Jak twierdzi Olga Romanowa, szefowa organizacji praw człowieka wspierającej więźniów i oskarżonych „Ruś Sidjaszczaja” (pol. Ruś Odsiadująca) werbunek więźniów do udziału w wojnie przeciwko Ukrainie rozpoczął się już w pierwszych dniach pełnowymiarowej inwazji. Zaangażowana była w to Federalna Służba Bezpieczeństwa i Federalna Służba Więzienna wraz z tzw. grupą Wagnera. Zdaniem obrończyni praw człowieka, na początku były to wizyty w koloniach, gdzie odsiadywali wyroki byli pracownicy służb mundurowych. Jednak akcja nie odniosła znaczących rezultatów.
Druga fala miała miejsce wiosną, a trzecia – najbardziej aktywna faza naboru – rozpoczęła się pod koniec czerwca i objęła więzienia aż po sam Ural. Więźniom obiecuje się ułaskawienie, jeśli pozostaną przy życiu po sześciu miesiącach działań wojennych.
Obecność skazańców na froncie zostały już potwierdzona przez obrońców praw człowieka i dziennikarzy. Zostali rozpoznani na przykład filmikach pokazujących udział wojskowych z Czeczenii w wojnie na Ukrainie.
Jednym z głośniejszych wydarzeń ostatnich dni jest wizyta w jednej z kolonii w obwodzie riazańskim biznesmena, „kucharza Putina” Jewgienija Prigożyna, którego media nazywają sponsorem najsłynniejszej w kraju najemniczej formacji wojskowej – grupy Wagnera. Informacje o wizycie biznesmena w kolonii karnej potwierdzają Olga Romanowa i Władimir Osieczkin, założyciel projektu obrony praw człowieka Gulagu.net. Sam Prigożyn nie wypowiadał się na temat tej wizyty.
– Kiedy po raz pierwszy otrzymałem informację o jego przylocie do kolonii helikopterem, nie uwierzyłem. Ale potem dostałem tę informację z kilku źródeł. Był też w jednej z kolonii w Petersburgu – powiedział Osieczkin w komentarzu dla Vot Tak.
Według informacji, jakimi dysponuje szef organizacji, w strefie działań wojennych lub w drodze do niej jest już ponad tysiąc skazanych. „Ruś Sidjaszczaja” posiada informacje o 400 więźniach z obwodu leningradzkiego i nowogrodzkiego, którzy trafili na front, ale organizacja uważa, że trafiło tam ponad tysiąc skazańców z całego kraju.
– Według dostępnych danych chodzi o werbunek nawet 20 tys. osób, ale pierwsza faza rekrutacji byłych oficerów z doświadczeniem bojowym w lutym i marcu zakończyła się niepowodzeniem. Nie są głupcami, żeby się na to zgodzić. Jak mi powiedziano, jeden z byłych oficerów sił specjalnych powiedział funkcjonariuszom, że wolałby „dać im po gębie” i dostać dłuższą karę, niż pójść na śmierć – mówi Osieczkin.
Portal Ważnyje Istorii (ros. Ważne Historie) informował wcześniej, że żołd skazanych ma wynosić około 200 tys. rubli (ok. 15 tys. zł) miesięcznie, wypłata za odniesienie poważnego ranienia – 300 tys. rubli (ok. 24 tys. zł), a za śmierć – 5 milionów rubli (ok. 400 tys. zł), które zostaną przekazane rodzinie.
Zdaniem Olgi Romanowej więźniowie są rekrutowani, ponieważ brakuje chętnych do wstąpienia od armii. Druga przyczyna to brak bliskich krewnych. O los skazańców nie trzeba będzie martwić się tak, jak o losy oficerów i żołnierzy kontraktowych – więźniów można pominąć w listach ofiar.
– Tylko 10 proc. skazanych ma bliskich krewnych, którzy interesują się ich losami. Zostaną wysłani na śmierć jak sieroty w pierwszych dniach wojny i nikt nie będzie żądał wyjaśnień ani domagałs się odbioru ciał. Osoby skazane za poważne przestępstwa mają też bardzo mało do stracenia. Poza tym w rosyjskich więzieniach przebywa wiele osób z tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych i jest to dla nich szansa na powrót do domu – wyjaśnia Romanowa.
Według rozmówców Vot-Tak więźniowie mają być wykorzystani w najtrudniejszych obszarach działań bojowych, m.in. jak saperzy czy członkowie grup szturmowych, mimo że nie przeszli niezbędnych szkoleń.
– Ci ludzie są postrzegani jako gorszy sort, mięso armatnie. W Federalnej Służbie Bezpieczeństwa szkolenie saperów trwa około 10 lat, na przygotowanie specjalistów wydaje się mnóstwo pieniędzy. Ale na wojnie wielu z nich zginęło i trzeba uzupełnić szeregi. Jeśli trzeba podjąć ryzyko, to wolą wysłać na śmierć dwóch czy trzech skazańców, żeby to oni zajmowali się bombami, niż stracić jednego wyszkolonego żołnierza. Więźniów będą wykorzystywać także do walki z bliskie i średnie dystanse, będą rzucani na śmierć, by ułatwić innym posuwanie się naprzód i ujawnić położenie punktów ostrzału wroga – mówi Osieczkin.
Jak twierdzi obrońca praw człowieka, na wojnę nie są brani przestępcy seksualni, tacy jak gwałciciele czy pedofile ze względu na ich niski status w więziennej hierarchii. Podobnie dzieje się ze skazanymi, którzy współpracują z więzienną administracją.
– Istnieje tak zwana „brygada zabójców”, do której rekrutuje się osoby skazane za poważne przestępstwa, takie jak morderstwo. Zamiast 10-15 lat w więzieniu, proponuje się im walkę i wyjście na wolność. Niektórzy decydują się na podjęcie ryzyka – powiedział szef Gulagu.net.
Wśród więźniów, którzy zgodzili się iść na front, są skazani zbliżający się do końca wyroku lub podlegający warunkowemu zwolnieniu. Podpisują oni kontrakt dotyczący pracy w jednej z firm związanych z wojskowymi grupami najemniczymi albo w dokumentach wyrok więzienia jest zastępowany inną formą kary, np. pracą przymusową.
Z pozostałymi sytuacja jest bardziej skomplikowana. De iure kontynuują odbywanie kary, de facto przebywają na terytorium innego państwa. Najpierw muszą nagrać wideo i napisać specjalne oświadczenie, że zdecydowali się iść na wojnę dobrowolnie: jest to potrzebne na wypadek procesu, jaki mogą wytyczyć krewni zabitego lub poranionego więźnia. To, co się dzieje, Osieczkin nazywa „zwykłą zbrodnią wojenną”: skazańców prawnie nie zwalnia się z kary, ale obiecywane jest im ułaskawienie, a nawet medale – jeśli więźniowi uda się przeżyć.
– W jednej z kolonii do dokumentów tych skazańców wpisano przeniesienie do Kostromy, ale w rzeczywistości wysłano ich do Rostowa nad Donem. Tam są szkoleni, wyposażani w sprzęt, a ci, którzy mogą planować ucieczkę lub przejście na stronę Ukrainy, są odsiewani przy pomocy donosicieli. Takich więźniów odsyła się do zakładów karnych z bardziej surowymi warunkami lub do kolonii, gdzie stosowane są tortury – powiedział obrońca praw człowieka.
Według Olgi Romanowej więźniowie nie podpisują żadnych umów, a wysyłanie ich na front jest rażącym naruszeniem prawa.
– Federalna Służba Więzienna tak naprawdę nielegalnie wysyła więźniów na wojnę. W zasadzie mówi się im, że 20 proc. z nich zostanie przy życiu, ale myślę, że biorąc pod uwagę ich szkolenie i zadania, jakie wykonują, procent jest znacznie niższy. Jednak na tego rodzaju naruszenia poskarżyli się krewni tylko jednego skazańca. Wszyscy pozostali dzielą się informacjami, ale boją się publicznie wnosić skargi, żeby nie pogorszyć sytuacji. A w rzeczywistości wszyscy czekają na pieniądze za ranienie lub śmierć – mówi Romanowa.
belsat.eu