wtorek, 6 września 2022


Jako pierwszy zrobił to Carlo Calenda, lider małej centrowej partii Azione, który na początku tygodnia błagał o "wstrzymanie kampanii wyborczej", aby partie mogły zająć się niebotycznymi cenami energii. Cztery dni później Matteo Salvini, szef prawicowej Legii, poszedł w jego ślady, wzywając do "rozejmu" między partiami, aby mogły one pomóc Draghiemu w podjęciu decyzji o środkach mających na celu rozwiązanie kryzysu energetycznego.

To właśnie Salvini, wraz z partią Forza Italia Silvio Berlusconiego, wykorzystał w lipcu kryzys rządowy, by obalić urzędującego jeszcze wówczas Draghiego. W ten sposób upadł trzeci rząd okresu legislacyjnego, a ponieważ wypróbowano wszystkie możliwe — i niemożliwe — koalicje, prezydent rozpisał przedterminowe wybory na 25 września.

Już wtedy kryzys rządowy powodował niezrozumienie: Ani włoski elektorat, ani społeczność międzynarodowa nie rozumiały, dlaczego partie desperacko chciały się pozbyć Draghiego — nowe wybory odbyłyby się zgodnie z planem w kwietniu 2023 r.

Wyjaśnienie było tyleż proste, co krótkowzroczne: partie prawicowe prowadziły w tym czasie w sondażach. Do dziś to robią i dlatego mogą mieć uzasadnione nadzieje na wygranie wyborów.

Jest jednak problem z tą kalkulacją: ponieważ Draghi został pozbawiony władzy, kieruje nią tylko prowizorycznie i nie może reagować na bieżące wydarzenia. Wolno mu realizować tylko to, co rząd postanowił do czasu jego dymisji — nowe decyzje polityczne nie wchodzą w rachubę. W szybko zmieniającej się sytuacji na świecie Draghi jest bezradny. Włosi też.

O tym, że po dymisji Włochy de facto pozostają bez rządu, partie doskonale wiedziały. Wiedziały, że doprowadzają do burzy politycznej w kraju, w obliczu wojny w Ukrainie, wysokiej inflacji i stale rosnących cen energii. Mimo to górę wzięła polityczna kalkulacja.

Teraz letni sierpień dobiegł końca, partie są w środku kampanii wyborczej — i zdają sobie sprawę, jaki błąd popełniły. Ponieważ przy rekordowej cenie gazu na początku tygodnia, wynoszącej 340 euro za megawatogodzinę, różne małe i średnie firmy wolały wysłać swoich pracowników na urlopy, niż ponownie podnieść produkcję po letniej przerwie.

Gazeta "il Corriere della Sera" donosi o firmach w całym kraju, które muszą czasowo zamykać się z powodu wysokich cen energii. Na przykład od firmy Cartesar, producenta papieru opakowaniowego w regionie Kampanii, czy producenta płytek MoMa Keramik w Emilii-Romanii. Ta ostatnia zatrudnia 350 pracowników i miała ostatnio obroty przekraczające 100 mln euro. Ale z powodu rosnących cen energii produkcja nie jest opłacalna mimo pełnego portfela zamówień.

W związku z tym Salvini, wśród którego wyborców jest wielu przedsiębiorców, zażądał od rządu interwencji już teraz, aby zapobiec dalszemu wzrostowi rachunków za energię.

Według Salviniego trzeba by na to przeznaczyć 30 mld euro. Ale Draghi nie jest ani chętny, ani upoważniony do zaciągania nowego długu rządowego, aby utrzymać niskie ceny energii dla konsumentów i przedsiębiorstw.

W pierwszym kroku rząd zdecydował się więc na plan oszczędzania energii, który przede wszystkim zrzuca odpowiedzialność na obywateli. Mają oni zużywać mniej energii, włączać ogrzewanie później i korzystać z niego krócej, tak aby Włochy osiągnęły swoje cele w zakresie oszczędzania energii, do których zobowiązały się z UE. To samo dotyczy budynków użyteczności publicznej.

Jeśli do tego nie dojdzie i Włosi nadal będą zużywać więcej energii, to partie prowadzące kampanię wyborczą nie będą miały innego wyjścia, jak tylko liczyć na sukces w negocjacjach dotyczących unijnego limitu cen gazu, tak aby obniżyć ceny również we Włoszech. Pomysł na negocjacje wyszedł zresztą od Draghiego. Podniósł go zaraz po wybuchu wojny na Ukrainie, ale nie uzyskał wówczas wystarczającego poparcia partnerów z UE — zwłaszcza Niemiec.

Teraz UE jest bardziej otwarta na ten pomysł. Ale pozycja Draghiego w ewentualnych negocjacjach na ten temat jest osłabiona. Przecież unijni partnerzy też wiedzą, że nie będzie on reprezentował Włoch przy stole negocjacyjnym jeszcze długo.

onet.pl/Die Welt

Po wystrzeleniu — lub utracie w walce — znacznie większej ilości swoich pocisków rakietowych niż pierwotnie zakładano, moskiewscy żołnierze coraz bardziej polegają na przestarzałych zapasach prymitywnej amunicji z czasów sowieckich, podczas gdy uzbrojone przez Zachód siły ukraińskie walczą o odwrócenie losów południowej kontrofensywy, uderzając w składy amunicji i kluczową infrastrukturę.

Kijów doskonale zdaje sobie sprawę, że wynik wojny może zależeć od tego, czy Rosja znajdzie sposób na odzyskanie dostępu do zaawansowanych technologicznie podzespołów, i stara się, by ich nie otrzymała. Aby zasygnalizować niebezpieczeństwo, Ukraina wysyła międzynarodowe ostrzeżenia, że Kreml sporządził listy zakupów półprzewodników, transformatorów, złączy, obudów, tranzystorów, izolatorów i innych komponentów, w większości produkowanych przez firmy m.in. w USA, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii, Tajwanie i Japonii, których potrzebuje, aby zasilić swoją armię. Przesłanie jest jasne: nie pozwólcie aby ta technologia dostała się w ręce Rosjan.

POLITICO dotarło do jednej z rosyjskich list, które mają krążyć między kremlowskimi urzędnikami. Zawiera ona nawet kwoty, które Moskwa spodziewa się zapłacić, za każdy element — aż do ostatniej kopiejki. Choć POLITICO nie mogło niezależnie zweryfikować pochodzenia listy, dwóch ekspertów od wojskowych łańcuchów dostaw potwierdziło, że jest ona zgodna z innymi wynikami badań na temat sprzętu wojskowego i potrzeb Rosji.

Wydaje się, że Rosja nie powinna być w stanie zdobyć najbardziej wrażliwych technologii z listy. Dysponując jedynie bardzo podstawową technologią krajową, Kreml w ostatnich latach polegał na kluczowych graczach z USA, UE i Japonii jako dostawców półprzewodników — a ci, dzięki sankcjom, powinni być teraz dla Rosji poza zasięgiem. Trudność pojawiłaby się w przypadku, gdyby kraj pośredniczący, taki jak Chiny, kupował technologie, a następnie sprzedawał je Moskwie.

W skrajnych przypadkach Rosjanie wydostają chipy z urządzeń domowych, takich jak lodówki.

Premier Ukrainy Denys Szmyhal podkreślił, że wojna doszła do punktu zwrotnego, w którym przewaga technologiczna okazuje się decydująca. — Według naszych informacji, Rosjanie wystrzelali już prawie połowę... swojego arsenału — powiedział POLITICO.

Z 25 elementów, których Rosja poszukuje najbardziej rozpaczliwie, prawie wszystkie to mikrochipy produkowane przez amerykańskie firmy Marvell, Intel, Holt, ISSI, Microchip, Micron, Broadcom i Texas Instruments. Na końcu listy znajdują się chipy japońskiej firmy Renesas, która przejęła amerykańską firmę IDT, oraz te niemieckiej firmy Infineon, która przejęła amerykańską firmę Cypress. Na końcu listy znajdują się również mikroukłady amerykańskiej firmy Vicor i złącza amerykańskiej firmy AirBorn. Niektóre z tych elementów można łatwo znaleźć w internetowych sklepach z elektroniką, podczas gdy inne są od miesięcy niedostępne w wyniku globalnego niedoboru mikroprocesorów.

Najtańszy element na liście priorytetów, 88E1322-AO-BAM2I000 gigabitowy transceiver ethernetowy firmy Marvell, można znaleźć w Moskwie za 430 rubli (33 zł) za sztukę. Najdroższy element, 10M04DCF256I7G Field Programmable Gate Array firmy Intel, można dostać za bardzo zawyżoną cenę ponad 66 tys. rubli (15 tys. zł). Oba elementy służą do połączenia urządzeń ze sobą. Z listy wynika, że Rosjanom brakuje układów scalonych.

Rosjanie polują na szereg obudów i złączy niemieckiej firmy Harting, jak wynika z listy, w tym 09 03 000 6201 i 09 03 000 6104, a także na przetwornice Nexperia/NXP 74LVC1G14GV,125 i 74LVC244APW,112 — inaczej zasilacze.

James Byrne z think-tanku obrony i bezpieczeństwa Royal United Services Institute (RUSI), powiedział, że jest prawdopodobne, że Rosja wykupuje zapasy zachodnich mikroprocesorów i innego niezbędnego sprzętu od lat, ale teraz może być na wyczerpaniu.

Od inwazji na Ukrainę w lutym, kraje zachodnie zaostrzyły sankcje na Rosję, coraz bardziej celując w jej łańcuchy dostaw mikroprocesorów, aby zmniejszyć możliwości militarne. Nowe sankcje są następstwem wieloletniej, zaostrzonej kontroli sprzedaży chipów w ramach umów międzynarodowych, takich jak Porozumienie z Wassenaar (porozumienia o Kontroli Eksportu Broni Konwencjonalnej oraz Dóbr i Technologii Podwójnego Zastosowania) a także najnowszych przepisów UE. Te chipy często zaliczają się do "towarów podwójnego zastosowania", ponieważ są wykorzystywane w celach wojskowych, jak i cywilnych.

Eksperci ostrzegają jednak, że systemy kontroli eksportu zbyt często nie są w stanie powstrzymać transferu technologii do niepożądanych podmiotów i jednostek. — Kiedy chipy opuszczą fabrykę, bardzo trudno jest przewidzieć, gdzie trafią — powiedział Diederik Cops, starszy badacz eksportu i handlu bronią we Flamandzkim Instytucie Pokoju, organizacji badawczej związanej z parlamentem flamandzkim.

Cops powiedział, że rosyjskie podmioty zaopatrujące wojsko mają różne sposoby na zdobycie towarów, począwszy od kupowania ich na nieuregulowanych rynkach internetowych, po korzystanie z zewnętrznych sklepów frontowych i firm zajmujących się skrzynkami pocztowymi, aby przemycić do kraju zestaw high-tech.

— Kraje takie jak Korea Północna i Iran przez lata budowały doświadczenie w obchodzeniu sankcji. Rosja z pewnością przygotowała się do radzenia sobie z tym w minionych miesiącach... Rosjanie mogą również polegać na historycznym doświadczeniu w tworzeniu takich kanałów: to było rutynowe w czasie zimnej wojny. Rosja ma długie granice z sąsiednimi krajami i dużą sieć państw sojuszniczych, z którymi może pracować — powiedział Cops.

USA, Europa i inni zachodni sojusznicy ustanowili systemy licencjonowania, aby powstrzymać firmy przed eksportem potencjalnej technologii wojskowej do klientów, którzy mogą być uznani za zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. Ale "jest to ogromne wyzwanie, aby monitorować sieci dostaw, aby zobaczyć, kto jest użytkownikiem końcowym", powiedział Cops.

Sankcje nałożone od lutowej inwazji miały na celu zamknięcie luk i dalsze dokręcenie śruby na rosyjskim wojsku.

Według Damiena Spleetersa, zastępcy dyrektora operacyjnego w Conflict Armament Research (CAR), organizacji specjalizującej się w śledzeniu i tropieniu broni wojennej, która obecnie śledzi komponenty znalezione na ukraińskich polach bitew, jest zbyt wcześnie, aby powiedzieć, w jakim stopniu sankcje działają. — Wszystko, co do tej pory widzieliśmy, zostało wyprodukowane przed inwazją. To zapasy, które pochodzą sprzed sankcji — powiedział.

Rosja jest tak zdesperowana, aby uzyskać najbardziej wyrafinowane półprzewodniki dla swojego programu zbrojeniowego, że posunęła się do usuwania mikrochipów ze zmywarek i lodówek, aby użyć ich w swoim sprzęcie wojskowym, sekretarz handlu USA Gina Raimondo powiedział w maju, przypisując informacje wywiadowcze do ukraińskich urzędników.

Ale niektórzy amerykańscy weterani bezpieczeństwa narodowego nie zgadzają się z optymistyczną oceną zespołu prezydenta USA Joe Bidena. Mówią, że rządy zachodnie mają niewielkie możliwości powstrzymania innych reżimów — zwłaszcza Chin — przed przekazywaniem mikrochipów do Rosji.

— Kontrole chipów są mniej więcej tak szczelne jak drzwi ekranowe — powiedział Matthew Turpin, dyrektor Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA ds. Chin w latach 2018-2019. — Chiny i Rosja mają długą wspólną granicę. Nie ma absolutnie żadnego sposobu, abyśmy mogli wykryć, czy te chipy są przekazywane z Chin do Rosji.

Departament Handlu USA wielokrotnie mówił, że nie widział żadnych dowodów na to, że Chiny przekazują technologie Rosji, co mogłoby narazić Pekin na surowe sankcje. Ale chiński rząd powiedział również, że nie wprowadzi żadnych nowych ograniczeń w swoich relacjach handlowych z Rosją, a Turpin i inni mówią, że prawie nie ma sposobu, aby rządy zachodnie mogły być pewne ich zachowania.

— Biuro Przemysłu i Bezpieczeństwa Handlu, które nadzoruje sankcje technologiczne, ma mniej niż 10 inspektorów w Chinach, którzy mają określić, czy chipy zostały przekierowane do chińskiego użytku wojskowego — powiedział Turpin, dodając, że "nie jesteśmy skuteczni w inspekcjach", ponieważ chiński rząd wymaga wcześniejszego ostrzeżenia.

W ostatnich latach, gdy stosunki z Zachodem stawały się coraz bardziej napięte, Rosja wdrażała program substytucji importu, starając się stworzyć własny przemysł zaawansowanych technologii. Obecnie wysiłki te stały się jeszcze bardziej naglące.

Rosyjskie ministerstwo przemysłu i handlu przygotowało propozycje, które mają zachęcić lokalne firmy do produkcji zaawansowanych technologicznie komponentów potrzebnych kompleksowi wojskowo-przemysłowemu, podał w zeszłym miesiącu dziennik gospodarczy Wiedomosti. Obejmują one obniżenie podatku dla odpowiednich firm, zmniejszenie składek ubezpieczeniowych, zapewnienie preferencyjnych kredytów i zagwarantowanie zakupów. Środki te mają zostać zatwierdzone i wejść w życie nie później niż 1 stycznia, jak podają Wiedomosti.

Śledztwo przeprowadzone przez Reuters i RUSI (brytyjski think-thank) w sierpniu wykazało, że komponenty amerykańskich i innych zachodnich firm technologicznych były nadal rozpowszechnione w rosyjskim sprzęcie wojskowym znalezionym na polu walki. Takie zachodnie komponenty, a w szczególności mikrochipy, są kluczowe dla rosyjskiego wojska, aby utrzymać swoje wysiłki wojenne.

— Rosyjskie rakiety oraz komputery przetwarzające oraz czujniki są zbudowane z rosyjskich części. Ale ich najbardziej krytyczne komponenty, najwyższa technologia, były zachodnie — powiedział Byrne z RUSI

Podczas gdy UE, USA, Japonia i inne kraje nałożyły sankcje na Rosję, Pekin jest przyjacielem Moskwy. Chiny zapewniły już Putinowi eksport pojazdów terenowych dla personelu dowodzenia, a także komponenty dronów i silniki morskie. Ale podobnie jak Rosja, Chiny również z trudem doganiają swoich konkurentów, jeśli chodzi o najbardziej zaawansowane technologicznie komponenty, których Rosja potrzebuje.

— Wiele z tych [zachodnich] firm, jest naprawdę wyspecjalizowanych w specjalistycznych zestawach, robią je od dawna. Chiński przemysł półprzewodników nie ma zdolności do wytwarzania tych rzeczy — powiedział Byrne z RUSI.

Kevin Wolf, były asystent sekretarza handlu w administracji Obamy, powiedział, że trudności Chin w dostępie wskazują na nowe globalne normy, ponieważ kraje na całym świecie koordynują wywieranie presji na Rosję.

— Jednym dramatycznym efektem tak strasznej inwazji, jaką jest ta na Ukrainę, jest przyspieszone tempo pracy USA z sojusznikami zza oceanu, aby nałożyć wspólne kontrole poza regularnym procesem reżimowym, które są szczególnie bolesne dla Chin biorąc pod uwagę stan ich przemysłu [półprzewodników] — powiedział Wolf.

Obawy związane z bezpieczeństwem narodowym stawiają przemysł zachodni między młotem a kowadłem, ponieważ firmy argumentują, że sprzedaż do Chin zapewnia dochód krytyczny dla wspierania ich badań i wysiłków rozwojowych.

Przede wszystkim, powszechne zastosowanie zachodniej technologii w rosyjskim sprzęcie wojskowym pokazuje, że niezwykle trudno jest zrozumieć globalny handel bronią, powiedział Spleeters z Conflict Armament Research.

— Wszystko może być regulowane... Ale musi być w tym komponent obserwacji tego — powiedział Spleeters. — Trzeba monitorować, jak to jest używane, jak to jest uzyskiwane. Jeśli brakuje ci tej wizji w terenie, istnieje ryzyko przegapienia wielu możliwych szlaków handlowych i sposobów na obejście przepisów.

onet.pl/Politico

Na początku marca aż 64 proc. Rosjan uważnie obserwowało wydarzenia na Ukrainie, ale już wtedy temat słabo albo wcale nie interesował 36 proc. badanych. Tymczasem po ponad pół roku wojny prawie połowa Rosjan nie interesuje się wydarzeniami nad Dnieprem. Rozpoczęty przez Moskwę konflikt w mniejszym lub większym stopniu śledzi tylko 51 proc. respondentów.

Wynika to z najnowszych badań niezależnego ośrodka Centrum Lewady, który władze Rosji uznały za „zagranicznego agenta”. Co ciekawe, młodzi Rosjanie w wieku od 18 do 24 lat prawie nie interesują się toczoną przez ich kraj wojną. 48 proc. z nich deklaruje, że nie przywiązują wagi do tego tematu, a 25 proc. wcale nie obserwuje wydarzeń w sąsiednim państwie. Podobna sytuacja jest w grupie wiekowej od 25 do 39 lat. Temat najbardziej obserwuje starsze pokolenie Rosjan (55+).

– Od kwietnia spada zainteresowanie tym tematem. Młodzież w ogóle ucieka przed tym, nie chcą o tym nawet słuchać i rozmawiać. Co ciekawe, najmniej popierają działania władz właśnie młodzi. Uświadamiają sobie jednak, że nie mają wpływu na sytuację, zamykają się i nie chcą brać za to odpowiedzialności – mówi „Rzeczpospolitej” Lew Gudkow, szef Centrum Lewady.

Tymczasem poparcie dla działań rosyjskiej armii wśród Rosjan pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie, deklaruje go 76 proc. badanych. Przeciwnego zdania jest zaledwie 17 proc., 7 proc. unika odpowiedzi na to pytanie. Prawie połowa respondentów wciąż twierdzi, że „są dumni z Rosji” z powodu wojny przeciwko Ukrainie. Niespełna co trzeci uważa, że trwające od ponad pół roku wydarzenia powodują „strach, zaniepokojenie i przerażenie”. Tymczasem 60 proc. Rosjan w ogóle nie poczuwa się do moralnej odpowiedzialności za śmierć ludzi i zniszczenia na Ukrainie, 23 proc. poczuwają się „w jakimś stopniu”, a pełną odpowiedzialność za to bierze na siebie jedynie 10 proc. ankietowanych.

– Rosjanie jeszcze z czasów radzieckich demonstrują lojalność wobec władz i deklarują gotowość do poparcia, ale personalnej odpowiedzialności za działania rządzących unikają. A przecież akceptacja działań państwa jest współuczestniczeniem w przestępstwach popełnianych przez państwo. Wielu woli tej myśli do siebie nie dopuszczać – mówi Gudkow. – System sowiecki upadł, ale zachowały się totalitarne instytucje takie jak KGB (obecnie FSB – red.), policja, sądy i władze, które nie poczuwają się do odpowiedzialności przed mieszkańcami kraju. Odtworzone zostały imperialne mity i stereotypy. I to nie tylko wina Putina, ale również demokratów rządzących w latach 90. Bo wtedy komunizm nie został w Rosji rozliczony, odbyła się restauracja totalitaryzmu – twierdzi niezależny rosyjski socjolog.

Aż 45 proc. Rosjan chce, by ukraińskie obwody chersoński i zaporoski „zostały częścią Rosji”. Co piąty uważa, że okupowane częściowo przez Rosjan regiony powinny „zostać niepodległymi państwami”. Niewielu Rosjan wierzy jednak w szybkie zakończenie wojny, zdecydowana większość uważa, że może potrwać jeszcze co najmniej pół roku. Tymczasem jednak są mocno podzieleni co do rozmów pokojowych z Ukrainą. 48 proc. badanych sądzi, że trzeba kontynuować działania wojenne, ale 44 proc. twierdzi, że już teraz należy zacząć negocjacje.

– W Moskwie nic nie wskazuje na to, że po drugiej stronie granicy trwają działania wojenne. Jechałem półtorej godziny z przedmieść do centrum i zauważyłem tylko jeden samochód, który na szybie miał literę „Z” (używaną przez zwolenników rosyjskiej agresji – red.). Część ludzi ma depresję, część wyjechała za granicę, a część już zdążyła stamtąd wrócić – mówi Gudkow.

Wygląda na to, że Kreml ma patent na złagodzenie depresji u części Rosjan. Dyrektor generalny jednej z czołowych rządowych stacji Pierwyj Kanał Konstantin Ernst ogłosił w ubiegłym tygodniu, że na ekrany telewizorów powracają programy rozrywkowe. Zostały zawieszone po rozpoczęciu inwazji 24 lutego i zastąpione propagandowymi programami informacyjnymi oraz publicystycznymi. W niedziele odbyła się premiera nowego sezonu popularnego programu muzycznego „Gołos 60+”, w którym rosyjscy seniorzy demonstrują swoje zdolności wokalne. Zapowiedziano też nowe rosyjskie seriale i komedie. W kraju wciąż obowiązuje cenzura i nie funkcjonuje żadne niezależne medium. „Specjalnej operacji wojskowej” wciąż nie wolno nazywać wojną.

rp.pl

Według szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella co prawda Rosja nadal otrzymuje pieniądze z eksportu gazu i ropy, ale wpływ sankcji UE jest bardzo duży i będzie coraz większy.

"Sankcje szczególnie silnie oddziałują na zaawansowane technologicznie sektory rosyjskiej gospodarki, do których należy sektor wydobywczy. Rząd w Moskwie ma w trybie pilnym opracować koncepcję technologicznego rozwoju Rosji do 2030 r. Gospodarka Rosji jest zależna od importu w stopniu niespotykanym w Europie. Choć gazu jest nadmiar, to jedna trzecia Rosjan i regionów w ogóle nie ma do niego dostępu" — zauważa "Rzeczpospolita".

Zdaniem dziennika Rosja może mieć zimą poważne problemy z zaopatrzeniem w energię. "Dlaczego? Bo najnowocześniejsze elektrociepłownie – łącznie 4 GW energii – pracują na zachodnich turbinach gazowych. A sankcje uniemożliwiają serwisowanie i zakup części zamiennych. Zagraniczne turbiny pracują m.in. w miejskich elektrowniach i ciepłowniach w Moskwie, Petersburgu, Kazaniu, Jekaterynburgu i innych dużych miastach" — czytamy w gazecie.

W poniedziałek prezydent Władimir Putin odbył spotkanie o rozwoju Kamczatki. W jego trakcie wicepremier i minister energetyki Aleksander Nowak przyznał, że w tym regionie Rosji doszło wbrew wcześniejszym planom do spadku produkcji gazu przez spółkę Novatek. Stwierdził jednocześnie, że w grę nie wchodzi zastąpienie surowca olejem opałowym.

– Produkcja Gazpromu nie spada, w przeciwnym razie teraz wszystkich wystraszycie. Tylko rośnie! – oznajmił Putin w reakcji na słowa wicepremiera.

W tym samym czasie w Rosji krąży nagranie pod nazwą "Będzie długa zima". Widać na nim, jak dochodzi do zakręcenia symbolicznego kurka z gazem na Zachód. Zaraz po tym następuje zima.

onet.pl