Tomasz Sajewicz: Chciałbym, abyśmy wytłumaczyli kontekst zmian, które obecnie zachodzą w Chinach. Wróciłbym do tej nieszczęsnej wystawy luksusowych toreb w Muzeum Narodowym w Pekinie w 2011 roku. Dwa lata później jej zorganizowanie byłoby niemożliwe. Sprzed Muzeum Narodowego znika też posąg Konfucjusza. W 2008 roku na fali Igrzysk Olimpijskich entuzjazm towarzyszy zarówno samym Chińczykom, jak i Zachodowi, który widzi otwieranie się Chin i szansę na zmiany. Przychodzi 2013 rok i zaczyna się era Xi, z konsekwencji której wówczas chyba mało kto mógł zdawać sobie sprawę. Co takiego wydarzyło się między 2008 a 2013 rokiem, co utorowało Xi drogę do przywództwa?
Bogdan Góralczyk: Chiny przez ponad trzy dekady do 2012 roku żyły pod egidą filozofii Deng Xiaopinga, czyli trzeźwego, rozsądnego, ostrożnego pragmatyzmu. Rozsądku, w ramach którego budowano coraz bardziej, powiedziałbym, merytokratyczne rządy, gdzie odsuwano partię od zarządzania, gdzie rzeczywiście wierzono we współpracę i globalizację, bo była ona korzystna dla Chin; wierzono w światowe rynki, powiązania. Synonimem tych czasów na pewno będzie Zhu Rongji, który jest, mówiąc obrazowo, chociaż tego w Polsce się nie da nigdy połączyć, fuzją Balcerowicza z Kołodką. Na wszystkich katedrach uniwersytetów ekonomicznych do dziś uczy się myśli tego rzutkiego przywódcy o gospodarce.
Natomiast w 2012 roku przyszedł ambitny, bardzo asertywny władca, który postanowił wyprowadzić Chiny na pozycję, którą kiedyś zajmowały – taką, na której będą wytwarzały, powiedzmy, 25 czy 33 procent światowego PKB i równocześnie będą Państwem Środka, a więc wielkim imperium. Kiedy ujawnił swoje plany – a trochę to trwało, był to mniej więcej 2015–2016 rok – Amerykanie zrozumieli, że wyhodowali sobie Frankensteina. Logika zmian wewnętrznych w Chinach nie idzie absolutnie w kierunku, którego się spodziewali i na który próbowali Chiny nakierować. Wtedy właśnie nastąpiła zupełna zmiana wajchy, jak to się u nas mówi. Skończyło się zaangażowanie, a rozpoczęła strategiczna rywalizacja, w ramach której obowiązują zupełnie inne zasady gry. I ta strategiczna rywalizacja dziś narasta, przenosi się z jednej płaszczyzny na drugą. Zaczęło się od wojny handlowej i celnej, które nigdy nie zostały odwołane, ale które przyniosły chociażby taki rezultat, że nowych chińskich inwestycji na terenie Stanów Zjednoczonych już praktycznie nie ma, natomiast inwestycje amerykańskie – poza tymi wielkimi, takimi jak Tesla, czy małymi i średnimi przedsiębiorstwami – zaczęły uciekać czy to do Indii, czy do Wietnamu, czy do Bangladeszu. Wówczas Chiny, w ramach nowej koncepcji Xi Jinpinga, zmieniły w ogóle model rozwojowy państwa. Zamiast otwartych rynków, co jeszcze Xi Jinping w pewnym momencie sam ogłosił w Davos, Chińczycy zaczęli mówić w 2020 roku o podwójnej cyrkulacji. To klasyczna chińska formuła oznaczająca, że to, co chińskie, jest istotne, a to, co zachodnie – uzupełniające albo użyteczne. To zupełnie inna filozofia rozwoju wewnętrznego.
Następuje ponadto centralizacja, ponieważ kluczowym zadaniem strategicznym czy geostrategicznym jest Tajwan. Z punktu widzenia mandarynów w Pekinie, skoro udało się z Hongkongiem, trzeba spróbować z Tajwanem. Bez względu na koszty i okoliczności. Moim zdaniem ten przywódca, powiedziałem to kiedyś obrazowo, a tu powtórzę, chce zawisnąć obok portretu Mao Zedonga w bramie Tiananmen. A jeśli nie wykona zadania jako jedynowładca, to sam będzie wisiał, nie jego portret. A to nie wszystko – następuje bowiem ideologizacja życia, czyli powrót do tego socjalizmu, od którego poprzednie ekipy wyraźnie odchodziły na rzecz nacjonalizmu, powrotu do tradycji i innych rozwiązań. Ten przywódca wraca do marksizmu-leninizmu wyraźnie i świadomie, równocześnie zmieniając Chiny z autorytarnych w totalitarne. Możemy spytać – gdzie jest różnica? Tam, gdzie u obywatela pojawia się strach, to już jest totalitaryzm.
Marcin Jacoby: Wyeksponowałbym tutaj dwa czynniki. O jednym, Bogdanie, już trochę powiedziałeś. Moim zdaniem Xi Jinping jest produktem strachu partii przed rozmydleniem ideologicznym…
BG: Tak jest.
MJ: …w pieniądzach.
BG: Zgoda.
MJ: Kiedy wszystkie reformy prorynkowe okresu otwarcia – strategii lat 90. – nabrały tempa, partia stała się skorumpowanym gigantem, wyzbytym ideologii. Wydaje mi się, że zapanował wewnętrzny strach, że partia się rozpadnie, bo po prostu już nie będzie niczego, co by ją spajało. Xi Jinping był tym człowiekiem, który miał powiedzieć: „Ideologia jest ważniejsza niż pieniądze; wracamy do naszych korzeni, wracamy do ducha z Yan’anu z 1942 roku…”
BG: Tak jest.
MJ: „…wracamy do tych czasów, kiedy partia była niezwykle silna ideologicznie, po to, żeby tę partię od merkantylizmu uratować”. To właśnie, moim zdaniem, spowodowało pewną refleksję po zachłyśnięciu się pieniędzmi: „nie, nie, nie, to jest niemoralne, to jest złe, to nas zniszczy – musimy wracać i być znowu dobrymi komunistami”. To jeden czynnik, który wpłynął na tor polityki. Drugi czynnik natomiast – po wszystkich zmianach, jeśli chodzi o funkcjonowanie tego kraju na polu międzynarodowym, włączyła się w Chinach czerwona lampka (która zresztą włączała się w historii wielokrotnie), a dokładniej syndrom oblężonej twierdzy. Co to oznacza? „Cały świat nas atakuje, cały świat jest przeciwko nam, więc zamykamy bramy, wznosimy wysokie mury i będziemy wsobni, będziemy sobie radzić sami i przetrwamy”. To spowodowało wielkie odcięcie, czy też próbę odcięcia wpływów zachodnich, czyli to, co w moim sektorze, sektorze kultury, było widoczne. Z roku na rok coraz trudniej było organizować wydarzenia, coraz więcej było obostrzeń, coraz trudniej było dostać wizę. To takie drobne rzeczy, które miały Chiny zamknąć po to, żeby były bezpieczne. I teraz, kiedy dyskurs Xi Jinpinga jest zdominowany przez słowo „bezpieczeństwo” odmieniane przez wszystkie przypadki – bezpieczeństwo wewnętrzne, bezpieczeństwo polityczne, bezpieczeństwo ideologiczne itd. – odczuwalny jest efekt tego strachu. Strachu przed tym, że bez zamknięcia się ideologicznego społeczeństwo chińskie będzie otwarte na wpływy zagraniczne i w końcu zagrozi kiedyś partii. A partia ma jeden podstawowy cel – pozostać przy władzy.
BG: Kontynuując i rozszerzając tę narrację – kiedy Deng Xiaoping oddawał władzę i odchodził do historycznych annałów, wówczas, jak wiecie, podyktował Chinom dwa testamenty. Jeden z nich miał formę 24 albo 28 chińskich znaków. Najbardziej wyrazista była wśród nich formuła z rodowodu buddyjska, nie marksistowska, którą można streścić potocznym językiem: „tisze jediesz, dalsze budiesz”, czyli „powoli kumulować siły, nie zwracając niczyjej uwagi”. Praktycznie nikt tego nie dostrzegł. Pisałem wówczas, że w marcu 2023 roku Xi Jinping na sesji OZPL wystąpił ze swoją formułą 24 znaków. Jest to dokładne zaprzeczenie, odwrotność tamtych formuł. Tamte formuły zakładały bowiem działania po cichu, powoli, ostrożnie, bez zwracania niczyjej uwagi, tutaj mamy natomiast jedność z partią i walkę do upadłego o swoje cele. Wyeksponowano po pierwsze bezpieczeństwo, a po drugie – walkę. Należy tu wspomnieć o jeszcze jednej zmianie strukturalnej, która może być bardzo interesująca dla naszego czytelnika, ponieważ tutaj zderza się świat zachodni z chińskim. Mianowicie po upadku ZSRR pojawiła się głośna formuła Francisa Fukuyamy „koniec historii”. Ale jak była ona rozumiana? Tak, że nie ma alternatywy programowej, jest tylko liberalna demokracja i rynek bez granic, czyli konsensus z Waszyngtonu. Deng Xiaoping, jak wiemy, jako jedyny się temu przeciwstawił (i Jelcyn to przyjął, ze znanymi skutkami) i wyprowadził Chiny na dobre pola. Ale te dobre pola przyniosły też efekty uboczne – kult pieniądza, mamonizm – baijinzhuyi. Wiara w komunizm wypaliła się po wydarzeniach na placu Tiananmen, zastąpiono ją wiarą w pieniądz.
I oto od początków rządów Xi Jinpinga mamy bezprecedensową w dziejach ChRL kampanię zwalczania „pcheł i tygrysów”, czyli walkę z korupcją, a przy okazji z przeciwnikami politycznymi od Bo Xilaia począwszy. Xi Jinping wyczyścił wszystko, żeby być jedynowładcą. Stąd mówię o nowym momencie Qin” w chińskiej historii. Tyle tylko, że dokładnie to samo dzieje się w świecie zachodnim: zwieranie czy też zacieśnianie szeregów. Wskutek pandemii, a potem rosyjskiej agresji skończyły się wcześniejsze wspaniałe perspektywy i maksyma, że rynek da nam wszystko. Myśmy przez prawie cztery dekady żyli według schematu: konkurencja – zysk – dywidenda. Tylko rozwiązania rynkowe. Kto sobie nie radził, był fajtłapą. Tej epoki już w świecie zachodnim nie ma. Bezpieczeństwo energetyczne, żywnościowe, woda, bezpieczeństwo klimatyczne, ekologiczne, cyberprzestrzeń – to są bieżące tematy. To samo dzieje się w Chinach. W nowym słowniku, który proponuje Xi Jinping w czwartym tomie „Dzieł zebranych”, który niedawno został wydany, bezpieczeństwo występuje we wszystkich możliwych wymiarach. Wodne, podwodne, nadwodne, glacjalne i każde inne. Innymi słowy, weszliśmy w bardzo niebezpieczną epokę. Epoka beztroskich, czasami oczywiście brutalnych rynków odeszła w miniony czas. W tej epoce niestety musimy walczyć o bezpieczeństwo w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. To czas wojny, czas niebezpieczny, i bardzo trudno tu przewidzieć, co będzie w przyszłości.
Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka