wtorek, 24 lutego 2026



Celem trzydniowej "wojskowej operacji specjalnej" z 24 lutego 2022 r. miało być, jak wiadomo, podporządkowanie Ukrainy Rosji. Putin zakładał, że wystarczy wymienić w Kijowie władze na promoskiewskie i zredukować ukraińską armię. Nazywało się to "denazyfikacją i demilitaryzacją" Ukrainy. Reszta miała załatwić się sama.

Mimo porażki rosyjskiej ofensywy w 2022 r. Putin dalej wierzył, że kluczem do powodzenia jest wymiana władz Ukrainy. Zatem jego propaganda opowiadała, że:
  • Władze Ukrainy są "nazistowskie". Obelga, która na nasze tłumaczy się "władze niepodporządkowane Moskwie", miała uzasadniać najazd Ukrainy i nadać mu znaczenie przez porównanie z II wojną światową.
  • Poza tym władze ukraińskie miały być nielegalne, bo te "prawdziwie" legalne, promoskiewskie, zmuszone były uciec do Rosji w wyniku rewolucji Majdanu w 2014 r.
Ta propagandowa konstrukcja okazała się jednak szybko bezużyteczna. Nadawała się bowiem do uzasadnienia najazdu po jego zakończeniu. Tymczasem najazd ciągle trwa i końca nie widać.

Kremlowska opowieść lekko się więc zmieniła: Ukraina jako państwo nadal nie istniała (była "państwem 404", jak w kółko powtarza były prezydent i premier Miedwiediew), ale była upiorem ożywianym przez ciemne siły: Waszyngton i podległe mu kraje Zachodu.

Od 2023 do końca 2024 r. wojna w Ukrainie toczyła się z owymi ciemnymi siłami, a sama Ukraina nie miała tu nic do gadania.

Aż nastał w USA Donald Trump i Putin wrócił do argumentu "nielegalnych władz Ukrainy". Tylko że inaczej. Nie chodziło już o Majdan, ale o to, że w maju 2024 r. skończyła się kadencja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Wyborów rzeczywiście nie można przeprowadzać w czasie wojny, ale brak wyborów wedle konstytucjonalisty Putina nie przedłuża kadencji prezydenckiej.

Wobec czego, by zachować władze państwowe, Ukraina musiałaby się poddać, zawrzeć pokój z Putinem i zrobić wybory. A jeśli się nie poddaje, to dlatego, że Wołodymyr Zełenski boi się utracić władzę ("Obecne władze ukraińskie nie są zainteresowane zakończeniem działań wojennych, ponieważ nie są gotowe do przeprowadzenia wyborów prezydenckich").

Tę wersję Putin sprzedał Donaldowi Trumpowi — a efekty oglądaliśmy w czasie niesławnego spotkania Trump-Zełenski w Gabinecie Owalnym 28 lutego 2025 r. /Ukraina "nie miała kart", bo wsparcie Europy dopiero rosło, by przejąć ciężar finansowy wojny - red./ Jak pamiętamy, Trumpa zainteresowało wtedy to, że można rządzić nie przeprowadzając wyborów. Jednak Moskwie chodziło ewidentnie o coś innego. O to, że skoro Ukraina nie ma legalnych — tym razem wedle zachodnich standardów — władz, to o jej losach mogą zdecydować inni.

W marcu 2025 r. Putin ogłosił, że Ukraina powinna przejść pod zarząd ONZ.

Uznał wtedy prawa USA do Grenlandii, a potem oświadczył, że można by wdrożyć zarząd komisaryczny w Ukrainie — tak jak "w Timorze Wschodnim, Nowej Gwinei i częściach byłej Jugosławii".

"W zasadzie, oczywiście, byłoby możliwe, pod auspicjami ONZ , ze Stanami Zjednoczonymi, a nawet z krajami europejskimi, oczywiście, z naszymi partnerami i przyjaciółmi, omówić możliwość wprowadzenia tymczasowego zarządzania na Ukrainie".

Jak podkreślił Putin, jest to tylko "jedna z opcji".

Tę ofertę Moskwa następnie ponawiała:

"Rosja, Stany Zjednoczone i inne kraje, zgodnie z propozycją prezydenta Rosji, mogą zawrzeć porozumienie i utworzyć tymczasową administrację".

"Praktyka międzynarodowa i specyfika sytuacji na Ukrainie są podstawą do tego, aby taka administracja obejmowała na zasadzie parytetu komponenty cywilne i wojskowe oraz była wyposażona we wszystkie uprawnienia prezydenckie, ustawodawcze i wykonawcze, uprawnienia organów samorządu terytorialnego, a także uprawnienia w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Władza przechodzi w ręce tymczasowego rządu, który przygotowuje warunki do przeprowadzenia wyborów" — ogłosił ukraiński zdrajca i kum Putina Wiktor Medwedczuk.

Amerykanie jednak takiego "nieistnienia Ukrainy" wtedy nie kupili. Rzecznik amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego stwierdził, że "rządy w Ukrainie są określane przez konstytucję i mieszkańców kraju".

Moskwa uparcie jednak powtarzała, że o Ukrainie należy rozmawiać bez Ukrainy. Lato 2025 r. poświęcone było idei paktu Trump-Putin, który miałby zakończyć wojnę i oddać Ukrainę Rosji. Uznanie, że Ukraina ma coś do powiedzenia w swoich sprawach, było dla Moskwy zaprzeczeniem idei samej "specjalnej operacji wojskowej".

Trump, (...), spotkał się z Putinem na Alasce 15 sierpnia. Wcześniej wysłannik Trumpa Witkoff usłyszał na Kremlu o gotowości Moskwy do pokoju i do "wycofania wojsk z okupowanych terytoriów" — tylko nie zrozumiał, że wedle Moskwy wycofać ma się nie Rosja, a Ukraina, bo to ona "okupuje" swoje ziemie, a Moskwa jej tylko "wyzwala".

Dla Putina spotkanie z Trumpem musiało być dowodem powodzenia tej strategii o Ukrainie bez Ukrainy.

"Spotkanie z Wołodymyrem Zełenskim, biorąc pod uwagę jego obecny status, to »droga donikąd«" — powtórzył Putin 3 września 2025 r. Dodał, że Ukraina nie ma już żadnych legalnych władz w zachodnim rozumieniu, bo "w ostatnich latach wygasły uprawnienia niektórych członków Sądu Konstytucyjnego Ukrainy i Sąd Konstytucyjny Ukrainy nie ma kworum, aby podjąć decyzję w sprawie wyborów prezydenckich na Ukrainie i statusu Zełenskiego".

Po kilku miesiącach od spotkania na Alasce Moskwa zaczęła też opowiadać, że w Anchorage doszło już do porozumienia z USA i że obejmowało ono także coś w rodzaju tajnego protokołu. Jak powtarza Kreml, choć strony porozumiały się na Alasce co do Ukrainy, treść tego porozumienia jest tajna, ale powinno ono zostać wprowadzone w życie.

(...)

Tyle że porozumienia — o ile istnieje — nie udało się wprowadzić w życie.

Osadzona w realiach XIX i XX wieku kremlowska opowieść o nieistnieniu Ukrainy zaczęła się sypać.

Dla wojennej opowieści Moskwy to punkt zwrotny.

Trumpa, jak się okazało, nie słucha Europa. Ta, o której Putin jeszcze rok temu mawiał, że to kundelki, które zaraz przybiegną merdając do nóg pana [Trumpa]. Także Ukrainie nie da się niczego "kazać" — bo wbrew oficjalnym rosyjskim opowieściom, nie jest pachołkiem wykonującym polecenia z Waszyngtonu.

Tak oto po raz pierwszy w tej brutalnej opowieści o podboju Ukraina stała się aktorem, a nie tylko polem bitwy. A dziś nawet — wedle oficjalnego przekazu władz w Moskwie — ma realny wpływ na przebieg kampanii wyborczej na Węgrzech.

Moskiewską narrację cechuje pewien bezwład, więc nadal było w niej o tym, że Ukraina nie ma legalnych władz, bo nie było wyborów. W nowym kontekście, kiedy Putin z Trumpem okazali się niewszechmocni, odpowiedź Ukrainy miała już jednak znaczenie. A Kijów odpowiedział, że wybory zrobi, ale potrzeba do tego rozejmu.

Była to pierwsza pułapka na Putina. Kreml na rozejm nie godzi się cały czas, bo uważa to za swoją klęskę. Odpowiedział więc, że do wyborów nie jest potrzebny rozejm. W Rosji przecież wybory Putina na kolejną prezydencką kadencję w marcu 2024 r. odbyły się już w czasie wojny (czyli w tym momencie SWO można było nazywać wojną). A poparcie dla Putina było rekordowe — 87,28 proc. .

"Rosja również jest w stanie konfliktu zbrojnego z Ukrainą. Ale przeprowadziliśmy wybory — prezydenckie, a ostatnio wybory samorządowe i regionalne. Robimy to wszystko. Ale z jakiegoś powodu oni tego nie robią" — powiedział Putin 27 listopada 2025 r.

Rzeczywiście, jesienią 2024 r. głosowanie na przedstawionego przez Putina kandydata na stanowisko gubernatora obwodu kurskiego odbyło się w czasie ukraińskiej operacji w tym obwodzie. Wyborcy uciekali z domów bez dokumentów, lekarstw i ubrań, a państwo rosyjskie się załamało. Ale gubernator wybory wygrał w cuglach (po trzech miesiącach Putin go odwołał z powodu oskarżeń o gigantyczną korupcję).

Tak oto Kreml pokazał, że przez wybory rozumie co innego niż Ukraina: głosowanie w Rosji to zatwierdzanie podjętych wcześniej decyzji, a nie realny wybór. Więc głosować można pod ostrzałem. Ukraina głośno odpowiedziała, że ona wyborów tak nie przeprowadza.

Jeszcze w listopadzie 2025 r. Putin zakładał, że wybory w Ukrainie po wojnie przebiegną po jego myśli: "Przecież jak tylko zostaną zawarte jakiekolwiek porozumienia pokojowe, a to oznacza zakończenie walk, stan wojenny wprowadzony [przez Kijów] musi zostać natychmiast zniesiony. A jeśli stan wojenny zostanie zniesiony, wybory muszą zostać ogłoszone natychmiast".

Chwilę później pojawiły się wątpliwości wynikające z tego, że Ukraina to nie Rosja:
  • Przeprowadzenie wyborów na Ukrainie w obecnych warunkach (…) nie wyeliminowałoby głównego zagrożenia, jakie stanowi reżim nazistowski w tym kraju (Aleksander Dudczak, czołowy badacz Instytutu WNP i "ekspert ruchu Inna Ukraina", 17 grudnia).
  • Oświadczenie prezydenta USA Donalda Trumpa o konieczności przeprowadzenia wyborów prezydenckich na Ukrainie rodzi pytanie o to, jak Zachód będzie je »organizował«" (szef MSZ Rosji Ławrow, 18 grudnia).
  • Rosja mogłaby się powstrzymać od ostrzału Ukrainy w dniu wyborów, ale w zamian prawa wyborcze muszą dostać "miliony obywateli Ukrainy znajdujących się w Rosji" (Putin, 19 grudnia).
  • Ukraińcy mieszkający w Rosji i innych krajach muszą również wziąć udział w wyborach na Ukrainie, aby zostały one uznane za legalne (Wiktor Medwedczuk, lider ruchu "Inna Ukraina" i były lider zakazanej partii Platforma Opozycyjna — Za Życie, 20 grudnia).
  • "Bez tymczasowej administracji niemożliwe jest przeprowadzenie uczciwych i demokratycznych wyborów na prezydenta Ukrainy, do Rady Najwyższej Ukrainy, organów samorządu terytorialnego ani utworzenie nowych, legalnych instytucji władzy państwowej. Administracja zewnętrzna pod auspicjami ONZ to jedyne, co uratuje Ukrainę". "Tymczasowa administracja powinna zająć się organizacją i przeprowadzeniem uczciwych i demokratycznych wyborów i utworzeniem nowych, legalnych instytucji władzy państwowej. Ponadto tymczasowa administracja powinna zakazać działalności radykalnych organizacji nacjonalistycznych oraz rozpowszechniania i popularyzacji takiej ideologii. A także zapewnić przywrócenie praw religijnych obywatelom i zaprzestać represji wobec jedynego kanonicznego Kościoła — Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego [Moskwa nie uznaje Cerkwi ukraińskiej]" (Medwedczuk,18 stycznia).
  • Zachód chce za wszelką cenę utrzymać reżim na Ukrainie, aby móc dalej "gryźć" Rosję (Ławow, 6 lutego).
Lutowe przecieki o rozmowach Waszyngtonu i Kijowa o możliwość przeprowadzenia wyborów parlamentarnych na Ukrainie już w maju, a także referendum w sprawie ewentualnych porozumień o rozwiązaniu konfliktu, wywołały w Moskwie panikę.

A kiedy "Financial Times" doniósł, że Ukraina może rozpisać wybory 24 lutego, w rocznicę najazdu, Ukraina poczekała troszkę z oficjalnym dementi ("najpierw rozejm, potem wybory"), dając Moskwie szansę na kolejne komentarze.

I one pokazują zmianę w postrzeganiu Ukrainy i jej społeczeństwa.

Stało się jasne, że wybory w Ukrainie są dla Moskwy niezwykle ryzykowne. Co po prostu jest uznaniem istnienia Ukrainy: /Rosja tak naprawdę idzie dalej i jak jej dać wybory, zażąda więcej i więcej. Cyklicznie wraca do tych samych żądań, chce zmęczyć negocjatora - red./
  • Wybory na Ukrainie muszą się odbyć. ALE dopiero po obaleniu reżimu Wołodymyra Zełenskiego, bez ingerencji Zachodu i pod kontrolą "niepodległych państw". (Siergiej Mironow, lider partii Sprawiedliwa Rosja i szef frakcji w Dumie, 11 lutego).
  • Wybory mogą się odbyć, ale tylko na moskiewską modłę. "Widzimy teraz, jak przebiegają wybory w Rosji i mogę z przekonaniem powiedzieć: to prawdziwa demokracja. Ale to, co dzieje się w pozostałej części Ukrainy, to kpina z demokracji" (gubernator okupowanego obwodu chersońskiego Władymir Saldo, 13 lutego).
  • Samo przeprowadzenie wyborów i referendów "nie wpływa na proces rozwiązywania i kończenia konfliktu. Oznacza to, że musi ono istnieć jedynie jako część ogólnej sekwencji działań, które powinny doprowadzić do rozwiązania" (Rodion Mirosznik, "ambasador w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Rosji ds. Zbrodni Reżimu Kijowskiego", 12 lutego)
A najlepiej, żeby wyborów w Ukrainie nie było:
  • "Zielona mucha jest zaniepokojona po wywiadzie z (byłym dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy Walerijem — red.) Załużnym i nęka Amerykanów kwestią wyborów na Ukrainie , twierdząc, że Rosja chce zmiażdżyć kijowskiego insekta. USA nie przejmują się wyborami, ale ten bezwartościowy klaun to pożyteczny idiota. Im dłużej pozostaje u władzy, tym mniej jest »Ukrainy«" (Miedwiediew, 19 lutego)
  • Zamach stanu na Ukrainie w celu obalenia reżimu Wołodymyra Zełenskiego jest obecnie niemożliwy, ponieważ obecny reżim w Kijowie stał się dyktaturą wojskową. "Istnieje [jednak] dość szeroki wachlarz możliwości zmuszenia go do rezygnacji lub odsunięcia od rządzenia krajem (Mirosznik, 22 lutego).
(...)

W końcu sam Putin — jak gdyby nigdy na posiedzeniu swojej "Rady Bezpieczeństwa" (spotkania najważniejszych ludzi reżimu) 20 lutego "oddał głos członkom delegacji, którzy niedawno pracowali w Genewie i spotkali się z delegacjami amerykańską i ukraińską w celu znalezienia pokojowego rozwiązania".

(...)

Rozmowy w Genewie oczywiście do niczego nie doprowadziły, bo Putin nie jest gotów na zakończenie wojny bez przejęcia kontroli nad "Małorosją".

onet.pl\oko.press

poniedziałek, 23 lutego 2026



— Mamy bardzo jasną linię, którą możemy wytyczyć między [wyborcami] walczącymi o przetrwanie a działaniami, które Trump świadomie podejmuje — podkreśla Matt Bennett, dyrektor wykonawczy Third Way, centrolewicowego think tanku. — Jest to wyjątkowo łatwa historia do opowiedzenia dla Demokratów.

Partia zdaje sobie również sprawę, że stany, których gospodarki najbardziej ucierpiały z powodu ceł, są areną najbardziej zaciętych wyborów do Senatu, które mogą zadecydować o utrzymaniu lub utracie większości przez Partię Republikańską.

— Nie tylko straciliśmy nasze rynki i uzyskaliśmy niższe ceny sprzedaży kukurydzy i soi, zwłaszcza soi, ale jednocześnie mamy teraz pecha, ponieważ ponosimy bardzo wysokie koszty produkcji i borykamy się z dużą niepewnością — mówi POLITICO przewodnicząca Partii Demokratycznej w stanie Iowa, Rita Hart. — Mówimy o prawdziwych trudnościach, które będą miały bardzo negatywny wpływ na sytuację finansową ludzi.

Trump oczywiście nie startuje w listopadowych wyborach, ale wielu działaczy Partii Demokratycznej podkreśla w rozmowie z POLITICO, że planują zaatakować każdego republikanina, który bronił jego ceł. — To bardzo łatwe do zrozumienia działanie, które podjął prezydent i które poparli republikańscy kongresmeni — mówi strateg Partii Demokratycznej pracujący przy wyborach do Senatu. — Linia dla kandydatów Demokratów będzie więc jasna: "W tym obszarze mój przeciwnik nie walczy o was" — dodaje.

Komitet Krajowy Partii Republikańskiej (RNC) jest w pełni przygotowany do obrony przed wszelkimi atakami Demokratów. "Orzeczenie Sądu Najwyższego nie zmienia rzeczywistości: agenda handlowa prezydenta Trumpa działa, a Republikanie są zjednoczeni w umacnianiu gospodarki z korzyścią dla amerykańskich rodzin" — podkreśliła w oświadczeniu rzeczniczka RNC Kiersten Pels.

"Jego cła pomogły obniżyć inflację, podnieść płace i przyciągnąć historyczne inwestycje do amerykańskiego przemysłu i energetyki. W miarę zbliżania się wyborów śródokresowych Republikanie koncentrują się na wykorzystaniu tych osiągnięć i stawianiu pracowników na pierwszym miejscu, podczas gdy Demokraci sprzeciwiają się polityce przywracającej miejsca pracy do kraju" — dodała.

"Prezydent Trump skutecznie wykorzystał cła, aby renegocjować niekorzystne umowy handlowe, obniżyć ceny leków i zapewnić amerykańskim pracownikom biliony dolarów inwestycji w produkcję — wszystko to, co Demokraci obiecują od dziesięcioleci" — stwierdził w oświadczeniu zastępca rzeczniczki Białego Domu Kush Desai. "Nie jest zaskakujące, że Demokraci bardziej dbają o fałszywe hasła niż o te namacalne zwycięstwa dla Amerykanów, ponieważ gadanie to wszystko, co kiedykolwiek potrafili robić".

Jednak sytuacja gospodarcza w ciągu ostatniego roku uległa pogorszeniu, a kluczowe wskaźniki opublikowane w piątek wskazują na spowolnienie wzrostu gospodarczego i wzrost inflacji.

Ostatnie sondaże pokazują, że koszty życia i gospodarka pozostają głównym przedmiotem zainteresowania przed listopadowymi wyborami. I chociaż Trump odwiedza stany, w których toczy się walka wyborcza, aby przedstawić swoje przesłanie gospodarcze, jak dotąd nie potrafił uwzględnić obaw wyborców. W czwartek, dzień przed ogłoszeniem orzeczenia Sądu Najwyższego, Trump stwierdził w Georgii, że "wygrał walkę o przystępne ceny" i powiedział wyborcom, że jego cła są "najlepszą rzeczą, jaka spotkała ten kraj".

onet.pl\Politico

niedziela, 22 lutego 2026



"Współpracując z fantastycznym gubernatorem Luizjany, Jeffem Landrym, wyślemy wspaniały statek szpitalny na Grenlandię, aby zaopiekować się wieloma chorymi, którzy nie otrzymują tam opieki. Jest w drodze!!!" - napisał Trump we wpisie na platformie Truth Social. 

PAP

sobota, 21 lutego 2026



Po tym jak Donald Trump wprowadził wczoraj globalne cła na poziomie 10%, dzisiaj podniósł je do 15%. To maksymalny poziom na jaki pozwala sekcja 122. Zapowiedział, że w następnych miesiącach poszukiwana będzie nowa droga prawna do nałożenia kolejnych ceł. Przy okazji napisał parę gorzkich słów na temat orzeczenia Sądu Najwyższego nazywając go "antyamerykańskim".

Z kronikarskiego obowiązku przypomnę to, co pisałem wczoraj. Sekcja 122 zostanie najpewniej bardzo szybko zakwestionowana jako podstawa, ze względu na odniesienie do deficytów płatniczych, wątpliwości interpretacyjnych w stosunku do zapisów powstałych w środowisku sztywnych kursów walutowych (dzisiaj są one płynne). Tak czy siak, sprawa trafi na wokandę a w między czasie będzie można pobierać cła, po to by móc spłacić te wcześniejsze pobrane nielegalnie.

Zwracam jednak uwagę fakt, że nie minęły nawet 24 godziny od konferencji, na której Trump wprowadził opłaty 10%... po czym napisał, że jednak podnosi je do maksymalnych 15%. Czemu nie mógł tak od razu?

Dla mnie jest to oczywisty dowód, że administracja działa impulsywnie i po omacku, mimo że miała wiele miesięcy na przygotowanie "planu B". Powoływanie się przez komentujących na zdanie odrębne sędziego Bretta Kavanaugha, który wspomina o s. 122 niczego tutaj nie zmienia. Jego interpretacja nie została przyjęta przez większość (6:3), jest więc niewiążącą opinią. Cła pobrane na podstawie IEEPA są do zwrotu z mocy prawa, podstawa ich pobrania przestała istnieć. Co później zrobią z tym faktem sądy stanowe, czy importerzy zwrócą w następstwie różnicę konsumentom, to są sprawy wtórne.

W każdym razie, podejrzewam że s. 122 będzie sobie wisieć, a w tym czasie administracja zacznie mocniej eksploatować działającą sekcję 301, która pewnie będzie miała przejąć rolę głównego źródła opłat.

Odnosi się ona do nieuczciwych praktyk handlowych, wymaga też wszczęcia dochodzenia, przesłuchań itp. więc cały proces jest dość długi przez co nie wpisuje się w politykę "gwałtownych" uderzeń celnych Trumpa. Brak odpowiedniej argumentacji i materiału dowodowego, wszelkie nadużycia, mogą być kwestionowane w sądzie, więc trzeba przy tam uważać, żeby nie skończyło się jak z IEEPA.

A morał z tego jest jeszcze jeden. Zbliżają się midtermy i Trupowi może zabraknąć czasu na poważniejsze ruchy. A jeśli utraci Kongres, jego pole manewru zostanie bardzo szybko zawężone. To matnia, bo dochody z ceł miały posłużyć do transferów społecznych i poprawić słabe notowania. Sprawy się więc komplikują.

x.com/FilippDM


Proukraińskie grupy hakerów ogłosiły 20 lutego, że hakerzy przeprowadzili sześciomiesięczną operację cybernetyczną, wykorzystując dziesiątki zhakowanych kont rosyjskiego personelu wojskowego, aby uzyskać dostęp do rosyjskich systemów monitorowania dronów. Grupy hakerów poinformowały, że siły rosyjskie wykorzystały infrastrukturę cywilną na Białorusi, w tym wieże komórkowe, do wytyczenia tras i zapewnienia stabilnych sygnałów dla ataków rosyjskich dronów na cele w północnej i zachodniej Ukrainie, w tym infrastrukturę energetyczną i kolejową. Grupy hakerskie poinformowały, że rosyjskie ataki w nocy z 9 na 10 września 2025 r., podczas których rosyjskie drony przedostały się przez Białoruś w przestrzeń powietrzną NATO w Polsce, były w rzeczywistości sprawdzianem białoruskiej infrastruktury cywilnej i komórkowej pod kątem rosyjskich ataków dronów. Grupy hakerów zauważyły, że siły rosyjskie wykorzystywały wtargnięcia w przestrzeń powietrzną NATO do planowania ataków na szlaki logistyczne zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce, aby ograniczyć napływ zachodniej pomocy wojskowej na Ukrainę.

understandingwar.org

piątek, 20 lutego 2026



Sędziowie Sądu Najwyższego mnie zawiedli i są hańbą dla narodu - oświadczył w piątek prezydent USA Donald Trump, komentując decyzję unieważniającą większość nałożonych przez niego ceł. Oskarżył większość sędziów o to, że "ulegli wpływom zagranicznych interesów".

- Orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie ceł jest głęboko rozczarowujące i wstydzę się niektórych członków sądu, absolutnie wstydzę się, że nie mieli odwagi zrobić tego, co słuszne dla naszego kraju - powiedział Trump. Ocenił, że choć spodziewał się głosowania liberalnych sędzi - które nazwał "hańbą dla narodu" - przeciwko cłom, to był głęboko zawiedziony postawą trojga konserwatystów, którzy się do nich przyłączyli.

- Są bardzo niepatriotyczni i nielojalni wobec naszej Konstytucji. Moim zdaniem Sąd Najwyższy uległ wpływom zagranicznych interesów i ruchu politycznego, który jest znacznie mniejszy, niż ludzie mogliby przypuszczać - powiedział Trump.

- Kraje zagraniczne, które oszukiwały nas przez lata, były wniebowzięte. Są tacy szczęśliwi i tańczą na ulicach, ale nie będą tańczyć zbyt długo - dodał Trump.

PAP


Polska zdecydowała o wystąpieniu z Konwencji Ottawskiej, ratyfikowanej w 1997 roku i podpisanej w 2012 roku, latem 2025 roku. Pod koniec lipca weszła w życie odpowiednia ustawa, po uprzednim zaakceptowaniu przez parlament i podpisaniu przez prezydenta Karola Nawrockiego. Dziś natomiast formalnie upłynął termin wypowiedzenia konwencji.

Dlaczego jednak zdecydowano się na powrót do stosowania klasycznych min przeciwpiechotnych? Konwencja Ottawska dopuszczała pewne rozwiązania, na przykład miny aktywowane przez operatora, jednak uznano je za niewystarczające. Doświadczenia z wojny na Ukrainie pokazały jednak w sposób jednoznaczny, że na współczesnym polu walki – paradoksalnie – niezbędne są także miny „przeznaczone do wybuchu wskutek obecności, bliskości lub zetknięcia się z nią osób”, czyli takie, jakich zabraniały te przepisy.

Powód jest prosty: Rosja w większym zakresie, niż wcześniej zakładano, stosuje działania piechoty i są one dużo bardziej niebezpieczne niż oczekiwano. Pierwszy powód, widoczny co najmniej od 2023 roku, jest taki, że straty w piechocie jest dużo łatwiej uzupełnić niż w sprzęcie pancernym. Paradoksalnie, upowszechnienie bezzałogowców, taniej broni precyzyjnej dla każdego żołnierza, oznacza że do zwalczania piechoty, a przede wszystkim spowalniania/utrudniania działań jej i wspieranych przez nią elementów czy stosowanej masowo, czy zwłaszcza – jak dziś – działającej w małych grupach – trzeba przykładać dużo większą wagę.

Wcześniej mogło się wydawać, że samo zniszczenie rosyjskich kolumn pancernych (w ramach NATO także przy pomocy artylerii dalekiego zasięgu, szeroko stosowanego lotnictwa, a niekoniecznie tylko w bezpośredniej walce) wystarczy do tego, by uzyskać przewagę nad przeciwnikiem. Teraz już wiadomo, że to nie wystarczy. Oczywiście miny same nie likwidują zagrożenia ze strony rosyjskiej piechoty (chyba najbardziej doświadczonej w warunkach wojny minowej obok ukraińskiej), ale są niezbędnym narzędziem by spowolnić ją na tyle, by móc zwalczać innymi środkami.

(...)

Do zdolności zaminowania pasa granicznego w 48 godzin, zapowiadanej przez premiera Donalda Tuska, jeszcze długa droga, choć nieco szybciej może zostać ona osiągnięta dla systemów minowania przeciwpancernego, rozwijanych już wcześniej. Pojazdy Baobab, które mają tę zdolność zapewnić, jak i odpowiednia ilość min, muszą zostać dostarczone, a miny przeciwpiechotne – dopiero wdrożone. I oczywiście obok jednego, wspomnianego „ciężkiego” systemu minowania narzutowego, jakim jest Baobab, niezbędne jest też wiele innych, przeznaczonych do wykorzystania w trakcie operacji. Trzeba na nowo szkolić żołnierzy w walce minowej, uwzględniając nowe techniki (drony powietrzne i lądowe, które mogą stanowić większość środków minowania), ale i te klasyczne, włącznie z minowaniem bezpośrednio przez żołnierzy piechoty. 

defence24.pl

czwartek, 19 lutego 2026



Znalazłem ten tekst na FB. Pięknie wyjaśnione, nawet dla tych co ledwo ogarniają dwie czynności na raz:

JAK DZIAŁA PROPAGANDA W POLSCE 

Na przykład: MLEKO

Mleczarze:
"Nie da się zrobić mleka, które by nie zawierało śladowych ilości bakterii kałowych. 
Fizjologia krowy jest taka, jaka jest".

Naukowcy: 
"Nie uda się zaprojektować takiego procesu technologicznego, który w nie-UHT-ym mleku zabiłby wszystkie bakterie. 
Niestety, dotyczy to również pałeczek okrężnicy".

Unia Europejska: 
"Określmy w takim takim razie, ile może być dopuszczalnie pałeczek okrężnicy w mleku".

Kreml: 
- Pasłuszajcie tawariszcze, nieskolka liet nazad Ewropejskij Sojuz wydumał skolko możjet byc fekalnych bakterij w karowym małakie.
- Kakaich bakterij?
- Nie kakaich, tolka dupnych.

Kremlowska propaganda:
"Unia Europejska postanowiła właśnie po cichu wprowadzić prawo, zezwalające na dodawanie krowich odchodów do mleka".

Polski internet:
"Przez nierobów z Brukseli będziemy teraz pić maślankę z odchodami i żreć gówno z twarogiem".

Polski prawicowy internet:
"Tylko Polexit może zatrzymać próbę zatruwania nas i naszych dzieci kałem".

Polski ultraprawicowy internet:
"Po robieniu mac z krwi katolickich niemowląt, przyszedł czas na karmienie naszych polskich krów chanukowymi odchodami, celem depopulacji naszego narodu. 
Śmierć wrogom ojczyzny".

Pani Irenka do pani Jadwigi:
"Ja już tej całej polityki mam dość i na nikogo nie będę głosować. 
A już na pewno nie za tą Unią. Słyszała pani, że zmuszać nas będą do jedzenia krowich placków? 
Pani to sobie wyobraża?".

Autor tekstu: Tomasz Borowski

x.com/mr_tomashshelby

środa, 18 lutego 2026



Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) rozpoczął działania mające na celu ustalenie tożsamości anonimowych użytkowników mediów społecznościowych, którzy w sieci krytykowali działania ICE – o sprawie informuje „The New York Times”.

W ostatnich miesiącach departament wysłał setki administracyjnych wezwań do firm technologicznych m.in. Google i Meta, do której należy Facebook i Instagram. Wnioskowano o przekazanie danych pozwalających zidentyfikować właścicieli konkretnych kont, w tym nazwisk, adresów email i numerów telefonów. Chodziło o profile, które w ostry sposób krytykowały działania ICE.

Administracyjne wezwania koncentrują się głównie na danych identyfikujących użytkowników, takich jak godziny logowania, używane urządzenia czy adresy e-mail. Nie obejmują one dostępu do treści komunikacji ani danych lokalizacyjnych.

Platformy społecznościowe, według NYT, zadeklarowały, że analizują wnioski rządowe przed ich spełnieniem. Niektóre z nich powiadomiły swoich użytkowników, dając im od 10 do 14 dni na odwołanie się od wezwania do sądu.

Steve Loney z American Civil Liberties Union – jednej z najważniejszych organizacji broniących praw obywatelskich, skomentował dla NYT, że amerykański rząd coraz śmielej sięga po dane użytkowników, a skala i częstotliwość działań jest bezprecedensowa i pozbawiona realnej kontroli.

Departament Bezpieczeństwa tłumaczy, że dane użytkowników są potrzebne, ponieważ chodzi o bezpieczeństwo funkcjonariuszy ICE.

Google deklaruje, że sprzeciwia się zbyt szerokim żądaniem – każde takie wezwanie analizuje oraz informuje o tym swoich użytkowników, o ile pozwala na to prawo.

oko.press


Kyiv Post: - Rosyjskie drony naruszyły przestrzeń powietrzną NATO — Rumunii, Polski, Skandynawii. Jaka jest jedna lekcja, którą Europa powinna wyciągnąć z Ukrainy, zanim będzie za późno? Czy Europa jest przygotowana na niskokosztową wojnę z użyciem dronów o dużej masie?

Jewhen Lesin, zastępca dowódcy kompanii Darknode: Nie ma jednej lekcji ani rozwiązania. Wymaga to złożonego, zintegrowanego podejścia. To, co mówimy naszym partnerom w Europie — tutaj, w Monachium i wszędzie indziej — jest proste: uczcie się od nas. Skorzystajcie z naszego doświadczenia. Zmieńcie swoją doktrynę.

Nie chodzi tylko o drony, ale o strategię i taktykę. Drony Szahid i FPV są stosunkowo tanie, ale mają ogromną siłę rażenia. Tylko w 2025 r. Rosja wystrzeliła w przestrzeń powietrzną Ukrainy co najmniej 56 tys. Szahidów.

Zanim opracowaliśmy drony przechwytujące, które przeciwdziałają bezzałogowym statkom powietrznym, przeszliśmy już przez fazę wykorzystywania samolotów odrzutowych, rakiet, broni palnej — wszystkiego. Nasi sojusznicy mogą albo sami przejść przez ten bolesny proces, kiedy będzie już za późno, albo uczyć się na naszych doświadczeniach i dostosować się szybciej i taniej.

- Wstąpiłeś do Sił Powietrznych Ukrainy w 2024 r., porzucając życie programisty i poety. Czy takie nastawienie pomaga w wysoce technicznym świecie wojny z wykorzystaniem bezzałogowych statków powietrznych?

Pracowałem w branży IT, a poezja i literatura były moimi hobby. Nie mogę powiedzieć, że te konkretne umiejętności bezpośrednio pomogły mi w rozmieszczeniu baterii lub utworzeniu batalionu.

Pomogło mi posiadanie szerokiego zakresu umiejętności — relacji międzyludzkich, empatii w połączeniu z myśleniem technicznym, taktycznym i doktrynalnym. Ta wojna wprowadziła technologie i taktyki, które wcześniej nie istniały. Wcześniej nie było dronów.

Wojna zmieniła się na zawsze. To wojna nowej generacji, a my wciąż się do niej dostosowujemy.

Różnorodne doświadczenia mogły pomóc mi szybciej się dostosować i zachować elastyczność.

onet.pl\Kyiv Post

poniedziałek, 16 lutego 2026



W Norwegii o korupcję oskarżony został były premier Thorbjørn Jagland, a rodzina królewska – ze względu na korespondencję małżonki następcy tronu ze skompromitowanym finansistą - znalazła się w poważnym kryzysie wizerunkowym. W Słowacji ustąpić musiał doradca premiera Fico Miroslav Lajčák, a we Francji były minister kultury Jack Lang pożegnać się ze stanowiskiem dyrektora Instytutu Świata Arabskiego.

Tymczasem w państwie stanowiącym centrum afery, Stanach Zjednoczonych, jak dotąd rewelacje z akt Epsteina nie przyniosły ani spektakularnych dymisji, ani zarzutów. Ze stanowiska głównej prawniczki banku Goldman Sachs musiała co prawda odejść Kathryn Ruemmler - obficie korespondująca z Epsteinem i nazywająca go "wujkiem". Już sekretarz handlu Howard Lutnick, który, jak pokazały maile, wprowadził wcześniej w błąd Kongres na temat czasowego zakresu swoich relacji z Epsteinem, a nawet odwiedził niesławną karaibską wyspę finansisty już po tym, gdy został on po raz pierwszy skazany za przestępstwa seksualne, nigdzie się nie wybiera i ma pełne wsparcie prezydenta Trumpa. Nie widać też, by Departament Sprawiedliwości chciał komuś postawić zarzuty.

Jednocześnie sprawa Epsteina budzi potężne emocje amerykańskiej opinii publicznej i będzie miała znaczenie dla amerykańskiej polityki. Przynajmniej na razie bardziej wydaje się ona szkodzić obecnej administracji, która wyraźnie nie potrafi zapanować nad narracją w sprawie Epsteina.

Ten brak kontroli najlepiej było widać w środę, gdy przed Komisją ds. Sądownictwa Izby Reprezentantów w sprawie Epsteina zeznawała prokuratorka generalna, Pam Bondi. Jej przesłuchanie było zupełną polityczną katastrofą, bardziej niż z parlamentarną polityką kojarzyć się mogło z show Jerry’ego Springera. Springer, ikona amerykańskiej śmieciowej telewizji, sadzał w studio osoby z dołów społecznych, których toczone przed kamerami kłótnie o pieniądze, zdrady i inne sprawy często przeradzały się w rękoczyny.

W trakcie przesłuchania Bondi do rękoczynów co prawda nie doszło, ale czasem wyglądało, jakby niewiele brakowało. Na pytania kongresmenów Bondi reagowała agresją, osobistymi zniewagami pod adresem pytających, w wielu momentach wyglądała jakby była na granicy zupełnego załamania. W jednym z najbardziej absurdalnych fragmentów przesłuchania zaatakowała kongresmenów za to, że nie doceniają gospodarczych sukcesów Trumpa i zaczęła recytować, jak dzięki prezydentowi rośnie amerykańska giełda.

Bondi nie odpowiedziała przy tym na kluczowe pytania, na czele z tym, czemu ofiary Epsteina - obecne w trakcie przesłuchania - miały takie problemy z kontaktem z nią, a dane niektórych z nich zostały ujawnione. Prokuratorka nie wyjaśniła też, czemu dane niektórych osób z niebanalnym prawdopodobieństwem uczestniczących w przestępczych działaniach finansisty zostały zaczernione w ujawnionych przez rząd plikach ani dlaczego nikomu jak dotąd nie postawiono zarzutów.

Jeśli występ Bondi przed kongresową komisją miał rozwiać wątpliwości Amerykanów, czy rząd w sprawie Epsteina działa transparentnie i kompetentnie i robi wszystko, by odpowiedzialni ponieśli karę, to odniósł przeciwny skutek. Kongres przy tym nie odpuści sprawy i będzie zadawać dalsze pytania.

wp.pl