sobota, 25 kwietnia 2026



— Dostałam to od dwóch, niezwiązanych ze sobą osób pracujących dla Białego Domu — napisała w środę w mediach społecznościowych Dasha Burns, reporterka amerykańskiej odsłony portalu POLITICO zajmująca się polityką i administracją prezydencką.

Tak brzmiący podpis dotyczył popularnego w internecie obrazka, na którym pies z wybałuszonymi oczami siedzi na krześle w płonącym pokoju, mówiąc jednocześnie, że wszystko jest w porządku.

(...)

Tu eufemizmy są już zbędne. Trump odnosi porażkę za porażką, pędząc ku politycznej katastrofie. Już w pierwszych miesiącach tej kadencji można było zaobserwować, że niektóre jego sztandarowe decyzje, jak nieprzemyślane wprowadzanie ceł, brutalna polityka antyimigracyjna uderzająca w te sektory gospodarki, które są ważne dla jego wyborców, podnoszenie kosztów ubezpieczeń zdrowotnych — to wszystko mu zaszkodzi, ponieważ obniży poziom życia tych klas społecznych, w których był najpopularniejszy.

Prof. Adam Przeworski, politolog z New York University, nazwał to nawet "polityką elektoralnie samobójczą". W konwencjonalnej demokracji, w której przetrwanie polityka zależy od jego popularności wśród wyborców, Trump i jego partia byliby skończeni już w czerwcu ubiegłego roku — ale nie byli. Odsetek Amerykanów pozytywnie oceniających jego prezydenturę wbrew pozorom pozostawał stały, wynosił ok. 42 proc. przez cały ubiegły rok. Przeworski tłumaczył, że jego zdaniem istnieje więc jakaś grupa wyborców, dla których tak zwane "zwycięstwa symboliczne" były ważniejsze od realnych korzyści płynących z faktu sprawowania władzy przez Trumpa i MAGA.

Ataki na uniwersytety, upokarzanie liberałów, wymuszanie ogromnych pseudo-odszkodowań od firm prawniczych i koncernów mediowych w zamian za możliwość dalszego świadczenia usług — to nakręcało wyborców prawicy w USA na tyle, że byli w stanie zignorować rosnące ceny energii, świadczeń zdrowotnych czy podstawowych produktów żywnościowych. 

(...)

— Nie próbuj znaleźć sensu w deklarowanych przez tę administrację celach politycznych — mówi Asha Rangappa, prawniczka, była agentka FBI, dzisiaj wykładowczyni Yale University, prowadząca też na portalu Substack platformę edukacyjną The Freedom Academy.

Rozmowę o Stephenie Millerze, nominalnie wiceszefie personelu w Białym Domu, a praktycznie — człowieku nazywanym "sekretarzem do spraw amerykańskiego imperializmu", zaczyna od przypomnienia, że Miller marzy o deportowaniu z USA każdego, kto nie ma białego koloru skóry i mówi z obcym akcentem. Kiedy odpowiadam jej, że w praktyce oznaczałoby to usunięcie z kraju około 40 proc. całej populacji Stanów Zjednoczonych, Rangappa mówi właśnie o braku sensu. Co jednak nie przeszkadza urzędnikom z bieżącej administracji dążyć do realizacji tych absurdalnych celów.

Podobnie jest z polityką zagraniczną, gdzie ludzie mający jeszcze wpływ na Trumpa — a Miller należy do tego wąskiego grona — w niczym go nie ograniczają, amplifikując wręcz jego najgorsze instynkty. Zarówno wspomniany reportaż z "New York Timesa", jak i opublikowany niedawno przekrojowy tekst w "The Wall Street Journal" opisujący trudne do opanowania wahania nastrojów Trumpa i jego lęki przed katastrofalnym końcem wojny w Iranie, co może zmieść z powierzchni ziemi Partię Republikańską w tegorocznych wyborach połówkowych pokazują, że wpłynąć na decyzje prezydenta jest coraz trudniej.

A nawet jeśli komuś uda się to w ogóle zrobić, trwałość takiego efektu jest bardzo ograniczona — ponieważ za kilka godzin pozycja USA może zmienić się całkowicie. Miller według doniesień amerykańskiej prasy miał, razem z Marco Rubio, odgrywać kluczową rolę w utwierdzaniu Trumpa w przekonaniu, że Amerykanie mogą dzisiaj wszystko i w taki sposób powinni zachowywać się na arenie międzynarodowej. Tyle tylko, że przekonanie to wzięło się z gigantycznego sukcesu wizerunkowego, jakim była operacja z 3 stycznia w Caracas. Wtedy Stephen Miller w rozmowie z Jakiem Tapperem z CNN powiedział nawet, że jeśli Ameryka zdecyduje się przejąć Grenlandię, to osiągnie ten cel za pomocą dostępnych środków. Czyli, jeśli będzie to konieczne — także inwazji militarnej.

Asha Rangappa twierdzi nawet, że Miller byłby gotów ignorować wyroki sądów niższych instancji, by pchać Trumpa do kolejnych działań imperialistycznych. Głównie dlatego, że uznaje jedynie Sąd Najwyższy jako organ odpowiedniej rangi do wchodzenia w spór kompetencyjny z prezydentem. Dlatego, gdyby Trump zdecydował się wydać wojskowym rozkaz potencjalnie uchodzący za nielegalny czy prowadzący do zbrodni wojennej — a takich gróźb pojawia się z jego strony coraz więcej — Miller prawdopodobnie sugerowałby prezydentowi ignorowanie sprzeciwów aż do momentu, w którym sprawa trafi do Sądu Najwyższego. Co zawsze zajmuje dużo czasu — i o to właśnie chodzi.

(...)

Wygląda na to, że Trump autentycznie uwierzył we własną nieomylność.

(...)

"Pomarańczowy Jezus jest przekonany o swojej boskości — więc wierzy, że konsekwencje jego działań po prostu go nie dotyczą" — pisze Glasser.

Ale nawet mimo takiej fasady nie jest to prawda. "Wall Street Journal" idealnie to podsumował, wskazując, że kiedy w Wielki Piątek Trump zaczął bez konsultacji z nikim wypisywać na Truth Social, że urządzi irańskiemu narodowi Apokalipsę, wielu jego doradców zaczęło zastanawiać się nad komunikacją kryzysową, żeby jednak deeskalować konflikt. I pojawił się motyw doskonale znany z pierwszej kadencji, kiedy pracownicy Białego Domu ukrywali przed nim fakty, a nawet — podmieniali dokumenty do podpisania, żeby uniknąć prawnej lub gospodarczej katastrofy.

Według ustaleń "WSJ" tak samo było w ostatnich tygodniach. Trump został wręcz wyproszony z pokoju konferencyjnego, a doradcy dawali mu informacje co kilkanaście minut, pozwalając mu w tym czasie zajmować się tematami znacznie mniej poważnymi — jak budowa Sali Balowej w Białym Domu albo regulacje platform technologicznych. To z kolei, jak pisze portal POLITICO, a także David A. Graham w "The Atlantic", osobny problem — bo Trump nie chce i być może nie potrafi skupić się dłuższą chwilę na jednym temacie. W ciągu kilku godzin podejmuje kilkanaście wątków, żadnego nie kończy, czeka jedynie na raporty o efektach.

A te są coraz gorsze na wszystkich płaszczyznach uprawiania polityki. Zaczynają się więc kłamstwa, przemilczenia, manipulacje — a naturalną progresją w tym łańcuchu są zawsze intrygi pałacowe.

onet.pl


Prezydent Donald Trump niedawno odrzucił twierdzenia, jakoby zależało mu na szybkim zakończeniu wojny z Iranem. Napisał na portalu Truth Social, że jest "być może najmniej naciskaną osobą, jaka kiedykolwiek znalazła się w takiej sytuacji" i że ma "cały czas na świecie".

Trumpowi i jego współpracownikom przydałoby się jeszcze trochę czasu, by dobrze przemyśleć, co właściwie chcą osiągnąć w rozmowach z islamistycznym reżimem w Teheranie. Przygotowania administracji do rozpoczęcia wojny były — delikatnie mówiąc — kiepskie, a dotychczasowe wysiłki negocjacyjne również nie robią wielkiego wrażenia. Zakończenie wojny — a potem utrzymanie tego stanu — niemal na pewno okaże się znacznie trudniejsze niż zakładają ludzie Trumpa.

Jak mówią mi osoby, które w przeszłości miały do czynienia z Teheranem, administracja musi najpierw odpowiedzieć sobie na kilka fundamentalnych pytań. Nie będzie to łatwe. Teheran od lat pokazuje, że najlepiej gra przeciw tym, którzy improwizują.

— Diabeł tkwi w szczegółach, i to w ogromnym stopniu — powiedział Michael Singh, były urzędnik administracji George’a W. Busha zajmujący się Bliskim Wschodem.

Każda nowa administracja musi uczyć się tych szczegółów w bolesny sposób — metodą prób i błędów. Tymczasem po stronie irańskiej często zasiadają ci sami ludzie albo bardzo podobne zespoły, które negocjowały już z wieloma amerykańskimi administracjami. Możesz uznać, że Irańczycy właśnie poszli na ustępstwo, ale gdy wejdziesz w szczegóły, okaże się, że to ty ustąpiłeś Iranowi — zauważył Singh.

(...)

Niektórym urzędnikom administracji Trumpa mogłoby pomóc przeczytanie umowy z 2015 r., znanej jako Wspólny Kompleksowy Plan Działania (JCPOA). Naprawdę, przydałoby się.

Nie muszą lubić JCPOA; mam niemal pewność, że jednym z warunków bycia nominatem Trumpa jest niechęć do tego układu. Warto jednak go przeanalizować, aby zrozumieć poziom szczegółowości takich rozmów oraz niektóre mechanizmy, które mogłyby okazać się użyteczne w przyszłym porozumieniu.

Przykładowo: w liczącym 159 stron tekście znajduje się ponad 100 odniesień do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Ta instytucja ma kluczowe znaczenie dla sprawdzania, czy Iran przestrzega zobowiązań nuklearnych — powiedział Daryl Kimball, dyrektor wykonawczy Stowarzyszenia Kontroli Zbrojeń, które opowiada się za dyplomatycznymi rozwiązaniami w gorących kwestiach, takich jak nierozprzestrzenianie broni jądrowej.

Kimball dodał, że zwolennikom dyplomacji pomogłoby zaprzestanie porównywania wszystkiego, co robi Trump, do JCPOA, które powstało w zupełnie innych realiach. Trump zresztą ma tendencję do pogardliwego traktowania wszystkiego, co wiąże się z Obamą, więc takie porównania i tak by mu się nie spodobały.

Trump powinien zastanowić się nie nad tym, jak jego umowa wypadałaby na tle porozumienia Obamy, lecz nad tym, co dziś — w innych warunkach — jest potrzebne, by zablokować potencjalne drogi Iranu do zdobycia bomby atomowej — powiedział Kimball.

(...)

Wynegocjowanie JCPOA zajęło ok. dwóch lat, ale wcześniej były jeszcze długie lata rozmów, sankcji i innych form nacisku, w tym porozumienie przejściowe znane jako Wspólny Plan Działania (JPOA). Ta tymczasowa umowa zawierała pewne ustępstwa po obu stronach, ale kupiła czas potrzebny na negocjowanie większego układu.

(...)

I wreszcie: na jakie ustępstwa Trump jest gotów pójść wobec Iranu?

Iran raczej nie zgodzi się na wiele, jeśli USA same niczego nie zaoferują. Oznaczałoby to między innymi zniesienie wielu sankcji nałożonych przez Stany Zjednoczone na Iran — kar, które poważnie ograniczyły jego zdolność do prowadzenia interesów poza granicami kraju. Iran może nawet zażądać, by USA nadały porozumieniu rangę traktatu, co politycznie byłoby w Waszyngtonie bardzo trudne, ale jednocześnie zmniejszałoby ryzyko, że Trump albo inny przyszły prezydent wycofa się z układu.

Nie wiem, jak inaczej to powiedzieć: to jest piekielnie trudna materia.

Administracja będzie potrzebowała wiedzy i doświadczenia zawodowych ekspertów państwowych, niezależnie od tego, jak bardzo ich nie lubi.

Irańscy urzędnicy są różni, ale głupi nie są. Zależy im na traktowaniu z szacunkiem, nawet wtedy, gdy są militarnie i gospodarczo osłabieni. Nie oddadzą niczego za darmo.

Trump musi mieć świadomość, że bez szacunku i bez gotowości do zawarcia układu korzystnego dla obu stron po prostu nigdy nie będzie żadnej umowy, bez względu na skalę nacisku — powiedział Ali Vaez, starszy analityk International Crisis Group, pozostający w kontakcie ze wszystkimi stronami negocjacji amerykańsko-irańskich.

(...)


(...) administracja Trumpa (...) może napotkać problemy, jeśli nie będzie konsultować się z innymi graczami geopolitycznymi, z których część bez wątpienia podpowiada Iranowi.

Nie widzę, by administracja miała porzucić swój styl samotnego działania w negocjacjach.

Ale jeśli nie będzie przynajmniej rozmawiać z innymi państwami — w tym z Rosją i Chinami — może znaleźć się w gorszej pozycji, gdy będzie potrzebować ich pomocy. Jeden przykład: jeśli Iran zgodzi się przekazać swój wysoko wzbogacony uran, Rosja może okazać się jedyną poważną opcją, która będzie w stanie go przejąć.

onet.pl\Politico


Podczas kolacji w Ajia Napa w czwartek wieczorem przywódcy dyskutowali o ekonomicznych skutkach wojny w Iranie prowadzonej przez Stany Zjednoczone i Izrael, w tym o cenach energii, inflacji i ryzyku recesji.

— Jak zwykle wszystkie tematy, które omawiamy, są związane ze Stanami Zjednoczonymi i ich działaniami, czy nam się to podoba, czy nie — mówi w rozmowie z POLITICO dyplomata UE, który chciał zachować anonimowość.

Według dwóch innych dyplomatów za zamkniętymi drzwiami Costa ostrzegł przywódców, że UE powinna wykazać się większą autonomią we wszystkich dziedzinach. Przewodniczący Rady przestrzegł również, że przywódcy nie mogą uniknąć konfrontacji z rzeczywistością, w której interesy USA nie są już zbieżne z interesami UE — podkreślają rozmówcy.

W sumie w ciągu dwóch dni na Cyprze zebrało się 29 przywódców: 24 z UE, czterech z Bliskiego Wschodu oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

Nawet gdy nie rozmawiali o kwestiach bezpośrednio związanych z Iranem i USA, nie dało się nie zauważyć wpływu Trumpa.

Podczas kolacji przywódcy rozmawiali o tym, jak sprawić, by rzadko stosowana klauzula wzajemnej obrony UE — art. 42.7 — działała w praktyce, unikając jednocześnie sugestii, że mogłaby ona zastąpić gwarancję bezpieczeństwa zawartą w art. 5 NATO. Dyskusja ta odbywa się w delikatnym momencie dla europejskich stolic, które próbują zareagować na rosnącą niepewność co do zaangażowania Waszyngtonu w bezpieczeństwo Europy, nie wysyłając przy tym sygnału — ani do USA, ani do Rosji — że same podważają NATO.

onet.pl\Politico


Przypadek Phelana to przykład na to, że fantastyczne naginanie rzeczywistości w celu przypodobania się Trumpowi, nie jest gwarancją jego łaski. Zwłaszcza jeśli obietnice są ewidentnie zmyślone. Centralną postacią tej historii są bowiem planowane, przynajmniej na razie planowane, nowe pancerniki typu Trump. Prezydent z sekretarzem Phelanem u boku ogłosił zamiar ich budowy na specjalnej konferencji prasowej w grudniu minionego roku. Czego to nie zapowiedziano... Że mają być największymi okrętami nawodnymi świata (pominąwszy lotniskowce), że mają być wyjątkowo silnie uzbrojone, w tym nawet w rakiety hipersoniczne, czy działa laserowe i elektromagnetyczne, że mają przenosić broń jądrową i że mają powstać w amerykańskich stoczniach z amerykańskiej stali. Trump w typowym dla siebie kwiecistym stylu ogłaszał, że będzie to najwspanialszy okręt naszych czasów, a do tego dobrze wyglądający. Co więcej, będzie częścią wielkiego programu rozbudowy US Navy o roboczej nazwie "złota flota".

Gdyby chcieć zebrać zestaw cech najsilniej przemawiających do psychiki Trumpa, nowe pancerniki miały je wszystkie. Prezydent nigdy nie interesował się specjalnie wojskiem i uzbrojeniem, ale jakoś właśnie ta klasa okrętów, wielkich szarych gór stali, budziła jego fascynację. Phelan dobrze o tym wiedział i miał specjalnie skonstruować cały pomysł tak, aby odpowiednio wpłynąć na prezydenta. Jak piszą teraz amerykańskie media, w tym "New York Times", zrobił to w znacznej mierze pomijając Hegsetha i jego zastępcę, Stephena A. Feinberga. Obaj panowie zaczęli więc intensywną kampanię podminowania Phelana, mówiąc prezydentowi między innymi, że "nie jest graczem zespołowym". Dokładnie to wybrzmiało w najnowszej wypowiedzi Trumpa.

Phelan sobie jednak sam nie pomagał. Deklaracje dotyczące pancerników były o tyle fantastyczne, że praktycznie nierealne. Bardzo mocno podsumował to jeszcze w grudniu analityk think-tanktu CSIS Mark Cancian. "Zapowiadane parametry tego okrętu są tak wyjątkowe, że jego upublicznienie na pewno wywoła potężną dyskusję. Jednakże właściwie nie ma potrzeby jej toczyć, bo ten okręt nigdy nigdzie nie popłynie. Zaprojektowanie go będzie trwało wiele lat i koszt jednego sięgnie 9 miliardów dolarów. Wszystko wbrew nowej koncepcji działania US Navy, która zakłada więcej mniejszych okrętów. Następna administracja prezydencka na pewno skasuje ten program, zanim pierwszy okręt dotknie wody" - napisał.

Faktem jest, że US Navy już od wielu lat prowadzi ogólne prace studyjne nad nowym dużym okrętem nawodnym. Aktualnie właściwie ich nie ma. Z dużych okrętów niebędących lotniskowcami to ma 7 ostatnich krążowników typu Ticonderoga, które są wycofywane ze służby, a do tego 76 koni roboczych floty, niszczycieli typu Arleigh Burke, ciągle modernizowanych i budowanych. Nie są to jednak okręty wielkie. Oba typy wypierają po około 10 tysięcy ton. Na niszczyciele jeszcze jakoś jest wciskane nowe uzbrojenie i wyposażenie w ramach modernizacji, ale ich kadłuby są za małe na dalszy rozwój. Ratunkiem miały być nowe wielkie niszczyciele typu Zumwalt, których budowę zaczęto jeszcze w latach 90. Program okazał się jednak niewypałem i na fali cięć po zimnej wojnie oraz podczas wojny z terrorem, zamówienie zmniejszono z ponad 20 sztuk do 3 już budowanych. Teraz są okrętami głównie eksperymentalnymi. Z tych powodów od ponad dekady ponownie w USA myśli się nad kolejnymi dużymi jednostkami nawodnymi.

Początkowo miało to być po prostu nowe wcielenie trochę większych niszczycieli, ale podczas wstępnych prac projektowych zderzono się z problemem - nie mieściło się w nich wszystko, co chciano by w nie włożyć, głównie odpowiednia ilość wyrzutni rakiet. Przez chwilę myślano, czy by nie zrobić więc dwóch podtypów tych nowych okrętów. Większy i mniejszy. Potem zjawił się jednak Trump i Phelan. Większe stało się bezsprzecznie lepsze. Duży wariant okrętu przyszłości błyskawicznie utył i zyskał dumne miano pancernika.

Większość ekspertów zajmujących się tematyką morską w USA natychmiast popukało się jednak w głowę. Z wielu powodów, w tym tych wymienionych przez Canciana. Amerykanie od wielu dekad nie projektowali tak dużych okrętów nawodnych, z wyjątkiem lotniskowców, które są jednak specyficznymi jednostkami. Ba, od prawie trzech dekad nie wychodzi im zaprojektowanie i zbudowanie żadnego okrętu w tej kategorii. Zumwalty skończyły się drogą porażką. Korwety LCS masową, ale jednak porażką. Nowe fregaty potykają się ciągle o własne nogi i Phelan dokonał kolejnego dużego resetu programu ich budowy. Tymczasem nagle miałyby szybko zostać zaprojektowane wielkie pancerniki, które chciano kontraktować już w roku fiskalnym 2028. Nie jest jasne w jakiej stoczni, bo obecnie nie ma żadnych odpowiednio dużych w USA, które miałyby możliwość zajęcia się takim projektem w tak krótkim czasie. Można właściwie w ciemno obstawiać, że budowa pancerników byłaby festiwalem opóźnień i przekroczeń kosztów.

gazeta.pl

piątek, 24 kwietnia 2026



Stany Zjednoczone przegrywają wojnę informacyjną z Iranem - powiedział PAP prof. Darren Linvill z Clemson University. Zdaniem eksperta irańskim propagandystom udało się narzucić w portalach społecznościowych narrację o "dobrym Iranie" i "złej Ameryce", m.in. dzięki użyciu treści z pogranicza rozrywki i dezinformacji.

Od 28 lutego br., czyli od dnia, kiedy Stany Zjednoczone i Izrael zbombardowały po raz pierwszy Iran, jego machina propagandowa zalewa portale społecznościowe wiralowymi filmikami i memami ośmieszającymi przeciwników.

Na przykład w filmach firmowanych przez Explosive Media, producenta powiązanego z irańskim reżimem, gdzie występujące postaci przypominają ludziki z zestawów znanego producenta kloców, prezydent USA Donald Trump ucieka przed finansistą skazanym za przestępstwa seksualne Jeffreyem Epsteinem. W sieci można także znaleźć treści wideo, w których amerykański prezydent, przedstawiony jako bohater filmu dla dzieci o Minionkach, stojąc samotnie na niewielkiej tratwie wzywa Teheran do odblokowania Cieśniny Ormuz.

Irańskie filmiki mają na celu nie tylko bawić, ale przede wszystkim dezinformować. W jednym z nich przedstawiona jest scena pojmania przez irańskich żołnierzy zestrzelonego amerykańskiego pilota, podczas gdy w rzeczywistości został on w spektakularny sposób uratowany.

Według prof. Darrena Linvilla, szefa Clemson University Media Forensics Hub w Karolinie Południowej, instytutu badającego dezinformację w portalach społecznościowych, wszystkie te przygotowane przez irańskich propagandystów satyryczne treści, rozprzestrzeniają się w sieci organicznie i właśnie na tym polega ich skuteczność. Jak podkreślił, podobnie jak Rosja, Iran potrafi bowiem dostarczać odbiorcom platform społecznościowych angażujące, atrakcyjne treści z pogranicza dezinformacji i rozrywki, którymi spontanicznie chcą się dzielić.

- Dlatego Stany Zjednoczone przegrywają wojnę informacyjną z Iranem. Administracja Donalda Trumpa przemawia w mediach jedynie do swojego elektoratu, podczas gdy Teheran prowadzi globalną wojnę propagandową i próbuje dotrzeć ze swoim przekazem w sieci do różnych społeczności - ocenił Linvill.
W jego opinii za pomocą zrozumiałej dla milionów odbiorców satyry Teheranowi udało się skutecznie rozpowszechnić w sieci narrację o "dobrym Iranie" i "złej Ameryce". Iran zrozumiał - zdaniem eksperta - że powinien swój przekaz kierować do tej części zagranicznej opinii publicznej, która była "wściekła" na politykę Trumpa i Izraela już przed wybuchem wojny i jedynie wzmocnić ich przekonania.

- Prześmiewczy przekaz dociera więc do tych internautów, którzy szukają powodów, by krytykować i atakować prezydenta Trumpa, a Iran im te powody podpowiada. Podsuwa im przesłanie, które chcą usłyszeć, i które chcą powtarzać - powiedział Linvill. Ekspert dodał, że jednym z głównych efektów każdej propagandy jest dotarcie do osób, które już wcześniej podzielały poglądy lansowane przez propagandystów i chodzi jedynie o to, aby te opinie wydawały się jeszcze bardziej powszechne.

Przykładem takiej kampanii jest według amerykańskich mediów propagowanie w sieci narracji o tym, że prezydent Trump zaatakował Iran, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od skandalu związanego z nieżyjącym już pedofilem i finansistą Epsteinem. Irańska machina propagandowa przedstawia przywódców Izraela i USA jako zdeprawowany i skorumpowany "reżim Epsteina", a treści związane z Epsteinem skutecznie przyciągają uwagę użytkowników mediów społecznościowych. Fałszywy film, na którym dziewczyny z zawiązanymi oczami maszerują obok ubranego w bieliznę Donalda Trumpa, z podpisem "ci pedofile-zboczeńcy rozpoczęli wojnę, żeby o tym nie mówiono" obejrzało według "The Washington Post" prawie 7 mln osób.

Zapytany, jak walczyć z tak serwowaną propagandą, Linvill odpowiedział, że jest to praktycznie niemożliwe. Biały Dom próbował zamknąć kanał Explosive Media na YouTube, ale to nie przyniesie żadnych efektów, bo generowane przez tego producenta treści rozchodziły się praktycznie bez jego udziału. Jak podkreślił Linvill, jedynym sposobem przeciwdziałania irańskiej propagandzie w sieci byłaby widoczna zmiana na korzyść Ameryki w trwającej wojnie w Zatoce Perskiej. Na razie jednak tak się nie dzieje, a Iran odnotowuje kolejne sukcesy propagandowe.

Linvill przypomniał, że prezydent Trump bardzo starał się pozyskać sojuszników, aby pomogli mu odblokować Cieśninę Ormuz i to mu się nie udało.
- Niepopularna wojna pozostała niepopularna i nikt nie chciał stanąć po stronie Stanów Zjednoczonych i Izraela. Irańska propaganda przynajmniej pomogła Iranowi osiągnąć ten efekt - ocenił Linvill.

Z kolei ekspert ds. cyberbezpieczeństwa z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Defender Academy dr Piotr Łuczuk powiedział PAP, że Iranowi chodzi o coś więcej niż izolację USA w tej wojnie.

- Celem irańskiej propagandy jest to, żeby masowi odbiorcy ośmieszających USA materiałów stracili zaufanie do strony amerykańskiej jako naczelnego szeryfa społeczeństw Zachodu. Chodzi o osłabienie autorytetu Ameryki jako supermocarstwa - podkreślił. Dlatego każde "większe lub mniejsze" potknięcie Trumpa zostanie natychmiast wykorzystane przez Iran i przedstawione jako gigantyczna katastrofa wizerunkowa. Tak jak to miało miejsce w reakcji na zamieszczone przez prezydenta USA w sieci zdjęcie, na którym odziany w szatę w stylu biblijnym kładzie ręce na leżącym mężczyźnie, przypominając w tym Chrystusa. Wcześniej prezydent Trump skrytykował papieża Leona XIV oceniając w poście na Truth Social, że jest "słaby" wobec przestępczości i "fatalny" w polityce zagranicznej. Irańska propaganda zareagowała na spór prezydenta z papieżem filmem AI, udostępnionym przez ambasadę Iranu w Taszkencie. Trumpowi ukazuje się na nim Jezus i uderza go w twarz mówiąc, że nadszedł dzień sądu.

Według Łuczuka "piekielna skuteczność" irańskiej kampanii propagandowej opiera się m.in. na tym, że zalewanie sieci falą filmów wygenerowanych przez AI to obecnie najtańszy sposób prowadzenia wojny. Filmiki te przypominają bowiem treści UGC (User-Generated Content) tworzone spontanicznie przez użytkowników internetu. Powszechny dostęp do technologii sprawia w dodatku, że bardzo trudno jest złapać kogoś za rękę i powiedzieć, że pracuje dla irańskiego cyberwywiadu. - Wystarcza smartfon w ręku, żeby wygenerować propagandowy filmik, a jeśli trafi on na podatny grunt, staje się natychmiast viralem, co jest wodą na młyn każdej propagandy - podkreślił ekspert.

Zapytany o to, która strona wygrywa starcie w infosferze, USA czy Iran, dr Łuczuk odpowiedział, że nie chce wyrokować do czasu zakończenia konfliktu, bo "piłka cały czas jest w grze". Podkreślił równocześnie, że Amerykanie "nie odpuścili" cyberprzestrzeni i domeny informacyjnej, a o wielu swoich działaniach w tej sferze po prostu nie informują. To w jego opinii m.in. casus akcji ratunkowej amerykańskiego pilota myśliwca F-15E, który został zestrzelony w Iranie na początku kwietnia br.

W opinii rozmówcy PAP to dzięki działaniom propagandowym USA udało się go uratować, m.in. przy użyciu innowacyjnej technologii Ghost Murmur, określanej jako tajna broń CIA, służąca do wykrywania i lokalizowania ludzi z dużych odległości poprzez namierzanie sygnału bicia ich serca.

Jak podkreślił ekspert, wysłanie na miejsce zestrzelenia wojsk specjalnych USA zostało poprzedzone zmasowaną wręcz kampanią dezinformacyjną, w ramach której zaburzano np. geolokalizację, wrzucano do sieci filmiki wskazujące, że poszukiwany jest nie mężczyzna, a kobieta. - Ten zaplanowany szum informacyjny kupił Amerykanom czas i zdołali uniknąć konfrontacji - powiedział ekspert. I dodał, że m.in. z tego powodu nie odważyłby się na razie wskazać zwycięzcy w tej wojnie informacyjnej.

PAP


Według najbardziej ostrożnych szacunków łączny zysk, jaki Donald Trump i jego krewni osiągnęli w wyniku sprawowania przez niego urzędu prezydenta, do 2025 r. wyniósł 3,4 mld dol. (12,4 mld zł).

W przypadku Trumpa granica między sprawowaniem władzy publicznej a czerpaniem z niej prywatnych zysków jest systematycznie zacierana. Osoby mianowane przez prezydenta podejmują decyzje regulacyjne dotyczące biznesu, które natychmiastowo zwiększają majątek jego rodziny. Zagraniczne rządy z kolei "wykupują" dostęp do amerykańskiej technologii i kontraktów wartych wiele miliardów dolarów, inwestując w prywatne projekty Trumpa.

Demokratyczna senator Elizabeth Warren nazywa to bezprecedensowym przejęciem władzy. — Prezydent Stanów Zjednoczonych skutecznie kontroluje regulatorów, którzy powinni nadzorować jego osobiste imperium finansowe. Regulator, który ma nadzorować jego interesy, wykonuje polecenia prezydenta. Nic podobnego nie wydarzyło się nigdy w historii Stanów Zjednoczonych — mówi.

— Główne pytanie brzmi: w jaki sposób Trump omija prawo, przenosząc aktywa do funduszy powierniczych zarządzanych przez swoje dzieci. Eksperci podkreślają, że nie jest to jedynie naruszenie zasad etyki, ale celowe wykorzystywanie luk prawnych. Ponadto w Białym Domu oraz w Biurze Etyki Rządowej pracują obecnie protegowani Trumpa, co sprawia, że przeprowadzenie prawdziwych dochodzeń wewnątrz władzy wykonawczej jest praktycznie niemożliwe — mówi w wywiadzie dla The Insider Igor Slabych, ekspert ds. amerykańskiego systemu prawnego i podatkowego oraz autor kanału USLegalNews na Telegramie.

Tej wiosny Eric Trump i Donald Trump Jr. otrzymali łącznie około 13 proc. udziałów w spółce American Bitcoin. Cały ich "wkład" polegał wyłącznie na użyczeniu nazwiska ojca.

Firma weszła na giełdę poprzez wątpliwą fuzję ze spółką Gryphon Digital Mining, Inc, co pozwoliło jej ominąć bardziej rygorystyczny i dłuższy proces IPO (Initial Public Offering, przedsięwzięcie, które przekształca spółkę prywatną w podmiot publiczny) oraz związaną z nim kontrolę Amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), głównego organu regulacyjnego amerykańskich rynków finansowych. W rezultacie wartość udziałów Donalda Jr. wzrosła do 100 mln dol. (363 mln zł).

(...)

Rodzina prezydenta uzyskała dostęp do ogromnych przepływów finansowych poprzez start-up World Liberty Financial, w którym Trump figuruje jako współzałożyciel emerytowany. Kluczowym produktem projektu jest stablecoin USD1 — token cyfrowy powiązany z dolarem amerykańskim i zabezpieczony rezerwami zainwestowanymi m.in. w obligacje skarbowe. Według magazynu "The New Yorker" wolumen USD1 w obiegu wzrósł do około 5 mld dol. (18 mld zł).

Wśród ekspertów ds. etyki i prawodawców schemat ten wzbudził podejrzenia o naruszenie Konstytucji Stanów Zjednoczonych, w tym o możliwe konflikty interesów i potencjalne naruszenia przepisów zakazujących czerpania korzyści od państw zagranicznych. W lutym 2026 r. Kongres Stanów Zjednoczonych wszczął dochodzenie w sprawie inwestycji dokonanych przez rządzącą rodzinę z Abu Zabi o wartości 500 mln dol. (1,8 mld zł) poprzez zakupy USD1. Później okazało się, że 187 mln dol. (679 mln zł) z tej kwoty trafiło bezpośrednio do podmiotów powiązanych z rodziną Trumpów.

(...)

Rodzina Trumpa zarobiła kolejne 562 mln dol. (2 mld zł) na sprzedaży tokenów, które nie dają inwestorom żadnych znaczących praw. Umowa z Alt5 Sigma — firmą, która wcześniej zajmowała się utylizacją sprzętu AGD — wydaje się układem zamkniętym. Współpracownicy Trumpa w jednej firmie kupują tokeny od innych współpracowników Trumpa w innej, sztucznie zawyżając ich wartość.

"Zgodnie z drobnym drukiem na stronie internetowej World Liberty po odliczeniu pewnych wydatków 75 proc. wpływów ze sprzedaży tokenów trafia do firmy powiązanej z rodziną Trumpów, a 75 proc. z 750 mln dol. (2,7 mld zł) to 562 mln dol." — tak magazyn "The New Yorker" opisał sprzedaż tokenów World Liberty za pośrednictwem Alt5 Sigma.

World Liberty inwestuje rezerwy zabezpieczające USD1 w obligacje skarbu USA. Przy obecnym poziomie obiegu zysk wyniósł około 360 mln dol. (1,3 mld zł). Zgodnie z warunkami projektu firma należąca do rodziny Trumpów zabiera dla siebie 38 proc. tej kwoty — około 136 mln dol. (494 mln zł).

Sukces rodzinnego stablecoina USD1 i wielomilionowe zyski Trumpa nie są wynikiem konkurencji rynkowej, ale konsekwencją bezpośredniego handlu wpływami państwowymi. Na początku 2026 r. dane analityczne blockchain z platformy Arkham wykazały anomalną koncentrację tokenów USD1 na giełdzie Binance — 87 proc. całej podaży.

Binance stało się kluczowym ogniwem w tym łańcuchu. W 2023 r. jego założyciel Changpeng Zhao, znany lepiej jako CZ, przyznał się do winy w sprawie o naruszenie przepisów dotyczących przeciwdziałania praniu pieniędzy. Binance zapłaciło wówczas grzywnę w wysokości 4,3 mld dol. (15,6 mld zł), a Zhao odbył czteromiesięczną karę pozbawienia wolności. Następnie, w październiku 2025 r., po miesiącach lobbingu i "wkładzie finansowym" w projekt kryptowalutowy rodziny urzędującego prezydenta, Trump ułaskawił Zhao.

Natychmiast po zwolnieniu CZ uczynił Binance głównym darczyńcą projektu prezydenckiego. Giełda nabyła około 87 proc. całego zasobu USD1 (około 4,7 mld dol., 17,1 mld zł), zapewniając rodzinie Trumpa gwarantowany dochód w wysokości 136 mln dol. (494 mln zł) rocznie — i to wyłącznie z odsetek od obligacji skarbowych. Eksperci, w tym badaczka kryptowalut i technologii Molly White, opisują to "wyraźną wymianą usług" — ułaskawienie w zamian za korzyści biznesowe.

Podobny mechanizm można zaobserwować w relacjach Trumpa ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Zaledwie dwa tygodnie po objęciu urzędu prezydent zatwierdził eksport wysoce wrażliwych amerykańskich technologii sztucznej inteligencji do emirackiej firmy G42. Postępując w ten sposób, Trump zignorował ostrzeżenia wywiadu dotyczące ryzyka wycieku danych do Chin.

Skala tej ekspansji zamienia Biały Dom w dział marketingu służący prywatnym interesom klanu Trumpów. Podczas gdy firma medialno-technologiczna Trump Media gromadzi 2,5 mld dol. (9,1 mld zł) na zakup bitcoina, a Eric Trump "doradza" japońskiej giełdzie Metaplanet, rodzinna spółka DT Marks DEFI LLC zapewniła sobie prawa do 75 proc. przychodów netto z projektu kryptowalutowego World Liberty Financial. To nie jest tylko biznes — to wykorzystywanie symboli państwowych jako darmowego narzędzia reklamowego.

Cynizm osiągnął szczyt w maju 2025 r. podczas zamkniętej uroczystej kolacji w Wirginii. Aby zdobyć miejsce przy stole z Trumpem, 220 inwestorów wpłaciło ponad 148 mln dol. (538 mln zł) w memecoin $TRUMP. Prezydent przybył na tę prywatną imprezę komercyjną na pokładzie Marine One i przemawiał z podium ozdobionego oficjalną pieczęcią prezydencką.

Lista gości potwierdziła najgorsze obawy amerykańskich prawodawców i ekspertów ds. etyki: ponad połowę uczestników stanowili obcokrajowcy, w tym chińscy kryptomilionerzy. Ponieważ prawo zabrania zagranicznych darowizn na wybory, Trump skutecznie otworzył tylne drzwi do Gabinetu Owalnego, pozwalając ludziom kupować uwagę prezydenta za pomocą niestabilnych tokenów.

Aby chronić ten mechanizm generujący zyski, Trump umieścił swoich ludzi na kilku kluczowych stanowiskach. W momencie objęcia urzędu 216 spośród osób ostatecznie mianowanych przez Trumpa posiadało aktywa kryptowalutowe o łącznej wartości do 340 mln dol. (1,2 mld zł), a wielu z nich zachowało te aktywa po mianowaniu. Powoduje to bezprecedensową koncentrację osobistych interesów w deregulacji branży.

Już pierwszego dnia urzędowania Trump uchylił dekret wymagający od mianowanych osób przestrzegania "zobowiązania etycznego", które zabraniało im przez dwa lata zajmowania się sprawami związanymi z ich poprzednią działalnością lobbingową. Ponadto zwolniono 17 inspektorów generalnych oraz szefa Biura Etyki Rządowej Stanów Zjednoczonych, pozostawiając władzę wykonawczą bez urzędników odpowiedzialnych za badanie przypadków korupcji i konfliktów interesów.

Wśród osób mianowanych przez Trumpa, które uzyskały dostęp do środków publicznych, znalazł się Steve Feinberg, zastępca sekretarza obrony i współzałożyciel Cerberus Capital Management. Chociaż Feinberg twierdził, że formalnie opuścił Cerberus, grupa ta jest właścicielem co najmniej czterech firm, które otrzymały kontrakty w ramach projektu obrony przeciwrakietowej Złota Kopuła (Golden Dome), nad którym obecnie czuwa Feinberg. Co więcej, jego umowa pozwala mu nadal korzystać z usług Cerberus w zakresie księgowości podatkowej i ubezpieczenia zdrowotnego.

Zastępca sekretarza obrony ds. polityki kosmicznej Mark Berkowitz pełnił wcześniej funkcję wiceprezesa w firmie Lockheed Martin. Zgodnie z ujawnionymi dokumentami posiada on akcje tej firmy o wartości od 1 do 5 mln dol. (od 3,6 do 18,2 mln zł) i otrzymuje od niej dwie miesięczne emerytury. Lockheed Martin jest również jednym z beneficjentów kontraktów w ramach projektu Złota Kopuła.

Innym przykładem jest Jonathan Morrison, szef Krajowej Administracji Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (NHTSA), który wcześniej pełnił funkcję dyrektora stowarzyszenia reprezentującego interesy producentów pojazdów autonomicznych.

(...)

Z prawnego punktu widzenia Trump pozostaje nietykalny dzięki orzeczeniu Sądu Najwyższego w sprawie immunitetu prezydenckiego.

(...)

Igor Slabych wyjaśnia, że trudność w ściganiu karnym prezydenta wynika z faktu, iż urząd ten z mocy prawa zapewnia immunitet:

— Decyzja w tej sprawie została podjęta przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych około rok temu. Podczas rozprawy rozważano na przykład, czy prezydent może zostać pociągnięty do odpowiedzialności za przyjęcie łapówki w zamian za mianowanie ambasadora, a odpowiedź brzmiała: nie, nie może. Teoretycznie w niektórych przypadkach można obejść immunitet, ale nie jest to wcale pewne, a w każdym razie nie nastąpi to w ciągu najbliższych trzech lat. Polityka Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych zabrania ścigania urzędującego prezydenta — dodaje.

onet.pl\The Insider


W Zatoce zaledwie ~5% Szachedów (212 na 4295  odpalonych) doleciało w pobliże celów  Owe 212 Szachedów dostarczyło sumarycznie 10 ton materiałów wybuchowych. To mniej niż dostarczała para F-15E w jednym wylocie nad Teheran.

Oczywiście bezpilotowce używane do atakowania strategicznej militarnej i cywilnej infrastruktury kraju są poważnym zagrożeniem. Ale dopiero tym czego naprawdę należy się bać to rakiety cruise i pociski balistyczne. To właśnie to combo zniszczyło ukraińską energetykę. A całość podczas ataków była "zagęszczana" setkami Szachedów. 

Natomiast sam efekt użycia Szachedów jest dokładnie  taki jak można się spodziewać po środku rażenia z średnio 45kg głowicą oraz dość prymitywnym układem naprowadzania dla większości wersji (nie piszę o specjalizowanych wersjach SEAD/DEAD). 

Wciąż to WRE jest najskuteczniejsze i wciąż efekty trafień są relatywnie łatwe do usunięcia ponieważ  głowica ma bardzo mało materiału wybuchowego w sobie. 

Ponad 200 trafień Szachedami to mniej niż efekt JEDNEGO wylotu pary F-15E nad cele.  

ps. Jeżeli Was dziwi nagły spadek ilości odpalanych przez Rosjan Szachedów/Gerani na Ukrainę to warto popytać  JAKIE Szachedy spadały na kraje Zatoki Perskiej. I dlaczego pomoc SZU była tak bardzo pożądana i skuteczna  :-)

ps. zanim zaczniecie pisać jak to rzekomo Szachedy wyczerpały OPL państw zatoki to odpowiedź brzmi: nie zdążyły.  Problemem było odpalenie -ponad 2181 rakiet balistycznych przez Iran. Patriotów do zwalczania Szachedów i pochodnych użyto rzekomo mniej niz 5x za każdym razem w samoobronie baterii PAC-3 a dokładnie radaru. A tak to środki które zwalczały Szachedy zostały skonsumowane w zależności od kraju od 6 do 40% (Katar). I jeszcze jedno: Izrael i USA faktycznie porozwalały produkcję Szachedów w Iranie ale tylko tam  i to był kluczowy problem jak się okazało.

x.com/wolski_jaros

czwartek, 23 kwietnia 2026



/Niezmiernie hipotetyczna gdybologia o Iranie - red./

Najważniejsze decyzje w sprawach bezpieczeństwa, wojny czy dyplomacji podejmują "zaprawieni w bojach" dowódcy irańskiej armii. "Modżtaba Chamenei zarządza krajem tak, jakby był szefem rady nadzorczej" — ocenia w rozmowie z "NYT" Abdolreza Dawari, który pełnił funkcję doradcy byłego prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada.

Według rozmówcy dziennika nowy przywódca polega na opinii doradców, decyzje "podejmowane są kolektywnie", a członkami "rady nadzorczej" są generałowie.

"NYT" wskazuje, że nowy przywódca nie kontroluje w pełni sytuacji w kraju. Umocniły się wpływy dowódców wojskowych kosztem duchownych — wskazuje gazeta, opierając się na rozmowach z przedstawicielami obecnych i byłych władz Iranu, armii i osób znających Modżtabę Chameneia.

Na skonsolidowanie wpływów wysokiej rangi dowódców irańskiej armii wpłynęła ich postawa po śmierci Alego Chameneia. To generałowie poparli nowego przywódcę, który w związku z tym "rzadko, jeśli w ogóle, sprzeciwia się ich zdaniu" — czytamy.

PAP


/Niezmiernie hipotetyczna gdybologia o Iranie cz. II - red./

Zgodnie z konstytucją najwyższą władzę w kraju sprawuje rahbar (przywódca) — najwyższy rangą islamski duchowny, obdarzony nieograniczonymi uprawnieniami. Tylko on może podejmować decyzje o charakterze strategicznym. Wyłącznie od niego zależy wynik negocjacji dotyczących wojny i pokoju.

Problem polega na tym, że niedawno wybrany (choć sam fakt wyboru można podać w wątpliwość) Modżtaba Chamenei ani razu nie pokazał się publicznie od dnia, w którym w wyniku ataków izraelskiego lotnictwa zginął jego ojciec, poprzedni rahbar Ali Chamenei.

Niewidzialny przywódca komunikuje się z poddanymi za pomocą krótkich komunikatów, które odczytują spikerzy. Istnieją podstawy, by przypuszczać, że nie jest on po prostu ranny, oszpecony i pozbawiony mowy, ale od dawna przebywa w jakiejś kostnicy, a jego wolę fałszuje pewien "wewnętrzny krąg".

W tym "wewnętrznym kręgu" również nie wszystko jest jasne. Wielu z tych, którym ufał jeszcze ojciec Modżtaby, zostało zlikwidowanych przez Izraelczyków w trakcie działań wojennych, a ci, którzy przeżyli, podzielili się na frakcje (lub, jak to ujmują irańscy analitycy opozycyjni, na bandy).

Jedna z takich frakcji została nazwana przez irańskich komentatorów "frontem niezłomności". Jej trzon stanowiła grupa 40 posłów do parlamentu, wyznających skrajnie radykalne poglądy dżihadystyczne. Liderami tych nieprzejednanych przeciwników wszelkich negocjacji z Amerykanami są takie postacie, jak przedstawiciel rahbara w Najwyższej Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Sajid Dżalili oraz poseł Amir Hossein Sabeti. Grupa ta organizuje niemal codzienne wiece i demonstracje w Teheranie, gdzie ich płomiennym przemówieniom towarzyszą okrzyki: "Śmierć zwolennikom kompromisu!".

Drugą frakcję w obecnej najwyższej warstwie władzy stanowią generałowie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) na czele z dowódcą Ahmadem Wahidim. W jej skład wchodzą również tacy dowódcy wojskowi, jak Sejed Madżid Musawi, Hossein Tayeb i Mohammad Bagher Zolghadar. Pomimo struktury wojskowej i hierarchii wydaje się, że daleko im do jedności poglądów i decyzji. Część uprawnień została przekazana okręgom wojskowym, a tam dowódcy już niejednokrotnie pokazali, że ignorują centralne wytyczne i mogą, na przykład, wystrzelić rakiety w kierunku celów, które niekoniecznie miały być atakowane.

Przypuszczalnie ta grupa generałów jest jednak w stanie zgodzić się na kompromis z amerykańskimi negocjatorami, na tymczasowe ustępstwo w imię głównego celu — zachowania ustroju państwowego islamskiej republiki w takiej formie, w jakiej stworzył ją ajatollah Chomeini.

Trzecia frakcja zgromadziła się wokół przewodniczącego parlamentu Mohammada Baghear Ghalibafa, który stoi na czele delegacji podczas negocjacji z Amerykanami. Ghalibafa łączą długoletnie relacje robocze z generałami IRGC, ale jednocześnie zajmuje on stanowisko zbliżone do poglądów tzw. reformatorów, czyli czwartej frakcji, gotowej na poważne kompromisy z Zachodem.

Do frakcji "reformatorskiej" lub "liberalnej" Irańczycy zaliczają prezydenta Masuda Pezeszkiana który już wielokrotnie wzywał do podjęcia wszelkich działań w celu zakończenia wojny i ratowania gospodarki narodowej, stojącej na krawędzi katastrofy. Oprócz niego do tej grupy można zaliczyć zwolenników byłego prezydenta Hassana Rouhaniego.

W amerykańskiej administracji stawia się na Ghalibafa. Nie jest wykluczone, że to właśnie jego miał na myśli Trump, mówiąc, że po śmierci Alego Chameneia (i zniknięciu jego następcy) do władzy w Iranie doszedł nowy przywódca, z którym można się dogadać. Ta taktyka odzwierciedla scenariusz wenezuelski, który Trump z powodzeniem zrealizował, czyli reorientację istniejącego systemu politycznego tak, aby służył interesom USA bez zmian w instytucjach władzy — poprzez usunięcie kluczowej postaci i przekupienie pozostałych urzędników.

Właśnie dlatego, pielęgnując relacje z Ghalibafem (m.in. za pośrednictwem swojego długoletniego przyjaciela, pakistańskiego feldmarszałka Asima Munira, który ponadto utrzymuje bliskie stosunki z wiceprezydentem USA J.D.Vance’em), Trump nie chce poprzeć syna ostatniego szacha Iranu, Rezy Pahlawiego. Uosabia on dążenie Irańczyków do zmiany ustroju państwowego, a Waszyngton nie chce angażować się w taką rewolucję.

Irańscy analitycy zaczęli nawet sugerować, że likwidacja najbardziej wpływowych postaci reżimu — takich jak sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Ali Laridżani, minister wywiadu Esmail Chatib i szef wywiadu IRGC Madżid Chademi — była rzekomo operacją mającą na celu utorowanie Ghalibafowi drogi na szczyt władzy. Przewodniczący parlamentu nie ukrywa się w bunkrach, jak inni przedstawiciele irańskiej elity, i nadal mieszka w swojej willi na północy Teheranu.

Oczywiste jest, że układ sił wewnątrz obecnej elity rządzącej w Iranie uniemożliwia scenariusz wenezuelski. 

onet.pl\The Moscow Times

środa, 22 kwietnia 2026



Center for Strategic and International Studies wyliczył, że siły USA zużyły co najmniej połowę pocisków THAAD przeznaczonych do przechwytywania rakiet balistycznych oraz niemal połowę rakiet do systemów Patriot. Z analizy wynika też, że armia USA wykorzystała co najmniej 45 proc. nowych pocisków balistycznych Precision Strike Missiles (PrSM) odpalanych z systemu HIMARS oraz 30 proc. rakiet manewrujących Tomahawk. Według ekspertów CSIS w około 20 proc. uszczuplono też zapasy pocisków SM-3 i SM-6 używanych w systemie Aegis, a także rakiet powietrze-ziemia JASSM.

Jak podała CNN, powołując się na źródło bliskie sprawie, ustalenia CSIS w dużej mierze pokrywają się z niejawnymi analizami Pentagonu. Autorzy raportu oceniają, że choć armia USA nadal ma wystarczające zapasy, by wznowić bombardowanie Iranu, jeśli zajdzie taka potrzeba, to uszczuplony arsenał nie wystarczyłby na konfrontację z równorzędnym przeciwnikiem, takim jak Chiny.

- Wysokie wydatki na amunicję stworzyły okno zwiększonej podatności na ataki w zachodnim Pacyfiku - powiedział CNN Mark Cancian, emerytowany pułkownik Korpusu Piechoty Morskiej USA i jeden z autorów raportu CSIS. Dodał, że uzupełnienie tych zapasów zajmie od roku do czterech lat, a ich dalsza rozbudowa do potrzebnego poziomu potrwa jeszcze dłużej.

PAP


Irański proces decyzyjny pozostaje fragmentaryczny i pogrążony w chaosie, co wyjaśnia niezdolność Iranu do sformułowania i przekazania spójnego stanowiska negocjacyjnego. ISW-CTP oceniła wcześniej 15 kwietnia, że Stany Zjednoczone prowadzą negocjacje z podzielonym komitetem twardogłowych i pragmatyków, któremu brakuje spójnego i jednolitego stanowiska. Ten wewnątrzreżimowy podział był kontynuowany w ostatnich dniach, ponieważ wyżsi rangą urzędnicy irańscy publicznie rozeszli się w sprawie negocjacji. Niektóre doniesienia wskazują, że kluczowym podmiotom, w tym przewodniczącemu parlamentu Mohammadowi Bagherowi Ghalibafowi i ministrowi spraw zagranicznych Abbasowi Araghchi, brakuje uprawnień do reprezentowania stanowiska reżimu. Irańscy urzędnicy nie podjęli w ostatnich dniach jednolitej decyzji co do tego, czy powrócić do negocjacji, a konkurencyjne ośrodki władzy reżimu wydają się blokować konsensus w zasadniczych kwestiach. Rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Esmaeil Baghaei powiedział 21 kwietnia BBC, że Iran nie podjął żadnej decyzji “w sprawie wysłania delegacji do Islamabadu i powiedział, że urzędnicy w dalszym ciągu omawiają warunki powrotu do negocjacji. CNN poinformowało 22 kwietnia, że urzędnicy amerykańscy uważają, że wewnątrzreżimowe frakcje uniemożliwiły reakcję na amerykańską listę ”zawierającą szerokie punkty”. Nieokreślony urzędnik amerykański powiedział 22 kwietnia Axios, że pomiędzy zespołem negocjacyjnym a wojskiem doszło do absolutnego złamania i ocenił, że żadna ze stron nie ma dostępu do najwyższego przywódcy. Axios dodał, że kierownictwo IRGC odrzuciło wiele z tego, co irańscy negocjatorzy omawiali ze Stanami Zjednoczonymi po pierwszej rundzie rozmów, co wskazuje, że zespołowi negocjacyjnemu brakowało uprawnień do reprezentowania stanowiska reżimu.

Formalne mechanizmy podejmowania decyzji i koordynacji reżimu również nie funkcjonują skutecznie, zamiast tego wzmacniają fragmentację. Nieokreślony urzędnik amerykański powiedział 22 kwietnia Axios, że sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu (SNSC) Mohammad Bagher Zolghadr nie koordynuje skutecznie działań IRGC, przywódców cywilnych i najwyższego przywódcy, co sugeruje, że nakładające się władze i spory frakcyjne opóźniają irańskie decyzje - tworzenie i uniemożliwianie reżimowi przedstawienia jednolitego stanowiska negocjacyjnego. Według doniesień Vahidi wywierał presję na prezydenta Masouda Pezeshkiana, aby mianował Zolghadra, co mogło zwiększyć wyzwania stojące przed Zolghadrem w wypełnianiu jego obowiązków jako kluczowego koordynatora między Vahidim a innymi przywódcami. SNSC jest formalnie odpowiedzialna za dostosowanie procesu decyzyjnego w zakresie bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej w całym systemie irańskim oraz za generowanie konsensusu wśród kluczowych zainteresowanych stron reżimu, w tym przywódców cywilnych i dowódców wojskowych. Widoczna niezdolność SNSC do wypracowania jednolitego stanowiska negocjacyjnego lub koordynacji między konkurującymi podmiotami sugeruje, że główny mechanizm decyzyjny reżimu nie funkcjonuje skutecznie.

Urzędnicy amerykańscy zwiększają jednak presję na Iran, aby przedstawił jednolitą reakcję. Nieokreśleni urzędnicy amerykańscy powiedzieli Axios 22 kwietnia, że prezydent USA Donald Trump daje Iranowi ograniczone kilka dni na przedstawienie spójnej kontroferty przed ponownym rozważeniem działań wojskowych. Według Associated Press pakistańscy urzędnicy i pośrednicy jednocześnie pracowali nad utrzymaniem rozmów “przy życiu” i próbowali uzyskać odpowiedź ze strony Iranu. Jednakże irańscy urzędnicy w dalszym ciągu postrzegali działania USA, zwłaszcza blokadę morską, jako główną przeszkodę w negocjacjach. Wysokie rangą osobistości z Iranu, w tym prezydent Masoud Pezeshkian, podkreślili, że “naruszenie zobowiązań, środki blokujące i groźby uniemożliwiają prawdziwe negocjacje”. Doradca Ghalibafa oświadczył 22 kwietnia, że przedłużenie zawieszenia broni ”nie ma żadnego znaczenia” i wezwał do militarnej reakcji na blokadę USA.

understandingwar.org