] tak, jak wybiera się pobliską kawiarnię”. – powiedział 404media senator Ron Wyder. Wystarczy po prostu zaznaczyć interesujący obszar.

Co więcej – tę mapę można wykorzystać do przeprowadzenia tzw. operacji specjalnych, czyli większych akcji skierowanych przeciwko konkretnym, z góry określonym grupom osób.

(...)

Zamiast fizycznie śledzić konkretne osoby czy uruchamiać procedurę instalowania podsłuchu, można po prostu wykorzystać fakt, że większość ludzi nosi mobilnego szpiega w kieszeni. Wiele z popularnych aplikacji gromadzi dane o użytkownikach i sprzedaje je brokerom danych. Dziennikarze i obrońcy prywatności nieraz zwracali uwagę na związane z tym niebezpieczeństwa.

oko.press


29 stycznia br. prokremlowski propagandysta Paweł Zarubin podszedł do szefa GRU Igora Kostiukowa i zapytał, jak przebiegły ostatnie rozmowy dotyczące Ukrainy w Abu Zabi. Ten odpowiedział lakonicznie: "Wszyscy powiedzieli: »konstruktywne«". Kiedy Zarubin zapytał, co dokładnie ma na myśli, Kostiukow dodał: "Wszyscy wszystko rozumieją". Na pytanie, w jakim sensie, odpowiedział: "W najbardziej dosłownym".

Kostiukow nie wyjaśnił, co miał na myśli. Krótka rozmowa z Zarubinem miała miejsce na Kremlu po tym, jak Władimir Putin przyjął prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) Muhammada ibn Zajida Al Nahajjana. Szef GRU towarzyszył Putinowi podczas tego i kilku innych spotkań na najwyższym szczeblu, np. z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Aragczim po atakach USA na irańskie obiekty jądrowe latem ub.r. oraz z prezydentem Syrii Ahmadem asz-Szarą w styczniu br. po wycofaniu rosyjskich wojsk z jednego z kluczowych obiektów w Syrii.

Na pytanie jednego z rosyjskich mediów o to, dlaczego na spotkaniu Putina z prezydentem ZEA potrzebny jest Kostiukow, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odpowiedział: — Na wszelki wypadek. Teraz mowa była tylko o stosunkach dwustronnych. Są one tak szerokie, że jest wiele tematów do omówienia.

W ten sposób Igor Kostiukow zastąpił na negocjacjach Władimira Medinskiego. Asystent prezydenta i były minister kultury stał na czele rosyjskiej delegacji od 2022 r. — począwszy od spotkań w Stambule, kiedy to Rosja i Ukraina po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnej inwazji próbowały dojść do porozumienia w sprawie zakończenia wojny.

Kreml nie wyjaśnił publicznie, dlaczego skład grupy negocjacyjnej uległ zmianie. Jednak politolog Władimir Pastuchow uważa nieobecność Medinskiego na rozmowach w Abu Zabi za "dobry znak".

"Jego pojawienie się w Abu Zabi oznacza, że ta faza procesu negocjacyjnego zbliża się ku końcowi. Wojskowy skład delegacji to również symbolika na granicy teatralnej dramaturgii, ale jednak bardziej budząca nadzieję" — pisze Pastuchow na swoim kanale w Telegramie.

W otwartych źródłach jest dość mało informacji o Kostiukowie, ale wiadomo, że urodził się 21 lutego 1961 r., a wykształcenie wojskowe zdobył w marynarce wojennej. Ukończył Akademię Wojskowo-Dyplomatyczną, następnie rozpoczął służbę w Głównym Zarządzie Wywiadu (GRU). Jako jeden z szefów rosyjskiego wywiadu wojskowego brał udział w kierowaniu operacją wojskową w Syrii, ale szczegóły jego działalności w tym kraju nie są znane.

W połowie pierwszej dekady XXI w. Kostiukow przez co najmniej pięć lat był attaché wojskowym w ambasadzie Rosji w Grecji. Szefem GRU został mianowany w grudniu 2018 r. Kostiukow zastąpił na tym stanowisku Igora Korobowa, który zmarł na raka w wieku 62 lat.

W 2019 r. Kostiukow otrzymał stopień admirała. Jest Bohaterem Rosji od 2017 r., jest równiez odznaczony orderami "Za zasługi dla Ojczyzny" IV stopnia, Orderem Honorowym, Orderem Aleksandra Newskiego, Orderem Odwagi, Orderem "Za zasługi wojskowe", a także medalem "Za męstwo".

W październiku 2022 r. Unia Europejska nałożyła sankcje na Rosję za cyberataki na Bundestag w 2015 r. Jako pierwszy zastępca szefa Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Kostiukow kierował 85. Centrum (grupą hakerską o nazwach Fancybear/APT28), które przeprowadziło cyberatak. Centrum również figuruje na liście sankcji UE.

Wcześniej, w styczniu 2019 r., Kostiukow znalazł się na liście sankcji UE z powodu otrucia byłego oficera GRU Siergieja Skripala i jego córki Julii w brytyjskim Salisbury. Kostiukow, pełniący wówczas funkcję pierwszego zastępcy szefa GRU, został uznany za odpowiedzialnego za posiadanie, transport i użycie toksycznego środka paralityczno-drgawkowego Nowiczok przez oficerów GRU w Salisbury w weekend 4 marca 2018 r. Rosja zawsze zaprzeczała swojemu udziałowi w ataku.

Stany Zjednoczone również niejednokrotnie umieszczały szefa GRU na listach sankcyjnych. Pod koniec grudnia 2016 r. nałożono na niego ograniczenia w związku z cyberatakiem na serwery Partii Demokratycznej w przededniu wyborów prezydenckich, a w marcu 2018 r. — również za ingerencję w wybory amerykańskie.

W 2022 r. sankcje na Kostiukowa nałożyły Nowa Zelandia i Kanada.

Niezależne rosyjskie media zwróciły uwagę na aktywa dzieci Kostiukowa, które najwyraźniej nie odpowiadają oficjalnym dochodom.

Serwis The Insider w 2021 r. podał, że jego syn i córka mają drogie nieruchomości i samochody, których łączna wartość szacowana jest na kilka milionów dolarów i ich oficjalne dochody w żaden nie pozwalają wyjaśnić takich zakupów.

Dane dotyczące majątku rodziny Kostiukowa zostały usunięte z otwartych rejestrów, a w wyciągach z rosyjskich ksiąg wieczystych jako właściciel nieruchomości wymieniona jest "Federacja Rosyjska". W 2021 r. syn Kostiukowa pracował w rosyjskim MSZ (dziś prawdopodobnie pracuje w rosyjskiej ambasadzie we Włoszech), a córka zajmowała kierownicze stanowisko w grupie spółek należących do jednego z posłów Dumy z kremlowskiej partii Jedna Rosja.

W październiku 2025 r. rosyjskie media ujawniły, że córka Kostiukowa została jedyną właścicielką firmy zajmującej się dostawą sprzętu elektrotechnicznego na potrzeby państwa, w tym Ministerstwa Obrony. Sprawozdania finansowe tej firmy są niejawne, ale według szacunków dziennikarzy tylko w ostatnim roku obroty mogły wynieść około 1,8 mld rubli (84 mln zł).

(...)

Rosyjscy stratedzy polityczni podkreślają, że mianowanie admirała Kostiukowa szefem grupy negocjacyjnej może być demonstracyjnym krokiem mającym na celu pokazanie "siły pozycji Rosji" w odpowiedzi na udział Kyryło Budanowa w ukraińskiej delegacji. Zdaniem stratega politycznego Marata Baszirowa Kostiukow będzie nadzorował kwestie wycofania wojska i sprzętu z linii frontu w Ukrainie.

W czwartek 29 stycznia Kostiukow, odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy delegacja przygotowuje się do nowego spotkania w Zbu Zabi, powiedział, że "są zawsze gotowi". — Ukraińcy są w smutnym nastroju... My jesteśmy w dobrym — dodał.

onet.pl\Novaya Gazieta


Po pierwsze, fakt, że Rosja nie jest obecnie w stanie przełamać frontu i odzyskać swobody manewru, nie oznacza, że manewr jako forma prowadzenia wojny przestał istnieć. Oznacza jedynie, że Rosjanie nie potrafią go dziś skutecznie realizować w warunkach wysokiego nasycenia pola walki rozpoznaniem, precyzyjnym ogniem i degradacją własnego systemu dowodzenia.

Po drugie, manewr operacyjny nie „oderwał się” od swojej materialnej bazy. Jego podstawą nadal pozostają czołgi podstawowe, wozy bojowe piechoty, artyleria oraz zabezpieczenie logistyczne, a nie same środki bezzałogowe. Rosyjskie Siły Zbrojne – niezależnie od publicystyki – nie zrezygnują z tych zdolności, ponieważ są one warunkiem prowadzenia wojny lądowej na poziomie operacyjnym, zwłaszcza w pierwszej fazie konfliktu o wysokiej intensywności.

Po trzecie, drony nie zastępują systemu walki – one go uzupełniają. Ich rola jest kluczowa na poziomie taktycznym: w rozpoznaniu, korekcji ognia, rażeniu punktowym i zwiększaniu przejrzystości pola walki. Nie są jednak samodzielnym „nośnikiem manewru” ani substytutem zdolności do przełamania i eksploatacji powodzenia. Są elementem systemu walki połączonej, a nie jego rdzeniem.

Wreszcie, wojna lądowa pozostaje wojną o kontrolę przestrzeni, a nie wyłącznie o jej obserwację lub czasowe rażenie. Terytorium zajmują i utrzymują ludzie, a nie sensory czy efektory. Dron nie zapewnia trwałej obecności fizycznej, nie kontroluje dróg, nie zabezpiecza zaplecza i nie egzekwuje władzy nad terenem. Bez piechoty, osłanianej przez wojska pancerne i wspieranej przez artylerię, nie ma trwałego rezultatu operacyjnego.

x.com/konrad_muzyka