piątek, 12 grudnia 2025



Ukraiński 2. Korpus Chartija poinformował 12 grudnia, że siły ukraińskie przeprowadziły udany kontratak, aby ustabilizować sytuację w kierunku Kupiańska i wyzwoliły Kindraszywkę i Radkówkę (oba na północ od Kupiańska) oraz okoliczne lasy, wyzwoliły obszary w północnym Kupiańsku i przedarły się do rzeki Oskił, przecinając rosyjskie naziemne linie komunikacyjne (GLOC) do rejonu Kupiańska. Ukraiński 2. Korpus stwierdził, że według stanu na 12 grudnia siły ukraińskie otoczyły w Kupiańsku około 200 rosyjskich żołnierzy. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski opublikował swoje zdjęcie na południowo-zachodnich obrzeżach Kupiańska, wzdłuż autostrady P-07 Kupiańsk-Szewczenkow, 12 grudnia — wskazując, że siły ukraińskie prawdopodobnie odepchnęły siły rosyjskie znacznie dalej od tego obszaru. Materiał geolokalizowany opublikowany 12 grudnia pokazuje także siły ukraińskie działające w całym Kupiańsku. Inne źródła rosyjskie i ukraińskie potwierdziły ukraiński kontratak. Źródło podobno powiązane z ukraińskim wywiadem wojskowym podało, że siły ukraińskie otoczyły siły rosyjskie w Kupiańsku, oczyściły północno-zachodni Kupiańsk i wyzwoliły Myrowe, Kindraszywkę i Radkiwkę. Źródło wskazało, że siły rosyjskie nadal utrzymują Holubiwkę (na północ od Kupiańska). Rosyjski milbloger twierdził, że siły ukraińskie rozpoczęły infiltrację północno-zachodnich obrzeży Kupiańska z Myrowa (na północny zachód od Kupiańska) i Radkówki, co wskazuje, że siły ukraińskie również wyzwoliły Myrowe. Milbloger zauważył, że siły rosyjskie nie kontrolują wschodniego Kupiańska i że rzeka Oskił (przepływająca przez Kupiańsk) komplikuje rosyjskie wysiłki dotarcia do środkowego Kupiańska. Inni rosyjscy milblogerzy twierdzili, że siły ukraińskie przeprowadziły kontratak i poczyniły pewne postępy, ale odrzucili zakres obserwowanych ukraińskich natarć. 16 listopada Ukraińska Grupa Zadaniowa Połączonych Sił poinformowała, że rozpoczęła wysiłki mające na celu odparcie rosyjskiego natarcia w kierunku Kupiańska, a te ostatnie natarcia są prawdopodobnie wynikiem wielotygodniowych wysiłków na rzecz odbicia Kupiańska.

understandingwar.org

Sytuacja w rejonie Siewierska, część VI. Zdobycie miasta przez rus 3 Armię. Odwrót ukr XI Korpusu w rejon: Zakitne - Riznykiwka. 

Wczoraj  jednostki rus 3 Armii (6, 88 i 123 Brygady Strzelców Zmot) po  trzydniowych niezbyt intensywnych walkach ze strażami tylnymi 54 BZ zajęły zach część Siewierska. Oddziały ukr brygady opuściły zajmowane dotąd pozycje wzdłuż pasma wzgórz przy zach brzegu rz. Bachmutowki i wycofują się na zachód. Docelowo zajmują zapewne linie obrony w rejonie Zakitne - Riznykiwka, w oparciu o wzg.170 (Wzgórze Szczurowskie - 48.893611,37.96000) położone tuż przy płd skraju Zakitne oraz wzgórze 156 ((48.875980, 37.982870), rozciągające się wzdłuż zach zbocza Wąwozu Żydkowskiego. Choć nie ma jeszcze potwierdzeń wydaje się że oddziały sąsiedniej 10 Górskiej Brygady Szturmowej opuściły także zajmowany dotąd rejon wzg. 137 na wsch od Zwaniwki. 

Front w rejonie Siewierska stanowił pewnego rodzaju fenomen w całym Donbasie. Od grudnia 2022 r. do wiosny 2025 ukr linia obrony nie uległa tam praktycznie żadnym większym zmianom. Broniąca Siewierska przez te wszystkie lata grupa taktyczna ukr wojsk (54 BZ, 10 Górska Brygada Szturmowa, 81 Brygada Aeromobilna, 4 Brygada GN "Rubież"), wchodząca w skład OTG "Ługańsk", co kilka miesięcy z łatwością odpierała kolejne duże natarcia rus 3 Armii (6,7, 88, 123 Brygady Strzelców Zmot) zadając jej bardzo duże straty. W ubiegłym roku desperacja rus dowództwa tej armii w celu wykazania się jakimiś sukcesami była tak duża, że zaczęło ono na masowa skalę oszukiwać w raportach swój Sztab Generalny i MON. Skończyło się wykryciem oszustwa i dużym skandalem, po którym posypały się głowy dowódców walczących tam brygad i samej 3 Armii.

Przyczyny zdobycia Siewierska przez 3 Armią są jasne i oczywiste. Wiosną 2025 Grupa Taktyczna "Siewiersk" została znacznie osłabiona. Walcząca w jej składzie 4 Brygada GN "Rubież" została wycofana na zaplecze w celu odbudowy. Mająca ją zastąpić 153 BZ wyładowywała się już z pociągów w rejonie Słowiańska, gdy nagły rozkaz gen. Syrskiego skierował je na kierunek Nowopawliwki. Potem K-2, przekształcony w pułk oddział dronowy 54 BZ  - jeden z najlepszych w całej ZSU - wszedł w skład "Armii Dronów", samodzielnego zgrupowania dronowego wymyślonego w gabinetach kancelarii Zelenskiego w celach pr-owych. Choć część pododdziałów K-2 pozostała na froncie siewierskim plotki głosiły, że najlepsi i najbardziej doświadczeni operatorzy dronów zasili szeregi drugiej części pułku walczącej w składzie "Armii Dronów", ponieważ płacono tam zdecydowanie lepiej. Jednocześnie osłabiona wieloletnimi walkami 54 BZ stanowiącą rdzeń obrony w rejonie Siewierska otrzymywała niewielkie uzupełnienia stopniowo tracąc gotowość bojową. Finał tych wszystkich działań gen. Syrskiego nastąpił wczoraj.

x.com/Thorkill65


Prezydent Rosji Władimir Putin odbył 11 grudnia wirtualne spotkanie z dowódcami różnych szczebli Rosyjskiej Połączonej Grupy Sił, podczas którego dowódca rosyjskiego południowego zgrupowania sił generał porucznik Siergiej Miedwiediew stwierdził, że elementy rosyjskiej 3. Armii Połączonej (CAA, Południowy Okręg Wojskowy [SMD]) zajęły Siwiersk. Dowódca 3. CAA, generał porucznik Igor Kuzmenkow, twierdził, że siły rosyjskie flankowały Siwiersk od północy i południa, aby odciąć ukraińskie naziemne linie komunikacyjne (GLOC) i uniknąć działań wojennych w miastach, i w dużym stopniu polegały na dronach, artylerii i nalotach, aby ułatwić natarcie w pobliżu i w obrębie Siwierska. Chociaż geolokalizowane materiały opublikowane 11 grudnia wskazują, że siły rosyjskie prawdopodobnie zajęły wschodni Siwiersk, zajęcie zachodniego Siwierska przez Rosję pozostaje niepotwierdzone. Rzecznik ukraińskiego 11. Korpusu Armii (AC) podpułkownik Dmytro Zaporożec odrzucił twierdzenia Rosji o zajęciu Siwierska 11 grudnia i stwierdził, że walki trwają w całym Siwiersku i że siły rosyjskie wykorzystują niemal ciągłe złe warunki pogodowe do przedostania się do miasta. Ukraińska brygada działająca w kierunku Siwierska również poinformowała, że siły rosyjskie wykorzystują złą pogodę do infiltracji w małych grupach i ostentacyjnego podnoszenia flag, aby zapewnić, że siły rosyjskie kontrolują teren i podejmują wysiłki informacyjne — zgodnie z oceną ISW, że siły rosyjskie polegają na podnoszeniu flag, aby ubiegać się o postęp na obszarach, gdzie siły rosyjskie przeprowadziły misje infiltracyjne w małych grupach i nie ustaliły trwałych pozycji. Niektórzy rosyjscy milblogerzy twierdzili również 10 i 11 grudnia, że siły ukraińskie utrzymują obecność w Siwiersku, ale siły rosyjskie kontrolują co najmniej 90 procent Siwierska.


Miedwiediew twierdził Putinowi, że rzekome zajęcie Siwierska przez Rosję stwarza warunki dla rosyjskiego ataku na Słowiańsk, najbardziej wysunięty na północ kraniec ukraińskiego Pasa Twierdzy w obwodzie donieckim, aby przedstawić Rosję jako zdolną do natychmiastowego i szybkiego natarcia na północną część Pasa Twierdzy. Siłom rosyjskim brakuje jednak co najmniej kilku miesięcy do rozpoczęcia ofensywy, przeprowadzającej ataki naziemne na Słowiańsk. Siły rosyjskie musiałyby dokończyć zajęcie Łymanu i przesunąć się 14 kilometrów z Łymanu do Słowiańska (w tym przekroczyć rzekę Siwierski Doniec) lub przejechać 30 kilometrów z Siwierska do Słowiańska, zanim zaatakują samo miasto. Rosyjskie wysiłki na rzecz Łymana i Siwierska trwały lata. Siły rosyjskie próbują nacierać na Siwiersk od upadku Siewierodoniecka i Łysyczańska na początku lipca 2022 r i zajęło siłom rosyjskim 41 miesięcy posunięcie się 19 kilometrów z zachodnich obrzeży Łysyczańska do centrum Siwierska. Siły ukraińskie wyzwoliły Łyman na początku października 2022 r. podczas udanej kontrofensywy wrzesień-październik 2022 r. i od tego czasu siły rosyjskie próbują odbić miasto. Dopiero po jednym lub obu tych natarciach siły rosyjskie będą mogły rozpocząć bezpośredni atak na Słowiańsk, a prawdopodobnie siłom rosyjskim zajmie rok, zanim dokonają takiego natarcia w obecnym tempie na tym obszarze. W przeszłości siłom rosyjskim zajęło kilka miesięcy zajęcie stosunkowo dużych obszarów miejskich, w tym Bachmutu, Chasiw Jaru i Pokrowska — których zajęcie nie zostało jeszcze zakończone — a zajęcie Słowiańska po dotarciu do niego prawdopodobnie zajęłoby kolejne kilka miesięcy. Kreml próbuje przedstawić siły rosyjskie jako bezpośrednio zagrażające północnej części Pasa Twierdzy w ramach szerszych wysiłków mających na celu przedstawienie sił rosyjskich jako dokonujących znaczących jednoczesnych postępów w całym teatrze działań, w wyniku czego linia frontu nieuchronnie się zawala.


(...) Putin odbył w ostatnich tygodniach kilka spotkań z rosyjskimi dowódcami wojskowymi, aby fałszywie zawyżać twierdzenia o rosyjskich postępach w różnych odcinkach linii frontu, w tym w kierunku wowczańskim w północnym obwodzie charkowskim, kupiańskim we wschodnim obwodzie charkowskim, pokrowskim w obwodzie donieckim i kierunek hulajpolski we wschodnim obwodzie zaporoskim. Urzędnicy ci wygłaszali przesadne twierdzenia o postępach na każdym spotkaniu, a rosyjscy ultranacjonalistyczni milblogerzy odrzucili wiele z tych twierdzeń jako zawyżone. Kreml próbuje wykorzystać te twierdzenia, aby przedstawić rosyjskie zwycięstwo militarne na Ukrainie jako nieuniknione, tak aby Zachód przestał wspierać Ukrainę i nakłonił Ukrainę do kapitulacji przed żądaniami Rosji. Sytuacja na polu bitwy jest poważna w kilku sektorach linii frontu, ale linia frontu nie załamuje się. Siły rosyjskie nie były w stanie utrzymać taktycznie znaczących zysków na więcej niż kilku obszarach pola bitwy jednocześnie, a na kilku obszarach rosyjski postęp pozostaje w stagnacji, w tym na południowej Ukrainie i w północnym obwodzie sumskim. Siłom rosyjskim udało się osiągnąć taktycznie znaczące zyski w niektórych sektorach linii frontu, głównie dzięki wielomiesięcznym wysiłkom mającym na celu osiągnięcie skutków częściowego zakazu powietrznego na polu bitwy (BAI) w tych sektorach i degradację ukraińskiej obrony przed zintensyfikowanymi operacjami naziemnymi.

(...)

Siły rosyjskie osiągają jedynie zyski taktyczne na większości teatru działań. ISW ocenia, że na teatrze działań istnieje około 16 odrębnych obszarów taktycznych i kierunków operacyjnych. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że w 2025 r. siły rosyjskie przesunęły się dotychczas o 4652,2 km2, z czego prawie 80 procent miało miejsce tylko w sześciu kierunkach: kierunek Łyman, Kostyantyniwka, Pokrowsk, Nowopawliwka, Oleksandriwka i Huliajpole. Siły rosyjskie zajęły dotychczas w 2025 r. 964,01 km2 w pozostałych 10 kierunkach, co stanowi zaledwie około 21 procent całkowitego rosyjskiego natarcia. Kierunki te obejmują kierunki Sumy, północny obwód charkowski i Wielki Burluk, gdzie siłom rosyjskim nie udało się osiągnąć znaczących zysków pomimo szeroko nagłośnionych wysiłków na rzecz utworzenia “stref buforowych” w pobliżu granicy ukraińsko-rosyjskiej, oraz kierunek chersoński, gdzie siły rosyjskie pozostają w stagnacji, ponieważ udana ukraińska kontrofensywa zmusiła je do wycofania się z zachodniego (prawego) brzegu obwodu chersońskiego w listopadzie 2022 r. Siły rosyjskie poczyniły najbardziej dramatyczne postępy w kierunkach Pokrowsk, Nowopawliwka i Oleksandriwka — gdzie siły rosyjskie skoncentrowały się w dwóch połączonych armiach, każda o mocy bojowej, i poświęciły dużo czasu i wysiłku na natarcie. Rosyjskie dowództwo wojskowe nie jest w stanie jednocześnie przeznaczyć siły roboczej i zasobów niezbędnych do poczynienia podobnych postępów w całym teatrze działań, a nawet najbardziej rozległe rosyjskie postępy są ograniczone do tempa. Siłom rosyjskim nie udało się zatem osiągnąć znaczących zysków w żadnym kierunku bez znaczącego zaangażowania sił wzdłuż stosunkowo wąskich obszarów taktycznych i operacyjnych, co pokazuje, że rosyjskie natarcie nadal koncentruje się na kilku wąskich obszarach linii frontu, a nie na szerokim natarciu, jakie Kreml promuje. Kreml w dalszym ciągu angażuje się w systematyczne wysiłki w zakresie wojny poznawczej, mające na celu uwydatnienie rosyjskich postępów poprzez przesadne twierdzenia o zyskach i misje infiltracyjne podnoszące flagi, próbując przedstawić je jako radykalny, szeroko zakrojony atak mający na celu fałszywe przedstawienie linii frontu jako zapadającej się w całym teatrze działań, wbrew wszelkim dostępnym dowodom.


understandingwar.org


— Jeśli gen. Bryś nie przysypia na posiedzeniach komitetu ds. bezpieczeństwa, to być może ma słabą pamięć, albo nie chce mu się robić notatek z tych spotkań. Innej możliwości nie widzę — słyszymy od jednego z urzędników MON.

Wspomniany gen. Mirosław Bryś to wiceszef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. To on — jak słyszymy — najczęściej reprezentuje głowę państwa w trakcie posiedzeń Komitetu Rady Ministrów ds. Bezpieczeństwa Narodowego. Nie może tego robić szef BBN Sławomir Cenckiewicz, który nie ma dostępu do informacji tajnych.

— Cenckiewicz nie zostałby nawet wpuszczony na takie posiedzenie — mówi nam człowiek z resortu obrony.

Komitetem kieruje wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. To on w ub. środę ogłosił, że Polska zamierza przekazać Ukrainie pozostające jeszcze w służbie MiG-29. Jak tłumaczył minister, samolotom kończy się okres gwarantowanej sprawności technicznej i wkrótce przestaną one być używane operacyjnie.

Wycofanie pozostałych MiG-29 oznaczałoby koniec eksploatacji poradzieckich myśliwców w polskich Siłach Powietrznych. Ich miejsce w systemie obrony zajmują już koreańskie FA-50, a w 2025 r. do Polski mają trafić pierwsze F-35. Obecnie trzon polskiej floty stanowią F-16, rozmieszczone w Łasku i Krzesinach.

W zamian za wycofane maszyny Polska liczy na dostęp do ukraińskich technologii dronowych i antydronowych oraz możliwości ich transferu do polskiego przemysłu. Byłaby to kolejna donacja tego typu maszyn — połowę floty przekazano Ukrainie w 2023 r.

Ta deklaracja wywołała reakcję Pałacu Prezydenckiego. Otoczenie głowy państwa zaczęło przekonywać, że Karol Nawrocki nic na ten temat nie wiedział. Tymczasem minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz przekonywał wczoraj, że sprawa MiG-ów była omawiana dwukrotnie na posiedzeniach wspomnianego komitetu [16 września i 4 listopada].

W odpowiedzi na deklarację MON prezydent Nawrocki stwierdził podczas wizyty na Łotwie 11 grudnia, że "musiał nastąpić jakiś błąd", bo on takiej informacji nie dostał — co potwierdził w BBN. Zdaniem Kosiniaka-Kamysza prezydencka administracja "wprowadza opinię publiczną w błąd", a w Kancelarii Prezydenta "panuje bałagan".

Sam generał Bryś na platformie "X" opublikował wpis okraszony wieloma wykrzyknikami, w których starał się przekonać, że w trakcie posiedzeń komitetu sprawa była poruszona w "lakonicznych" słowach.

Tym samym jednak przyznał, że informacja była. We wspomnianym wpisie grzmiał również, że nie było mowy o szczegółowym harmonogramie, czy danych dotyczących pakietu uzbrojenia. Nie jest jasne, dlaczego tych pytań nie zadał na spotkaniach komitetu.

Rozmawialiśmy na ten temat z trzema wysoko postawionymi urzędnikami MON i Kancelarii Premiera. Nasi rozmówcy podkreślają, że prezydent nie ma żadnych kompetencji w zakresie przekazania MiG-ów do Ukrainy. Jego zgoda nie jest konieczna, by taki sprzęt oddać. Kluczowe jest jednak co innego.

— Tu chodzi o zaledwie kilka sztuk tych samolotów. Pierwsza partia kończy służbę już za kilka tygodni i będziemy je sukcesywnie przekazywać. My i tak byśmy na nich nie latali, bo nie mamy ich już jak modernizować. Oryginalne części musielibyśmy zamawiać z Rosji albo krajów z nią kooperujących, a to ze względu na sankcje jest praktycznie niemożliwe. Chyba lepiej, że te maszyny będą osłabiać rosyjskie wojsko, zamiast rdzewieć w polu? — mówi nam jeden z urzędników.

Pytamy też o to, skąd tak ostra krytyka ruchu rządu w tej sprawi.

— Po pierwsze, jest to pokaz niekompetencji ze strony otoczenia prezydenta. Wszystkie informacje, które "duży" pałac może i chce mieć, dostaje. Zresztą dyskusje na komitetach są najczęściej bardzo merytoryczne. Próbują więc przykryć własną nieudolność. Po drugie, ktoś najwidoczniej przyjął taktykę, że cokolwiek ten rząd zrobi, to jest źle. Po trzecie jednak wiele wskazuje na to, że w otoczeniu prezydenta tli się jakiś personalny konflikt i to się objawia właśnie jakimiś wewnętrznymi problemami komunikacyjnymi. Jest tam kilka grupek i często jedni z drugimi nie rozmawiają — słyszymy.

W tle jest oczywiście czysta polityka. Prezydent Karol Nawrocki ewidentnie chce pokazać antyukraińskiej części swoich wyborców, że on zgłasza wotum separatum wobec "darmowej" pomocy dla Ukrainy i to nawet, jeśli nie powie tego wprost. To współgra z jego deklaracji od początku prezydentury.

Głowa państwa uważa, że Ukraińcy nie dość wyraźnie i często deklarują wdzięczność Polsce za pomoc po rosyjskiej agresji na ich kraj. Nawrocki nie chce też — wbrew zwykle szanowanemu dyplomatycznemu zwyczajowi — udać się na pierwsze spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim do Kijowa, choć ten pełni swój urząd o wiele dłużej niż polski prezydent. Wszystko wskazuje na to, że do takiego spotkania dojdzie niebawem w Polsce.

onet.pl


Brukselczycy przekraczają Rubikon, nastała brukselska dyktatura; Węgry protestują przeciwko tej decyzji i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby przywrócić porządek prawny - napisał w piątek na Facebooku węgierski premier Viktor Orban, komentując najnowsze decyzje UE ws. zamrożonych rosyjskich aktywów.

"Dziś Brukselczycy przekraczają Rubikon. W południe odbędzie się głosowanie pisemne, które wyrządzi UE nieodwracalne szkody. Przedmiotem głosowania są zamrożone rosyjskie aktywa, w sprawie których państwa członkowskie UE głosowały dotychczas co sześć miesięcy i podejmowały decyzję jednomyślnie. Dzięki nowej procedurze brukselczycy jednym pociągnięciem pióra znoszą wymóg jednomyślności, co jest ewidentnie niezgodne z prawem" - napisał Orban na portalach społecznościowych.

W jego opinii zmiana podejmowania decyzji ws. rosyjskich aktywów jest "końcem praworządności w Unii Europejskiej". "Europejscy przywódcy stawiają się ponad regułami. Zamiast dbać o przestrzeganie traktatów UE, Komisja Europejska systematycznie gwałci prawo europejskie. Robi to, aby kontynuować wojnę na Ukrainie; wojnę, której ewidentnie nie da się wygrać" - ocenił węgierski premier.

"Wszystko to dzieje się w biały dzień, niecały tydzień przed posiedzeniem Rady Europejskiej. W ten sposób rządy prawa w Unii Europejskiej ustępują miejsca rządom biurokratów. Innymi słowy, nastała brukselska dyktatura" - podsumował Orban, zapewniając, że "Węgry protestują przeciwko tej decyzji i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby przywrócić porządek prawny".

W czwartek państwom UE udało się porozumieć w sprawie zamrożenia rosyjskich aktywów na stałe, bez konieczności podejmowania decyzji w tej kwestii co pół roku, za zgodą wszystkich stolic. Rozwiązanie przyjęła wyraźna większość państw członkowskich; oczekuje się, że postanowienie zostanie sfinalizowane w piątek.

PAP


Białoruski przywódca Alaksandr Łukaszenka spotkał się w piątek w Mińsku z wysłannikiem prezydenta USA Donalda Trumpa. Poprzednia wizyta amerykańskiej delegacji doprowadziła do uwolnienia kilkudziesięciu więźniów politycznych.

Rozmowy Łukaszenki z delegacją, której przewodził wysłannik Trumpa John Coale, odbywają się za drzwiami zamkniętymi - podało biuro prasowe białoruskiego przywódcy na Telegramie.

Gratulując Coale'owi funkcji specjalnego wysłannika Trumpa ds. Białorusi, Łukaszenka oznajmił: - Niech pan przekaże Trumpowi, że powinniśmy coś w związku z tym zrobić. I zrobimy.

Na początku spotkania Łukaszenka oświadczył też: - Trump podobno lubi pochlebstwa. Ale ja nie chcę się przypochlebić. Chcę powiedzieć, że jego działania w ostatnim czasie bardzo mi się podobają.

Według biura prasowego Łukaszenki planuje się, że rozmowy będą kontynuowane jeszcze w piątek.

Poprzednia wizyta amerykańskiej delegacji, również kierowanej przez Johna Coale'a, odbyła się we wrześniu i doprowadziła do uwolnienia 51 więźniów politycznych, w tym dwóch obywateli Polski. W zamian USA zniosły sankcje wobec białoruskich linii lotniczych Bieławia (Belavia).

Od tego czasu Centrum Praw Człowieka "Wiasna" zakwalifikowało jednak 157 kolejnych osób jako więźniów politycznych na Białorusi.

26 listopada agencja Reutera podała, powołując się na trzy źródła zaznajomione ze sprawą, że administracja Trumpa i władze Białorusi rozmawiają o możliwym uwolnieniu wkrótce co najmniej 100 przetrzymywanych w tym kraju więźniów politycznych. 

PAP
Rada Unii Europejskiej przygotowuje rozszerzenie nałożonych na Białoruś sankcji - podało Radio Wolna Europa. To odpowiedź na wywołany wykorzystywaniem balonów przemytniczych kryzys na Litwie. Sankcje mają być zatwierdzone w przyszłym tygodniu, wtedy też będą znane ich szczegóły.

Radio Wolna Europa podało, że w ostatni wtorek przedstawiciele państw członkowskich w Radzie Unii Europejskiej wstępnie uzgodnili, iż nałożone już na Mińsk sankcje zostaną rozszerzone.

Powodem są balony przemytnicze przylatujące z terenu Białorusi, za pomocą których przemycane są papierosy. Na przełomie listopada i grudnia br. Litwa, która najdotkliwiej odczuwa wykorzystywanie przez Mińsk balonów przemytniczych, zaproponowała UE wprowadzenie zakazu operacji z udziałem dziesięciu białoruskich banków (oprócz już obowiązujących ograniczeń), wprowadzenie nowych limitów na nawozy oraz zakaz importu białoruskiego oleju rzepakowego i soli.

Ustalony na szczeblu Rady UE wstępny projekt sankcji, jak poinformowało RWE, zakłada nałożenie ich na osoby i podmioty zagrażające "suwerenności lub niepodległości jednego lub kilku jej państw członkowskich". Obejmowałaby ona każdego, kto "planuje, kieruje, angażuje się, bezpośrednio lub pośrednio, we wspieranie lub w inny sposób ułatwia działania ukierunkowane na funkcjonowanie instytucji demokratycznych, działalność gospodarczą lub usługi świadczone w interesie publicznym". Zgodnie z projektem takie działania obejmują "nieuprawniony wjazd na terytorium państwa członkowskiego, w tym na jego przestrzeń powietrzną", a także "zakłócanie funkcjonowania infrastruktury krytycznej".

Formalne zatwierdzenie sankcji ma nastąpić w przyszłym tygodniu, wtedy też będą znane ich szczegóły.

Analitycy, z którymi rozmawiała PAP, przyznają, że Unia ma do dyspozycji pewne możliwości, które mogą być dotkliwe dla Białorusi.

Kamil Kłysiński z Ośrodka Studiów Wschodnich zwrócił uwagę, że Litwa, Łotwa i Polska posiadają ekonomiczną "broń atomową", jaką jest zamknięcie granic. - Jednak, żeby ta dotkliwość sankcji była skuteczna, blokada musiałaby trwać dłużej - zastrzegł ekspert.

29 października br. Litwa zamknęła przejścia z Białorusią na miesiąc, lecz zostały one otwarte po trzech tygodniach.

Z kolei Aleksandra Kuczyńska-Zonik z Katedry Systemów Politycznych i Komunikowania Międzynarodowego KUL i analityczka Instytutu Europy Środkowej specjalizująca się w krajach bałtyckich bardziej powściągliwie ocenia skuteczność tego narzędzia. - Kilka tygodni temu Litwa zamknęła granicę z Białorusią. Jaki był tego efekt? Musiała się z tego wycofać, bo Białoruś zamknęła przejścia po swojej stronie, zatrzymując litewskie ciężarówki. Tak oto sankcje nałożone przez Litwę na Białoruś odbiły się rykoszetem na obywatelach litewskich - przypomniała ekspertka. Oceniła, że wszelkie działania podejmowane do tej pory przez Wilno, jak wprowadzenie reżimu sytuacji ekstremalnej, to wyłącznie próby neutralizacji skutków poczynań Mińska.

Jej zdaniem bardziej skuteczne byłoby np. ograniczenie tranzytu z Białorusi do obwodu królewieckiego. Kuczyńska-Zonik przypomniała jednak, że Litwa, wchodząc do UE, zgodziła się na ten tranzyt. - Trzeba byłoby to ponownie przedyskutować na forum UE. Pozyskać poparcie dla takiego rozwiązania. A nie wszyscy jej członkowie podchodziliby do tego przychylnie. W każdym razie to trwa - przekonywała ekspertka i dodała, że jeśli Wilno podjęłoby takie działanie jednostronnie, mogłoby się to obrócić przeciwko niemu.

W ocenie Kłysińskiego sankcje bankowe i handlowe, jak blokowanie importu białoruskich nawozów azotowych, które nie są jeszcze objęte pełnym embargiem, również mogą przynieść pożądany skutek. Ekspert zwrócił uwagę, że Białoruś jednak nie funkcjonuje samodzielnie. Wspiera rosyjską agresję wobec Ukrainy, prowadzi wojnę hybrydową wobec Zachodu. Więc tak naprawdę to kraj będący na wojnie. A kraje na wojnie mają przede wszystkim cele wojenne. - Więc jeśli w Moskwie zostało postanowione, że teraz atakujemy, prowokujemy Litwę, to, czy Białoruś tego chce, czy nie, będzie to robić. Nawet kosztem interesów gospodarczych. Tym niemniej reakcja powinna być twarda, bo tylko takie sygnały rozumie Mińsk - przekonywał analityk OSW.

Radio Wolna Europa/Radio Swoboda podało, że według pragnących zachować anonimowość litewskich urzędników, z którymi rozmawiała rozgłośnia, od czerwca br. na terytorium Litwy z Białorusi wleciało łącznie 315 nieautoryzowanych balonów. Szczytowa aktywność nastąpiła w październiku - odnotowano 71 naruszeń.

Między październikiem a grudniem dwa największe litewskie lotniska - w Wilnie i Kownie - były tymczasowo zamykane 15 razy, co wpłynęło na ponad 320 lotów i obsługę ponad 45 tys. pasażerów. W litewskim portalu Delfi czytamy, że jeden balon przenosi zazwyczaj ładunek ok. 60 tys. sztuk papierosów. Jego wykrycie przez radary utrudnia fakt, że jest w stanie bardzo szybko osiągnąć znaczną wysokość, nawet 5 km.

Jak podaje prowadzony przez białoruskich opozycyjnych dziennikarzy śledczych serwis BuroMedia, Białoruś produkuje ok. 34 mld papierosów 
rocznie - to w przybliżeniu 1,7 mld paczek. Oficjalny eksport i sprzedaż na rynku krajowym pozwalają upłynnić połowę tej produkcji. Reszta ma być rozprowadzana nielegalnymi kanałami.

PAP


Sekretarz (minister) sił lądowych Stanów Zjednoczonych Dan Driscoll został odsunięty od negocjacji dotyczących Ukrainy przez szefa Pentagonu Pete'a Hegsetha - podał w piątek brytyjski dziennik "Telegraph". Zdaniem źródła, powodem tej decyzji miało być "zbyt duże przemęczenie" Driscolla.

"Dan Driscoll, uważany za wschodzącą gwiazdę Pentagonu, został wycięty przez coraz bardziej paranoicznie myślącego ministra wojny (Hagsetha)" - czytamy na łamach gazety.

Według źródeł, został on wyłączony z negocjacji pokojowych po tym, "gdy uznano, że przekroczył swoje uprawnienia". - Zauważono, że (Driscoll) trochę za bardzo się przemęczał i dostał po łapach - powiedziała osoba bliska sprawie.

"Telegraph" przypomniał, że Driscoll - to bliski przyjaciel wiceprezydenta J.D. Vance'a, a jego notowania w administracji prezydenta USA Donalda Trumpa szybko rosły. Mają go także cenić europejscy przywódcy za doświadczenie i opanowanie - stwierdził dziennik.

To właśnie Driscollowi powierzono w listopadzie zadanie przedstawienia prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu 28-punktowego, amerykańskiego planu, który zdaniem Trumpa miał doprowadzić do zawarcia pokoju między Rosją a Ukrainą. Spotkanie to zakończyło się niepowodzeniem, gdyż ukraiński przywódca odrzucił plan, nie godząc się na oddanie ukraińskich terytoriów Rosji.

Mimo wcześniejszych zapowiedzi Driscoll w grudnie nie przybył do Paryża, gdzie miał rozmawiać z Zełenskim i prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Nie odbył także kolejnej podróży do Kijowa.

"Przedstawiciele władz Ukrainy i Europy uważają, że nieobecność Driscolla jest częścią szerszej walki o kontrolę nad negocjacjami pokojowymi" - napisał brytyjski dziennik.

W listopadzie "Telegraph" ujawnił, że Driscoll jest uważany za faworyta na stanowisko następcy Hegsetha, gdyby tylko zwolnił się fotel szefa Pentagonu.

PAP


Nowe cła Donalda Trumpa to coś innego niż dobrze nam znany protekcjonizm stosowany od dekad przez kraje G7. Zamiast bowiem chronić konkretne sektory, nowe cła izolują całą amerykańską gospodarkę towarową od zagranicznej konkurencji.

Jest to wypisz, wymaluj logika XX-wiecznej industrializacji poprzez substytucję importu – strategii powszechnie wprowadzanej, a następnie powszechnie porzucanej, ponieważ przyczyniała się do wzrostu kosztów, spadku wydajności i osłabienia eksportu. Powstanie globalnych łańcuchów wartości sprawiło, że bariery celne zamiast chronić, zaczęły szkodzić. Od kiedy się pojawiły, nikt nie próbował industrializacji opartej na substytucji importu. To znaczy – z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych w 2025 r.

Stany Zjednoczone prowadzą obecnie śmiały eksperyment gospodarczy. Nazwijmy go „gospodarczym trumpizmem”. W swojej istocie jest on rozbrajająco prosty: odgrodzić tę część gospodarki USA, która wytwarza towary, od zagranicznej konkurencji i importowanych komponentów, a potem czekać na rozkwit narodowego przemysłu.

Żadnej wymyślnej polityki przemysłowej czy planowania w pocie czoła – koniec z przestarzałymi praktykami. Wystarczy jedna wielka, piękna bariera celna by uchronić Stany od drapieżnej konkurencji zza granicy. A wisienka na torcie? – zdaniem obecnej administracji amerykańskiej nie będzie to kosztować ani grosza. Wręcz przeciwnie, do państwowej kasy popłyną miliardy.

Czemu nazywam to eksperymentem? Przecież wszystkie państwa stosują cła?

Odpowiedź jest prosta: cła Trumpa to zupełnie coś innego niż znane nam daniny, które miały chronić wybrane sektory – prezydent otoczył barierą celną całą gospodarkę. A tego od dziesięcioleci żaden z krajów G7 nie próbował.

By lepiej zrozumieć różnicę, przywołajmy wymowny epizod z doświadczeń USA. W ramach handlowej utarczki z Europą, Stany Zjednoczone nałożyły 25-proc. cło na importowane pick-upy. Ponieważ był to odwet za przepisy europejskie zakazujące importu kurczaków ze Stanów, nazywa się je do dziś „kurzym cłem”. Zwykłe samochody mu nie podlegały, więc utargowano dla nich stawkę 2,5 proc.

Ta asymetria spowodowała zmiany w strukturze tego, co produkowano w Stanach (duże pickupy) oraz odwrót eksporterów do Stanów od pewnych produktów. Na przykład Toyota w zasadzie zarzuciła bezpośredni eksport pickupów do Stanów; zamiast tego rozpoczęła produkcję na miejscu, unikając w ten sposób ceł. Tak właśnie działają „wąskie” cła: powodują przesunięcia zasobów w wybranych sektorach.

Szerokie cła natomiast, obejmujące większość produkowanych dóbr, to coś kompletnie innego. Powodują one wzrost kosztów czynników produkcji w całej gospodarce, prowokują działania odwetowe partnerów oraz odpływ towarów na inne rynki, a ponadto prowadzą do swoistej inżynierii celnej (import przez kraje trzecie, zmiany kategorii czy cech produktu pozwalające na prześliźnięcie się przez celne sito). Takie cła to nie jest delikatny kuksaniec, to raczej cios wymierzony we wszystkich producentów w kraju, również tych, którzy starając się zachować konkurencyjność wykorzystują zagraniczne dobra pośrednie.

Wysokie i szeroko zakrojone cła w stylu Trumpa cieszyły się popularnością wśród krajów rozwijających się (tak nazywanych, gdy jeszcze były „na dorobku”) aż do lat 90. XX w. Prawie wszystkie wierzyły bowiem, że nakładanie ceł na wszystko i wszystkich było gospodarczym panaceum. I kiedy mówię „wysokie cła”, nie żartuję. Były to stawki, które przyprawiłyby Trumpa o (metaforyczny) rumieniec. Średnie cło USA ma niedługo wzrosnąć do około 20 proc. z obecnych 9 proc. (w 2024 r. było to mniej niż 3 proc.). To nic w porównaniu ze standardami krajów Ameryki Łacińskiej z lat 70. i 80. XX w.

Ówczesne eksperymenty z cłami à la Trump nie powiodły się, mimo pięknej teorii, która im przyświecała. Teoria ta, choć zdyskredytowana, była – i pozostała – nieodparta w swojej prostocie. Postulowała industrializację przez substytucję importu (ISI), a sformułowali ją w połowie XX w. m.in. Raúl Prebisch i Hans Singer.

Ekonomiczna strona teorii była dość prosta: w świecie, w którym popyt kreuje podaż, wprowadzenie wysokich ceł spowoduje przesunięcie popytu krajowego z towarów importowanych na towary produkowane lokalnie. Wzrost popytu z kolei przyczyni się do rozwoju przemysłu krajowego. I już! Industrializacja będzie postępować dzięki zastąpieniu (substytuowaniu) towarów importowanych towarami produkowanymi w kraju. Stąd też nazwa ISI.

Teoria ta miała swój wymiar polityczny – a raczej związany z poczuciem niesprawiedliwości – który sprawiał, że wiele osób gorąco ją popierało, sięgając po argumenty zarówno moralne, jak i gospodarcze.

Donald Trump twierdzi, że Stany Zjednoczone są ofiarą światowego systemu handlu. Właśnie w taki sposób szkoła „strukturalistyczna” postrzegała w swoim czasie gospodarkę światową (w wielu przypadkach ten stan trwa do dziś). Układ miał być „ustawiony” przez kraje kolonialne na niekorzyść krajów rozwijających się. W jednej z wersji bogaci stawali się bogatsi właśnie dlatego, że biedni stawali się biedniejsi.

Aby uniknąć pułapki handlu sprzyjającego nierównościom, zwolennicy rozwoju strukturalistycznego wymyślili tak prostą zasadę jak „gospodarczy trumpizm”: zaprzestać sprowadzania towarów zza granicy i produkować je w kraju pod osłoną barier celnych, a wynikiem tego będzie industrializacja (zob. Prebisch 1950 albo Wallerstein 1974).

Moi czytelnicy dostrzegą w tym zwiastun trumpowskiej „doktryny resentymentu”. Teoria systemów państw-światów Immanuela Wallersteina przedstawia globalną gospodarkę jako opartą na wyzysku strukturę „centrum-peryferie”. Bogate, uprzemysłowione centrum miało „zamrażać” peryferie w stadium niedorozwoju za sprawą kolonializmu, imperializmu i nierównej wymiany. Polityczny wniosek narzucał się sam: jeśli system jest zmanipulowany, jedynym rozwiązaniem jest odizolowanie krajowej gospodarki i wymuszenie industrializacji dekretami.

Nie było nic złego w uzasadnianiu wysokich i szerokich ceł argumentami ekonomicznymi czy emocjonalnymi. Problem tkwił w tym, że rzeczywistość odmawiała współpracy.

Oczywiście w niektórych branżach zadziałała sekwencja popyt-kreuje-podaż, dzięki czemu w początkowych latach wydawało się, że teoria się sprawdza. Substytucja importu produkcją w kraju sprawdziła się przykładowo w przemyśle lekkim (Balassa 1981, 1985). Gdy w grę wchodził natomiast bardziej zaawansowany przemysł ciężki (samochody, chemikalia, maszyny, elektronika itd.), to krajowy rynek był zbyt słaby, by wygenerować dostateczną podaż. Cła nie przyniosły spodziewanego skutku.

Zaledwie garstka krajów – w większości w Azji Wschodniej – zdołała dokonać znaczniejszej industrializacji. Te jednak nie stosowały ceł na ślepo. Łączyły selektywną ochronę z dyscypliną eksportu, kredytem pod egidą państwa i staranną koordynacją działań rządu oraz przedsiębiorstw. Ochrona miała charakter tymczasowy, warunkowy i była powiązana z efektywnością (Amsden, 1989).

Konsumenci płacili słono za towary niskiej jakości. Eksport był na bardzo niskim poziomie albo nie istniał. Z nastaniem lat 80. XX w. wiele krajów, które przyjęły ISI zaczęło kwestionować sens stosowania teorii z lat 50. w czasach nowoczesnej produkcji. 

(...)

Pod koniec XX w. protekcjonizm przemysłowy stał się źródłem destrukcji. Zmienił się bowiem – z punktu widzenia krajów rozwijających się – charakter industrializacji. Państwa te musiały zaprzestać stosowania wysokich ceł i ograniczania importu, obniżając cła po to, by przedsiębiorstwa z krajów G7 włączyły je do globalnych łańcuchów wartości (GVC).

Po rewolucji informatyczno-komunikacyjnej, poszczególne etapy produkcji nie mieszczą się przykładnie w granicach państwowych – obejmują one wiele krajów. Samochodów nie produkuje się w Stanach Zjednoczonych, ale w miejscu, które nazywam „fabryką Ameryka Północna”. Nie produkuje się ich w Niemczech, ale w „fabryce Europa”. I nie powstają w Japonii, ale w „fabryce Azja”. W latach 90. cały świat produkcji zmienił swoje oblicze.

W mojej książce z 2016 r., The great convergence: information technology and the New Globalization, nazwałem to „drugą dekonstrukcją globalizacji” (pierwsza nastąpiła wtedy, gdy towary przekroczyły granice; w ramach drugiej granice przekraczają fabryki i fachowa wiedza państw G7). Zjawisko to stało się później znane jako „rewolucja globalnych łańcuchów wartości”.

To właśnie zmiana charakteru globalizacji sprawiła, że kraje rozwijające się porzuciły powszechne i wysokie bariery celne.

To prowadzi nas z powrotem do 2025 r. W przeciwieństwie do krajów rozwijających się z lat 60. i 70. XX w., Stany Zjednoczone są w pełni uprzemysłowioną, wysokodochodową gospodarką. Nie ma więc potrzeby stosowania barier celnych, żeby wymusić industrializację. Wręcz przeciwnie: gospodarka USA polega na globalnych łańcuchach wartości, zaawansowanych usługach i zintegrowanych rynkach kapitałowych. Odizolowanie całego sektora przetwórstwa przemysłowego jest nie tylko niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe. Czyniąc tak, Stany Zjednoczone nakładają pęta własnym producentom, podnoszą ceny dla własnych konsumentów oraz wypychają inwestycje i innowacje za granicę.

obserwatorfinansowy.pl