wtorek, 8 listopada 2022


Siły rosyjskie rozpoczęły ofensywę na ukraiński garnizon w Pawliwce na południowy zachód od Doniecka 2 listopada, by przejąć kontrolę nad kluczowym szlakiem zaopatrzeniowym. Cztery dni później 155 Brygada Piechoty Morskiej w liście do gubernatora regionu na Dalekim Wschodzie, gdzie jednostka na stałe stacjonuje, obwiniła swoich dowódców o stratę 300 ludzi.

List został zacytowany przez prowojenną blogerkę Anastazję Kaszewarową i prokremlowski kanał Szara Strefa na Telegramie. Korespondent wojenny państwowych mediów rosyjskich Aleksander Sładkow ujawnił istnienie listu, choć nie odważył się go zacytować.

Żołnierze z Władywostoku z Kraju Nadmorskiego oskarżyli swojego bezpośredniego dowódcę i szefa Wschodniego Okręgu Wojskowego o to, że mimo niekorzystnej sytuacji strategicznej wymusił atak na Pawliwkę "dla dobra swoich raportów i nagród". "Straciliśmy około 300 zabitych, rannych i zaginionych w ciągu czterech dni w wyniku »starannie« zaplanowanej ofensywy »wielkich dowódców«" — czytamy w liście.

Brytyjski analityk wojskowy Rob Lee, cytując rosyjskiego korespondenta wojennego Aleksieja Sukonkina, napisał w piątek, że w ciągu dwóch dni zginęło 63 członków brygady — to więcej żołnierzy rosyjskiej piechoty morskiej, niż zginęło podczas całej pierwszej wojny czeczeńskiej w połowie lat 90.

"Dowództwo okręgu wraz z [dowódcą brygady] ukrywają [wysokość strat] w obawie przed odpowiedzialnością" — napisali żołnierze w liście. "Nie zależy im na niczym innym niż na popisywaniu się [pod raportami]. Nazywają ludzi mięsem armatnim".

Oskarżając swoich przywódców o to, że korzystają z ochrony szefa Sztabu Generalnego Walerija Gierasimowa, autorzy listu zwrócili się do gubernatora Kraju Nadmorskiego Olega Kożemjako o wysłanie niezależnej komisji, która zbada okoliczności akcji w Pawliwce. Kożemjako odpowiedział dziś na list żołnierzy powołując komisję, która ma zbadać skargę "pod kątem ewentualnej dezinformacji ze strony ukraińskich służb wywiadowczych".

onet.pl/The Moscow Times

Jeden z dokumentów stwierdza, że kierunek chersoński jest "najtrudniejszy dla armii rosyjskiej na obecnym etapie operacji specjalnej". Propagandystom proponuje się wyjaśnienie tej sytuacji faktem, że Ukraina będzie chciała zademonstrować "zdolności bojowe jej formacji terrorystycznych w celu zwrócenia się o nową pomoc z Zachodu":

Kijów nie będzie się liczył z własnymi stratami – gotów jest zniszczyć życie dziesiątków tys. swoich i innych ludzi na rzecz nowych okopów i dostaw broni. Wojska rosyjskie starają się ratować życie cywilów. To właśnie niebezpieczeństwo zmasowanego uderzenia na miasto przez ogromną grupę nacjonalistów podyktowało ewakuację ludności cywilnej z miasta na lewy brzeg Dniepru.

(...)

Jako kolejny powód do ewentualnego wycofania się z Chersonia instrukcja stwierdza, że Ukraina i państwa NATO "rzuciły wszystkie swoje siły" właśnie na ten kierunek frontu, a to grozi "ogromnym rozlewem krwi":

Zełenski chce zrobić krwawy spektakl dla całego świata, przedstawić ukraińską armię jako męczenników i zażądać nowych pieniędzy. Wróg chce, aby Chersoń stał się pułapką dla Rosji, polem bitwy z dziesiątkami tysięcy ofiar. Ukraińska armia planuje przeprowadzić atak terrorystyczny, niszcząc elektrownię wodną w Nowej Kachowce. Jej uszkodzenie może stać się "pułapką" dla naszych żołnierzy. W takim przypadku osady z cywilami zostaną zalane, nasze wojsko znajdzie się w kotle i nawet nie będzie w stanie podjąć walki – po prostu zostanie zmyte.

(...)

Dwa źródła Meduzy zbliżone do Kremla zauważają, że władze rosyjskie postrzegają teraz kapitulację Chersonia jako "niepożądany", ale "prawdopodobny" scenariusz na froncie. Wcześniej rosyjscy przywódcy niejednokrotnie mówili, że "Rosja będzie tam na zawsze".

Jednocześnie bliscy Kremlowi rozmówcy Meduzy zastrzegali, że sytuacja w tej części frontu nie zależy od Rosji, ale od działań Ukrainy. – Jeśli nie będzie zmasowanej kontrofensywy, nie będzie kapitulacji – wyjaśnił jeden z nich. – Jeśli do niej dojdzie, to stanie się to bardzo prawdopodobne – dodał.

Ostateczną decyzję o wycofaniu się z Chersonia będzie musiał podjąć osobiście Putin, z udziałem osób z jego "wewnętrznego kręgu".

Jednocześnie Kreml rzekomo nadal spodziewa się, że armia rosyjska będzie w stanie rozpocząć nową ofensywę na dużą skalę na początku przyszłego roku. Obecnie coraz częściej mówi się o ewentualnych negocjacjach z Ukrainą, aby zyskać czasie i przygotować jak największą liczbę żołnierzy dzięki prowadzonej mobilizacji. Odessa może być jednym z możliwych celów tej ofensywy.

onet.pl/Meduza

„Washington Post" opisuje, że amerykańcy urzędnicy deklarują poparcie dla Kijowa „tak długo, jak to będzie potrzebne". Podobne wnioski płyną z wizyty Jake'a Sullivana w ukraińskiej stolicy i z komunikatu Białego Domu o „niezachwianym" wsparciu dla Kijowa. W tzw. międzyczasie Waszyngton nie zamknął poufnych kanałów rozmów z Moskwą. W trakcie wojen nie jest to odosobniona praktyka. Zwłaszcza, że Amerykanie ostro reagowali po groźbach użycia broni atomowej przez Rosję. Powoli poznajemy kulisy tych rozmów. Media znad Potomaku opisują rozmowy doradcy prezydenta USA Joe Bidena ds. bezpieczeństwa narodowego – wspomnianego Sullivana – z sekretarzem rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Nikołajem Patruszewem oraz doradcą prezydenta Rosji ds. polityki zagranicznej Jurijem Uszakowem. Głównymi tematami miała być sprawa zagrożenia eskalacji wojny oraz groźby użycia broni nuklearnej przez Kreml.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podpisał dekret przygotowany przez Radę Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy, z którego wynika, iż niemożliwe jest negocjowanie z prezydentem Federacji Rosyjskiej, Władimirem Putinem. Trudno z resztą dziwić się władzom Ukrainy, która to jest codziennie bombardowana przez Rosję, a duża część jej terytorium jest okupowana przez obce wojska. Waszyngton wszelako nieoficjalnie sygnalizuje by Zełenski oraz reszta administracji zrezygnowała z postulatu nierozmawiania z Putinem i otworzyła się na pokojowe negocjacje. Co ciekawe, zarówno Kijów jak i Waszyngton, uważają że Putin nie traktuje poważnie negocjacji pokojowych. Z resztą wystarczy spojrzeć na to jaką politykę względem rozmów pokojowych prowadził do tej pory (choćby w sprawie Donbasu) – były to jedynie próby wydłużania prowadzonych przez niego wojen i zwiększania siły nacisku na drugą stronę. Moskwa może traktować negocjacje jako „pauzę operacyjną" by przerzucać dodatkowe siły na front. Już porozumienia mińskie na donbaskim froncie pokazały jak cynicznie Putin wykorzystywał je by wiązać ręce Kijowa, uniemożliwić mu ofensywy wyzwalające okupowane terytoria, a ostatecznie sam przeprowadził frontalną inwazję. Presję by podjąć negocjacje powoduje także sytuacja humanitarna. Celowo Kreml planował zniszczenie krytycznej infrastruktury w Ukrainie, by brać ludność cywilną „chłodem i głodem". W Siłach Zbrojnych Federacji Rosyjskiej korupcja i nieudolność jest na wysokim poziomie, ale nawet tam muszą mieć wiedzę, że zima będzie trudna nie tylko dla Ukraińców ale i tkwiących w okopach rosyjskich żołnierzy. To oznacza jeszcze niższe morale oraz zdolność do walki. Wysyłani pospiesznie na front „mobicy" nie tylko nie zmienili sytuacji operacyjnej, ale wręcz zainicjowali liczne bunty i dezercje. Cokolwiek Patruszew zadeklarował Sullivanowi ten powinien podzielić to przez sto. Dla wojsk inwazyjnych nawet chwilowe zawieszenie broni w związku z negocjacjami pokojowymi byłoby szansą na przerzucanie dodatkowych oddziałów. Z resztą Rosjanie robią to tak nieudolnie, że od razu wiedziano by o tym w Kijowie oraz Waszyngtonie – prawda wyszłaby już w pierwszej godzinie zawieszenia broni.

Jak czytamy w amerykańskich mediach Waszyngton, więc z jednej strony ma świadomość iluzji negocjacji pokojowych, z drugiej czuje siłę politycznego nacisku by wojna nie trwała latami, gdyż wtedy trudno będzie zapewniać poparcie dla pomocy wysyłanej do Kijowa. Temat wraca zwłaszcza w sytuacji kiedy Amerykanie ruszają do urn (a dokładniej do automatów) by wybierać Kongres. Portal FiveThirtyEight prognozuje, że Republikanie mają ponad 80 proc. szans na odzyskanie większości w Izbie Reprezentantów.

Co z pomocą dla Ukrainy w razie przegranej Demokratów? Administracja Joe Bidena zapewniła, że postara się uchwalić kolejny pakiet pomocy jeszcze przed nowym rozdaniem w amerykańskim parlamencie. To wszelako „ucieczka do przodu", która nie zmieni nowego kursu – gdyby taki nastał – w amerykańskim Kongresie. Część republikańskich elit nie neguje pomocy wojskowej dla Kijowa, ale kontrowersje budzą kwestie pomocy gospodarczej, niepopularne wśród wielu Republikanów.

Pośrednikiem w negocjacjach chce być prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan. Jak stwierdził w wywiadzie dla dziennika "Hürriyet" jest jedynym politykiem, który może spotkać się zarówno z Zełenskim, jak i Putinem. Z resztą Turcja już obecnie odgrywa rolę w tzw. korytarzu zbożowym oraz wymianie jeńców. W tej pierwszej sprawie interwencja Ankary miała spowodować, że Putin jednak ostatecznie nie zablokował porozumienia zbożowego po wybuchach w sewastopolskim porcie. W kwestii wymiany jeńców, dowódcy Azowa zostali internowani w Turcji, gdzie mają być do końca wojny. Kijów nie ma problemów by zgłaszać się do Ankary w „trudnych sprawach" pośrednictwa, a Erdogan postawił na wspieranie Ukrainy bezzałogowcami.

defence24.pl

Jeszcze kilka miesięcy temu Rosja zapewniała, że Chiny to dla niej najważniejszy rynek zbytu na rynku gazu. Jak informował Aleksiej Miller, szef Gazpromu, w ciągu ośmiu miesięcy tego roku rosyjska spółka zwiększyła dostawy gazu do Chin o 60 proc. - W tym roku kilkukrotnie notowaliśmy rekord dziennych dostaw gazu, przekraczających nasze dzienne zobowiązania kontraktowe - podawał.

Rosjanie zwiększali dostawy błękitnego paliwa do Chin, poprzez gazociąg Siła Syberii. - Wiemy, że rynek chiński jest najbardziej dynamiczny na świecie, a w ciągu najbliższych 20 lat prognozuje się, że wzrost zużycia gazu w Chinach wyniesie 40 proc. wzrostu zużycia gazu na świecie. Z tego powodu podpisaliśmy kolejny kontrakt na dostawy do Chin. To jest trasa dalekowschodnia - mówił kilka miesięcy temu prezes Gazpromu.

Wygląda jednak na to, że Rosja będzie musiała zweryfikować te optymistyczne założenia, bo na przeszkodzie wzrostu dostaw gazu do Państwa Środka stanęła sytuacja gospodarcza w tym kraju.

W efekcie, jak podaje agencja Reutera, zużycie gazu ziemnego w Chinach w tym roku spadło po raz pierwszy od dwóch dekad. Do tej sytuacji przyczyniło się m.in. spowolnienie gospodarcze. Jednak drugim ważnym powodem są oszczędności. Z powodu wzrostu cen gazu władze w Pekinie poleciły przedsiębiorcom i innym konsumentom zmniejszenie zużycia gazu.

Na efekty nie trzeba było długo czekać, z najnowszych danych Generalnej Administracji Ceł ??Chińskiej Republiki Ludowej wynika, że w okresie od stycznia do października import gazu do tego kraju zmniejszył się o 10,4 proc. Dla rosyjskiego Gazpromu są to bardzo złe wieści, zwłaszcza że wcześniej analitycy szacowali spadek importu gazu na około 1 proc.

Import LNG do Chin również zmalał. Ze względu na słaby popyt krajowy, chińscy importerzy LNG przekierowali dostawy gazu do Europy. Chińskie firmy energetyczne na tym dodatkowo zyskują, te, które wcześniej zawarły długoterminowe kontrakty na zakup LNG ze Stanów Zjednoczonych, sprzedają teraz tę nadwyżkę z dużym zyskiem.

Chińczycy zmniejszają także zużycie innych surowców energetycznych. Oszczędności dotyczą także zakupów ropy, które w ciągu 10 miesięcy spadły w Chinach o 2,7 proc. do 413,53 mln ton. Dodatkowo Chiny zmniejszyły także import węgla, który zmalał o 10,5 proc. do 230 mln ton.

money.pl