wtorek, 19 maja 2026



Poufne dokumenty Mety odsłaniają kulisy nadchodzącej fali zwolnień, która ruszy już 20 maja. Właściciel Facebooka i Instagrama planuje zredukować zatrudnienie o około 10%, co oznacza zwolnienie blisko 8 tysięcy osób.

(...)

Nadchodzące zmiany to także drastyczne spłaszczenie struktury zarządzania firmą. Meta likwiduje wiele stanowisk menedżerskich na rzecz mniejszych, autonomicznych zespołów projektowych. Bardziej horyzontalna struktura ma pozwolić korporacji na szybsze podejmowanie decyzji i wyraźne podniesienie produktywności.

Jednocześnie firma zamierza przenieść aż 7 tysięcy dotychczasowych pracowników do zupełnie nowych działów powiązanych z AI. Przesunięcia te, nazywane wewnątrz firmy „poborem”, zasilą m.in. zespoły Applied AI Engineering. Część osób o zmianie swoich stanowisk dowiezie się w tym samym dniu, w którym ogłoszone zostaną zwolnienia.

Wielka reorganizacja to bezpośredni efekt gigantycznych nakładów inwestycyjnych na rozwój zaawansowanych modeli AI. Mark Zuckerberg już wcześniej uprzedzał, że koszty infrastruktury wymuszą drastyczne oszczędności w innych obszarach, w tym likwidację 6 tysięcy nieobsadzonych wakatów. Ciągła niepewność doprowadziła jednak do bezprecedensowego tąpnięcia morale w firmie.

Działania Mety wpisują się w szerszy trend widoczny w całej Dolinie Krzemowej. Coraz więcej gigantów technologicznych decyduje się na masowe cięcia kosztów, aby sfinansować transformację w kierunku technologii „AI-native”. 

bankier.pl

niedziela, 17 maja 2026



Dla Iranu relacja z Chinami ma wartość tylko wówczas jeśli nie jest sprzeczna z jego racją stanu. W czasach nowożytnych, w tym w szczególności w XX w., relacje irańsko-chińskie nie były ani intensywne, ani szczególnie przyjazne. Dopiero izolacja Iranu, związana z jego programem nuklearnym, otworzyła Chinom drogę do zintensyfikowania współpracy z Iranem ale nie doprowadziło to do zaniknięcia nieufności ze strony Irańczyków, w tym elit rządzących. Przełomowe znaczenie miała wizyta Xi Jinpinga w 2016 r. i chińskie plany włączenia Iranu w projekt Inicjatywy Pasa i Szlaku. Po podpisaniu JCPOA Iran był jednak zainteresowany zrównoważoną współpracą gospodarczą zarówno z Chinami jak i Europą. Dopiero wystąpienie Trumpa z JCPOA postawiło Teheran w sytuacji bezalternatywnej, co Pekin brutalnie wykorzystał doprowadzając do podpisania w 2021 r. 25-letniego Planu Współpracy. Zakłada on chińskie inwestycje w Iranie o wartości 300-400 mld USD ale w praktyce nic takiego się nie stało, a jedynym realnym efektem było to, że Iran sprzedawał Chinom swoją ropę z gigantycznym rabatem.

Umowa ta była od początku krytykowana w Iranie, w tym przez przedstawicieli elity rządzącej, jako zagrażająca irańskiej suwerenności ale ośrodki decyzyjne uciszały te głosy, gdyż niepowodzenie w negocjacjach z Zachodem stawiało Iran w sytuacji bez wyjścia. Z drugiej strony Chiny były zainteresowane rozwiązaniem kwestii programu nuklearnego Iranu, gdyż otworzyłoby to im drogę do inwestycji w Iranie, choć pozwoliłoby też Iranowi sprzedawać swoją ropę i ściągać inwestycje z Zachodu. Jeszcze w 2025 r. Iran był gotów wpuścić amerykańskich inwestorów w ramach kompleksowego dealu ale wojna zmieniła to podejście. Obecnie można już oczekiwać, że po zniesieniu sankcji Chiny utrzymałyby swoją uprzywilejowaną pozycję, choć Iran nie byłby całkowicie zamknięty dla Europy (w odniesieniu do USA sytuacja byłaby już jednak inna).

Iran gotów był zatem na asymetryczny deal gospodarczy z Chinami ze względu na swoją izolację oraz oczekiwanie, że doprowadzi to do stworzenia sojuszu irańsko-chińskiego (a szerzej irańsko-chińsko-rosyjskiego). Przed wybuchem wojny Chiny nie były jednak takim sojuszem zainteresowane, gdyż ograniczałoby to im pole manewru w relacjach z sunnickimi państwami arabskimi. Iran nie miał natomiast żadnego lewara by podnieść swoją atrakcyjność względem Chin.

defence24.pl

piątek, 15 maja 2026



Nie zobowiązałem się do niczego w sprawie Tajwanu; przywódca ChRL Xi Jinping pytał mnie, czy będę bronić wyspy, nie chcę o tym rozmawiać - powiedział w piątek prezydent USA Donald Trump w drodze powrotnej po zakończeniu wizyty w Chinach. Dodał też, że nie zdecydował, co zrobi w sprawie sprzedaży broni Tajwanowi.

Pytany przez dziennikarzy na pokładzie Air Force One, czy będzie bronić Tajwanu w razie chińskiej inwazji, Trump odparł, że nie chce odpowiadać.

- Jest tylko jedna osoba, która to wie. Wiecie kim ona jest? To ja, jestem jedyną osobą. Prezydent Xi zadał to pytanie dzisiaj. Powiedziałem, że nie rozmawiam o tym - oświadczył prezydent USA.

- On (Xi) nie chce widzieć ruchu w kierunku niepodległości. Mówi: "Słuchajcie, wiecie, mieliśmy to przez tysiące lat" (...), jeśli chodzi o Tajwan, on jest bardzo zdecydowany. Nie poczyniłem żadnego zobowiązania w tę czy w drugą stronę - powiedział Trump, pytany o rozmowy z Xi na temat wyspy.

Dopytywany o to, czy zdecydował się odblokować wstrzymaną rekordową sprzedaż broni dla Tajwanu, dał do zrozumienia, że nie podjął decyzji. - Podejmę decyzję przy najbliższej okazji (...) muszę porozmawiać z osobą, która teraz, wiecie, która rządzi Tajwanem - powiedział.

Kiedy dziennikarz "New York Timesa" przypomniał, że w 1982 r. USA zobowiązały się wobec Tajwanu, że nie będą konsultować sprzedaży broni dla tego kraju z Chinami, Trump odpowiedział, że 1982 r. był dawno temu.

- Omówiliśmy sprzedaż broni na Tajwan, cała sprawa ze sprzedażą broni była szczegółowo omówiona. Będę podejmował decyzje, ale wiecie, myślę, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebujemy, jest wojna, która toczy się 9500 mil stąd - powiedział prezydent.

PAP


Kiedy prezydent Xi bardzo elegancko nazwał Stany Zjednoczone być może krajem w stanie upadku, miał na myśli ogromne szkody, jakie ponieśliśmy w ciągu czterech lat rządów Joe Bidena i jego administracji, i pod tym względem miał 100% racji. Nasz kraj niewyobrażalnie ucierpiał z powodu otwartych granic, wysokich podatków, osób transpłciowych dostępnych dla wszystkich, mężczyzn w kobiecych sportach, równości szans i integracji, fatalnych umów handlowych, szerzącej się przestępczości i wielu innych rzeczy!

Prezydent Xi nie miał na myśli niesamowitego wzrostu, jaki Stany Zjednoczone zademonstrowały światu w ciągu 16 spektakularnych miesięcy administracji Trumpa, na które składają się rekordowe rynki akcji i programy emerytalne 401(k), zwycięstwo militarne i rozwijające się stosunki w Wenezueli, militarne zdziesiątkowanie Iranu (ciąg dalszy nastąpi!) – najsilniejsza armia na świecie, ponownie potęga gospodarcza, z rekordowymi 18 bilionami dolarów zainwestowanymi w Stany Zjednoczone przez innych, najlepszy rynek pracy w USA w historii, z większą liczbą osób pracujących w Stanach Zjednoczonych niż kiedykolwiek wcześniej, zakończenie niszczącego kraj DEI i tak wielu innych rzeczy, których nie sposób wymienić. W rzeczywistości prezydent Xi pogratulował mi tak wielu ogromnych sukcesów w tak krótkim czasie.

Dwa lata temu byliśmy w istocie narodem w kryzysie. W tej kwestii całkowicie zgadzam się z prezydentem Xi! Ale teraz Stany Zjednoczone są najgorętszym narodem na świecie i mam nadzieję, że nasze relacje z Chinami będą silniejsze i lepsze niż kiedykolwiek wcześniej!

truthsocial.com/@realDonaldTrump


Rozłożymy na części co powiedział Xi Jinping do Trumpa: "przyspiesza ewolucja zmian niewidzianych od stu lat, sytuacja międzynarodowa staje się coraz bardziej złożona i burzliwa, a pytanie brzmi: czy Chiny i Stany Zjednoczone zdołają uniknąć pułapki Tukidydesa?"

Te "zmiany nie widziane od stu lat" (百年变局) to niezwykle ważny chiński koncept, używany często przez Xi Jinpinga. Oznacza proces upadku Zachodu i USA, globalnej transformacji, która jest bardzo burzliwa. Dla Chińczyków - głównie z powodu agresywnego "miotania się" upadającego hegemona. Tego oczywiście chiński lider nie wypowie wprost, ale to znaczenie tkwi tam wyraźnie. 

"Pułapka Tukidydesa" to znany koncept, mówiący o wojnie między wschodzącym mocarstwem, a dotychczasowym hegemonem. Jej główny propagator, Graham Allison, jest z resztą osobiście przyjmowany przez liderów Komunistycznej Partii Chin. 

Jeśli więc przetłumaczyć słowa Xi z "chińskiego na nasze", powiedział on nie mniej, nie więcej niż: być może Ameryka powinna zaakceptować nieuchronny proces wzrostu Chin i upadku USA, w ten sposób unikając wojny.

Takie słowa, zawoalowanym językiem, prosto do prezydenta USA, w Wielkiej Hali Ludowej. Dość kunsztowne. Ale i wyrażające poczucie wielkiej siły i pewności siebie Pekinu.

x.com/J_Jakobowski

czwartek, 14 maja 2026



No to lecimy z tematem.

Uwaga: Moce produkcyjne na rok 2027 nie zakładają uzupełnienia zapasów amunicji, która została zużyta na Bliski Wschód. Ten aspekt pojawi się dopiero w planach na rok 2028.

Znamy jednak ilość amunicji, która ma być planowo uzupełniona za 25 mld $.

Mowa tu bowiem o:
- 110 SM-6
- 234 Tomahawkach
- 454 PrSM-ach
- 830 Talonach (THAAD)
- 2554 PAC-3 MSE

Jest również wspomniane, że podane planowane ceny dla Departamentu Armii są znaczące niższe od cen w ramach kontraktów FMS i producenci będą musieli sobie wyrabiać marżę...

na kontraktach zagranicznych.

No to ruszamy:

Talon (pocisk przeciwrakietowy dla systemu THAAD):
- cena za sam pocisk: 11.98 mln $ za sztukę
- brak ujawnionych na ten moment mocy produkcyjnych

PAC-3 MSE:
- cena za sam pocisk: 4.99m $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 5.32m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 2000 pocisków / rok
- czas oczekiwania: 31 - 36 miesięcy
- US Army planuje zwiększenie zakładanego zapasu pocisków z 3376 do 13773 sztuk wg decyzji z '25

PrSM:
- cena za sam pocisk: 1.55m $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 1.66m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 664 pociski / rok*
- czas oczekiwania: 45 miesięcy

Do tego w 2029 rozpocznie się niskoseryjna produkcja PrSM Increment 2 z nową GSN

AIM-9X do systemu IPFC Increment 2:
- cena za sam pocisk: 507k $ za szt
- cena za wyrzutnię: 3.7m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 1100 pocisków + 84 wyrzutnie / rok
- czas oczekiwania: 42 miesiące (pociski) / 30 miesięcy (wyrzutnie)

Tomahawk Block V / Va do systemu Typhon:
- cena za pocisk Block V: 2.18m $ za szt
- cena za pocisk Block Va: 3.82m $ za szt
- cena za kontener Mk14: 204.8k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 530 pocisków / rok
- czas oczekiwania: 42 miesiące

M-6 Block Ia do systemu Typhon:
- cena za sam pocisk: 5.5m $ za szt
- cena za sam kontener: 336.5k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 250 pocisków / rok
- czas oczekiwania: 42 miesiące

LRHW:
- cena za pocisk z kontenerem: 39.04m $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 150.89m $ za szt
- max. moce produkcyjne: 13 pocisków / rok*
- czas oczekiwania: 33 - 38 miesięcy

Extended Range GMLRS z głowicą Alternative:
- cena za sam pocisk: 558.4k $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 623.6k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 2004 pociski / rok*
- czas oczekiwania: 30 miesięcy

GMLRS:
- cena za pocisk AW: 198.1k $ za szt (219.6 z otoczką)
- cena za pocisk UW: 166.3k $ za szt (177.8 z otoczką)
- max. moce produkcyjne: 13002 pociski AW + 7998 pocisków UW / rok*
- czas oczekiwania: 30 miesięcy

AGM-179 JAGM:
- cena za sam pocisk: 241.5k $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 386.8k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 1200 pocisków / rok*
- czas oczekiwania: 29 miesięcy

FGM-148 Javelin:
- cena za sam pocisk: 208.5k $ za szt
- cena za samo CLU: 212.9k $ za szt
- cena za pocisk z otoczką: 333.4k $ za szt
- cena za CLU z otoczką: 301.1k $ za szt
- max. moce produkcyjne: 47520 pocisków + 10800 CLU / rok*
- czas oczekiwania: 54 miesiące (pociski)

x.com/Zbiesu

środa, 13 maja 2026



W 2007 r. Patruszew, jego synowie i żona otrzymali tytuł dziedzicznych szlachciców od "głowy rosyjskiego domu cesarskiego, Jej Wysokości Wielkiej Księżnej Marii Władimirownej Romanowej" (tak sama pisze swój tytuł), która jest jedną z pośrednich spadkobierczyń Mikołaja II. Po pierestrojce rozpoczęła w Rosji burzliwą działalność: wspiera Putina i zaspokaja pragnienie czekistów do uzyskania tytułów dworskich.

Z kolei współpracownicy nazywali Patruszewa "żelaznym tyłkiem" — za gotowość do siedzenia w miejscu pracy dzień i noc. Ta umiejętność przyniosła Patruszewowi sukces — pewnego razu jego przełożony, Siergiej Stiepaszyn, zauważył go przebywającego po godzinach w biurze FSB w Petersburgu; zdumiony wytrwałością oficera, zabrał później Patruszewa do Moskwy.

Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że obecny "szlachcic", posiadacz wielu tytułów i przydomków, zaczynał w niepozornej chacie zbudowanej z drewnianych bali otrzymanych od państwa w radzieckich czasach. Dzisiejszy właściciel licznych nieruchomości i firm zawdzięcza wszystko Władimirowi Putinowi, którego wsparł w odpowiednim momencie — i zaskarbił sobie jego (niemal) dożywotnią wdzięczność.

W nocy z 8 na 9 października 2007 r. na stronie internetowej gazety "Kommiersant" (a rano także w wersji papierowej) ukazał się artykuł zatytułowany "Nie można dopuścić, aby żołnierze stali się handlarzami" — podpisany przez dyrektora rosyjskiej Federalnej Służby Kontroli Obrotu Narkotykami Wiktora Czerkiesowa.

W przeddzień, w niedzielę 7 października, prezydent Putin obchodził okrągłą rocznicę — skończył 55 lat. Artykuł w "Kommiersancie" był skierowany do jubilata, ale nie miał szczególnie uroczystego charakteru.

Czerkiesow skarżył się Putinowi na ich wspólnego dawnego przyjaciela — Nikołaja Patruszewa, ówczesnego dyrektora FSB — najbliższego prezydentowi funkcjonariusza służb specjalnych. Relacje w tej trójce zawsze były skomplikowane.

W czasach radzieckich Czerkiesow był ważną osobistością w służbach bezpieczeństwa — służył jako śledczy w piątym oddziale KGB, prowadził sprawy dysydentów, a w wolnym czasie napisał pod pseudonimem artykuł publicystyczny. Na początku lat 90. Czerkiesow został szefem oddziału służb specjalnych w Sankt Petersburgu — to bardzo ważne stanowisko w rosyjskiej strukturze władzy.

W 1998 r., gdy Putin został mianowany dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), mianował Czerkiesowa swoim pierwszym zastępcą — był to znak dużego zaufania.

Znajomy Czerkiesowa, rozmówca serwisu Projekt, wspominał, że Putin prawdopodobnie darzył sympatią swojego współpracownika — obaj służyli w "piątce" [piąty, zagraniczny wydział Federalnej Służby Bezpieczeństwa] na początku swojej kariery.

Czerkiesow, jak twierdzi wiele osób, które go spotkały, nie był chciwy. Śledczy serwisu Projekt rzeczywiście nie doszukali się u Czerkiesowa tajnego majątku.

W przypadku Patruszewa historia wygląda zupełnie inaczej. W latach 80. służył w leningradzkim oddziale KGB jako adiutant generała Olega Kaługina — prawdopodobnie pilnował skompromitowanego wywiadowcy na rozkaz dowództwa. Do czasu rozpadu Związku Radzieckiego Patruszew zajmował się w petersburskim "biurze" dochodzeniami w sprawach przestępstw gospodarczych.

Młody Patruszew miał jedną, ważną zasługę. Jako szef działu ekonomicznego miał on zbadać pierwszą sprawę karną przeciwko przyszłemu prezydentowi. To właśnie Patruszew otrzymał zadanie pracy nad "aktami sprawy Mariny Salie" — deputowanej do Rady Miejskiej, która prowadziła parlamentarne śledztwo w sprawie machinacji w miejskim programie "Zasoby w zamian za żywność". Ówczesny wiceburmistrz — Władimir Putin — nadzorował ten program.

Z Petersburga i okolic eksportowano surowce na Zachód, w zamian miały być importowane produkty spożywcze. Wiele firm, które otrzymały licencje na wywóz metali, ropy i innych towarów, zostało założonych przez znajomych Putina.

Odniosły one sukces w eksporcie, ale nie zawsze radziły sobie z importem [według innych źródeł Putin zajmował się wówczas handlem narkotykami przez port w Petersburgu]. Salie zebrała wiele dokumentów, które mogły pogrzebać karierę Władimira Putina, przyszłego prezydenta Rosji. Ale tak się nie stało. Po zapoznaniu się z dokumentami Patruszew nie znalazł w nich śladów żadnej korupcji ani dowodów na wzbogacenie się Putina.

Jednak nawet za taką przysługę Patruszew nie stał się dla Putina najbardziej zaufanym funkcjonariuszem KGB. Kiedy w 1999 r. Putin wybierał nowego dyrektora FSB na swoje miejsce, zaproponował to stanowisko Czerkiesowowi. Ten jednak odmówił, twierdząc, że nie jest jeszcze gotowy na tak wysokie stanowisko.

Putin nie lubi odmowy. Stanowisko przypadło Patruszewowi, który stał się głównym funkcjonariuszem służb specjalnych kraju. W pierwszych latach rządów Putina Patruszew i Czerkiesow toczyli administracyjne batalie, ustalając, który z nich ma "czystsze ręce" i "gorętsze serce" (to określenie "prawdziwego" funkcjonariusza służb specjalnych przypisuje się założycielowi radzieckich służb specjalnych Feliksowi Dzierżyńskiemu).

W 2007 r. konflikt zaostrzył się. Ludzie Patruszewa aresztowali zastępcę Czerkiesowa, który podsłuchiwał oficerów FSB zamieszanych w korupcję. Czerkiesow postanowił napisać nowy artykuł.

W "Kommiersancie" zwrócił się do Putina jako do reprezentanta prawdziwych wartości bezpieczeństwa państwowego. Czerkiesow opisał sytuację, w której trwała "wojna wewnątrz społeczności czekistowskiej". Szefowie FSB mieli zmienić się z "wojowników" w "handlarzy", co doprowadzi kraj do upadku.

Okazało się jednak, że patetyczna klauzula Czerkiesowa nie przypadła do gustu Putinowi. Rozwiązał on agencję antynarkotykową, a sam Czerkiesow od tego czasu zajmował mało znaczące stanowiska, cierpiąc na marginesie.

W 2022 r. Czerkiesow zmarł. (...)

Pierwszym ważnym stanowiskiem Nikołaja Patruszewa było kierowanie Ministerstwem Bezpieczeństwa Republiki Karelii (1992–1994) — był to okres przejściowy, kiedy KGB, zlikwidowane po komunistycznym puczu, zmieniając nazwę, przekształciło się w FSB. W Karelii Patruszew nawiązał wiele znajomości, prawdopodobnie związał się z kobietą z tego regionu, ale co najważniejsze — zaczął handlować swoim patronatem.

Ówczesny karelski biznesmen Lauri Rautio wspominał, że kierownictwo karelskiego oddziału FSB prowadziło interesy z mafią tambowską z Sankt Petersburga, pomagając jej bez problemów wwozić towary przez przejście celne w Wiartsili. Za pomoc Patruszew otrzymał od "tambowskich" nagrodę w postaci sprowadzonego z Finlandii używanego samochodu Toyota Corolla — importowała je do Rosji jedna z firm Rautio.

Nie powinno dziwić, że przyszły szef służb specjalnych i przywódca bogatego klanu urzędniczego miał używany samochód o małej pojemności silnika. W latach 90., kiedy Patruszew robił karierę w FSB, pracownicy tej służby specjalnej, podobnie jak cały kraj, nie byli zbyt zamożni.

Wstrzymywano wypłaty, przez co wykwalifikowani oficerowie odchodzili do sektora prywatnego. Ci, którzy pozostali w służbach, ponosili porażkę za porażką w głośnych operacjach — od ataku na Buddionowsk, zajęty przez terrorystów, po pokazane na żywo absurdalne zabójstwo w Moskwie przez podwładnych dowódcy grupy "Alfa" — wszystko to było wynikiem między innymi chronicznego niedofinansowania "biura" (FSB).

Putin i Patruszew, po dojściu do władzy w kraju i w FSB, rzucili się, aby rozwiązać ten problem w sposób, jaki potrafili — zmusili biznesmenów do niepublicznego zbierania pieniędzy na prosperowanie organów. Kwestia ta została poruszona podczas pierwszego spotkania prezydenta z najbogatszymi biznesmenami w lipcu 2000 r.: Putin nakazał oligarchom utworzenie "funduszu wsparcia służb specjalnych", do którego natychmiast zebrano kilkadziesiąt milionów dolarów.

W późniejszym czasie powstało kilka takich funduszy, a szczególnie ważną rolę odegrali w nich miliarderzy z rodziny Patruszewów, Igor Kesajew i Siergiej Katsiew (więcej o nich — dalej).

W latach 90. wokół Patruszewa uformowało się grono jego najbliższych powierników, współpracowników z "FSB" — wielu z nich wraz z nim przeniosło się do Moskwy z Karelii. — Wszyscy byli skorumpowani — twierdzi jedno ze źródeł serwisu Projekt.

W 2000 r. Patruszew nazwał wszystkich tych ludzi "nieodwracalnymi". Początkowo wydawało się, że dyrektor "FSB" po prostu użył retorycznego zabiegu, aby pokazać, że prestiż służby czekistowskiej w końcu odrodził się po upadku lat 90. Później jednak okazało się, że Patruszew wcale nie przesadzał.

Rodzina zawsze miała ogromne znaczenie dla "szlachcica" Patruszewa. W czasach radzieckich jego rodzice (ojciec marynarz, matka urzędniczka) otrzymali od państwa 20 m sześc. bali i działkę w obwodzie leningradzkim, gdzie cała rodzina zbudowała drewniany dom. "Siedem pokoi dla siedmiu rodzin, trochę ciasno, ale wszystkim wystarcza miejsca" — opowiadał w wywiadzie z 2007 r. Wiktor Patruszew, starszy brat ówczesnego głównego funkcjonariusza służb specjalnych kraju.

Dla Zachodu był sumieniem XX w., a wychwalał "błyskotliwego i dowcipnego" Putina. Teraz to wdowa po słynnym nobliście sączy truciznę w rany Ukrainy
W ten sposób pokoje otrzymali Nikołaj i Wiktor wraz z żonami, ich rodzice, a także rodziny synów Wiktora — Aleksego i Władimira oraz rodziny synów Nikołaja — Andrieja i Dmitrija. W tym wywiadzie brat głównego funkcjonariusza służb specjalnych otwarcie grał na współczuciu. Jak opowiadał, mieszkał w skromnym trzypokojowym mieszkaniu w Petersburgu, gdzie "jedyną wartościową rzeczą była rodzinna ikona podarowana przez młodszego brata". A to mieszkanie trafiło do Patruszewów nie dzięki znajomościom i protekcji, ale za pieniądze uczciwie zarobione przez Wiktora przy "rozładowywaniu wagonów".

Wiktor Patruszew, choć nie był funkcjonariuszem służb specjalnych, nie pojawiał się zbyt często publicznie. Dlaczego udzielił pierwszego i jedynego w swoim życiu wywiadu? Chodzi o to, że niedługo przed tym wydarzeniem rodzina Patruszewów znalazła się w niezręcznej sytuacji. Dziennikarze dowiedzieli się, że Patruszewowie zorganizowali sobie na koszt państwa wycieczkę turystyczną na biegun południowy. Najpierw dotarli służbowym samolotem FSB do Chile, a stamtąd, państwowym helikopterem, polecieli do rosyjskiej bazy w Antarktyce.

Wśród pasażerów tych lotów było aż trzech członków rodziny Patruszewów (szef FSB Nikołaj, jego syn Andriej, w tym czasie absolwent akademii FSB i pracownik Rosnieftu [rosyjski państwowy koncern działający w branży petrochemicznej], oraz brat Wiktor), a także bliski przyjaciel dyrektora FSB, również czekista Władimir Proniczew, w tym czasie szef służby granicznej. Władze nie potrafiły wyjaśnić, co ta grupa robiła w Antarktyce, gdzie nie ma posterunków granicznych, a do tego w okresie świąt noworocznych, więc Wiktor musiał tłumaczyć się za wszystkich: jego wywiad ukazał się w gazecie "Izwiestia" i miał pokazać, że rodzina Patruszewów nie interesuje się dobrami materialnymi.

A jak było naprawdę? W rzeczywistości Patruszewowie przez lata świadczyli różnym firmom (często wątpliwej proweniencji) usługi "ochrony". Terminem tym rosyjscy biznesmeni zazwyczaj określają znaną osobę, której obecność w firmie ma zabezpieczyć biznes przed roszczeniami państwa i atakami bandytów.

Wiktor Patruszew, podobnie jak jego młodszy brat, ukończył Leningradzki Instytut Budowy Okrętów i pracował w biurze projektowym, z którego po upadku Związku Radzieckiego odszedł, aby podjąć się pracy jako mechanik samochodowy. Jego kariera błyskawicznie się rozwinęła, gdy tylko jego brat w 1999 r. stanął na czele FSB — Wiktor został zatrudniony jako zastępca dyrektora na region północno-zachodni w firmie telekomunikacyjnej "Megafon".

"Megafon" był wówczas powiązany z otoczeniem Putina — jego tajnym udziałowcem był prawdopodobnie Leonid Reiman z Petersburga, którego Putin mianował ministrem łączności, jeszcze zanim został prezydentem. Był to początek wielkiej, ale niepublicznej kariery Wiktora Patruszewa. Następnie wszedł do rad sportowego stowarzyszenia "Dynamo" (nadzorowanego przez FSB) i klubu siatkarskiego "Dynamo-Obwód Leningradzki" (siatkówka to ulubiony sport jego brata, funkcjonariusza służb specjalnych).

Został również mianowany członkiem rady dyrektorów sanatorium im. Frunzego w Soczi — tam odpoczywają funkcjonariusze służb specjalnych, chociaż obiekt należy do oligarchów tytoniowych Kesajewa i Katsiewa.

W 2012 r. Wiktor został prezesem petersburskiej firmy "Nord", która należy do gangsterów z tej samej tambowskiej grupy, z którą współpracował jego brat Nikołaj. Na spółkę zostały zapisane pokaźne aktywa, formalnie niezwiązane z interesami funkcjonariuszy FSB: hotel i restauracja "Metropol" (gdzie nie tylko jadał kolację Leonid Breżniew z Ronaldem Reaganem, ale także odbywały się najważniejsze spotkania petersburskich złodziei), galeria butików "Grand Palace", fabryka mebli "Ładoga" i przedsiębiorstwo "Lenteplopribor".

Aleksiej — najmłodszy syn Wiktora Patruszewa — kontynuował działalność ojca. Przez kilka lat był doradcą szefa i głównego właściciela moskiewskiego "Master Banku" Borysa Bulochnika (później Aleksiej został również wiceprezesem zarządu banku). Pomimo złej sławy, bank pozostawał nietknięty aż do 2013 r. — być może dzięki Patruszewowi, a może dzięki drugiemu "ochroniarzowi" w kierownictwie — był nim Igor Putin, kuzyn prezydenta.

Kiedy w końcu cofnięto bankowi licencję, jego właściciel mieszkał już za granicą, a organy nie miały żadnych pytań do Patruszewa i Putina. Ten sam Aleksiej "chronił" różne firmy zajmujące się pozyskiwaniem drewna w "duchowej ojczyźnie" swojego wuja, w Karelii.

Drugiemu synowi Wiktora Patruszewa, Władimirowi, przygotowano karierę państwową — pracuje on jako wysoki rangą urzędnik w strukturach "Rostiechu". Jego syn Aleksander w wieku 19 lat zatrudnił się w Rosyjskim Banku Rolnym ("Rossielchozbanku"), którym kierował wówczas jego wujek Dmitrij, syn Nikołaja Patruszewa. Później odszedł z banku, ale nie z powodu oczywistego konfliktu interesów, a po to, aby zostać politykiem. W wieku 22 lat Aleksander został deputowanym, a cztery lata później burmistrzem miejscowości Sosnowo, gdzie Patruszewowie zbudowali rodzinne gniazdo z bali dostarczonych przez państwo.

Synowie Nikołaja Patruszewa od razu wybrali służbę państwową. Młodszy syn Andriej, po służbie w FSB, w 2006 r. rozpoczął pracę w Rosniefcie i od razu został doradcą Igora Sieczina [dyrektora generalnego koncernu]. Później przeniósł się do Gazpromu. Od 2019 r. Andriej, podobnie jak jego krewni, przekwalifikował się na "ochroniarza": otrzymał 10 proc. udziałów w Archangielskim Morskim Porcie Handlowym, udziały w spółkach "Morska Arktyczna Ekspedycja Geologiczno-Rozpoznawcza" i "Transtelsoft", która zarabia na kontraktach z Rosyjskimi Kolejami Państwowymi.

Starszy syn Nikołaja, Dmitrij, jest obecnie główną gwiazdą służby państwowej w tej znanej rodzinie.

Karierę robił w bankach państwowych, w 2010 r. stanął na czele Rosyjskiego Banku Rolnego, a później przeszedł do gabinetu ministrów. Od kilku lat dziennikarze i eksperci nazywają Patruszewa jednym z prawdopodobnych następców Putina na stanowisku prezydenta — przypuszczenie to opiera się między innymi na tym, że kariera państwowa Dmitrija rozwija dynamicznie, obecnie jest on wicepremierem rządu. Państwowe media wychwalają Dmitrija: jest on rzekomo prostym i troskliwym gospodarzem, nieustannie myślącym o Rosji.

Jednak w dużej rodzinie Patruszewów jest jedna niepozorna osoba, która wydaje się stworzona specjalnie po to, aby zburzyć mit o lojalnych i bezinteresownych sługach państwa.

Jest to nieoficjalna żona Dmitrija, Marina Artiemiewa — nie przyjęła ona nazwiska męża i nie zawarła z nim legalnego związku małżeńskiego — prawdopodobnie po to, aby można było zapisać na nią wszelką własność: od domów i mieszkań po warte miliardy firmy.

Dmitrij już ponad 20 lat temu ożenił się z młodą solistką zespołu folkowego "Iwan Kupał" Elizabetą Garszyną, która urodziła mu córkę Sofię. W 2009 r. żonaty Dmitrij znalazł się na imprezie u przyjaciół, gdzie spotkał 35-letnią Marinę.

Przed romansem Marina nie odnosiła sukcesów. Urodziła się w niepełnej rodzinie w podmoskiewskiej Elektrostali, gdzie spędziła całe dzieciństwo i młodość z matką i siostrą Julią Koładiną. Wszystkie trzy kobiety oraz rottweiler mieszkały na 33 m kw. jednopokojowego mieszkania w "chruszczowce".

Od końca lat 90. Marina próbowała swoich sił w Moskwie, zajmując nieznaczące stanowiska w małych firmach. Stopniowo rodzina przeniosła się do stolicy. Siostry bardzo interesowały się branżą modową i rozrywkową, próbowały swoich sił w fotografii, projektowaniu, organizacji imprez.

W 2007 r. Koładyna jako pierwsza pojawiła się w telewizji World Fashion Channel (WFC) — zatrudniono ją tam jako korespondentkę bez wynagrodzenia. Wkrótce sprowadziła tam swoją siostrę — jako zwykłą producentkę. W tamtym czasie WFC można było oglądać w wielu sieciach kablowych — piękne dziewczyny na wybiegach były pokazywane na ekranach ściennych niemal wszędzie — w klubach sportowych, sklepach, restauracjach.

Spotkanie z Patruszewem juniorem zmieniło wszystko w życiu Mariny. Po pierwsze, niemal natychmiast zaszła w ciążę — ich pierworodny syn, Platon, nazwany na cześć pradziadka, urodzi się ok. rok po ich spotkaniu. Urodziła jeszcze czworo dzieci — Jegora w 2014 r., Ignacego w 2019 r. oraz bliźniaczki Marię i Antoninę w 2020 r.

Po drugie, młoda matka otrzymała cenny prezent — rodzina Patruszewów podarowała jej kanał telewizyjny poświęcony modzie, w którym właśnie rozpoczęła pracę jako producentka. W 2009 r. faktycznym właścicielem WFC został oligarcha Igor Kesajew — służy on jako dysponent "portfela" rodziny Patruszewów, z którego finansowane są ich różnorodne potrzeby materialne.

Ówczesny menedżer WFC wspomina charakterystyczny szczegół: Kesajew, przystojny mężczyzna w sile wieku, interesował się środowiskiem młodych modelek, więc miał w tej transakcji również osobisty interes. Jednak w prasie nabywca przedstawił sprawę tak, jakby kupił kanał telewizyjny dla swojej żony, Stelli Kesajewy, która postanowiła spróbować swoich sił w branży modowej. Po pewnym czasie Kesajew rozwiódł się jednak ze Stellą i związał się z młodą ukraińską modelką Olgą Klimienko, która prowadziła w telewizji swojego mężczyzny program o dwuznacznym tytule "Tak, szefie!".

W 2011 r. Kesajew mianował Artiemiewą najpierw producentem generalnym, a pod koniec tego samego roku — dyrektorem generalnym kanału telewizyjnego. 21 listopada 2014 r., dzień po tym, jak Artiemiewa urodziła Patruszewowi drugiego syna, dosłownie w ramach prezentu z okazji porodu, przepisano jej własność stacji telewizyjnej.

W rezultacie Artiemiewa nie odniosła sukcesu w branży modowej. — Chciała uczestniczyć we wszystkich imprezach. Jednak ten świat (moda i show-biznes) jej nie zaakceptował — uważa w rozmowie z serwisem Projekt jedna z kluczowych osób w kanale w tamtym czasie. Telewizja, która początkowo obejmowała Europę i Azję, została zamknięta. Obecnie WFC jest w zasadzie rosyjską stroną internetową poświęconą modzie.

Jednak porażka w branży modowej nie wpłynęła na błyskawiczną karierę przedsiębiorczyni Artiemiewej. W ciągu następnych lat młoda kobieta, niestrudzenie rodząca dzieci, stała się właścicielką kilkunastu firm. Prawdopodobnie we wszystkich przypadkach była ona nominalną bizneswoman oraz odbiorczynią pieniędzy w postaci wynagrodzenia, dywidend i udziału w transakcjach dotyczących aktywów.

Jak to się stało, że kobieta, która urodziła Dmitrijowi Patruszewowi pięcioro dzieci, nigdy nie została jego legalną żoną? Prawdopodobnie chodzi o to, że gdyby Marina znalazła się w oficjalnej deklaracji majątkowej swojego męża, Patruszewowie figurowaliby jako najbogatsza rodzina wśród rosyjskich urzędników.

Serwis Projekt znalazł wszystkie liczne nieruchomości zarejestrowane na Artiemiewą, aby dojść do zaskakującego odkrycia: wcześniejsza mieszkanka "chruszczówki" posiada nieruchomości o wartości ok. 6,5 mld rubli (ok. 300 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Rejestrowanie drogich nieruchomości na siebie jest udziałem wszystkich kobiet w rodzinie Patruszewów. Na Elenę, żonę byłego dyrektora FSB, emerytowaną lekarkę, zarejestrowano nieruchomości o wartości 4 mld rubli (ok. 180 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). To samo dotyczy Tatiany, drugiej synowej Nikołaja Patruszewa, z zawodu menedżerki w sektorze medycznym.

Zgodnie z dokumentami jest ona właścicielką kilku firm z branży medycznej, w tym specjalistycznego czasopisma "Vademecum", ale ten biznes raczej nie wyjaśnia, dlaczego jej nieruchomości są warte prawie 3 mld rubli (ok. 130 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). Oczywiście majątek Tatiany nigdy nie znalazł się w deklaracjach majątkowych Patruszewów.

Jeśli zsumować wartość wszystkich nieruchomości Patruszewów, które udało nam się ustalić, otrzymamy astronomiczną kwotę — ok. 14 mld rubli (ok. 630 mln zł). To prawdopodobnie rekord wśród funkcjonariuszy rosyjskich służb.

Aby kupić apartamenty w pobliżu Kremla — najcenniejsze w rodzinnej kolekcji Patruszewych — Marina Artiemiewa otrzymała nawet kredyt hipoteczny w wysokości ok. 1,5 mln dol. (ok. 5 mln 460 tys. zł). Nic dziwnego, że pomimo bezpośredniego konfliktu interesów dostała te pieniądze w 2021 r. w państwowym Rosyjskim Banku Rolnym, którego przewodniczącym rady nadzorczej był w tym czasie jej potajemny mąż. Nie jest również zaskakujące, że bank zaoferował tej kredytobiorczyni całkowicie niekonkurencyjną stopę procentową — 700 tys. euro (blisko 3 mln zł, licząc po obecnym kursie walutowym) udzielił na 2 proc. w skali roku, a następnie dał jeszcze 50 mln rubli (224 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) w formie kredytu konsumenckiego na 3 proc. w skali roku.

Kredyty konsumenckie, takie jak ten, który otrzymała Artiemiewa w rublach, Rosjanie zazwyczaj zaciągają na opłacenie najpotrzebniejszych rzeczy — sprzętu AGD, pilnych operacji medycznych, a czasem nawet po prostu jedzenia. W przypadku rodziny Patruszewów sytuacja jest oczywiście inna. Co miesiąc robią oni zakupy za niemałe kwoty w najmodniejszym sklepie w Rosji — moskiewskim GUM (Główne Uniwersalne Magazyny). Marina Artiemiewa zamawia tam kosmetyki i ubrania mniej więcej raz na dwa-trzy tygodnie, wydając średnio ok. 370 tys. rubli (ok. 16 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) za każdym razem.

Od 2015 r. Marina Artiemiewa wydała w GUM co najmniej 65 mln rubli (ok. 2 mln 920 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Nawet Elena — siedemdziesięcioletnia żona szlachcica Nikołaja Patruszewa — jest stałą klientką modnych marek. W GUM wydaje ok. pół miliona rubli rocznie (ok. 22,5 tys. zł).

W maju 2024 r. Putin zwolnił Nikołaja Patruszewa z ostatniego ważnego stanowiska — z sekretarza Rady Bezpieczeństwa został zdegradowany do asystenta prezydenta specjalizującego się w budownictwie okrętowym. Była w tym pewna ironia: Patruszew ukończył kiedyś politechnikę morską, ale prawie nie pracował w swoim zawodzie — zaraz po ukończeniu studiów trafił do KGB.

Natomiast jego ojciec, Platon Ignatiewicz — oficer marynarki wojennej, który podczas wojny służył jako komisarz na statkach Floty Bałtyckiej i Północnej, eskortował konwoje z pomocą zagraniczną. We wsi Podomo, skąd pochodzi ród Patruszewów, Nikołaj postawił kościół poświęcony Platonowi Studyjskiemu, świętemu patronowi swojego ojca komisarza (kolejny paradoks w życiu czekistów-szlachciców).

Opuszczając stanowisko w Radzie Bezpieczeństwa, Patruszew najwyraźniej nie mógł rozstać się ze swoim dużym gabinetem. Jego następca, Siergiej Szojgu — członek kolejnego znanego rodu rosyjskiej elity — musiał zadowolić się swoim starym gabinetem, który — pomimo szczególnie tajnego statusu Rady Bezpieczeństwa — nie znajduje się nawet w Kremlu. 

onet.pl\Project


Tomas Lindner: - Jest pan współautorem analizy Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych, która co roku bada poglądy polityczne w 21 krajach świata — 11 europejskich i 10 dużych pozaeuropejskich. Co się zmieniło po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu?

Bułgarski politolog Iwan Krastew: Najbardziej zaintrygowało mnie, jak dramatycznie zmieniło się postrzeganie Chin. Właśnie w tym zakresie nastąpiła największa zmiana opinii. Nagle we wszystkich badanych krajach zapanowała zgoda nie tylko co do tego, że wpływ Chin w nadchodzącej dekadzie będzie rósł, ale — co ważniejsze — ludzie przestali się ich obawiać. Dwa, trzy lata temu ludzie dostrzegali wzrost znaczenia Chin, ale ich to niepokoiło. Tym razem nawet w Indiach, które są tradycyjnym rywalem Pekinu, większość mieszkańców wierzy, że ich stosunki z Chinami będą się poprawiać.

- Czy to konsekwencja zachowania Donalda Trumpa, zwłaszcza wobec sojuszników, czy też do lepszego wizerunku przyczyniły się same Chiny?

Chiny czerpią korzyści z tego, że w ostatnim roku były cichym graczem, podczas gdy Ameryka była bardzo hałaśliwa. Pekin bynajmniej nie zachowuje się jak święty: obserwowaliśmy ostry nacisk polityczny na Japonię, rosnące inwestycje w armię, agresywne promowanie eksportu na świat. Ale ponieważ Trump prowadził tak ostrą politykę, a Rosja robi to, co robi, w porównaniu z nimi Chiny zaczęto postrzegać jako przewidywalne, poważne, stabilne. Jako tego dorosłego w domu. A to będzie miało ogromny wpływ.

- Jaki był główny błąd Trumpa?

Oddzielił amerykańską potęgę od jakiegokolwiek celu moralnego. Zasadniczo mówi, że Ameryka jest bardzo potężna i silna i dlatego inni powinni za nią podążać. Proponuje hierarchię władzy bez oparcia w porządku i prawie. Stany Zjednoczone przestały być postrzegane jako gracz ideologiczny, który stoi za jakąś wizją — wszystko kręci się tylko wokół amerykańskich interesów. W takiej sytuacji innym bardzo trudno jest postrzegać Stany Zjednoczone i Chiny jako odmienne propozycje ideologiczne.
Skłonność ku Chinom była dotychczas przejawem pewnego moralnego i ideologicznego stanowiska — ale to już nie ma zastosowania. Coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że mocarstwa są w zasadzie równorzędne i chodzi im wyłącznie o własną władzę i interes.

- Jaka jest pana osobista opinia: czy powinniśmy obawiać się wzrostu znaczenia Chin, czy też powinniśmy podchodzić do tego spokojnie?

Odpowiedź poznamy oczywiście dopiero za 10 czy 20 lat, ale jedno jest całkowicie jasne: zagrożenie dla europejskiego przemysłu ze strony Chin nie jest wcale mniejsze niż zagrożenie wynikające z odejścia USA od zapewniania bezpieczeństwa europejskiego. Może ono zniszczyć europejskie gospodarki. Wierzę więc, że wszystkie mocarstwa należy uważnie i krytycznie obserwować. Nie wierzę jednak, że chińskie kierownictwo, choć komunistyczne, marzy o przekształceniu reszty świata na swój obraz.

- Radzieccy komuniści mieli takie marzenia. Dlaczego chińscy myślą inaczej?

Mam wrażenie, że wierzą, iż ich system jest zbyt złożony, zbyt skomplikowany i zbyt doskonały, by inni mogli go stosować.
Rosjanie w znacznym stopniu cierpią na kompleks niższości, zwłaszcza w stosunku do Europy. Chińczycy natomiast cierpią na kompleks wyższości: nie wierzą, że inni byliby w stanie ich naśladować. Kierują się zasadą "nie chcemy was zmieniać, wystarczy, że kupujecie nasze produkty".

onet.pl\Respekt


Jak wygląda ta standardowa procedura operacyjna? Sami al-Sai, lat 46, niezależny dziennikarz, twierdzi, że gdy po zatrzymaniu w 2024 r. zabierano go do celi więziennej, grupa strażników rzuciła go na ziemię.

“Wszyscy mnie bili, a jeden nadepnął mi na głowę i szyję” - powiedział. “Ktoś ściągnął mi spodnie. Zburzyli moje bokserki”. A potem jeden ze strażników wyciągnął gumową pałkę używaną do bicia więźniów.

“Próbowali wcisnąć mi to do odbytnicy, a ja przygotowywałem się, aby temu zapobiec, ale nie mogłem,” - powiedział, mówiąc z rosnącym niepokojem. “To było takie bolesne”. Strażnicy się z niego śmiali - powiedział. “Potem usłyszałem, jak ktoś powiedział: Daj mi marchewkę” wspominał, dodając, że wtedy użyli marchewki. “To było niezwykle bolesne - powiedział”. “Modliłem się o śmierć”.

Powiedział, że Al-Sai miał zawiązane oczy i słyszał, jak ktoś mówił po hebrajsku, co rozumie: “nie rób zdjęć.” To mu sugerowało, że ktoś wyciągnął kamerę. Jednym ze strażników była kobieta, która, jak powiedział, chwyciła go za penisa i jądra i zażartowała: “są moje”, a następnie ściskała, aż krzyknął z bólu.

(...)

Al-Sai powiedział, że poproszono go o zostanie informatorem izraelskiego wywiadu i uważa, że celem jego aresztowania i uwięzienia w ramach administracyjnego systemu przetrzymywania było wywarcie na niego nacisku, aby się zgodził. Ponieważ szczycił się swoim dziennikarskim profesjonalizmem, powiedział, odmówił.

nytimes.com


Tydzień po spotkaniu z polskim ministrem Jamieson Greer zjawił się na przesłuchaniu przed Komisją Ways and Means Izby Reprezentantów. Ta najstarsza komisja w niższej izbie Kongresu, odpowiedzialna m.in. za podatki i kwestie handlowe. Podczas przesłuchania amerykański urzędnik publicznie przywołał swoją rozmowę z polskim ministrem i zrelacjonował ją kongresmenom.

To była odpowiedź na pytanie republikańskiego kongresmena Ronalda Estesa z Kansas, którego interesowało, jak US Trade Representative (USTR), czyli instytucja kierowana przez Jamiesona Greera, prowadzi negocjacje z innymi państwami dotyczące wycofania istniejących podatków od usług cyfrowych oraz powstrzymania kolejnych krajów przed ich wprowadzaniem.

— Podam tylko jeden przykład. Tydzień temu miałem w swoim biurze ministra handlu Polski. W Polsce pojawiła się propozycja ustanowienia podatku od usług cyfrowych. Wyciągnąłem wtedy kopię raportu dotyczącego francuskiego podatku od usług cyfrowych z pierwszej kadencji, który doprowadził do nałożenia ceł na Francję, pokazałem mu ją i powiedziałem: naprawdę nie chciałbym znaleźć się w sytuacji, w której musiałbym opublikować raport, w którym zamiast Francji będzie widniała Polska — odpowiedział Jamieson Greer podczas posiedzenia komisji 22 kwietnia br.

— Myślę, że przekaz został odebrany. Bardzo uważnie się temu przyglądamy. Ten podatek jeszcze nie wszedł w życie — dodał.

(...)

Usługi cyfrowe specjalnymi daninami są dzisiaj obłożone m.in. we Włoszech, w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Austrii, na Węgrzech czy w Turcji.

Największe realne dochody budżetowe w Europie ma Francja — ok. 0,8 mld euro rocznie. We Włoszech, Hiszpanii czy Turcji są to kwoty rzędu 0,35-0,5 mld euro, a w Austrii zaledwie ok. 0,1 mld euro.

onet.pl\Business Insider


Amerykańska Izba Handlowa stanowczo apeluje, by traktować te zagrożenia poważnie. Już 10 lat temu Chiny otwarcie prezentowały swoje strategiczne zamiary w planach pięcioletnich. "Ostrzeżenia docierały do najwyższych szczebli rządów i biznesu najważniejszych światowych gospodarek. Jednak zbyt często reakcje były niewystarczające — z powodu sprzecznych priorytetów, uwarunkowań politycznych czy przekonania, że mechanizmy rynkowe same wystarczą jako przeciwwaga" — czytamy we wstępie do raportu. "Koszty tej opóźnionej reakcji widoczne są dziś w postaci utraty konkurencyjności, osłabienia potencjału przemysłowego oraz strategicznych słabości, których usunięcie wymagać będzie trwałych wysiłków."

Niemiecki przemysł boleśnie odczuwa obecnie zapowiadane od lat zmiany w Chinach. "To właśnie Niemcy są główną ofiarą zarówno rosnącego udziału Chin w rynku, jak i spadku chińskiego importu. Niemiecki eksport — od lat uznawany za miernik konkurencyjności przemysłu europejskiego — pogarsza się na wszystkich kluczowych rynkach" — wskazują analitycy. Tylko w 2025 r. niemiecki przemysł stracił ponad 120 tys. miejsc pracy i ten trend się utrzymuje.

Najbardziej dotknięta jest branża motoryzacyjna — eksport samochodów z Niemiec do Chin spadł w latach 2022-2025 aż o 66 proc. Zamiast sprzedawać niemieckie auta w Chinach, BMW, Mercedes i Grupa Volkswagen coraz częściej produkują je na miejscu. Jednocześnie straciły one w Chinach znaczną część udziałów w rynku. Eksperci od Chin ostrzegają: — Jeśli ten trend się utrzyma, w długim okresie grozi to osłabieniem przemysłowych regionów kraju i może prowadzić do trwałego upadku przemysłu, podobnie jak stało się to w amerykańskim pasie rdzy.

Problemem zachodnich firm jest fakt, że Chiny nie grają fair. Sektorom strategicznym, takim jak motoryzacja czy producenci paneli słonecznych, państwo zapewnia ogromne dotacje. Powstają olbrzymie nadwyżki produkcyjne, a chińskie firmy są zmuszone do maksymalnego zwiększenia eksportu.

onet,pl\Die Welt