piątek, 17 kwietnia 2026



Sekretarz skarbu USA Scott Bessent potwierdził w czwartek, że Stany Zjednoczone zdecydowały się na przywrócenie pełnych sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowego. Decyzja zwalniająca z sankcji "krwawą ropę" z obostrzeń wygasła 11 kwietnia. Bessent zapowiedział również, że nie zostanie przedłużone zwolnienie dla irańskiego surowca (to obowiązuje jeszcze do 19 kwietnia).

Na pierwszy wyłom w sankcjach Trump zdecydował się już w drugim tygodniu marca (12 marca). Dotyczył - według różnych szacunków - około 100 mln baryłek rosyjskiej ropy, która znajdowała się już na tankowcach. Kolejna decyzja zapadła 20 marca i dopuściła sprzedaż około 140 mln baryłek irańskiej ropy, będącej już na statkach.

Przewrotny plan USA zakładał, że ta ropa zasili rozchwiany wojną w Iranie rynek i tym samym ograniczy drastyczny wzrost cen surowca na światowych rynkach.

To nie przyniosło żadnego efektu. Nie powstrzymało galopady cen. Pozwoliło jedynie zarobić Putinowi i irańskiemu reżimowi - ocenia w rozmowie z money.pl dr Przemysław Zaleski, ekspert ds. bezpieczeństwa energetycznego Fundacji Pułaskiego i Politechniki Wrocławskiej.

- To nie miało żadnego sensu. Nie przy takim wolumenie i tak wielkich stratach produkcyjnych i eksportowych państw Zatoki Perskiej - dodaje.

Tylko straty z jednego pola naftowego Manifa Arabia Saudyjska oszacowała na 300 mln baryłek ropy dziennie. Uszkodzenie kluczowego ropociągu Wschód-Zachód oznaczało z kolei spadek w dostawach na rynek o 700 tys. baryłek ropy dziennie.

(...)

- Wypowiedzi Trumpa miały większy wpływ na rynki niż chaotyczne posunięcia jego administracji. Raz ogłasza otwarcie cieśniny Ormuz, innym razem sam zakłada blokadę i grozi "zduszeniem" Iranu. Dziś Trump już nie kontroluje Zatoki Perskiej - twierdzi dr Zaleski. - Pogubił się w celach - dodaje.

Najbardziej widocznym efektem uwolnienia spod sankcji ropy była kolejka, w jakiej ustawili się chętni do jej kupna bez ryzyka wtórnych represji ze strony USA. Ci, którzy do tej pory trzymali się z daleka od surowca z Iranu czy Rosji, szybko wrócili do zamówień.

Według ustaleń Reutersa były to indyjskie rafinerie, a za nimi rafinerie w innych częściach Azji, jak choćby z Filipin. Po irański surowiec sięgały już nie tylko prywatne firmy z Chin, ale również państwowe rafinerie. Również rosyjska ropa stała się atrakcyjna.

Przypomnijmy, że w ostatnich miesiącach średnio Rosja zarabiała na ropie i produktach na jej bazie około 11 mld dol. miesięcznie. Skutki ataku na Iran umożliwiły jej podreperowanie budżetu. Drastyczne wzrosty cen na rynkach sprawiły, że również rosyjskie gatunki zyskały na cenie. Po raz pierwszy od ponad 10 lat rosyjska ropa sprzedawana przez port Kozmino nad Pacyfikiem przebiła granicę 100 dol. za baryłkę.

- Uwolnienie spod sankcji było dodatkowym prezentem dla Putina - komentuje dr Zaleski.

Z analiz Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) wynika, że przez pierwsze dwa tygodnie zawieszenia sankcji rosyjski budżet zasiliło dodatkowe 6,9 mld dol.

Elżbieta Kaca z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) w swoim komentarzu wylicza, że w marcu Rosja zanotowała znaczne zyski z eksportu ropy, które wzrosły o 114 proc. w skali miesiąca, osiągając wartość 7,4 mld euro z tytułu podatku od sprzedaży. Całkowita wartość eksportu rosyjskich surowców wyniosła 11,6 mld euro.

Również strona irańska informowała, że uwolniona spod sankcji ropa wyprzedała się na pniu. Indie, które historycznie były głównym nabywcą irańskiej ropy, są uważane za kluczowego beneficjenta decyzji Donalda Trumpa. Zapasy uzupełniły również Chiny. W czwartek Scott Bessent sugerował, że ładunki irańskiego surowca zostały już wyprzedane.

Władimir Putin i ajatollahowie dalej jednak handlować nie będą mogli, bo pełne sankcje na ropę wracają. Według Elżbiety Kacy z PISM przywrócenie sankcji zmusi Rosję do sprzedaży surowca po niższych cenach na rynkach azjatyckich. Jak ocenia, rosyjskie zniżki będą jeszcze mocniejsze. Dlatego też pełne sankcje mogą ograniczyć potencjalne zyski Rosji na dłuższą metę.

Pomimo działań dyplomatycznych specjalnego wysłannika Moskwy Kiriłła Dmitrijewa, który prowadził 9 kwietnia rozmowy z przedstawicielami administracji USA, oraz próśb niektórych państw azjatyckich takich jak Indie i Filipiny, Waszyngton nie przedłużył wyłączeń dla surowców z Rosji.

money.pl


Skala tego zjawiska jest trudna do jednoznacznego określenia, ale to już nie jest faza eksperymentów i frontowych samoróbek jak rok temu. Tak jak w powietrzu 1-2 lata temu, robotyzacja na ziemi wyraźnie przyśpieszyła. Drony lądowe są już produkowane w dużych seriach, zaczyna się standaryzacja i powszechne użycie. Nagrania z działań na froncie z ich udziałem to już nie nowinki, ale właściwie codzienność.

Temat ten poruszył w poniedziałek Wołodymyr Zełenski podczas swojego wystąpienia z okazji Dnia Pracownika Przemysłu Zbrojeniowego. Prezydent wykorzystuje tę okazję, aby podkreślić osiągnięcia ukraińskie w dziedzinie produkcji i rozwoju uzbrojenia, wybierając obszary, które pozwalają osiągnąć jak najlepszy efekt promocyjny. W tym roku były to właśnie między innymi drony lądowe. - Nasze robotyczne systemy lądowe wykonały ponad 22 tysiące misji na froncie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ujmując to inaczej, ponad 22 tysiące razy uchroniono ludzkie życie, kiedy robot wyruszył do najniebezpieczniejszej strefy zamiast żołnierza - mówił Zełenski. Stwierdził też, że "po raz pierwszy w historii tej wojny, wroga pozycja została zajęta wyłącznie przez systemy bezzałogowe, powietrzne i lądowe". - Okupanci się poddali, a operacja odbyła się bez udziału naszej piechoty i strat po naszej stronie - stwierdził prezydent.

(...)

Do miana pierwszego udanego ataku robotów kończącego się pojmaniem Rosjan aspiruje 3. Samodzielny Korpus Szturmowy, który w lipcu 2025 roku zaatakował wyjątkowo uporczywie broniącą się grupę Rosjan lądowymi dronami-kamikadze, czyli znanymi już od prawie stu lat minami samojezdnymi. Pierwsza wybiła dziurę do wnętrza ziemianki, w której schronili się żołnierze. Kiedy druga wtoczyła się do środka, Rosjanie się jej poddali, nie chcąc ryzykować tego, co stanie się po detonacji kolejnych 30 kg materiałów wybuchowych. Jest możliwe, że prezydent nawiązywał do styczniowego wydarzenia z rejonu Hulajpola, które zaowocowało bardzo dobrym nagraniem poddawania się Rosjan robotowi. Widać na nim trzech rosyjskich żołnierzy, którzy najpewniej zostali wcześniej zaatakowani przez jakiegoś drona latającego. Jeden jest ranny, a jego towarzysze wyraźnie trwożnie spoglądają w niebo. Poddają się jednak dronowi lądowemu. Te mają najczęściej zamontowane głośniki, aby móc za ich pośrednictwem przekazywać komendy. Dalsze szczegóły wydarzenia nie są znane.

(...)

Jednak bezpośrednia walka to nie jest to, do czego lądowe bezzałogowce są najczęściej używane. Mają inne zadania które, choć może są mniej spektakularne, mają ogromne znaczenie. To logistyka i ewakuacja rannych. Codzienna konieczność, bez której nie da się prowadzić wojny, a która stała się bardzo niebezpieczna ze względu na rozwój dronów latających. Zarówno rozpoznawczych, jak i uderzeniowych. Aktualnie około 15-20 kilometrów za linią kontaktu rozciąga się tak zwana strefa śmierci, gdzie jakikolwiek ruch oznacza wystawienie się na poważne ryzyko. Dostarczanie zaopatrzenia na wysunięte pozycje, rotowanie ich obsad czy ewakuacja rannych, to obecnie zadania bardzo trudne. W początkowym okresie używano do tego głównie samochodów terenowych. Potem zaczęto szerzej stosować mniej rzucające się w oczy quady z przyczepkami. Teraz nawet one są często za duże i w wielu miejscach dotarcie na wysunięte pozycje to długa wyprawa piesza, najlepiej nocami czy we mgle, co jest nadal bardzo ryzykownym zadaniem.

Dlatego już od dobrze ponad roku zaczęto stosować drony. Na początku na większą skalę te powietrzne, których na froncie było znacznie więcej. Zamiast granatów zaczęto pod nie podwieszać małe pakunki z wodą, jedzeniem i amunicją, które zrzucano na własne pozycje. Kiedy teraz czasem pojawiają się informacje o ukraińskich żołnierzach trzymających jedną pozycję miesiącami bez zmiany, to właśnie dzięki takim dostawom zaopatrzenia. Problem tego rozwiązania jest taki, że drony latające mają mały udźwig - góra kilka kilogramów lub kilkanaście-kilkadziesiąt w przypadku tych największych. To ciągle mało, kiedy trzeba zaopatrywać kilku ludzi siedzących w ziemiance. Oznacza to częste loty oznaczające ryzyko utraty maszyny, ale też wykrycia jej operatorów.

I tutaj przebojem wdzierają się właśnie drony lądowe. Ich standardowy udźwig to zazwyczaj rejon do 250 kilogramów. Baterie wystarczają na kilka godzin jazdy, do nawet 8. Łączność jest zapewniana przez system satelitarny Starlink albo klasyczną radiową. W przypadku tej ostatniej często pomagają drony latające służące jako stacje przekaźnikowe, które znacznie wydłużają zasięg. Czasem używane są też rozwijane światłowody ciągnące się za robotem. Jeden udany kurs takiej maszyny to wiele dni zapasów na wysuniętej pozycji. Używane są nawet do transportu drewna używanego do budowy umocnionych pozycji. Ukraińscy żołnierze rozmawiający na początku kwietnia z dziennikarzem brytyjskiego "The Guardian" szacowali, że obecnie do 90 procent logistyki na tych ostatnich kilkunastu kilometrach przed pozycjami wroga to drony.

Maszyny okazały się też świetnym narzędziem ewakuacji rannych. Klasycznie jest to operacja wymagająca narażenia kilku innych osób, które muszą pomagać rannemu, a przez to wystawiają się na łatwiejsze wykrycie i cios z powietrza. Dlatego ewakuacja medyczna to jedna z tych sytuacji, kiedy jeszcze względnie często na front są kierowane pojazdy opancerzone, dające szansę szybko wywieźć rannego i wytrzymać ciosy dronów. Drony logistyczne oferują wygodną alternatywę. Likwidują ryzyko dla ludzi oraz cennych pojazdów, a przy tym są dość odporne na ataki latających dronów. Miejsca i udźwigu starcza na 1-2 osoby. Po dostarczeniu zapasów na pierwszą linię mogą zabrać ich z powrotem. Dla ochrony ewakuowanych montowane są specjalne osłony przypominające metalową trumnę.

(...)

Lądowym dronom oczywiście ciągle daleko do wizji rodem z filmów science fiction. To ciągle dość proste i niezgrabne maszyny, które właściwie nie są w stanie poruszać się w terenie. Muszą korzystać z dróg czy choćby ścieżek, bo poza nimi ryzyko utknięcia lub wywrotki jest zbyt duże. Świadomość operatora i czas jego reakcji są słabe, bo widzi świat przez prostą kamerę z często rwącym się sygnałem. Zdolności do unikania ciosów właściwie nie ma. We wspomnianym tekście "Guardiana" jeden z żołnierzy deklarował, że jego oddział traci co czwartego drona lądowego wysłanego na misję logistyczną. Obie strony intensywnie polują na nie przy pomocy dronów powietrznych. Jednak pomimo takich ograniczeń i takiego poziomu strat, ich użycie gwałtownie rośnie. Jasno to pokazuje, że jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż narażanie ludzi. 

gazeta.pl