wtorek, 28 maja 2019
Jednak kluczową różnicą względem zimnej wojny nie jest koniecznie brak spójnej strategii, ale fakt, że dziś to nie Związek Radziecki/Rosja jest głównym przeciwnikiem USA, tylko Chiny. Układ INF, choć jest umową dwustronną, obowiązuje obydwie strony globalnie. Zresztą na życzenie Amerykanów i ich sojuszników. Sowieci chcieli ograniczyć obowiązywanie umowy do teatru europejskiego, ale nie zgodził się na to Waszyngton, obawiając się przeniesienia napięć do Azji.
Rosjanie rakiet więc nie przenieśli, ale wyzwania strategiczne i tak przeniosły się w końcu do Azji. Dziś pociski o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów, których Amerykanie zgodnie z układem INF posiadać nie mogą, stanowią 95% chińskiego arsenału. Pozwala to Pekinowi względnie niskim nakładem sił i kosztów zagrażać amerykańskim instalacjom i statkom w regionie Azji i Pacyfiku. Waszyngton tymczasem musi wydawać grube miliardy na utrzymanie niszczycieli rakietowych czy bombowców strategicznych, aby zapewnić sobie odpowiednią projekcję siły. Wypowiedzenie układu INF otwiera przed amerykańskimi sztabowcami zupełnie nowe perspektywy – niekoniecznie związane z rozmieszczeniem w Azji pocisków z głowicami nuklearnymi, o czym nikt nie mówi. Ale traktat zakazywał również posiadania pocisków z konwencjonalnymi ładunkami.
krytykapolityczna.pl
poniedziałek, 27 maja 2019
Stany Zjednoczone może nie są prymusem na polu walki o czyste środowisko, ale mają w tej dziedzinie pewne osiągnięcia. Jednym z nich jest redukcja przemysłowych zanieczyszczeń powietrza o 60 proc. w latach 1990–2008. Wynik – znaczący sam w sobie – należy docenić tym bardziej, że dotyczy okresu wzmożonej produkcji i szybkiego rozwoju gospodarczego w USA. Udało się go osiągnąć w stosunkowo prosty sposób: zaostrzając przepisy z zakresu ochrony środowiska. Bardziej restrykcyjne regulacje wymusiły na przemyśle wdrożenie bardziej ekologicznych metod produkcji.
(...)
– Ludzie często uważają, że obecnie przemysł emituje mniej zanieczyszczeń, bo zmniejszyła się skala produkcji. Tymczasem produkcja w 2008 r. była wyższa o 30 proc. w stosunku do wskaźników z roku 1990 – komentuje wyniki badania prof. Reed Walker. – Inni z kolei twierdzą, że nieekologiczna produkcja, np. hutnicza, została przeniesiona do Meksyku, Chin i innych krajów, a na miejscu pozostał jedynie przemysł wysokich technologii, generujący mniej zanieczyszczeń. Tymczasem fakty są inne: producenci wytwarzają te same produkty, ale podjęli odpowiednie kroki, by uczynić procesy produkcji bardziej przyjaznymi dla środowiska – mówi naukowiec.
Z kolei prof. Shapiro przypomina, że w latach 60. i 70. ubiegłego wieku popularne były obawy dotyczące zbliżającej się katastrofy ekologicznej. Uważano wówczas, że miasta takie, jak Los Angeles czy Nowy Jork niebawem staną się niezdatne do życia z powodu dramatycznego poziomu zanieczyszczenia powietrza. Tymczasem wskaźniki zanieczyszczeń, zamiast poszybować zgodnie z prognozami, zaczęły się gwałtownie obniżać. – Dowody wskazują, że kluczową rolę w tym procesie odegrały regulacje środowiskowe, które wymusiły wdrożenie ekologicznych metod produkcji – twierdzi prof. Shapiro.
smoglab.pl
„Mam wrażenie, że ktoś robi z naszych dzieci zombie. Komu na tym zależy?”, pyta mężczyzna koło pięćdziesiątki na filmie na YouTube. Mówi powoli, akcentując każde słowo. Przed nim zasłuchana sala. Za nim logo wrocławskiego centrum medycyny alternatywnej i transparent ogłaszający usługi uzdrowiciela terapii „naturalnej”.
„Jest przygotowywane wszystko, żeby ten naród wynarodowić – kontynuuje mówca. – Chore dzieci nie będą stanowiły mocnego kręgosłupa narodowego. (…) A skąd się biorą te autystyczne dzieci? W 2025 r. ponad połowa populacji chłopców będzie autystyczna”, przepowiada, powołując się na „ekspertów”. I dodaje: „Musimy zdobywać doświadczenie, którego nie dostaniemy na uczelni, bo programy uczelniane są spacyfikowane przez koncerny”.
Tytuł filmiku brzmi „Ratujmy dzieci!”. Przemawiający nazywa się Hubert Czerniak i jest lekarzem medycyny z aktywnym prawem wykonywania zawodu.
Wykształcenie medyczne ma również dr Jerzy Jaśkowski, który – poza głoszeniem szkodliwości szczepień – znany jest z internetowych filmików z serii „Świat jest inny”, w których m.in. odradza kobietom używanie szamponów i podpasek oraz – powołując się na „niezależnych ekspertów z Kanady” – przekonuje, że komory gazowe nie istniały. W przeciwieństwie jednak do Huberta Czerniaka Jaśkowski od 23 października zeszłego roku nie ma prawa wykonywania zawodu lekarza.
Poza wykształceniem medycznym Czerniaka i Jaśkowskiego łączy jeszcze jedno – obaj są zagorzałymi przeciwnikami szczepionek, głoszącymi wszechobecny spisek polityków, firm farmaceutycznych i naukowców, których nazywają „urzędnikami siedzącymi w kieszeni karteli farmaceutycznych”. Rzecz jasna, „utytułowani urzędnicy” stoją w opozycji do „niezależnych ekspertów”, którzy – jako jedyni – „mają odwagę głosić niewygodną prawdę”. Antysystemowa retoryka Czerniaka łączy się z faktem, że jest on kandydatem do parlamentu z ramienia Kukiz’15 – mimo deklarowanego obrzydzenia do partii politycznych.
Czerniak i Jaśkowski są gwiazdami polskiego ruchu antyszczepionkowego, kojarzonego przede wszystkim ze Stowarzyszeniem Stop NOP, któremu przewodniczy Justyna Socha. W tekście „Lekarze niszczeni za wierność zasadom etycznym”, dostępnym na stronie organizacji, Jerzy Jaśkowski jest przedstawiany jako ofiara „nagonki” i „zastraszania” zorganizowanego przez Naczelną Radę Lekarską. „Przed sądami lekarskimi w 2015 r. toczyło się kilkanaście postępowań w sprawie lekarzy, którzy wypowiadali się krytycznie o szczepieniach – czytamy w artykule, którego autorką, jak większości tekstów na stronie, jest Justyna Socha. – Konsekwencją dla nich może być upomnienie lub nagana, a w bardziej drastycznych przypadkach lekarz może zostać zawieszony lub stracić prawo wykonywania zawodu”.
Sama Justyna Socha jest z zawodu agentką ubezpieczeniową. Podobnie jak Hubert Czerniak startowała w wyborach parlamentarnych w 2015 r. z list Kukiz‘15. To ona jest autorką obywatelskiego projektu ustawy przewidującej zniesienie obowiązku szczepień ochronnych dla dzieci. Mimo przestróg i protestów środowisk medycznych projekt 4 października został skierowany do dalszych prac po pierwszym czytaniu.
tygodnikprzeglad.pl
Zgodnie z oczekiwaniami w nowym europarlamencie zagości dużo więcej prawicowych populistów niż w poprzedniej kadencji. Naprawdę świetnie poszło im jednak tylko w Polsce i na Węgrzech, gdzie PiS i Fidesz otrzymały kolejno 45,56% oraz 52,3% głosów. Nawet we Francji i we Włoszech zwycięskie Zjednoczenie Narodowe Marine le Pen oraz Liga Matteo Salviniego (a także Ruch Pięciu Gwiazd) uzyskały poparcie mniejsze, niż przepowiadały sondaże.
Gorzej, niż się spodziewano, poszło też prawicowym populistom w Hiszpanii, Estonii, Danii oraz Holandii – Duńska Partia Ludowa straciła trzy mandaty i została w parlamencie z jednym, a Partia Wolności Geerta Wildersa straciła wszystkie cztery. O sukcesie nie mogą też mówić populiści z krajów niemieckojęzycznych. Choć AfD zdobyła więcej mandatów niż w wyborach z 2014 roku (kiedy była jeszcze dziwaczną zbieraniną gospodarczych libertarian i przeciwników euro), 11% to bardzo marny wynik, zważywszy na to, że w czasie zamieszek w Chemnitz szybowali w okolicę dwudziestki. W Austrii z kolei współrządzącej FPÖ zaszkodził skandal finansowy – w eurowyborach wylądowała na trzecim miejscu z wynikiem 17,2%, choć to i tak stosunkowo niski wymiar kary, biorąc pod uwagę treść opublikowanych przez prasę taśm z przewodniczącym Strache.
Można przypuszczać, że ogólny wynik populistów ograniczyła największa od dwudziestu lat frekwencja, która wyniosła 50,5% – niemal o dziesięć punktów procentowych więcej niż w 2014 roku. Wtedy do eurowyborów wyjątkowo mobilizował się zazwyczaj radykalny, eurosceptyczny elektorat.
Eurowybory potwierdziły też rozkład powojennych duopolów partyjnych. Tradycyjne partie socjaldemokratyczne i konserwatywne w wielu krajach poniosły porażki. Łączny wynik Europejskiej Partii Ludowej (EPP) to blisko 25%, a Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D) to 20% – w ich przypadku najmniej w historii. Widać to wyraźnie w Niemczech, gdzie SPD i CDU/CSU straciły nawet połowę swoich wyborców, a także we Francji, gdzie Partia Socjalistyczna i neogaullistowscy Republikanie uzyskali wyniki jednocyfrowe.
O sukcesie mogą za to mówić Zieloni (Greens-EFA) oraz wszelakiej maści twory liberalno-progresywne, które w większości zasilą Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE). W Niemczech ze swoim 20,5% Zieloni rozbili bank, wskakując na drugie miejsce, podobnie było w Irlandii i Finlandii. We Francji, Luksemburgu i Danii zajęli trzecie miejsca, a w Austrii, Szwecji i Belgii (łącząc rezultaty partii flamandzkiej i walońskiej) uzyskali wyniki dwucyfrowe.
„Zielona fala”, jak nazywają ten świetny rezultat europejskie media, to zasługa głównie młodych wyborców: np. w Niemczech wśród osób głosujących po raz pierwszy to właśnie ta partia zwyciężyła, i to z trzykrotną przewagą nad drugą w kolejności CDU. Ale sukces Zielonych wyraźnie ogranicza się do bogatej Europy Północno-Zachodniej.
Nie można tego powiedzieć z kolei o liberałach, którym nieźle poszło też w naszym regionie: w Czechach progresywna Partia Piratów zadebiutowała w eurowyborach z mocnym trzecim miejscem (a zwyciężyło ANO, które jest częścią ALDE, aczkolwiek nie stroni od elementów prawicowego populizmu), na Słowacji zaś nieoczekiwanie zwyciężył komitet Progresywna Słowacja/Razem, z którym związana jest nowa prezydentka Zuzanna Čaputova. Kiepsko za to u nas poszło Wiośnie.
O porażce nie może też do końca – zważywszy na zawirowania, jakich w ostatnich miesiącach doświadczyła Francja – myśleć Macron, który depcze Le Pen po piętach.
W niektórych krajach wybory wygrały z kolei tradycyjne partie socjaldemokratyczne – tak wydarzyło się na Malcie, w Portugalii, Holandii (gdzie wystąpił tzw. efekt Timmermansa – popularnego lidera Partii Pracy) oraz Hiszpanii (gdzie socjaliści zyskali świetne 32,8%).
(...)
Ostatecznie odchodzi więc w przeszłość podział Europy na socjaldemokratyczną klasę robotniczą i konserwatywne mieszczaństwo, które wybiera chadecję. Umacnia się za to nowy: na wielkomiejskie, progresywne i silnie sfeminizowane mieszczaństwo (głosujące na Zielonych czy nowe ruchy progresywne) i nacjonalizujący prekariat z mniejszych ośrodków, do których docierają prawicowi populiści. To oczywiście uproszczenie, które pomija lokalne niuanse – w skali Europy jest jednak uprawnione.
Widać też wyraźnie, że motorem reakcji na prawicowy populizm stał się strach przed katastrofą klimatyczną. To temat, który zdominował w ubiegłym roku debaty publiczne wielu krajów UE. Ekologia to jednak nie wszystko: w wielu krajach zielone ugrupowania i ruchy formułują dla swoich wyborców – na przekór prawicowym populistom – opowieść o Europie otwartej, sprawiedliwej społecznie i tolerancyjnej. To samo robią progresywni liberałowie. Jedni i drudzy prezentują zupełnie inne podejście niż tradycyjne partie, które w obliczu sukcesów populistów często kończą w defensywie i są „za, a nawet przeciw”.
krytykapolityczna.pl
środa, 22 maja 2019
Z mojej zawodowej wiedzy wynika, że narody nie istniały od zawsze, więc można przypuszczać, że nie będą trwały wiecznie. Sam badałem starsze i mniejsze od narodów wspólnoty etniczne zwane przez historyków i antropologów plemionami. Wiem, jaką rolę w utrzymywaniu ich spójności odgrywał symbol wspólnego terytorium („nasza ziemia”) oraz mit pokrewieństwa łączącego ogół współplemieńców ze sobą nawzajem, z plemiennym królem (o ile taki był) i z boskim opiekunem plemienia postrzeganym jako naturalny lub adopcyjny praojciec ludu. Archetypy plemiennej mitologii miały długi żywot i nieraz kołatały się w świadomości narodowej aż po XiX i XX w., czego dobrymi przykładami są słowa Roty Marii Konopnickiej, a także trwający w polszczyźnie nawyk określania wojny domowej jako konfliktu bratobójczego.
Polityczna organizacja plemion została w Europie zniszczona przez państwa. Chrześcijańska monarchia nie mogła współistnieć ze strukturami, które groziły rozsadzeniem jej jedności. W dodatku plemiona były matecznikami pogańskiego kultu. Nie umiemy jednak określić, jak przebiegał i jak długo trwał proces wykorzeniania plemiennych więzi. Więź narodowa – etniczny korelat średniowiecznej państwowości – kształtowała się bardzo powoli, chociaż jej zarodki uchwytne są dość wcześnie w środowisku elity politycznej. Wśród historyków, podobnie jak wśród socjologów, przeważa opinia, że nowoczesny naród, obejmujący poczuciem wspólnoty ponad klasowymi i politycznymi podziałami wszystkich, którzy uznają się za dzieci tej samej ojczyzny, ukształtował się po obaleniu barier stanowych, czyli pod koniec XVIII i w XIX w. A co z narodem po nowoczesności?
Bliski kres narodów, wieszczony przez postmodernistyczną myśl europejską, nie jest prognozą wysnutą z historycznej, socjologicznej lub ekonomicznej wiedzy, lecz typowym proroctwem. Kto chce, niech wierzy; ja jestem sceptyczny.
Moim lewicowym i euroentuzjastycznym przyjaciołom skłonnym do wiary w bliski koniec narodów doradzałbym nade wszystko ostrożność. Rozpad Związku Radzieckiego, a niezadługo potem rozpad Jugosławii potwierdzają wielką żywotność narodowych wspólnot, emocji i konfliktów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że Ukraina odłączyła się od Rosji, a Bośnia od Serbii wiedzione ekonomiczną racjonalnością. Było raczej przeciwnie. Czystki etniczne na Bałkanach lub jatki w Czeczenii to, rzecz jasna, nieszczęścia, zbrodnie, humanitarne katastrofy, nie wyciągamy jednak z tego wniosku, że świadomość narodowa to wyłącznie źródło nieszczęść.
(...)
Po upadku Związku Radzieckiego i tryumfach globalizacji świat stał się mniej przewidywalny, niż był w drugiej połowie XX w. Nie ma już dwubiegunowego ładu pod nadzorem supermocarstw, które dzieliły między siebie strefy wpływów i nie pozwalały na takie konflikty, których nie mogłyby kontrolować. Globalny kapitał finansowy wyrwał się spod kontroli państw, nawet tych najpotężniejszych, a spekulacje destabilizują gospodarkę w USA i w Europie. W połączeniu z deregulacją dyktowaną względami doktrynalnymi i z kryzysem polityki społecznej wprowadza to w życie codzienne zamożnych dotychczas krajów dramatyczną niepewność jutra i nowe napięcia społeczne. Wszystko to prawda, ale naród nie jest kategorią ekonomiczną. Zamęt w gospodarce nie musi spowodować zniknięcia narodów. Istniały one przed Keynesem i będą istnieć po Friedmanie.
krytykapolityczna.pl
Dlaczego tak chętnie zatrudniano dzieci?
Bo były szybkie i zwinne. Bo łatwiej od dorosłych przestawiały się na fabryczny tryb pracy. Bo prościej było je uformować, dyscyplinować i karać. Bo się błyskawicznie uczyły prostych, powtarzalnych czynności. A przede wszystkim - były najtańsze.
I można z nimi zrobić, co się chce?
Właściwie tak, bo traktowano je po prostu jak surowiec. Chciałam "Dziećmi rewolucji" uświadomić czytelników, że w trakcie rewolucji przemysłowej dzieci traktowano jak węgiel, stal czy bawełnę. Postęp dokonał się w dużej mierze dzięki ich łzom i krwi. Warto o tym, zachwycając się cywilizacyjnym progresem, pamiętać.
Są jakieś szacunki o liczbie pracujących dzieci?
W czasach rewolucji przemysłowej dzieci i młodociani stanowili połowę wszystkich pracowników, więc skala była ogromna. Dzieci kopały węgiel, pracowały w fabrykach włókienniczych, czyściły kominy, sprzątały, obsługiwały maszyny. Kilkulatki trafiające do fabryk zostawały w nich potem często już jako dorośli pracownicy.
Były wręcz zawody, w których dzieci dominowały.
Małoletni pomocnicy kominiarzy byli na porządku dziennym, bo któż lepiej niż mały chłopiec zmieści się w przewodzie kominowym, który trzeba oskrobać z sadzy?
Nie dało się bez nich?
Dało, bo i wtedy, i dzisiaj nie było konieczne zatrudnianie dzieci. Można było produkcję organizować tylko z udziałem dorosłych, ale chęć ekspresowego zysku w imię postępu była silniejsza. I ubodzy rodzice nie mieli tu w związku z tym wiele do powiedzenia. Z badań jasno wynika, że kiedy rodzicom w wiktoriańskiej Anglii zaczynało się nieco lepiej powodzić, natychmiast zabierali dzieci z pracy i często wysyłali je do szkoły. Wystarczy podnieść pensje rodziców czy opiekunów, żeby znacząco ograniczyć pracę dzieci.
Dlaczego napisałaś tę książkę?
Bo to jest ważna historia, którą trzeba opowiedzieć. Ale też historia, która się właściwie nie skończyła, o czym doskonale wiedzą wszystkie organizacje zajmujące się wyzyskiem dzieci. Różnica jest tylko taka, że obecnie to się nie dzieje w Europie, ale w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, gdzie dzieci pracują w warunkach niewolniczych, podobnie jak te w wiktoriańskiej Anglii. Różnica jest może taka, że ich eksploatacja jest dzisiaj paradoksalnie trudniejsza do zwalczenia niż kiedyś.
Nie przeszkadza nam, kiedy kupujemy ubrania w światowych sieciówkach odzieżowych szyte przez dzieci. Oburzają nas tylko raz na jakiś czas wypadki w dziecięcych fabrykach, o których się dowiadujemy z mediów.
Dokładnie tak samo było dwieście lat temu. W książce piszę o wypadku w kopalni, po którym wydobyto na powierzchnię kilkadziesiąt ciał dzieci. I nagle wszyscy byli w szoku. Jak to możliwe? Skąd dzieci w kopalni? Zaczęły się tym interesować media, opinia publiczna, w końcu sama królowa Wiktoria, która wysłała specjalną komisję do zbadania sprawy. A dzisiaj? Kiedy kilka lat temu zawaliła się w Bangladeszu fabryka, nagle wszyscy byli wstrząśnięci informacją, że pracują tam dzieci szyjące dla globalnych odzieżowych marek.
Nikt nic nie wiedział, jak w twojej książce.
Znamy to doskonale: firma ma kontrahenta, a kontrahent kolejnego kontrahenta. Dlatego właśnie "Dzieci rewolucji" są opowieścią bardzo współczesną. Opowieścią nie tylko o eksploatacji dzieci, ale także o sile słowa, bo zmiana zaczyna się od głośnego mówienia o problemie, od domagania się swoich praw, od opowieści o swoim doświadczeniu. I może to mieć potem rozmaite reperkusje, jak historia jednego z bohaterów mojej książki, Roberta Blincoe, która najprawdopodobniej zainspirowała Charlesa Dickensa do napisania "Olivera Twista", mającego - z racji wielkiej popularności - niebagatelny wpływ na zmianę mentalności i postrzegania najbiedniejszych.
gazeta.pl
Po inspirację wystarczy rzut oka za ocean. Poziom rozwoju gospodarczego liczony jako PKB na głowę wcale nie przesądza o poziomie życia. Kanada jest pod tym względem wyraźnie biedniejsza od USA – różnica między nimi to 13 tys. dolarów (między Polską a Niemcami 20 tys.). Kanada nie posiada też czołowych globalnych koncernów, a mimo to mało który Kanadyjczyk marzy o uczynieniu ze swojego kraju drugich USA. To raczej Amerykanie miewają kompleksy wobec Kanadyjczyków, chociażby z powodu ogólnodostępnej, sprawnie działającej służby zdrowia. Wszystkie kompleksowe wskaźniki dobrobytu społecznego pokazują, że to w Kanadzie żyje się lepiej.
Według najpopularniejszego, czyli Human Development Index (HDI), Kanada wyprzedza USA o jedno oczko, choć w tym wskaźniku poza PKB na głowę brane są pod uwagę tylko dwa inne czynniki – średnia długość życia oraz wskaźnik skolaryzacji. Dużo bardziej kompleksowy jest Better Life Index OECD, który mierzy poziom życia aż w 11 obszarach, a na każdy z nich składa się kilka dodatkowych wskaźników. Także według OECD życie w Kanadzie jest na wyższym poziomie niż w USA, choć zarówno pod względem dochodów, jak i miejsc pracy to te drugie wyraźnie górują. Kanada wyprzedza za to USA w niemal wszystkich ważnych dla życia obszarach (poza warunkami mieszkaniowymi): jest tam lepiej pod względem edukacji, bezpieczeństwa, stanu środowiska, aktywności obywatelskiej, relacji społecznych, możliwości łączenia pracy z życiem prywatnym, satysfakcji z życia i oczywiście poziomu zdrowia publicznego.
Doskonałym przykładem tego, że PKB na głowę nie przesądza o poziomie życia w kraju, jest też… Polska. Choć pod względem PKB per capita zajmujemy 45 miejsce, to wskaźnik HDI plasuje nas na 33 miejscu na świecie. Wyprzedzamy chociażby dużo bogatsze od nas kraje arabskie. Także według Better Life Index wyprzedzamy niektóre zamożniejsze od nas kraje, np. opisywaną wyżej Koreę Południową oraz Portugalię, a niewiele brakuje nam do Włochów. Choć w poziomie dochodów wypadamy fatalnie, ciągną nas w górę edukacja oraz bezpieczeństwo, które są na poziomie najlepszych. Nieźle wypadamy też w poziomie zdrowia, za to dużo gorzej w warunkach mieszkaniowych czy stanie środowiska.
Innym krajem, w którym poziom życia jest wyraźnie wyższy niż wskazywałby na to PKB na głowę, jest Słowenia. Według Better Life Index pod względem poziomu życia ten alpejski kraj niewiele ustępuje Francji, choć pod względem PKB na głowę traci do niej aż 10 tys. dolarów. Słoweńcy również fatalnie wypadają pod względem dochodów, za to pod względem warunków mieszkaniowych, edukacji, zdrowia i bezpieczeństwa są w ścisłej światowej czołówce.
Niski PKB na głowę jest główną przyczyną fatalnych warunków życiowych w krajach ubogich, jednak od pewnego poziomu przestaje on wywierać kluczowy wpływ na ogólny poziom życia. Gdy dochody coraz większej części społeczeństwa są już odpowiednio wysokie, ich wzrost przestaje być realnie odczuwalny. Kate Pickett i Richard Wilkinson w Duchu równości określili ten poziom na 20 tys. dolarów na głowę. To było jakąś dekadę temu, ale nie wydaje się, żeby obecnie próg ten był wyższy niż 30 tys. dolarów.
W 2018 r. PKB na głowę w Polsce wyniósł 32 tys. dolarów, więc najpewniej przekroczyliśmy już granicę, poza którą inne czynniki wpływają na poziom życia w większym stopniu niż poziom rozwoju gospodarczego. Oczywiście to wcale nie znaczy, że powinniśmy zupełnie machnąć ręką na doganianie pod względem PKB zachodu Europy. Czas jednak wreszcie zatroszczyć się o te obszary, które rzeczywiście decydują o tym, jak dobrze nam się żyje. Przez lata otaczaliśmy kultem wzrost gospodarczy, napędzani mrzonką o „dogonieniu Niemców”, tymczasem kluczowe usługi publiczne leżały odłogiem. Nakłady na służbę zdrowia są w Polsce jednymi z najniższych w UE, komunikacja zbiorowa na prowincji niemal nie istnieje, podobnie jak mieszkalnictwo komunalne. Zresztą cały sektor publiczny jest koszmarnie niedoinwestowany, czego efektem kolejne protesty grup zawodowych.
Gdybyśmy podnieśli dochody finansów publicznych do poziomu średniej unijnej (czyli z 41 proc. PKB do 45 proc.), nasz sektor publiczny zyskałby ok. 80 mld złotych co roku. Za taką kwotę można podnieść finansowanie służby zdrowia do 6 proc. PKB, wyraźnie podnieść zarobki nie tylko nauczycieli, ale też pracowników socjalnych, sądowych, szeregowych urzędników i wielu innych grup, których dochody od lat nie nadążają za ogólnym wzrostem płac, wprowadzić program mieszkaniowy z prawdziwego zdarzenia, a nie atrapę, rozwinąć komunikację zbiorową w całym kraju i rozpocząć podpinanie do centralnego ogrzewania wszystkich budynków ogrzewanych piecami powodującymi smog.
krytykapolityczna.pl
poniedziałek, 20 maja 2019
W latach 90. do Niemiec wyemigrowało z przyczyn ekonomicznych wielu mieszkańców Śląska. W tamtych czasach większość czasu przesiadywałem na śląskich podwórkach, więc miałem okazję obserwować okazjonalne przyjazdy tych świeżo upieczonych emigrantów w rodzinne strony. Pomimo że jeszcze kilka lat wcześniej byli zwyczajnymi kolegami lub sąsiadami, jako rezydenci Niemiec wielu z nich zmieniło się nie do poznania. Patrzyli z góry na niedawnych osiedlowych towarzyszy, niczym biali kolonialiści na tubylców, a odpowiedzi na liczne pytania o niemieckie realia poprzedzali grymasem politowania. Mówili z silnym niemieckim akcentem, choć nie było możliwości, by w parę lat stracili rodzimy. W wypowiedzi co rusz bez przyczyny wplatali niezrozumiałe dla nas niemieckie słowa, choć za Odrą niejeden tamtejszy Turek lub Marokańczyk zawstydziłby ich znajomością niemieckiego. Generalnie na każdym kroku dawali nam odczuć, że oni są już kimś innym (czytaj: lepszym).
Obecnie polscy gastarbeiterzy już nieco ochłonęli i da się z nimi normalnie porozmawiać, za to kompleks niższości widać wśród mieszkańców Polski. Naszym narodowym sportem jest śledzenie tego, jak Niemcy przedstawiają Polaków – jeśli tylko zrobią to niewłaściwie, rozpoczyna się wirtualna burza.
Każdy komentarz niemieckiego polityka dotyczący polityki Polski jest pieczołowicie wychwytywany, opisywany w prawicowych pismach i okraszany komentarzem, że oto znów Niemcy wtrącają się w nasze sprawy. Nie przeszkadza to tym samym osobom nieustannie komentować niemiecką politykę imigracyjną albo wyśmiewać liberalizm współczesnych Niemek i Niemców. Nic tak nie rozgrzewa polskiej dumy jak wspomnienia nielicznych zwycięstw nad Niemcami albo przeżywanie jeszcze rzadszych zwycięstw nad niemieckimi drużynami sportowymi. Mimo to na polskich ulicach dominują niemieckie pojazdy, bo przecież nie będziemy jeździć „francuzem”, a najpopularniejszym modelem wśród polskich patriotów jest Volkswagen Golf.
krytykapolityczna.pl
Bohaterka dokumentu Granta Baldiwna „Just eat it – A food waste story” – pracownica pewnej firmy cateringowej – postanowiła z mężem przeprowadzić doświadczenie. Przez pół roku nie kupowali jedzenia i żywili się wyłącznie wyrobami, które zwykle trafiłyby albo już trafiły na śmietnik. Wynik eksperymentu poruszył społeczeństwo, w którym ok. 70 proc. osób jest uznawanych za otyłych (co kosztuje ok. 150 mld dol. rocznie dodatkowych wydatków na leczenie), a jednocześnie ok. 15 proc. doświadcza głodu z przyczyn finansowych. Film pokazał bowiem proces marnotrawstwa żywności na ogromną skalę zarówno na farmach produkujących żywność, jak i w gospodarstwach domowych.
Nie tylko w USA co roku wyrzuca się do kosza wyroby spożywcze warte miliardy dolarów. Zgodnie z danymi Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) w świecie marnuje się rocznie ok. 1,6 mld ton żywności wartej ok. 750 mld dolarów (na Unię Europejską przypada ponad 140 mld euro strat). Codziennie marnotrawi się 35-40 proc. wytwarzanego pożywienia, a jednocześnie na uprawy rolne zużywa 71 proc. zużycia wody.
Za 60 proc. tych strat odpowiadają Stany Zjednoczone i Europę.
(...)
Żywność marnuje się na każdym etapie łańcucha dostaw – od wytwarzania i przetwórstwa (u rolników, hodowców czy w zakładach przetwórczych) poprzez dystrybucję (hurtową i detaliczną) po konsumpcję w domach. Ogromna ilość produktów spożywczych marnuje się podczas transportu i przechowywania. To dotyczy przeważnie krajów słabiej rozwiniętych, gdzie zanim produkty dotrą od rolnika do konsumenta, zepsuciu ulega 50-70 proc. produkcji. Bo brakuje przechowalni, chłodni, nie ma przetwórstwa. Jak wynika z najnowszego Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego, opracowywanego przez Economist Intelligence Unit, w ten sposób najwięcej jedzenia (niemal 19 proc.) marnuje się w ogarniętej głodem Ghanie czy Malawi. Według FAO w krajach biednych marnotrawstwo na etapie produkcji wynika z niskiej wydajności rolnictwa i hodowli, ograniczonych możliwości przechowywania i braku infrastruktury do transportu. Im bogatszy kraj, tym większy odsetek przypada na dalsze etapy łańcucha dostaw. W najbogatszych krajach ponad 50 proc. jedzenia marnuje się w domach.
obserwatorfinansowy.pl
sobota, 18 maja 2019
Głównym źródłem utrzymania dla 2,5 mln mieszkańców Krymu do czasu rosyjskiej aneksji była turystyka. Na półwysep co roku przyjeżdżało średnio 6 mln turystów. Dziś jest ich zaledwie 1,4 mln rocznie. Umiera lokalny biznes – w pierwszym półroczu zysk przedsiębiorstw działających na terenie okupowanego przez Rosję Krymu spadł aż o 81 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2017 roku – podała służba statystyczna lokalnej rosyjskiej administracji Krymu. Straty wykazywało przeszło 42 proc. firm. Przodowały tradycyjnie dominujące w gospodarce regionu sektory: informacji i łączności, kultury, sportu, rekreacji i wypoczynku, w których straty wykazało 80 proc. firm, zdrowia i usług socjalnych – 75,6 proc., branży hotelarskiej i gastronomii – 73,5 proc. firm.
Rozkręceniu gospodarki nie pomogło nawet „wpompowanie” w nią z rosyjskiego budżetu centralnego w ciągu czterech lat 344 mld rubli. Produkcja pojazdów mechanicznych spadła od początku rosyjskiej okupacji o 71 proc., wyrobów metalowych o 28 proc., maszyn i urządzeń o 52 proc., mebli o 36 proc. Jedyną gałęzią jaka wykazuje stabilny dochód jest przemysł wydobywczy — głównie za sprawą złóż gazu ziemnego na szelfie czarnomorskim — tempo wzrostu wyniosło w tym sektorze 57 proc.
(...)
Skutki aneksji widać też w rolnictwie. Powierzchnia nawadnianych sztucznie pól przed rosyjską aneksją Krymu wynosiła ponad 120 tys. hektarów. 85 proc. potrzeb wody pochodziło z kanału Północno-Krymskiego doprowadzającego wodę z Dniepru. W 2014 r. dostawy wody na okupowany przez Rosję półwysep przerwano, w efekcie obecnie nawadnianych jest zaledwie 14 tys. ha. Jeszcze w czerwcu straty rolnictwa a okupowanym przez Rosję półwyspie szacowano na 1 mld rubli. W dwa miesiące te szacunki wzrosły czterokrotnie. Według danych tzw. Ministerstwa gospodarki rolnej Krymu z powodu suszy rolnicy na okupowanym półwyspie ponieśli do końca sierpnia straty w wysokości 4 mld rubli.
Krym pozbawiony podstaw gospodarczych żyje dziś na zasiłku z budżetu centralnego Rosji. Według danych tzw. ministerstwa finansów rosyjskiej administracji Krymu w okresie od stycznia do lipca aż 66 proc. środków budżetowych (w wysokości 58,8 mld rubli) stanowiła dotacja z Moskwy, jedynie 24,3 mld rubli udało się zebrać na miejscu z podatków i wpływów niepodatkowych. Szefowa tej struktury Irina Kiwiko ocenia, że Krym bez dotacji z Moskwy nie będzie w stanie funkcjonować co najmniej przez najbliższych dziesięć lat.
obserwatorfinansowy.pl
Polska sieć osadnicza jest niezwykle policentryczna, a więc charakteryzuje się sporym rozproszeniem ludności. Przykładowo, zaledwie 5 proc. mieszkańców Polski mieszka w stolicy (dla porównania, londyńczycy to 16 proc. mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, paryżanie – 17 procent Francuzów). Pod tym względem przypominamy najbardziej Włochy (6 proc. obywateli mieszka w Rzymie) oraz Niemcy (nieco ponad 4 proc. to Berlińczycy). Jak wskazuje prof. Śleszyński w raporcie Klubu Jagiellońskiego Polska średnich miast, mamy aż 23 miasta w przedziale 100-200 tys. i 11 miast w przedziale 200-500 tys. mieszkańców. W tym samym raporcie możemy zobaczyć mapę Europy pokazującą podział kontynentu według indeksu policentryczności – do najwyższej kategorii, a więc do najbardziej policentrycznych państw UE, należą cztery kraje: Holandia, Niemcy, Włochy i Polska właśnie. Najmniej policentryczne są z kolei Węgry, Austria i Portugalia, a za nimi Francja i Wielka Brytania. Inaczej mówiąc, należymy do kilku krajów UE, w których największa część obywateli mieszka poza wiodącymi metropoliami.
Pod względem koncentracji zasobów sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Polska jest krajem o dużych nierównościach terytorialnych, a kluczowe aktywa gospodarcze, administracyjne, intelektualne i kulturowe skupione są w kilku największych ośrodkach miejskich, wśród których zdecydowanie dominuje Warszawa. Najważniejszym wskaźnikiem pokazującym skalę dominacji stolicy w kraju jest PKB na głowę mieszkańca stolicy w stosunku do PKB per capita całego kraju. Według Eurostatu PKB per capita Warszawy jest równo dwa razy wyższy niż analogiczny wskaźnik dla całej Polski. To trzeci co do wielkości wynik w UE – Warszawę wyprzedzają pod tym względem jedynie Bratysława i Bukareszt. (Zaraz za nią jest Sofia, a kolejny Paryż pozostaje już daleko w tyle). Stolice krajów o porównywalnym do Polski indeksie policentryczności są na drugim końcu skali – PKB na głowę Rzymianina to niecałe 140 proc. PKB per capita Włoch, zaś mieszkańca Amsterdamu jedynie 125 proc. PKB per capita Holandii. W Berlinie PKB per capita jest wręcz niższe od całego kraju – i to aż o kilkadziesiąt procent.
(...)
Polska jest jednym z kilku krajów Europy, w którym relatywnie największa część społeczeństwa żyje poza największymi ośrodkami. Z drugiej strony, jest krajem o bardzo dużej koncentracji zasobów w tych właśnie kilku ośrodkach, ze zdecydowaną dominacją stolicy. To wiedza kluczowa dla stworzenia skutecznej artykulacji politycznej: mieszkańcy spoza wiodących ośrodków, a więc ogromna grupa wyborców, czują się odstawieni na boczny tor i pozbawieni wpływów. Wzbiera w nich gniew i nieufność wobec elit, które są dla nich ludźmi z innego świata – ludźmi, których bez wątpienia nie spotkają na ulicy czy w kolejce w sklepie. Te właśnie nastroje skutecznie wykorzystał PiS, kierując swoją narrację właśnie do nich.
krytykapolityczna.pl
Być może najostrzejsze, najbardziej szokujące slogany pojawiły się w północnych Czechach, w peryferyjnym mieście Most, zdewastowanym przez przemysł ciężki (i późniejsze bezrobocie, które nadeszło wraz z zamknięciem kopalni węgla), borykającym się od dłuższego czasu z kryzysem mieszkaniowym zawinionym przez handlarzy nieruchomościami powiązanych z samorządem lokalnym. Co ciekawe, to właśnie partia Mostowianie dla Mostu (SMM), najbardziej uwikłana w handlowanie biedą, dolewa oliwy do ognia, wywołując rasistowską gorączkę u porządnych skądinąd ludzi. To partia, która otwarcie zaproponowała segregację i tworzenie miejsc nieobjętych zasiłkami mieszkaniowymi dla najuboższych oraz, jak już się czytelnik domyśla, wybudowanie „wiosek dla lumpów”, do których przeniesiono by ów „margines”. Procedura ustalania, kto dokładnie należy do owej grupy zwanej „marginesem” nie jest do końca jasna, należy jednak przypuszczać, że nie obejdzie się bez filtra koloru.
„Margines” to nowe pojęcie w czeskim dyskursie politycznym. „Poprawnym” kryptonimem na oznaczenie mniejszości romskiej był do tej pory przymiotnik „nieprzystosowani”. Partia SMM oczywiście zadbała o to, by nie tworzyć bezpośredniej korelacji między lumpowatością i przynależnością etniczną, jednak jej plany tworzenia „wiosek dla marginesu” dziwnym zbiegiem okoliczności uwzględniają przede wszystkim ludzi żyjących w miejscach wykluczonych społecznie, zamieszkiwanych niemal wyłącznie przez Romów. Tego typu wyrafinowane techniki kamuflażu stały się chlebem powszednim licznej rzeszy mniej lub bardziej rasistowskich partii, które powyrastały jak grzyby po deszczu w całym kraju, zwracając nawet uwagę brytyjskich mediów.
SMM nie wygrała wyborów w Moście, skończyła na trzecim miejscu. Jednak to wystarczy, by odcisnęła swoje piętno na przyszłej polityce (anty-)społecznej miasta. Jej kampania odbiła się echem w postulatach partii, która zajęła miejsce czwarte: tradycyjnej, konserwatywnej Demokracji Obywatelskiej (ODS), która od lat dziewięćdziesiątych odgrywała decydującą rolę w czeskiej polityce, ale wraz z nadejściem masowego populizmu znalazła się w opałach. Niczym niezrażona ODS pojęła w lot, co w trawie piszczy, i zaczęła obiecywać politykę zerowej tolerancji wobec obcokrajowców (akurat ten slogan pochodzi z Mladej Boleslav, miasta, któremu ekonomiczne koło ratunkowe rzucili zagraniczni pracownicy z fabryki samochodów Skody), zyskując dzięki temu znacznie na popularności. Jeżeli można mówić o jakimś ogólnym zwycięzcy tych wyborów, to jest nim właśnie ODS. Hm…?!
krytykapolityczna.pl
- Ponad 13 mln ludzi żyje w gminach, w których samorząd nie obsługuje transportu publicznego, wynika z obliczeń Klubu Jagiellońskiego. Do 20% wsi nie dociera jakikolwiek transport, a do wielu pozostałych autobusy dziennie - dane te przytacza Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich, który od kilku lat koordynuje kampanię obywatelską "My pasażerowie - ratujmy transport w regionach".
Likwidację oddziałów PKS oraz ograniczanie liczby kursów najbardziej odczuwają mieszkańcy wsi i miasteczek, które często leżą z dala od głównej drogi. Tam bowiem nie docierają zwykle ani prywatni przewoźnicy, dla których kursy takie są nierentowne, ani połączenia kolejowe - bo często zwyczajnie nie ma tam stacji. W efekcie na mapie Polski coraz więcej jest tzw. białych plam - miejsc, do których nie dociera publiczny transport zbiorowy.
Według Rafała Górskiego największy problem istnieje w południowo-wschodniej Polsce. Zauważa też, że w różnych miejscach punktowo likwidowane są połączenia autobusowe - chodzi m.in. o Pomorze i województwo mazowieckie. Mieszkańcy tych terenów, jeśli nie posiadają samochodu lub ewentualnie jednośladu, skazani są tak naprawdę na łaskę sąsiadów i nielicznych prywatnych przewoźników, którzy często zawyżają ceny biletów, licząc na większy zysk.
Jedną z takich "białych plam" są Bieszczady. - Tam problem z komunikacją jest tak naprawdę od zawsze - mówi mi Duszan Augustyn, pochodzący z Leska, który jako dziecko przez lata cierpiał z powodu braku transportu zbiorowego. Teraz prowadzi badania w tej dziedzinie na Uniwersytecie Jagiellońskim. - Wielokrotnie było tak, że musiałem zimą wracać pieszo do domu ze szkoły 5 km, bo ostatni autobus odjeżdżał koło 16.00, czyli jeszcze przed końcem moich lekcji. Teraz połączeń jest jeszcze mniej - opowiada. - To rzeczywistość wielu mieszkańców tego regionu, którzy są pozbawieni jakiegokolwiek transportu publicznego - dodaje. Kiedy nawiązuję do wycofania się przewoźnika Arriva, zaznacza, że kilkadziesiąt bieszczadzkich wsi jest odciętych od świata, a do wielu autobusy docierają najwyżej raz lub dwa razy dziennie. Jak więc radzą sobie ludzie mieszkający w tamtych rejonach? - Młodzi najczęściej po prostu wyjeżdżają - stwierdza. - Ci, którzy zostają, są zmuszeni kupić sobie samochód. Inaczej są całkowicie pozbawieni mobilności - tłumaczy mi, zrezygnowany.
Takie sytuacje zdarzają się niemalże w całej Polsce. Przykładem może być woj. łódzkie. Kuba Lisiecki, uczeń 4 klasy technikum, opowiada mi: - Rano mam autobus o 7:10. Jeśli mam lekcje na 8:00, to spoko, ale jeśli na 8:50, to muszę czekać około 1,5 godziny w szkole, gdy moi koledzy z klasy jeszcze śpią. Kończę lekcje zazwyczaj o 15:05, a autobus o tej samej godzinie odjeżdża z mojego przystanku, więc nie mam szans na niego zdążyć. Kolejny mam dopiero o 16:40. Muszę ponad 1,5 godziny czekać. Chcąc czy nie, muszę coś w tym czasie robić, więc najczęściej przesiaduję w galerii handlowej - tłumaczy.
Ostatni autobus do wsi Kuby odjeżdża o 19.00, więc nie ma możliwości spędzić czasu ze znajomymi. - U mnie nie ma spontanicznych wyjść. Wszyscy moi znajomi piszą do siebie "Wyjdziesz za 5 minut?" i po prostu wychodzą. Do mnie trzeba pisać co najmniej kilka godzin wcześniej, a najlepiej dzień wcześniej - opowiada. Jeszcze trudniej jest w weekendy. W sobotę Kuba ma do wyboru dwa autobusy do pobliskiego miasta - o 9.00 i 12.00. - Wiadomo, że w sobotę czy niedzielę nie ma nawet szans się ze mną spotkać. Pracować w weekend też nie mogę, bo nie mam jak dojechać ani wrócić - twierdzi.
(...)
- Transport zbiorowy to nie jest kolejna przestrzeń rynkowa, ale narzędzie, którym można kształtować potencjał regionu i mieszkańców. Wiele krajów europejskich już dawno to zrozumiało, my jeszcze nie - podkreśla Duszatyn Augustyn. - Mimo, że połączenia mogą często nie przynosić dochodów, koszty społeczne wykluczenia transportowego są o wiele wyższe. Potrzeba jednak odpowiedniej polityki transportowej - dodaje.
gazeta.pl
Po trzecie, rozprzestrzenianie się nowoczesnych technologii i ich natychmiastowa integracja w rozwiązaniach B2C (ang. business-to-consumer) prowadzi do zmiany struktury rynku. Rozwój internetu umożliwia znaczny spadek kosztu poszukiwań produktów przez konsumentów co prowadzi do spadku marż sprzedawców (Salop, 1989). Dzięki rozwojowi technologii cyfrowych niższy jest również koszt zmiany cenników, a szybkie porównywanie cen i jakości oferowanych dóbr i usług stało się możliwe. Sprzyja to wzrostowi przejrzystości rynku, skraca łańcuch dostaw (De Prince i Ford, 1999), a potrzeby konsumentów szybciej i taniej są zaspokajane przez ofertę przedsiębiorców. W efekcie zarówno tradycyjni, jak i internetowi sprzedawcy są zmuszeni do utrzymywania niskich cen w warunkach zbliżonych do doskonałej konkurencji (Wadhwani, 2000). Adaptacja nowoczesnych technologii ułatwia również konkurowanie na rynku globalnym dzięki niskim barierom wejścia na lokalne rynki (OECD, 2017), co znacznie utrudnia utrzymanie geograficznych monopoli (Trainer, 2016) i obniża premię monopolistyczną, a w skrajnych przypadkach może prowadzić do agresywnej konkurencji celem przejęcia udziałów w lokalnych rynkach (ang. race to the bottom of prices). Z drugiej strony rozwój nowoczesnych technologii może sprzyjać wzrostowi koncentracji rynku i pojawianiu się tzw. superfirm (ang. superstar firm), które po osiągnięciu optymalnego poziomu marż – oszczędności z tytułu automatyzacji produkcji przenoszą na konsumentów (Korinek i Ng, 2017). W dodatku, w myśl teorii o rynku kontestowalnym (ang. contestable market theory), przedsiębiorstwa te zazwyczaj nie mogą wykorzystać swojej dominującej pozycji na rynku celem zwiększenia marż, gdyż niewielkie bariery wejścia umożliwiają szybkie i łatwe kopiowanie modeli biznesowych przez nowe podmioty. W efekcie, obecność tych firm na rynku może prowadzić do wzrostu konkurencji, spadku rentowności i niższego tempa wzrostu cen przy jednoczesnym wzroście koncentracji rynku (jest to tzw. efekt Amazona).
obserwatorfinansowy.pl
środa, 8 maja 2019
Od kilku lat mówi się coraz więcej o uzależniających, manipulacyjnych mechanizmach stosowanych przez twórców aplikacji i gier. Jednym z najskuteczniejszych krytyków firm, które stosują te mechanizmy jest Tristan Harris, współtwórca pojęcia Time Well Spent oraz organizacji Center for Humane Technology. Na problem zaczęli zwracać uwagę nawet byli pracownicy i inwestorzy największych gigantów z Doliny Krzemowej. Wszyscy oni uważają, że w pogoni za uwagą użytkowników stosowane są praktyki, które są szkodliwe zarówno dla pojedynczych ludzi, jak i całych społeczeństw.
O jakich manipulatorskich mechanizmach mówimy? Do najpowszechniejszych należą:
Losowa nagroda – użytkownik aplikacji Facebooka nigdy nie wie ile powiadomień zobaczy, gdy sięgnie po smartfon. To mechanizm znany dobrze w branży hazardowej – losowa nagroda uzależnia silniej niż taka, którą możemy przewidzieć.
Informacje zwrotne – lajki i komentarze pod wpisem wywołują emocje u autora i komentujących osób. Dla osoby dającej lajka to tylko kliknięcie, dla odbiorcy sygnał „zostałem doceniony”. Komentarze z kolei prowokują do niekończących się dyskusji („jak mogę nie odpowiedzieć?”).
Szybkość komunikacji – „Muszę zareagować na ten głupi komentarz natychmiast, bo za 30 minut nikt już nie będzie o tym pamiętał.”
Powiadomienia o tym, że odbiorca przeczytał wiadomość – „jeśli zobaczył wiadomość, to dlaczego nie odpisuje?” I w drugą stronę: „ok, on wie, że przeczytałem tę wiadomość. Wypada jakoś zareagować.”
Wywoływanie silnych emocji – o tym, co widzimy w mediach społecznościowych decydują algorytmy, a one premiują treści, które wywołują silne emocje.
Niekończący się strumień treści – nie da się przewinąć instagramowego feedu do końca, tak samo, jak nie da się obejrzeć wszystkich filmów, które podsuwa nam automatycznie YouTube. To my musimy podjąć decyzję i wyjść z aplikacji.
Ta lista to tylko czubek góry lodowej. Technik stosowanych przez twórców aplikacji jest znacznie więcej.
gazeta.pl
Przyglądając się rzeczywistości polskiego stalinizmu, trzeba też zwrócić uwagę na postawy „zwykłych Polaków” wobec niego. Nie były one jednoznaczne, składały się raczej na barwną mozaikę poparcia, oporu i przystosowania. Akceptację dla przemian wyrażali chociażby ideowo zaangażowani członkowie Związku Młodzieży Polskiej, z entuzjazmem uczestnicząc w akcjach kolektywizacyjnych. Władza odwoływała się bowiem do emocji młodzieży, oferując jej poczucie sensu, odgrywania doniosłej roli w dziejowych przeobrażeniach. Ale zawodowy aparat ZMP, PZPR, a także struktury takie jak milicja czy wojsko były też po prostu przestrzenią kariery połączonej z awansem społecznym. W te szeregi masowo napływały nie homunkulusy wyhodowane przez Minca i Bermana, lecz dzieci polskich robotników i chłopów. I to oni występowali często w roli władzy, która zastraszała i biła swoich dawnych sąsiadów.
Awans społeczny następował też dzięki bezpłatnej edukacji oraz przenosinom setek tysięcy ludzi ze wsi do miasta, co stało się udziałem setek tysięcy ludzi. Choć warunki, na jakie natrafiali tam młodzi chłopi, bywały często dramatyczne, już samo znalezienie się w mieście, fabryce czy na ogromnej budowie otwierało szansę wielkiej życiowej zmiany. Wobec nieufności do „burżuazyjnych specjalistów”, robotników masowo awansowano w strukturze zawodowej. W 1949 roku około 15 tysięcy pełniło funkcje kierownicze – trzy lata później było to już 36 tysięcy. Co czwarty dyrektor lub naczelnik należący do partii swoje stanowisko uzyskał na drodze bezpośredniego awansu z pracy fizycznej. Ich kompetencje bywały często wątpliwe, na szczęście często mieli u boku apolitycznych fachowców, z których wcale nie zamierzano zrezygnować.
Nastąpiło spłaszczenie zarobków pracowników fizycznych i umysłowych, poprawiły się nieco standardy mieszkaniowe: w 1950 roku 42,4 procent lokali dysponowało wodociągiem, a 25 procent ustępem, pięć lat później było to 47 procent i 31 procent. Praca – jaka by ona nie była – stała się dobrem powszechnym w kraju, który 20 lat wcześniej żył w cieniu grozy masowego bezrobocia (aczkolwiek wciąż zdarzało się bezrobocie lokalne). Właśnie w okresie stalinowskim widma głodu pozbyła się polska wieś. Jak jednak zauważył Dariusz Jarosz, jeden z najwybitniejszych historyków badających te zagadnienia, było to bardziej wychodzenie z nędzy niż biedy, która wciąż była powszechnym doświadczeniem. Trudno oczywiście winić za polską biedę jedynie komunizm – była to bowiem spuścizna odziedziczona po w poprzednich okresach naszej historii. Nie chodzi tu tylko o katastrofę dwóch wojen światowych: (...), z nędzą i wykluczeniem nie umiała sobie poradzić również II Rzeczpospolita. Wyzysk robotników i chłopów były praktyką komunistycznej władzy – i jednocześnie głęboko zakorzenionym w poprzednich generacjach doświadczeniem milionów Polaków.
Ta niesprawiedliwość rodziła też jednak postawy buntu. Choć władze nakręcały (i same jej ulegały) psychozę obaw przed „sabotażystami” sypiącymi piach w tryby Planu, choć w fabrykach działały Referaty Ochrony, czyli ekspozytury UB walczące z „wrogiem”, w latach 1949–1952 wybuchło co najmniej 430 strajków, z reguły krótkotrwałych i bez zorganizowanego kierownictwa. Wiosną 1951 roku protestujący górnicy prawie pobili wiceministra. Reakcją władz były zaś zarówno groźby i represje – jak i ustępstwa. Przeciwko kolektywizacji aktywnie występowali chłopi: tylko między czerwcem a wrześniem 1953 roku naliczono 128 takich wystąpień, w których wzięło udział ponad 2,5 tysiąca osób (aresztowano 53). W 1950 roku takie protesty pod Starachowicami przerodziły się w bójki z aktywistami ZMP; trzy lata później w innym miejscu protestujący chłopi nie dopuścili do przeprowadzenia pomiarów gruntu i pobili gminnego sekretarza partii.
Z tego, że strajki nie są wynikiem działalności reakcji, ale ciężkich warunków życiowych i rozchodzenia się haseł propagandowych z rzeczywistością, zdawali sobie sprawę również niektórzy działacze PZPR. Od swoich zwierzchników słyszeli jednak, że ulegają nastrojom społecznym (zamiast je kształtować) i nie rozumieją znaczenia każdej wydobytej tony węgla – a na tym tle również panowała prawdziwa psychoza. Na poziomie zakładu pracy czy urzędu gminy „władzy” od „społeczeństwa” nie musiał oddzielać nieprzenikalny mur. Rzeczywistością był nie tylko totalitarnie spójny scenariusz ideologiczny, ale również lokalne układy. Swoje gry z PZPR prowadzili na przykład dyrektorzy przedsiębiorstw. Jesienią 1948 roku w pewnym kole partyjnym w województwie olsztyńskim nie udało się przeprowadzić czystki przeciwko „odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznemu”, bo okazało się, że prawie wszyscy jego członkowie byli ze sobą spokrewnieni. Choć setki tysięcy chłopów skazano za nielegalny ubój albo niewykonanie dostaw obowiązkowych, to wielu tych kar nigdy nie wyegzekwowano, a parasol ochronny roztaczali między innymi sołtysi. W innych przypadkach wytwarzały się kliki lokalnych działaczy i urzędników dbające o głównie o swój interes. Do tego dochodziły takie strategie radzenia sobie z ciężkim polskim życiem jak korupcja, malwersacje i czarny rynek.
kulturaliberalna.pl
Według niego rozziew ten najmocniej ujawnił się w wyobrażeniu, że polityka dużo może i dużo sprawia. W rzeczywistości była raczej bierna i bezsilna. W wyobrażeniu niemal wszystko zależało od niej, w rzeczywistości zależało niewiele. Okazało się też, że ciekawsze od samej polityki stają się z czasem złudzenia na jej temat. Zdaniem Krasowskiego, większość z nich wyrasta z czegoś głębszego – z kurczowego oporu przed prawdą, który pojawia się zawsze, gdy w centrum uwagi staje polityka własnego kraju i własnej epoki . "Ten opór nie jest zwykłym błędem umysłu, jest jego protestem. Odmową przyjęcia do wiadomości obrazu realnej polityki. Odmową, która polityce towarzyszy od zawsze" – twierdzi.
"Dlatego obywatel realnej polityki nie widzi i dostrzec nie może. Wierzy w inną, lepszą równie mocno, jak inni wierzą w Boga. To go czyni odpornym na fakty. Obywatel broni swoich wyobrażeń wytrwale i zaciekle, wbrew doświadczeniu i wbrew logice. Chętnie zagląda za kulisy polityki, ale równie chętnie zapomina, co tam zobaczył. Bo nie szuka dowodów na to, że jego boga nie ma, ale potwierdzenia, że on tam jest. Że w polityce istnieją narzędzia budowy lepszego świata. I że możliwość tej naprawy jest na wyciągnięcie ręki" – dodaje.
(...)
"Mieszkańcy demokracji zbyt pospiesznie uwierzyli, że polityka została ujarzmiona. Że demokracja zmieniła ją w udomowione zwierzątko (...) Książka nie opisuje bieżących wydarzeń. Ale je tłumaczy. Bo to, co się w Polsce dzieje, ilustruje główne tezy książki. Partię traktującą władzę i państwo jak własność prywatną. Zarozumiałe elity, które nic nie pojmują z polityki, przez co są niezdolne stawić jej czoła. Zdezorientowany demos, miotający się w kręgu niemądrych decyzji. I obojętną na nich wszystkich rzeczywistość. Konflikt przeżywany przez wielu jako apokalipsa nie jest niczym nowym. Jest kolejnym rozdziałem tego, co zawsze. Może bardziej gorącym. Ale nawet to nie jest pewne" - przekonuje dalej Robert Krasowski.
Na kolejnych stronach obala liczne mity czy wyobrażenia o polityce i demokracji, którą żyje wielu z nas. Mówi wprost: obywatele nie analizują realnej polityki, oni kurczowo bronią swojej. Potrafią patrzeć, a nie widzieć. Potrafią zobaczyć i chwilę potem zapomnieć. Nie można ich uświadomić ani przez uszy, ani przez oczy. "Z tej postawy zrodziły się po 1989 roku nowe obywatelskie praktyki. Ich głównym mechanizmem było zapomnienie. Skupieni na marzeniach, obywatele nie chcieli pamiętać przeszłości. Każdego dnia polityka zaczynała się dla nich na nowo. Dzień w dzień czytali tą samą powieść. Zawsze ciekawi, jak tym razem się skończy. Zapominali, że każdy polityk, w którego wierzyli, ich zawiódł. Zapominali, że żaden nie zrobił tego, co zapowiedział" – twierdzi.
"Gdy z kolejnych kadencji wykreślimy nazwiska i twarze polityków, zobaczymy wiecznie to samo widowisko, tę samą fabułę, ten sam kalendarz. Zobaczymy zachowania, które pozornie ogniskują się wokół konkretnych wydarzeń i konkretnych polityków. Ale naprawdę są rytuałami odklejonymi od realnych wydarzeń i od realnych polityków. Obywatele nie śledzą polityki. Nie próbują jej zrozumieć. Odmawiają zapamiętywania dawnych doświadczeń. Ich zachowania są rytuałami wiary w znaczenie polityki. Są rytuałami jak każde święta – co roku te same piosenki, te same rekwizyty, te same stroje. Obywatele pozbawili politykę treści, zostawiając sobie czyste emocje" – dodaje.
"W Polsce po 1989 roku zobaczyliśmy polityków zacięcie walczących o władzę. Nie byli skończonymi cynikami, ale walka o władzę tak mocno ich absorbowała, że na rządzenie czasu nie mieli. Gdy jednak czasem próbowali rządzić, odnosili głównie porażki. Nie z własnej winy, po prostu natrafiali na ścianę. Raz był to opór polityki – złośliwość opozycji albo oportunizm własnego zaplecza – innym razem był to opór ze strony rzeczywistości. To sprawiło, że państwo w swoich działaniach rzadko wykraczało poza administracyjną rutynę. Poza działania podejmowane poniżej poziomu politycznego, wyznaczone przez aktywność urzędników oraz nacisk rzeczywistości, lokalnej i globalnej" – wylicza dalej autor.
"Mimo tak wątłego udziału polityki rzeczywistość niezbyt ucierpiała. A przecież przez kraj przetaczały się wielkie procesy. Kruszyła się władza autorytarna, załamała się gospodarka komunistyczna, tworzyła się demokracja, wolny rynek oraz prywatna gospodarka. Na geopolitycznej mapie również zmieniało się wszystko – nowi sąsiedzi za granicami, wprowadzający nowe porządki, co rodziło nowe sojusze. Trwający przez pół wieku układ z Moskwą został zamieniony na wojskowy sojusz z Waszyngtonem, polityczny z Brukselą i ekonomiczny z Berlinem. Tak wielkie zmiany nawet w skali długiego życia państw zdarzają się rzadko. A jednak powiodły się w całości, mimo że polscy politycy nawet nie próbowali nimi pokierować" – czytamy dalej.
(...)
Kolejny raz też przypomina prostą prawdę: wszystkie wydarzenia w walce o władzę mają drugie dno. Brudne, mroczne, ukryte przed okiem publicznym. "Kiedy te wszystkie brudne gry się przetoczą, przychodzi konwencjonalna wiedza i udaje, że wydarzenia rozumie. Ale rozumie tyle, co dziecko patrzące na prostytutkę idącą w południe do sklepu. Nawet się nie domyśla, co ta pani robi nocami. Powszechna wiedza o polityce, nawet gdy jest mocno krytyczna, jest opisem tego, co oficjalne. Jest krytyką tego, co polityk robi w dzień. Ale nie sięga w prawdziwą noc" – tłumaczy.
I dodaje kolejną prawdę, której często nie chcemy znać - tam, gdzie opinia publiczna szuka u polityków planu albo krytykuje ich brak, zazwyczaj jest... czekanie na przypadek. "Konwencjonalna wiedza nie wychwytuje głównych parametrów walki o władzę. Bo się przeciw nim buntuje. Buntuje się przeciw brudowi jej motywacji, brutalności metod, przypadkowości rozgrywki. Inteligentni obserwatorzy buntują się najmocniej, co sprawia, że w opisie polityki mylą się najbardziej" – pisze Krasowski.
onet.pl
poniedziałek, 6 maja 2019
Zaczyna sięgać po hasła socjal-radykalne. O ile jeszcze w marcu 1990 roku apelował do klasy średniej, to już w listopadzie popiera strajkujących robotników i ostro krytykuje prywatyzację. Bezpardonowo walczy z żydowskim spiskiem, w którym tkwią praktycznie wszyscy: Wałęsa, Solidarność, Kościół Katolicki z Papieżem włącznie i inne endeckie organizacje. Żydzi rządzą tak Watykanem, jak i Waszyngtonem, są fatum losu Polaków. Powstanie Warszawskie? Żydzi! Jałta? Żydzi! Stalinizm? Żydzi! Aborcja? Żydzi! Alkoholizm? Żydzi! Magdalenka – wiadomo, umowa Żydów z Żydami.
Żydzi w partii. Żydzi w seminariach, Żydzi mają punkty za pochodzenie i specjalne dopłaty do pensji. Dawni przyjaciele czy dawni wrogowie, nieważne. Dziś to wszystko to Żydzi. A jak nie Żydzi to agenci Mossadu, KGB, SB i CIA. Opanowali „wojsko, policje, sadownictwo, urzędy centralne, naukę, szkolnictwo, sztukę, gospodarkę, finanse, prasę, radio i telewizję”. Żydzi kierują, Polacy pracują. Bogacą się Niemcy. Oprócz tego: turbosłowianizm, aryjski rodowód, promocja rodzimowierczych świąt zamiast kościelnych.
Tejkowski głosi też swoje teorie genetyczne dotyczące różnych polityków. Wałęsy ojcem na przykład miał być, służący w wojsku niemieckim, Żyd Kohne. Zdaniem Tejkowskiego bronił w 1945 roku Gdyni przed armią radziecką. Wraz ze swym oddziałem zdążył się wycofać drogą morską na zachód Niemiec i tam poddał się Amerykanom. Udowodnił swoje, ukrywane przed Niemcami żydostwo i został zabrany do USA, gdzie umarł w dostatku. Wałęsę wychowywał zaś brat ojca, który pozostał w Polsce. Stąd prawdziwe nazwisko prezydenta brzmi oczywiście Lejba Kohne.
Sytuacja zmienia się dla Tejkowskiego diametralnie 4 lipca 1991 roku, kiedy „Wyborcza” publikuje z nim długi wywiad. Z dnia na dzień staje się najbardziej znanym nacjonalistą w Polsce. Wprost bombarduje świat odezwami. 25 lipca: Księża Polacy!, 26 lipca: Robotnicy Polscy!, 27 lipca: Chłopi Polscy!, 28 lipca: Młodzi Polacy! 29 lipca: Do narodu Polskiego! Do wszystkich Polaków-wyborców!. Te wysiłki zdają się jednak na niewiele. Listy udaje się zarejestrować tylko w dwóch okręgach, a partia zdobywa 27 października zaledwie 5262 głosy (0,05%). Niezależnie od tego, do jednej grupy jego przekaz trafi świetnie. Do skinheadów.
Zaczynają masowo napływać do jego organizacji. Już 15 lutego 1992 roku na pierwsze strony gazet trafi demonstracja PWN-PSN w Zgorzelcu. Tłum czterystu skinów wyrusza spod dworca, bijąc napotkanych po drodze Niemców i udaje się w kierunku granicy, gdzie zostaje zatrzymany przez policje i brygadę antyterrorystyczną. Tam pali flagę Izraela i poniewiera niemiecką. Policja siłą spycha skinów z powrotem na dworzec i aresztuje kilkunastu z nich. Tejkowski szumnie zapowiada kolejne demonstracje które maja przerodzić się w „Marsz na Warszawę”.
(...)
Przez cały czas Tejkowski jest poszukiwany przez policję. Zawiadomienie składa senator Zbigniew Romaszewski. Zarzuty: nawoływanie do waśni na tle narodowym i lżenie organów władzy. Konkretnie lży on ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę, papieża Jana Pawła II, Episkopat, a przede wszystkim Żydów. Poszło o wypowiedzi i treść ulotek z wyborów 1991 r., gdzie stwierdzał między innymi: „Solidarność żydowska z Wałęsą na czele sprzedaje Polskę”, „W niszczeniu WP bierze udział zjudaizowany Episkopat” i „Nie miejmy skrupułów wypowiedzieć Żydom w Polsce wojnę”.
9 i 24 kwietnia 1992 roku nie stawia się na badania psychiatryczne. Kieruje go na nie przewodniczący składu orzekającego po tym, jak wyliczając Żydów ukrywających swe pochodzenie pod przybranymi nazwiskami, Tejkowski wymienia również jego. 12 maja prokurator wydaje nakaz aresztowania, a w czerwcu wystawiony zostaje za nim list gończy. Pozostaje jednak nieuchwytny, a 29 maja rozmawia nawet telefonicznie z Wałęsą. Ukrywa się we Wrocławiu w mieszkaniu jednego ze swoich młodych zwolenników.
krytykapolityczna.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
