niedziela, 23 września 2018


Zaczynamy odczuwać przesyt technologią - wynika z najnowszego badania GfK Polonia i Clue PR. 83 proc. badanych dobrze się czuje w miejscach bez zasięgu, a ponad połowa uważa, że nowe technologie za bardzo ingerują w nasze życie.

Jak dodają autorzy badania, 32 proc. ankietowanych deklaruje, że ma o wiele za dużo aplikacji w swoim smartfonie, a 33 proc. respondentów celowo wyłącza transmisję danych od czasu do czasu, aby znaleźć się poza siecią.

Jednocześnie 57 proc. deklaruje, że ich zdaniem internet i nowe technologie "negatywnie wpływają na jakość kontaktów międzyludzkich, a 53 proc. ma poczucie, że nowe technologie za bardzo ingerują w życie człowieka". Tyle samo uważa, że są dla niego niebezpieczne. "Chociaż często z własnej woli jesteśmy zanurzeni w świecie cyfrowym, wyraźnie zaczynamy odczuwać zmęczenie" - oceniono.

"Początkowy hurraoptymizm, z jakim wielu z nas reagowało na technologiczne nowości, ustępuje miejsca rezerwie i większej świadomości w wyborze sprzętów. Rosnąca grupa konsumentów zaczyna podchodzić do technologii w japońskim duchu wabi sabi, odkrywającym piękno w przemijaniu i niedoskonałościach" – zaznaczyła, cytowana w komunikacie, Alicja Wysocka-Świtała, współautorka badania.

Według badaczy trend, który był dotąd obecny w designie, zaczyna przenikać do świata technologii. "75 proc. badanych nie wymienia sprzętów na nowe od razu, gdy uzna je za przestarzałe czy niezgodne z trendami" - czytamy. Ponadto 36 proc. respondentów ceni sobie urządzenia, których używa już kilka lat, "ponieważ są skonfigurowane zgodnie z ich potrzebami i bardziej +swojskie+”.

Dlatego, jak podkreślają autorzy, 42 proc. respondentów stara się naprawić sprzęty, a nie wymieniać. "Ma to związek z personalnym podchodzeniem do technologii, 23 proc. lubi nadać używanym urządzeniom osobisty charakter, poprzez naklejki, czy nienaprawianie zbitego ekranu, aby przestały być jedynie lśniącymi gadżetami" - wyjaśniono.

Średnio badani mają sześć urządzeń elektronicznych i deklarują, że mogliby zrezygnować z połowy z nich. "Przeciętnie konsumenci korzystają z 7 aplikacji na swoich smartfonach – co w obliczu liczby dostępnych aplikacji odpowiadających na praktycznie każdą sferę życia, nie wydaje to się zbyt wysoką liczbą. Zwłaszcza, że 32 proc. deklaruje, że ma za dużo aplikacji w smartfonie, a 23 proc. celowo nie instaluje niektórych aplikacji, aby uniknąć efektu hiperpołączenia, czyli nieustannego przebywania w sieci" - wskazano.

Badanie GfK Polonia i Clue PR przeprowadzono w kwietniu 2018 r. metodą CAWI na ogólnopolskiej próbie 600 Polaków w wieku 21-50 lat.

naukawpolsce.pap.pl

W 2017 roku kilka zaprzyjaźnionych think tanków z Bułgarii, Czech, Węgier, Łotwy, Słowenii i Polski wydało raport "Uciekające podatki - czy firmy w Europie Środkowo-Wschodniej płacą uczciwą część podatków". Z polskiej strony autorem raportu był mający już wyrobioną markę Instytut Globalnej Odpowiedzialności.

Główną tezą raportu było to, że w krajach Europy Środkowej korporacje płacą nieproporcjonalnie niskie podatki w porównaniu z innym krajami rozwiniętymi. Tę peryferyjną słabość wobec międzynarodowych koncernów państwa Europy Środkowej odbijają sobie na własnych obywatelach - wprowadzają wysokie podatki pośrednie, które płacą konsumenci.

(...)

Według raportu wpływy z podatku od korporacji CIT stanowią w Polsce tylko niecałe 1,5 proc. PKB, tymczasem średnia OECD jest… dwukrotnie wyższa. Spośród wszystkich badanych krajów tylko w Czechach wpływy z CIT stanowią większą część PKB (ponad 3 proc.), niż wynosi średnia OECD. Na Węgrzech, Litwie i Słowenii wpływy te, podobnie jak w Polsce, są niższe niż 2 proc. PKB. Z czego to wynika?

Po pierwsze, administracje skarbowe krajów naszego regionu nie radzą sobie z kontrolami cen transferowych, dzięki czemu międzynarodowe koncerny mogą pozorować handel między swoimi oddziałami i sztucznie zwiększać koszty (a więc zmniejszać na papierze swój dochód, czyli też finalnie płacony podatek).

Po drugie, państwa Europy Środkowej bardzo ochoczo przydzielają inwestorom ulgi podatkowe. Choć w sumie przecież nie muszą, bo i tak przyciągają inwestorów zdecydowanie niższymi kosztami pracy niż na Zachodzie. Raport zaczyna się od przykładu Bułgarii, w której w 2015 r. 10 największych pod względem dochodów firm per saldo otrzymało więcej ulg podatkowych, niż wpłaciło do budżetu.

Natura nie znosi próżni, więc oczywiście ubytki z podatku korporacyjnego trzeba czymś zasypać. Kraje Europy Środkowej uzupełniają więc swoje budżety podatkami pośrednimi, a szczególnie podatkiem od towarów i usług (VAT). Czyli czynią to kosztem własnych obywateli, bo podatek VAT to podatek płacony przez konsumentów. We wszystkich krajach regionu udział podatku VAT w całości dochodów podatkowych jest wyraźnie wyższy niż średnia OECD.

gazeta.pl

Baszar al-Asad w tej wojnie wygrywa? Już ją wygrał?

Prezydent Asad i jego sojusznicy kontrolują trochę ponad połowę terytorium Syrii – bez kurdyjskiej północy i terenów pustynnych – ale aż 2/3 ludności. Można powiedzieć, że z tej perspektywy reżim wojnę wygrał, tyle że byłoby uproszczenie, bo tam się toczy aż pięć wojen. Już jakieś trzy lata temu Asad wygrał wojnę z demokratycznym powstaniem, które zaczęło się na fali arabskiej wiosny 2011 roku. Zaczęło, dodajmy, bez przemocy i z niechęcią sięgnęło po broń dopiero w obliczu rzezi, jaką Asad zareagował na pokojowe demonstracje.

To demokratyczne powstanie miało jakieś szanse? Można mu było pomóc z zewnątrz?

Sama narzuca się tu analogia z hiszpańską wojną domową: oto państwa demokratyczne wstrzymywały się z interwencją tak długo, aż demokraci zostali wytłuczeni. Następnie zaś powiedziano, że jeżeli w tej wojnie komuniści walczą z faszystami, no to kogo my niby mamy popierać? Coś takiego stało się w Syrii: dość powszechny ruch świeckiej klasy średniej, tyle że słabo uzbrojony, początkowo odnosił sukcesy, także dzięki poparciu politycznemu Zachodu.

Czyli jednak demokratów wspierano?

Kiedy się okazało, że za tym poparciem politycznym nie idzie broń, za to reżim Asada jest stale dozbrajany przez Rosję i Iran, a z kolei dżihadyści przez Turcję, Katar i Arabię Saudyjską, to ci, którzy najpierw walczyli w szeregach zbrojnych utworzonych przez ruch demokratyczny, przenieśli się gdzie indziej: znudziło im się patrzeć, jak wszyscy dookoła giną. Nie bezzasadnie mówimy zatem, że w Syrii nie ma właściwie ruchów, które demokrata mógłby z czystym sumieniem poprzeć – bo najpierw demokrata pozwolił, by zostały wybite. Krótko mówiąc: Asad wojnę z demokratami wygrał, zdobywając wschodnią Gutę, ostatnią ich enklawę. Z kolei Idlib, czyli ostatni duży i zaludniony obszar Syrii, którego Asad nie kontroluje, jest w całości opanowany przez dżihadystów.

A te pozostałe wojny?

Druga wojna, która jest w centrum zainteresowania Zachodu i która wywołała interwencję zbrojną, to wojna z kalifatem. Ona powoli się kończy na naszych oczach, bo po zdobyciu Rakki i Dajr az-Zaur przez siły kurdyjsko-arabskie już żadne duże ośrodki nie są pod kontrolą islamistów.

Czyli chociaż jeden problem został rozwiązany?

Nie, bo teraz będzie jak w Iraku, tzn. pozostaną uśpione komórki i niewielkie grupki partyzanckie. Kalifat to była z jednej strony niewyobrażalnie brutalna dyktatura, z drugiej jednak, przynajmniej dla sunnickich mieszkańców Syrii, to byli „skurwiele, ale nasi” – bo jednak bronili ich przed jeszcze groźniejszymi dla nich alawitami, tzn. przed Asadem, Irańczykami i ich najemnikami. Poza tym ta wojna się teraz przeciągnie, bo oddziały kurdyjskie, które odgrywały w niej główną rolę, teraz mają ważniejsze zmartwienie…

Czyli walkę z Turkami?

Tak, stawianie oporu Turkom, którzy zajęli m.in. miasto Afrin. To jest trzecia wojna, która tam się rozgrywa – na opanowanej przez Kurdów północy Syrii graniczącej z Turcją. Przypomnijmy, że oddziały YPG, czyli kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony, utrzymywały neutralność w konflikcie między Asadem a siłami demokratycznymi, a także w trwającym konflikcie między Asadem a dżihadystami. Dzięki temu mogły efektywnie opanować północ kraju zamieszkałą głównie przez Kurdów, a następnie, korzystając z poparcia Amerykanów – którzy traktują ich jako głównych sojuszników w walce z ISIS – opanowali środkowe pogranicze syryjsko-tureckie, w tym tereny, gdzie większość ludności jest arabska. Zapewniają tam jednak minimum bezpieczeństwa w zamian za posłuszeństwo.

(...)

Jest jeszcze czwarta wojna: reżimu Asada z dżihadystami, i ona się nie skończyła. Reżim dotąd nie miał za bardzo ochoty się z nimi bić, bo i dla dżihadystów większym wrogiem był demokratyczny sprzeciw wobec Asada niż sam Asad. Co ciekawe, prezydent Syrii wypuścił dżihadystów z więzień zaraz po pierwszych demonstracjach w 2011 roku. Oni bowiem rozumieją, że walka z Asadem toczy się o militarną kontrolę terytorium Syrii, ale już nie o władzę nad duszami; ruch demokratyczny jak najbardziej stanowił tu dla nich konkurencję.

Podsumujmy: Asad wytłukł demokratów; Kurdowie pobili islamistów, a teraz bronią się przed najazdem Turków z północy, Asad bije się z dżihadystami, ale nie za bardzo…

A to wszystko dzieje się w kontekście piątej wojny, jaką Iran przy pomocy Syrii Asada toczy o kontrolę nad Bliskim Wschodem przeciwko wpływom sunnickiej Arabii Saudyjskiej – i tutaj Iran jest zdecydowanie triumfatorem. To siły lądowe Iranu umożliwiły Asadowi wygranie jego pierwszej wojny, do spółki z rosyjskim lotnictwem. Irańczycy pomogli mu, mimo że z szyickiego punktu widzenia alawici to heretycy tylko trochę mniejsi niż sunnici – to pokazuje, że reżim w Teheranie jest pragmatyczny, gdy chodzi o dobór sojuszników. Wskutek wojny w Syrii Teheran ma teraz korytarz lądowy do Morza Śródziemnego.

krytykapolityczna.pl