Sześć miesięcy po inwazji Rosji na Ukrainę widać oznaki, że Europa walczy o utrzymanie kursu w coraz bardziej kosztownej wojnie. Wraz z rosnącą inflacją, eskalującym kryzysem energetycznym i rosnącym zagrożeniem recesją, przywódcy europejscy coraz głośniej mówią o społeczno-gospodarcznej cenie konfliktu oraz jego politycznych i geopolitycznych skutkach. Tymczasem pod zewnętrznym pozorem konsensusu tli się napięcie wokół tego, jak radzić sobie z wojną. Na przykład Niemcy zwlekają z obiecanymi dostawami broni na Ukrainę. We Włoszech, gdzie upadł koalicyjny rząd premiera Mario Draghiego, wśród populistycznych partii rośnie opozycja polityczna wobec militarnego wsparcia Kijowa. I chociaż w błyskawicznym tempie zatwierdzono pięć pakietów sankcji, Europejczycy spędzili tygodnie kłócąc się o szósty wymierzony w rosyjską ropę, który został zatrzymany przez wewnętrznego autokratę UE, węgierskiego premiera Viktora Orbana.
Wśród tych wyzwań pojawia się większe pytanie o to, jak długo europejska jedność w wojnie może być utrzymana i co może spowodować jej załamanie. W rzeczywistości największym zagrożeniem dla koalicji europejskiej może nie być brak postępów w kończeniu wzmożonej przemocy na Ukrainie, jak to miało miejsce do tej pory, ale względna cisza w konflikcie, która może pozwolić Moskwie zwabić część państw UE do wywierania nacisku na Kijów, by poszedł na ustępstwa, zwłaszcza jeśli kryzys energetyczny będzie się pogłębiał. Paradoksalnie, poddając się iluzji pokoju, Europa i Zachód mogą skończyć na przedłużaniu wojny z kosztem dla wszystkich.
We wczesnej fazie wojny Unia Europejska wykazała się niezwykłą determinacją. Nieznana ze swojej szybkości Bruksela zdołała w ciągu kilku tygodni zatwierdzić najdalej idące sankcje, jakie kiedykolwiek wdrożono. Europejskie rządy szybko zintensyfikowały obronność, przy czym Niemcy ogłosiły oszałamiające 100 miliardów euro dodatkowych wydatków wojskowych, a UE po raz pierwszy ułatwiła transfery broni do strony trzeciej. Europa zgodziła się również zapewnić tymczasową ochronę milionom obywateli Ukrainy, w tym swobodę przemieszczania się i pracy w całej UE. W czerwcu Rada Europejska formalnie przyznała Ukrainie i Mołdawii status kandydatów do UE, a także Gruzji jako potencjalnego kandydata do czasu przeprowadzenia reform. Przez większą część wiosny nowa dynamika zdawała się potwierdzać twierdzenie kanclerza Niemiec Olafa Scholza, że rosyjska inwazja była Zeitenwende, punktem zwrotnym i że Europejczycy są gotowi stawić czoła wyzwaniu.
Od tego czasu jednak dynamika w Brukseli osłabła. Chociaż państwa UE ostatecznie zgodziły się na embargo na ropę na przykład na Rosję, nastąpi to z opóźnieniem, które może pozwolić Rosji na przystosowanie się do sytuacji. I pomimo niedawnego porozumienia gazowego w sprawie oszczędności energii, nigdzie nie widać prawdziwego embarga na gaz. W rzeczywistości, zamiast unijnego embarga gazowego na Rosję, to Moskwa wyłączyła gaz w Europie. Sześć krajów — Bułgaria, Dania, Finlandia, Łotwa, Polska i Holandia — zostało całkowicie odciętych od dostaw z Rosji. Ponadto rosyjski państwowy koncern energetyczny Gazprom drastycznie ograniczył przepływy gazu do reszty Europy. Nord Stream I, największy gazociąg doprowadzający rosyjski gaz do Europy i będący w większości własnością Gazpromu, został tymczasowo zamknięty w lipcu z powodu konserwacji. Od tego czasu został ponownie otwarty, ale eksport gazu spadł do 20 procent uzgodnionych wielkości, a na horyzoncie pojawią się dalsze zakłócenia. Zamiast zgadzać się na nowe sankcje, UE stara się zająć magazynami gazu w wielu krajach i ma problemy z wdrożeniem racjonowania. Aby zdywersyfikować swoje dostawy, poszukuje nowych partnerstw energetycznych ze Stanami Zjednoczonymi, Bliskim Wschodem, Afryką i Kaukazem. Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje, że w przypadku całkowitego odcięcia rosyjskiego gazu do Europy gospodarki niektórych krajów – w tym Czech, Węgier, Słowacji i Włoch – mogą skurczyć się o ponad pięć procent. To będzie mroźna i kosztowna zima.
Rosnąca presja gospodarcza już zaczyna mieć niepokojące konsekwencje w polityce europejskiej. W krajach takich jak Włochy i Francja populistyczne i prawicowe partie nacjonalistyczne wykorzystują koszty wojny do zdobywania poparcia społecznego. Twierdzą, że sankcjonując Rosję i przyjmując zielony program, europejskie rządy i instytucje UE podsycają inflację, wydrążają przemysł i niszczą miejsca pracy. Jest to przekaz, który został również wzmocniony w mediach głównego nurtu. Już w kwietniowych wyborach prezydenckich we Francji silnie spisywały się skrajnie prawicowe i lewicowe partie, co powtórzyło się w czerwcowych wyborach parlamentarnych. Znacznie bardziej dramatyczny był upadek Draghiego we Włoszech w lipcu, po tym, jak trzy partie najbliżej związane z Kremlem wycofały swoje poparcie dla koalicyjnego rządu, którego były częścią.
Te wydarzenia mogą być tylko przedsmakiem tego, co ma nadejść. Wzorując się na kremlowskim podręczniku, wiele partii populistycznych przyjęło retorykę, która zaprzecza ich faktycznym intencjom. Zamiast przyznać, że chcą rzucić Ukrainę pod autobus, populistyczni liderzy partii, tacy jak Włoch Matteo Salvini, mówią, że są za pokojem, kompromisem i dyplomacją. Populiści zostali chwilowo pobici przez pandemię, ponieważ ich nieszczepionkowa narracja nie zrobiła na Europejczykach większego wrażenia. Ale wojna na Ukrainie w połączeniu z kryzysem energetycznym dała im doskonałą okazję do ponownego powstania. Z czasem ta dynamika może spowodować nowy wzrost populizmu nacjonalistycznego, który może zagrozić nie tylko jedności europejskiej, ale także istnieniu Unii Europejskiej jako całości. Podczas gdy nacjonalistyczna Europa jest możliwa, nacjonalistyczna UE jest sprzecznością.
Te podziały są dokładnie tym, na co liczył Putin. Przekonany, że europejskie demokracje liberalne są słabe i moralnie skorumpowane, rosyjski przywódca wyszedł z założenia, że jedność Zachodu z Ukrainą rozpadnie się i może ostatecznie załamać w nadchodzących miesiącach. Grając w kotka i myszkę na gazie, wywołując światowy kryzys żywnościowy poprzez blokowanie eksportu ukraińskiego zboża przez Morze Czarne i realizując strategię spalonej ziemi na Ukrainie, Putin może się założyć, że to tylko kwestia czasu, kiedy Zachód zaczynając od Europy, będzie rozrywany przez konkurencyjne naciski. Według Moskwy liberalne demokracje mają niski próg bólu: nie są w stanie prowadzić długiej gry, jeśli ma to wysoką cenę społeczną lub gospodarczą.
Moskwa zdaje sobie sprawę, że sankcje wyrządzają Rosji kolosalne szkody. Putin przyznał to publicznie. Kreml wie też, że szkody będą z czasem rosły. Na razie, chociaż rozdzielenie energetyczne między Europą a Rosją doprowadziło do najdotkliwszego kryzysu energetycznego od czasu embarga na ropę z 1973 r., Rosja rozkoszowała się niebotycznie wysokimi cenami ropy i gazu. Ale kiedy Europa odstawia się od rosyjskich paliw kopalnych – zarówno poprzez dywersyfikację źródeł energii, jak i przyspieszenie przejścia na czystą energię – w końcu wyjdzie silniejsza z tego kryzysu. Dla kontrastu, pomimo nowych, bardzo osławionych więzi Moskwy z Pekinem, Chinom zajmie lata, aby zastąpić Europę jako rynek rosyjskich węglowodorów, i z różnych powodów jest mało prawdopodobne, aby Chiny były tak lukratywne dla Moskwy, jak kiedyś Europa. Co więcej, trudno wyobrazić sobie, by Chiny inwestowały w rosyjską transformację energetyczną: długoterminowa przyszłość gospodarcza Rosji jest ponura.
Putin musi rozpoznać tę rzeczywistość, ale jego rachunek prawdopodobnie polega na tym, że Europa pęknie pierwsza, biorąc pod uwagę jej kruchą jedność. Naciski wewnętrzne na kontynencie pozwolą mu osiągnąć cele wojenne na Ukrainie i być może prędzej czy później wrócić do normalnych interesów z Europą, a przynajmniej z niektórymi krajami europejskimi. Według Kremla podziały i słabości Europy zapobiegną długoterminowemu scenariuszowi, w którym Rosja poniesie strategiczne, gospodarcze i polityczne koszty inwazji.
Z każdym kolejnym miesiącem wojny rośnie ryzyko rozłamu w Europie i pojawiły się już pierwsze niepokojące sygnały. Ale wiele będzie zależeć od przebiegu samego konfliktu. Jeśli Rosja będzie kontynuowała kampanię okrucieństw i zniszczenia, która charakteryzowała ostatnie sześć miesięcy, europejscy przywódcy mogą liczyć na Putina, że utrzyma ich w jedności. Pomimo kryzysu energetycznego i spowodowanych nim trudności gospodarczych, a także napięć politycznych i geopolitycznych, jakie on wywoła, Europejczycy raczej nie odejdą od krwawiącej Ukrainy. Przy obecnym poziomie przemocy i gdy Rosja otwarcie deklaruje swoje ambicje zajęcia i utrzymania większej ilości ukraińskiego terytorium, Europejczycy nie będą wstrzymywać broni i wsparcia gospodarczego dla Kijowa, nie mówiąc już o zniesieniu sankcji w zamian za rozejm. Dopóki Rosja kontynuuje swój brutalny atak, Europejczycy mogą kopać i krzyczeć, ale utrzymają kurs.
Ale Europie będzie znacznie trudniej, jeśli Putin z konieczności, a nie z wyboru, zmieni taktykę na Ukrainie. Jesienią Rosji może po prostu zabraknąć zdolności militarnych do utrzymania nieubłaganej ofensywy militarnej ostatnich sześciu miesięcy. Już teraz niektóre zachodnie agencje wywiadowcze uważają, że Rosja ponosi za swoją wojnę bardzo wysoką cenę militarną, zarówno pod względem sprzętu, jak i ofiar. CIA i MI6 szacują, że od 24 lutego zginęło ponad 15.000 rosyjskich żołnierzy. Straty te prawdopodobnie jeszcze wzrosną, gdy siły ukraińskie otrzymają zachodnią broń wyższej klasy. Nie oznacza to jednak, że zmieniły się cele Kremla: realizacji projektu ideologicznego nie daje się łatwo powstrzymać, a przywódca porównujący się z Piotrem Wielkim raczej nie zadowoli się kilkoma zdobyczami terytorialnymi w Donbasie. Ponieważ rosyjskie siły zbrojne stają się coraz bardziej rozciągnięte, Kreml prawdopodobnie będzie musiał dostosować swoją strategię, w tym pozwolić na tymczasowe ograniczenie działań wojennych – powiedzmy mniej rosyjskich ataków rakietowych na ukraińskie miasta, lub szersze ograniczenie ostrzału artyleryjskiego – aby umożliwić swoim siłom odbudowę i przegrupowanie. Taka zmiana oznaczałaby, że tempo wojny w nadchodzących miesiącach mogłoby się zmienić w zależności od względnego wyczerpywania się i odbudowy potęgi militarnej Rosji.
Największe ryzyko, przed którym stoją europejscy przywódcy, jest więc ukryte: jeśli rosyjskie operacje na Ukrainie ustaną, a Moskwa zacznie sugerować jakiś kompromis lub rozejm, Europejczycy mogą wpaść w pułapkę. Taka perspektywa, choć przedstawiałaby się jako okazja do wykorzystania, byłaby prawdopodobnie podstępnym zagrożeniem: dla Moskwy byłaby po prostu sposobem na zyskanie czasu na przygotowanie się do kolejnej rundy walk, kilka miesięcy później. (...)
To właśnie wtedy, gdy przemoc ustępuje, Zachód powinien pokazać swoją prawdziwą odporność i podwoić poparcie dla Kijowa, aby zapewnić nie tylko, że Rosja przegra tę wojnę, ale także, że Ukraina faktycznie ją wygra, zapewniając sobie państwo zdolne do terytorialnej, a zatem ekonomicznej żywotności, z gwarancjami bezpieczeństwa; i ostatecznie obierając kurs na odbudowę i demokratyczną konsolidację w UE. Jednak pokusa poszukiwania porozumienia z Rosją byłaby silna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że stałoby się to prawdopodobnie w okresie narastającej presji społecznej, gospodarczej, politycznej i geopolitycznej na kontynencie. Jeśli ograniczenie przemocy na Ukrainie zbiegnie się z narastającym kryzysem energetycznym w Europie, może to doprowadzić do nie tylko kłótni i wahania się europejskich przywódców, ale także całkowitego podziału.
foreignaffairs.com