środa, 27 sierpnia 2025



Hajle Sellasje był ojcem nowoczesnej Etiopii czy ostoją starej monarchii?

– Podzielił klasyczny los modernizatora w zacofanym kraju. Jako ambitny cesarz chciał unowocześnić swój kraj. Wybierał zdolnych młodych ludzi i wysyłał ich na studia za granicę, zarówno na Wschód, jak i na Zachód, oczekując, że wrócą i będą pracować na rzecz tego kraju. Z każdym spotykał się osobiście przed wyjazdem i po nim. Ale te pięć lat w Londynie, Nowym Jorku czy nawet Moskwie całkowicie ich zmieniało. Nie tylko nauczyli się budować drogi, leczyć, ale też zobaczyli, jak działają nowoczesne państwo, system demokratyczny, urzędy, edukacja, jakie prawa mają obywatele, a jakie obowiązki państwo. I chcieli wprowadzać nie tylko nowe technologie, ale też głębokie reformy polityczne. A cesarz w ich oczach przestawał być reformatorem, widzieli w nim raczej wielkiego hamulcowego, przeszkodę w jeszcze szybszej modernizacji. Z czasem buntowników przybywało, wybuchały protesty i ostatecznie to oni wystąpili przeciwko cesarzowi.

Jaka była skala jednowładztwa? Czy były decyzje na poziomie centralnym, których nie podejmował cesarz osobiście?

– Zrozummy, kim był Hajle Sellasje: to nie był młody rewolucjonista, który porwał naród do walki o wolność, a z czasem tak się mu spodobała władza, że odkrył w sobie dyktatorskie zapędy. On urodził się i wychował w ustroju monarchicznym, całe jego życie przypadło na czasy autorytaryzmu. Miał wielki talent polityczny, który szedł w parze z podejrzliwością. Gdyby jej nie miał, toby nie rządził 60 lat, tylko zginął w jakimś zamachu albo został wypędzony z kraju przez przeciwników. I właśnie ta jego podejrzliwość kazała mu podejmować możliwie wszystkie decyzje. Premier Etiopii większość czasu spędzał pod drzwiami gabinetu cesarza, a nie na naradach z ministrami. Bo wtedy miał pewność, że nikt na niego nie donosi. I cesarz to akceptował. Nie umiał ani nie mógł funkcjonować w państwie demokratycznym, nawet w monarchii konstytucyjnej.

(...)

Hajle Sellasje był ojcem nowoczesnej Etiopii czy ostoją starej monarchii?

– Podzielił klasyczny los modernizatora w zacofanym kraju. Jako ambitny cesarz chciał unowocześnić swój kraj. Wybierał zdolnych młodych ludzi i wysyłał ich na studia za granicę, zarówno na Wschód, jak i na Zachód, oczekując, że wrócą i będą pracować na rzecz tego kraju. Z każdym spotykał się osobiście przed wyjazdem i po nim. Ale te pięć lat w Londynie, Nowym Jorku czy nawet Moskwie całkowicie ich zmieniało. Nie tylko nauczyli się budować drogi, leczyć, ale też zobaczyli, jak działają nowoczesne państwo, system demokratyczny, urzędy, edukacja, jakie prawa mają obywatele, a jakie obowiązki państwo. I chcieli wprowadzać nie tylko nowe technologie, ale też głębokie reformy polityczne. A cesarz w ich oczach przestawał być reformatorem, widzieli w nim raczej wielkiego hamulcowego, przeszkodę w jeszcze szybszej modernizacji. Z czasem buntowników przybywało, wybuchały protesty i ostatecznie to oni wystąpili przeciwko cesarzowi.

Jaka była skala jednowładztwa? Czy były decyzje na poziomie centralnym, których nie podejmował cesarz osobiście?

– Zrozummy, kim był Hajle Sellasje: to nie był młody rewolucjonista, który porwał naród do walki o wolność, a z czasem tak się mu spodobała władza, że odkrył w sobie dyktatorskie zapędy. On urodził się i wychował w ustroju monarchicznym, całe jego życie przypadło na czasy autorytaryzmu. Miał wielki talent polityczny, który szedł w parze z podejrzliwością. Gdyby jej nie miał, toby nie rządził 60 lat, tylko zginął w jakimś zamachu albo został wypędzony z kraju przez przeciwników. I właśnie ta jego podejrzliwość kazała mu podejmować możliwie wszystkie decyzje. Premier Etiopii większość czasu spędzał pod drzwiami gabinetu cesarza, a nie na naradach z ministrami. Bo wtedy miał pewność, że nikt na niego nie donosi. I cesarz to akceptował. Nie umiał ani nie mógł funkcjonować w państwie demokratycznym, nawet w monarchii konstytucyjnej.

To, co przez lata było jego siłą, okazało się słabością.

– Doprowadził do tego, że urzędnicy bali się podejmować jakiekolwiek decyzje, a on z wiekiem stawał się coraz mniej sprawny.

W nieodległej Ugandzie do władzy w 1986 r. doszedł Yoweri Museveni, młody buntownik, komendant. Wygrał wojnę domową i zakończył okres krwawych walk wewnętrznych, w których zginęły setki tysięcy ludzi. Zaprowadził spokój i zbudował kraj, który na długo był wzorem dla Afryki. Tylko że rządzi do dzisiaj i nie zamierza odchodzić, choć dziś niszczy to, co wielkiego stworzył, i staje się karykaturą dawnego siebie. Dawny, młody Museveni byłby wrogiem dzisiejszego. Władza to nieprawdopodobnie silny narkotyk.

Cesarz programowo co jakiś czas wymieniał urzędników, nie pozwalając im zbudować swojej pozycji. Latami przeciwników nie zabijał, ale zsyłał do dalekich prowincji lub proponował małżeństwo z kimś ze swojej rodziny.

– To sprawdzone od stuleci metody pacyfikowania wrogów. W sumie to dopiero pod koniec panowania, kiedy dochodziło do coraz ostrzejszych wystąpień, w stosunku do buntowników zapadały wyroki śmierci, wykonywano egzekucje. Ale do końca cesarstwa ktoś skazany na śmierć w Etiopii, nawet za planowanie zamachu stanu, mógł liczyć, że wyrok zostanie mu zamieniony na dożywocie albo skrócony. Zresztą w Afryce tylko nieliczni przywódcy sięgali po krwawy, bezwzględny terror. I to byli zwykle ludzie przypadkowo wyniesieni do władzy, tacy jak Francisco Macías Nguema z Gwinei Równikowej czy Idi Amin z Ugandy, który z sierżanta awansował na prezydenta, a sierżantem też został nie za zasługi wojskowe, tylko dlatego, że dobrze walczył jako bokser wagi ciężkiej. Przywódcy afrykańscy raczej korumpują, kupują przeciwników, niż mordują. Nic tak nie osłabia opozycyjności jak przywileje: dobry samochód, szofer, gabinet z telefonem, który ma bezpośrednie połączenie z prezydentem. Kiedy Hajle Sellasje jechał w długą podróż zagraniczną, zwłaszcza do Europy czy do Ameryki, zabierał ze sobą największych przeciwników politycznych, żeby podczas jego nieobecności nie mogli knuć za jego plecami.

Za to od innych władców afrykańskich różnił się dostępnością dla swego ludu, zwłaszcza urzędników dworskich. Nikt nie kwestionuje prawdziwości opisu Kapuścińskiego, kiedy poddani najjaśniejszego pana podczas publicznych posłuchań pchali mu się przed oczy, żeby ich jakoś zapamiętał, zwrócił uwagę. To mogło być początkiem awansu. Kazał też wozić się zarówno po stolicy Addis Abebie, jak i po kraju. Otwierał każdą szkołę, szpital, a witającym go na ulicach ludziom rzucał z samochodu pieniądze. Dobry, miłościwy pan.

To dlaczego upadł?

– Stawał się coraz starszy, a jego sposób rządzenia – coraz bardziej nieskuteczny. Do tego doszły krwawe powstanie w Erytrei, bunty w wojsku, susza i klęska głodu, której cesarz zaprzeczał. To wszystko złożyło się na potworny kryzys. Śmiertelny cios zadali mu młodzi oficerowie, którzy byli bardziej zapatrzeni we Wschód i tamtejsze metody sprawowania władzy. W 1974 r. zdetronizowali cesarza, znieśli monarchię i zaprowadzili republikę. Ale tak naprawdę kolejni przywódcy stylem rządzenia przypominali władców absolutnych, w porównaniu z nimi Hajle Sellasje wypadłby na przywódcę naprawdę łagodnego.

Dlaczego nie zdecydowano się na zabicie cesarza?

– Publiczna egzekucja znienawidzonego przywódcy może przysporzyć rewolucjonistom poparcia rodaków. Ale cesarz nie był znienawidzonym przywódcą. To był starszy pan, który na dodatek nie stawiał oporu. Pozwolił się zapakować do swojego volkswagena garbusa i odwieźć do miejsca internowania. Tam spędził ostatni rok życia.

onet.pl\Newsweek