wtorek, 10 lutego 2026



Pierwszy odcinek reportażu Marii Wiernikowskiej z Kanału Zero o jej wyjeździe do Rosji wzbudził szerokie zainteresowanie medialne. Odbił się szerokim echem w środowiskach zajmujących się sprawami międzynarodowymi, a zwłaszcza obszarem poradzieckim i samą Rosją. To nie może dziwić – w końcu mówimy o największym państwie na świecie, które z racji przeszłości i swojej polityki często wywołuje fascynację lub uzasadnione obawy czy po prostu przerażenie. Natomiast z powodu zaostrzania represji, a następnie inwazji na Ukrainę polscy dziennikarze, analitycy i naukowcy zajmujący się Rosją nie mają tam generalnie wstępu. W tym również ja, piszący te słowa – zostałem zatrzymany i wydalony z Federacji Rosyjskiej latem 2018 r. W taki sposób Rosja zmniejsza krąg ludzi opowiadających o niej. Stąd nie dziwi fakt, że wielu odbiorców usiłuje zaspokoić swoją ciekawość. Zwłaszcza że w ostatnich latach część środowisk medialno-eksperckich sama rozhuśtała narrację o sytuacji w Rosji, na zmianę wieszcząc jej upadek albo wróżąc nową Jałtę. Wróćmy jednak do kluczowego pytania.

Czy Maria Wiernikowska udźwignęła wyzwanie?

Nie jestem dziennikarzem, więc moja krytyka ograniczy się do kilku bardziej naukowych uwag. Po pierwsze, odnoszę wrażenie, że autorka reportażu uległa złudzeniu „prostego ludu rosyjskiego”. W pierwszym odcinku rozmawia ona głównie z przechodniami, pracownikami drobnego handlu czy też kelnerami, którzy kolektywnie odpowiadają: A my, prosty lud, na nikogo nie napadamy. Niektórzy z nich dodają, że na Ukrainie Rosja się broni, a generalnie winni są ci na Zachodzie. Rozmowy te są naturalne, prowadzone w sposób spontaniczny, a sami Rosjanie jawią się przyjaźnie.

Problem w tym, że mimo naszej bliskości językowej oraz częściowo etnicznej, przedstawiciele „prostego ludu” żyją w innym, mało znanym Polakom świecie. Przez zdecydowaną większość dziejów Rosji lud żył niejako obok państwa, bo instytucja państwa została tam stworzona odgórnie – przez władcę i jego wojskowe otoczenie. Dlatego w tym scentralizowanym, zbiurokratyzowanym i zmilitaryzowanym kraju ludność jest przedmiotem, a nie źródłem władzy. I lud ma tego świadomość, utwierdzoną indoktrynacją, poczuciem niemocy i brakiem ustrojowo-politycznej sprawczości. Jak opowiada mi jeden z liderów rosyjskiej emigracji, wielu Rosjan, nawet tych nastawionych antyputinowsko, oburzają sankcje czy ograniczenia wizowe dla nich na terenie Unii Europejskiej, bo w ich świadomości to państwo rosyjskie, w tym sam Putin, jest winne wojny, a nie „prosty lud”. Nie odczuwają winy, bo postrzegają się jako byt odrębny od państwa.

Dodam, że nigdy w Rosji nie doświadczyłem dyskryminacji, a ten „prosty lud” pomagał lub gościł mnie, jak tylko mógł i potrafił. Jednocześnie nie mam żadnych złudzeń, że kiedy władze państwa wezwą do boju czy innego politycznego szaleństwa, część tego ludu lojalnie stanie w szeregu i pomaszeruje, choćby nawet na Warszawę. Pozostała część wycofa się w życie prywatne lub skupi się na sferze zawodowej, żeby po prostu przeżyć. Sam reżim zresztą lubi wysyłać komunikat do świata zewnętrznego: jesteśmy pokojowym państwem, spójrzcie tylko na ten dobry, prosty lud.

gazetaprawna.pl


Pod koniec VIII wieku, u szczytu potęgi, państwo tybetańskie zajmowało większą powierzchnię niż cesarstwo chińskie, obejmując całą Wyżynę Tybetańską, tj. dzisiejszy Tybet i Qinghai, część Pamiru i Kaszmiru, większość Ujgurii oraz prowincji Sichuan, Gansu i Yunnan (w 763 roku sięgnęło nawet Chin właściwych). Tubo mniej więcej dziesięciokrotnie ustępowało Chinom pod względem liczby ludności. Było przy tym znacznie bardziej zróżnicowane etnicznie i gorzej zorganizowane. W kontaktach dwustronnych Tybetańczycy byli jednak stroną dużo bardziej aktywną, do nich też należała przewaga militarna, niekiedy wręcz miażdżąca, ale w żadnym razie niewynikająca z dominacji liczebnej. Za wytwór fantazji uznać trzeba więc statystyki z kronik dynastii Tang, szacujące przeciętny stan osobowy wojsk tybetańskich na 1.270.789 żołnierzy. Historiografia chińska skrzętnie przemilcza niewygodny wątek tybetańskiej przewagi militarnej, szczególnie szkodliwy propagandowo w świetle chińskich roszczeń wobec Tybetu.

Stosunki między Tybetem a Chinami w wiekach VII i VIII były relacjami między mocarstwami równymi sobie. Fakt ten znajdował wyraz we wspomnianych traktatach, łącznie z najważniejszym, zawartym w 822 roku, i nie został zanegowany ani przez ówczesnych cesarskich kronikarzy, ani też ich następców. Dowodem może być wyryta w 1794 roku w Lhasie inskrypcja mandżurskiego ambana (cesarskiego rezydenta w Tybecie) He Lina, w której podkreślano, że „w czasach dynastii Tang (618–907) i Song (960–1279) stosunki między Chinami a Tybetem były przyjazne, ale Tybet nie zaliczał się do wasali Chin”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet