wtorek, 30 czerwca 2026



PAP, Mira Suchodolska: Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu mówiliśmy, że coś jest piękne, świetne albo doskonałe. Dziś częściej jest „zaj…ste”. Zamiast się zdenerwować – „wku…iamy się”. Czy naprawdę nasz język tak bardzo się zbrutalizował?

Dr hab. Jacek Wasilewski, prof. UW, medioznawca: Tak, ale przyczyny są znacznie głębsze niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim ogromna część naszej komunikacji przeniosła się do mediów społecznościowych. A algorytmy mediów społecznościowych premiują wypowiedzi silnie emocjonalne, spolaryzowane, konfliktowe. Im więcej gniewu, oburzenia czy agresji, tym większa szansa, że taki komunikat zostanie zauważony.

Kiedyś ludzie zabiegali o uwagę dziennikarza. To on był strażnikiem bramy, filtrował emocje, łagodził język i dopiero potem przekazywał go odbiorcom. Dzisiaj każdy jest własnym medium i walczy bezpośrednio o uwagę milionów użytkowników. W takiej konkurencji spokojna, wyważona wypowiedź przegrywa z awanturą. Coraz więcej komunikatów zaczyna przypominać kłótnię dwóch ludzi na podwórku albo karczemną awanturę. I właśnie taki sposób mówienia zaczyna wyznaczać normę również dla polityków, dziennikarzy czy osób publicznych.

PAP: I to jest smutne, że nie tylko społeczeństwo przejęło język ulicy. Także politycy.

J.W.: W demokracji politycy bardzo chcą być postrzegani jako „swoi ludzie”. Dawniej elity komunikowały się językiem dyplomacji, który wyrósł z dworskich rytuałów. Nie mówiło się wszystkiego wprost, bo chodziło o zachowanie twarzy rozmówcy i własnej.

Dzisiaj znacznie bliżej politykom do języka wiecu niż królewskiego dworu. Chcą pokazać: „jestem taki jak wy”. W efekcie język parlamentarny przestał być językiem parlamentarnym, coraz częściej staje się językiem ulicy.

PAP: Kiedyś było bardziej elegancko…

J.W.: To mit. My bardzo idealizujemy przeszłość. Owszem, w radiu, oficjalnej prasie czy podczas uroczystości państwowych obowiązywał bardziej zrytualizowany język. Ale to nie znaczy, że ludzie nie przeklinali.

Przeklinali. I to często. Dwudziestolecie międzywojenne wcale nie było epoką grzecznych polityków. Posłowie wyzywali się od kanalii, płatnych pachołków, zdrajców. Prasa polityczna była niezwykle agresywna i szczuła na przeciwników z ogromną pasją, marszałek Piłsudski niezadowolony z poczynań ministrów rządu lubelskiego, kazał im „kury szczać prowadzać”. Dzisiaj patrzymy na tamte wypowiedzi przez patynę historii i wydają nam się niemal urocze, ale współcześni odbiorcy odbierali je jako bardzo brutalne. Nowością nie jest więc sama agresja, lecz jej powszechność.

PAP: Co się zmieniło?

J.W.: Dawniej istniały bardzo wyraźne granice pomiędzy językiem oficjalnym a prywatnym. Radio przypominało proszony obiad, gazeta była sytuacją oficjalną, tymczasem media społecznościowe przypominają raczej spotkanie przy piwie. Tam obowiązują zupełnie inne reguły: język jest bardziej prywatny, bardziej emocjonalny i mniej kontrolowany. Problem polega na tym, że ten prywatny sposób mówienia zaczął przenikać do wszystkich pozostałych sfer życia.

(...)

PAP: Dawniej Polacy bardziej bali się klątw niż przekleństw. Mówiono: „bodaj cię zabito”, „bodajś skapniał”, „niech cię diabli wezmą”. Dzisiaj niemal cała nasza agresja językowa kręci się wokół seksu i anatomii. Kiedy i dlaczego przestaliśmy bać się diabła, a zaczęliśmy szukać ekspresji w genitaliach?

J.W.: Dawniej ludzie znacznie mocniej wierzyli, że słowo ma realną moc sprawczą. Złorzeczenie nie było tylko wyrazem złości. Odpowiadało przekonaniu, że wypowiedziane słowo może rzeczywiście sprowadzić na drugiego człowieka nieszczęście. Jeżeli ktoś mówił „bodaj cię zabito” albo przywoływał diabła, to wielu ludzi wierzyło, że takie słowa mogą zadziałać. Dlatego złorzeczenia były bardzo blisko świata magii, czarów i sił nadprzyrodzonych. Nieprzypadkowo za praktyki uznawane za czary karano kiedyś niezwykle surowo.

Dzisiaj większość ludzi patrzy na świat znacznie bardziej racjonalnie, więc ten metafizyczny wymiar języka właściwie zaniknął. Natomiast pozostało coś, co nadal jest bardzo silnym tabu, czyli seksualność. Właśnie dlatego współczesne przekleństwa przeniosły się z metafizyki do anatomii i fizjologii.

Trzeba jednak pamiętać, że nie chodzi w nich wyłącznie o seks. W kulturze bardzo często seksualność była narzędziem dominacji i upokorzenia. Wystarczy spojrzeć na język więzienny albo na to, co dzieje się podczas wojen, gdzie gwałt staje się narzędziem prowadzenia wojny i odbierania godności. Te same mechanizmy znajdują odbicie w języku. Wulgaryzmy nie opisują seksualności jako czegoś przyjemnego. Służą raczej symbolicznemu pohańbieniu drugiego człowieka.

(...)

PAP: W dawnej Polsce przeklinanie było wręcz przywilejem kastowym.

J.W.: Bo w pewnym sensie tak było. Magnat mógł sobie pozwolić niemal na wszystko, ponieważ nad nim nie było już żadnego sędziego. Natomiast człowiek stojący niżej w hierarchii musiał bardzo uważać na słowa. Nie mógł obrażać kogoś, kto znajdował się wyżej od niego. Przekleństwo jest przecież sygnałem swobody. To komunikat: „mnie normy nie obowiązują” – o czym mówi powiedzenie „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”.

To zresztą tłumaczy, dlaczego narodziła się dyplomacja. Nie stworzyli jej ci, którzy mieli największą władzę. Powstała dlatego, że ludzie zwracający się do królów czy możnych musieli ważyć każde słowo i mówić w sposób zawoalowany, żeby nikogo nie urazić. Z tych rytuałów wyrosła późniejsza kultura grzeczności.

PAP: A później pojawiło się XIX-wieczne mieszczaństwo, które postanowiło uporządkować język.

J.W.: Tak naprawdę chodziło o burżuazję, która musiała stworzyć własny system odróżniania się od pozostałych warstw społecznych. Król nie musiał nikomu udowadniać, że jest kimś wyjątkowym. Mógł jeść palcami i nadal pozostawał królem. Burżuazja miała przede wszystkim pieniądze, ale nie miała wysokiego urodzenia. Musiała więc zbudować cały system znaków pokazujących jej wyższy status.

Tak narodził się savoir-vivre. Znaczenia nabrały odpowiednia zastawa, serwetki, sposób siedzenia przy stole, ubierania się, zachowania kobiet i mężczyzn, a także język. Przyzwoitość językowa stała się jednym z najważniejszych wyznaczników przynależności do wyższej warstwy społecznej.

Nieprzypadkowo w XIX wieku pojawiło się mnóstwo poradników dobrego wychowania i czasopism poświęconych manierom. Dyskutowano nawet o tym, jaki strój kobieta powinna założyć na kort tenisowy albo czego nie wypada mówić przy stole. Cały ten świat miał odróżniać mieszczaństwo od pospólstwa.

Towarzyszył temu bardzo silny nurt purytanizmu. W przeciwieństwie do rokoka, z jego swobodą obyczajową i odważną erotyką, XIX wiek wszystko zasłaniał i porządkował. Widać to również w literaturze. W romantyzmie znacznie mniej jest otwartych odniesień do seksualności niż w renesansie czy oświeceniu. Przyzwoitość stała się jedną z najważniejszych wartości, a przeklinanie zaczęło być traktowane jako znak braku ogłady.

PAP


Ukraiński pocisk manewrujący FP-5 Flamingo osiągnął swój dotychczas najlepszy wynik. W nocy z 26 na 27 czerwca trzy z pięciu pocisków trafiły w rosyjski zakład zbrojeniowy Barrikady w Wołgogradzie. Fabryka broni została częściowo zniszczona, co widoczne jest na zdjęciach opublikowanych w weekend.

(...)

Skąd wziął się sukces ukraińskiego ataku na Wołgograd? Analitycy przypisują to udoskonalonej taktyce i trasom lotu na niskiej wysokości, co stanowi znaczący postęp w porównaniu z wcześniejszą słabą celnością w starciach z rosyjską obroną przeciwlotniczą.

Salwa ukraińskich pocisków manewrujących "Flamingo" — broni opracowanej w Ukrainie, która w poprzednich walkach powietrznych była zazwyczaj zestrzeliwana lub po prostu mijała cel — po raz pierwszy wykazała się solidną skutecznością bojową.

Gubernator obwodu wołgogradzkiego Andriej Bocharow poinformował w oświadczeniu wydanym po ataku, że ukraińskie uderzenie uszkodziło zakład produkcyjny w Wołgogradzie i spowodował obrażenia u co najmniej 10 osób, nie podając jednak szczegółów. W fabryce produkowano m.in. wyrzutnie i komponenty do pocisków Iskander-M — broni balistycznej, której Kreml od lat używa do ataków na ukraińskie domy i przedsiębiorstwa.

(...)

W piątkowej analizie ataku przeprowadzonej przez amerykański think tank Instytut Studiów nad Wojną stwierdzono, że prawdopodobnie ukraińskie ataki na rosyjskie samoloty AWACS z radarami wczesnego ostrzegania spowodowały luki w rosyjskim nadzorze powietrznym, które wykorzystały Siły Zbrojne Ukrainy.

Według doniesień rosyjskie siły powietrzne dysponują mniej niż 10 sprawnymi samolotami A-50 AWACS, których zadaniem jest monitorowanie i identyfikowanie zagrożeń powietrznych na obszarze 13 stref czasowych oraz największej krajowej przestrzeni powietrznej na świecie.

W przeciwieństwie do starszej generacji pocisków manewrujących, wykonanych głównie z aluminium, tytanu i stali, w konstrukcji FP-5 Flamingo szeroko wykorzystano włókno węglowe. Według konstruktorów pocisk ma stosunkowo niewielką sygnaturę radarową, ale nie jest bronią typu stealth, co oznacza, że może zostać wykryty przez radary obrony powietrznej, o ile radar jest w stanie obserwować obiekty lecące na bardzo małej wysokości. /Taki jak latający radar umieszczony na samolocie typu AWACS - red./

Denys Shtilerman, dyrektor firmy Fire Point, która produkuje pociski Flamingo, twierdzi, że główną zaletą tej broni jest to, iż jest ona zaprojektowana tak, by wykorzystywać wycofane z eksploatacji silniki odrzutowe samolotów jako źródło napędu oraz bomby lotnicze z czasów radzieckich jako głowice bojowe, dzięki czemu można go produkować szybko i tanio.

Flamingo, o długości ok. 14 m i rozpiętości skrzydeł 6 m, kosztuje od 500 tys. do 1 mln dol. (1,86-3,77 mln zł) i jest ok. cztery razy większy od zaawansowanego pocisku manewrującego Tomahawk stosowanego przez amerykańskie siły zbrojne, którego koszt wynosi ok. 2 mln dol. (7,55 mln zł).

onet.pl\Kyiv Post


To były wyjątkowo spokojne dwa tygodnie w Ukrainie, zauważa analityk Kyle Glen, przytaczając bardzo interesującą statystykę. Ostatni duży rakietowo-dronowy atak na Ukrainę (czyli taki, w którym Rosja użyła pocisków rakietowych i co najmniej 300 dronów kamikadze), miał miejsce ponad 14 dni temu.

— Minęły już dwa pełne tygodnie bez zakrojonego na szeroką skalę rosyjskiego ataku rakietowego lub z użyciem dronów na Ukrainę. Jest to sytuacja bardzo nietypowa. Średnio między takimi atakami, w których pojawia się 300 lub więcej dronów, mija około sześciu dni. Obecnie minęło już 14 dni (15 czerwca — 656 dronów)" — pisał 29 czerwca Glen. Dziś wiemy już, że mówimy o 15 dniach, gdyż tej nocy Rosja uderzyła w Ukrainę "tylko" 154 dronami, z czego 138 udało się zlikwidować.

(...)

Skąd tak mała aktywność Rosjan? Możliwości jest kilka. Glen uważa, że Rosja może zbierać siły do ogromnego ataku będącego odwetem za operację Ukrainy z 18 czerwca, gdy nasz sąsiad uderzył w podmoskiewską rafinerię naftową, a zdjęcia z tego wydarzenia obiegły media na całym świecie. Inna możliwość to wspólne ćwiczenie chińskiego i rosyjskiego lotnictwa odbywające się w rejonie Morza Wschodniochińskiego, w którym uczestniczyły rosyjskie bombowce Tu-95 i Tu-142 — te same, które Moskwa używa do atakowania Ukrainy.

onet.pl

poniedziałek, 29 czerwca 2026



Putin oświadczył kremlowskiemu dziennikarzowi Pawłowi Zarubinowi w prawdopodobnie starannie przeprowadzonym wywiadzie z 28 czerwca, że Rosja i Stany Zjednoczone nie osiągnęły żadnego porozumienia na szczycie na Alasce. Putin przyznał, że nie ma podpisanych dokumentów przedstawiających “ducha Anchorage”, ale stwierdził, że Rosja zgodziła się podczas szczytu z propozycjami USA dotyczącymi zakończenia wojny na Ukrainie. Putin oświadczył, że Rosja jest gotowa kontynuować negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi w oparciu o szczyt na Alasce. W kremlowskim odczycie wywiadu z Putinem pominięto jego wypowiedzi na temat szczytu na Alasce, ale Zarubin zamieścił film z pełnym wywiadem, w którym zachował te szczegóły. Oświadczenie Putina z 28 czerwca jest następstwem podobnej uwagi Sekretarza Stanu USA Marco Rubio z 25 czerwca, że na szczycie była tylko "propozycja", ale nie było oficjalnego ani podpisanego pisemnego porozumienia. Putin prawdopodobnie przyznaje się do braku porozumień, aby uniknąć bezpośredniej konfrontacji z administracją Trumpa w sprawie tego, co wydarzyło się w Anchorage, biorąc pod uwagę oświadczenia Rubio potwierdzające brak pisemnej umowy. Deklarowana gotowość Putina do powrotu do propozycji szczytu na Alasce ma jednak na celu nakłonienie Stanów Zjednoczonych do wznowienia negocjacji tak, jakby sytuacja na polu bitwy nie uległa zmianie od sierpnia 2025 r. Od tego czasu Ukraina wyzwoliła terytorium na linii frontu i znacznie spowolniła rosyjski postęp, angażując się jednocześnie w udane kampanie uderzeniowe średniego i dalekiego zasięgu przeciwko Rosji — zmuszając Rosję do znacznie bardziej defensywnego trybu działania niż w sierpniu 2025 r.

(...)

Putin stwierdził, że głównym celem Rosji jest ostateczne zajęcie Donbasu i Noworosji oraz "że siły rosyjskie zrobią wszystko", aby osiągnąć wszystkie jego cele wojenne.

(...)

Putin twierdził Zarubinowi, że siły rosyjskie szybko posuwają się naprzód praktycznie we wszystkich sektorach linii frontu i że ukraińskie ataki "absolutnie nie wpływają na rosyjskie operacje na linii frontu". Putin skupił swoje twierdzenia o sukcesach na polu bitwy na Pasie Twierdz w obwodzie donieckim, w tym na Łymanie, Słowiańsku, Kramatorsku, Kostantynówce i Dobropilyi. Putin twierdził, że elementy sił rosyjskich oczyściły większość Łymanu; przedostały się do Mikołajówki (na wschód od Słowiańska); znajdują się około ośmiu do dziewięciu kilometrów od Słowiańska; i znajdują się cztery kilometry od Kramatorska. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie utrzymują obecność (poprzez natarcie lub infiltrację) w 4,3% Łymania oraz że siły rosyjskie posunęły się do około 12 kilometrów od Mikołajówki, 19 kilometrów od Słowiańska i 14 kilometrów od Kramatorska.


Putin twierdził, że Rosyjskie Południowe Zgrupowanie Sił zajęło 96 procent Kostyantynówki i że elementy rosyjskiej 4. Oddzielnej Brygady Strzelców Zmotoryzowanych (3. Armia Połączonej Broni [CAA], dawniej 2. Korpus Armii Ługańskiej Republiki Ludowej [LNR AC], Południowy Okręg Wojskowy [SMD]) oczyszczają Kostyantynówkę. Putin twierdził, że elementy rosyjskiej 6. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych (3. AC, pod operacyjną kontrolą Południowego Zgrupowania Sił) ominęły Kostyantyniwkę i wkroczyły do Oleksijewa-Drużkiwki (między Kostyantynówką a Drużkiwką). ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie utrzymują obecność (poprzez natarcie lub infiltrację) jedynie w 36,98% Kostyantynówki, a siły rosyjskie znajdują się około siedmiu kilometrów od Oleksijewa-Drużkiwki. Siły rosyjskie przedostały się do znacznej części Kostyantynówki, ale nie zapewniły sobie kontroli nad tymi obszarami ani nie utworzyły trwałych pozycji na tych obszarach, jak twierdził Putin.


(...)

Przesadne twierdzenia Putina o postępie mają na celu fałszywe przedstawienie pozycji Rosji na polu bitwy jako tej samej – jeśli nie lepszej – niż podczas szczytu USA-Rosja na Alasce w sierpniu 2025 r. Sytuacja na polu bitwy uległa jednak radykalnej zmianie. Ukraińskie kontrataki wyzwoliły znaczną część Kupiańska pod koniec 2025 r., ponad 400 kilometrów kwadratowych na południowej Ukrainie zimą i wiosną 2026 r. oraz kilka osad w zachodnim obwodzie zaporoskim od końca kwietnia 2026 r. Siły ukraińskie brały także udział w bardzo udanych kampaniach uderzeniowych średniego i dalekiego zasięgu przeciwko rosyjskim zasobom wojskowym i infrastrukturze naftowej, które mają kaskadowy wpływ na rosyjską logistykę i operacje na polach bitew, a także powodują niedobory benzyny i tarcia gospodarcze w całej Rosji i na okupowanej Ukrainie. Tempo postępu Rosji znacznie spadło od czasu szczytu w obliczu ukraińskich sukcesów, a siły rosyjskie posuwały się średnio o 3,79 km2 dziennie w czerwcu 2026 r. w porównaniu ze średnią wynoszącą 16,65 km2 dziennie w sierpniu 2025 r.

(...)

Putin przyznał, że ilość rosyjskiej obrony powietrznej jest niewystarczająca i wezwał rosyjską bazę przemysłu obronnego (DIB) do rozszerzenia produkcji, a Rosję do poprawy koordynacji obrony powietrznej we wszystkich strukturach i poziomach. Putin bagatelizował jednak wpływ ukraińskich ataków dalekiego zasięgu na Rosję, twierdząc, że Rosja szybko naprawia szkody, że kwestie energetyczne Rosji nie są krytyczne i że ukraińskie ataki dalekiego zasięgu nie wpłynęły na sytuację na linii frontu. Przyznanie się Putina 28 czerwca do narastającego kryzysu paliwowego sugeruje, że prawdopodobnie ocenia on, że nie jest już w stanie publicznie go ignorować.

(...)

Ciągłe niedobory paliwa w całej Rosji wpływają na rynek transportu komercyjnego. Rosyjska gazeta biznesowa Kommersant poinformowała 29 czerwca, że przerwy w dostawach benzyny zaczynają wpływać na rynek transportu drogowego, a firmy transportowe ostrzegają klientów, że od 1 lipca 2026 r. będą oczekiwać podwyżek ceł o co najmniej 10 procent.

understandingwar.org

sobota, 27 czerwca 2026


Ludovic Subran to główny dyrektor ds. inwestycji w globalnym gigancie ubezpieczeniowym Allianz. Twierdzi on, że dążenie SpaceX do pozyskania 25 mld USD poprzez emisję obligacji dowodzi, że rynek znalazł się w bańce.

O zamiarze emisji dłużnych papierów wartościowych firma Elona Muska poinformowała krótko po pierwotnej ofercie publicznej akcji o wartości 85,7 mld USD. Zdaniem Subrana takie tempo wydarzeń doskonale obrazuje, jak rynki przechodzą od fazy zdrowego wzrostu, poprzez stan gorączki, aż na terytorium bańki spekulacyjnej.

Podczas konferencji gospodarczej „FT Global Insurance Summit” ekspert zwrócił uwagę zgromadzonej publiczności, że inwestorów z rynku długu nie da się tak łatwo zbyć obietnicami, jak akcjonariuszy.

– Facet właśnie dostał 70 mld USD łatwych pieniędzy na zabawę, żeby zabrać nas w kosmos – powiedział Subran. – Oczywiste jest, że nabywcy obligacji to nie to samo co inwestorzy giełdowi. Tych drugich można zabrać na Marsa. Pierwsi w tym samym czasie pytają, gdzie są ich odsetki.

(...)

Sebastian Raedler, szef strategii dla europejskiego rynku akcji w dziale analiz Bank of America, przypomina: jeśli teza inwestycyjna oparta na sztucznej inteligencji zacznie się chwiać, defensywne sektory akcji będą gotowe do gwałtownego wzrostu.

Wypowiadając się dla telewizji Bloomberg, strateg stawia pytanie, czy firmy rozwijające AI będą w stanie wypracować marże uzasadniające obecne, bezprecedensowe nakłady inwestycyjne. Ekspert zaleca rozejrzenie się za zapomnianymi sektorami, takimi jak farmacja czy dobra podstawowego użytku, w których fundamentalna logika biznesowa wciąż prężnie działa.

– W momencie, gdy klienci powiedzą, że nie są gotowi tyle płacić za sztuczną inteligencję, gdy skierują swój ruch do tańszych modeli, gdy pierwszy wielki dostawca infrastruktury chmurowej ogłosi, że nie wie, czy naprawdę wykreuje wartość i musi ściąć wydatki inwestycyjne, pojawi się wiele sektorów defensywnych gotowych do skoku – twierdzi Raedler.

(...)

– Pytanie brzmi, kto zapłaci za te wszystkie wydatki, które warunkują podaż produktów firmy Micron – zastanawia się Raedler, reagując na publikację wyjątkowo dobrych wyników finansowych Micron Technologies. – Odpowiedź jest prosta: zapłaci za to użytkownik końcowy korzystający z AI. Jaką siłę w ustalaniu cen mają te firmy? Ile konsumenci są w stanie zapłacić? Uważam, że prognozy zysków, którymi obecnie dysponujemy, wydają się bardzo optymistyczne.

Notowania SpaceX spadały w tym tygodniu po początkowej euforii, która na moment uczyniła z Elona Muska pierwszego bilionera w historii. Sama spółka pod względem kapitalizacji rynkowej wyprzedziła na krótko Amazona, a na kilka godzin również Microsoft.

Gil Luria, dyrektor ds. badań nad rynkiem akcji technologicznych w D.A. Davidson, uważa, że taką zmienność tłumaczą specyficzne czynniki związane z założycielem firmy działającej w branży kosmicznej, telekomunikacyjnej i sztucznej inteligencji.

– Większość akcji jest wyceniana na podstawie tego, jak ich mnożniki zysków wypadają na tle podobnych spółek – tłumaczy Luria w rozmowie z CNBC. – Z firmami Elona Muska tak nie jest – dodaje.

Jego zdaniem rynkowa wycena tych przedsiębiorstw opiera się w głównej mierze na nadziejach i oczekiwaniach.

– Tesla jest wyceniana przez pryzmat perspektyw usługi autonomicznej jazdy Robotaxi oraz humanoidalnych robotów Optimus, a nie na podstawie sprzedaży samochodów. SpaceX z kolei jest wyceniane przez obietnicę eksploracji Marsa albo przynajmniej przez wizję centrów danych w kosmosie – argumentuje Luria.
 
 
/Tesla to wehikuł giełdowy, wyłącznie do gry finansowej, w kwestii wyceny spółki - red./
 
bankier.pl




Kamil Turecki: - To Rosja stworzyła ukraińskiego potwora?

Bojan Pancevski: Z perspektywy Rosji to na pewno potwór.

Do czasu Majdanu, czyli 2014 r., ukraińskie służby specjalne i wojsko były niemal całkowicie podporządkowane interesom Rosji. Kiedy społeczeństwo zbuntowało się przeciwko ówczesnemu prezydentowi, Wiktorowi Janukowyczowi, który odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE, oficerowie, stojący za późniejszym atakiem na Nord Stream, nie byli antyrosyjscy.

- A kim dziś ci ludzie są?

Ukraińskimi nacjonalistami.

Większość z nich ma dziś około 50 lat. Dorastali w zachodniej Ukrainie, mówią po ukraińsku. Ale mówią też płynnie po rosyjsku — urodzili się w Związku Radzieckim, więc to naturalne. Zatem mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której ci ludzie nie byli antyrosyjscy, prawda?

W pierwszych tygodniach, może nawet przez miesiąc Majdanu, byli również przeciwni protestom. Pracowali głównie w organach ścigania i mieli konserwatywne podejście. Uważali, że to, co się dzieje, nie jest zgodne z prawem. Dopiero później zostali szpiegami i ekspertami do spraw kontrwywiadu.

I kiedy Rosja faktycznie zaatakowała Ukrainę; gdy zajęła Półwysep Krymski i wkroczyła na wschód Ukrainy, zaczęli walczyć ramię w ramię wspólnie z SBU [Służba Bezpieczeństwa Ukrainy] w Donbasie przeciwko Rosjanom. I właśnie wtedy wszystko się dla nich zmieniło. Przestali mieć ambiwalentny stosunek do Rosji. Stali się jej najgorszymi wrogami.

- Tak po prostu?

Nic tu nie było proste. Przecież żaden z tych ludzi nie żywił nienawiści do Rosji. Sama Rosja wzbudziła w nich tę nienawiść, ponieważ zaatakowała ich kraj. To nawet nie moja interpretacja. To słowa jednego z nich.

Kreml palił ich wioski, bombardował ich miasta. Ta osoba powiedziała mi, że nie było żadnego powodu, by robić coś takiego. Dlatego od tej chwili jej życie się zmieniło, skupiało się na walce z Rosją. I tak jest do dziś.

(...)

- Kto zdecydował się podjąć to ogromne ryzyko sabotowania rurociągów Nord Stream?

Zacznijmy od tego, że kilka miesięcy przed inwazją na pełną skalę, kiedy Amerykanie i Brytyjczycy otwarcie przekazywali informacje wywiadowcze o tym, w jakim sposób Putin zaatakuje Ukrainę, Wołodymyr Zełenski nie chciał w to uwierzyć. Rozkazał generałowi Walerijowi Załużnemu, który był wówczas dowódcą sił zbrojnych, aby nie przygotowywał się do wojny.

Zdaniem prezydenta Ukrainy wszystko było gospodarczym spiskiem. Nie wierzył Amerykanom, Brytyjczykom ani własnym służbom wywiadowczym. Gen. Mark Milley [przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA w latach 2019-2023] polecił Kijowowi wykopać okopy wokół miasta i wzmocnić ochronę stolicy kraju. Załużny tego nie zrobił, bo Zełenski mu na to nie pozwolił.

Kiedy wybuchła wojna, Ukraińcy byli nieprzygotowani, zwłaszcza na południu.

Każda jednostka w pewnym stopniu działała na własną rękę. W tym ludzie, którzy później zaplanowali i przeprowadzili atak na Nord Stream. Po prostu weszli do zbrojowni agencji wywiadu wojskowego i pierwszego dnia zabrali stamtąd sporo broni, zorganizowali się samodzielnie i ruszyli walczyć na linię frontu. Niszczyli czołgi. Strzelali do samolotów. Walczyli samodzielnie jako oddział. Myślę, że dziś jest podobnie.

- Co masz konkretnie na myśli?

Spójrzmy na jednostki produkujące drony, które są prawdopodobnie najważniejszą częścią ukraińskiej machiny bojowej. Wiele fabryk założyli przedsiębiorcy. Znam jednego z nich. Jest Rosjaninem mieszkającym w Ukrainie. Nie ma doświadczenia wojskowego. Jest po prostu świetnym biznesmenem. Bardzo wcześnie zdał sobie sprawę, że drony to przyszłość działań wojennych. Założył więc jednostkę, znalazł pieniądze, pozyskał dodatkowe fundusze i stworzył najlepszą do dziś w Ukrainie, a może nawet najlepszą na świecie fabrykę dronów.

Historia drugiej co do wielkości jednostki, zwanej "Magyar Birds", jest podobna. Facet, który jest jej dowódcą, wcześniej również był biznesmenem.

- Co to ma wspólnego z Nord Stream?

Jest jeden wspólny mianownik — potrzeba matką wynalazku. Drony dobijają zaplecze wojenne Kremla. W przypadku Nord Stream też chodziło o odcięcie przepływu gotówki, którą Putin uzyskiwał ze sprzedaży węglowodorów do Europy. Zresztą, nie tylko wysadzenie gazociągu Nord Stream wchodziło w grę.

- Co jeszcze?

Wysadzenie mostu w Kerczu, który łączy Krym z kontynentalną Rosją, atak na pola gazowe w Syberii, atak na Nord Stream i TurkStream — rurociągi pod Morzem Czarnym.

- Dlaczego wybór padł akurat na Nord Stream?

W tamtym czasie nie było wiadomo, czy naród ukraiński przetrwa. Logika zatem podpowiadała, że trzeba działać szybko i zniszczyć źródła dochodów Rosji. Atak na Nord Stream, oczko w głowie Kremla, zabolałby najbardziej.

Ludzie, którzy zaplanowali wysadzenie Nord Stream, specjalizują się w operacjach specjalnych, wojnie hybrydowej, wojnie gospodarczej, zabójstwach i działaniach za liniami wroga.

- Kto podjął ostateczną decyzję?

Jeden z dowódców widział plany i udał się do generała Załużnego, a ten odpowiedział: "Jasne, w porządku, zróbcie to".

- I tyle?

Tak. Na tym się skończyło. Wówczas nikt nie zastanawiał się nad politycznymi aspektami tej sprawy.

Trzeba też pamiętać, że na początku — mówimy tu o marcu i kwietniu 2022 r. — sytuacja polityczna wyglądała inaczej, ponieważ w oczach Ukraińców Niemcy nie byli ich wielkimi sojusznikami. W tamtym czasie Berlin nadal nie dostarczał ani broni, ani amunicji. Polska to robiła, a Niemcy nie — i trzeba o tym pamiętać. Kijów nie myślał, czy wysadzenie gazociągu Nord Stream uderzy w niemiecką gospodarkę. Chciał uniemożliwić Putinowi zdobycie pieniędzy na dalsze prowadzenie wojny.

onet.pl


To nie on stworzył czekistowski reżim, który rządzi współczesną Rosją. Był natomiast jego najbardziej udanym produktem i najwygodniejszym narzędziem. Niewyróżniający się oficer KGB, który nigdy nie awansował wyżej niż do stopnia podpułkownika, był po prostu typowym funkcjonariuszem średniego szczebla. Dorastał na jednym z leningradzkich podwórek, w świecie drobnych przestępców, bójek i nieustannego poniżania słabszych.

To właśnie takie doświadczenia dały mu coś, czego brakowało bardziej wyrafinowanym elitom rosyjskich służb specjalnych lat dziewięćdziesiątych — instynktowne wyczucie najciemniejszych zakamarków sowieckiej mentalności, umiejętność odwoływania się do poczucia krzywdy, frustracji i imperialnej nostalgii, które wciąż są silnie obecne w rosyjskim społeczeństwie.

Jego polityczni opiekunowie potrafili wykorzystać ten dar. Nie byli jednak w stanie przewidzieć drugiej cechy, która okazała się równie cenna.

Przez ponad dwadzieścia lat Putin rozgrywał zachodnich przywódców niczym dobrze znane postacie ze swojego dzieciństwa — bogatych, pewnych siebie chłopców z dobrych domów, przekonanych, że są sprytniejsi od ulicznego łobuziaka. Cierpliwie nimi manipulował, czekał, aż sami odejdą ze sceny politycznej, i ostatecznie przeżył ich wszystkich. To właśnie ta umiejętność uczyniła go niezwykle wartościowym dla systemu.

(...)

W ostatnich miesiącach wyraźnie zmienił się ton rosyjskich blogerów wojennych określanych symbolem "Z", a także korespondentów frontowych publikujących w serwisie Telegram i śledzonych przez setki tysięcy odbiorców. Coraz rzadziej wychwalają oni Najwyższego Głównodowodzącego. Zamiast tego coraz częściej atakują anonimowe "władze", zarzucając im niezdecydowanie i tchórzostwo. Domagają się uderzeń na "ośrodki podejmowania decyzji" w Europie, a podczas swoich programów i transmisji odczytują długie listy potencjalnych celów: węzły logistyczne w Polsce, zakłady zbrojeniowe w krajach skandynawskich czy centra dowodzenia w państwach bałtyckich.

Ten sposób myślenia przestał już być domeną internetowych propagandystów. Powtarzają go również osoby uchodzące za przedstawicieli bardziej "poważnych" kręgów rosyjskiej elity. Siergiej Karaganow, jeden z czołowych ideologów Kremla, pisał spokojnym tonem o potrzebie przeprowadzenia "ograniczonych uderzeń nuklearnych" na Europę, które miałyby złamać wolę Zachodu. Z kolei Władimir Sołowjow niemal co wieczór wymienia w swoim programie europejskie stolice, opowiadając o ich zniszczeniu i starciu z mapy.

Do rosyjskiej opinii publicznej trafiają jednocześnie dwa przekazy.

Po pierwsze: prawdziwych wrogów należy zaatakować bez wahania.

Po drugie: ktoś na szczytach władzy jest zbyt słaby, by wydać taki rozkaz.

Pierwszy scenariusz zakłada, że Putin ulegnie naciskom własnego propagandowego chóru i rzeczywiście nakaże przeprowadzenie uderzeń na logistykę lub infrastrukturę wojskową NATO. Poważny atak tego rodzaju wystawiłby na próbę artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, mógłby podzielić zachodnie stolice i prawdopodobnie spowolnić dostawy uzbrojenia dla Kijowa. Putin doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Równie dobrze wie jednak, co nastąpi później — otwarta wojna z NATO i bardzo szybki koniec jego politycznej, a być może również osobistej przyszłości. Nie jest samobójcą. Tego przycisku nie naciśnie.

Znacznie bardziej prawdopodobny jest drugi wariant. W nim sama korporacja czekistów odpowiada sobie na pytanie, które coraz wyraźniej zawisa w powietrzu. Tej wojny nie da się wygrać z obecnym przywódcą.

onet.pl\Kyiv Post

piątek, 26 czerwca 2026



Porozumienie daje Iranowi szansę osiągnąć cele w ostatnich dekadach niedosięgłe, m.in.: zażegnać konflikt z USA, doprowadzić do zniesienia wszelkich sankcji, zasilić gospodarkę finansowo, wreszcie zaś – budować dominację w regionie Bliskiego Wschodu poprzez uzyskanie faktycznej kontroli nad cieśniną Ormuz, zabezpieczenie pozycji Hezbollahu i swój awans do roli uznanego gwaranta porządku w Libanie kosztem Izraela. Kwestia nuklearna nadal jest przedmiotem negocjacji, przy czym Iran w ostatniej wojnie potwierdził swój potencjał odstraszania. Memorandum nie odnosi się natomiast – co stanowiło żelazne punkty agendy przez dekady i u progu ostatniej wojny – do programu balistycznego Iranu i jego wsparcia dla swoich proxies działających na Bliskim Wschodzie (a szerzej do oskarżeń o sponsorowanie przez Iran terroryzmu) czy kwestii demokratyzacji irańskiego systemu politycznego. Zawarcie pokoju na bazie porozumienia w obecnym kształcie byłoby zatem strategicznym sukcesem Teheranu.

Z perspektywy USA realizacja porozumienia pozwoliłaby zażegnać kryzys w wymiarze gospodarczym (odblokowanie Ormuzu), co ma szczególne znaczenie w związku z jesiennymi wyborami połówkowymi do Kongresu. Rozwiązanie kwestii irańskiego programu nuklearnego zlikwidowałoby problem istotnie definiujący i obciążający politykę Waszyngtonu. Normalizacja w tym obszarze hipotetycznie pozwalałaby uzyskać gospodarcze instrumenty nacisku na Iran oraz znacząco zmniejszyć ryzyko wybuchu kolejnych konfliktów zbrojnych w regionie angażujących USA. I choć porozumienie w zarysowanych przez memorandum ramach świadczyłoby o znaczącym spadku ambicji i pozycji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, to zarazem mogłoby być przedstawione jako umiarkowany sukces administracji oraz otwierałoby nowy rozdział w amerykańskiej aktywności w regionie.

Realizacja porozumienia pozostaje jednak dalece niepewna. Do najważniejszych problemów należą:
  • Głęboka wzajemna nieufność. Negocjacje są ryzykowne dla obu stron, dlatego dystansują się od nich zarówno przywódca Iranu Modżtaba Chamenei (choć toczą się one za jego zgodą), jak i prezydent USA (odpowiedzialność za nie ponosi Vance). Obie strony, m.in. Trump, jak również czołowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (otwarcie i mimo trwających negocjacji), deklarują gotowość powrotu do działań zbrojnych i faktycznie są do nich przygotowani. Nieufność strony irańskiej podsycają negatywne doświadczenia z przeszłości, m.in. jednostronne wycofanie się USA z porozumienia nuklearnego w 2018 r. (tzw. JCPOA) czy operacja wojskowa Izraela i USA w czerwcu 2025 r. (tzw. wojna dwunastodniowa), którą wszczęto w trakcie pozytywnie ocenianych negocjacji. Maksymalizm żądań i ostra strategia negocjacyjna obu stron w uzgadnianiu poszczególnych warunków porozumienia potencjalnie utrudniają osiągnięcie kompromisu. Dotyczy to m.in. realnego udrożnienia i bezpieczeństwa cieśniny Ormuz, opłat za przechodzenie przez nią, odmrażania irańskich środków, a szerzej – szczegółów projektowanego międzynarodowego funduszu na odbudowę Iranu i zarządzania nim. Drażliwym tematem pozostaje program nuklearny (jego przyszłość, a doraźnie m.in. kwestia nadzoru międzynarodowego).
  • Kwestia Libanu i – szerzej – Izraela. Stroną porozumienia, które ma zakończyć konflikt, nie jest Izrael – główny i najbardziej nieprzejednany oponent Iranu oraz inicjator i podmiotowy uczestnik działań wojennych w latach 2026 i 2025. Jednocześnie – pod naciskiem Teheranu – strony zobowiązały się do zakończenia walk w Libanie i wycofania sił izraelskich z tego państwa. Dla Izraela jakiekolwiek porozumienie z Iranem, a tym bardziej rezygnacja z walki z Hezbollahem są nie do przyjęcia, co władze w Jerozolimie otwarcie komunikują. Operacje izraelskie w Libanie wciąż trwają z różną intensywnością. Możliwości wymuszenia przez USA rezygnacji z nich są ograniczone (choć zdarzały się w odległej przeszłości), a narzucenie Izraelowi radykalnej zmiany jego strategii polityki obronnej jest w zasadzie niewykonalne. W kontekście wewnątrzamerykańskim proizraelskie i antyirańskie środowiska przeciwne porozumieniu z Iranem pozostają nadal bardzo wpływowym czynnikiem politycznym – posiadają wpływy m.in. w Kongresie, a ich postawa będzie miała przełożenie na zbliżającą się kampanię wyborczą.
Funkcjonujące od 8 kwietnia zawieszenie broni, przyjęte memorandum oraz dalsze negocjacje świadczą o tym, że zarówno Waszyngton, jak i Teheran nie chcą powrotu do ryzykownego i kosztownego konfliktu zbrojnego. Trwające rozmowy wydają się najpoważniejszą z dotychczasowych próbą politycznego – i całościowego – rozwiązania problemu między oboma państwami. Należy się spodziewać, że bezpośredni negocjatorzy (Vance i Ghalibaf, a szerzej – administracja Trumpa oraz irański prezydent i rząd) są tym osobiście zainteresowani. 

osw.waw.pl


"Wspólnie z gubernatorem Sewastopola Michaiłem Władimirowiczem Razwożajewem podjęto decyzję o podpisaniu dekretów o ogłoszeniu regionalnego stanu wyjątkowego w Republice Krymu i Sewastopolu" - przekazał szef Republiki Krymu, polityk partii Jedna Rosja Siergiej Aksionow. Jak dodał, "decyzja ta została podjęta przede wszystkim w celu rozwiązania problemów gospodarczych".

"Status prawny stanu wyjątkowego pozwala na jak najszybsze rozwiązanie problemów związanych ze stabilnym funkcjonowaniem wszystkich sektorów mających wpływ na warunki życia ludności" - zaznaczył. Bliźniaczy komunikat opublikował w piątek po godz.12 rosyjski gubernator Sewastopola. 

Na początku tego tygodnia rosyjski szef Republiki Krymu w związku z niedoborami paliwa i ukraińskimi atakami dronów zawiesił do 1 września "rezerwację miejsc, przyjmowanie i zakwaterowanie dzieci (grup dzieci) w placówkach rekreacyjno-zdrowotnych" i "w innych obiektach noclegowych".

Z kolei w środę gubernator okupowanego przez Rosję Sewastopola Michaił Razwożajew informował, że w wyniku nocnego zmasowanego ataku dronów na infrastrukturę energetyczną miasto zostało całkowicie pozbawione dostaw energii elektrycznej. W nocy z wtorku na środę na Krymie słychać było silne eksplozje. Głównym celem miała być bałakławska elektrownia w Sewastopolu, jedna z kluczowych na Krymie.

Wieczorem we wtorek doradca szefa władz anektowanego Krymu Oleg Kriuczkow ogłosił "prewencyjne" wprowadzenie harmonogramu rotacyjnych wyłączeń prądu na półwyspie.

(...)

Pod koniec ubiegłego tygodnia szef Republiki Krymu ogłosił wstrzymanie sprzedaży paliw dla cywilnych odbiorców. Ograniczenia miały związek z atakami ukraińskich dronów na infrastrukturę paliwową na Półwyspie Krymskim oraz w Kraju Krasnodarskim. W wyniku tych uderzeń doszło do pożaru w terminalu paliwowym w porcie w Kerczu oraz porcie "Kaukaz" w Kraju Krasnodarskim, drugim najważniejszym po Noworosyjsku porcie w regionie Morza Azowskiego. 

gazeta.pl
 
 
 
Na przełomie wieków sytuacja demograficzna państw zachodnich była znacznie gorsza od sytuacji państw aspirujących. Wówczas, mimo przewagi technologicznej, ekonomicznej i militarnej, mogliśmy zakładać, że w drugiej połowie stulecia nastąpi zmierzch ery Zachodu. Dziś, założenia te okazały się błędne.

W nowe tysiąclecie kolektywny Zachód wchodził mając niekwestionowaną przewagę w prawie każdym aspekcie życia gospodarczego i technologicznego, z jednym wyjątkiem: demografii. Państwa aspirujące wskazywały na tą słabość Zachodu, bowiem zarówno kraje Azji Wschodniej jak i obszaru MENA czy Azji Południowej mogły liczyć na to, że długofalowo to właśnie demografia zniweluje jego przewagę. Okazało się, że to błąd.

Na przestrzeni ostatniej dekady doszło do całkowitego przetasowania demograficznego na świecie, nie wynikającego ze wzrostu dzietności na Zachodzie, ale z załamania demograficznego państw aspirujących. Jeszcze na początku XXI wieku Europa była uważana za kontynent bez dzieci, ze skrajnie niskim poziomem dzietności, USA było na granicy poziomu zastępowalności pokoleń, a jednocześnie państwa aspirujące miały dzietność powyżej dwojga dzieci (z wyłączeniem Chin, które były jednak przekonane, że są w stanie szybko podnieść jej poziom).

Obecnie wśród największych gospodarek świata oraz państw aspirujących: 
  • Chiny mają poziom dzietności na poziomie 71% dzietności UE oraz 66% dzietności USA
  • Japonia ma poziom dzietności na poziomie 78% dzietności UE oraz 73% dzietności USA
  • Korea Południowa ma poziom dzietności na poziomie 57% UE oraz 53% USA
  • Turcja ma poziom dzietności porównywalny z unijnym oraz niewiele niższy niż USA, natomiast poziom ten bardzo szybko spada
  • Rosja ma poziom dzietności niewiele niższy od unijnego oraz USA
  • Iran prawdopodobnie ma poziom dzietności niższy niż UE i USA
  • Brazylia ma poziom dzietności niewiele wyższy niż UE i zbliżony do USA
  • Jedynie Indonezja i Indie mają przewagę nad państwami Zachodu, jednak w obu przypadkach z roku na rok przewaga ta topnieje
Powyższe dane pokazują, że procesy cywilizacyjne, które spowodowały spadek dzietności w państwach zachodnich, dotarły zarówno do ich konkurentów jak i jawnych wrogów. 

Zachód posiada natomiast trzy kluczowe przewagi nad swoimi potencjalnymi konkurentami.

Pierwszą z nich są pieniądze. Starzenie się społeczeństwa dotknęło państwa zachodnie, gdy były one bardzo bogate. Dzięki temu stać je było na inwestycje w politykę prorodzinną i utrzymanie poziomu dzietności na stałym (choć niskim) poziomie. Przykładowo, poziom dzietności UE w roku 2001 i 2022 był praktycznie ten sam, natomiast w USA spadł znacznie mniej (zarówno w ujęciu procentowym jak i nominalnym) niż w większości państw aspirujących. Dodatkowo zasoby ekonomiczne pozwalają na wzrost produktywności oraz robotyzację gospodarki, co w pewnym stopniu amortyzuje wpływ negatywnych procesów demograficznych. Natomiast państwa aspirujące zestarzeją się, zanim staną się bogate (nie dotyczy to Japonii i Korei Południowej); nie posiadają więc niezbędnych środków finansowych do jednoczesnego prowadzenia polityki wsparcia dzietności oraz wzrostu innowacyjności w gospodarce.

Drugą sprawą natomiast jest kwestia migracji. Państwa zachodnie odnotowują dodatnie saldo migracji, natomiast większość państw aspirujących odnotowuje saldo ujemne. Dodatkowo znaczna część imigrantów przyjeżdżających do państw Zachodu pochodzi właśnie z państw aspirujących. Oczywiście migracja ma też negatywne strony, szczególnie gdy jest prowadzona w sposób niekontrolowany. Jest jednak pozytywna migracja, przyciągająca ludzi pracowitych czy posiadających konkretne umiejętności; Zachód przyciąga znaczącą większość takich migrantów, nawet specjalistów w dziedzinie AI emigrujących z Iranu do… Europy. Jest to kolejny element polityki przetrwania do momentu (teoretycznego) wzrostu poziomu dzietności, na który nie mogą sobie pozwolić państwa aspirujące.

ukladsil.pl

Dla mnie podniesienie cen przez Microsoft i Apple z powodu drożejących półprzewodników to kanarek w kopalni. Ale nie dla Wall Street. Sesja z małymi spadkami. Na Nasdaq Composite formacja RGR jest w pełni uformowana, ale nie potwierdzona. 

/Formacja głowy i ramion należy do klasyki analizy technicznej i jest jedną z podstawowych struktur cenowych odwracających trend wzrostowy. Ta struktura cenowa składa się z trzech maksimów ukształtowanych na szczycie trendu wzrostowego.  Lewy szczyt (lewe ramię) i prawy szczyt (prawe ramię) są ukształtowane na nieco niższym poziomie niż środkowe maksimum ceny (głowa). - edukacjagieldowa.pl/

Na S&P 500 i Nasdaq 100 jest widoczna, ale nie udało się pokonać linii szyi. Jeśli się uda to będzie (wg analizy technicznej) zapowiedź dużych spadków, ale…  załamanie takiej formacji jest mocnym sygnałem kupna. Czekamy na przyszły tydzień (w USA tylko czterodniowy).

x.com/P_W_Kuczynski