poniedziałek, 8 stycznia 2024



Poranek był daleki od tego, by nazwać go pięknym. Ale po raz pierwszy od wielu dni tłuste od smogu niebo nie spływało prosto na głowę.

Lekki mróz ściął błoto na polnych drogach, a wiatr przegnał nisko zawieszone chmury i nawet gdzieniegdzie odsłonił trochę słońca.

Wyżyna Bachmucko-Torecka przedstawiała sobą typowy donbaski krajobraz: monotonnie ciągnące się pagórki, znad których nienaturalnie i gwałtownie wyrastały czarne hałdy. Równie potężne, jak ponure.

Rostysław jeszcze kręcił się na pryczy w ziemiance, schowanej za rzadką linią drzew, z części których zostały już tylko osmalone kikuty. Dryfując między snem a rzeczywistością próbował przywołać w pamięci najdroższe obrazy: piękna żona, uśmiechnięta buzia synka, skąpane w delikatnym słońcu mieszkanie pod Lwowem.

Myśl o domu rozlała się ciepłem po ciele, krążyła w żyłach. Nagle wróciła świadomość. Podstępem podsunęła wątpliwość: dlaczego własna rodzina wygląda jak w folderze reklamowym?

Prawie dwa lata na froncie. 15 dni urlopu w domu. Obraz najbliższych stał się tak wyidealizowany i odległy, że aż irytujący.

Rostysław otworzył oczy. W nozdrza uderzył zapach wilgotnej ziemi. Gdzieś pod pryczą popiskiwały myszy. Na zewnątrz spadały pociski.

Ciepło znikło. Wróciły ociężałość i zmęczenie. Uczucia, które każdy na froncie zna aż nazbyt dobrze.

- Tak się składa, że mamy w Ukrainie dużą niesprawiedliwość – mówi Mychajło.

Dowódca baterii artylerii przeciwlotniczej 80. Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej ma 24 lata, ale wygląda na co najmniej dziesięć więcej. Cerę ma bladą, oczy zmęczone. Ale spojrzenie niespokojne, wyostrzone i ciągle czuwające.

Siedzimy na pryczy w ziemiance schowanej za rzadką linią drzew i osmalonych kikutów. Na kuchence turystycznej grzeje się woda na kawę.

Ziemia wzdryga się co kilka minut.

Już w nocy było wiadomo, jaka szykuje się pogoda i że nic dobrego to nie wróży.

Ledwie zaczął się świt, Rosjanie poderwali drony. Lancety, Orlany - coraz nowsze modele, coraz sprytniejsze. Krążą niczym sępy nad linią frontu. Zbyt wysoko, by trafić je z broni strzeleckiej. Zbyt licznie, by uruchomić schowaną w krzakach "Striełę -10" (poradziecki samobieżny przeciwlotniczy zestaw rakietowy). Amunicji wiecznie brakuje.

Pozostaje tylko czekać na rozkazy. Czekać i słuchać. Za dronami w ruch poszła artyleria.

Bum. Bum. Bum. Systematycznie, co kilka minut. Bliżej, dalej.

W końcu trafią.

Każdy wie: im dłużej tu, tym mniejsze szanse na powrót do domu.

Chciałoby się odliczać dni, ale lepiej tego nie robić. Już nikt nie ma złudzeń: wojna będzie trwała lata. Na demobilizację szanse są marne. Czas służby zawodowych żołnierzy, ochotników i zmobilizowanych jest nieograniczony.

Każdy wie: z wojska można się zwolnić w dwóch przypadkach. Tracąc kończynę lub życie.

Dla brygady Mychajła wojna trwa już dziesiąty rok. Jako jedna z pierwszych trafiła na Donbas w 2014 roku, kiedy kierowani przez Rosję separatyści wszczęli rebelię. To doświadczenie bojowe okazało się bezcenne w lutym 2022 r. Kiedy Rosja dokonała pełnowymiarowej inwazji na Ukrainę, wojsko w 70 procentach składało się z nieprzygotowanych cywilów. Więc przez prawie dwa lata brygadę przerzucano z jednego piekła w drugie.

Charków, Chersoń, Bachmut, Zaporoże. W końcu znowu tu, kilkanaście kilometrów od Bachmutu.

- Nasza brygada wykonała zadania, ale została zdziesiątkowana – mówi Mychajło.

Niektóre jednostki są nieskompletowane w jednej trzeciej. W innych sytuacja jest jeszcze gorsza. Brakuje ludzi. Wielu żołnierzy wprowadza się na pozycje na stałe.

Rostysław, starszy grupy, Iwan - strzelec i niewidzący na lewe oko kierowca Eduard już piąty miesiąc tkwią w ziemiance. Nie ma ich kto zmienić.

Mychajło: - Na początku inwazji ludzie szturmem brali biura poborowe. Miałem biednych, bogatych, biznesmenów, robotników. Wszystkich łączył patriotyzm i poczucie obowiązku. Teraz? Ludzie myślą tylko o tym, jak uciec za granicę. Nie może być tak, że milion osób powołanych do wojska załatwia sprawę za 40 milionów ludzi, mieszkających na tyłach.

Jest ósma rano. Mykoła, dowódca saperów, parkuje auto na podjeździe do przyfrontowej wsi. Zawiesza nieprzytomny wzrok nad kierownicą. Parę godzin temu jego grupa wróciła z zadania.

Żeby chronić się przed rosyjskimi dronami, saperzy pracują tylko pod osłoną nocy.

- To już nie jest zmęczenie. Wszyscy jesteśmy na granicy wyczerpania.

Mykoła dokładnie wymawia każde słowo, ale i tak co jakiś czas lekko się zacina. Jąkanie jest częstą przypadłością żołnierzy. Skutkiem psychicznych traum, załamań, wykończenia. Parę miesięcy temu kolegę Mykoły rozerwała mina. Z ciała został tylko dziesięciocentymetrowy fragment kości.

Mykoła: - W ciągu dwóch lat byłem tylko raz na urlopie. Przecierałem oczy ze zdumienia. Tu piekło, giną ludzie, brakuje wszystkiego. Tam: życie trwa w najlepsze. Drogie samochody, imprezy. A to wesele we Lwowie… Po prostu złość bierze.

O weselu we Lwowie słyszał każdy na froncie. Ona: Roksolana Moskwa, córka znanej prawniczki. On: Rostysław Ilnyckyj, były prokurator. Dzieci z dobrze ustawionych rodzin. O takich w Ukrainie mówią "mażory". Wesele trwało dwa dni: pięciogwiazdkowy hotel, 500 gości, występy gwiazd i dwumetrowy tort.

Mychajło: - Szlag trafia, kiedy to oglądasz. Siedzisz w okopach po kolana w błocie, marzniesz, myszy cię żywcem zżerają, a oni wydają miliony na imprezę.

Mykoła: - Wojna dziś trwa tylko dla nas - żołnierzy oraz dla naszych rodzin i bliskich. Reszta już siedzi za granicą albo z kupionymi papierami. A potem cywile nam mówią: ustawowych 30 dni urlopu za dużo. Zachód daje broń, więc skończmy wojnę, a potem będziemy świętować i odpoczywać. Nic tak nie demoralizuje, jak niesprawiedliwość.

Świt. Drobny śnieg przyprószył pożółkłą trawę. Trzech rosyjskich żołnierzy skrada się w kierunku ukraińskich pozycji. "Antyfryz", pilot grupy aerozwiadu "Foxtrot", wciska guzik na dżojstiku. Dron upuszcza granat.

Bum.

Dwóch ocalałych przykrywa się rannym. Ten jeszcze się rusza.

"Antyfryz" uważa poranek za udany. Z kieszeni wyciąga długi łańcuszek zawleczek od granatów. "Girlanda na choinkę".

Tyle że nastrój jest daleki od świątecznego.

- Chce się do domu. Mógłbym wziąć urlop, ale kto pójdzie zamiast mnie na pozycje? Nowych ludzi trzeba szkolić co najmniej pół roku, ale chętnych nie ma. Pracować coraz trudniej.

Na początku inwazji brak amunicji zmusił Ukrainę do szukania rozwiązań. Okazało się, że znacznie tańsze drony mogą skutecznie niszczyć piechotę i ciężki sprzęt. Na froncie nazywano je "amunicją dla biednych". Prawie dwa lata później amunicji nadal brakuje. Ale dronów też. Zbierać pieniądze na ich zakup jest coraz trudniej.

Za to Rosja poszła do przodu.

- Skopiowali naszą taktykę. Mają niewyczerpane zapasy dronów, atakują nawet pojedynczych żołnierzy. Zrzucają granaty w nocy. My tego nie robimy, bo nocne drony są bardzo drogie. Mają też w okopach pełno antydronowych systemów, uziemiają nasze ptaszki. Ponosimy straty.

Rosja ma niewyczerpalne zapasy dronów. Żołnierze coraz częściej przesuwają się na piechotę, ponieważ sprzęt opancerzony jest bardzo widoczny. - Teraz problemem jest nie przebywanie na pozycji, ale dotarcie do niej i powrót - mówi "Antyfryz"

Na tyłach wróciło normalne życie. Ukraińskie władze lokalne inwestują w budowę dróg i stadionów. Rząd daje miliony na kręcenie patriotycznych seriali. A front nadal trzyma się pomocą wolontariuszy.

- Wojna trwa dziesiąty rok, a my wciąż nie ogarnęliśmy własnej produkcji dronów - "Antyfryz" podnosi ciemne oczy: - Na tym etapie przegrywamy.

W ukraińskich mediach Rosjanie od początku byli przedstawiani jako banda nieudaczników. Za to ukraińscy żołnierze jako nadludzie. Silni, niezłomni, odnoszące same peremohy (zwycięstwa).

Ta narracja miała uspokoić społeczeństwo, ale zamiast tego je rozluźniła. Rozbudziła oczekiwania. Z fotela przed telewizorem każdemu się wydawało, że tej jesieni ukraińskie wojsko będzie co najmniej na Krymie.

Mychajło: - Nigdy nie lekceważ przeciwnika. Rosjanie potrafią skutecznie walczyć.

Szybko się otrząsnęli po stratach.

- Media przedstawiały wagnerowców, jako bezużytecznych kryminalistów. Prawda jest taka, że byli oni efektywni. Bardzo. Na tyłach czekał na nich młotek Prigożyna, więc parli do przodu. Po prostu nie mieli wyjścia - mówi 

Mykoła: Od kiedy zajęli Bachmut, zmienili taktykę. Teraz nie lenią się i ryją okopy. Mają od tego specjalne oddziały.

Fortyfikacje powstają nie tylko na kierunku zaporoskim. Podziemne labirynty na wysokość człowieka, wzmocnione betonem, połączone z okopami – pojawiają się na całym froncie.

- Nasza artyleria próbowała atakować takie schrony w Karmazyniwce w obwodzie ługańskim. Bez skutku – mówi Mykoła.

Na froncie mnożą się pytania do władz.

Pamięć o tym, jak Zełenski zjednoczył Zachód wokół Ukrainy, odchodzi w miarę tego, jak coraz rzadziej na ukraińskich drogach widać konwoje z bronią od sojuszników.

Dyplomację na froncie przelicza się na sztuki amunicji. Jej coraz częstsze braki i doniesienia o korupcji w Kijowie osłabiają autorytet prezydenta.

Rosja te nastroje podgrzewa.

- Mamy nie Radę, tylko Zdradę Najwyższą. Siedzi tam 400 posłów. Po co? Żeby tylko kraść! Choinki za 650 milionów stawiają. Pogonić ich gdzie pieprz rośnie, z nimi nigdy nie wygramy wojny - mówi żołnierz walczący w Awdijiwce.

Choinka za pół miliarda hrywien to kolejny przebój na froncie. Każdy o niej przeczytał, ale mało kto wie, że był to fake news. Podobnie mało kto wie o tym, że po luksusowym weselu we Lwowie pan młody otrzymał powołanie do wojska.

(...)

Chętnych, by iść na front nie ma, więc biura poborowe coraz częściej zaglądają do siłowni, centrów handlowych, a nawet hoteli spa na zachodzie kraju. Szukają "uchylantów", czyli dekowników. Wręczają im wezwania. Ci wrzucają do internetu filmiki pełne oburzenia i często zasadnych oskarżeń o naruszenie praw człowieka.

Na froncie je oglądają. Przepaść między "tu" a "tam" pogłębia się.

Wielu żołnierzy widzi w tym powtórkę z 2016 roku.

- Kiedy w 2014 roku zaczęła się wojna w Donbasie, wszyscy nas po rękach całowali. Potem zaczęły się teksty: "Ja cię na wojnę nie wysyłałem". I zero szacunku. Czasem chciałoby się wszystko rzucić w cholerę. Niech w Kijowie będą ruble. Co wtedy ludzie powiedzą? Jak Zachód zaśpiewa? – mówi ranny żołnierz, z którym rozmawiamy w Kijowie.

Rostysław: Ludzie opuścili ręce. Już nie interesują się wojną. Jest trudniej zbierać pieniądze na potrzeby brygady. Żyjemy w różnych rzeczywistościach. To bardzo przygnębia, rozczarowuje i wk**wia. Albo jak jedna całość zwalczymy Rosję i zamkniemy to pytanie na zawsze, albo wojna będzie trwała w nieskończoność. Ukraina musi znowu się zjednoczyć.

Wołodymyr, ochotnik z policyjnej brygady szturmowej "Łut" (Furia): – Morale opada, bo walczymy z karabinami przeciwko dronom i artylerii. Nikt nie ufa dowódcom. Są bez doświadczenia bojowego, ale z ambicją. Niektórzy mówią wprost: "wszystko jedno, ilu was zginie, mam wrócić z odznaczeniem Bohatera Ukrainy". Nie da się tak. Lepiej negocjować pokój, niż ginąć na marne.

- Wszyscy rzucają się na "uchylantów", a ja ich rozumiem. Rozumiem, dlaczego zwykli ludzie nie chcą iść walczyć. Gdzie są nasze elity? Ich dzieci już dawno są za granicą albo mają "czwarte stadium raka" i "gruźlicę". Oni nigdy nie trafią na front. Walczyć poszli porządni ludzie, bo wierzyli, że tak należy. Ich już nie ma na tym świecie – mówi Wołodymyr.

Ma około czterdziestki, długą brodę i wydatny brzuch. Codziennie dostarcza ciała poległych w Awdijiwce do kostnicy w pobliskim Pokrowsku. Odór rozkładu jest tu zatęchły. Przez dwa lata wojny wżarł się w mury kostnicy i otaczających ją blokowisk. Unosi się na setki metrów, nie daje złapać tchu.

- Kiedyś odtajnią liczby poległych. Wtedy wszyscy przeżyją szok. Piechota u nas to materiał eksploatacyjny. Najpierw zasób ludzki, potem straty. Idą do walki bez przykrycia, bo nie ma lotnictwa, artylerii zbyt mało. Bronią, ale giną tuzinami. Jak Rosjanie jakiejś pozycji nie mogą zdobyć, wypalają ją do cna. Jedno uderzenie z systemu TOS-1 "Sołncepiok" i z człowieka zostaje garść popiołu.

Ludzie tego nie wytrzymują. Jednemu żołnierzowi rozbryzgało mózg kolegi na twarzy. Stracił mowę. Odesłali go na front. Tacy potem popełniają samobójstwa. Człowiek to nie maszyna. Nie każdy się nadaje do widoku kiszek na drzewie. Muszą być rotacje. Chłopcy walczący od dwóch lat muszą odpocząć. Ale kiedy w Kijowie się namyślą, już nie będzie kogo zwalniać. Nas już nie będzie.

Łyman tonie w ciemnościach.

Opustoszałe, okaleczone ostrzałem miasto wygląda tylko trochę lepiej niż rok temu, kiedy ukraińskie wojsko je wyzwoliło. Z ulic zniknęły ciała rosyjskich żołnierzy. Nieliczni mieszkańcy wyprowadzili się z piwnic z powrotem do domów.

Ale widok rozbitych bloków, zerwanych dachów, nieogrzewanych i nieoświetlonych budynków nadal sprawia, że Łyman przypomina miasto duchów.

- Wojna jest straszna. Wojna to straty. Ale inaczej się nie da. Charkowszczyznę wyzwolono dużym kosztem. Tylko na kierunku kupiańskim położono co najmniej półtora tysiąca ludzi. Teraz nasze straty nie są większe, ale nastroje są inne - mówi "House", dowódca służby medycznej batalionu Karpacka Sicz.

Siedzi na wąskim, metalowym łóżku. Punkt medyczny batalionu urządzono w niskim budynku z białej cegły. Tylko tapety i stary zegar na ścianie zdradzają, że jeszcze niedawno był to czyjś dom.

- Morale obniża się, bo do wojska trafiło wielu zmobilizowanych wbrew woli. Prawda jest taka, że ludzie, którzy nie są gotowi umrzeć za Ukrainę, nie mają nic do roboty na tej wojnie – mówi "House". I przyznaje: - Tacy ludzie niestety skończyli się rok temu.

W ciągu prawie dwóch lat Karpacka Sicz tylko raz była na rotacji. Po dwóch tygodniach batalion znowu wrócił na front. Prosto na rosyjskie szturmy na kierunku łymańsko-kupiańskim.

"House": - Możemy stanąć na głowie, a Rosjanie i tak będą wszystkiego mieli więcej. Więcej ludzi. Więcej broni. Więcej amunicji, dronów. Nasze wojsko jest o wiele mniejsze, ale dużo bardziej jakościowe. Wojna będzie trwała dwa-trzy lata, a pewnie nawet dłużej.

Ale i tak – podkreśla - skończy się ukraińskim zwycięstwem.

- Dlatego musimy szkolić ludzi. Motywować. Każdy się boi, ale powinien rozumieć, że idzie na pozycje walczyć, a nie umierać. Jeśli dowódca jest dobry, nie bawi się w gry o tron, to ludzie za nim pójdą. Wszystko się sprowadza do człowieka.

(...)

wp.pl


Czasami reporterzy polityczni bez doświadczenia w dziennikarstwie biznesowym popełniają rażące błędy w swoich relacjach z exodusu biznesu z Rosji Władimira Putina, a nawet dają się nabrać na fasadę gospodarczą tego siłacza przypominającą wioskę potiomkinowską. Niedawny artykuł zatytułowany "Jak Putin zamienił zachodni bojkot w dobrą zabawę" błędnie sugerował, że historyczne wycofanie się ponad 1000 międzynarodowych firm z Rosji w jakiś sposób było ogromnym zwycięstwem rosyjskich wysiłków wojennych, jednocześnie paradoksalnie sugerując, że międzynarodowe firmy tak naprawdę nie wyszły. Nic nie może być dalej od prawdy.

(...)

W rzeczywistości  wyjście z Rosji ponad 1000 światowych przedsiębiorstw (spośród 1400 największych światowych przedsiębiorstw przed wojną) miało wyniszczający wpływ na zaufanie przedsiębiorców, inwestycje zagraniczne i całą rosyjską gospodarkę. Nawet Kreml przyznaje, że „woli, aby firmy pozostały w Rosji”, jak słusznie zauważono w artykule.

Na poparcie swojej błędnej tezy, że wycofanie się przedsiębiorców paradoksalnie pomogło tylko Putinowi, reporterzy skupiają się na kosztach ponoszonych przez międzynarodowe koncerny w związku z opuszczeniem Rosji, wskazując na wielomiliardowe odpisy aktualizacyjne aktywów i utracone przychody. Ale to nie oddaje pełnego obrazu.

Z naszej analizy danych rynkowych wynika, że spółki, które opuściły Rosję, osiągnęły lepsze wyniki niż te, które pozostały. Jak zauważyliśmy w ubiegłym roku, wzrost kapitalizacji rynkowej wychodzących spółek był ponad dwukrotnie większy od wartości odpisów aktualizujących wartość aktywów, co nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę, że dla większości spółek Rosja stanowiła nie więcej niż ~1-2% ich światowych przychodów. Mówiąc wprost, wyjście z Rosji stanowiło wartość dodaną, a nie destrukcyjną dla globalnych międzynarodowych firm. Patrząc wyłącznie na wartość odpisów aktualizujących rosyjskie aktywa, ignoruje się korzyści finansowe i reputacyjne, jakie firmy, które opuściły Rosję, odniosły w pozostałej części świata.

(...)

Wydaje się, że zdaniem reporterów firmy nie mogą nic zrobić dobrze. Jednym tchem atakują firmy, które opuściły Rosję za umożliwienie transferu majątku kumplom Putina, fałszywie twierdzą, że „większość zagranicznych firm pozostaje w Rosji, nie chcąc stracić miliardów, które zainwestowały tam przez dziesięciolecia”. Reporterzy zauważają, że firmy opuszczające Rosję zostały zmuszone do zapłacenia podatków w wysokości 1,25 miliarda dolarów, aby sfinansować wysiłki wojenne Putina, i ignorują 75% spadek rocznej kwoty podatków, które Putin otrzymywał przed wojną od zagranicznych firm, jak wykazał KSE /Kyiv School of Economics/. 

(...)

Fala nacjonalizacji i konfiskat aktywów, o której mowa w artykule, odzwierciedla słabość Putina, a nie siłę, jak zauważyliśmy wcześniej. Rosja staje się kleptokracją, a Putin kanibalizuje całą produktywną gospodarkę, aby finansować swoje kaprysy. Państwo przejmuje większą część gospodarki, aby dodać ją do  słoika z ciasteczkami w celu sfinansowania wojny. Działalność biznesowa, aby się utrzymać, wymaga ciągłych inwestycji w kapitał, ludzi, technologię i pomysły. Putin może na krótką metę napełnić swoją kasę bandyckimi konfiskatami aktywów i nacjonalizacją, ale sprowadza rosyjską gospodarkę na ścieżkę ruiny. Dzięki konfiskatom Putina żadna międzynarodowa firma nie może usprawiedliwić powrotu do Rosji ani zwiększenia inwestycji w Rosji, dopóki pozostaje on u władzy. 

Jak reporterzy powinni byli zauważyć, tylko kumple Putina kupują (...) rosyjskie aktywa od wychodzących międzynarodowych korporacji, ponieważ nikt poza Rosją nie chce zainwestować w tym kraju ani grosza. Nawet Chińczycy nie śpieszą się z przejmowaniem przecenionych rosyjskich aktywów. Jeśli rosyjskie aktywa są naprawdę tak „dobrym interesem”, dlaczego nawet sojusznicy Rosji nie chcą się na to zgodzić? 

fortune.com


Daleko od dominującej narracji o tym, jak Putin finansuje swoją inwazję, finansowym ratunkiem Putina jest bezlitosna kanibalizacja rosyjskiej produktywności gospodarczej. Aby podsycić swoje bitwy na Ukrainie, palił meble w salonie, ale teraz w obliczu ogłuszającej ciszy i braku poparcia społecznego zaczyna to przynosić odwrotny skutek. Jest to dalekie od dominującej narracji na temat finansowania przez Putina swojej inwazji. Wielu zachodnich komentatorów utrzymuje, że Putin czerpie miliardy z handlu (...) dzięki wysokim cenom towarów, słabym zachodnim sankcjom i uchylaniu się od sankcji.

Jednak ceny energii, zarówno ropy, jak i gazu ziemnego, są obecnie tańsze niż przed inwazją, podobnie jak ceny zbóż, pszenicy, drewna, metali i praktycznie każdego towaru produkowanego przez Rosję. W obliczu ogólnie niższych cen surowców, częściowo dzięki skutecznemu pułapowi cen ropy G7, Rosja ledwo osiąga próg rentowności sprzedaży ropy, a niechciany handel rosyjską ropą Urals utrzymuje się ze stałym dyskontem, ale nadal napływa w dużych ilościach – (...). Krótko mówiąc, świat w dużej mierze zastąpił rosyjskie dostawy, więc eksport towarów nie jest obecnie dobrodziejstwem dla zdesperowanej Rosji.

Często pomija się fakt, że Putin finansuje swoją inwazję na Ukrainę nie tylko poprzez marginalny eksport towarów lub niewielkie strużki uchylania się od sankcji, ale poprzez kanibalizm produktywnej gospodarki Rosji. Jako wyzyskującemu autorytarnemu dyktatorowi posiadającemu kontrolę państwa nad 70% gospodarki, Putinowi tak naprawdę nigdy nie zabraknie pieniędzy, ponieważ zawsze może uskutecznić autorytarny odpowiednik szukania pieniędzy pod kanapą lub przeprowadzić akcję znęcania się w szkole i potrząsnania dziećmi (tj. oligarchami) dla pieniądzy na lunch w czasie przerwy.

Putin nałożył drakońskie „podatki od nieoczekiwanych zysków” w zasadzie na wszystko, co się rusza. Wielu uważało, że zeszłoroczny rekordowy podatek od nieoczekiwanych zysków w wysokości 1,25 mld dolarów nałożony na Gazprom i niektóre inne rosyjskie przedsiębiorstwa państwowe był jednorazowym zdarzeniem, ale Putin jedynie podwoił stawkę i w kolejnych miesiącach nakazał wyższe podatki od nadzwyczajnych zysków, pozyskując kolejne biliony rubli od firm i przedsiębiorstw. oligarchowie podobnie. Podobnie Putin najpierw uciekł się do nakładania uciążliwych podatków zarówno na firmy, jak i osoby opuszczające Rosję po inwazji, zanim porzucił wszelkie pozory i zamiast tego zaczął bezkrytycznie konfiskować pieniądze i majątek.

Podobnie Putin porzucił wszelkie pozory odpowiedzialnej polityki fiskalnej, osiągając rekordowe deficyty budżetowe, drukując rekordowe kwoty pieniędzy z powietrza, zmuszając rosyjskie banki i osoby fizyczne do wykupywania niemal bezwartościowego rosyjskiego długu i zaciągając setki miliardów suwerennego majątku Rosji funduszy, obciążając hipoteką przyszłość Rosji.

time.com