Sławomir ma czterdzieści dziewięć lat, a od dwudziestu nie ma domu. Dach nad głową stracił, gdy jego siostra wyszła za mąż. Urodziła dziecko, potem drugie. W małym mieszkaniu komunalnym, a był to tylko pokój z kuchnią, żyła jeszcze ich matka. – Zrobiło się ciasno. Nie chciałem być ciężarem. Siedzieć im na głowie – opowiada.
Pewnego razu, gdy wrócił do rodzinnego domu, drzwi otworzył ktoś obcy. Siostra wyprowadziła się bez jego wiedzy. Po śmierci matki przeniosła się do innego mieszkania. Tam nie było już dla niego miejsca. – Po tym, co się stało, jest między nami konflikt. Nie utrzymujemy kontaktów – mówi.
Ze wsi Jaworowo w kujawsko-pomorskim wyjechał do pracy w sadach pod Warką. Wspomina, że miał wtedy wybór: Warka albo ulica. – W noclegowni można spać tylko siedem nocy, a potem jest karencja tygodnia na ulicy. Śpi się wtedy na dworcu, na klatkach schodowych w blokach, ale krótko. Ochroniarze pilnują i wyganiają, bo bezdomny śmierdzi. Ludziom to przeszkadza i ląduje się na mrozie – mówi Sławomir, który po kilku takich miesiącach zdecydował, że wróci do Warki. – Traktują tam gorzej jak psa, ale jest dach nad głową.
(...)
Roman mówi, że gdy pierwszy raz – a było to w 2001 roku – wysiadł na dworcu w Warce, przeżył szok. Zobaczył tłum ludzi, spośród których sadownicy wybierali pracowników. – To był istny spęd niewolników. Panowie gospodarze chodzili z założonymi z tyłu rękami i patrzyli, kto jak wygląda, czy ma silne ręce. Jednemu kazali nawet zębami świecić. Pokazują od początku, kto tu rządzi. Oni nawet nie traktują nas jak ludzi. Mówią o nas bezdomniaki albo bandosy, którzy przemieszczają się za owocem – stwierdza. Dodaje, że gospodarze w pierwszej kolejności wybierają takich, którzy są pod ścianą. – Najbardziej zrozpaczonych. Głodnych i bez grosza. Dlatego najpierw stają na parkingu i przez szybę samochodu obserwują, kto jak się zachowuje. Pali papierosy? To źle, bo to znaczy, że jeszcze ma pieniądze. Oni wolą przegrańców, bo zrobią wszystko, co im się każe. Chcą niewolników, a nie pracowników.
(...)
Dzień roboczy w sadzie zaczyna się zwykle o siódmej rano i kończy o siódmej wieczorem. W południe godzinna przerwa na obiad. Roman wyjaśnia, że jeśli o zarobkach rozmawia z nim gospodarz, to stawka godzinowa jest zwykle o dwa złote niższa, czyli zamiast ośmiu wynosi sześć złotych na rękę. – To złodziejstwo, bo zwykle to tylko zupa z wkładką. Drugie danie jest może dwa razy w tygodniu. Najczęściej to ziemniaki, surówka i kotlecik, czyli ten hamburger z Biedronki. W paczce jest ich kilkanaście za pięć złotych. Podobnie ze śniadaniem i kolacją: dwie kromki chleba i czarny salceson albo pasztetowa, bo najtańsze. W zakładzie karnym lepiej karmią, bo dwudaniowy obiad jest codziennie. Wiem, co mówię, przecież siedziałem – podkreśla Roman.
(...)
Jesienią 2018 roku stawka godzinowa w sadach w okolicach Grójca i Warki wynosiła około ośmiu złotych za godzinę na rękę, czyli kilka złotych mniej niż ustawowe 13,70 brutto. O minimalną stawkę godzinową nikt tu nawet nie pyta. – Wszyscy pracują na czarno. Bez umowy, a więc i bez prawa do legalnej pensji – mówi Zdzisław.
Sławomir dodaje, że można być dobrym pracownikiem, ale wystarczy zapytać o umowę, ubezpieczenie czy wyższą pensję, a gospodarz już każe się wynosić. – Byłem świadkiem sytuacji, że ktoś o to pytał i dostawał w pysk. Bito nawet kobiety – podkreśla.
Roman opowiada, że sam nieraz upominał się o ubezpieczenie. – Od razu dostawałem kopa w dupę i trzydzieści minut na spakowanie się. Gospodarz nie negocjuje, tylko jedzie na dworzec po nowego bandosa – mówi i dodaje, że osoby bezdomne godzą się na te warunki, bo nie mają wyboru. – Nikt się nie buntuje. Nie myśli o strajku, bo nie ma siły. Nawet po robocie mało kto ze sobą gada. Umyć gębę i spać, bo rano trzeba wstać. Nie ma wspólnoty, przyjaźni. Mało kto sobie ufa, bo często wśród pracowników jest kapo, który donosi gospodarzowi. To osoby, które są w stanie sprzedać człowieka za złotówkę więcej. Czują się lepsi, bo za donosy pan daje im nową kurtkę czy kawałek ciasta w niedzielę. Strajk w takim miejscu nigdy się nie uda, bo nawet jak umówimy się, że rano nie wyjdziemy w pole, to gospodarz zaraz o wszystkim się dowie i rano weźmie nowych parobków z dworca.
Wspomina też, że pewnego razu starł się z jednym z zaufanych ludzi gospodarza. – Złapałem go za szmaty i mówię: „Chłopie, kim ty tutaj jesteś? Popatrz na tego psa. On codziennie miskę dostaje za darmo. Tylko za to, że jest. A ty, żeby to dostać, musisz zapierdalać kilkanaście godzin i ludzi sprzedawać” – opowiada. – Klient dostał ode mnie w łeb, a ja musiałem się pakować.
(...)
Praca w sadach w okolicy Warki ma według osób w kryzysie bezdomności jedną zasadniczą zaletę: dach nad głową. Sławomir mówi, że pracował u sadowników, aby się ratować i nie spać na ulicy. – To szantaż, bo człowiek nie ma wyboru. Godzi się na to wszystko, nawet najgorsze warunki, żeby coś ze sobą zrobić – mówi.
Twierdzi, że w ciągu lat pracy w sadach tylko raz trafił do miejsca, gdzie warunki mieszkaniowe były przyzwoite. – I tam nie miałem umowy, ale budynek był z prysznicem, piętrowe łóżka, pościel zmieniana co tydzień, nawet telewizor – wymienia i mówi, że zwykle wygląda to dużo gorzej. – Nocleg jest na przykład w starej stodole albo oborze, za ścianą często są jeszcze zwierzęta: świnie, krowy. Śpi się na odwróconych skrzynkach po jabłkach. Bez materaca. Na samych deskach albo na starych ciuchach. Po takim spaniu człowiek budzi się zmęczony, a trzeba wstać do roboty. To wygląda jak jakiś obóz pracy, niewolnictwo.
magazynpismo.pl