niedziela, 31 maja 2026



Analizy dotyczące możliwości wyposażenia marynarki wojennej Korei Południowej w okręty podwodne z napędem jądrowym trwały w tym kraju od ponad dwudziestu lat. W uruchomieniu takiego programu przeszkadzało praktycznie wszystko. Przede wszystkim konieczne było pozyskanie zdolności do projektowania i budowania własnych okrętów podwodnych. To udało się już osiągnąć, czego dowodem było rozpoczęcie programu budowy okrętów podwodnych typu KSS-III i ich ciągłe rozwijanie.

Pozostały jednak przeszkody prawne, polityczne i dyplomatyczne. Najważniejszą barierą do przełamania było tzw. „Porozumienie 1-2-3”, zawarte ze Stanami Zjednoczonymi jeszcze w 1974 roku. Porozumienie to zabraniało Korei Południowej angażowania się we wzbogacanie uranu (lub przetwarzanie zużytego plutonu) oraz wykorzystywania materiałów rozszczepialnych pochodzenia amerykańskiego do celów wojskowych (w tym do napędu okrętów). Umowa ta została przedłużona na kolejne 20 lat w 2015 roku, dając już Koreańczykom możliwość przyszłego wzbogacania uranu do poziomu 20%, po konsultacjach ze Stanami Zjednoczonymi, a także prawo do kontynuowania piroprzetwarzania materiałów rozszczepialnych dla celów cywilnych.

Południowokoreański rząd od kilku lat stara się o jeszcze szersze zniesienie tych obostrzeń, wskazując przede wszystkim na program jądrowy realizowany obecnie przez Koreę Północną oraz na plany budowy przez to państwo własnych okrętów o napędzie jądrowym. Program ten zresztą od kilku lat wyraźnie przyspieszył, prawdopodobnie przez bliższą współpracę z Rosją. Rosjanie nowymi technologiami spłacają bowiem północnokoreańską pomoc w prowadzeniu wojny na Ukrainie.

Przełom w podejściu Amerykanów do południowokoreańskich zabiegów nastąpił po oficjalnej wizycie Donalda Trumpa w Korei Południowej 29 października 2025 roku. Podczas tej wizyty prezydenci obu krajów ogłosili bowiem „nowy rozdział w sojuszu między Stanami Zjednoczonymi a Koreą Południową, będący fundamentem pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu na Półwyspie Koreańskim i w regionie Indo-Pacyfiku”. Miesiąc później Biały Dom wyraził zgodę na dokonanie przeglądu „Porozumienia 1-2-3”, co teoretycznie oznacza zgodę Amerykanów na rozpoczęcie budowy okrętu podwodnego z napędem atomowym przez Koreańczyków.

Jednak Trump nie zrobił tego bezinteresownie. Jego zgoda daje bowiem Koreańczykom możliwość budowania atomowych okrętów podwodnych, ale … tylko w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump wskazał przy tym konkretnie na stocznię amerykańskiej marynarki wojennej Philadelphia Naval Shipyard w Filadelfii, wiedząc, że południowokoreańska grupa Hanwha Ocean niedawno przejęła tę firmę za 100 milionów dolarów.

(...)

Donald Trump w tych swoich pomysłach zignorował jednak trzy fakty. Po pierwsze stocznia Philadelphia Naval Shipyard nie jest przygotowana do budowy okrętów podwodnych i w ogóle jednostek pływających wykorzystujących napęd atomowy. Po drugie grupa Hanwha Ocean, owszem, zamierzała inwestować w Filadelfii, ale tylko w celu budowy tam dużych komercyjnych statków nowej generacji oraz statków do transportu skroplonego gazu ziemnego (LNG). Plany zakładały również stworzenie dużego centrum logistycznego wsparcia i konserwacji dla jednostek pływających.

Po trzecie Korea Południowa już udowodniła, że potrafi budować i wykorzystywać okręty podwodne. Jej marynarka wojenna wykorzystuje bowiem aż 21 takich jednostek pływających i to trzech typów, z których tylko pierwszy był wyprodukowany w Niemczech. Reszta była budowana w dwóch południowokoreańskich stoczniach Hyundai Heavy Industries i Hanwha Ocean (wcześniej znanej jako Daewoo Shipbuilding & Marine Engineering).

Wśród nich są:
  •     dziewięć okrętów podwodnych typu KSS-I/Jang Bogo powstałych na bazie niemieckich okrętów typu 209-1200 (wprowadzonych do służby w latach 1993-2001);
  •     dziewięć okrętów podwodnych typu KSS-II/Sohn Won-yil powstałych na bazie niemieckich okrętów typu 214 (oddanych do służby w latach 2007-2020);
  •     trzy okręty podwodne typu KSS-III/Dosan An Changho już w pełni południowokoreańskie (dostarczone w latach 2018–2021).
Co więcej, planowane jest wprowadzenie trzech kolejnych okrętów podwodnych KSS-III drugiej serii, których kadłub będzie już zawierał pionowe wyrzutnie systemu K-VLS, przeznaczone dla rakiet balistycznych rodziny Hyunmoo.

(...)

Koreańczycy są więc pewni, że będą w stanie samodzielnie zbudować dla siebie okręty podwodne z napędem atomowym. Południowokoreańskie ministerstwo obrony pokazało to w opublikowanym niedawno raporcie „Podstawowy plan rozwoju okrętu podwodnego o napędzie atomowym Republiki Korei”.

Zakłada się w nim ambitnie, że pierwszy taki okręt zostanie zwodowany około 2035 roku i wprowadzony do służby przed 2040 rokiem. Jak na razie ujawniono, że reaktory atomowe dla okrętów Jangbogo-N będą zasilane uranem niskowzbogaconym (poniżej 20%), a więc, jak zauważył francuski portal „Zone militaire”, podobnie jak reaktory napędzające nowe francuskie okręty podwodne typu Suffren (zbudowane w ramach programu Barracuda). Zostanie więc zastosowane rozwiązanie różniące się od rozwiązań stosowanych w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej.

Tam reaktory atomowe są bowiem zasilane wysokowzbogaconym (do poziomu 90%) paliwem jądrowym HEU (Highly Enriched Uranium). Zastosowanie takiego uranu mogłoby więc zostać uznane za naruszenie umów dotyczących zakazu rozprzestrzeniania broni jądrowej. Bomby atomowe buduje się bowiem z izotopu U-235 – wzbogaconego właśnie powyżej 90%. Takie wątpliwości pojawiły się np. w czasie programu AUKUS (Australia, United Kingdom, United States) zawartego w 2021 roku. Australijczycy zdecydowali się w nim na współpracę przy budowie własnych, atomowych okrętów podwodnych z Amerykanami i Brytyjczykami, a więc na przejęcie stosowanych przez nich technologii jądrowych.

Wybierając inną technologię, Korea Południowa w pewien sposób wymanewrowała administrację Donalda Trumpa. Stosując „francuskie” reaktory oparte na niskowzbogaconym uranie, nie będzie bowiem miała problemów ze spełnieniem zobowiązań wynikających z Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Dodatkowo Korea Południowa zgadza się na kontrolowanie całego procesu pozyskiwania i zarządzania niskowzbogaconym uranem ze Stanami Zjednoczonymi i Międzynarodową Agencją Energii Atomowej (MAEA). Koreańczycy godzą się nawet, by to agencja MAEA ustanowiła system zabezpieczeń na ich przyszłych okrętach podwodnych o napędzie atomowym.

(...)

W planie podkreślono również znaczenie całego programu dla południowokoreańskiej gospodarki. Koreańczycy nie chcą (...), by za ich pieniądze rozwijał się przemysł amerykański, tak jak próbuje im to narzucić Donald Trump. W swoim planie zaznaczają (...), że program budowy atomowych okrętów podwodnych pozwoli na stworzenie 40 tysięcy wysoko wykwalifikowanych i stabilnych miejsc pracy oraz fundamentalnie wzmocni regionalną konkurencyjność przemysłową i potencjał wzrostu.

Natomiast „technologie pozyskane i infrastruktura powstała dzięki budowie okrętów podwodnych o napędzie atomowym rozprzestrzenią się na pokrewne gałęzie przemysłu i staną się kluczowym motorem rozwoju krajowej struktury przemysłowej”.

defence24.pl

KIERUNEK WSCHODNI — KORYTARZ, KTÓRY ZACZYNA SIĘ DŁAWIĆ

Ukraińskie uderzenia wzdłuż trasy R‑280 „Noworossija” i wokół Mariupola zamieniają rosyjski lądowy korytarz na Krym, z atutu okupacji w rosnące obciążenie militarne i polityczne. Project Meduza na podstawie relacji mieszkańców, nagrań z trasy i źródeł w rosyjskiej administracji opisuje uderzenia dronów i zdalne minowanie głównej drogi zaopatrzenia półwyspu.  

Równolegle First Corps Azov, 412. Brygada „Nemesis” i inne ukraińskie jednostki bezzałogowe pokazują ataki na rosyjską logistykę wokół Mariupola i na odcinku Mariupol–Melitopol–Symferopol.  

Z polskiej perspektywy to nie lokalny epizod, lecz test tego, czy Rosja potrafi jednocześnie prowadzić wojnę, utrzymywać okupację i chronić własne zaplecze na południu.

R‑280 łączy Rostów nad Donem z okupowanym wybrzeżem Azowa i dalej z Symferopolem; to jeden z kluczowych kanałów dostaw paliwa, amunicji i zaplecza dla Krymu oraz południowego zgrupowania rosyjskiego.  

Ukraińskie drony i systemy zdalnego minowania podnoszą koszt każdego przejazdu: kolumny muszą się rozpraszać, ruch ciężkiej techniki jest ograniczany, a Rosja zużywa więcej zasobów na osłonę tras i ochronę logistyki. To jeszcze nie pełny paraliż korytarza, ale trajektoria jest czytelna: Ukraina nie musi go „zdobyć”, wystarczy, że uczyni go stale niepewnym.

Najbardziej namacalny efekt widać już na Krymie. Po serii uderzeń na trasę „Noworossija” na półwyspie narasta deficyt paliwa: na wielu stacjach brakuje A‑92 i A‑95, a tam, gdzie benzyna jest, ustawiają się długie kolejki. Władze okupacyjne od 30 maja wprowadziły limit sprzedaży benzyny A‑95 — do 20 litrów na osobę, raz dziennie — a część stacji pracuje w trybie reglamentacji albo zamyka się z powodu braków. To ważne rozróżnienie: zdolność Ukrainy do duszenia tego korytarza nie oznacza jeszcze jego trwałego odcięcia. O tym zdecyduje tempo uderzeń i zdolność Rosji do adaptacji.

W tej samej logice mieści się aktywność „Azowa” wokół Mariupola. Korpus publikuje nagrania z uderzeń na rosyjskie cele na trasach Mariupol–Taganrog i Mariupol–Wołnowacha, czyli w węźle, który spina Donbas z przyazowskim zapleczem wojny. To nie osobna historia obok Krymu. Mariupol, Berdiańsk, Melitopol i przesmyki krymskie tworzą jedną sieć dostaw, więc uderzenia w węzeł mariupolski i na samą R‑280 składają się na tę samą operację.

Rosyjska narracja pokazuje, że problem jest politycznie odczuwalny. Z jednej strony okupacyjne władze mówią o „iluzji blokady” i „logistycznych trudnościach”; z drugiej sięgają po porównania do blokady Leningradu. W ich rozumieniu to język mobilizacji. W czytaniu analitycznym to próba zamiany zakłóceń zaopatrzenia w opowieść o heroicznej wytrzymałości.

Dla Polski i wschodniej flanki NATO znaczenie tej kampanii jest dość proste. Jak zauważa pan Maciej Korowaj, drony przestały być oddolną improwizacją i stały się rozwiązaniem systemowym, wpisanym w doktrynę oraz szkolenie armii; to dobrze tłumaczy, dlaczego uderzenia w logistykę na południu mają dziś skutki wykraczające daleko poza sam Krym.  

Im więcej zasobów Rosja musi zużyć na ochronę korytarza na Krym, paliwa i zaplecza na południu, tym mniej swobody zostaje jej do budowania rezerw i projekcji siły gdzie indziej. Jeżeli do połowy czerwca Rosja przywróci regularne dostawy paliwa na Krym bez limitów, kolejek i dalszych strat na trasie, ta teza osłabnie.  

Na dziś widać jednak coś innego: korytarz, który miał gwarantować trwałość okupacji, zaczął sam produkować niedobory i nerwowość.

x.com/DenisSalnikovPL


Cały plan Emmanuela Macrona zasadza się na wykorzystaniu ostatnich atutów Francji i odzyskaniu w oparciu o nie dawnej roli Paryża w Unii Europejskiej. Nie przypadkiem więc wspomniał o wielkich, historycznych poprzednikach.

Dzięki konsekwentnej polityce trzech prezydentów: Charlesa de Gaulle, Georgesa Pompidou oraz Valéryego Giscarda d'Estaing V Republika zapewniła sobie własny arsenał atomowy, jak i zdolność do budowy elektrowni zasilanych energią uzyskiwaną z rozszczepienia jąder atomu (przede wszystkim z izotopów uranu).

Dzięki temu w latach 1974-1985 w ramach Planu Messmera zbudowano 56 cywilnych reaktorów jądrowych, które zaspokoiły ok 80 proc. zapotrzebowania Francji na energię elektryczną.

Ta bezcenna spuścizna o mały włos nie została zaprzepaszczona. Z początkiem XXI w. kolejni prezydencji coraz bardziej ulegali idei odchodzenia od energii jądrowej.

Wreszcie wywodzący się z Partii Socjalistycznej prezydent François Hollande zapowiedział w 2015 r. stopniowe wygaszanie reaktorów oraz zastępowanie ich farmami wiatrowymi i elektrowniami słonecznymi.

Macron po zwycięskich wyborach w 2017 r. podtrzymał to zobowiązanie. Przez pierwsze lata rządów dążył, by do 2025 r. zapewniały one Francji już tylko 50 proc. potrzebnej energii elektrycznej, resztę zaś gwarantowało OZE.

Te działania wzbudziły tężejący opór elit V Republiki. Pojawiające się w mediach odpryski wskazywały, że francuskie deep state (głębokie państwo), tworzone przez urzędników i tajne służby, jest wrogie wobec takich pomysłów.

Świadczyły o tym artykuły prasowe, obwiniające Niemców o to, że stoją za próbą likwidacji francuskiej energetyki jądrowej, publikowane m.in. przez "L'Express", jak i specjalistyczne raporty.

Najgłośniejszy, upublicznionym w czerwcu 2023 r. przez École de Guerre Economique (EGE) wprost oskarżał niemiecki rząd o zakulisowe próby niszczenia największych atutów Francji, aby tak redukować jej rolę w UE.

"Aby osłabić przemysł i ogólnie francuską gospodarkę oraz zapewnić sobie własną hegemonię w tych obszarach na szczeblu europejskim, Niemcy destabilizują francuski przemysł jądrowy" - oskarżała EGE Berlin. Wskazując przykłady lobbingu za pośrednictwem: fundacji, niemieckich służb dyplomatycznych oraz instytucji unijnych, zmierzającego do wygaszenia elektrowni jądrowych we Francji.

W tym czasie Macron dokonał wolty o 180 stopni i stał się wielkim entuzjastą wszystkiego, co związane z energią atomową.

Ruszył program remontów i modernizacji elektrowni zbudowanych w ramach Planu Messmera. Tak uratowano je przed zamknięciem a V Republikę przed konicznością importu energii elektrycznej.

Powstały plany budowy reaktorów nowej generacji. (...)

Dzięki reaktorom Francja stała się głównym eksporterem prądu w Unii i do tego jeszcze gwarantem stabilności systemów energetycznych: Niemiec, Włoch, Hiszpanii oraz Holandii. Francja ratowała sąsiadów przed skutkami olbrzymich wahań mocy wywołanych zależnością OZE od zmian pogody. Jednocześnie udawało się sukcesywnie obniżać koszty produkcji prądu.

- Cena hurtowa prądu w przyszłym roku wyniesie 55 euro za MWh we Francji, 93 euro w Niemczech i 107 euro za MWh we Włoszech. To kluczowe - podkreślił w swym przemówieniu Macron.

Zatem Francja jest jednym z nielicznych państw UE, które posiada zdolność produkowania relatywnie taniej energii, w ilościach zdecydowanie powyżej własnych potrzeb, a jednocześnie codzienne zmiany pogodowe nie wywierają na to wpływu. Czyli stała się całkowitym przeciwieństwem Niemiec.

Macron zamierza ten fakt wykorzystać, realizując "Plan d'électrification des usages" (Plan elektryfikacji procesów użytkowych). Opracował go zespół ekspertów, nadzorowany przez ministra gospodarki i finansów Rolanda Lescure. Wyszczególniono w nim 22 obszary, w których wprowadzone zostaną zmiany.

Brzmi skomplikowanie, lecz da się ująć w prosty sposób.

Rząd Francji zamierza wymusić szybką i masową elektryfikację. Tak aby energia elektryczna na stałe zastąpiła inne jej źródła dla: całego transportu drogowego, przemysłu, rolnictwa oraz budynków. Francja chce osiągnąć te cele, oferując dotacje i wsparcie, w połączeniu z administracyjnymi zakazami i nakazami.

(...)

Na realizację tego, co obiecał Macron, francuski rząd planuje przeznaczać rocznie 10 mld euro.

Jednocześnie ruszyły przygotowania do budowy sześciu nowych reaktorów jądrowych typu EPR2 o łącznej mocy 10 MW. Zaś kontrolowany przez państwo koncern energetyczny EDF otrzymał zadanie przygotowania do końca 2026 r. szczegółowych planów zbudowania kolejnych ośmiu reaktorów.

Wszystkie to ma prowadzić do osiągniecia kilku celów jednocześnie. Paryż pragnie zdecydowanie ograniczyć swą zależność od zagranicznych dostawców gazu i ropy naftowej (a już zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych). Jednocześnie chce jeszcze mocniej uzależniać sąsiednie państwa od francuskiego prądu, taniego i przewidywalnego. Dlatego też operator sieci energetycznych Francji RTE przedstawił plan wydania 100 mld euro w ciągu najbliższych 15 lat na ich modernizację i rozbudowę. Tak aby zyskały zdolność przesyłania jak największej ilości energii na coraz większe odległości. Wszystko pod całkowitą kontrolą francuskiego rządu.

I tu plan Macrona zderza się czołowo z "European Grids Package". Czyli przyjętą w grudniu 2025 r. przez Komisję Europejską strategią zakładającą wydanie 1,2 biliona euro na modernizację, rozbudowę i centralizacji sieci energetycznej w Unii.

Dzięki realizacji tego projektu, gdy w wietrzne i słoneczne dni w krajach takich jak Niemczy czy Hiszpania nastąpi nadprodukcja energii elektrycznej, byłaby ona dystrybuowana na obszarze całej UE. Tak unikano by masowych odłączeń OZE, groźby przeciążenia sieci, kosztownych dla koncernów energetycznych i państw "ujemnych cen energii" i przede wszystkim jej marnotrawienia.

Ale "European Grids Package" zakłada, że to unijne instytucje będą decydowały o przebiegu "autostrad energetycznych" i przejmowały kontrolę nad energetyczną infrastrukturą, dystrybucją prądu, a także czerpały przychody z opłat przesyłowych.

Jest to zatem kolejny krok ku zwiększeniu realnej władzy Komisji Europejskiej. Paryż montuje więc koalicję państw, by zablokować plany Brukseli. Co ciekawe, pierwsze zgłosiły się do niej: Szwecja, Finlandia oraz Polska.

interia.pl


Szanowny Aleksandrze Nikołajewiczu!
*(w odpowiedzi na list z 25.05.2026 r.)*
Dziękuję za raport!

Co do rezultatów „Uderzenia odwetu” również trudno mi się zorientować, ale — sądząc po zbieżności szeregu doniesień — one jednak są. Jednakże (i zupełnie słusznie Pan na to wskazał), nawet najpoważniejsze z rzeczywiście osiągniętych rezultatów „nie można uznać” za jakikolwiek naprawdę ciężki cios dla wroga, a — biorąc pod uwagę „pojedynczy, niesystemowy” charakter uderzenia — nie mogą wywrzeć prawie żadnego wpływu na przebieg działań wojennych.

Aby zakończyć tę wojnę, należy zadać tzw. „ukrainie” decydującą klęskę militarną, a nie „mścić się” na niej za jakiekolwiek ataki na ludność cywilną na terytorium FR. Z kolei, by zadać klęskę, potrzebna jest strategia i odpowiadające tej strategii działania, które jak nie były realizowane przez 4 lata („z okładem”), tak i do dziś nie są realizowane.

Pojedyncze uderzenia nie rozwiążą zadania „skłonienia »ukrainy« do pokoju” po prostu dlatego, że są niewystarczające, a także dlatego, że „ukraina” (w osobach jej narodowych zdrajców w kierownictwie) na żaden pokój nie pójdzie, o ile nie zostanie całkowicie rozgromiona.

No i cele wybrane do uderzenia są nie do końca zrozumiałe: ZNÓW nie podjęto nawet próby zniszczenia tego, co najważniejsze — szlaków komunikacyjnych wroga, którymi otrzymuje z państw NATO wszystko, co niezbędne do kontynuowania działań wojennych i dzięki którym manewruje własnymi siłami i środkami. Żaden most podczas ataku znowu nie ucierpiał.

A zniszczenie nawet wszystkich bez wyjątku zakładów zbrojeniowych (czego nie da się osiągnąć pojedynczymi uderzeniami „w ogóle, w żadnym wypadku”) nie wpłynie zbytnio na kontynuację wojny choćby dlatego, że ¾ uzbrojenia i wyposażenia dla Sił Zbrojnych Ukrainy produkuje się poza granicami „ukrainy” i w razie potrzeby — będą tam produkować (i już się do tego przygotowują!) całe 100% niezbędnej produkcji wojskowej.

Oznacza to, że mamy już „do znudzenia” oklepaną sytuację, gdy uderzenia mają na celu usunięcie skutków, a nie przyczyn, a co gorsza — są niewystarczające nawet do zlikwidowania tych pierwszych. Gdyby takie uderzenia miały charakter systemowej i ciągłej „ofensywy powietrznej”, prawdopodobnie dałyby niezłe rezultaty (nie od razu, ale z czasem). A na razie to „kolejne strzelenie z bata, które nie straszy już tygrysa, który zasmakował krwi”.

Przechodzę do tradycyjnego komentarza do nadesłanych wiadomości:

* **„Kazachstan — spadkobiercą Złotej Ordy”**. — Bzdura z każdego punktu widzenia.
1. Kazachstanem nie rządzi chan z rodu Czyngis-chana (czyli z punktu widzenia tamtej dawnej „Ordy” w ogóle nie jest to państwo, a nie wiadomo co, a jeśli państwo, to nienależące do Ordy).

2. We współczesnym Kazachstanie (na jego terytorium) nie ma ani jednego dużego „ordyńskiego” ośrodka miejskiego. — Stolica Wielkiej Ordy / Ułusu Dżocziego / „Złotej Ordy” — Saraj (doszczętnie zniszczony przez Timura) — znajdowała się w obwodzie astrachańskim, a Buchara, Chiwa, Samarkanda — gdzie niegdyś mieściły się stolice/siedziby chanów z rodu Czyngis-chana — znajdują się obecnie znowu w innych państwach.

3. Za czasów chanów „Złotej Ordy” (nazwa nadana jej przez rosyjskich historyków w XIX wieku) kazachskie żuzy (związki plemienne) były wasalami Ordy, dostarczającymi jej konie, bydło i lekką kawalerię dla wojska. I nic więcej. Miały dość niski status i po rozpadzie Wielkiej Ordy (koniec XV wieku) na szereg chanatów, w ogóle pozostały bez „regularnej państwowości”. Ani rosyjska, ani azjatycka historia z XVI-XVIII wieku nie zna w ogóle żadnych „chanatów kazachskich” (i ich chanów), chociaż wodzowie plemienni i wodzowie związków plemiennych oczywiście istnieli. Nie było jednak żadnych atrybutów „klasycznej państwowości” — ani aparatu państwowego, ani kodeksu praw, ani własnej monety itd. (nie wspominając o piśmiennictwie). Koczownicze pasterstwo i najazdy na sąsiadów — żadnej innej działalności gospodarczej (no i jeszcze rzemiosła z tym związane). Ale zgadzam się — do tworzenia „mitologii państwowej” nadaje się to w sam raz.

/Chanat Kazachski (kaz. قازاق حاندىعى, Қазақ хандығы; Qazaq Chandyğy) – państwo kazachskie istniejące w latach 1465–1847; chanat. W wyniku powstania z lat 1456–1465 Kazachowie wyzwolili się spod władzy Chanatu Uzbeckiego, tworząc tym samym własne państwo, pierwotnie na terenach na południe od jeziora Bałchasz. Chanat Kazachski mógł uchodzić za panowania chanów Qasyma Žanibekŭlego, Aqnazara Qasymŭlego i Esıma Šyğajŭlego – także za sprawą podporządkowania kolejnych plemion i ziem – za najsilniejszy organizm państwowy w Azji Centralnej. Następnie został osłabiony w II połowie XVII i I połowie XVIII wieku w wyniku wojen z Dżungarami. (...) Tendencje separatystyczne nie sprzyjały sile państwa Kazachów. Brak jedności politycznej skutkował, szczególnie w XVIII wieku, funkcjonowaniem wielu chanatów kazachskich. Ich byt polityczny został następnie zakończony w pierwszej połowie XIX wieku drugą fazą kolonizacji rosyjskiej, kiedy zdecydowano się na likwidację lennej zależności chanów i wprowadzenie systemu bezpośredniego administrowania obszarami Kazachstanu. Najdłużej zarządzanym przez chanów państwem kazachskim była, podległa administracyjnie władzom rosyjskim w Orenburgu, Orda Bukejska. Uległa ona likwidacji dopiero w 1845 roku, po śmierci chana Žängıra Bökejŭlego. W historiografii kazachskiej koniec istnienia chanatów wiąże się z upadkiem powstania antyrosyjskiego kierowanego przez koronowanego na chana Kenesarego Qasymŭlego (1847). - pl.wikipedia.org/

* **Negocjacje w Pekinie.**
Jeśli dobrze zrozumiałem, nasza delegacja wróciła do domu z mniej więcej takimi samymi rezultatami jak delegacja USA — czyli „odchodząc z kwitkiem” (przynajmniej w tych kwestiach, które są dla nas naprawdę bardzo ważne). Co zaś się tyczy rozważań o „trollingu z »Jeziorem Łabędzim«”, nie jestem skłonny rozpatrywać programu koncertu z „konspirologicznego” punktu widzenia. — Mało prawdopodobne, by Chinom opłacało się teraz w jakikolwiek sposób „poniżać” kierownictwo Rosji. Samo w sobie „Jezioro Łabędzie” to wielkie dzieło rosyjskiej kultury i sztuki — ta właśnie „rosyjska klasyka”, którą ceni cały świat. Zresztą — nie upieram się przy swoim zdaniu — z racji „głębokiej nieznajomości” chińskiej kultury i tradycji.

* **Odnośnie „zawodzeń Olega Cariowa z usprawiedliwianiem tego, czego i tak nie będzie”** (tzn. usprawiedliwiania niekorzystnego dla Rosji „kompromisowego pokoju” z tzw. „ukrainą”). — Jestem prawie pewien, że pan Cariow doskonale zdaje sobie sprawę z niemożliwości jakiegokolwiek „kompromisu”, ale jego przyjaciele-kuratorzy z Administracji Prezydenta („AP-eszeczki”) wymagają tekstów właśnie tego rodzaju. I Oleg, jak zawsze, „ściśle waha się wraz z linią partii”, nawet rozumiejąc, jak bardzo jest ona szalona i absurdalna. Tylko czy pan Cariow jest pewien, że w wyniku swojej „hiperlojalności” zachowa choć trochę z dawnego majątku — na przykład sanatorium w Jałcie czy swój dom w pobliżu? W 2014 roku Oleg zdyscyplinowanie wykonał polecenie Surkowa i „zmył się” z Doniecka akurat w przeddzień wyjścia pospolitego ruszenia ze Słowiańska (do Doniecka, o którego oddaniu pospieszny wyjazd Cariowa jakby „niedwuznacznie przypominał”). Może warto zastanowić się nad możliwością jednak „postawienia na swoim”? Albo „swojego” już w ogóle nie ma (i nie było)? Sądząc po tekście — niestety, tak właśnie jest...

* **W odniesieniu do wystąpienia szefa Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego, Maksima Reszetnikowa** (cytat: „...inne kraje wykazują duże zainteresowanie rosyjskimi opracowaniami...” — dalej w tekście): Wenezuela już dawno powiadomiła FR, że „wasze pieniądze przepadły”, ale najwyraźniej stamtąd do biura Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego „magiczny biały proszek” dociera nadal regularnie...

* **Co do sytuacji na froncie: „stoimy galopem”.** Zmiany w licznych „bitwach o leśniczówki” są tak nieznaczne, że nie chcę po raz kolejny „pluć żółcią” przy okazji stwierdzania faktu: o żadnej „zwycięskiej strategii” w wykonaniu naszego kierownictwa wojskowo-politycznego i wojskowego — nie ma co nawet marzyć.

* **Odnośnie nalotów wroga na trasę Taganrog — Melitopol — Dżankoj** (główna lądowa linia zaopatrzenia zarówno frontu, jak i tyłów w obwodach chersońskim, zaporoskim oraz na Krymie): o rezultatach działań wrogich „Szerszeni” na tej trasie napisało mi już co najmniej dwóch korespondentów. Nie ma wątpliwości — naloty będą tylko przybierać na sile, a przeciwnik dołoży wszelkich starań, by uczynić tę trasę zbyt niebezpieczną dla normalnego ruchu zarówno transportu wojskowego, jak i cywilnego. Środki zaradcze? — Skoro o „stopie naszego piechura w bazach wroga” nie ma już mowy (oddanie Chersonia przez Surowikina „odbija się czkawką” pod tym względem aż nadto odczuwalnie) — to tylko więcej i więcej mobilnych grup obrony przeciwlotniczej, a także stale patrolujących powietrze dronów-myśliwców. A jeśli i tego nie ma (lub jest ich za mało)? — Wtedy... wtedy „trza pocierpieć” (i/lub „odnieść się ze zrozumieniem”) — niczego innego zaproponować nie potrafię.

* **Osobne pozdrowienia ode mnie dla „Filozofodugina”, który zaleca „wydzielać internet w porcjach”.** — Tak i widzę Aleksandra Gielewicza „z brodą, w białym fartuchu i przy wózeczku”, z którego będzie osobiście sprzedawał „porcjowany” internet przy głównym wejściu na WDNCh. Razem z lodami i napojami chłodzącymi. Lody i wodę gazowaną — można dostać „po prostu tak”, ale internet — tylko pełnoletnim po okazaniu paszportu i zaświadczenia od komitetu domowego Szwondera „o dobrym sprawowaniu”. Z pieczątką.

Z wyrazami szacunku i wdzięczności, I.W. Girkin
27.05.26

*(List do współpracownika Aleksandra Getmanowa)*

x.com/AryoSomeGumul


To będzie moja ostatnia uwaga w sprawie „bohaterów UPA”. Otóż po przepytaniu się tu i ówdzie rysuje się pewien obrazek. Niezbyt ciekawy.

Zacznijmy od tego czy Wołodymyr Zełenski podpisując ten akt nadania patronów, myślał o Polsce i chciał Polsce szczególnie dokuczyć? Otóż mogę zaryzykować twierdzenie, że miał w tym momencie Polskę dokładnie w pompie, a chciał zrobić dobrze pewnemu, rosnącemu w siłę środowisku.

Według narracji tego środowiska Ukraina jest prawdziwym Przedmurzem chroniącym Europę przed Rosją. Europa jest bowiem mała, słaba, zinfiltrowana przez Rosjan i jeśli nie upada i nie staje się rosyjską marionetką, to tylko dlatego że broni ją Ukraina. To dotyczy wszystkich krajów Europy nawet Niemców, gdzie w tym środowisku krążą nawet nasze polskie ranty na temat Bundeswehry czy AfD („no przecież wy sami mówicie”).

To Ukraina ma najsilniejszą armię w Europie, ta armia zwycięsko powstrzymuje Rosję, bez niej cała Europa by zginęła. Mało tego – Ukraina ma najlepsze na świecie technologie militarne, których wszyscy obecnie pożądają, nawet Amerykanie i najlepszym dowodem ma być to że Europa i Ameryka daje już głownie pieniądze na Najlepszą Ukraińską produkcję wojskową.

A Polska w tym wszystkim? Ano nie liczy się, rządzą w niej Amerykanie i o Polsce rozmawia się z Amerykanami, bo co Polakom powiedzą to Polacy zrobią.

Wstąpienie do UE i NATO Ukrainie się więc zwyczajnie należy i Europa powinna zaakceptować taką wersję historii jaką Ukraina przedstawia, bo Ukraina broni Europy.

Cóż jeśli to środowisko jeszcze urośnie, a jest w nim sporo polityków i wojskowych, to my Europa, nie tylko my Polska mamy problem. I złość tu niewiele pomoże, takich z zawrotem głowy trzeba załatwiać na zimno, pokazując że kryteria wstąpienia do Unii Europejskiej i NATO są bardzo jasne i nie będzie się ich dla Ukrainy naginać, a w końcowym głosowaniu decyduje jednomyślność, a tego Ukraina przy takiej polityce po prostu nie uzyska.

x.com/MarekMeissner

sobota, 30 maja 2026



Stratedzy banku inwestycyjnego Goldman Sachs podnieśli prognozę dla indeksu S&P 500 na ten rok. Obecnie spodziewają się 17-procentowego wzrostu głównego amerykańskiego indeksu akcji w całym roku, do 8000 punktów. Ich wcześniejsza prognoza była skromniejsza i wynosiła 7600 punktów.

– Dalszy wzrost zysków spółek powinien prowadzić do dalszego wzrostu rynku akcji – twierdzą stratedzy. – Wyższa prognoza dla indeksu odzwierciedla rosnące oczekiwania dotyczące zysków firm z S&P 500 po wyjątkowo silnym sezonie publikacji wyników za pierwszy kwartał.

Nowa prognoza oznacza, że indeks, w porównaniu z czwartkową ceną zamknięcia może wzrosnąć jeszcze o 5,8%. Stratedzy spodziewają się, że zysk na akcję spółek z indeksu w 2026 roku wyniesie 340 USD, czyli o 24% więcej niż rok temu. W 2027 roku wskaźnik ten wzrośnie o kolejne 13%. Jednak relatywne wyceny akcji spółek nie powinny rosnąć.

– Połączenie spowalniającego wzrostu zysków i utrzymującej się niepewności co do przyszłości sztucznej inteligencji oraz sytuacji makroekonomicznej powinno zapobiec gwałtownemu wzrostowi wycen – uważają stratedzy Goldman Sachs. – Nastroje wokół sztucznej inteligencji i stóp procentowych stwarzają ryzyko w obu kierunkach.

Mohamed El-Erian, główny doradca ekonomiczny w Allianz, zwraca uwagę na znikającą premię za ryzyko z inwestycji w akcje w porównaniu z obligacjami.

– Różnica między stopą zwrotu z rynku akcji a rentownością obligacji się zmniejszyła – zacytował Mohamed El-Erian nagłówek z dziennika „Wall Street Journal”.

Chodzi o to, że zmniejszyła się różnica między stosunkiem zysków spółek tworzących indeks S&P 500 do ich kapitalizacji rynkowej a rentownością 10-letnich obligacji skarbowych USA. Wskaźnik ten utrzymuje się ostatnio na poziomie zaledwie nieco powyżej zera.

Oznacza to, że przybliżony potencjalny zwrot z akcji niewiele różni się od zwrotu z niezwykle bezpiecznej inwestycji, jaką są amerykańskie obligacje skarbowe. Główną przyczyną jest spadek cen obligacji wywołany obawami przed inflacją, co podniosło rentowności obligacji na całym świecie.

– Nie ma jednej oczywistej odpowiedzi na pytanie, co w tej sytuacji powinni zrobić inwestorzy. To najlepiej pokazuje, przed jakimi nietypowymi wyzwaniami stają dziś zarządzający portfelami ze względu na zachowanie fundamentów budowy portfela – a konkretnie zmieniające się oczekiwania dotyczące stóp zwrotu, zmienności oraz wzajemnych korelacji – twierdzi ekonomista.

Jeff Currie, mieszkający w Singapurze główny strateg ds. energii w Carlyle, ostrzega, że sytuacja, którą obserwuje na miejscu, wkrótce powtórzy się w Europie i USA. Jego zdaniem oficjalne dane o zapasach wprowadzają w błąd – część ropy musi bowiem na stałe pozostać w zbiornikach, aby zapewnić techniczne minimum niezbędne do funkcjonowania infrastruktury.

    – Obserwowaliśmy gwałtowny wzrost cen produktów naftowych. Paliwo lotnicze wprawdzie potaniało, ale teraz na pierwszym planie jest diesel. Problemy w Singapurze wcale nie zniknęły, a przesunęły się jedynie z paliwa lotniczego na diesel – mówi Jeff Curie.

Europa prawdopodobnie wkrótce zderzy się z problemami o podobnym charakterze, po okresie względnego spokoju, który potrwa jeszcze około miesiąca.

– Wszystkie te zapasy, które są wykorzystywane w USA, z amerykańskiej strategicznej rezerwy ropy, są eksportowane do Europy, więc Europejczycy uważają, że nie mają problemów, ponieważ otrzymują ropę importowaną z USA, ale to nie może trwać wiecznie – mówi Jeff Currie.

Samym Stanom Zjednoczonym również nie uda się uniknąć problemów. 

– W lipcu stanie się to problemem dla USA – prognozuje Jeff Currie.

Podobnego zdania jak Jeff Currie jest Mike Wirth, szef największego amerykańskiego koncernu naftowego Chevron. Według niego wywołany wojną w Iranie brak równowagi na rynku udawało się dotychczas częściowo łagodzić dzięki zapasom. Jednak te zapasy się kurczą.

– Bufory i poduszki bezpieczeństwa są stale wyczerpywane, a zdolność rynku do zamortyzowania tych zakłóceń jest znacznie mniejsza niż na początku – powiedział Mike Wirth podczas konferencji zorganizowanej przez bank inwestycyjny Bernstein.

Sytuacja ta powinna znaleźć odzwierciedlenia także w dynamice cen ropy.

    – W ciągu najbliższych kilku tygodni prawdopodobnie zobaczymy, jak ta presja w większym stopniu przekłada się na ceny kontraktów fizycznych na ropę. Spodziewałbym się większego wzrostu cen w czerwcu, a tym bardziej w lipcu – twierdzi szef Chevronu.

bankier.pl


Według ekonomistów Sandera Tordoira oraz Brada Setsera z londyńskiego Center for European Reform to właśnie Niemcy stały się obecnie epicentrum tak zwanego drugiego chińskiego szoku. Pojęcie to odnosi się do fali taniego, ale coraz bardziej zaawansowanego technologicznie eksportu, który wypycha europejskich graczy z ich tradycyjnych rynków zbytu. Zjawisko to jest widoczne nie tylko w samej Azji, ale również na terenie Europy oraz w państwach trzecich, gdzie niemieckie koncerny dotychczas niepodzielnie dominowały.

Koszty tej transformacji dla rynku pracy są niezwykle wysokie i wciąż rosną. Badacze z Center for European Reform szacują, że w wyniku rosnącej presji ze strony azjatyckiego eksportu niemiecka gospodarka bezpowrotnie straciła już około 400 tysięcy miejsc pracy (tyle dodatkowych miejsc pracy byłoby za Odrą, gdyby nie działania konkurencji z Azji, głównie z Chin). Równolegle obserwuje się niepokojące trendy w samej strukturze wytwarzania dóbr.

(...)

U źródeł tego makroekonomicznego przesunięcia leży specyficzny model wsparcia rodzimego biznesu stosowany przez władze w Pekinie. Autorzy londyńskiego raportu przypominają, że azjatyckie przedsiębiorstwa korzystają z potężnych państwowych subwencji, preferencyjnych linii kredytowych oraz sztucznie zaniżanego kursu krajowej waluty.

Taka struktura zachęt pozwala im na zalewanie globalnych rynków produktami o niezwykle konkurencyjnych cenach, co uderza w kluczowe dla Niemiec sektory, takie jak motoryzacja, budowa maszyn, przemysł chemiczny czy branża lotnicza.

/Przesunięto zasoby z deweloperki, która upada na produkcję przemysłowo-eksportową, przy dalszym "głodzeniu" popytu krajowego; w Chinach - red./

(...)

Relacje handlowe między oboma państwami przechodzą obecnie głęboką transformację strukturalną, która budzi niepokój części analityków. Niemcy, które przez dziesięciolecia traktowały rynki azjatyckie głównie jako chłonnego odbiorcę swoich zaawansowanych produktów, same stają się obecnie stroną zależną technologicznie.

Zjawisko to jest szczególnie widoczne w kluczowym dla niemieckiego PKB sektorze motoryzacyjnym. Jak zauważają eksperci Ośrodka Studiów Wschodnich, branża ta pozostaje głęboko zintegrowana z rynkiem azjatyckim nie tylko pod względem wolumenu sprzedaży, ale przede wszystkim w obszarze łańcuchów dostaw i transferu technologii.

Przykładem tego trendu są niedawne porozumienia zawarte podczas wizyty kanclerza. Koncern Bosch podpisał strategiczną umowę z firmą Nio dotyczącą rozwoju technologii inteligentnych pojazdów elektrycznych. Z kolei giganci tacy jak BMW czy Mercedes-Benz Group nawiązali ścisłą współpracę z chińską spółką Momenta, by wspólnie rozwijać zaawansowane systemy wspomagania kierowcy i jazdy autonomicznej.

Zmianę układu sił widać w oficjalnych statystykach makroekonomicznych. Analizy pokazują, że tradycyjna wymiana handlowa traci na dynamice z perspektywy europejskiej. Tylko w ubiegłym roku niemiecki eksport na chiński rynek skurczył się o prawie 10 proc. rok do roku.

(...)

Władze w Pekinie doskonale zdają sobie sprawę z tej zmieniającej się dynamiki i aktywnie wykorzystują ją w swojej strategii dyplomatycznej. Ośrodek Studiów Wschodnich określa te działania mianem dyplomacji technologicznej. Eksponując swoje osiągnięcia, na przykład poprzez prezentację zaawansowanych robotów humanoidalnych podczas wizyty niemieckiej delegacji w zakładach Unitree w Hangzhou, azjatycki partner buduje wizerunek państwa innowacyjnego.

/Trwa nieustanna medialno-propagandowa, pokazująca "wspaniałe i niebywałe" osiągnięcia ChRL, powtarzana przez niektórych oszołomów krajowych - red./

(...)

Sytuacja ta tworzy poważny dylemat strategiczny dla całej Unii Europejskiej. Ekonomiści z Center for European Reform ostrzegają, że niemiecka klasa polityczna wciąż nie docenia prawdziwej skali problemu i długofalowych konsekwencji obecnych procesów gospodarczych. Ich zdaniem standardowe narzędzia polityki wewnętrznej, takie jak deregulacja czy powolne reformy strukturalne, okażą się całkowicie niewystarczające, aby zatrzymać postępujący proces deindustrializacji kontynentu.

Eksperci londyńskiego think tanku wprost apelują, aby rząd w Berlinie zaczął aktywniej wspierać unijne inicjatywy mające na celu gospodarczą ochronę wspólnego rynku przed nieuczciwą, subsydiowaną konkurencją z zewnątrz. Jednak postawa największych niemieckich korporacji, takich jak Volkswagen, BASF czy Siemens Energy, skutecznie blokuje ten kierunek.

Koncernom tym zależy przede wszystkim na unikaniu jakichkolwiek barier celnych czy wojen handlowych, które mogłyby spotkać się z działaniami odwetowymi i odciąć je od dostępu do kluczowych innowacji oraz gigantycznego rynku zbytu.

Rozdźwięk między instytucjami unijnymi a największą gospodarką Wspólnoty postępuje. Podczas gdy Bruksela stara się opracowywać mechanizmy obronne i promować agendę zmniejszania zależności gospodarczej od zewnętrznych mocarstw, Berlin wybiera drogę pogłębiania bilateralnych relacji. Jak zauważają analitycy OSW, dla azjatyckich partnerów Niemcy stały się w obecnej sytuacji geopolitycznej kluczowym aktorem, który posiada wystarczające wpływy polityczne, aby skutecznie spowalniać wprowadzanie ewentualnych europejskich restrykcji handlowych.

money.pl

Rosną koszty obsługi długu publicznego. W analizie American Institute for Economic Research czytamy, że w maju dług federalny przekroczył 100 procent PKB po raz pierwszy od 1946 r. Zdaniem autorów badania obecna sytuacja różni się od powojennej i jest groźniejsza, ponieważ Stany Zjednoczone mają starzejące się społeczeństwo, rosnące wydatki na programy emerytalne i zdrowotne oraz trwałe deficyty.

W tym samym opracowaniu podkreślono, że rosnące stopy procentowe zwiększają koszt obsługi długu, ponieważ tempo wzrostu gospodarczego nie przewyższa już kosztu finansowania zobowiązań.

(...)

Na wzrost cen, niepewność i niestabilność wpływa sama polityka administracji Donalda Trumpa. Rentowność obligacji, notowania giełdowe, plany przedsiębiorstw zmieniają się jak w kalejdoskopie pod wpływem szybko zmieniających się i często sprzecznych ze sobą sygnałów co do intencji rządu USA. Widzą to nie tylko Amerykanie. Efektem są wyższe koszty importu, rosnące koszty produkcji, a ostatecznie wyższe ceny – pisał niedawno brytyjski "The Guardian".


money.pl


Według ekonomistów Sandera Tordoira oraz Brada Setsera z londyńskiego Center for European Reform to właśnie Niemcy stały się obecnie epicentrum tak zwanego drugiego chińskiego szoku. Pojęcie to odnosi się do fali taniego, ale coraz bardziej zaawansowanego technologicznie eksportu, który wypycha europejskich graczy z ich tradycyjnych rynków zbytu. Zjawisko to jest widoczne nie tylko w samej Azji, ale również na terenie Europy oraz w państwach trzecich, gdzie niemieckie koncerny dotychczas niepodzielnie dominowały.

Koszty tej transformacji dla rynku pracy są niezwykle wysokie i wciąż rosną. Badacze z Center for European Reform szacują, że w wyniku rosnącej presji ze strony azjatyckiego eksportu niemiecka gospodarka bezpowrotnie straciła już około 400 tysięcy miejsc pracy (tyle dodatkowych miejsc pracy byłoby za Odrą, gdyby nie działania konkurencji z Azji, głównie z Chin). Równolegle obserwuje się niepokojące trendy w samej strukturze wytwarzania dóbr.

(...)

U źródeł tego makroekonomicznego przesunięcia leży specyficzny model wsparcia rodzimego biznesu stosowany przez władze w Pekinie. Autorzy londyńskiego raportu przypominają, że azjatyckie przedsiębiorstwa korzystają z potężnych państwowych subwencji, preferencyjnych linii kredytowych oraz sztucznie zaniżanego kursu krajowej waluty.

Taka struktura zachęt pozwala im na zalewanie globalnych rynków produktami o niezwykle konkurencyjnych cenach, co uderza w kluczowe dla Niemiec sektory, takie jak motoryzacja, budowa maszyn, przemysł chemiczny czy branża lotnicza.

/Przesunięto zasoby z deweloperki, która upada na produkcję przemysłowo-eksportową, przy dalszym "głodzeniu" popytu krajowego; w Chinach - red./

(...)

Relacje handlowe między oboma państwami przechodzą obecnie głęboką transformację strukturalną, która budzi niepokój części analityków. Niemcy, które przez dziesięciolecia traktowały rynki azjatyckie głównie jako chłonnego odbiorcę swoich zaawansowanych produktów, same stają się obecnie stroną zależną technologicznie.

Zjawisko to jest szczególnie widoczne w kluczowym dla niemieckiego PKB sektorze motoryzacyjnym. Jak zauważają eksperci Ośrodka Studiów Wschodnich, branża ta pozostaje głęboko zintegrowana z rynkiem azjatyckim nie tylko pod względem wolumenu sprzedaży, ale przede wszystkim w obszarze łańcuchów dostaw i transferu technologii.

Przykładem tego trendu są niedawne porozumienia zawarte podczas wizyty kanclerza. Koncern Bosch podpisał strategiczną umowę z firmą Nio dotyczącą rozwoju technologii inteligentnych pojazdów elektrycznych. Z kolei giganci tacy jak BMW czy Mercedes-Benz Group nawiązali ścisłą współpracę z chińską spółką Momenta, by wspólnie rozwijać zaawansowane systemy wspomagania kierowcy i jazdy autonomicznej.

Zmianę układu sił widać w oficjalnych statystykach makroekonomicznych. Analizy pokazują, że tradycyjna wymiana handlowa traci na dynamice z perspektywy europejskiej. Tylko w ubiegłym roku niemiecki eksport na chiński rynek skurczył się o prawie 10 proc. rok do roku.

(...)

Władze w Pekinie doskonale zdają sobie sprawę z tej zmieniającej się dynamiki i aktywnie wykorzystują ją w swojej strategii dyplomatycznej. Ośrodek Studiów Wschodnich określa te działania mianem dyplomacji technologicznej. Eksponując swoje osiągnięcia, na przykład poprzez prezentację zaawansowanych robotów humanoidalnych podczas wizyty niemieckiej delegacji w zakładach Unitree w Hangzhou, azjatycki partner buduje wizerunek państwa innowacyjnego.

/Trwa nieustanna medialno-propagandowa, pokazująca "wspaniałe i niebywałe" osiągnięcia ChRL, powtarzana przez niektórych oszołomów krajowych - red./

(...)

Sytuacja ta tworzy poważny dylemat strategiczny dla całej Unii Europejskiej. Ekonomiści z Center for European Reform ostrzegają, że niemiecka klasa polityczna wciąż nie docenia prawdziwej skali problemu i długofalowych konsekwencji obecnych procesów gospodarczych. Ich zdaniem standardowe narzędzia polityki wewnętrznej, takie jak deregulacja czy powolne reformy strukturalne, okażą się całkowicie niewystarczające, aby zatrzymać postępujący proces deindustrializacji kontynentu.

Eksperci londyńskiego think tanku wprost apelują, aby rząd w Berlinie zaczął aktywniej wspierać unijne inicjatywy mające na celu gospodarczą ochronę wspólnego rynku przed nieuczciwą, subsydiowaną konkurencją z zewnątrz. Jednak postawa największych niemieckich korporacji, takich jak Volkswagen, BASF czy Siemens Energy, skutecznie blokuje ten kierunek.

Koncernom tym zależy przede wszystkim na unikaniu jakichkolwiek barier celnych czy wojen handlowych, które mogłyby spotkać się z działaniami odwetowymi i odciąć je od dostępu do kluczowych innowacji oraz gigantycznego rynku zbytu.

Rozdźwięk między instytucjami unijnymi a największą gospodarką Wspólnoty postępuje. Podczas gdy Bruksela stara się opracowywać mechanizmy obronne i promować agendę zmniejszania zależności gospodarczej od zewnętrznych mocarstw, Berlin wybiera drogę pogłębiania bilateralnych relacji. Jak zauważają analitycy OSW, dla azjatyckich partnerów Niemcy stały się w obecnej sytuacji geopolitycznej kluczowym aktorem, który posiada wystarczające wpływy polityczne, aby skutecznie spowalniać wprowadzanie ewentualnych europejskich restrykcji handlowych.

money.pl


Putin stwierdził 29 maja na konferencji prasowej z dziennikarzami, że siły rosyjskie każdego dnia posuwają się we wszystkich kierunkach, tak że tylko Rosja ma “prawo”, aby powiedzieć, że wojna dobiega końca, i zasugerował, że wojna Rosji zmierza w kierunku dokończenia swoich celów. Twierdzenie Putina sugeruje, że Rosja zajmuje tak silną pozycję na polu bitwy, że Ukraina będzie musiała zgodzić się na żądania Rosji dotyczące zakończenia wojny. Twierdzenia Putina ignorują różne sukcesy Ukrainy na polu bitwy, w tym znaczne spowolnienie tempa natarcia Rosji, niedawne wyzwolenie przez Ukrainę większego terytorium niż siły rosyjskie zajęte w kwietniu 2026 r. oraz dojrzewającą kampanię uderzeniową średniego i dalekiego zasięgu. ISW oceniło niedawno, że powtarzające się wyolbrzymianie przez rosyjskie dowództwo wojskowe sukcesów rosyjskiej armii w terenie prawdopodobnie dało Putinowi fałszywe postrzeganie sytuacji na polu bitwy. Te przesady prawdopodobnie prowadzą Putina do przekonania, że jego siły mogą osiągnąć jego cele w perspektywie krótko- i średnioterminowej, mimo że w 2026 r. wyniki Rosji na polu bitwy stale spadały.

(...)

Szef władz okupacyjnych Krymu Siergiej Aksyonow ogłosił 29 maja, że rosyjskie (...) władze ograniczą sprzedaż benzyny AI-95 na (...) Krymie do nie więcej niż 20 litrów (5,283 galona) na osobę dziennie, począwszy od 30 maja. 30 maja rosyjska opozycyjna Meduza poinformowała, że ukraińskie strajki spowodowały zakłócenia na autostradzie M-14 Rostów-Krym (którą rosyjscy urzędnicy (...) określają jako autostradę R-280), powodując następnie niedobory paliwa na okupowanym Krymie. Meduza zauważył, że niedobory paliwa spowodowały już powstanie długich linii przez stacje benzynowe na (...) Krymie.

(...)

Ukraińska grupa partyzancka z siedzibą na Krymie - Atesz, poinformowała 30 maja, powołując się na źródło informacji poufnych w rosyjskim ugrupowaniu sił Dniepru, że siły rosyjskie przenoszą wyszkolone oddziały obserwacyjne dronów i elektroniczny sprzęt bojowy z bliżej nieokreślonych pozycji na linii frontu, aby wesprzeć rosyjską logistykę wojskową wzdłuż autostrady M-14 Rostów-Krym. Atesz poinformował, że rosyjskie dowództwo wojskowe wprowadziło politykę wymagającą, aby rosyjskie konwoje wojskowe podróżujące autostradą M-14 podróżowały nocą i przy złej pogodzie, pokonywały nie mniej niż 120 kilometrów na godzinę i włączały osobę z detektorem dronów do każdego pojazdu. Przesunięcia te, jeśli są prawdziwe, prawdopodobnie w dalszym ciągu będą wspierać ukraińskie wysiłki na rzecz osiągnięcia taktycznej dominacji dronów w sektorach pierwszej linii frontu.

understandingwar.org


Dziennik zaznacza też, że amerykański wiceprezydent jest znany z obsesyjnego wręcz przewijania ekranu swojego telefonu oraz bezpośredniego odpowiadania w mediach społecznościowych swoim krytykom. Zachowania te miały skłonić szefową sztabu Białego Domu, Susie Wiles, do upomnienia Vance'a i nakazania mu ograniczenia aktywności w internecie, argumentując, że publiczne spory w mediach społecznościowych nie przystają do urzędu wiceprezydenta.

Niepewną przyszłość polityczną J.D. Vance'a potwierdza również niedawna wypowiedź Donalda Trumpa, który zapytany o to, kto najlepiej nadaje się do dalszego kontynuowania jego polityki, odpowiedział enigmatycznie: "Ktokolwiek to przejmie, będzie miał ogromne znaczenie. A gdyby trafiła się niewłaściwa osoba — katastrofa".

onet.pl