wtorek, 9 czerwca 2026



Jak wynika z analizy danych Instytutu Studiów nad Wojną przeprowadzonej na początku maja, Ukraina drugi miesiąc z rzędu odzyskała więcej terytorium, niż straciła na rzecz Rosjan. Szumnie zapowiadana rosyjska ofensywa w Donbasie utknęła. Kolejne próby przełamania ukraińskich pozycji przynoszą Moskwie ogromne straty przy minimalnych zyskach.

Wydaje się, że Kijów postanowił wykorzystać tę sytuację, żeby przyspieszyć proces negocjacyjny. Prezydent Zełenski wysłał list otwarty do Putina z propozycją rozmów. Putin propozycję odrzucił. Jak jednak prezydent Ukrainy przyznał w wywiadzie dla Sky News, skontaktował się z nim powiązany z Kremlem oligarcha Roman Abramowicz. Miał on, powołując się na Władimira Putina, sondować możliwość zawarcia kompromisu między Kijowem a Moskwą.

(...)

Serhij jest dowódcą jednego z pułków w ukraińskiej armii. Na froncie od początku wojny.

- To normalny ruch polityczny, żeby pokazać całemu światu, że chcemy pokoju, a Putin jest agresorem - ocenia.

- A wierzysz, że teraz może być zawieszenie broni? Rosja może się zgodzić?

- Nie wierzę już nikomu, przyjacielu, poza swoją bronią i towarzyszami broni obok mnie. Dowódca naszego korpusu powiedział niedawno, że przy tej dynamice na froncie za pięć, sześć miesięcy możemy zdobyć inicjatywę i zacząć zmieniać bieg wojny. W to właśnie wierzę. Bo widzę, jak pracują nasi chłopcy i jak zdychają rosyjscy żołnierze.

Tego dnia Donald Trump ogłosił, że niedługo będzie pokój. Serhij to słyszał, ale o Trumpie woli nie mówić.

Oleh stracił na froncie nogę i rękę.

- Po kontrofensywie z 2023 r. przestałem już robić prognozy i czegokolwiek oczekiwać - mówi. - Rosjanie będą atakować tak długo, jak długo ich kierownictwo będzie wierzyć, że ostatecznie zdołają nas złamać. Nawet teraz, mimo strat poniesionych przez rosyjską armię w ciągu ostatniego roku i żałosnego tempa postępów, Rosjanie działają tak samo jak wcześniej.

W zachodnich analizach od miesięcy powtarza się ten sam motyw: strukturalne problemy rosyjskiej gospodarki, gigantyczny deficyt budżetowy, nieuchronny kryzys. Na Ukrainie ten motyw słyszeli wszyscy. I wszyscy już przestali go traktować jak prognozę.

- Od dwóch lat czytam o tych problemach - mówi Oleh, ale jak dotąd nie znajduje to odzwierciedlenia ani na polu walki, ani w gotowości Kremla do ustępstw czy konkretnych rozmów. Jedynie ponownie zaczęły pojawiać się rozmowy o nowej mobilizacji w Rosji. Niezależnie od polityki nam pozostaje tylko dalej się bronić.

(...)

Na początku zeszłego tygodnia w Kijowie Kyryło Budanow - szef biura prezydenta Ukrainy, dawny dowódca wywiadu wojskowego - zorganizował Forum Bezpieczeństwa i Strategii. Uczestniczyłem w nim.

Budanow to człowiek, który przez lata prowadził operacje, które wpłynęły na bieg tej wojny. Teraz, jako polityk, również jest konkretny.

Rozmowa z Anne Applebaum była centralnym punktem forum. Budanow mówił:

(...)

Z tego, co mówił Budanow, wyłonił się też obraz Rosji, który rzadko pojawia się w mediach - nie triumfalistyczny i nie katastroficzny. Obraz kraju, który zaczyna odczuwać wojnę inaczej niż jeszcze trzy czy dwa lata temu.

Rosjanie widzą wojnę na własnym terytorium. Drony uderzają w rafinerie i miasta. Problemy gospodarcze to dla Kremla kłopot, ale nie katastrofa. Rosjanie są przyzwyczajeni do biedy i ograniczeń. Ale coraz trudniej utrzymać narrację o silnym, kontrolującym sytuację Kremlu, kiedy ludzie słyszą eksplozje i syreny alarmowe.

I to - zdaniem Budanowa - jest prawdziwa presja. Nie wskaźniki gospodarcze, ale poczucie wymykania się sytuacji spod kontroli.

Co do Putina, Budanow zwrócił uwagę, że bardzo mało prawdopodobne jest, aby prezydent Rosji po ponad dwudziestu sześciu latach budowania systemu władzy po prostu odszedł. Ale w tym też ukraiński polityk widzi pewną negocjacyjną szansę.

(...)

Budanow zwrócił też uwagę na "przezroczysty front".

- Obie strony praktycznie wszystko widzą. Drony, satelity, wywiad elektroniczny - razem stworzyły sytuację bez precedensu w historii wojen. Duże ruchy wojsk są niemożliwe do ukrycia. Każda większa koncentracja sił jest widoczna, zanim jeszcze zdąży się rozwinąć. To oznacza, że klasyczne przełamanie frontu - błyskawiczny manewr, zaskoczenie, głęboka penetracja - jest w tej chwili strukturalnie bardzo trudne do wykonania - podsumował.

To chyba najlepiej wyjaśnia, dlaczego front stoi. Po zakończeniu tej wojny armie całego świata będą ją analizować właśnie pod tym kątem.

/Już to robią, min. od dwóch-trzech lat, wojna po tej wojnie nie będzie wygladać tak samo, mamy teraz impas dronowy, ale środki antydronowe rozwijają się cały czas i przyjdzie czas równowagi, zniwelowania teraźniejszej przewagi dronów taktycznych nad innymi broniami, pancernymi, artylerią, które przecież nie znikną - red./

(...)

Jak zmusić Rosję do rozmów? Pytam o to polskiego analityka zajmującego się Ukrainą i relacjami transatlantyckimi, który chce pozostać anonimowy.

Jego diagnoza jest następująca: ukraińska pozycja negocjacyjna składa się z dwóch elementów - bierze się z sytuacji na froncie, ale też z nastrojów wewnątrz kraju. Front wygląda najlepiej od jesieni 2023 r. Sytuacja wewnętrzna jest bardzo krucha — energetyka nie wróci do sprawności przed zimą, mobilizacja budzi rosnący opór, wewnętrzna rywalizacja polityczna narasta.

I tu pojawia się pęknięcie, które determinuje całą europejską politykę wobec tej wojny:

- Europa kieruje się przesłanką frontu i uważa, że trzeba negocjować, bo sytuacja militarna jest najlepsza od lat. Rosja kieruje się przesłanką zaplecza i uważa, że wojna na wyczerpanie idzie zgodnie z planem, nawet jeśli z pewnym odchyleniem od założonego kalendarza.

(...)

Jedna z tych diagnoz jest błędna.

Analityk jest też jednoznaczny w ocenie tego, czy to dobry moment na negocjacje:

- To zły moment, żeby wchodzić w rozmowy z Rosją, bo Rosja właśnie teraz zaczyna odczuwać ciężar wojny. Wejście w rozmowy z Rosją teraz to rzucenie jej koła ratunkowego. Rosja pod presją sankcji, z deficytem budżetowym, z rosnącymi kosztami mobilizacji i z wojną coraz bardziej widoczną na własnym terytorium - to Rosja ze znacznie słabszą pozycją negocjacyjną niż rok temu. Ale trójkąt Brytyjczycy-Niemcy-Francuzi kieruje ich własna polityka wewnętrzna; zasłaniają się tylko trudnym stanem ukraińskiego zaplecza. Inicjatywę ma prezydent Macron, który szuka spuścizny swojej prezydentury i liczy na to, że będzie nią pokój na Ukrainie.

/Macron ma Le Pen na karku, nie tylko ego - red./

wp.pl


Polecam wszystkim, którzy twierdzą, że gdyby tylko nie unijna biurokracja i ceny energii, to Europa i Polska znów by - jak równy z równym - konkurowała z Chinami.

Na liczbach widać, że Chińczycy stworzyli potężny system transferujący środki do firm, co pozwala im potem wycinać globalnych konkurentów.

Oczywiście wiele unijnych regulacji jest do rewizji i likwidacji, a USA i Chiny odjeżdżają nam w generacji taniej energii, każdego rodzaju. To wymaga mądrej rewizji. 

Natomiast nawet gdyby zupełnie te obciążenia obciąć, wciąż Chińczycy transferują 6 razy więcej subsydiów do swoich firm, niż UE.

Latami Zachód próbował wymusić na Chinach zmianę modelu, bez efektu i na pół gwizdka. W rezultacie ta przemysłowa maszyna przejeżdża po nas jak walec. I na ten walec trzeba po prostu ograniczeń w naplywie chińskiej technologii, jak pisze @iggnacy, żeby wyrównać pole gry.

A mówiąc dokładniej, trzeba wszystkiego naraz - obcięcia biurokratycznych obciążeń, mądrej korekty polityki energetycznej oraz podniesienia barier na Chiny. I wprowadzenia własnych narzędzi wsparcia dla strategicznych branż. Jednym słowem - trzeba mądrej polityki przemysłowej. 

Plus jeszcze, niestety, trzeba nauczyć się ruszać trochę szybciej - bo przywołane w artykule wypowiedzi szefa Hondy czy Volkswagena to też prawda. W Chinach okrutna wewnetrzna konkurencja sprawia, że firmy stają na rzęsach by zwiększać swoją efektywność, automatyzować, cyfryzować, optymalizować. Nas też to czeka.

x.com/J_Jakobowski

Przeciętnego konsumenta bardzo cieszy tani chiński produkt. Widać to gołym okiem po ogromnym wzroście popularności chińskich marek aut.

Jednak OECD ostrzega, że ekspansja chińskich firm na świecie odbywa się głównie dzięki dotacjom rządowym, a nie wyższej produktywności. Jest to konkurencja na dopingu.

Tak wyglądają subsydia dla największych firm przemysłowych na świecie:
Chiny: ponad 3% (przychodów)
Europa: 0,5%

Nowatorska baza danych OECD wskazuje, że chińskie firmy przemysłowe rosną głównie dzięki subsydiowanym cenom. 

W krótkim okresie zyskują konsumenci na świecie, ale w dłuższym będzie mniej innowacji. Bo firmy z innych krajów przestają inwestować.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że raport OECD jest niepełny. Kraje rozwinięte też zawsze stosowały wsparcie polityczne dla swoich przedsiębiorstw, tylko nie zawsze w sposób, który da się tak łatwo zmierzyć.

x.com/iggnacy


Chińskie MSZ zarzuciło we wtorek władzom USA nadużywanie pojęcia bezpieczeństwa narodowego i tworzenie "dyskryminujących list". To reakcja na wpisanie przez Pentagon chińskich firm, w tym Alibaby i BYD, na listę podmiotów wspierających chińską armię. Spółki te określają decyzję USA jako bezpodstawną.

- Wzywamy Stany Zjednoczone do skorygowania swoich błędnych praktyk i zaprzestania nieuzasadnionego represjonowania chińskich przedsiębiorstw - powiedział rzecznik resortu dyplomacji Lin Jian podczas regularnego briefingu. - Podejmiemy niezbędne środki, aby chronić legalne prawa naszych firm - dodał.

W poniedziałek Pentagon opublikował zaktualizowaną listę przedsiębiorstw operujących w USA, które uważa za zaangażowane we wspieranie chińskiej armii. Znaleźli się tam m.in. potentat handlu elektronicznego Alibaba, gigant internetowy Baidu, producent aut elektrycznych BYD, a także wiodące firmy z sektora biotechnologicznego i zaawansowanej robotyki.

Wpisane na listę korporacje stanowczo zaprzeczyły powiązaniom z wojskiem. Spółka Alibaba oświadczyła, że "nie ma żadnych podstaw" do takiej klasyfikacji i zapowiedziała kroki prawne. Baidu podkreśliło, że "nie zawaha się użyć wszelkich opcji", aby zniknąć z zestawienia.

Obecność na liście Pentagonu nie oznacza nałożenia na te firmy klasycznych sankcji gospodarczych, lecz służy odcięciu ich od amerykańskich zamówień obronnych. Zgodnie z nowymi przepisami resort obrony USA straci pod koniec czerwca możliwość zawierania z nimi bezpośrednich kontraktów. Z kolei w 2027 r. amerykańskie wojsko będzie mieć całkowity zakaz kupowania ich sprzętu i usług - nawet za pośrednictwem innych, zewnętrznych dostawców. Decyzja Pentagonu to także wyraźny sygnał ostrzegawczy dla pozostałych amerykańskich urzędów, by unikały współpracy z wyszczególnionymi podmiotami.

PAP

poniedziałek, 8 czerwca 2026



Amerykanie w tym roku mają ograniczyć około 200 stanowisk w strukturach NATO, przede wszystkim poprzez niewymienianie personelu po zakończeniu rotacji. Dotyczy to nie tylko wybranych dowództw czy struktur koordynacyjnych, ale również części grup eksperckich i właśnie Centrów Doskonalenia. Sama liczba nie musi robić wielkiego wrażenia, jeśli porównać ją z całością obecności USA w Europie. Problem polega na tym, że mówimy o ekspertach (często wojskowych) pracujących w miejscach, gdzie Sojusz myśli, planuje, ćwiczy i przygotowuje się do przyszłych wyzwań.

Pragnę wskazać, że te centra są kluczowe, bo sam brałem udział w ćwiczeniach i symulacjach prowadzonych w podobnych formatach w kilkunastu ośrodkach NATO na świecie. Na przykład uczestniczyłem w ćwiczeniach z Ukrainą, które trwały blisko rok i angażowały ukraińskich wojskowych oraz decydentów, a jednym z ich najważniejszych podsumowań były działania realizowane we wrześniu i październiku 2021 roku w Odessie. Dotyczyły one rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną Ukrainy, scenariuszy presji hybrydowej, zakłóceń dostaw i reakcji państwa na kryzys.

Po rosyjskiej agresji w lutym 2022 roku okazało się, że scenariusze, które przygotowywaliśmy, sprawdziły się w ponad 80%. To demonstruje, że takie ćwiczenia nie są teorią dla teorii, ale przygotowują państwa (i cały Sojusz i partnerów) na sytuacje, które później naprawdę się wydarzają.

W związku z tym, wyjście Amerykanów z tych struktur to nie jest tylko kwestia pieniędzy i braku przedstawiciela. Oceniam to jako brak amerykańskiego głosu w ćwiczeniach, brak amerykańskiego doświadczenia w opracowaniach, brak wspólnych analiz, brak udziału w symulacjach i brak codziennego budowania współpracy w konkretnych państwach. Amerykanie zabierają swoich specjalistów, a razem z nimi część wiedzy, procedur, pamięci instytucjonalnej i politycznego ciężaru, o których tak wiele mówi się w Europie od miesięcy. Centra NATO będą działały dalej, ale bez USA ich znaczenie, szczególnie dla państw partnerskich, będzie słabsze.

Wiadomo już, że Amerykanie wycofują się m.in. z Centrum Doskonalenia Obrony przed Terroryzmem w Ankarze (Defence Against Terrorism Centre of Excellence, DAT COE) oraz z Centrum Doskonalenia Bezpieczeństwa Energetycznego NATO w Wilnie (NATO Energy Security Centre of Excellence, NATO ENSEC COE). To drugie jest szczególnie ważne dla naszej części Europy. Bezpieczeństwo energetyczne po rosyjskiej agresji na Ukrainę stało się jednym z głównych elementów odporności państwa (a jeśli do tego dodamy kryzys na Bliskim Wschodzie to mamy ogromne wyzwania). Jeżeli NATO ma rozumieć, jak Rosja uderza w energetykę, infrastrukturę krytyczną, sieci przesyłowe i społeczeństwa poprzez presję energetyczną, to takie centrum ma znaczenie fundamentalne.

(...)

Za miesiąc odbędzie się szczyt NATO w Turcji i być może prezydent Trump będzie jeszcze korygował część decyzji. Nie zakładałbym jednak, że cały proces zostanie cofnięty. Decyzje o wycofywaniu Amerykanów z części centrów już zapadły i są realizowane. To wpisuje się w szerszą politykę administracji Trumpa, która chce, aby Europa przejmowała większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, a Stany Zjednoczone zachowały swobodę działania wobec Indo-Pacyfiku, Bliskiego Wschodu i własnych priorytetów wewnętrznych.

Nie chodzi już o formalne wyjście USA z NATO. Teraz dotyczy to ograniczania amerykańskiej obecności w miejscach, gdzie Sojusz przygotowuje się do przyszłych kryzysów i wojen. To jest mniej widoczne niż rotacja brygady czy obecność myśliwców, ale wciąż bardzo ważne. Centra eksperckie tworzą analizy, prowadzą ćwiczenia, budują scenariusze i uczą państwa reagowania zanim dojdzie do wojny. Jeżeli Amerykanie wycofują specjalistów z tych struktur, Europa traci część amerykańskiego doświadczenia, wiedzy i politycznego ciężaru.

defence24.pl
 
 
W Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu, 3-6 czerwca 2026 r., uczestniczyło czterech ważnych polityków AfD: zastępca przewodniczącej frakcji AfD w Bundestagu Markus Frohnmaier, przewodniczący AfD w Saksonii Jörg Urban, poseł do Bundestagu Steffen Kotré oraz eurodeputowany Petr Bystron. Największe kontrowersje wzbudziło spotkanie Frohnmaiera z prezesem Gazpromu Aleksiejem Millerem, bliskim współpracownikiem Władimira Putina. Sam Frohnmaier przyznał, że rozmowy dotyczyły możliwości ponownego uruchomienia gazociągów Nord Stream i wznowienia dostaw rosyjskiego gazu do Niemiec. 

Powyższy wątek wpisuje się w konsekwentnie prezentowane przez AfD stanowisko, że zerwanie współpracy energetycznej z Rosją i sankcje wobec niej przyniosły Niemcom straty gospodarcze. Dlatego partia ta, odwołując się do interesów niemieckiego przemysłu i znaczenia taniej energii, postuluje naprawę relacji z Moskwą. Warto też przypomnieć, że już w 2019 r. media informowały o przeciekach z otoczenia rosyjskiego prezydenta, z których wynikało, że Frohnmaier jest uważany za polityka pozostającego pod absolutną kontrolą Kremla. 

Podczas Forum Ekonomicznego w Petersburgu politycy AfD mówili przede wszystkim o konieczności odbudowy relacji niemiecko-rosyjskich. W ich wypowiedziach powracał argument o wspólnym europejskim dziedzictwie kulturowym Rosji i Niemiec oraz wybrzmiewało przekonanie, że dialog z Moskwą powinien zostać wznowiony mimo sprzeciwu większości niemieckich polityków. Urban np. przekonywał, że kultura, nauka i edukacja powinny odgrywać kluczową rolę w procesie odbudowy wzajemnego zaufania. Przypominając o historycznych powiązaniach Saksonii z Rosją, pochodzących jeszcze z czasów komunistycznych, dowodził, że wielu mieszkańców tego kraju związkowego nadal opowiada się za utrzymywaniem kontaktów z Rosjanami. Trend ten – mówił Urban – trwa pomimo działań polityków głównego nurtu, zmierzających do ograniczania wspomnianych relacji. 

Kotré z kolei określił siebie mianem „dziecka NRD”, wskazując, że to właśnie doświadczenia z młodości ukształtowały jego zainteresowanie Rosją. Argumentował, że w obliczu sytuacji politycznej w Europie Zachodniej jedynym sposobem na przełamanie impasu jest konsekwentne robienie małych kroków. Za taki uznał samą obecność polityków AfD na organizowanym w Rosji wydarzeniu. Także Bystron ostro krytykował sankcje gospodarcze wobec Rosji oraz wycofanie się z rosyjskiego rynku takich niemieckich firm, jak Siemens czy BMW. Określił to mianem hańby. 

Uczestnikami dyskusji na Forum w Petersburgu byli również inni zwolennicy odbudowy relacji niemiecko-rosyjskich. Wśród nich znalazł się m.in. niemiecki dyrygent i pianista Justus Frantz, w 2025 r. odznaczony przez Putina Orderem Przyjaźni, czy Daniil Bissinger, były rosyjski dyplomata, przedstawiany jako zwolennik walki z dezinformacją. Na Forum Bissinger krytykował niemieckie media za przedstawianie negatywnego obrazu Rosji oraz wskazywał na potencjał współpracy wynikający z połączenia rosyjskich zasobów z niemieckimi technologiami.

W Berlinie krytycznie oceniono udział polityków AfD w Forum, podkreślając, że stanowi ono element rosyjskich działań mających na celu stwarzanie pozorów normalności mimo prowadzonej przez Rosję wojny na Ukrainie. Niemiecki resort spraw zagranicznych miał odradzać przedstawicielom tego ugrupowania uczestnictwo w konferencji, argumentując, że byłoby to sprzeczne z założeniami polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Niemiec. Obecność polityków AfD w Petersburgu nie spotkała się natomiast z krytyką ze strony kierownictwa partii; można nawet uznać, że uzyskała milczącą aprobatę. Pokazuje to istotną zmianę w stanowisku władz partyjnych – w listopadzie 2025 r. Alice Weidel otwarcie kwestionowała sens podobnych wizyt i zapowiadała konsekwencje wobec polityków uczestniczących w takich wydarzeniach. Może to oznaczać rosnącą akceptację w kierownictwie AfD dla nurtu opowiadającego się za odbudową bliskich relacji z Rosją. 

iz.poznan.pl


Iran ponownie atakuje rakietami Izrael, który bombarduje terytorium Republiki Islamskiej. Beniamin Netanjahu zignorował Donalda Trumpa, który nakłaniał go do odstąpienia od eskalacji. Do wymiany ciosów włączyli się także Huti w Jemenie, atakując centralny Izrael.

Pytanie o to, kto zaczął i sprowokował eskalację, jest pytaniem o pierwszeństwo jajka czy kury.
  • Cahal zwalcza Hezbollah na południu Libanu, żeby zapewnić bezpieczeństwo północnemu Izraelowi.
  • Hezbollah nie zgodził się na ograniczenie ataków, dopóki Cahal okupuje południe. Stąd powtarzające się ataki rakietowe i dronowe, także na północny Izrael.
  • Premier Netanjahu ogłosił, że Izrael nie będzie atakował Bejrutu, jeżeli Hezbollah nie będzie atakował północnego Izraela. Ponieważ ataki miały miejsce, bomby spadły w stolicy Libanu.
  • Iran zapowiedział atak na Izrael, jeżeli Cahal zbombarduje Bejrut. Stąd nocny atak pociskami balistycznymi na północny Izrael.
  • Izrael odpowiedział pomimo rozmowy telefonicznej, w której Trump przekonywał Netanjahu do zachowania spokoju, skoro w ataku irańskim nikt nie zginął. Izraelczycy zbombardowali kilkanaście celów w zachodnim i centralnym Iranie, w tym zakłady petrochemiczne.
  • Iran odpowiada na ataki Izraela. Do walki włączyli się Huti z Jemenu, wystrzeliwując rakietę balistyczną w kierunku Tel Awiwu.
  • Wymiana może, choć nie musi, potrwać.
Otwierające salwy walk między Izraelem a Iranem ilustrują obecną rzeczywistość na Bliskim Wschodzie, zmienianą przez wojnę z Iranem.

Po pierwsze, sojusz irański w regionie. Iran bardzo poważnie traktuje swoje zobowiązania wobec sojuszników (ang. proxy) w regionie i gotów jest używać siły w ich obronie. Teheran od końca lat 80. ubiegłego wieku wspierał Hezbollah, lecz dopiero teraz otwarcie zaatakował Izrael w jego obronie. Co więcej, aktywizacja Hutich pokazuje, że jest to aktywna sieć zależności. Warto podkreślić, że atak z Jemenu został skoordynowany z równoczesnym atakiem rakietowym z Iranu. Amerykanom i Izraelczykom nie udało się rozbić irańskiego sojuszu podczas negocjacji, a Teheran nie jest gotowy „przehandlować” Hezbollahu czy Hutich, na przykład w zamian za ustępstwa gospodarcze.

Po drugie, asertywność Teheranu. Donald Trump miał rację, mówiąc, że wojna już doprowadziła do zmiany reżimu w Iranie. Rzeczywiście Republiką Islamską rządzą obecnie ludzie bardziej skłonni do użycia siły niż ich poprzednicy z ajatollahem Alim Chamaneim na czele. W przeszłości Teheran działał w sposób bardziej subtelny i zakulisowy, przede wszystkim grając groźbami i dokonując zamachów, od których Republika Islamska przynajmniej nominalnie się odcinała. Teraz Irańczycy, posiadający duże zdolności militarne i jeszcze większe możliwości adaptacji i odbudowy sił, w sposób otwarty opierają swoje argumenty na sile. Nie obejmuje to jedynie siły kinetycznej, rakiet i dronów, ale także zdolności cybernetyczne, wojnę informacyjną i możliwość oddziaływania na gospodarkę globalną.

Po trzecie, kolejny cios został zadany pozycji Stanów Zjednoczonych. Tym razem uderzenie przyszło ze strony bliskiego sojusznika – Izraela. Po nocnym ataku irańskim na Izrael Donald Trump telefonicznie rozmawiał z Beniaminem Netanjahu, nieskutecznie odwodząc go od eskalacji. Z doniesień prasowych wynika, że był przekonany, iż udało mu się zażegnać eskalację, która może pokrzyżować plany zakończenia wojny i wycofania się Stanów Zjednoczonych z konfliktu rozpoczętego w dużej mierze za namową Izraela.

Netanjahu stał przed wyborem pomiędzy sojuszem a władzą. Przytłaczająca większość Izraelczyków popiera wojnę z Iranem i uważa, że należy zniszczyć Hezbollah w Libanie, a każdy atak z Iranu musi spotkać się z miażdżącą odpowiedzią. Sentyment ten popierają politycy od lewa do prawa sceny politycznej. Oznacza to, że powstrzymanie się od zbombardowania Iranu z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby dla Netanjahu utratę władzy jesienią. Dokonał wyboru politycznego, argumentując, że bezpieczeństwo Izraela jest na pierwszym miejscu, a regionalne zakusy Teheranu muszą być kontrowane.

Obecna wymiana ciosów pokazuje, jak niebezpieczny jest brak porozumienia i rozwiązania konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Brak regionalnego uregulowania sporu pokazuje, że każdy z graczy może zainicjować serię wydarzeń prowadzącą do eskalacji. Może ona także wyniknąć z niewielkiego, wymykającego się spod kontroli incydentu, w którym jedna ze stron ponosi niemożliwe do zaakceptowania straty.

Iran i Izrael wypracowują obecnie parametry konfliktu z pominięciem Stanów Zjednoczonych. Iran pokazuje, że atak na jednego sojusznika jest atakiem na wszystkich i wymaga zbrojnej odpowiedzi wszystkich razem. Izrael stara się podważyć tę formułę, zachowując zdolność do niezależnego prowadzenia serii małych wojen i atakowania każdego wroga według własnego uznania.

dnbw.substack.com


Uwagę obserwatorów zwracają zmiany w sposobie publikowania danych dotyczących zaufania do władz. Wszechrosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej (WCIOM), największy tego typu państwowy ośrodek w Rosji, zaprzestał publikacji wyników sondaży zaufania do Władimira Putina, obliczanych metodą "otwartej ankiety" — czyli takiej, w której respondenci sami wskazują polityków, którym ufają, bez wcześniejszego wymieniania rosyjskiego prezydenta.

Obliczony w ten sposób wskaźnik poparcia dla Putina na początku kwietnia spadł do 29,5 proc., czyli najniższego poziomu od początku wojny, i okazał się ponad dwukrotnie niższy od wskaźnika w "zamkniętej" ankiecie, w której respondenci są pytani, czy ufają właśnie Putinowi (73,8 proc. na początku kwietnia i 72,3 proc. pod koniec maja).

Od początku roku "otwarty" wskaźnik zaufania do Putina spadł o 5,5 punktu. Z kolei w stosunku do szczytów z marca 2024 r. — o 19,5 (czyli o ponad jedną trzecią), a w porównaniu z rekordowym poziomem z 2014 r. zmniejszył się ponad dwukrotnie: wówczas o zaufaniu do Putina mówiło 68 proc. respondentów.

onet.pl\The Moscow Times


Partia Pracy Starmera z radością obserwowała, jak konserwatyści pogrążają się w chaosie, wystawiając czterech premierów w ciągu ośmiu lat. Jednak te same podziały frakcyjne i rozgoryczenie wyborców, które nękały torysów, pochłaniają teraz Starmera. Te żarty o tym, że premier Liz Truss nie przetrwa [na stanowisku] dłużej niż główka sałaty, nie będą wydawały się tak zabawne, jeśli następny potencjalny lokator przy Downing Street 10, Burnham, przegra w tym miesiącu wybory uzupełniające, a Partia Pracy wróci do punktu wyjścia.

Dziesięć lat po tym, jak Wielka Brytania zagłosowała za opuszczeniem Unii Europejskiej, kraj pozostaje tak samo niezadowolony i podzielony. Każdy długoletni obserwator brytyjskiej polityki może wyrecytować powody, tak jak wielu to robiło, gdy byłem tam w zeszłym miesiącu: brak realnego wzrostu gospodarczego, stagnacja płac oraz zawirowania spowodowane kolejnymi falami covidu, wojnami w Ukrainie, a teraz w Iranie.

Do tego dochodzą bardziej delikatne, ale niezaprzeczalne podziały kulturowe dotyczące imigracji i tożsamości, które podsyciły populistyczną reakcję. Brexit nie tylko nie uczynił Wielkiej Brytanii znów wielką, ale tylko pogłębił cynizm społeczny. Gospodarka nie odżyła. I choć odłączenie się od kontynentu mogło utrudnić migrację polskiemu hydraulikowi, nie powstrzymało to napływu muzułmanów o innym kolorze skóry, których przybycie zradykalizowało środkową Anglię.

Wystarczy spojrzeć na reakcję prawicy w dekadzie brexitu: od Borisa Johnsona przez Nigela Farage'a po, obecnie, Ruperta Lowe'a i jego partię Restore (Przywrócenia), która uważa, że partia Reform Farage'a jest zbyt łagodna w kwestii imigracji. Nie wspominając już o Robinsonie i jego oddziałach szturmowych, którzy machają flagami Union Jack i św. Jerzego równie subtelnie, jak niegdyś amerykańscy segregacjoniści podnosili sztandar Konfederacji. Można wyśmiewać Lowe'a i Robinsona jako reprezentantów skrajnej prawicy, ale najbogatszy człowiek świata, Elon Musk, nie lekceważy tej dwójki — pomaga ją finansować.

Ten gwałtowny zwrot w prawo, od podupadłej elegancji absolwentów Eton do bigoterii chuliganów piłkarskich, wywrócił Partię Konserwatywną do góry nogami, co zostało dobrze udokumentowane. Jednak zeszłomiesięczne wybory lokalne w Wielkiej Brytanii pokazały, jak Partia Pracy również znajduje się w oblężeniu ze strony rozgoryczonego elektoratu: poniosła straty na swoim tradycyjnym zapleczu robotniczym na rzecz partii Reform Farage'a, została podgryziona w centrum przez Liberalnych Demokratów i osłabiona na lewicy przez Zielonych.

Nie ma chyba lepszego dowodu na głębsze problemy strukturalne niż upadek Starmera, niecałe dwa lata po powrocie jego partii do władzy. Brakuje mu charyzmy i wizji, ale jest postacią tak nieszkodliwą i flegmatyczną, jak to tylko możliwe. Stał się jednak uosobieniem nieudolnego rządu, budzącą taką falę drwin i pogardy, że trudno mi było to pojąć, dopóki pewien bystry student politologii nie wyjaśnił mi tego wprost: to algorytmy, głupcze.

Kultura smartfonowa, którą były senator USA Lamar Alexander nazywa "cyfrową demokracją", przyspieszyła i zbrutalizowała politykę, wypaczając kulturę motywacji dla wybranych urzędników i prasy próbującej nadążyć za zmianami, jednocześnie pchając zwykłych wyborców głębiej w izolację.

onet.pl\Politico

sobota, 6 czerwca 2026



PAP /Mira Suchodolska - red./: „Enter i znikasz” to książka o smartfonach, uzależnieniach czy o tym, że cywilizacja właśnie się wykoleiła?

Daniel Dziewit /terapeuta uzależnień - red./: To jest książka głęboko humanistyczna. O człowieku, którego algorytmy zaczęły tresować dokładnie tak, jak kiedyś tresowano zwierzęta w cyrkach. Dzisiaj oburzamy się, gdy ktoś wykorzystuje słonia albo tygrysa dla rozrywki, natomiast zupełnie normalne wydaje nam się masowe uzależnianie ludzi – i to od najmłodszych lat – przez platformy technologiczne.

Ta książka jest próbą przypomnienia, że człowiek ma prawo do wysiłku, skupienia, cierpliwości, do przeżywania porażek i sukcesów w realnym świecie. Tymczasem algorytmy robią wszystko, żebyśmy byli impulsywni, rozleniwieni i niezdolni do dłuższej koncentracji. One zarabiają wtedy najwięcej.

PAP: Mówi pan wręcz o utracie dzieci przez rodziców.

D.D.: Bo wielu rodziców naprawdę traci swoje dzieci. Nie fizycznie, ale psychicznie i emocjonalnie. Dziecko siedzi obok ojca czy matki na kanapie, ale mentalnie już dawno mieszka w TikToku, Discordzie albo w świecie gier komputerowych.

I to nie jest wyłącznie kwestia samego ekranu. Wraz z tym znikają relacje, autorytety, szacunek do szkoły, pracy, sportu, a nawet do sukcesu. 

(...)

PAP: Padają u pana bardzo mocne słowa o rodzicach.

D.D.: Bo wielu rodziców po prostu boi się wychowywać. Boi się zakazów, konsekwencji i stawiania granic. Tymczasem dziecko nie potrzebuje w domu kolegi ani kumpla od scrollowania TikToka. Ono potrzebuje rodzica.

Jeżeli rodzic mówi: „Nie pozwolę, żeby ktoś rył psychikę mojego dziecka”, to nie jest żadna przemoc. To jest odpowiedzialność. Ja często powtarzam, że zakaz powinien być skierowany nie przeciwko dziecku, ale przeciwko platformie, która zarabia na uzależnianiu młodych ludzi.

PAP: Pisze pan, że dzieci szantażują rodziców nawet groźbami samobójstwa.

D.D.: I niestety dzieje się to coraz częściej. Rodzic słyszy: „jak zabierzesz mi telefon, to się zabiję”. Włos staje mu wtedy dęba na głowie, bo nie wie, czy to manipulacja, czy realne zagrożenie. Nie wie, czy ma dzwonić po psychiatrę, karetkę czy policję.

Najczęściej kończy się to kapitulacją. Rodzic odpuszcza i oddaje stery uzależnionemu dziecku. To ono zaczyna decydować, ile czasu spędza w sieci, kiedy śpi i jak funkcjonuje cały dom.

Kiedy rodzice próbują jednak postawić granice, dochodzi do awantur, wyzwisk, agresji, a czasem nawet interwencji policji. Nazywam to „smartfonowymi libacjami”. Rodzice wyłączają internet, a dziecko wpada w furię jak człowiek na głodzie narkotykowym. Zdarza się, że dzieci fizycznie atakują swoje mamy i ojców, bywa, że za pomocą niebezpiecznych narzędzi.

PAP: Stwierdził pan, że technologie są „prostackie”.

D.D.: Bo w dużej mierze są. Scrollowanie polega na tym, że człowiek leży i bez końca przesuwa palcem po ekranie. To nie wymaga wysiłku, refleksji ani cierpliwości. To jest czynność skrajnie prymitywna, choć opakowana w nowoczesny design i marketing.

Problem polega na tym, że im prostsza jest technologia, tym bardziej uzależnia. Człowiek przestaje ćwiczyć pamięć, skupienie i wytrwałość. Wszystko ma być szybkie, natychmiastowe i bezwysiłkowe.

Potem słyszymy od nastolatki, że „książki śmierdzą starymi ludźmi” – tak powiedziała nastoletnia uczestniczka jednego z badań czytelnictwa i czasu spędzanego w sieci. I to nie jest już śmieszne. To jest symbol ogromnego kryzysu kulturowego. Książka wymaga skupienia, ciszy, wyobraźni i cierpliwości, czyli dokładnie tego, czego współczesny świat cyfrowy próbuje człowieka oduczyć.

(...)

PAP: Opowiada pan też historię 20-latka uzależnionego od VR.

D.D.: Policzyliśmy wspólnie, ile czasu spędził w świecie gier i VR-u. Wyszło około 20 tysięcy godzin. To ponad dwa lata życia bez przerwy przed ekranem. Natomiast około pięciu tysięcy godzin spędził w okularach VR.

Tam były wirtualne kobiety, wirtualny seks, różne sensoryczne gadżety, które miały imitować prawdziwe doświadczenia. Efekt był taki, że chłopak praktycznie przestał funkcjonować w realnym świecie. Nie był zdolny do pracy, nauki ani normalnych relacji.

Wokół niego wszyscy pracowali: terapeuci, psychiatrzy, rodzina. Mama i babcia martwiły się o niego, przynosiły jedzenie, próbowały ratować sytuację. A on żył właściwie wyłącznie w cyfrowym świecie.

Powiedziałem mu wtedy: „gdybyś przez sześć godzin dziennie ćwiczył grę na gitarze, język albo sport, byłbyś dziś mistrzem w jakiejś dziedzinie. Tymczasem jesteś na terapii odwykowej od VR-u”. I to jest właśnie dramat współczesności.

(...)

PAP: Naprawdę uważa pan, że ludzkość się cofa?

D.D.: Tak i nie jestem w tej opinii odosobniony. Shoshana Zuboff pisze wręcz, że pod względem zdolności koncentracji, samodzielnego myślenia i jakości debaty publicznej zaczynamy cofać się do czasów sprzed rewolucji Gutenberga. Druk wymusił na człowieku skupienie, cierpliwość i umiejętność analizy tekstu. Tymczasem dziś wracamy do kultury krótkiego impulsu, obrazka i natychmiastowej reakcji.

Jednocześnie technologia coraz głębiej wchodzi w nasze życie. Mamy inteligentne materace analizujące dźwięki w sypialni, ubrania monitorujące zachowanie człowieka, urządzenia śledzące emocje, reakcje i codzienne nawyki. Granice prywatności zostały dawno przekroczone, a człowiek zaczyna funkcjonować bardziej jako źródło danych niż świadomy uczestnik życia społecznego.

Granice prywatności zostały dawno przekroczone, tylko większość ludzi przestała to zauważać. Technologia zaczyna wchodzić już nie tylko do naszych kieszeni, ale do łóżek, rodzin i głów.

Dlatego mówię o człowieku jako o „mieniu cyfrowym”. W świecie platform technologicznych użytkownik nie jest już klientem ani odbiorcą, tylko surowcem. Jego uwaga, emocje, lęki, impulsy i czas są przeliczane na pieniądze. Algorytmy nie są projektowane po to, żeby człowieka rozwijać, uspokajać czy uszczęśliwiać, ale po to, żeby zatrzymać go przed ekranem jak najdłużej. Im bardziej człowiek jest uzależniony, rozemocjonowany i przyklejony do telefonu, tym większy zysk osiąga platforma. W tym sensie współczesny użytkownik staje się dla gigantów technologicznych czymś w rodzaju cyfrowego mięsa armatniego – zasobem do eksploatacji.

PAP


PAP: Współczynnik dzietności znów spadł i wyniósł w ubiegłym roku 1,068. Systematycznie spada też liczba urodzeń. Mówimy o katastrofie demograficznej?

Irena E. Kotowska, profesor zwyczajna, Honorowa Przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN, członkini Rządowej Rady Ludnościowej: Niska płodność to tylko jeden z elementów obecnego etapu rozwoju demograficznego, nie tylko w Polsce, ale także w rosnącej liczbie krajów. Ten etap jest określany jako post-tranzycyjny, bowiem wystąpił po przejściu od tradycyjnej reprodukcji ludności z wysoką płodnością i umieralnością do reprodukcji nowoczesnej, w której żyjemy coraz dłużej, ale dzieci rodzi się mniej.

Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku demografowie oczekiwali, że nowoczesną reprodukcję ludności będzie charakteryzować płodność z współczynnikiem dzietności wahającym się wokół wartości 2,1, gwarantującej odtwarzanie pokoleń. Tak się nie stało – w 2024 roku ponad połowa krajów, prawie dwie trzecie populacji świata, miała współczynnik dzietności poniżej 2,1.

Z utrwalaniem się płodności poniżej zastępowalności pokoleń mamy więc do czynienia od lat 70-tych ubiegłego wieku, w Polsce od lat 90. Co więcej, w rosnącej liczbie krajów występuje niska płodność, czyli współczynnik dzietności nie przekracza 1,5, lub bardzo niska płodność, czyli współczynnik poniżej 1,3. Niska i bardzo niska płodność to doświadczenie ostatnich trzech dekad, dotyczy to także Polski. Nieporozumieniem jest nazywanie tej zmiany katastrofą. To globalna zmiana płodności, a nie kryzys czy katastrofa.

PAP: „Wymieramy” - to niektóre komentarze pod danymi GUS-u.

I.E.K.: Nie wymieramy, ale jest nas mniej. Spada liczba ludności, czyli mamy do czynienia z depopulacją. Wynika to przede wszystkim z utrzymywania się niskiej płodności od końca lat 90. Powoduje to głębokie zmiany struktury wieku ludności. Coraz więcej jest osób w wieku 65 lat i starszych, a coraz mniej osób młodych, w tym także osób w wieku rozrodczym, czyli 15-49 lat. Zmniejsza się liczba osób w wieku 20-64 lata. To prowadzi do utrwalania się nadwyżki zgonów nad urodzeniami. Liczba ludności będzie spadać, nawet gdyby udało nam się znacząco podnieść płodność. Dlatego nie powinniśmy skupiać się co roku na spadku liczby urodzeń, tego trendu nie można odwrócić w najbliższych kilku dekadach, ale przede wszystkim rozmawiać o tym, co zrobić, żeby ten spadek był wolniejszy. Mnie spadek liczby urodzeń w kolejnych latach nie dziwi. Wolałabym komentować to, ile dzieci urodziło się dzięki programowi in vitro, czyli w jakim stopniu udało się spowolnić tendencję spadkową.

PAP: Według rządu dzięki centralnemu finansowaniu tej procedury urodziło się 15 tys. dzieci. W debacie społecznej, politycznej jako możliwe przyczyny niskiej dzietności wymieniane są brak dostępności mieszkań, tempo życia, brak stabilizacji w pracy, zmiany kulturowe. Czy badania odpowiadają na pytanie, dlaczego spada dzietność?

I.E.K.: Czynniki takie jak dostęp do mieszkań, stabilność pracy czy partnerstwo w rodzinie mają znaczenie potwierdzone w badaniach. Natomiast ich rola jest różna w zależności od oczekiwań ludzi wobec swojego życia, partnera i rodziny. Wyobrażenia o tym, jak ma wyglądać rodzina i relacje z parterem zmieniają się. Państwo nie odpowiada za to, czy relacje te są trwałe i szczęśliwe. Nie chcę usprawiedliwiać niedostatku działań państwa wobec rodziny, ale nawet jeśli wprowadza regulacje jak najpierw urlop ojcowski, a potem urlop rodzicielski, nie oznacza to jeszcze, że ojcowie szeroko z niego skorzystają. Rośnie co prawda wykorzystanie tych uprawnień przez ojców, ale nadal niesymetryczny podział obowiązków i odpowiedzialności w rodzinie między kobiety i mężczyzn jest ważnym czynnikiem ograniczającym decyzje o dziecku. Z kolei bezpieczeństwo pracy, jej stabilność to nie tylko odpowiedzialność państwa, ale też pracodawcy, czy organizacji związkowych. Mam do związków pretensje, że nie wywiązują się ze swoich zadań.

Natomiast są jeszcze dwa bardzo ważne elementy w dyskusji o dzietności, która ma wspierać autonomiczne wybory dotyczące rodzicielstwa. Rodziny w sytuacji przewlekłej choroby lub nagłego zdarzenia nie czują wsparcia systemowego. Dłuższe urlopy rodziców wcześniaków to za mało. Bezpieczeństwo rodzin zmagających się z trudnościami związanymi z chorobą dorosłych i dzieci musi być elementem polityki rodzinnej.

Drugi element to zdrowie reprodukcyjne. To temat w Polsce upolityczniony. Program leczenia niepłodności wymaga nie tylko stabilnego i zwiększonego finansowania. Wymaga też rzetelnej edukacji zarówno osób dorosłych jak i młodszych pokoleń. Nadal niejednokrotnie osoby, które starają się o pierwsze lub kolejne dziecko z wykorzystaniem procedury in vitro, ukrywają to. Tymczasem niepłodność jest chorobą, która może dotyczyć naszych najbliższych, a przede wszystkim dotyczy coraz większej liczby osób.

Międzynarodowe badanie Generations and Gender Survey przeprowadzone latach 2020-2023 w 10 krajach pokazuje, że niepłodność była istotną barierą prokreacji dla znaczącej grupy kobiet i mężczyzn w wieku 42-50 lat, którzy nie mają dzieci, choć chcieli albo mają mniej dzieci, niż chcieli. W grupie osób mających mniej dzieci niż chciało 22,5 proc. mężczyzn i aż 32,3 proc. kobiet doświadczyło niepłodności. Spośród bezdzietnych osób, które nie zrealizowały swych planów rodzicielskich, 18,1 proc. mężczyzn i aż 32 proc. kobiet doświadczyło niepłodności. Wśród rodziców jednego dziecka, którzy nie spełnili swych planów aż 29,5 proc. mężczyzn i aż 36,8 proc. kobiet doświadczyło niepłodności.

PAP: To efekt późnej decyzji o poczęciu dziecka?

I.E.K.: Opóźnienie prokreacji jest czynnikiem, który może wpłynąć na lukę płodności, czyli posiadanie mniejszej liczby dzieci, niż ta zamierzona. Przy czym chodzi nie tylko o to, że wraz z wiekiem kobiet zmniejsza się szansa poczęcia dziecka. Chodzi także o to, że wcześniej podejmowane próby zajścia w ciążę sprawiłyby, że kobieta wcześniej dowiedziałaby się o tym, że ma problem z zajściem w ciążę, a to umożliwiłoby wcześniejsze zdiagnozowanie niepłodności i jej leczenie.

Jako przyczyny niepłodności wymienia się styl życia, zatrucie środowiska, w tym także mikroplastikiem wchłanianym przez organizm. Wskazuje się, że populacja ma mniejszy potencjał rozrodczy także dzięki postępowi medycyny, gdyż przeżywają osoby o gorszych parametrach zdrowotnych. Do tego dochodzą choroby przewlekłe, otyłość, czy choroby nowotworowe, na które coraz częściej zapadają młode osoby, a to może ograniczać możliwości poczęcia dziecka. Jako społeczeństwo nie mamy wystarczającej świadomości tych wyzwań, co zresztą potwierdzają badania. Dlatego w każdym swoim wystąpieniu podkreślam, że polityka wspierania decyzji rodzicielskich powinna zawierać edukację zdrowotną od najmłodszych lat.

PAP: Jaki wpływ na decyzję o posiadaniu dziecka ma sytuacja międznarodowa?

I.E.K: Dyskutując o niskiej dzietności w Polsce, pomijane są niekorzystne okoliczności podejmowania decyzji o dziecku, będącym zobowiązaniem na całe życie. Wstępne wyniki badania Generations and Gender Survey w Polsce, które właśnie kończymy, wskazują, że około 80 proc. respondentów między 18. a 59. rokiem życia deklaruje zagrożenie wojną jako lęk, który dominuje w ich życiu. Zbliżone nasilenie lęku występuje też w innych krajach (Estonia, Mołdawia, Czechy). Pamiętajmy jednak, że w Polsce dodatkowo obawy związane z prokreacją wynikają z ograniczenia dostępu do legalnej aborcji po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r. Badania potwierdzają, że prawa reprodukcyjne w Polsce są ważną barierą decyzji o urodzeniu pierwszego i drugiego dziecka, zwłaszcza dla kobiet.

PAP: Płodność będzie wyzwaniem. Nie ma odwrotu od trendu?

I.E.K: Uważam, że jesteśmy w stanie nieco podnieść płodność, ale liczba urodzeń będzie spadać. Powrót do poziomu gwarantującego zastępowalność pokoleń nie jest już możliwy. Nie mówmy jednak o kryzysie demograficznym w sytuacji, gdy żyjemy coraz dłużej i poprawia się czas życia w dobrym zdrowiu. Ponadto nastąpiła historyczna zmiana - Polska stała się krajem napływu migrantów. W 2024 r. około 7 proc. urodzeń to były dzieci cudzoziemek. Nie można oczekiwać, że migracja zmieni trend urodzeń, ale może nieco go spowolnić. Na pozytywne cechy zmian ludnościowych na tym post-tranzycyjnym etapie reprodukcji ludności też trzeba zwracać uwagę.

Rozmawiała Katarzyna Nocuń 

PAP