czwartek, 23 kwietnia 2026



Wojska inwazyjne miały przy tym wykorzystywać na polu walki bTG, które, jak wspomniałem wcześniej, nadawały się do szybkich działań manewrowych, ale traciły siły oraz impet już po kilku dniach marszu lub w wyniku zderzenia się ze zdecydowanym oporem prowadzonym przez zdeterminowanego przeciwnika. Dlatego dowództwo rosyjskie planowało poruszanie się kolumnami jak najszybciej i omijanie punktów oporu. W ciągu kolejnych dni, z naciskiem na cztery pierwsze doby inwazji (do D+3, gdzie D oznacza dzień agresji), czyli do 27 lutego, zakładano rozbicie wojsk ukraińskich na głównych kierunkach uderzenia i zdobycie albo otoczenie Kijowa. Stabilizacja i likwidacja odosobnionych miejsc koncentracji przeciwnika miała nastąpić do 11. dnia inwazji, czyli 6 marca (D+10). Wtedy też regularne jednostki liniowe SZ FR miały przejść do działań wspierających okupację. Do tego dnia Ukraina miała być pozbawiona przywództwa politycznego, a SZU i inne formacje mundurowe rozbite.

Prawdopodobnie nie przewidywano konieczności opracowania planów awaryjnych. Przyjmowano zapewne, że nie będą potrzebne. Rosjanie uważali, że Ukraina podejmie próbę mobilizacji rezerwistów, ale byli przekonani, że zdąży wystawić jedynie 40 tys. z nich. Zignorowano potencjał SZU i innych formacji mundurowych, a także OT, choć w tym ostatnim przypadku można jeszcze zrozumieć postawę najeźdźców z uwagi na to, że w lutym wciąż miała ona charakter kadrowy. Rosjanie przewidywali też, że dowództwo ukraińskie większość sprawnych bojowo jednostek SZU skieruje do Donbasu, gdzie zostaną związane walką, a nie wykorzysta ich na północy i południu Ukrainy.

Rosjanie zamierzali przy użyciu jednostek specjalnych i wojsk desantowych WDW szybko opanować strategiczne punkty zarówno przy granicach, jak i wewnątrz kraju. Kluczowym elementem były lotniska — celem było przejęcie ich w możliwie nienaruszonym stanie, aby szybko przerzucić tam śmigłowce i samoloty, usprawnić logistykę oraz transport wsparcia. Kontrola nad portami lotniczymi miała podtrzymać tempo ofensywy i przyspieszyć przejęcie kontroli nad terytorium Ukrainy. Przygotowaniom do lądowań miały towarzyszyć uderzenia rakietowe i bombardowania Sił Powietrznych FR. Co istotne, w założeniach nie przewidywano masowego niszczenia miast ani celowego dewastowania infrastruktury krytycznej — tę planowano raczej przejąć w stanie nienaruszonym (np. elektrownie jądrowe). Ostrzał miał być punktowy i (według planistów) "ściąć głowę" ukraińskiemu systemowi decyzyjnemu: celem były ośrodki dowodzenia i miejsca podejmowania decyzji politycznych. W razie ich skutecznego zneutralizowania miała w ukraińskich szeregach zapanować dezorganizacja, a także demoralizacja. Równocześnie ataki rakietowe miały unieszkodliwić ukraińską obronę przeciwlotniczą i lotnictwo, otwierając drogę siłom powietrznym FR i ułatwiając dostawy kolejnych oddziałów oraz zaopatrzenia drogą lotniczą.

W związku z przewidywanym charakterem inwazji SZ FR planowały przeprowadzić liczne "chirurgiczne" operacje przy użyciu specnazu i grup dywersyjnych. Przed rozpoczęciem uderzenia sporządzono listy osób do likwidacji, aresztowania lub izolacji od społeczeństwa. Obejmowały one polityków, rozpoznawalnych wojskowych (w tym medialnie znanych weteranów ATO/OPS), publicystów, dziennikarzy, obrońców praw człowieka, aktywistów antykorupcyjnych, duchownych oraz aktywnych działaczy lokalnych. Jak wspomniałem w rozdziale 1., istniało wysokie prawdopodobieństwo, że planowano zamach na prezydenta Zełenskiego wraz z jego rodziną, gdyby nie opuścił Kijowa zaraz po rozpoczęciu agresji.

W planie inwazji niezwykle ważną rolę powierzono prorosyjskiej agenturze, za którą odpowiadały FSB i GRU. Kreml był przekonany, że pomoże ona odnieść podobny sukces, jak w 2014 r. na Krymie. Prorosyjscy politycy i urzędnicy, szczególnie ci znajdujący się w kręgach władzy, mieli paraliżować proces decyzyjny lub sabotować wykonywanie ważnych rozporządzeń. Nie mniej istotne miało być zniechęcanie do stawiania oporu agresorom. Agentura miała również wskazywać cele i przekazywać informacje bezpośrednio siłom inwazyjnym. Rosyjska Cerkiew Prawosławna na Ukrainie (tzw. Patriarchat Moskiewski) również pomagała w stworzeniu siatki agenturalnej, a dodatkowo aktywnie propagowała tezy Kremla. Jednym z narzędzi służących osłabianiu Ukrainy od wewnątrz była korupcja. Prorosyjscy politycy, urzędnicy i przedstawiciele resortów siłowych mieli też pomóc w ustanowieniu struktur okupacyjnych, a tym samym także legitymizacji podboju Ukrainy przez Rosję. Ważną rolę w tym planie miał pełnić szczególnie Wiktor Medwedczuk, którego darzył zaufaniem Putin.

Na każdym z frontów Rosjanie mieli do pokonania inne bariery naturalne i infrastrukturalne, lecz szczególnie wymagający okazał się właśnie północny teatr działań wojennych. To przecież tam teren przecinały liczne rzeki, którym często towarzyszyły rozległe bagna i grząskie doliny, zwłaszcza wzdłuż granicy z Białorusią. Właśnie podmokły teren, szczególnie w czasie odwilży, stanowił wyzwanie trudniejsze niż większość napotkanych cieków — gdyż zmuszał Rosjan do skanalizowania ataków oraz transportu zaopatrzenia. Obszar ten był również gęsto zalesiony, co sprzyjało zasadzkom i utrudniało przemieszczanie się ciężkiego sprzętu. Mimo to rosyjskie dowództwo w swoich planach niemal całkowicie zlekceważyło te uwarunkowania terenowe, przyjmując, że ofensywa na Kijów z północy — prowadzona po obu stronach Dniepru, a częściowo także od wschodu — przebiegnie szybko i bez większych przeszkód. Możliwe, że pewność siebie podnosiła nie tylko przewaga liczebna i sprzętowa SZ FR, które miały złamać opór lub zniechęcić do jego stawiania, ale również posiadanie dużej liczby mostów pontonowych, które przygotowano właśnie z myślą o ukraińskich działaniach opóźniających, takich jak wysadzanie przepraw.

Zastanawia wybór terminu inwazji. Dlaczego Rosjanie zdecydowali się zaatakować w czasie, gdy zima się kończyła i nadchodziła odwilż? Warunki pogodowe utrudniały działania lotnictwa i prowadzenie rozpoznania, a wilgoć zmieniła pola w bagna, co zmusiło wojska pancerne do skanalizowania marszu po drogach utwardzonych. Wcześniej Rosjanie przeprowadzali inwazje głównie w okresie wiosennym i letnim, gdy było sucho, a noce były krótsze. Przykładem była Gruzja w 2008 r. i zaangażowanie w walki w Donbasie w 2014 r. Tymczasem w dokumentach zdobytych na żołnierzach WDW pod Kijowem widniała wzmianka o wydaniu map i rozkazów 20 lutego, co pozwalało wywnioskować, że pierwotnym terminem inwazji miał być 22 lutego. Rzecz w tym, że zgodnie z sowiecko-rosyjską tradycją takie dokumenty były wydawane jednostkom biorącym udział w operacjach wojskowych właśnie na dwie doby przed ich rozpoczęciem. Oznacza to, że Rosjanie z jednej strony przesunęli najazd o kolejne dwie doby, z drugiej byli gotowi zaryzykować przeprowadzenie inwazji w gorszych warunkach.

/W roku 2021 przeprowadzono atak ekonomiczny na kraje UE, na polu polityki energetycznej - "zakręcono kurek z rsyjskim gazem", w celu wywołania szoku cenowego na Zachodzie, wykorzystując inflację wywołaną popandemicznym ożywieniem - red./

(...)

Według relacji dowódcy PSG gen. Dejneki, inwazja rozpoczęła się o godzinie 3.40, ostrzałem i atakiem na jeden z punktów granicznych w obwodzie ługańskim. Kilka minut później zaczęły do niego docierać doniesienia z innych odcinków granicy z Rosją. O godzinie 4.00 Dejneko powiadomił ministra Monastyrskiego o natarciu rosyjskim na trzech odcinkach granicy. Jednym z nich był rejon położony przy Czarnobylu. O godzinie 5.17 dowódca PSG wysłał do Zełenskiego sms-a z informacją o sytuacji.

Około godziny 4.00 Rosja rozpoczęła uderzenie rakietowe na Kijów oraz kluczowe obiekty rozmieszczone wokół ukraińskiej stolicy. Głównym celem pierwszej fali ataku były nieruchome obiekty wojskowe: bazy lotnicze, stanowiska dowodzenia, koszary, zidentyfikowane pozycje obrony przeciwlotniczej, systemy radarowe oraz magazyny amunicji i zaopatrzenia. Do bombardowania wykorzystano setki pocisków balistycznych i manewrujących. Po godzinie 6.00 jedna z rakiet typu "Kalibr" ominęła samo miasto i uderzyła na terenie koszar 4. Brygady Szybkiego Reagowania GNU, znajdujących się przy lotnisku Antonowa w Hostomelu — miejscu, które w kolejnych godzinach i dniach stało się areną intensywnych walk i rozpoznawalnym symbolem początku rosyjskiej agresji. Pocisk spadł jednak nie na zabudowania, lecz na pusty plac apelowy. Inna rakieta tego samego typu trafiła natomiast w pobliski blok mieszkalny, powodując zniszczenia w zabudowie cywilnej.

W tym samym czasie z lotniska Bokow w rejonie Mozyrza na Białorusi poderwano w powietrze 34 śmigłowce transportujące żołnierzy wojsk powietrznodesantowych, głównie z 31. Brygady Desantowo-Szturmowej oraz 45. Brygady Specnazu. Grupa licząca ok. 200-300 żołnierzy miała za zadanie zdobyć lotnisko Antonowa wraz z jego najbliższym otoczeniem. Osłonę powietrzną zapewniało jej 10 śmigłowców uderzeniowych Ka-52, wspieranych przez kilka maszyn Mi-24 i Mi-28. Desant wyposażono w elementy szybkiej identyfikacji opisane w poprzednim rozdziale.

Lotnisko Antonowa szykowano do obrony. Zdjęcia satelitarne wskazują, że wokół niego przygotowano nieliczne polowe stanowiska ogniowe. Tam właśnie znajdowały się pozycje żołnierzy wyposażonych w ręczne wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych "Igła-1". Razem z działkiem ZSU-23-2 była to jedyna obrona przeciwlotnicza na wyposażeniu gwardzistów z GNU. Ukraińcy mieli ponad 4 godziny na przygotowanie się na przybycie najeźdźców.

Tuż po rozpoczęciu rosyjskiego ostrzału rakietowego dowódca kompanii 4. Brygady Szybkiego Reagowania, mjr Witalij Rudenko, zdołał szybko zmobilizować swoich ludzi, ok. 200 żołnierzy (połowa z nich była poborowymi o niewielkim doświadczeniu), i ruszył z nimi w kierunku Lotniska Antonowa. Nie mógł jednak liczyć na resztę brygady, gdyż niemal wszystkie jej elementy znajdowały się w Donbasie w strefie ATO/OSP. Gwardziści dysponowali głównie bronią strzelecką, postsowieckimi granatnikami przeciwpancernymi oraz wspomnianymi wyżej "Igłami-1" i dwulufowym działkiem przeciwlotniczym kalibru 23 mm. Na terenie koszar mieli też niewielką liczbę pojazdów opancerzonych, ale nieznany jest stan większości z nich, w tym nielicznych czołgów T-64. Podejrzewam, że większość sprawnego sprzętu została zabrana do strefy walk w Donbasie. Podzieleni na kilka mniejszych pododdziałów, zajęli kluczowe pozycje wokół obiektu, przygotowując się do odparcia desantu. Około cztery godziny po pierwszych uderzeniach rakietowych do Hostomela dotarły także elementy 1. Prezydenckiej Brygady Operacyjnego Przeznaczenia im. hetmana Petra Doroszenki GNU oraz wyspecjalizowana jednostka antyterrorystyczna "Omega". Dzięki nim liczebność ukraińskich obrońców wzrosła do ponad 300 żołnierzy.

Około 9.30 rosyjska grupa śmigłowców przekroczyła granicę białorusko-ukraińską, przelatując nad rozległym Zbiornikiem Kijowskim na Dnieprze. Formacja przez blisko godzinę poruszała się bardzo nisko nad lustrem wody, kierując się na południe, po czym skręciła na zachód w rejonie kijowskiej elektrowni wodnej. Właśnie tam doszło do pierwszych strat po stronie agresora — Ukraińcy zestrzelili najpierw śmigłowiec Mi-35M, który spadł na ląd, a chwilę później trafili Mi-24, który runął do wody. W obawie przed kolejnymi trafieniami rosyjscy piloci zaczęli intensywnie odpalać flary, mające odciągnąć od maszyn pociski wystrzeliwane z przenośnych wyrzutni przeciwlotniczych.

Około godziny 10.30 rosyjska formacja śmigłowców znalazła się w rejonie Hostomela i podzieliła się na dwie grupy: maszyny uderzeniowe Ka-52, Mi-24 i Mi-28 miały oczyścić teren Lotniska Antonowa z ukraińskiej obrony, natomiast śmigłowce transportowe Mi-8 otrzymały rozkaz wysadzenia desantu zarówno w południowej części lotniska, jak i w pobliżu koszar Gwardii Narodowej.

Już na początku starcia ukraiński gwardzista ps. "Fara" trafił "Igłą-1" śmigłowiec Ka-52, który ciężko uszkodzony wylądował awaryjnie na pobliskim polu. Jak twierdził później w udzielonym wywiadzie — uczynił to bez skrępowania, gdyż rozpoznał sylwetkę maszyny i wiedział, że w przeciwieństwie do Mi-8 albo Mi-24, wojska ukraińskie nie mają na swoim wyposażeniu takich śmigłowców. W krótkim czasie trafione zostały kolejne dwa Ka-52 (jeden z nich rozbił się na pasie startowym) oraz jeden Mi-28.

Około godziny 11.00 rozpoczął się właściwy atak. Śmigłowce szturmowe intensywnie ostrzeliwały pasy startowe, koszary, warsztaty oraz miejsca, z których Ukraińcy prowadzili ogień, a nad lotniskiem uniósł się gęsty, czarny dym. Dość szybko obrońcom zaczęło brakować amunicji, co zmusiło ich do wycofania się do koszar. Dzięki temu Rosjanie, teraz już bez większych przeszkód, przeprowadzili desant w zachodniej części lotniska przy pasie startowym oraz na północ od bazy 4. Brygady Gwardii Narodowej. Najeźdźcy dość szybko przejęli pod swoją kontrolę większość terenu Lotniska Antonowa.

Thorkill, opierając się na analizie wybranych materiałów audiowizualnych, kwestionuje ukraińskie informacje o zniszczeniu dwóch śmigłowców Mi-8, a także rozbiciu jednej z grup rosyjskiego desantu. Powyższe stwierdzenie stoi jednak w sprzeczności choćby z treścią skrytykowanego przez niego artykułu Andrija Charuka. Ukraiński badacz poddał zresztą krytyce słowa rzecznika prasowego 4. Brygady GNU Charytina Starskiego, który błędnie zidentyfikował część rosyjskich wraków, ale również dowiódł, że po bitwie na lotnisku znaleziono wrak jednego Mi-8AMTSz o identyfikacji RF-9128510. Z kolei zebrane przez Liama Collinsa, Michaela Kofmana i Johna Spencera z "War on the Rocks" relacje ukraińskich żołnierzy wskazują na trafienie tylko jednego Mi-8.

Zarzuty Thorkilla są więc niezrozumiałe, zwłaszcza że nie wskazuje on źródła, które poddaje krytyce. Z drugiej strony tezy, które sam stawia, są co najmniej dyskusyjne. Jego zdaniem "atak wszystkich trzech wskazanych wyżej rosyjskich grup bojowych na opisane wyżej kolejne cele operacji przebiegał bez żadnych komplikacji i praktycznie bez większego oporu ze strony wojsk ukraińskich".

Marek Kozubel - Kijów-Czernihów-Sumy 2022: Klęska rosyjskiego Blitzkriegu

środa, 22 kwietnia 2026



Irański proces decyzyjny pozostaje fragmentaryczny i pogrążony w chaosie, co wyjaśnia niezdolność Iranu do sformułowania i przekazania spójnego stanowiska negocjacyjnego. ISW-CTP oceniła wcześniej 15 kwietnia, że Stany Zjednoczone prowadzą negocjacje z podzielonym komitetem twardogłowych i pragmatyków, któremu brakuje spójnego i jednolitego stanowiska. Ten wewnątrzreżimowy podział był kontynuowany w ostatnich dniach, ponieważ wyżsi rangą urzędnicy irańscy publicznie rozeszli się w sprawie negocjacji. Niektóre doniesienia wskazują, że kluczowym podmiotom, w tym przewodniczącemu parlamentu Mohammadowi Bagherowi Ghalibafowi i ministrowi spraw zagranicznych Abbasowi Araghchi, brakuje uprawnień do reprezentowania stanowiska reżimu. Irańscy urzędnicy nie podjęli w ostatnich dniach jednolitej decyzji co do tego, czy powrócić do negocjacji, a konkurencyjne ośrodki władzy reżimu wydają się blokować konsensus w zasadniczych kwestiach. Rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Esmaeil Baghaei powiedział 21 kwietnia BBC, że Iran nie podjął żadnej decyzji “w sprawie wysłania delegacji do Islamabadu i powiedział, że urzędnicy w dalszym ciągu omawiają warunki powrotu do negocjacji. CNN poinformowało 22 kwietnia, że urzędnicy amerykańscy uważają, że wewnątrzreżimowe frakcje uniemożliwiły reakcję na amerykańską listę ”zawierającą szerokie punkty”. Nieokreślony urzędnik amerykański powiedział 22 kwietnia Axios, że pomiędzy zespołem negocjacyjnym a wojskiem doszło do absolutnego złamania i ocenił, że żadna ze stron nie ma dostępu do najwyższego przywódcy. Axios dodał, że kierownictwo IRGC odrzuciło wiele z tego, co irańscy negocjatorzy omawiali ze Stanami Zjednoczonymi po pierwszej rundzie rozmów, co wskazuje, że zespołowi negocjacyjnemu brakowało uprawnień do reprezentowania stanowiska reżimu.

Formalne mechanizmy podejmowania decyzji i koordynacji reżimu również nie funkcjonują skutecznie, zamiast tego wzmacniają fragmentację. Nieokreślony urzędnik amerykański powiedział 22 kwietnia Axios, że sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu (SNSC) Mohammad Bagher Zolghadr nie koordynuje skutecznie działań IRGC, przywódców cywilnych i najwyższego przywódcy, co sugeruje, że nakładające się władze i spory frakcyjne opóźniają irańskie decyzje - tworzenie i uniemożliwianie reżimowi przedstawienia jednolitego stanowiska negocjacyjnego. Według doniesień Vahidi wywierał presję na prezydenta Masouda Pezeshkiana, aby mianował Zolghadra, co mogło zwiększyć wyzwania stojące przed Zolghadrem w wypełnianiu jego obowiązków jako kluczowego koordynatora między Vahidim a innymi przywódcami. SNSC jest formalnie odpowiedzialna za dostosowanie procesu decyzyjnego w zakresie bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej w całym systemie irańskim oraz za generowanie konsensusu wśród kluczowych zainteresowanych stron reżimu, w tym przywódców cywilnych i dowódców wojskowych. Widoczna niezdolność SNSC do wypracowania jednolitego stanowiska negocjacyjnego lub koordynacji między konkurującymi podmiotami sugeruje, że główny mechanizm decyzyjny reżimu nie funkcjonuje skutecznie.

Urzędnicy amerykańscy zwiększają jednak presję na Iran, aby przedstawił jednolitą reakcję. Nieokreśleni urzędnicy amerykańscy powiedzieli Axios 22 kwietnia, że prezydent USA Donald Trump daje Iranowi ograniczone kilka dni na przedstawienie spójnej kontroferty przed ponownym rozważeniem działań wojskowych. Według Associated Press pakistańscy urzędnicy i pośrednicy jednocześnie pracowali nad utrzymaniem rozmów “przy życiu” i próbowali uzyskać odpowiedź ze strony Iranu. Jednakże irańscy urzędnicy w dalszym ciągu postrzegali działania USA, zwłaszcza blokadę morską, jako główną przeszkodę w negocjacjach. Wysokie rangą osobistości z Iranu, w tym prezydent Masoud Pezeshkian, podkreślili, że “naruszenie zobowiązań, środki blokujące i groźby uniemożliwiają prawdziwe negocjacje”. Doradca Ghalibafa oświadczył 22 kwietnia, że przedłużenie zawieszenia broni ”nie ma żadnego znaczenia” i wezwał do militarnej reakcji na blokadę USA.

understandingwar.org


Podczas rozmowy powrócił temat tego, jak z energetyką jądrową pożegnali się Niemcy. Andrzej Domański przypomniał, że protestował przed zamykaniem elektrowni jądrowych w Niemczech "dawno, dawno temu, zanim to było modne".

– Nie mam cienia wątpliwości, że to był błąd gospodarczy i geopolityczny. To, że Niemcy tak uzależnili się od gazu, ośmieliło Putina – powiedział.

– Energia, ropa, gaz to zawsze są elementy ewentualnego szantażu – oznajmił.

W kontekście wyzwań na styku gospodarki i klimatu oraz aktualnej polityki Brukseli w tym zakresie, Domański podkreślił, że uznaje istnienie kryzysu klimatycznego, ale wyraźnie dał do zrozumienia, że przez decyzje mające na celu ochronę klimatu nie mogą cierpieć przemysł i konkurencyjność UE.

– Nie widzę żadnej korzyści dla klimatu z tego, że przenosimy fabrykę z Polski, Niemiec czy Francji do państw azjatyckich. A niestety, przeregulowanie i zbyt restrykcyjne normy sprawiają, że tracimy miejsca pracy, konkurencyjność gospodarki. To jest coś, co zaczęło docierać do urzędników w Brukseli – powiedział.

wnp.pl

wtorek, 21 kwietnia 2026



15 kwietnia Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak powietrzny za dnia, który łącznie z dwoma atakami nocnymi trwał 37 godzin. Celami były infrastruktura energetyczna, przemysłowa i transportowa. Uszkodzono m.in. obiekty dwóch technicznych uczelni wyższych oraz zakłady Dniepropress w Dnieprze (odpowiednio 15 i 16 kwietnia), zakłady Motor Sicz w Zaporożu (nocą z 14 na 15 kwietnia), zakłady chemiczne i podstację 330 kV w Sumach (15 kwietnia), a także zakłady Kwazar i Majak w Kijowie oraz zakłady Mikron, infrastrukturę portową i kontenerowiec pod banderą Nauru w Odessie (16 kwietnia). Według ukraińskiego MSW zginęło 15 osób, a ponad 100 zostało rannych, jednak ze szczątkowych informacji z najbardziej poszkodowanych miast – Dniepru, Odessy i Kijowa – wynika, że tylko w nich zabitych zostało 20 osób. O zniszczeniach infrastruktury donoszono też z Białej Cerkwi, Charkowa, Czerkas, Czernihowa, Izmaiłu, Sum oraz obwodów mikołajowskiego i połtawskiego. W regionach tych doszło do uszkodzeń przede wszystkim infrastruktury energetycznej. Zgodnie z komunikatem ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP) w ciągu wspomnianych 37 godzin agresor wykorzystał prawie 1000 dronów i 50 rakiet. Rzecznik ukraińskiej Marynarki Wojennej Dmytro Płetenczuk ocenił liczbę bezzałogowców użytych nocą z 15 na 16 kwietnia w ataku na Odessę jako rekordową. Obrońcy mieli ich unieszkodliwić 87.

Prowadzone przez Rosjan od początku 2026 r. ataki na infrastrukturę portową doprowadziły do dalszego zmniejszenia przeładunku towarów, o czym 20 kwietnia poinformowała Administracja Portów Morskich Ukrainy. W pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł on 21 mln ton, podczas gdy w analogicznym okresie 2025 r. sięgnął 23 mln ton, a w 2024 r. – 27,8 mln ton. Od początku br. poszczególne porty mają być atakowane średnio co pięć dni. Uszkodzone zostały 193 instalacje portowe oraz 25 statków. Oprócz zmasowanego ataku w dniach 15–16 kwietnia infrastruktura portowa w rejonie Odessy zaatakowana została również w dwóch kolejnych dobach (poza wyżej wymienionymi celem był port Piwdennyj). Z kolei okres od 19 do 21 kwietnia był jedną z niewielu dłuższych pauz od początku 2026 r., gdy nie odnotowano nowych uderzeń.

(...)

18 kwietnia celem zmasowanego ataku był Krym, a w Sewastopolu trafione zostały rosyjskie okręty desantowe. W dniu ataku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) powiadomiła o trafieniu jednostek „Azow” i „Jamał” (projektu 775) oraz trzeciej niezidentyfikowanej, najprawdopodobniej kutra przeciwdywersyjnego „Graczonok”, a dzień później ukraiński wywiad wojskowy (HUR) o uszkodzeniu okrętów desantowych „Jamał” i „Nikołaj Filczenkow” (projektu 1171). Obie ukraińskie służby przypisały sukces podległym sobie jednostkom, odpowiednio Centrum Operacji Specjalnych „Alfa” i pododdziałowi specjalnemu „Prymary”. Z dostępnych informacji wynika, że okręty nie ucierpiały poważnie, niemniej atak był pierwszym od prawie dwóch lat, w którym doszło do trafienia dużego rosyjskiego okrętu w rejonie Krymu. Potwierdza on też, że baza w Sewastopolu wciąż jest wykorzystywana przez rosyjską flotę (okręty przechodzą tam głównie przeglądy i remonty). Najpoważniejszym skutkiem ataku na półwysep był pożar bazy paliwowej w Sewastopolu. SBU i HUR donosiły także o uszkodzeniu na półwyspie stacji radiolokacyjnych, a 20 kwietnia Sztab Generalny powiadomił o trafieniu bazy paliwowej w Hwardijśkem.

16 i 20 kwietnia ukraińskie drony uderzyły w rafinerię Rosniefti w Tuapse w Kraju Krasnodarskim, wywołując pożar zbiorników z paliwem (ponowny atak nastąpił po ugaszeniu pierwszego). 16 kwietnia doszło również do trafień w porcie, a część jednostek oczekujących na załadunek paliwa została przebazowana do Noworosyjska. 18 kwietnia zaatakowane zostały rafinerie w Nowokujbyszewsku i Syzraniu w obwodzie samarskim, baza paliwowa w Tichoriecku w Kraju Krasnodarskim oraz port Wysock w obwodzie leningradzkim (według ukraińskiego Sztabu Generalnego trafiony został tamtejszy terminal Łukoilu), a dzień później port Jejsk w Kraju Krasnodarskim. Na ich terenie wybuchły pożary, nie potwierdzono jednak znaczących zniszczeń, podobnie jak w przypadku ataku na zakłady chemiczne w Sterlitamaku w Baszkortostanie 15 kwietnia. Do pożaru i uszkodzenia hal fabrycznych doszło w produkujących bezzałogowce zakładach Atłant Aero w Taganrogu, w które ukraińskie drony uderzyły 19 kwietnia. 18 kwietnia w ataku na cele w Rosji i na terenach okupowanych Ukraińcy znów wykorzystali znaczną liczbę bezzałogowców – co najmniej 568 (taką liczbę zneutralizowanych podał resort obrony FR).

(...)

16 kwietnia Ministerstwo Obrony FR zagroziło „nieprzewidywalnymi konsekwencjami” państwom europejskim uczestniczącym w produkcji dronów dla Ukrainy. Oświadczenie odnosiło się do podpisanych w ostatnich tygodniach porozumień dotyczących współpracy europejskich i ukraińskich producentów bezzałogowców. Stwierdzono, że działania te prowadzą do „eskalacji sytuacji wojskowo-politycznej” i przekształcania tych państw w „strategiczne zaplecze Ukrainy”. Ministerstwo opublikowało również adresy i nazwy firm w 11 państwach europejskich, w tym w Polsce, a także w Turcji i Izraelu, które miały być zaangażowane w produkcję dronów lub ich komponentów dla Ukrainy. Oświadczenie, podparte pogróżkami ze strony wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa FR Dmitrija Miedwiediewa, należy intepretować jako rosyjską operację informacyjną mającą powstrzymać państwa partnerskie Ukrainy przed kontynowaniem kooperacji przemysłów zbrojeniowych.

osw.waw.pl


Izabela Albrycht, pełnomocniczka rektora AGH do spraw programu DIANA, zwraca z kolei uwagę, że "przewagę buduje się nie najsilniejszą armią, ale najszybszym systemem innowacji".

Innymi słowy, nowoczesne konflikty wygrywa się szybkością wdrażania technologii – powiedziała.

(...)

– Bardzo istotnym czynnikiem jest fakt, że współczesne pole walki obejmuje również infrastrukturę cywilną – powiedziała Albrycht. Transport wojskowy przykładowo zależy od cywilnych portów, lotnisk, dróg i kolei, a powodzenie operacji militarnych także od sieci energetycznych czy światłowodów. – To wszystko sprawia, że pole walki tak naprawdę rozciąga się na całe państwo, a zatem potrzebna jest budowa odporności państwa i społeczeństwa – podkreśliła.

Taka charakterystyka współczesnych konfliktów zdaniem Albrycht sprawia, że "trzeba inaczej podejść do tworzenia zdolności, które pozwalają nam osiągnąć zwycięstwo". Rozwiązaniem może być nowy model pozyskiwania technologii wojskowych, tym razem oparty na rozwiązaniach podwójnego, cywilnego i wojskowego zastosowania, czyli dual-use.

Według Albrycht mamy do czynienia z systemową zmianą dotyczącą rozwiązań dual-use. Do tej pory to technologie wojskowe zasilały rynek cywilny, czego przykładem jest nawigacja satelitarna – powstała na potrzeby wojska, dziś jest powszechnie wykorzystywana poza nim. – Teraz kierunek dyfuzji technologii się odwraca, czyli w dużej mierze to technologie komercyjne są adaptowane do celów obrony i bezpieczeństwa. Warto też zwrócić uwagę, że takie technologie mogą wrócić z powrotem do zastosowań cywilnych – podkreśliła. Na przykład w Ukrainie drony są coraz częściej wykorzystywane w rolnictwie czy transporcie.

Ekspertka zwraca uwagę, że takie procesy potrafią obniżyć koszt pozyskiwania innowacji przez wojsko. 

(...)

Przykładów firm, które zaczynały w cywilu, a potem trafiły do wojska, jest niemało. Palantir Technologie, który dostarcza analitykę armii Izraela i jesienią 2025 r. podpisał list intencyjny z polskim MON, zaczynał od rozwiązań dla sektora bankowego. ICEYE, polsko-fiński producent satelitów, również dla Wojska Polskiego, startował od rozwiązań, które monitorowałyby pokrywę lodową w Arktyce (ślad tego pozostał w nazwie firmy). Do wojska trafiła też firma Revobeam z Gdańska, która otrzymała wsparcie z programu DIANA i dziś oferuje kierunkowe anteny dla łączności, dzięki którym przeciwnikowi trudniej zatrudnić komunikację. Wcześniej miała na swoim koncie rozwiązania, które lokalizowały wózki na szpitalnym oddziale ratunkowym albo optymalizowały procesy logistyczne w porcie w Gdańsku. Z kolei duńska spółka Robotto, zanim zaczęła pracować dla sił zbrojnych, robiła oprogramowanie dla dronów, które dzięki sygnaturom cieplnym liczyły populację koali. – Dziś też liczą populację, ale nie powiem kogo i gdzie – śmieje się pułkownik Szymański.

Izabela Albrycht z AGH przypomina, że w pierwszych miesiącach po rosyjskiej inwazji to Ukraina miała przewagę wynikającą z szybkości adaptacji nowych technologii na potrzeby wojskowe. Z czasem jednak Rosja także się uczyła i dostosowywała do zmian.

Coraz częściej będziemy widzieć nowoczesne rozwiązania, które w sposób zwinny są wykorzystywane na polu walki. Musimy nasz system innowacji dostosować, żeby każdorazowo na te zmiany odpowiadać – powiedziała.

wnp.pl

niedziela, 19 kwietnia 2026



Startujący z bezzałogowej platformy nawodnej dron przechwytujący (myśliwski) z po raz pierwszy zestrzelił rosyjski bezzałogowiec uderzeniowy typu Shahed. Poinformowały o tym w niedzielę Siły Systemów Bezzałogowych Sił Zbrojnych Ukrainy.

– Operatorzy dywizjonu bezzałogowych systemów nawodnych 412. Brygady “Nemesis” Sił Systemów Bezzałogowych wykonują misje bojowe w morskiej strefie operacyjnej. To właśnie ta jednostka z powodzeniem przechwyciła bezzałogowy statek powietrzny klasy Shahed za pomocą drona przechwytującego wystrzelonego z bezzałogowej platformy nawodnej – stwierdzono w komunikacie.

Na opublikowanym nagraniu widać dron morski (bezzałogową motorówkę) wyposażony w zdalnie sterowany system wieżowy z karabinem maszynowym oraz prawdopodobnie cztery kontenery startowe dla dronów przechwytujących pionowego startu. 

(...)

Daje to Ukrainie możliwość wysunięcia swojej obrony przeciwlotniczej w głąb Morza Czarnego, znad którego atakowana jest Odessa i inne miasta na wybrzeżu kraju. Z powodu braku okrętów przeciwlotniczych, południe Ukrainy jest narażone na rosyjskie bombardowania – do tej pory użycie dronów przechwytujących było możliwe dopiero wzdłuż linii brzegowej. 

Możliwość startu dronów przeciwlotniczych z pokładu dronów morskich stanowi też potencjalne zagrożenie dla rosyjskich śmigłowców bazujących na Krymie i okrętach Floty Czarnomorskiej. 

centrumeuropy.pl  


Dane na temat rosyjskiego ochotniczego poboru pochodzą od Janisa Kluge, niemieckiego analityka specjalizującego się w śledzeniu rosyjskiej rekrutacji. Robi to, analizując ciągle podawane publicznie dane budżetowe rosyjskich regionów (nie wszystkich, ale odpowiadających za około 50 procent populacji kraju) i rządu federalnego. Wśród nich są informacje na temat tego, ile ogólnie wydano na dodatki za zawarcie kontraktu z wojskiem. W połączeniu z szeroko reklamowanymi przez władze wysokościami owych dodatków pozwala to dość precyzyjnie śledzić, ilu ludzi się zaciągnęło w skali całego kraju.

Z danych Klugego wynika, że pierwsze miesiące tego roku to wyraźne zwolnienie rekrutacji. W porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 roku jest to o 20 procent mniej ochotników. Oznacza to około 70 tysięcy podpisanych kontraktów w pierwszych trzech miesiącach tego roku, średnio mniej więcej 800 dziennie. Oficjalnie było to więcej. Dmitrij Miedwiediew będący szefem Komisji ds. Rekrutacji mówił pod koniec marca o "ponad 80 tysiącach" zrekrutowanych osób. Czyli około 1000 dziennie. Według Klugego oficjalne dane budżetowe regionów nie potwierdzają jednak słów Miedwiediewa.

Dzieje się tak pomimo wzrostu nagród za złożenie podpisu pod kontraktem. Składa się na nie kilka elementów. Podstawa to dodatek federalny w kwocie 400 tysięcy rubli (18,9 tysiąca złotych), który jest stabilny. Więcej dopłacają władze regionalne, ciągle aktualizując kwotę w zależności od tego, jak idzie im wypełnianie narzucanej przez Moskwę kwoty pozyskanego rekruta. Według danych Klugego dodatek regionalny to aktualnie średnio niemal 1,5 miliona rubli (około 70 tysięcy złotych). Pod koniec 2025 roku średnie regionalne dodatki wynosiły około 1,3 miliona rubli, choć wcześniej jesienią na chwilę dobiły do prawie 1,4 miliona. Koniec roku był jednak trudny dla rosyjskich regionów, na które Moskwa przerzuciła wiele kosztów prowadzenia wojny. W tym właśnie zmuszając je do finansowania rekrutacji. Kryzys zadłużenia zmusił wiele z nich do cięcia dodatków. Niektóre mogły też obniżyć dodatki z powodu wypełnienia kwoty rekruta.

Średnia rosyjska pensja brutto to około 83-89 tysięcy rubli, choć mediana to zaledwie 40-48 tysięcy. Prawie dwa miliony rubli oferowane za zaciągnięcie się do wojska, plus późniejszy żołd na poziomie od 200 tysięcy rubli i wysokie odszkodowania za rany lub śmierć, są więc dla przeciętnego Rosjanina kwotami ogromnymi. Zmieniającymi życie samego ochotnika, jak i jego rodziny. Pokusa jest więc ogromna. Tym bardziej że dochodzą jeszcze różne przywileje i możliwość umorzenia długów. Władza zrobiła wiele, aby ruszenie na wojnę w Ukrainie było bardzo atrakcyjne ekonomicznie. Niezależnie od tego, tempo rekrutacji najwyraźniej spada.

Nawet tych 200 ludzi dziennie mniej to problem dla rosyjskiej armii. Od właściwie 2 lat większość zachodnich analityków przyjmuje, że traci ona do około 20-30 tysięcy zabitych i rannych miesięcznie. Rekrutacja na poziomie około tysiąca ludzi dziennie pozwalała te straty uzupełniać i to z małą górką, umożliwiającą powolną rozbudowę struktur armii. Taki stan jest zadowalający dla Kremla, którego celem jest wyczerpanie Ukraińców i Zachodu. Ciągłe wysokie straty własne to sprawa drugorzędna. Konieczny koszt zwycięstwa. Jednak jeśli dobrowolna rekrutacja przestanie zaspokajać potrzeby wojska prowadzącego niemal ciągłą ofensywę na wielu odcinkach frontu, to Kreml stanie przed dylematem.

Po pierwsze, będzie mógł zwiększyć presję na własnych obywateli celem przymuszania ich do zawierania kontraktu. Pewne tego oznaki już widać. Pod koniec marca władze obwodu riazańskiego nakazały firmom "nominowanie" części swoich pracowników do podpisania kontraktu wojskowego. Te zatrudniające do 300 ludzi muszą wybrać co najmniej dwójkę, te mające ponad 500 już trójkę. Rosyjscy prawnicy cytowani przez "The Moscow Times" twierdzą, że w praktyce taki nakaz jest sprzeczny z prawem. Pokazuje jednak presję na wypełnienie norm rekrutacji. Amerykańska telewizja "CNN" twierdziła natomiast na początku kwietnia, powołując się na komunikację z rosyjskimi studentami, że na uniwersytetach szybko narasta silna presja na zaciąganie się do wojska. Zwłaszcza do pododdziałów dronowych.

gazeta.pl

sobota, 18 kwietnia 2026



Ważne i znaczące wystąpienie Colby`ego na spotkaniu grupy kontaktowej z Ramstein. /A la spotkanie w Pentagonie z ludźmi papieża? - red./ Podkreśla on, że USA nie będą przekazywać "znaczącego" wkładu w inicjatywę PURL. Wezwał Europę do szybkiego przejęcia większej odpowiedzialności za wsparcie Ukrainy (nie tylko opłacenia dostaw ale przede wszystkim przejęcia *produkcji* uzbrojenia). Argumentował, że zasoby przekazywane były z amerykańskich zapasów, co nie będzie już możliwe. 

W treści wystąpienia pojawiło się też napomnienie, że prezydent Trump oczekuje zaangażowania w odblokowanie Ormuzu.

“President Trump has rightly made clear that he expects allies and partners to step up and help secure this vital waterway in the Middle East. I underline the criticality of this for our relationship going forward.”

Podkreślił, że działanie to ma krytyczne znaczenie dla dalszych stosunków z USA.

Innymi słowy, Colby w dość dyplomatyczny jak na siebie sposób powtórzył dokładnie to samo, co w ostatnim czasie mówił Trump. Wyczerpanie zasobów na bliskowschodnią wojnę doprowadziło do poważnych deficytów w efektorach OPL, wobec czego Europa musi *natychmiast* przejąć tę część na siebie, jeśli chce wspierać Ukrainę.

Co więcej, Europa musi pilnie przejąć pełną odpowiedzialność za konwencjonalną obronę kontynentu.

**

To było spodziewane, a oznacza zwijanie się Amerykanów z Europy i przejście do roli ewentualnego wsparcia z tylnego rzędu, czyli jako podstawa parasol atomowy i ewentualny udział lotnictwa. Mało tego, te zmiany nastąpią w bardzo krótkim czasie, mimo że powolne przejmowanie odpowiedzialność (np. ostatnio na stanowiskach dowódczych) już trwa. Colby sugeruje, że sprzeciwianie się wezwaniom Trumpa, skończy się pogłębieniem gwałtowności tego procesu.

Z drugiej strony, takie postawienie sprawy usuwa jakąkolwiek zachętę wobec Europy, do współpracy z Trumpem w jego "wycieczkach". Skoro zmiany są nieuchronne i gwałtowne, nie ma sensu trwonić uwagi i środków na pomoc USA z dala od własnego teatru działań. Skoro są przesądzone, żadne umizgi i tak nie pomogą.

Zresztą sprawa jest u Trumpa prosta, "NATO nie było, kiedy ich potrzebowaliśmy" - powtarza. Włochom już powiedział, że nie otrzymają pomocy w chwili próby. Nie ma co się oszukiwać. Trump samodzielnie zniszczył amerykańskie odstraszanie i jakiekolwiek przekonanie o trwałości zobowiązań sojuszniczych.

x.com/FilippDM


Alex Samson to były asystent senatora Teda Cruza i członek zbliżonej do wiceprezydenta J.D. Vance'a organizacji American Moment. Formalnie pełni funkcję starszego doradcy Biura ds. Demokracji, Praw Człowieka i Pracy Departamentu Stanu, choć wewnętrznie przemianował tę jednostkę na "Biuro Praw Naturalnych" ze względu na sprzeciw wobec koncepcji praw człowieka.

Według "NYT" Samson był odpowiedzialny za prowadzenie polityki Waszyngtonu nastawionej na wspieranie skrajnej prawicy i krytykę europejskich regulacji przez większość 2025 r., kiedy rolę podsekretarza stanu USA ds. dyplomacji publicznej objęła Sarah Rogers.

Alex Samson został uznany za idealnego kandydata do swojej roli ze względu na zaangażowanie na rzecz chrześcijaństwa, sprzeciw wobec cenzury i polityki europejskiej. Kiedy obejmował funkcję, według "NYT powiedział pracownikom biura, że ma zamiar "dać głos chrześcijanom i konserwatystom". Dziennik podaje, że instruował również pracowników, by wymyślili sposoby na "ukaranie" Unii Europejskiej za ograniczanie wolności słowa.

"NYT" opisuje podróże i spotkania Samsona m.in. z posłami Alternatywy dla Niemiec, Beatrix von Storch i Joachimem Paulem, podczas którego politycy wyrażali swoje obawy o możliwą delegalizację partii, a amerykańscy dyplomaci potępiali regulacje mediów społecznościowych i cenzurę konserwatystów.

W marcu 2025 roku Samson przebywał w Londynie na tajnym śniadaniu z Nigelem Farage'em, brytyjskim prawicowym populistą, aby omówić kwestię aborcji i cenzury. W maju był w Paryżu, próbując przekonać komisję praw człowieka, że Marine Le Pen, francuska liderka skrajnej prawicy skazana za defraudację środków z Parlamentu Europejskiego, była niesprawiedliwie prześladowana.

Dziennik pisze, że w wielu przypadkach Samson "szokował" swoją krytyką europejskich polityków i przywódców. "NYT" podaje, że podczas spotkania z Reporterami bez Granic stwierdził m.in., że Francja "stopniowo staje się Koreą Północną".

Wśród odwiedzanych przez młodego dyplomatę krajów były też Węgry, Słowacja, Austria i Czechy. Gazeta opisuje też podróż Samsona i Rogers - której retoryka i poparcie dla skrajnej prawicy również budzi kontrowersje - z brytyjskimi dyplomatami w Londynie w grudniu ubiegłego roku. Podczas spotkania Rogers ostro skrytykowała poziom migracji w Wielkiej Brytanii, oskarżając migrantów o podsycanie fali przestępczości, choć według oficjalnych danych przestępczość w Wielkiej Brytanii spadła w ciągu ostatnich 10 lat. Skrytykowała brytyjską policję za aresztowanie komika krytykującego działania na rzecz praw osób transpłciowych.

"NYT" podkreśla jednak, że jak dotąd polityka USA przyniosła niewiele konkretnych rezultatów - premier Węgier Viktor Orban przegrał wybory, Le Pen nadal wykluczona jest z wyborów - a ze względu na niepopularność Trumpa na kontynencie, partie prawicowe raczej starają się dystansować od Stanów Zjednoczonych.

PAP

piątek, 17 kwietnia 2026



Sekretarz skarbu USA Scott Bessent potwierdził w czwartek, że Stany Zjednoczone zdecydowały się na przywrócenie pełnych sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowego. Decyzja zwalniająca z sankcji "krwawą ropę" z obostrzeń wygasła 11 kwietnia. Bessent zapowiedział również, że nie zostanie przedłużone zwolnienie dla irańskiego surowca (to obowiązuje jeszcze do 19 kwietnia).

Na pierwszy wyłom w sankcjach Trump zdecydował się już w drugim tygodniu marca (12 marca). Dotyczył - według różnych szacunków - około 100 mln baryłek rosyjskiej ropy, która znajdowała się już na tankowcach. Kolejna decyzja zapadła 20 marca i dopuściła sprzedaż około 140 mln baryłek irańskiej ropy, będącej już na statkach.

Przewrotny plan USA zakładał, że ta ropa zasili rozchwiany wojną w Iranie rynek i tym samym ograniczy drastyczny wzrost cen surowca na światowych rynkach.

To nie przyniosło żadnego efektu. Nie powstrzymało galopady cen. Pozwoliło jedynie zarobić Putinowi i irańskiemu reżimowi - ocenia w rozmowie z money.pl dr Przemysław Zaleski, ekspert ds. bezpieczeństwa energetycznego Fundacji Pułaskiego i Politechniki Wrocławskiej.

- To nie miało żadnego sensu. Nie przy takim wolumenie i tak wielkich stratach produkcyjnych i eksportowych państw Zatoki Perskiej - dodaje.

Tylko straty z jednego pola naftowego Manifa Arabia Saudyjska oszacowała na 300 mln baryłek ropy dziennie. Uszkodzenie kluczowego ropociągu Wschód-Zachód oznaczało z kolei spadek w dostawach na rynek o 700 tys. baryłek ropy dziennie.

(...)

- Wypowiedzi Trumpa miały większy wpływ na rynki niż chaotyczne posunięcia jego administracji. Raz ogłasza otwarcie cieśniny Ormuz, innym razem sam zakłada blokadę i grozi "zduszeniem" Iranu. Dziś Trump już nie kontroluje Zatoki Perskiej - twierdzi dr Zaleski. - Pogubił się w celach - dodaje.

Najbardziej widocznym efektem uwolnienia spod sankcji ropy była kolejka, w jakiej ustawili się chętni do jej kupna bez ryzyka wtórnych represji ze strony USA. Ci, którzy do tej pory trzymali się z daleka od surowca z Iranu czy Rosji, szybko wrócili do zamówień.

Według ustaleń Reutersa były to indyjskie rafinerie, a za nimi rafinerie w innych częściach Azji, jak choćby z Filipin. Po irański surowiec sięgały już nie tylko prywatne firmy z Chin, ale również państwowe rafinerie. Również rosyjska ropa stała się atrakcyjna.

Przypomnijmy, że w ostatnich miesiącach średnio Rosja zarabiała na ropie i produktach na jej bazie około 11 mld dol. miesięcznie. Skutki ataku na Iran umożliwiły jej podreperowanie budżetu. Drastyczne wzrosty cen na rynkach sprawiły, że również rosyjskie gatunki zyskały na cenie. Po raz pierwszy od ponad 10 lat rosyjska ropa sprzedawana przez port Kozmino nad Pacyfikiem przebiła granicę 100 dol. za baryłkę.

- Uwolnienie spod sankcji było dodatkowym prezentem dla Putina - komentuje dr Zaleski.

Z analiz Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) wynika, że przez pierwsze dwa tygodnie zawieszenia sankcji rosyjski budżet zasiliło dodatkowe 6,9 mld dol.

Elżbieta Kaca z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) w swoim komentarzu wylicza, że w marcu Rosja zanotowała znaczne zyski z eksportu ropy, które wzrosły o 114 proc. w skali miesiąca, osiągając wartość 7,4 mld euro z tytułu podatku od sprzedaży. Całkowita wartość eksportu rosyjskich surowców wyniosła 11,6 mld euro.

Również strona irańska informowała, że uwolniona spod sankcji ropa wyprzedała się na pniu. Indie, które historycznie były głównym nabywcą irańskiej ropy, są uważane za kluczowego beneficjenta decyzji Donalda Trumpa. Zapasy uzupełniły również Chiny. W czwartek Scott Bessent sugerował, że ładunki irańskiego surowca zostały już wyprzedane.

Władimir Putin i ajatollahowie dalej jednak handlować nie będą mogli, bo pełne sankcje na ropę wracają. Według Elżbiety Kacy z PISM przywrócenie sankcji zmusi Rosję do sprzedaży surowca po niższych cenach na rynkach azjatyckich. Jak ocenia, rosyjskie zniżki będą jeszcze mocniejsze. Dlatego też pełne sankcje mogą ograniczyć potencjalne zyski Rosji na dłuższą metę.

Pomimo działań dyplomatycznych specjalnego wysłannika Moskwy Kiriłła Dmitrijewa, który prowadził 9 kwietnia rozmowy z przedstawicielami administracji USA, oraz próśb niektórych państw azjatyckich takich jak Indie i Filipiny, Waszyngton nie przedłużył wyłączeń dla surowców z Rosji.

money.pl


Skala tego zjawiska jest trudna do jednoznacznego określenia, ale to już nie jest faza eksperymentów i frontowych samoróbek jak rok temu. Tak jak w powietrzu 1-2 lata temu, robotyzacja na ziemi wyraźnie przyśpieszyła. Drony lądowe są już produkowane w dużych seriach, zaczyna się standaryzacja i powszechne użycie. Nagrania z działań na froncie z ich udziałem to już nie nowinki, ale właściwie codzienność.

Temat ten poruszył w poniedziałek Wołodymyr Zełenski podczas swojego wystąpienia z okazji Dnia Pracownika Przemysłu Zbrojeniowego. Prezydent wykorzystuje tę okazję, aby podkreślić osiągnięcia ukraińskie w dziedzinie produkcji i rozwoju uzbrojenia, wybierając obszary, które pozwalają osiągnąć jak najlepszy efekt promocyjny. W tym roku były to właśnie między innymi drony lądowe. - Nasze robotyczne systemy lądowe wykonały ponad 22 tysiące misji na froncie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ujmując to inaczej, ponad 22 tysiące razy uchroniono ludzkie życie, kiedy robot wyruszył do najniebezpieczniejszej strefy zamiast żołnierza - mówił Zełenski. Stwierdził też, że "po raz pierwszy w historii tej wojny, wroga pozycja została zajęta wyłącznie przez systemy bezzałogowe, powietrzne i lądowe". - Okupanci się poddali, a operacja odbyła się bez udziału naszej piechoty i strat po naszej stronie - stwierdził prezydent.

(...)

Do miana pierwszego udanego ataku robotów kończącego się pojmaniem Rosjan aspiruje 3. Samodzielny Korpus Szturmowy, który w lipcu 2025 roku zaatakował wyjątkowo uporczywie broniącą się grupę Rosjan lądowymi dronami-kamikadze, czyli znanymi już od prawie stu lat minami samojezdnymi. Pierwsza wybiła dziurę do wnętrza ziemianki, w której schronili się żołnierze. Kiedy druga wtoczyła się do środka, Rosjanie się jej poddali, nie chcąc ryzykować tego, co stanie się po detonacji kolejnych 30 kg materiałów wybuchowych. Jest możliwe, że prezydent nawiązywał do styczniowego wydarzenia z rejonu Hulajpola, które zaowocowało bardzo dobrym nagraniem poddawania się Rosjan robotowi. Widać na nim trzech rosyjskich żołnierzy, którzy najpewniej zostali wcześniej zaatakowani przez jakiegoś drona latającego. Jeden jest ranny, a jego towarzysze wyraźnie trwożnie spoglądają w niebo. Poddają się jednak dronowi lądowemu. Te mają najczęściej zamontowane głośniki, aby móc za ich pośrednictwem przekazywać komendy. Dalsze szczegóły wydarzenia nie są znane.

(...)

Jednak bezpośrednia walka to nie jest to, do czego lądowe bezzałogowce są najczęściej używane. Mają inne zadania które, choć może są mniej spektakularne, mają ogromne znaczenie. To logistyka i ewakuacja rannych. Codzienna konieczność, bez której nie da się prowadzić wojny, a która stała się bardzo niebezpieczna ze względu na rozwój dronów latających. Zarówno rozpoznawczych, jak i uderzeniowych. Aktualnie około 15-20 kilometrów za linią kontaktu rozciąga się tak zwana strefa śmierci, gdzie jakikolwiek ruch oznacza wystawienie się na poważne ryzyko. Dostarczanie zaopatrzenia na wysunięte pozycje, rotowanie ich obsad czy ewakuacja rannych, to obecnie zadania bardzo trudne. W początkowym okresie używano do tego głównie samochodów terenowych. Potem zaczęto szerzej stosować mniej rzucające się w oczy quady z przyczepkami. Teraz nawet one są często za duże i w wielu miejscach dotarcie na wysunięte pozycje to długa wyprawa piesza, najlepiej nocami czy we mgle, co jest nadal bardzo ryzykownym zadaniem.

Dlatego już od dobrze ponad roku zaczęto stosować drony. Na początku na większą skalę te powietrzne, których na froncie było znacznie więcej. Zamiast granatów zaczęto pod nie podwieszać małe pakunki z wodą, jedzeniem i amunicją, które zrzucano na własne pozycje. Kiedy teraz czasem pojawiają się informacje o ukraińskich żołnierzach trzymających jedną pozycję miesiącami bez zmiany, to właśnie dzięki takim dostawom zaopatrzenia. Problem tego rozwiązania jest taki, że drony latające mają mały udźwig - góra kilka kilogramów lub kilkanaście-kilkadziesiąt w przypadku tych największych. To ciągle mało, kiedy trzeba zaopatrywać kilku ludzi siedzących w ziemiance. Oznacza to częste loty oznaczające ryzyko utraty maszyny, ale też wykrycia jej operatorów.

I tutaj przebojem wdzierają się właśnie drony lądowe. Ich standardowy udźwig to zazwyczaj rejon do 250 kilogramów. Baterie wystarczają na kilka godzin jazdy, do nawet 8. Łączność jest zapewniana przez system satelitarny Starlink albo klasyczną radiową. W przypadku tej ostatniej często pomagają drony latające służące jako stacje przekaźnikowe, które znacznie wydłużają zasięg. Czasem używane są też rozwijane światłowody ciągnące się za robotem. Jeden udany kurs takiej maszyny to wiele dni zapasów na wysuniętej pozycji. Używane są nawet do transportu drewna używanego do budowy umocnionych pozycji. Ukraińscy żołnierze rozmawiający na początku kwietnia z dziennikarzem brytyjskiego "The Guardian" szacowali, że obecnie do 90 procent logistyki na tych ostatnich kilkunastu kilometrach przed pozycjami wroga to drony.

Maszyny okazały się też świetnym narzędziem ewakuacji rannych. Klasycznie jest to operacja wymagająca narażenia kilku innych osób, które muszą pomagać rannemu, a przez to wystawiają się na łatwiejsze wykrycie i cios z powietrza. Dlatego ewakuacja medyczna to jedna z tych sytuacji, kiedy jeszcze względnie często na front są kierowane pojazdy opancerzone, dające szansę szybko wywieźć rannego i wytrzymać ciosy dronów. Drony logistyczne oferują wygodną alternatywę. Likwidują ryzyko dla ludzi oraz cennych pojazdów, a przy tym są dość odporne na ataki latających dronów. Miejsca i udźwigu starcza na 1-2 osoby. Po dostarczeniu zapasów na pierwszą linię mogą zabrać ich z powrotem. Dla ochrony ewakuowanych montowane są specjalne osłony przypominające metalową trumnę.

(...)

Lądowym dronom oczywiście ciągle daleko do wizji rodem z filmów science fiction. To ciągle dość proste i niezgrabne maszyny, które właściwie nie są w stanie poruszać się w terenie. Muszą korzystać z dróg czy choćby ścieżek, bo poza nimi ryzyko utknięcia lub wywrotki jest zbyt duże. Świadomość operatora i czas jego reakcji są słabe, bo widzi świat przez prostą kamerę z często rwącym się sygnałem. Zdolności do unikania ciosów właściwie nie ma. We wspomnianym tekście "Guardiana" jeden z żołnierzy deklarował, że jego oddział traci co czwartego drona lądowego wysłanego na misję logistyczną. Obie strony intensywnie polują na nie przy pomocy dronów powietrznych. Jednak pomimo takich ograniczeń i takiego poziomu strat, ich użycie gwałtownie rośnie. Jasno to pokazuje, że jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż narażanie ludzi. 

gazeta.pl