niedziela, 15 lutego 2026



Tekst opublikowany na łamach "The New Yorker" uzupełnia dotychczasowy obraz rosyjskich działań sabotażowych — autorzy koncentrują się na operacyjnym sposobie funkcjonowania rosyjskiego wywiadu. Joshua Yaffa powołuje się na źródła w organach ścigania, zeznania świadków oraz wypowiedzi ekspertów i opisuje przypadki, w których młode osoby były werbowane do wykonywania pozornie prostych zadań, takich jak dostarczenie paczki, fotografowanie infrastruktury czy pozostawienie przedmiotu w określonym miejscu. Rekrutowani, nazywani jednorazowymi agentami (ang. single-use agents), często nie zdawali sobie początkowo sprawy z rzeczywistego znaczenia swoich działań ani z charakteru operacji, której stawali się częścią.

Według ustaleń proces rekrutacji ma charakter rozproszony i niskokosztowy. Zleceniodawcy unikają bezpośredniego kontaktu z wykonawcami, porozumiewają się za pośrednictwem komunikatorów, takich jak ormiańska aplikacja Zangi czy rosyjski Telegram. Oferowane wynagrodzenie jest stosunkowo niewielkie, a w niektórych przypadkach — wypłacane z opóźnieniem lub wcale. Taki model działania ma ograniczać ryzyko po stronie organizatorów oraz utrudniać jednoznaczne przypisanie odpowiedzialności państwu rosyjskiemu.

Artykuł Joshuy Yaffy wprowadza również nową perspektywę odnośnie do działalności jednorazowych agentów na terenie Polski. Autor łączy sprawę Daniila Bardadima, skazanego w ubiegłym roku za podpalenie sklepu IKEA na Litwie, z Serhijem Chaliyem, poszukiwanym między innymi za pośredni udział w podpaleniu Centrum Handlowego Marywilska na warszawskiej Białołęce. Bardadim został zwerbowany przez Chaliya po swoim przyjeździe do Polski w 2024 r. Po schwytaniu przez litewskie służby przyznał się do popełnionych czynów i opowiedział swoją historię.

demagog.org.pl

sobota, 14 lutego 2026



Prezydent Trump twierdzi, że prezydent Izraela Herzog powinien wstydzić się z tego powodu, że nie ułaskawił premiera Netanjahu.

Tu kilka słów wyjaśnienia:

👉 Na Netanjahu ciążą zarzuty korupcji i nadużycia władzy (Sprawa 1000: przyjęcie prezentów o wartości do 260 000 USD; Sprawa 2000: proponowanie niekorzystnych dla rozwiązań prawnych dla jednego medium w zamian za przychylną obsługę medialną; Sprawa 4000: zapewnienie zmian legislacyjnych wartych setki milionów dolarów spółce telekomunikacyjnej i medialnej w zamian za obsługę medialną korzystną dla premiera i jego rodziny). Proces trwa.

👉 Trump żąda od prezydenta Izraela  ułaskawienia Netanjahu, który nie został uznany jeszcze za winnego. Brzmi znajomo. W Izraelu to jest możliwe do przeprowadzenia zgodnie z prawem, ale ułaskawiony najpierw musiałby przyznać się do winy i zobowiązać do poprawy, co by oznaczało odejście z polityki. Tymczasem nie taki jest cel zabiegów. 

🗣️Trump jako suzeren dba o wasali, dopóki ci są w pełni posłuszni. Tak jest z Netanjahu. Może liczyć na poparcie, dobre słowo i przywileje, ale do momentu, w którym nie wyjdzie z szeregu. Netanjahu zaatakował Katar wbrew interesom USA, co jest uznawane przez analityków izraelskich za "katastrofę strategiczną". Izrael naruszył interesy suzerena, który brutalnie przywołał go do porządku, zmusił do przerwania wojny w Gazie, a teraz narzuca kolejne warunki także wbrew wasalowi (potencjalne zaangażowanie Turcji i Kataru w odbudowę Gazy). 

Relacje USA - Izrael pokazują, że globalny feudalizm budowany przez Trumpa jest korzystny dla jego wasali, ale na poziomie personalnym, ale już niekoniecznie na poziomie państw, które tracą suwerenność na rzecz seniora. 

To paradoks, bo Netanjahu przekonuje, że walczy o suwerenność Izraela i pod tym hasłem prawdopodobnie wystartuje w wyborach jesienią 2026. Relacje USA - Izrael w warunkach hołdu złożonego Trumpowi przez Netanjahu powinny dawać do myślenia każdemu  politykowi, który rozważa taką relację. 

x.com/JarekKociszewsk

piątek, 13 lutego 2026



TS: Chciałbym wrócić na chwilę do wątku CNN i percepcji Chin. W Stanach Zjednoczonych czy w Polsce jednak mamy możliwość podjęcia decyzji, trzymając w ręku pilota od telewizora. W Chinach tej możliwości nie ma. Ważnym elementem lęku przed Chinami jest także to, że społeczeństwo chińskie żyje dosłownie w orwellowskim świecie, ponieważ jest to świat jedynego obowiązującego przekazu, ubrany we wszystkie nowoczesne technologie, w piękne portale, ale to jest jednak świat orwellowski.

MJ: I znów ja rozumiem to trochę inaczej. Zobacz, Chińczycy bez problemu za pomocą VPN od lat korzystają z dostępnej na świecie pornografii, z gier video, z innych rzeczy. Oni mają dostęp do wiadomości.

TS: Zgadzam się.

MJ: Ale ich to nie interesuje.

TS: Dokładnie.

MJ: I to jest problem.

TS: Tak. A dlaczego ich to nie interesuje?

BG: Ponieważ mają zakodowane, żeby władzy nie tykać. W DNA to mają.

MJ: Z jednej strony, wiedzą czym to grozi. Z drugiej – nie ma środowisk, które stanowiłyby fundament…

BG: Tak, środowisk dysydenckich.

MJ: Po prostu nie ma tego. Z trzeciej strony natomiast jest jedna rzecz, której my nie zauważamy. To dyskurs intelektualny w Chinach. Chiny nie są pustynią intelektualną.

BG: Nie są.

MJ: Ten dyskurs istnieje. Jest on jednak diametralnie różny od tego, co my mówimy dzisiaj, tutaj, i co mówi się za granicą – tak różny, że trudno nam to sobie czasem wyobrazić. Ale toczą się dyskusje dotyczące miejsca Chin w świecie, realizowanej polityki, relacji z Rosją. Nie żeby te dyskusje tętniły życiem, ale debata intelektualna istnieje, choć jest niestety niezwykle silnie nacjonalistyczna. Możemy określić Chiny jako ultranacjonalistyczne państwo, w którym nie możesz krytykować Chin i nie możesz krytykować władzy, bo wówczas stajesz się wrogiem ludu. To tak, jakbyśmy politykę PiS podkręcili jeszcze stukrotnie – wtedy wyjdzie nam coś podobnego. Na przykład, jeżeli powiem w Polsce, że powinniśmy utrzymywać dobre relacje ekonomiczne z Niemcami, to według niektórych naszych środowisk nacjonalistycznych jestem zdrajcą. Jeżeli w Chinach intelektualista powie, że np. być może powinniśmy jednak słuchać Europy jeśli chodzi o respektowanie praw człowieka, to nie jest Chińczykiem. Tu moim zdaniem tkwi problem, dlaczego ludzie nie szukają informacji w mediach zagranicznych, dlaczego nie podważają pewnych rzeczy. Uważają, że zagranica kłamie i jest antychińska, nie ufają jej. Natomiast dyskurs antypartyjny dotyczący wolności indywidualnych również w Chinach istnieje, tylko jest on tak subtelny, że łatwo go przeoczyć.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

czwartek, 12 lutego 2026



Kontrowersje tybetańsko-chińskie w epoce Tubo/Tang znalazły odzwierciedlenie również w sferze duchowej. Dysputa między dwiema szkołami buddyzmu – chińską i indyjską (tyb. döndzen dzödba/ston-rtsen rtsod-pa) – w klasztorze Samje/bSam-yas w latach 792–794, w obecności króla Trisonga Decena jako arbitra, znana w historiografi i tybetańskiej jako Rada Lhasy, przyniosła zwycięstwo indyjskiej logiczno-epistemologicznej szkole stopniowego oświecenia Madhjamaka (tyb. rimgjipa/rim-gyis-pa, chiń. jiànwù, jiànménpài), reprezentowanej przez indyjskiego mnicha Kamalaśilę (Kamalaśīla, chiń. Liánhuáróng), nad chińską szkołą olśnienia (tyb. czigczardu togba / cig-car-du rtogs-ba, chiń. dùnwù, dùnménpài), prowadzącego do prawdy (chiń. chán, jap. zen). Jej przedstawicielem był chiński mnich Moheyan (tj. Mahajana), a szkoła cieszyła się przychylnością tybetańskiej arystokracji. Debata doktrynalna skoncentrowała się na problemie drogi do wyzwolenia, przy czym Kamalaśila rozróżniał między samą drogą a jej celem, kładąc nacisk na przestrzeganie zasad moralnych, medytację oraz podążanie ku mądrości poprzez nieustanną pracę nad sobą, naukę i samodoskonalenie. Moheyan natomiast negował znaczenie działania i myślenia jako metody osiągania doskonałości, a wyzwolenia upatrywał w przebudzeniu. W teorii Moheyana wyraźnie przebijały elementy taoizmu i jednej z naczelnych jego zasad: niedziałania (chiń. wúwèi). Kamalaśila argumentował obrazowo, porównując drogę do wyzwolenia ze wspinaczką, wymagającą systematycznego, wytrwałego stawiania kroków (co bardzo przemawiało do Tybetańczyków), natomiast teorię Moheyana skomentował ironicznie, przyrównując ją do stanu alkoholowego delirium.

Płaszczyzną odniesienia kulturowego stała się zatem dla Tybetu cywilizacja indyjska, a nie chińska. Król zarządził, że przegrani w sporze muszą opuścić Tybet. W rezultacie chińscy mnisi oraz uczeni buddyjscy wyjechali, po czym nie odgrywali już więcej żadnej roli w religijno-teologicznej ewolucji Tybetu, który przyjął tradycję indyjską. Po tej debacie król Trisong Decen ogłosił buddyzm (w wersji indyjskiej) religią państwową. Skrócona wersja tego edyktu widnieje na kamiennej kolumnie w Samje.

Wskazanie na buddyzm indyjski jako źródło inspiracji było bardzo ważną decyzją, o znaczeniu historycznym, w ten bowiem sposób Trisong Decen wybrał indyjski model kulturowy, odrzucając chiński. Tybet pozostał zatem w sferze oddziaływania przede wszystkim kultury i cywilizacji Indii, choć z Chin również zaczerpnął wiele. Sam również mocno oddziaływał kulturowo na Chiny w późniejszych wiekach, nie tylko bezpośrednio, lecz także poprzez wiernych buddyzmowi tybetańskiemu Mongołów i Mandżurów.

Nie jest zatem prawdziwa teza chińskich propagandzistów, w myśl której „lamaizm jest wersją buddyzmu chińskiego”, a także stwierdzenie, że po jedenastu latach głoszenia przez Moheyana nauk „w Tybecie rozkwitł buddyzm chiński” i to z Chin buddyzm tybetański zaczerpnął nauki mahajany, natomiast z Nepalu i Indii – mistycyzm i nauki ezoteryczne. Tylko jedna chińska publikacja propagandowa – Religie tybetańskie z 2003 roku – przyznaje, że Moheyan poniósł porażkę.

(...)

Debata religijna – wielu badaczy ma poważne wątpliwości, czy w ogóle się odbyła – nie ograniczała się jedynie do kręgu spraw wiary, w istocie odzwierciedlała bowiem rywalizację między arystokratycznymi stronnictwami a władcą o wpływy w państwie, reformatorskie intencje króla, a także realia polityczno-militarne, w których Chiny były głównym adwersarzem Tybetu, natomiast Indie nie stanowiły dlań żadnego zagrożenia. Wypędzenie mnichów chińskich z Tybetu i zakaz wyznawania ich doktryny najwyraźniej miały podłoże polityczne i wynikały ze świadomości wzrostu wpływów chińskich oraz przemyślanej potrzeby jak najszybszego ich ograniczenia, co też zostało skutecznie wykonane. W ten sposób Tybet odciął się od wpływów nie tylko chińskiego buddyzmu, ale także szerszego oddziaływania kultury chińskiej.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

środa, 11 lutego 2026



W dniach 8–9 lutego siły ukraińskie zaatakowały we wschodniej części obwodu zaporoskiego, zagrażając pozycjom agresora w rejonie Dobropilli i Ternuwatego. Według niektórych źródeł stanowiło to początek działań zaczepnych na większą skalę, czemu zaprzeczyły ukraińskie źródła wojskowe. Natarcie uległo wyhamowaniu, jednak w rejonie Dobropilli obrońcy mieli wbić się w pozycje kontrolowane przez wroga na głębokość 5 km. Przekaz ten podważała część źródeł ukraińskich (m.in. DeepState), donosząc, że miejscowości te nie zostały przez Rosjan zajęte i znajdowały się w szarej strefie. Siły rosyjskie miały z kolei odeprzeć Ukraińców od Hulajpola, a 10 lutego w niektórych źródłach pojawiła się informacja, że zajęły leżące na zachód od tego miasta Zaliznyczne, które bezskutecznie atakowały od kilku tygodni.

Rosjanie rozwijają natarcie na południowy wschód od Słowiańska. Zajęli kolejne wsie i tereny na północ od prowadzącej do tego miasta autostrady M03, zbliżając się do niego na odległość ok. 15 km. Podobny dystans dzieli agresora od Kramatorska. Najeźdźcy uzyskali też dalsze postępy terenowe pomiędzy Siewierskiem a Łymanem, umacniając się po południowej stronie drogi łączącej oba miasta. Według niektórych źródeł mieli także osiągnąć północne obrzeża Łymanu, lecz nie udało im się wkroczyć do niego z tego kierunku.

Siły rosyjskie zaktywizowały się na północ od aglomeracji pokrowskiej, gdzie wyprowadziły natarcie w kierunku Drużkiwki. Po wielomiesięcznych walkach zajęły węzłowe Szachowe i – wedle części źródeł – kolejne dwie miejscowości na północny wschód od niego. Trwają walki w centrum Konstantynówki, gdzie pod kontrolę rosyjską przeszły następne kwartały. Siły agresora poczyniły również postępy na południowy zachód od tego miasta, umacniając się po północnej stronie przebiegającej przez nie drogi Pokrowsk–Bachmut. Rosjanie częściowo odzyskali też inicjatywę w Kupiańsku, zajmując część utraconych wcześniej kwartałów, oraz wyparli obrońców z kolejnych terenów na wschód od tego miasta, gdzie logistykę ukraińską utrudnia rzeka Oskoł. Wkroczyli także do następnych miejscowości przygranicznych w obwodach charkowskim i sumskim, z których części wyparły ich ukraińskie kontrataki.

5 lutego amerykańska firma SpaceX odcięła sygnał dla niezarejestrowanych na Ukrainie terminali Starlink, co przyczyniło się m.in. do pogorszenia łączności wykorzystujących je jednostek rosyjskich. Nie spowodowało natomiast poważniejszych problemów dla sił ukraińskich, o czym poinformował odpowiedzialny za tę kwestię doradca ukraińskiego ministra obrony Serhij „Flash” Beskrestnow. Zdecydowana większość użytkowników po stronie obrońców zdążyła bowiem zarejestrować użytkowane przez siebie terminale. Przez kilka dni siły agresora zmuszone były korzystać głównie z tradycyjnych środków łączności, co według niektórych źródeł wpłynęło na ograniczenie ich aktywności. 9 lutego Beskrestnow powiadomił, że Rosjanie rozpoczęli masowe dostarczanie na front własnych terminali umożliwiających korzystanie z internetu za pośrednictwem satelitów serii Jamał i Ekspres. Problem nawigacji dronów rozwiązali zaś, zwiększając wykorzystanie sieci Mesh. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu zdołają oni w ten sposób zastąpić system Starlink, z którego korzystali ze względu na dużą dostępność, niezawodność i wygodę użytkowania.

W kolejnym zmasowanym ataku na infrastrukturę energetyczną 7 lutego ucierpiała głównie zachodnia część Ukrainy. Poważnie uszkodzone zostały elektrownie cieplne Dobrotwirska w obwodzie lwowskim i Bursztyńska w obwodzie iwanofrankiwskim (druga z wymienionych przejściowo wstrzymała pracę), a także podstacje w obwodach kijowskim, lwowskim i rówieńskim. Szczególnie niebezpieczne dla systemu energetycznego okazało się uszkodzenie podstacji Zachodnioukraińskiej w obwodzie lwowskim (750/330 kV), przez którą m.in. przesyłano energię importowaną z Węgier. Do uszkodzenia infrastruktury energetycznej doszło w ośmiu obwodach, a awaryjne wyłączenia prądu zaprowadzono w większości regionów Ukrainy. W elektrowniach jądrowych Chmielnickiej i Rówieńskiej nastąpiło częściowe wygaszenie reaktorów i ograniczenie mocy produkcyjnych. W obwodzie kijowskim uszkodzone zostały też magazyny i centrum logistyczne. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych agresor wykorzystał w ataku 408 bezzałogowców (w tym 250 uderzeniowych „szahedów”), z których unieszkodliwione miały zostać 382, a także 37 pocisków manewrujących (24 zestrzelono) i dwa hipersoniczne. Naprawiane obiekty w obwodzie lwowskim stały się celem wrogich dronów również następnej doby, a 9 lutego uszkodzona została podstacja w Nowowołyńsku.

Stałymi celami dronów agresora były obiekty energetyczne w regionach przygranicznych i przyfrontowych. Po raz kolejny trafione zostały m.in. podstacja w Zaporożu (4 lutego), elektrociepłownia w Charkowie (TEC-5) i podstacja w obwodzie sumskim (5 lutego), elektrownia cieplna (TES) k. Słowiańska i podstacja k. Kropywnyckiego (6 lutego) oraz obiekt należący do DTEK (najprawdopodobniej podstacja) w obwodzie odeskim (10 lutego). Ponadto 6 lutego rosyjska artyleria po raz kolejny ostrzelała elektrociepłownię w Chersoniu. 9 lutego prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w rezultacie wcześniejszych ataków wciąż bez ogrzewania pozostaje 1400 bloków mieszkalnych w Kijowie.

(...)

Wieczorem 8 lutego Rosjanie przeprowadzili dwa uderzenia rakietowe na Kijów i leżący na południe od niego Wasylków. Ze skąpego ukraińskiego przekazu wynika, że celami były najprawdopodobniej obiekty stricte wojskowe (m.in. lotnisko w Wasylkowie). Agresor miał wykorzystać 11 pocisków balistycznych Iskander-M, z których tylko jeden udało się zestrzelić, co stanowi najgorszy deklarowany wskaźnik skuteczności obrony powietrznej stolicy Ukrainy od 2022 r. Kijów został zaatakowany także 5 lutego dronami. Donoszono wówczas o pożarach i zniszczeniach w trzech rejonach miasta. 6 lutego Rosjanie uderzyli w rejonie Kropywnyckiego pociskami hipersonicznymi Kindżał, gdzie – według niektórych źródeł – celem było lotnisko Kanatowe. Zgodnie z danymi ukraińskimi od wieczora 3 lutego do rana 10 lutego agresor wykorzystał łącznie – wliczając zmasowany atak z 7 lutego – 1399 dronów (w tym 870 „szahedów”) i 63 rakiety. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 1218 bezzałogowców oraz zestrzelenie 24 pocisków manewrujących (wszystkie 7 lutego) i jednego balistycznego.

osw.waw.pl

wtorek, 10 lutego 2026



Pod koniec VIII wieku, u szczytu potęgi, państwo tybetańskie zajmowało większą powierzchnię niż cesarstwo chińskie, obejmując całą Wyżynę Tybetańską, tj. dzisiejszy Tybet i Qinghai, część Pamiru i Kaszmiru, większość Ujgurii oraz prowincji Sichuan, Gansu i Yunnan (w 763 roku sięgnęło nawet Chin właściwych). Tubo mniej więcej dziesięciokrotnie ustępowało Chinom pod względem liczby ludności. Było przy tym znacznie bardziej zróżnicowane etnicznie i gorzej zorganizowane. W kontaktach dwustronnych Tybetańczycy byli jednak stroną dużo bardziej aktywną, do nich też należała przewaga militarna, niekiedy wręcz miażdżąca, ale w żadnym razie niewynikająca z dominacji liczebnej. Za wytwór fantazji uznać trzeba więc statystyki z kronik dynastii Tang, szacujące przeciętny stan osobowy wojsk tybetańskich na 1.270.789 żołnierzy. Historiografia chińska skrzętnie przemilcza niewygodny wątek tybetańskiej przewagi militarnej, szczególnie szkodliwy propagandowo w świetle chińskich roszczeń wobec Tybetu.

Stosunki między Tybetem a Chinami w wiekach VII i VIII były relacjami między mocarstwami równymi sobie. Fakt ten znajdował wyraz we wspomnianych traktatach, łącznie z najważniejszym, zawartym w 822 roku, i nie został zanegowany ani przez ówczesnych cesarskich kronikarzy, ani też ich następców. Dowodem może być wyryta w 1794 roku w Lhasie inskrypcja mandżurskiego ambana (cesarskiego rezydenta w Tybecie) He Lina, w której podkreślano, że „w czasach dynastii Tang (618–907) i Song (960–1279) stosunki między Chinami a Tybetem były przyjazne, ale Tybet nie zaliczał się do wasali Chin”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

poniedziałek, 9 lutego 2026



Izrael zaostrza prawo okupacyjne na Zachodnim Brzegu Jordanu w sposób niezgodny z porozumieniami pokojowymi z Oslo i prawem międzynarodowym. To kolejny krok w kierunku przejęcia własności nad terytoriami okupowanymi bez otwartej aneksji.

👉 Anulowanie zakazu sprzedaży/zakupu gruntów palestyńskich przez osoby, które nie są lokalnymi mieszkańcami (zgodnie z prawem międzynarodowym osadnicy takimi nie są). To prawo sprzed 1967, które miało chronić terytoria palestyńskie. Teoretycznie nic w tym niezwykłego, gdyby nie kompletna dominacja osadników. Usunięcie prawa można tłumaczyć równouprawnieniem, ale w praktyce sprowadza się do przyspieszenia przejmowania ziem przez osadników.

👉 Upublicznienie niejawnych ksiąg wieczystych. To się wiąże z punktem poprzednim pozwalając na zidentyfikowanie palestyńskich właścicieli i wywarcie na nich presji, w celu nakłonienia do zakupu. Również Izrael usuwa mechanizmy chroniące te księgi wieczyste przed fałszerstwem, co z kolei pomoże nielegalnie pozbawiać Palestyńczyków ziemi. 

👉 Uproszczenie procedur zakupu gruntów na terytoriach okupowanych poprzez ograniczenie procedur biurokratycznych i kontroli chroniących przed fałszerstwami.

👉 Reaktywacja Komitetu ds. Nabywania Gruntów, czyli organu rządowego aktywnie wykupującego grunty na potrzeby osadnictwa.

👉 Rozszerzenie izraelskiego nadzoru nad infrastrukturą w strefach A (pełna autonomia) i B (autonomia administracyjna), co w praktyce oznacza odrzucenie fundamentalnych zapisów traktatów izraelsko-palestyńskich. 

👉 Przeniesienie kompetencji dot. zagospodarowania przestrzennego w Hebronie z administracji palestyńskiej do izraelskiej (okupacyjnej), co także jest sprzeczne z porozumieniami. 

👉Wzmocnienie kontroli izraelskiej nad miejscami świętymi,  w tym nad Grotą Patriarchów w Hebronie i Grobem Racheli w Betlejem, co także jest sprzeczne z porozumieniami. 

🗣️ To bezprecedensowe kroki nie tylko umacniające izraelską okupację Zachodniego Brzegu Jordanu, ale stwarzające mechanizmy rozbudowy osadnictwa i  wysiedlania ludności Palestyńskiej. W ostatnich miesiącach, na skutek pogromów, Palestyńczycy zostali wysiedleni z kilku wsi i osad przez osadników żydowskich wspieranych przez siły bezpieczeństwa. Teraz staje się to oficjalną polityką rządu Izraela. Działania te potępiły kraje arabskie i państwa Unii Europejskiej, co w praktyce nie będzie miało żadnego znaczenia na rozwój wypadków na terytoriach okupowanych.

x.com/JarekKociszewsk


Sąd w Hongkongu skazał w poniedziałek 78-letniego magnata prasowy Jimmy'ego Laia na 20 lat więzienia na mocy ustawy o bezpieczeństwie narodowym. Organizacje praw człowieka alarmują, że biorąc pod uwagę wiek i stan zdrowia skazanego, jest to w praktyce wyrok śmierci dla symbolu ruchu demokratycznego, skazanego za zmowę z obcymi siłami.

Sąd, złożony z sędziów wyznaczonych bezpośrednio przez władze, w uzasadnieniu wyroku uznał, że czyny Laia były "zaplanowane z premedytacją" i należały do "najcięższej kategorii" przestępstw. Podkreślono, że oskarżony był "siłą napędową" spisku mającego na celu skłonienie USA i innych państw do nałożenia sankcji na Chiny oraz blokady Hongkongu. Lai miał wykorzystywać swoją gazetę "Apple Daily" jako narzędzie politycznego lobbingu i podżegania do nienawiści wobec rządu, dążąc - zdaniem sądu - do "upadku" Komunistycznej Partii Chin. Sąd odrzucił wniosek obrony o zmniejszenie wyroku w związku ze stanem zdrowia Laia, uznając czyny oskarżonego za "szczególnie poważne".

78-latek nie przyznał się do winy, określając się mianem "więźnia politycznego".

Międzynarodowe organizacje nie kryją oburzenia, mówiąc jednym głosem o "sądowej farsie". "Ten werdykt to ostatni gwóźdź do trumny wolności prasy w Hongkongu" - oceniła Jodie Ginsberg z Committee to Protect Journalists (CPJ). Wtórował jej Human Rights Watch, nazywając karę "okrutną i niesprawiedliwą", która w efekcie stanowi "wyrok śmierci". Thibaut Bruttin z organizacji Reporterzy bez Granic (RSF) przywołał tragiczną historię noblisty Liu Xiaobo, który zmarł w chińskim więzieniu. - Nie możemy pozwolić, by Laia spotkał podobny los. Kurtyna opada, to całkowity upadek niezależnego dziennikarstwa - podkreślił w oświadczeniu Bruttin.

Również władze Tajwanu skrytykowały "prześladowanie polityczne" Laia, wzywając do jego natychmiastowego uwolnienia. "Surowy wyrok wydany wobec Jimmy'ego Lai na mocy hongkońskiej ustawy o bezpieczeństwie narodowym nie tylko pozbawia go wolności osobistej i narusza wolność słowa oraz wolność prasy, ale także odmawia obywatelom podstawowego prawa do pociągania rządzących do odpowiedzialności" - oświadczyła tajwańska Rada ds. Chin Kontynentalnych (MAC).

Ogłoszeniu wyroku towarzyszyły nadzwyczajne środki ostrożności i silna obecność policji, która kordonem odgrodziła gmach sądu. Na sali rozpraw, oprócz rodziny skazanego i przedstawicieli zagranicznych konsulatów, pojawił się m.in. 94-letni kardynał Joseph Zen, emerytowany biskup Hongkongu i symbol oporu wobec Pekinu. Przed budynek sądu przybyli także byli pracownicy zamkniętego przez władze "Apple Daily", by okazać solidarność z dawnym szefem.

Lai, który posiada także brytyjskie obywatelstwo, został wcześniej skazany na kary pozbawienia wolności w innych postępowaniach i przebywa w więzieniu od 2020 r. Jest przetrzymywany w izolatce, a rodzina i prawnicy wielokrotnie alarmowali o znacznym pogorszeniu jego stanu zdrowia.

Jest najgłośniejszą ofiarą przepisów o bezpieczeństwie narodowym, wprowadzonych przez Pekin w odpowiedzi na masowe protesty z 2019 roku. Krytycy wskazują, że prawo to, kryminalizujące secesję i zmowę z zagranicą, posłużyło do całkowitego stłumienia opozycji demokratycznej i niezależnych mediów w byłej brytyjskiej kolonii.

PAP

niedziela, 8 lutego 2026



GRU, czyli rosyjski wywiad wojskowy, to elita armii i służb Federacji Rosyjskiej. Nie bez powodu jego dewiza brzmi: "Выше нас - только звёзды", co można przetłumaczyć: "Nad nami są tylko gwiazdy". Aleksiejew od lat znajdował w podobnym miejscu - czyli niemal na samym szczycie tej struktury. Od 2011 r. pełnił funkcję szefa sztabu i pierwszego zastępcy dowódcy GRU. Odpowiadał za planowanie i nadzór nad operacjami specjalnymi, a częścią z nich kierował osobiście.

Lista operacji, które planował i koordynował, jest bardzo długa. Obejmuje m.in. działania tzw. zielonych ludzików podczas aneksji Krymu, kierowanie rosyjskimi siłami specjalnymi oraz prywatnymi armiami w Syrii i Afryce, nadzór nad Grupą Wagnera, a także planowanie rosyjskiego uderzenia na Kijów w 2022 r. Według nieoficjalnych źródeł podlegać miała mu również komórka odpowiedzialna za eliminowanie osób uznanych przez Kreml za niewygodne. To z jej działalnością łączona jest m.in. próba otrucia Siergieja Skripala przy użyciu nowiczoka.

Najprawdopodobniej to Aleksiejew odpowiadał również za przetransportowanie w 2014 r. systemu rakietowego 9K37 Buk dla prorosyjskich separatystów - systemu, z którego później zestrzelono samolot MH17 linii Malaysia Airlines.

W 2017 r. za swoją służbę został odznaczony tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej. Złotą Gwiazdę wręczył mu osobiście Władimir Putin.

Nic więc dziwnego, że w piątkowy poranek generał Aleksiejew czuł się bezpiecznie. Mimo trzech zamachów na rosyjskich generałów, do których doszło w Moskwie w ciągu ostatniego roku, nie miał ochrony. Po wyjściu z mieszkania ruszył w stronę windy.

Nie dotarł.

Padły trzy strzały. Rosyjskie media do dziś nie są zgodne co do przebiegu wydarzeń. Część z nich twierdzi, że generał został trafiony w plecy i była to próba egzekucji rodem z "Ojca chrzestnego". Inne, w tym dziennik "Kommiersant", informują, że został postrzelony w nogę, rękę i klatkę piersiową, a tylko jego opór i walka z napastnikiem pozwoliły mu przeżyć. Jak było naprawdę - nie wiadomo.

Pewne jest natomiast, że sąsiedzi szybko zaalarmowali służby. Wezwano pogotowie, a sprawna akcja ratunkowa zakończyła się powodzeniem. Wiceszef GRU przeżył. Rosyjskie media podały nawet wczoraj, że po operacji odzyskał przytomność.

Pozostaje pytanie: co robił w mieszkaniu przy ulicy Wołokołamskiej bez ochrony?

Ze względu na osobiste bezpieczeństwo tymczasowo mieszkał w lokalu należącym do GRU - tak brzmi wersja oficjalna.

Według nieoficjalnych informacji, sąsiedzi z bloku, w którym doszło do zamachu, poinformowali służby, że generał nocował u znacznie młodszej od siebie kochanki, z którą ma małe dziecko. Oficjalnie Aleksiejew ma 63-letnią żonę i dorosłe dzieci, a także wille w prestiżowej części Moskwy oraz apartament w centrum miasta.

Ulica Wołokołamskaja znajduje się niemal na obrzeżach Moskwy. Mieszkanie, z którego wychodził generał, mieści się na 24. piętrze. Piętro wyżej czekał zamachowiec. Miał wejść do budynku podczas nocnej zmiany ochrony. Otworzył domofon własnym kluczem. Ubrany był w za dużą kurtkę, kapelusz i maseczkę, która całkowicie zasłaniała twarz, co znacznie utrudniało jego identyfikację.

Początkowo niektóre rosyjskie media informowały nawet, że za zamachem stała kobieta sprzątająca klatkę schodową. Później jednak pojawiły się informacje, że służby pokazują mieszkańcom zdjęcia zamaskowanego mężczyzny. Co ciekawe, w budynku nie ma nagrań z monitoringu, a atak nastąpił dokładnie w momencie zmiany dyżuru ochrony wieżowca. Ochroniarze pracujący w nocy odebrali telefon od sąsiadów, którzy słyszeli strzały, przekazali zgłoszenie swoim zmiennikom i poszli do domów. Ochrona dzienna wjechała windą na 24. piętro z opóźnieniem, jednak zamachowca już tam nie było. Najprawdopodobniej w tym samym czasie zszedł po schodach i opuścił budynek.

W sobotę rosyjskie media poinformowały o zatrzymaniu dwóch osób, które miały stać za zamachem. Nie wiadomo jednak, czy są to faktyczni sprawcy ani - co najważniejsze - na czyje zlecenie został przeprowadzony atak.

Kreml szybko wskazał winnych. Kilka godzin po ataku minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow oskarżył Ukrainę o próbę sabotowania rozmów pokojowych. - To prowokacja mająca na celu destabilizację procesu pokojowego - oświadczył.

Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji poinformowała w niedzielę o zatrzymaniu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i deportacji do Rosji podejrzanego o próbę zamachu. Według komunikatu FSB jest nim 66-letni Lubomir Korba - obywatel Rosji, urodzony w obwodzie tarnopolskim ówczesnej ZSRR. Rosyjskie służby podkreślają, że Korba jest ukraińskiego pochodzenia.

W tym samym oświadczeniu rosyjski kontrwywiad wymienił również nazwiska dwóch innych osób posiadających rosyjskie obywatelstwo, określanych jako "wspólnicy" zamachowca. To 66-letni Wiktor Wasin oraz 55-letnia Zinaida Serebricka, która - jak twierdzi FSB - zbiegła na Ukrainę. Rosyjscy blogerzy i komentatorzy powiązani z władzami już przekonują, że Kijów nie będzie w stanie wyprzeć się związku z tym zamachem i że będzie musiał tłumaczyć się z tej sprawy przed prezydentem USA Donaldem Trumpem.

Zupełnie inaczej sytuację oceniają jednak zachodnie służby specjalne. Według źródeł "The Washington Post", nie wierzą one w zaangażowanie Ukrainy w próbę zamachu na Aleksiejewa.

- Ukraińskie służby przeprowadzały podobne operacje w przeszłości, ale byłoby prawdziwym szaleństwem robić to właśnie teraz - powiedział dziennikowi były wysokiej rangi funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu.

Ukraińcy mają powody, by nienawidzić Aleksiejewa. Dla nich jest zdrajcą - pochodzi z Ukrainy, urodził się niedaleko Winnicy. Był również odpowiedzialny za los obrońców Mariupola wziętych do niewoli. To on był głównym negocjatorem Kremla podczas rozmów o wyjściu ukraińskich wojsk z kombinatu Azowstal w maju 2022 r. Miał wówczas obiecywać przestrzeganie konwencji genewskich i godne traktowanie jeńców. Zamiast tego były tortury i głodzenie więźniów.

(...)

Z drugiej strony modus operandi nie pasuje do ukraińskich służb. Poprzedni rosyjscy generałowie ginęli w eksplozjach ładunków wybuchowych. W 2024 r. zginął generał Igor Kiriłłow - bomba została ukryta w rowerze elektrycznym przy wejściu do jego mieszkania. W zamachach na generała Jarosława Moskalika w kwietniu 2025 r. oraz Faniła Sarwarowa w grudniu ubiegłego roku użyto samochodów-pułapek. Do tego termin - w trakcie rozmów w Abu Zabi - wydaje się bardzo ryzykowny dla Ukrainy.

wp.pl

sobota, 7 lutego 2026



Tomasz Sajewicz: Nieliczne, jak na skalę chińską.

Marcin Jacoby: One były szokujące, bo w ogóle były! Nie dlatego, że pojawiły się na nich miliony ludzi, tylko dlatego, że tu było może sto osób, a tam trzysta – ale byli w stanie się w ogóle skrzyknąć i zebrać, mieli odwagę i możliwości, żeby stanąć i coś powiedzieć. Częściowo były to przecież hasła polityczne. A w większości hasła: „przestańcie w końcu z tą polityką zero-COVID, mamy tego dość”.

TS: Tak, choć wydaje mi się, że protesty te były bardzo na rękę Komunistycznej Partii Chin – wręcz na nie czekano. Według jednej z teorii protesty zostały sztucznie zainicjowane po to, aby partia mogła mieć jakikolwiek pretekst, żeby odejść od covidowego zamordyzmu.

MJ: Tak. Nam na Zachodzie często się wydaje, że istnieją w Chinach jakieś środowiska dysydenckie, setki osób, które mają już jakieś koncepcje przejęcia władzy. Tymczasem tam nie ma żadnych środowisk dysydenckich! Partia jest stumilionowym konglomeratem trzymającym w garści absolutnie wszystko. I jest wszędzie. W każdej firmie, w każdej organizacji studenckiej Chińczyków za granicą jest komórka partyjna. Po prostu wszędzie, wszędzie! Jak w takim razie można się zorganizować? Jak protestować? 

Bogdan Góralczyk: Jeśli chodzi o umacnianie się Xi Jinpinga, czy dochodzenie do jedynowładztwa, tak to nazwijmy, trzeba wyróżnić dwa momenty krytyczne. Pierwszy to skuteczna akcja przeciwko Bo Xilaiowi, który był autentyczną, programową i osobową alternatywą. To było działanie szybkie i skuteczne. Drugi moment, który Zachód przeoczył, nastąpił w 2014 roku, kiedy nawet szef banku centralnego i minister finansów, ale nie sam Xi Jinping, wezwali do budowania społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu na skróty. Pan Tomek powinien pamiętać, jak Chińczycy na przedbiegi lecieli do banków i składali swoje oszczędności, studenci zapożyczali siebie, swoje dziewczyny, teściów, no i napompowali bańkę w pół roku. Bańka w czerwcu i lipcu 2015 roku pękła, aż zablokowali giełdę. A gdy po pół roku, po tąpnięciu, otworzyli giełdy w styczniu roku następnego, to raz jeszcze stracono na nich sześć czy siedem punktów procentowych. Chiny straciły przez osiem czy dziewięć miesięcy bilion (czyli tysiąc miliardów) dolarów i stały. Dla mnie był to dowód, że władza jest nienaruszalna, skoro nie wzbudziło to masowych protestów społecznych. We wszystkich innych państwach świata ze Stanami Zjednoczonymi włącznie, jeżeli byśmy stracili w ciągu niespełna roku bilion dolarów, takie protesty musiałyby wybuchnąć. Przecież ocenia się, że ponad 80 milionów Chińczyków straciło nawet oszczędności życia! Był też taki przypadek, że biznesmen chiński wykupił ziemię i zaczął przekopywać kanał równoległy do Panamskiego. Przegrał on właśnie na tym kryzysie i od tamtej pory wszystko stanęło… I od tamtej pory aż do dziś środki na bezpiekę są większe niż na armię – a armia przecież rośnie szybko i nieustannie. Oznacza to, że charakter władzy się zmienił. Podważone zostało częściowo zaufanie niektórych obywateli do partii i do władzy, więc władza sięgnęła po asertywne środki przymusu i coraz mocniej je stosuje. A kolejną cezurą niewątpliwie był COVID, czego pan Tomek sam doświadczył, siedząc w kontenerze, bo czytałem jego relację…

TS: Panowie, was to jakby w ogóle nie przeraża…

BG: Przeraża. Dlatego pojechałem do ChRL, po czterech latach, dopiero w listopadzie 2023 roku. Nie chciałem doświadczać tamtejszych wymazów i lockdownów.

TS: A nie przeraża was makroskala tego, że żyjąc w XXI wieku, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii świata byliśmy w sytuacji, że wdrożono aż do tego stopnia tak ogromny eksperyment kontroli społecznej, na tak dramatyczną skalę? Jak w ogóle objąć to rozumem, że miliard czterysta milionów osób jest poddanych totalnej kontroli, ponieważ nieszczęsny WeChat, którego wciąż jeszcze nie wykasowałem, rzeczywiście taką kontrolę totalną zapewnia?

MJ: Ja jednak ponownie wkroczyłbym z narracją z początku naszej rozmowy: to, co się dzieje w Chinach, jest też wypadkową zmian światowych.

BG: Oczywiście.

MJ: Jestem zatrwożony stopniem zmapowania indywidualnych preferencji użytkowników przez media społecznościowe. Jestem zatrwożony brakiem odpowiedzialności w rozwijaniu sztucznej inteligencji. Jestem zatrwożony stopniem ubezwłasnowolnienia obywateli – u nas na szczęście tylko na poziomie konsumpcyjnym, jako klientów. W Chinach odbywa się to na poziomie wolności osobistych. Chiny wpisują się w jakiś technokratyczny zły sen, który sami sobie tworzymy, teraz, na całym świecie.

BG: Orwellowski.

TS: Główne pytanie jest więc takie: czy Chińczycy są w stanie obudzić się z tego snu sami? Czy oni widzą jakieś tego symptomy?

MJ: Nie, Tomek.

BG: Musiałoby się stać coś wstrząsającego.

(...)

TS: Nie chcę, żeby to pytanie zabrzmiało tak bardzo naiwnie, jak zabrzmiało w twoich ustach, ale co twoim zdaniem może skłonić Chińczyków do tego, żeby zaczęli zadawać sobie pytanie: „gdzie ja żyję?”. A może taka sytuacja im pasuje?

BG: Na tę chwilę moim zdaniem pasuje, ponieważ nadal znajdują się na ścieżce wzrostu. Władza i propaganda chińska gra bardzo umiejętnie i coraz mocniej na nutach antyamerykańskich, do czego przygotowywano społeczeństwo bardzo długo. To jest niezwykle nośne: można pokazać tym Zachodniakom to, co poprzedni szef resortu spraw zagranicznych, Yang Jiechi, zrobił na Alasce, kiedy przy włączonych kamerach pouczał delegację amerykańską, że Chinom nie można już nic dzisiaj z zewnątrz dyktować. Dla Chińczyka to jest balsam: „możemy wreszcie tym byłym kolonialistom i imperialistom pokazać miejsce w szeregu”. Duma narodowa po prostu w nich kipi i jest pompowana od przedszkola. Jest pompowana również w mediach, widzimy to codziennie. Dodajmy do tego wycieczki do miejsc Długiego Marszu, urodzin Mao Zedonga itd. Chiny znajdują się na tym etapie, że myślą o sobie jako o „stronie zwycięskiej”. Pokazują przecież strzelaniny w Stanach Zjednoczonych, czy ruch „Black lives matter”. To wszystko jeszcze w Chinach gra. Myślę, że przebudzeniem mogłaby być jakaś straszna klęska Rosji, z którą Chiny jednak się dogadują – i ta ekipa, i Xi Jinping osobiście, dogadują się z Putinem. Drugim papierkiem lakmusowym absolutnie jest Tajwan, szczególnie gdyby Chiny dostały lanie, bo wówczas ten wizerunek nowego bóstwa, nowego cesarza, nowego wodza i szefa partii zostałby podminowany, jeśli nie zachwiany. I to jest dopiero ten moment. Ale na razie ja go nie widzę.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

piątek, 6 lutego 2026



Sowiecki agitator, dowolnie powielający chińskie tezy propagandowe, B. Aleksandrow, w broszurze ideologicznej pt. Tybet pisze m.in., że: „pod przykrywką hasła «niepodległości Wielkiego Tybetu» Anglicy usiłowali w latach 1937–1939 zorganizować przy pomocy przedstawicieli kół lamajsko-feudalnych zbrojny pochód na Chiny”. Dalej precyzuje, że „imperializm brytyjski już od dawna starał się wyzyskać pojęcie «etnografi cznego» Tybetu po to, aby wystąpić w roli «zjednoczyciela» ziem tybetańskich, czyli podporządkować swojej władzy olbrzymią część Chin w Centralnej Azji”. Aleksandrow twierdzi też, że „Lhasa bezspornie uznała zwierzchnią władzę Chin”, a Dalajlama V (1622–1682) „udał się do Pekinu, by otrzymać od cesarza chińskiego zgodę i zatwierdzenie swej władzy nad Tybetem”. Wbrew faktom historycznym podaje też, że „knowania brytyjskiego imperializmu w Tybecie i próby rozpętania wojny przeciw Chinom we wschodnim Tybecie skłoniły władze Lhasy do szukania, za pośrednictwem panczenlamy, porozumienia z Chinami”, a „rozmowy na ten temat przerwała dopiero śmierć dalajlamy w grudniu 1934 roku [...]. Zarówno sytuacja polityczna, jak i obrządek lamaistyczny wymagały powrotu panczenlamy jako regenta do Lhasy, celem przejęcia władzy nad wyznaniem i krajem w okresie przejściowym aż do znalezienia nowego «wcielenia» dalajlamy. W roku 1935 panczenlama powrócił do Lhasy jako głowa lamaizmu i pełnomocnik centralnego rządu chińskiego”.

Publikacje tego typu były ważne ze względu na wydźwięk propagandowy, natomiast błędy merytoryczne (łącznie z datą zgonu Dalajlamy XIII, rolą panczenlamy etc.) były normą. Na przykład Panczenlama IX nie był regentem, „głową lamaizmu”, pełnomocnikiem rządu chińskiego, nikt w Lhasie nie korzystał z jego mediacji, do Tybetu nie powrócił, choć chciał i powrót planował, ale zmarł w drodze. Aleksandrow komentuje obecność kilku Brytyjczyków i Amerykanów w Lhasie pod koniec lat czterdziestych XX wieku słowami: „Wysyłani do Tybetu amerykańscy agenci i wywiadowcy badają kraj wzdłuż i wszerz pod kątem widzenia warunków strategicznych i ekonomicznych, organizują spiski i prowadzą demoralizującą propagandę za oderwaniem Tybetu od Chin”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet