11 września 2001 roku był momentem zerwania. Nie tylko dla Nowego Jorku czy Waszyngtonu, ale dla całej architektury państwa amerykańskiego i jego instytucji. Tego dnia skończył się symbolicznie XX wiek — wraz z jego jak się okazało naiwną, lecz wygodną fantazją o „końcu historii” (firmowaną przez filozofa polityki Francisa Fukuyamę), o ostatecznym zwycięstwie liberalnej demokracji i stopniowej redukcji przemocy na świecie.
Terroryzm istniał wcześniej. Był ścigany przez policję federalną, traktowany jako szczególna, lecz wciąż kryminalna forma przemocy. Po 11 września nastąpił skok semantyczny i polityczny: terroryzm przestał być przestępstwem, a stał się celem nowej wojny, bo tak sprawy zaczęli nazywać prezydent George W. Bush i jego ekipa. A skoro wojną — wymagał nowych narzędzi, nowych struktur i nowego języka.
Decyzje podejmowano w atmosferze szoku, strachu i presji opinii publicznej. Kongres działał szybko, administracja George’a W. Busha jeszcze szybciej. Już w 2002 roku uchwalono Homeland Security Act, ustawę, która powołała do życia Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) — gigantyczną strukturę, do której przeniesiono lub podporządkowano 22 różne agencje federalne. Celem było jedno: scentralizować państwo wokół nowej logiki bezpieczeństwa.
W tym procesie wydarzyło się coś pozornie technicznego, a w praktyce niezwykle brzemiennego w skutki. Dotychczasowe służby zajmujące się imigracją — istniejące 70 lat Immigration and Naturalization Service — zostały rozwiązane, a ich kompetencje rozparcelowane.
Na ich gruzach powstała nowa formacja: Immigration and Customs Enforcement, czyli ICE. Nie wyrosło ona ani z tradycji ewoluowania jednej z formacji policyjnych, ani z administracji dotychczas odpowiedzialnej z polityki migracyjne. Została wmontowana w aparat „wojny z terroryzmem”.
Formalnie miało zajmować się egzekwowaniem prawa imigracyjnego i celnego, faktycznie jednak od początku funkcjonowało w logice zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Imigracja — zjawisko dotąd społeczne, ekonomiczne i demograficzne — została połączona w jednym akcie prawnym z terroryzmem, przemytem broni i działalnością wywiadowczą.
(...)
W amerykańskim systemie prawnym naruszenie przepisów imigracyjnych w ogromnej większości przypadków nie ma charakteru karnego. Nielegalny pobyt, przekroczenie terminu wizy czy utrata prawa do pracy to nie zbrodnie ani występki, lecz uchybienia administracyjne. Państwo nie oskarża wówczas o to, co ktoś zrobił, lecz o to, kim jest w świetle dokumentów. Przestępstwem jest nielegalne przekroczenie granicy, ale wielu imigrantów dostaje się do USA legalnie, z wizą.
Ta konstrukcja pociąga za sobą poważne konsekwencje.
Procedura jest uboższa w gwarancje zachowania pełnej litery prawa, odwołania są trudniejsze, a decyzje zapadają szybciej.
Człowiek może przez lata żyć, pracować i zakładać rodzinę w Stanach Zjednoczonych, by nagle dowiedzieć się, że jego obecność stała się „nieprawidłowa”, choć nic w jego codziennym życiu się nie zmieniło. W tym też jest cały paradoks imigracji w Ameryce. Władze przez lata przymykały na uchybienia oko, bo imigranci wykonywali prace, których nie chcieli wykonywać obywatele.
ICE nie reaguje więc na konkretne zdarzenia, lecz wyszukuje niezgodności w systemie. Prawo migracyjne jest skomplikowane, pełne wyjątków i uznaniowości, a jego interpretacja zmienia się wraz z politycznym klimatem. To, co w jednym momencie jest tolerowane, w innym może zostać uznane za podstawę do zatrzymania i deportacji. Stąd bierze się wrażenie arbitralności, które tak często towarzyszy działaniom tej służby.
Istnieje pojęcie „prosecutorial discretion” (uznaniowość prokuratorska). Pod różnymi administracjami (inaczej za Obamy, Trumpa, Bidena i znowu Trumpa) priorytety deportacyjne zmieniały się drastycznie – od ścigania tylko osób z wyrokami karnymi po zasadę, że „nikt nie jest bezpieczny”.
(...)
To właśnie ta cecha czyni ICE instytucją tak szczególną. (...) To aparat pilnujący porządku dokumentów. A gdy państwo zaczyna traktować status jako zagrożenie, a nie jako administracyjną okoliczność, władza zyskuje narzędzie dyscypliny: ciche, elastyczne i wyjątkowo trudne do kontroli.
Jeśli spojrzeć na ICE od środka, widać konstrukcję (...)
- Z jednej strony mamy pion śledczy, Homeland Security Investigations, przypominający klasyczną policję federalną: prowadzi dochodzenia, zbiera informacje, korzysta z narzędzi operacyjnych, współpracuje z innymi służbami.
- Z drugiej strony funkcjonuje pion deportacyjny, Enforcement and Removal Operations, którego zadaniem jest lokalizowanie, zatrzymywanie i usuwanie cudzoziemców z terytorium Stanów Zjednoczonych.
(...)
Sąd Najwyższy wielokrotnie potwierdzał, że cudzoziemcy przebywający w USA podlegają ochronie proceduralnej, ale jednocześnie dopuszczał uproszczone mechanizmy administracyjne w sprawach imigracyjnych. W efekcie powstała strefa pośrednia: formalnie zgodna z konstytucją, lecz pozbawiona wielu zabezpieczeń znanych z prawa karnego.
(...)
W Stanach Zjednoczonych policja miejska, władze hrabstw i rząd federalny to trzy różne światy. ICE nauczyło się to wykorzystywać. Zamiast działać wprost, opiera się na współpracy z lokalnymi służbami i władzami aresztów. Oficjalnie to nie ICE zatrzymuje ludzi, tylko lokalna policja. Dopiero później pojawia się federalna decyzja o deportacji.
Służą temu porozumienia znane jako 287(g), które pozwalają lokalnym funkcjonariuszom sprawdzać status imigracyjny i przekazywać zatrzymanych ICE.
Dla osoby trafiającej do aresztu różnica jest żadna. Dla systemu – zasadnicza.
(...)
Sytuacja w Minneapolis wyraźnie pokazuje złożoność tego mechanizmu. Po śmierci George’a Floyda władze miasta zaostrzyły przepisy zakazujące policji współpracy z ICE, chcąc całkowicie odciąć się od procesów deportacyjnych. Wyzwanie polegało jednak na tym, że lokalna policja (MPD) to tylko jeden z elementów systemu. Przez lata
luki w przepisach pozwalały służbom federalnym na pozyskiwanie danych z więzienia hrabstwa Hennepin, które podlega szeryfowi, a nie burmistrzowi. Dopiero późniejsze zmiany w polityce hrabstwa ograniczyły te praktyki, choć nawet pełna blokada na szczeblu lokalnym nie powstrzymała autonomicznych operacji agentów federalnych na terenie miasta.
W praktyce oznaczało to, że miasto mogło mówić „nie współpracujemy z ICE”, a deportacje i tak się odbywały. Jedni umywali ręce, drudzy wykonywali polecenia, a ludzie znikali z dnia na dzień z pracy, szkoły, sąsiedztwa.
Ten model był dotąd wygodny dla Donalda Trumpa. Twarda polityka imigracyjna nie wyglądała jak decyzja centrum, tylko jak ciąg lokalnych procedur. Protesty kierowały się przeciwko szeryfom albo władzom hrabstw, rzadziej przeciwko Waszyngtonowi. ICE pozostawało w cieniu, choć to ono spina cały system.
Dopiero dwa ostatnie przypadki zastrzelenia przez jej funkcjonariuszy zamieszkałych w Minneapolis białych obywateli USA zwróciły całą uwagę świata na agencję.
ICE od początku było projektowane jako instytucja działająca raczej w cieniu niż na widoku. Przez długie lata jej funkcjonariusze nie nosili jednolitych mundurów, często pojawiali się w cywilu, bez wyraźnych oznaczeń.
Oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo operacyjne, w praktyce jednak oznaczało to sytuacje, w których zatrzymywani ludzie nie mieli pewności, czy mają do czynienia z policją, agentami federalnymi czy kimś, kto jedynie się za nich podaje. W państwie prawa widoczność funkcjonariuszy władzy jest jednym z podstawowych zabezpieczeń praw obywateli. ICE przez długi czas działało odwrotnie — jak instytucja, która unika bycia rozpoznaną i poprawnie zidentyfikowaną.
Równocześnie ta sama instytucja dysponuje kompetencjami znacznie wykraczającymi poza migrację. Jej pion śledczy prowadzi dochodzenia w sprawach cyberprzestępczości, przemytu dzieł sztuki, handlu zabytkami, przestępstw finansowych czy międzynarodowych siatek przemytniczych.
(...)
Byli i obecni urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego mówili wprost: nawet tam, gdzie chodzi wyłącznie o wywiad i analizę, marka ICE jest dziś tak skażona, że paraliżuje własne działania. To, co przez dwie dekady było wewnętrznym napięciem — połączenie funkcji śledczych i deportacyjnych w jednej instytucji — wyszło na zewnątrz. I zaczęło działać przeciwko niej.
oko.press