poniedziałek, 27 kwietnia 2026



Poniedziałkowe ceny obowiązywały od ostatnich dwóch dni. Jeszcze w piątek kierowcy za litr dziewięćdziesiątki piątki płacili maksymalnie 6,03 zł, za benzynę 98 - 6,62 zł, a za litr diesla - 6,79 zł.

Analitycy portalu e-petrol.pl pod koniec ubiegłego tygodnia prognozowali, że od połowy tego tygodnia benzyna i olej napędowy będą drożeć, a przed majówką koszty tankowania mogą być wyraźnie wyższe.

31 marca, pierwszego dnia wprowadzenia maksymalnych cen, litr benzyny 95 kosztował maksymalnie 6,16 zł, benzyny 98 - 6,76 zł, zaś oleju napędowego - 7,60 zł.

Zgodnie z przepisami, resort energii codziennie w dni robocze publikuje obwieszczenie ws. maksymalnych cen paliw. Cena maksymalna obowiązuje od dnia następującego po jej publikacji w Monitorze Polskim. W przypadku ogłoszenia jej przed dniami wolnymi od pracy i świętami stawka obowiązuje do najbliższego dnia roboczego włącznie. Sprzedaż powyżej ceny maksymalnej jest zagrożona karą do 1 mln zł, a kontrole prowadzi Krajowa Administracja Skarbowa.

Cena maksymalna jest ustalana według określonej formuły, obejmującej średnią cenę hurtową paliw na rynku krajowym, powiększoną o akcyzę, opłatę paliwową, marżę sprzedażową w wysokości 0,30 zł za litr oraz podatek VAT.

Do 30 kwietnia obowiązuje rozporządzenie obniżające VAT na paliwo z 23 do 8 proc. oraz rozporządzenie obniżające akcyzę. Akcyza jest obniżona o 29 gr za litr benzyny i 28 gr za litr oleju napędowego, czyli do najniższego poziomu dopuszczonego przez Unię Europejską. 

PAP


Portal podkreślił, że proces dyplomatyczny utknął w martwym punkcie, a irańskie kierownictwo jest podzielone w sprawie ewentualnych ustępstw dotyczących programu atomowego. „Irańska propozycja ominęłaby tę kwestię, umożliwiając szybsze zawarcie porozumienia” – czytamy w artykule.

Jedno ze źródeł portalu poinformowało, że Aragczi jasno powiedział w ostatni weekend mediatorom z Pakistanu, Egiptu, Turcji i Kataru, że w irańskim kierownictwie nie ma zgody co do tego, jak się odnieść do żądań USA. Stany Zjednoczone chcą, by Iran zawiesił co najmniej na 10 lat program wzbogacania uranu, a już wzbogacony uran został wywieziony z kraju.

Nowa propozycja koncentruje się na rozwiązaniu w pierwszej kolejności kryzysu wokół cieśniny Ormuz i amerykańskiej blokady morskiej. Polegałoby ono na uzgodnieniu długoterminowego zawieszenia broni lub trwałym zakończeniu wojny.

Zgodnie z tą propozycją negocjacje nuklearne rozpoczęłyby się dopiero na późniejszym etapie, po otwarciu Ormuzu i zniesieniu blokady morskiej.

Stany Zjednoczone otrzymały tę propozycję, nie wiadomo jednak, czy chcą ją rozważyć – pisze Axios.

Przedstawicielka Białego Domu Olivia Wales powiedziała portalowi: - To są poufne rozmowy dyplomatyczne, a Stany Zjednoczone nie prowadzą negocjacji za pośrednictwem prasy. Jak powiedział prezydent (Donald Trump), USA trzymają karty w ręku i zawrą tylko takie porozumienie, które przede wszystkim uwzględnia dobro Amerykanów; nigdy nie zgodzą się, by Iran miał broń nuklearną.

Axios zauważa, że zdjęcie blokady cieśniny i zakończenie wojny pozbawiłoby Trumpa narzędzi wpływu podczas przyszłych rozmów na temat usunięcia z Iranu zapasów wzbogaconego uranu oraz zawieszenia przez Teheran jego dalszego wzbogacania, a są to dla niego dwa podstawowe cele wojny.

W wojnie USA i Izraela z Iranem obowiązuje od 8 kwietnia zawieszenie broni. 

PAP


W przypadku złota roczna produkcja kopalń stanowi zaledwie ułamek (ok. 1,6 proc.) całego dotychczas wydobytego i zgromadzonego kruszcu. W 2025 r. produkcja złota było nieco wyższa (+1% rdr) i osiągając poziom 3672 ton złota była rekordowa od czasu zbierania danych przez Światową Radę Złota (WGC). Tymczasem według jej najlepszych dostępnych szacunków (stan na koniec 2025 r.), w całej historii wydobyto około 219 890 ton złota, z czego dwie trzecie miało miejsce po 1950 r.

(...)

Złoto jest cenne nie dlatego, że jest go mało, ale dlatego, że jego podaż na rynku jest tak przewidywalna i mała w stosunku do tego, co już posiadamy. O wyjątkowości kruszcu decyduje jego względna stałość: fakt, że nowa produkcja stanowi zaledwie ułamek historycznego wydobycia. Tej stabilności, wykuwanej przez stulecia, nie da się zmanipulować ani zmienić – i to właśnie w niej ludzkość odnajdują rzadko spotykane dziś zaufanie i zastosowanie, w jubilerstwie, inwestycjach, polityce monetarnej czy przemyśle.

Jak pokazują dane WGC, największą część światowego wydobycia wykorzystuje obecnie branża jubilerska, pochłaniająca ponad 44% (ponad 97,65 tys. ton). Na drugim miejscu pod tym względem są inwestorzy prywatni (złote monety i sztabki), posiadający 23,2% wydobytego metalu (ok. 51 tys. ton).

Trzecimi zasobami złota będącego w obiegu mogą pochwalić się banki centralne, przechowujące około 17,6% (ok. 38,6 tys. ton) dotychczas wydobytego złota jako gwarancję stabilności rezerw walutowych. Czwarta i ostatnia kategoria to popyt ze strony zaawansowanego przemysłu oraz nowych technologii (ok. 15%), gdzie doskonałe właściwości fizykochemiczne złota wykorzystywane są np. do masowej produkcji elektroniki.

(...)

Zasobach, które oznaczają całkowity potencjał geologiczny, wymagający dalszych badań lub wyższych cen do rentownej eksploatacji, według danych Metals Focus wynosiły na koniec poprzedniego roku 132,11 tys. ton. Ponadto według badaczy istnieje potężny naukowy potencjał na pozyskanie kruszcu ukrytego chociażby na dnie oceanicznym lub pod najgrubszymi lodowcami Antarktydy, a może nawet na Księżycu.

Biorąc to wszystko pod uwagę, eksperci Światowej Rady Złota odpowiadają, że mało prawdopodobne, aby ludzkości zabrakło kiedykolwiek złota. Po pierwsze złoto nigdy nie zniknie w sensie fizycznym. Ten wyjątkowy pierwiastek naturalnie się nie rozkłada i poddaje się nieskończonemu procesowi bezpiecznego odzysku. Olbrzymią rolę zaczyna tym samym odgrywać potężny rynek zaawansowanego recyklingu (obejmujący m.in. skomplikowane elektrośmieci oraz używaną biżuterię), który bez problemu buforuje niedobory rynkowe.

Po drugie wraz z dalszymi wzrostami ceny metali, dynamiczną rozbudową robotyki w kopalniach, zmianami w prawie, jak np. te w Argentynie, które umożliwiają eksplorowanie lodowców, czy wdrażaniem analiz potężnych zbiorów danych dzięki sztucznej inteligencji (lepsze modelowanie geologiczne), dotychczas zupełnie nieopłacalne pokłady naturalnie uzyskają pełnoprawną rangę zyskownych rezerw operacyjnych.

bankier.pl


Trwa 59. dzień wojny USA i Izraela z Iranem, w której od 8 kwietnia obowiązuje zawieszenie broni. W weekend w Islamabadzie miała się odbyć kolejna runda rozmów pokojowych Iranu z USA. Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi przyleciał w niedzielę z Omanu do Pakistanu, ale - jak poinformowały władze pakistańskie - do spodziewanych negocjacji pokojowych z delegacją amerykańską nie doszło, a spotkanie zostało odwołane. To doprowadziło do kolejnego wzrostu cen ropy naftowej. 

Amerykańska ropa naftowa WTI kosztuje 95,3 dol. za baryłkę. To wzrost o 0,97 proc. względem poziomu sprzed weekendu. Z kolei ropa Brent przez weekend wyraźnie rosła. Kontakty terminowe poszły w górę o 2 proc., a baryłka kosztowała prawie 108 dol. Poniedziałkowe otwarcie przynosi jednak sporą przecenę. Baryłka kosztuje 100,4 dol. Względem piątkowego zamknięcia to o 4,7 proc. mniej. Eksperci oraz inwestorzy zakładają jednak dalszy wzrost cen ropy.

Analitycy Goldman Sachs znacznie podnieśli prognozy cen ropy Brent na koniec tego roku z 80 do 90 dolarów za baryłkę, a nawet to zależy od normalizacji eksportu z Zatoki Perskiej do końca czerwca. "Jeśli zapasy spadną do krytycznie niskiego poziomu, czego nie widzieliśmy przez ostatnie kilka dekad, prawdopodobne są nieliniowe wzrosty cen" - ostrzegają w analizie.

Z kolei Maciej Przygórzewski, główny dealer walutowy InternetowyKantor.pl zauważa, że "rynek coraz mniej wierzy w koniec wojny". "Teoretycznie wszystko jest w porządku. Mamy zawieszenie broni. Mamy rozmowy pokojowe. Mamy jednak również dwustronną blokadę Cieśniny Ormuz i upływający czas. Kontynuacja tego konfliktu tylko pogłębia problemy z dostępem do surowców energetycznych. W tym tygodniu przedłużono zawieszenie broni, ale rynki nie traktują tego jako dobrej wiadomości. W rezultacie mamy kolejne wzrosty cen ropy" - wylicza w komentarzu. 

"Inwestorzy zaczynają rozgrywać scenariusz wydłużającego się konfliktu. Analitycy sądzili, że skoro przesunięto z powodu tego konfliktu wizytę w Chinach na połowę maja, to do tego czasu konflikt ulegnie rozwiązaniu. Na to się jednak nie zanosi" - dodaje. 

gazeta.pl

niedziela, 26 kwietnia 2026



Zrobił to "rękami" chińskiego ministerstwa handlu, które ostrzega Brukselę, że w "podejmie niezbędne kroki, aby zdecydowanie chronić" interesy chińskich przedsiębiorstw i osób fizycznych objętych 20. pakietem sankcji, które — po wielu nieudanych próbach — Unia Europejska przyjęła w czwartek 23 kwietnia.

Pekin ostrzegł Brukselę, że "UE poniesie wszelkie konsekwencje" po tym, jak wspólnota włączyła chińskie firmy do najnowszego pakietu sankcji wobec Rosji, co doprowadziło do eskalacji napięć w i tak już napiętych stosunkach handlowych między Chinami a Europą.

W oświadczeniu wydanym późnym wieczorem w sobotę chińskie ministerstwo handlu stwierdziło, że jest "głęboko niezadowolone" i "zdecydowanie sprzeciwia się" włączeniu chińskich przedsiębiorstw do sankcji wobec Rosji, zarzucając UE "bezczelne" postępowanie pomimo "wielokrotnych sprzeciwów".

"Chiny wzywają UE do natychmiastowego usunięcia chińskich firm i osób z listy sankcji" — stwierdziło ministerstwo w oświadczeniu, ostrzegając, że Pekin "podejmie niezbędne środki w celu zdecydowanej ochrony" ich interesów.

Dwudziesty pakiet sankcji UE, zatwierdzony w zeszłym tygodniu po wycofaniu weta przez Węgry i Słowację, obejmuje kolejnych 20 rosyjskich banków, odcinając je od transakcji w euro i działalności gospodarczej w Unii Europejskiej. Przełom w sprawie sankcji nastąpił po rozwiązaniu sporu dotyczącego rurociągu naftowego Przyjaźń, który transportuje rosyjską ropę przez Ukrainę do Europy Środkowej (we wtorek 22 kwietnia ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że uszkodzony przez Rosję w trakcie działań wojennych na terenie Ukrainy rurociąg został naprawiony i może wznowić działalność).

Unijny pakiet obejmuje również banki i przedsiębiorstwa w krajach trzecich, w tym w Chinach, w ramach szerszej inicjatywy mającej na celu zamknięcie nieoficjalnych kanałów wykorzystywanych do wspierania rosyjskiej gospodarki wojennej, ze szczególnym naciskiem na środki przeciwdziałające obchodzeniu sankcji w sieciach handlowych, energetycznych i finansowych.

Prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegł w piątek 24 kwietnia, że Europa znajduje się obecnie pod presją ze strony Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji jednocześnie.

Nie powinniśmy lekceważyć faktu, że jest to wyjątkowy moment, w którym prezydent USA, prezydent Rosji i prezydent Chin są zdecydowanie przeciwni Europejczykom — powiedział Macron, przemawiając wraz z premierem Grecji Kyriakosem Mitsotakisem podczas spotkania w Atenach. Francuski przywódca wezwał w swoim przemówieniu UE do "przebudzenia się" i obrony własnych interesów.

onet.pl\Politico


"Poleciłem Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, aby strzelała i zniszczyła każdą łódź — nawet niewielką — która stawia miny na wodach cieśniny Ormuz. Nie może być żadnego wahania. Dodatkowo nasze jednostki do rozminowywania już teraz oczyszczają cieśninę. Niniejszym nakazuję kontynuowanie tych działań, ale z potrójną intensywnością" — przekazał Donald Trump we wpisie na platformie Truth Social.

Szlak jest de facto zamknięty od 2 marca. 17 kwietnia Teheran ogłosił ponowne otwarcie cieśniny. Wówczas dziesiątki jednostek ruszyły w kierunku Ormuzu, próbując się wydostać. Jednak już dzień później Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zmienił stanowisko i poinformował o jej zamknięciu. Spowodowało to, że większość statków szybko zawróciła i nadal pozostaje uwięziona w Zatoce Perskiej.

Stany Zjednoczone zaczęły od tego czasu egzekwować własną obecność w regionie, m.in. poprzez przejęcie 19 kwietnia statku towarowego pływającego pod irańską banderą.

Iran dolał oliwy do ognia, minując cieśninę, destabilizując globalny handel i zmuszając USA do reakcji siłowej. 18 marca Pentagon potwierdził zniszczenie 16 irańskich jednostek stawiających miny.

Skala zaminowania cieśniny do dziś nie jest dokładnie znana. Amerykański wywiad już na początku marca sygnalizował, że Iran rozpoczął proces rozmieszczania min, a prezydent Donald Trump reagował ostrzeżeniem, że jeśli to się potwierdzi, "konsekwencje militarne będą na poziomie dotąd niespotykanym".

(...)

Cieśnina Ormuz, przez którą w 2025 r. przepływało średnio około 20 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie, jest jednym z najważniejszych "wąskich gardeł" (w najwęższym miejscu ma zaledwie 54 km szerokości) światowego transportu ropy. Około 25 proc. globalnego morskiego handlu tym surowcem przechodzi właśnie tędy, a możliwości ominięcia tego szlaku są ograniczone.

Choć Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie dysponują częściowo alternatywnymi trasami eksportu ropy, które omijają cieśninę Ormuz, inne kraje — w tym Iran, Irak, Kuwejt, Katar i Bahrajn — są w zdecydowanej większości uzależnione od tego szlaku.

W 2025 r. przez ten szlak przepływało niemal 15 mln baryłek dziennie ropy naftowej, co stanowiło około 34 proc. światowego handlu tym surowcem. Większość tego wolumenu była kierowana do Azji — same Chiny i Indie odbierały łącznie 44 proc. eksportu. Do Europy trafiało jedynie około 600 tys. baryłek dziennie, czyli zaledwie 4 proc. dostaw z regionu.

Praktycznie cały eksport skroplonego gazu ziemnego (LNG) z Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) przechodzi przez cieśninę Ormuz. Katar w 2025 r. był drugim największym eksporterem LNG na świecie — wysłał ponad 112 mld m sześc. gazu, podczas gdy eksport ZEA wyniósł ok. 7 mld m sześc. Łączny wolumen LNG przepływający przez Ormuz przekroczył 112 mld m sześc., co odpowiada niemal 20 proc. światowego handlu LNG.

Nie istnieją realne alternatywne trasy eksportu gazu z Kataru i ZEA na globalny rynek poza transportem LNG drogą morską.

Głównym odbiorcą LNG z regionu pozostaje Azja. W 2025 r. około 90 proc. gazu transportowanego przez tę cieśninę trafiało na rynki azjatyckie, podczas gdy do Europy kierowano nieco ponad 10 proc. Jednocześnie dostawy LNG przechodzące przez Ormuz stanowiły około 27 proc. całkowitego importu LNG w Azji oraz około 7 proc. importu LNG w Europie.

(...)

Nawet jeśli uda się osiągnąć porozumienie w sprawie wznowienia eksportu przez cieśninę, skutki kryzysu mogą być odczuwalne jeszcze przez długi czas. Analitycy rynku energii podkreślają, że powrót do normalności nie nastąpi automatycznie. Według analityków amerykańskiej firmy inwestycyjnej Loomis Sayles nawet po stabilizacji sytuacji potrzeba "tygodni lub miesięcy", by odbudować przepływy surowców, a ceny ropy pozostaną powyżej poziomów sprzed konfliktu. Według S&P Global i GasBuddy powrót cen do poziomów sprzed kryzysu w 2026 r. jest mało prawdopodobny, nawet przy szybkim odblokowaniu cieśniny.

Sytuacja w cieśninie wywołała niepokój wśród azjatyckich sojuszników USA. Japonia sprowadza aż 93 proc. zużywanej ropy właśnie przez ten szlak, a Korea Południowa — 70 proc. ropy oraz około 20 proc. gazu ziemnego.

— Szlaki morskie są absolutnie kluczowe dla Japonii i Korei Południowej, ponieważ opierają one swój handel na transporcie morskim — zarówno w eksporcie, jak i w imporcie kluczowych surowców, takich jak energia, materiały i żywność — powiedział Joseph Kristanto, analityk ds. bezpieczeństwa morskiego w singapurskiej Szkole Studiów Międzynarodowych im. S. Rajaratnama.

(...)

Według kanadyjskiej agencji Agence Science-Presse, przez Ormuz przechodzi niemal połowa światowych dostaw mocznika nawozowego, ponad 30 proc. amoniaku oraz około 20 proc. fosforanu dwuamonowego — kluczowych składników nawozów.

Europejski sektor lotniczy stoi w obliczu ryzyka niedoboru paliwa lotniczego w ciągu najbliższych tygodni, jeśli blokada cieśniny Ormuz się utrzyma. Pierwsze ruchy już widać. Lufthansa ogłosiła redukcję aż 20 tys. lotów krótkodystansowych do października, a inne linie idą w tym samym kierunku — SAS odwołał około tysiąca połączeń, KLM ponad 150.

Europejskie kraje zareagowały na rosnące ceny ropy. Słowenia jako pierwsza w UE wprowadziła ograniczenia sprzedaży paliwa — maksymalnie 50 litrów na jedno tankowanie dla kierowców prywatnych. Inne państwa albo obniżają podatki i ograniczają marże na paliwach, albo wprowadzają dopłaty dla kierowców i firm transportowych.

W Polsce najważniejszym ruchem był pakiet CPN ("Ceny Paliwa Niżej"), ogłoszony przez rząd 26 marca i przyjęty w trybie ekspresowym przez parlament. Wprowadził obniżkę VAT na paliwa z 23 do 8 proc., redukcję akcyzy oraz maksymalne ceny detaliczne na stacjach. Przepisy weszły w życie pod koniec marca, a od 31 marca zaczęły obowiązywać na rynku.

onet.pl

sobota, 25 kwietnia 2026



— Dostałam to od dwóch, niezwiązanych ze sobą osób pracujących dla Białego Domu — napisała w środę w mediach społecznościowych Dasha Burns, reporterka amerykańskiej odsłony portalu POLITICO zajmująca się polityką i administracją prezydencką.

Tak brzmiący podpis dotyczył popularnego w internecie obrazka, na którym pies z wybałuszonymi oczami siedzi na krześle w płonącym pokoju, mówiąc jednocześnie, że wszystko jest w porządku.

(...)

Tu eufemizmy są już zbędne. Trump odnosi porażkę za porażką, pędząc ku politycznej katastrofie. Już w pierwszych miesiącach tej kadencji można było zaobserwować, że niektóre jego sztandarowe decyzje, jak nieprzemyślane wprowadzanie ceł, brutalna polityka antyimigracyjna uderzająca w te sektory gospodarki, które są ważne dla jego wyborców, podnoszenie kosztów ubezpieczeń zdrowotnych — to wszystko mu zaszkodzi, ponieważ obniży poziom życia tych klas społecznych, w których był najpopularniejszy.

Prof. Adam Przeworski, politolog z New York University, nazwał to nawet "polityką elektoralnie samobójczą". W konwencjonalnej demokracji, w której przetrwanie polityka zależy od jego popularności wśród wyborców, Trump i jego partia byliby skończeni już w czerwcu ubiegłego roku — ale nie byli. Odsetek Amerykanów pozytywnie oceniających jego prezydenturę wbrew pozorom pozostawał stały, wynosił ok. 42 proc. przez cały ubiegły rok. Przeworski tłumaczył, że jego zdaniem istnieje więc jakaś grupa wyborców, dla których tak zwane "zwycięstwa symboliczne" były ważniejsze od realnych korzyści płynących z faktu sprawowania władzy przez Trumpa i MAGA.

Ataki na uniwersytety, upokarzanie liberałów, wymuszanie ogromnych pseudo-odszkodowań od firm prawniczych i koncernów mediowych w zamian za możliwość dalszego świadczenia usług — to nakręcało wyborców prawicy w USA na tyle, że byli w stanie zignorować rosnące ceny energii, świadczeń zdrowotnych czy podstawowych produktów żywnościowych. 

(...)

— Nie próbuj znaleźć sensu w deklarowanych przez tę administrację celach politycznych — mówi Asha Rangappa, prawniczka, była agentka FBI, dzisiaj wykładowczyni Yale University, prowadząca też na portalu Substack platformę edukacyjną The Freedom Academy.

Rozmowę o Stephenie Millerze, nominalnie wiceszefie personelu w Białym Domu, a praktycznie — człowieku nazywanym "sekretarzem do spraw amerykańskiego imperializmu", zaczyna od przypomnienia, że Miller marzy o deportowaniu z USA każdego, kto nie ma białego koloru skóry i mówi z obcym akcentem. Kiedy odpowiadam jej, że w praktyce oznaczałoby to usunięcie z kraju około 40 proc. całej populacji Stanów Zjednoczonych, Rangappa mówi właśnie o braku sensu. Co jednak nie przeszkadza urzędnikom z bieżącej administracji dążyć do realizacji tych absurdalnych celów.

Podobnie jest z polityką zagraniczną, gdzie ludzie mający jeszcze wpływ na Trumpa — a Miller należy do tego wąskiego grona — w niczym go nie ograniczają, amplifikując wręcz jego najgorsze instynkty. Zarówno wspomniany reportaż z "New York Timesa", jak i opublikowany niedawno przekrojowy tekst w "The Wall Street Journal" opisujący trudne do opanowania wahania nastrojów Trumpa i jego lęki przed katastrofalnym końcem wojny w Iranie, co może zmieść z powierzchni ziemi Partię Republikańską w tegorocznych wyborach połówkowych pokazują, że wpłynąć na decyzje prezydenta jest coraz trudniej.

A nawet jeśli komuś uda się to w ogóle zrobić, trwałość takiego efektu jest bardzo ograniczona — ponieważ za kilka godzin pozycja USA może zmienić się całkowicie. Miller według doniesień amerykańskiej prasy miał, razem z Marco Rubio, odgrywać kluczową rolę w utwierdzaniu Trumpa w przekonaniu, że Amerykanie mogą dzisiaj wszystko i w taki sposób powinni zachowywać się na arenie międzynarodowej. Tyle tylko, że przekonanie to wzięło się z gigantycznego sukcesu wizerunkowego, jakim była operacja z 3 stycznia w Caracas. Wtedy Stephen Miller w rozmowie z Jakiem Tapperem z CNN powiedział nawet, że jeśli Ameryka zdecyduje się przejąć Grenlandię, to osiągnie ten cel za pomocą dostępnych środków. Czyli, jeśli będzie to konieczne — także inwazji militarnej.

Asha Rangappa twierdzi nawet, że Miller byłby gotów ignorować wyroki sądów niższych instancji, by pchać Trumpa do kolejnych działań imperialistycznych. Głównie dlatego, że uznaje jedynie Sąd Najwyższy jako organ odpowiedniej rangi do wchodzenia w spór kompetencyjny z prezydentem. Dlatego, gdyby Trump zdecydował się wydać wojskowym rozkaz potencjalnie uchodzący za nielegalny czy prowadzący do zbrodni wojennej — a takich gróźb pojawia się z jego strony coraz więcej — Miller prawdopodobnie sugerowałby prezydentowi ignorowanie sprzeciwów aż do momentu, w którym sprawa trafi do Sądu Najwyższego. Co zawsze zajmuje dużo czasu — i o to właśnie chodzi.

(...)

Wygląda na to, że Trump autentycznie uwierzył we własną nieomylność.

(...)

"Pomarańczowy Jezus jest przekonany o swojej boskości — więc wierzy, że konsekwencje jego działań po prostu go nie dotyczą" — pisze Glasser.

Ale nawet mimo takiej fasady nie jest to prawda. "Wall Street Journal" idealnie to podsumował, wskazując, że kiedy w Wielki Piątek Trump zaczął bez konsultacji z nikim wypisywać na Truth Social, że urządzi irańskiemu narodowi Apokalipsę, wielu jego doradców zaczęło zastanawiać się nad komunikacją kryzysową, żeby jednak deeskalować konflikt. I pojawił się motyw doskonale znany z pierwszej kadencji, kiedy pracownicy Białego Domu ukrywali przed nim fakty, a nawet — podmieniali dokumenty do podpisania, żeby uniknąć prawnej lub gospodarczej katastrofy.

Według ustaleń "WSJ" tak samo było w ostatnich tygodniach. Trump został wręcz wyproszony z pokoju konferencyjnego, a doradcy dawali mu informacje co kilkanaście minut, pozwalając mu w tym czasie zajmować się tematami znacznie mniej poważnymi — jak budowa Sali Balowej w Białym Domu albo regulacje platform technologicznych. To z kolei, jak pisze portal POLITICO, a także David A. Graham w "The Atlantic", osobny problem — bo Trump nie chce i być może nie potrafi skupić się dłuższą chwilę na jednym temacie. W ciągu kilku godzin podejmuje kilkanaście wątków, żadnego nie kończy, czeka jedynie na raporty o efektach.

A te są coraz gorsze na wszystkich płaszczyznach uprawiania polityki. Zaczynają się więc kłamstwa, przemilczenia, manipulacje — a naturalną progresją w tym łańcuchu są zawsze intrygi pałacowe.

onet.pl


Prezydent Donald Trump niedawno odrzucił twierdzenia, jakoby zależało mu na szybkim zakończeniu wojny z Iranem. Napisał na portalu Truth Social, że jest "być może najmniej naciskaną osobą, jaka kiedykolwiek znalazła się w takiej sytuacji" i że ma "cały czas na świecie".

Trumpowi i jego współpracownikom przydałoby się jeszcze trochę czasu, by dobrze przemyśleć, co właściwie chcą osiągnąć w rozmowach z islamistycznym reżimem w Teheranie. Przygotowania administracji do rozpoczęcia wojny były — delikatnie mówiąc — kiepskie, a dotychczasowe wysiłki negocjacyjne również nie robią wielkiego wrażenia. Zakończenie wojny — a potem utrzymanie tego stanu — niemal na pewno okaże się znacznie trudniejsze niż zakładają ludzie Trumpa.

Jak mówią mi osoby, które w przeszłości miały do czynienia z Teheranem, administracja musi najpierw odpowiedzieć sobie na kilka fundamentalnych pytań. Nie będzie to łatwe. Teheran od lat pokazuje, że najlepiej gra przeciw tym, którzy improwizują.

— Diabeł tkwi w szczegółach, i to w ogromnym stopniu — powiedział Michael Singh, były urzędnik administracji George’a W. Busha zajmujący się Bliskim Wschodem.

Każda nowa administracja musi uczyć się tych szczegółów w bolesny sposób — metodą prób i błędów. Tymczasem po stronie irańskiej często zasiadają ci sami ludzie albo bardzo podobne zespoły, które negocjowały już z wieloma amerykańskimi administracjami. Możesz uznać, że Irańczycy właśnie poszli na ustępstwo, ale gdy wejdziesz w szczegóły, okaże się, że to ty ustąpiłeś Iranowi — zauważył Singh.

(...)

Niektórym urzędnikom administracji Trumpa mogłoby pomóc przeczytanie umowy z 2015 r., znanej jako Wspólny Kompleksowy Plan Działania (JCPOA). Naprawdę, przydałoby się.

Nie muszą lubić JCPOA; mam niemal pewność, że jednym z warunków bycia nominatem Trumpa jest niechęć do tego układu. Warto jednak go przeanalizować, aby zrozumieć poziom szczegółowości takich rozmów oraz niektóre mechanizmy, które mogłyby okazać się użyteczne w przyszłym porozumieniu.

Przykładowo: w liczącym 159 stron tekście znajduje się ponad 100 odniesień do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Ta instytucja ma kluczowe znaczenie dla sprawdzania, czy Iran przestrzega zobowiązań nuklearnych — powiedział Daryl Kimball, dyrektor wykonawczy Stowarzyszenia Kontroli Zbrojeń, które opowiada się za dyplomatycznymi rozwiązaniami w gorących kwestiach, takich jak nierozprzestrzenianie broni jądrowej.

Kimball dodał, że zwolennikom dyplomacji pomogłoby zaprzestanie porównywania wszystkiego, co robi Trump, do JCPOA, które powstało w zupełnie innych realiach. Trump zresztą ma tendencję do pogardliwego traktowania wszystkiego, co wiąże się z Obamą, więc takie porównania i tak by mu się nie spodobały.

Trump powinien zastanowić się nie nad tym, jak jego umowa wypadałaby na tle porozumienia Obamy, lecz nad tym, co dziś — w innych warunkach — jest potrzebne, by zablokować potencjalne drogi Iranu do zdobycia bomby atomowej — powiedział Kimball.

(...)

Wynegocjowanie JCPOA zajęło ok. dwóch lat, ale wcześniej były jeszcze długie lata rozmów, sankcji i innych form nacisku, w tym porozumienie przejściowe znane jako Wspólny Plan Działania (JPOA). Ta tymczasowa umowa zawierała pewne ustępstwa po obu stronach, ale kupiła czas potrzebny na negocjowanie większego układu.

(...)

I wreszcie: na jakie ustępstwa Trump jest gotów pójść wobec Iranu?

Iran raczej nie zgodzi się na wiele, jeśli USA same niczego nie zaoferują. Oznaczałoby to między innymi zniesienie wielu sankcji nałożonych przez Stany Zjednoczone na Iran — kar, które poważnie ograniczyły jego zdolność do prowadzenia interesów poza granicami kraju. Iran może nawet zażądać, by USA nadały porozumieniu rangę traktatu, co politycznie byłoby w Waszyngtonie bardzo trudne, ale jednocześnie zmniejszałoby ryzyko, że Trump albo inny przyszły prezydent wycofa się z układu.

Nie wiem, jak inaczej to powiedzieć: to jest piekielnie trudna materia.

Administracja będzie potrzebowała wiedzy i doświadczenia zawodowych ekspertów państwowych, niezależnie od tego, jak bardzo ich nie lubi.

Irańscy urzędnicy są różni, ale głupi nie są. Zależy im na traktowaniu z szacunkiem, nawet wtedy, gdy są militarnie i gospodarczo osłabieni. Nie oddadzą niczego za darmo.

Trump musi mieć świadomość, że bez szacunku i bez gotowości do zawarcia układu korzystnego dla obu stron po prostu nigdy nie będzie żadnej umowy, bez względu na skalę nacisku — powiedział Ali Vaez, starszy analityk International Crisis Group, pozostający w kontakcie ze wszystkimi stronami negocjacji amerykańsko-irańskich.

(...)


(...) administracja Trumpa (...) może napotkać problemy, jeśli nie będzie konsultować się z innymi graczami geopolitycznymi, z których część bez wątpienia podpowiada Iranowi.

Nie widzę, by administracja miała porzucić swój styl samotnego działania w negocjacjach.

Ale jeśli nie będzie przynajmniej rozmawiać z innymi państwami — w tym z Rosją i Chinami — może znaleźć się w gorszej pozycji, gdy będzie potrzebować ich pomocy. Jeden przykład: jeśli Iran zgodzi się przekazać swój wysoko wzbogacony uran, Rosja może okazać się jedyną poważną opcją, która będzie w stanie go przejąć.

onet.pl\Politico


Podczas kolacji w Ajia Napa w czwartek wieczorem przywódcy dyskutowali o ekonomicznych skutkach wojny w Iranie prowadzonej przez Stany Zjednoczone i Izrael, w tym o cenach energii, inflacji i ryzyku recesji.

— Jak zwykle wszystkie tematy, które omawiamy, są związane ze Stanami Zjednoczonymi i ich działaniami, czy nam się to podoba, czy nie — mówi w rozmowie z POLITICO dyplomata UE, który chciał zachować anonimowość.

Według dwóch innych dyplomatów za zamkniętymi drzwiami Costa ostrzegł przywódców, że UE powinna wykazać się większą autonomią we wszystkich dziedzinach. Przewodniczący Rady przestrzegł również, że przywódcy nie mogą uniknąć konfrontacji z rzeczywistością, w której interesy USA nie są już zbieżne z interesami UE — podkreślają rozmówcy.

W sumie w ciągu dwóch dni na Cyprze zebrało się 29 przywódców: 24 z UE, czterech z Bliskiego Wschodu oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

Nawet gdy nie rozmawiali o kwestiach bezpośrednio związanych z Iranem i USA, nie dało się nie zauważyć wpływu Trumpa.

Podczas kolacji przywódcy rozmawiali o tym, jak sprawić, by rzadko stosowana klauzula wzajemnej obrony UE — art. 42.7 — działała w praktyce, unikając jednocześnie sugestii, że mogłaby ona zastąpić gwarancję bezpieczeństwa zawartą w art. 5 NATO. Dyskusja ta odbywa się w delikatnym momencie dla europejskich stolic, które próbują zareagować na rosnącą niepewność co do zaangażowania Waszyngtonu w bezpieczeństwo Europy, nie wysyłając przy tym sygnału — ani do USA, ani do Rosji — że same podważają NATO.

onet.pl\Politico


Przypadek Phelana to przykład na to, że fantastyczne naginanie rzeczywistości w celu przypodobania się Trumpowi, nie jest gwarancją jego łaski. Zwłaszcza jeśli obietnice są ewidentnie zmyślone. Centralną postacią tej historii są bowiem planowane, przynajmniej na razie planowane, nowe pancerniki typu Trump. Prezydent z sekretarzem Phelanem u boku ogłosił zamiar ich budowy na specjalnej konferencji prasowej w grudniu minionego roku. Czego to nie zapowiedziano... Że mają być największymi okrętami nawodnymi świata (pominąwszy lotniskowce), że mają być wyjątkowo silnie uzbrojone, w tym nawet w rakiety hipersoniczne, czy działa laserowe i elektromagnetyczne, że mają przenosić broń jądrową i że mają powstać w amerykańskich stoczniach z amerykańskiej stali. Trump w typowym dla siebie kwiecistym stylu ogłaszał, że będzie to najwspanialszy okręt naszych czasów, a do tego dobrze wyglądający. Co więcej, będzie częścią wielkiego programu rozbudowy US Navy o roboczej nazwie "złota flota".

Gdyby chcieć zebrać zestaw cech najsilniej przemawiających do psychiki Trumpa, nowe pancerniki miały je wszystkie. Prezydent nigdy nie interesował się specjalnie wojskiem i uzbrojeniem, ale jakoś właśnie ta klasa okrętów, wielkich szarych gór stali, budziła jego fascynację. Phelan dobrze o tym wiedział i miał specjalnie skonstruować cały pomysł tak, aby odpowiednio wpłynąć na prezydenta. Jak piszą teraz amerykańskie media, w tym "New York Times", zrobił to w znacznej mierze pomijając Hegsetha i jego zastępcę, Stephena A. Feinberga. Obaj panowie zaczęli więc intensywną kampanię podminowania Phelana, mówiąc prezydentowi między innymi, że "nie jest graczem zespołowym". Dokładnie to wybrzmiało w najnowszej wypowiedzi Trumpa.

Phelan sobie jednak sam nie pomagał. Deklaracje dotyczące pancerników były o tyle fantastyczne, że praktycznie nierealne. Bardzo mocno podsumował to jeszcze w grudniu analityk think-tanktu CSIS Mark Cancian. "Zapowiadane parametry tego okrętu są tak wyjątkowe, że jego upublicznienie na pewno wywoła potężną dyskusję. Jednakże właściwie nie ma potrzeby jej toczyć, bo ten okręt nigdy nigdzie nie popłynie. Zaprojektowanie go będzie trwało wiele lat i koszt jednego sięgnie 9 miliardów dolarów. Wszystko wbrew nowej koncepcji działania US Navy, która zakłada więcej mniejszych okrętów. Następna administracja prezydencka na pewno skasuje ten program, zanim pierwszy okręt dotknie wody" - napisał.

Faktem jest, że US Navy już od wielu lat prowadzi ogólne prace studyjne nad nowym dużym okrętem nawodnym. Aktualnie właściwie ich nie ma. Z dużych okrętów niebędących lotniskowcami to ma 7 ostatnich krążowników typu Ticonderoga, które są wycofywane ze służby, a do tego 76 koni roboczych floty, niszczycieli typu Arleigh Burke, ciągle modernizowanych i budowanych. Nie są to jednak okręty wielkie. Oba typy wypierają po około 10 tysięcy ton. Na niszczyciele jeszcze jakoś jest wciskane nowe uzbrojenie i wyposażenie w ramach modernizacji, ale ich kadłuby są za małe na dalszy rozwój. Ratunkiem miały być nowe wielkie niszczyciele typu Zumwalt, których budowę zaczęto jeszcze w latach 90. Program okazał się jednak niewypałem i na fali cięć po zimnej wojnie oraz podczas wojny z terrorem, zamówienie zmniejszono z ponad 20 sztuk do 3 już budowanych. Teraz są okrętami głównie eksperymentalnymi. Z tych powodów od ponad dekady ponownie w USA myśli się nad kolejnymi dużymi jednostkami nawodnymi.

Początkowo miało to być po prostu nowe wcielenie trochę większych niszczycieli, ale podczas wstępnych prac projektowych zderzono się z problemem - nie mieściło się w nich wszystko, co chciano by w nie włożyć, głównie odpowiednia ilość wyrzutni rakiet. Przez chwilę myślano, czy by nie zrobić więc dwóch podtypów tych nowych okrętów. Większy i mniejszy. Potem zjawił się jednak Trump i Phelan. Większe stało się bezsprzecznie lepsze. Duży wariant okrętu przyszłości błyskawicznie utył i zyskał dumne miano pancernika.

Większość ekspertów zajmujących się tematyką morską w USA natychmiast popukało się jednak w głowę. Z wielu powodów, w tym tych wymienionych przez Canciana. Amerykanie od wielu dekad nie projektowali tak dużych okrętów nawodnych, z wyjątkiem lotniskowców, które są jednak specyficznymi jednostkami. Ba, od prawie trzech dekad nie wychodzi im zaprojektowanie i zbudowanie żadnego okrętu w tej kategorii. Zumwalty skończyły się drogą porażką. Korwety LCS masową, ale jednak porażką. Nowe fregaty potykają się ciągle o własne nogi i Phelan dokonał kolejnego dużego resetu programu ich budowy. Tymczasem nagle miałyby szybko zostać zaprojektowane wielkie pancerniki, które chciano kontraktować już w roku fiskalnym 2028. Nie jest jasne w jakiej stoczni, bo obecnie nie ma żadnych odpowiednio dużych w USA, które miałyby możliwość zajęcia się takim projektem w tak krótkim czasie. Można właściwie w ciemno obstawiać, że budowa pancerników byłaby festiwalem opóźnień i przekroczeń kosztów.

gazeta.pl

piątek, 24 kwietnia 2026



Stany Zjednoczone przegrywają wojnę informacyjną z Iranem - powiedział PAP prof. Darren Linvill z Clemson University. Zdaniem eksperta irańskim propagandystom udało się narzucić w portalach społecznościowych narrację o "dobrym Iranie" i "złej Ameryce", m.in. dzięki użyciu treści z pogranicza rozrywki i dezinformacji.

Od 28 lutego br., czyli od dnia, kiedy Stany Zjednoczone i Izrael zbombardowały po raz pierwszy Iran, jego machina propagandowa zalewa portale społecznościowe wiralowymi filmikami i memami ośmieszającymi przeciwników.

Na przykład w filmach firmowanych przez Explosive Media, producenta powiązanego z irańskim reżimem, gdzie występujące postaci przypominają ludziki z zestawów znanego producenta kloców, prezydent USA Donald Trump ucieka przed finansistą skazanym za przestępstwa seksualne Jeffreyem Epsteinem. W sieci można także znaleźć treści wideo, w których amerykański prezydent, przedstawiony jako bohater filmu dla dzieci o Minionkach, stojąc samotnie na niewielkiej tratwie wzywa Teheran do odblokowania Cieśniny Ormuz.

Irańskie filmiki mają na celu nie tylko bawić, ale przede wszystkim dezinformować. W jednym z nich przedstawiona jest scena pojmania przez irańskich żołnierzy zestrzelonego amerykańskiego pilota, podczas gdy w rzeczywistości został on w spektakularny sposób uratowany.

Według prof. Darrena Linvilla, szefa Clemson University Media Forensics Hub w Karolinie Południowej, instytutu badającego dezinformację w portalach społecznościowych, wszystkie te przygotowane przez irańskich propagandystów satyryczne treści, rozprzestrzeniają się w sieci organicznie i właśnie na tym polega ich skuteczność. Jak podkreślił, podobnie jak Rosja, Iran potrafi bowiem dostarczać odbiorcom platform społecznościowych angażujące, atrakcyjne treści z pogranicza dezinformacji i rozrywki, którymi spontanicznie chcą się dzielić.

- Dlatego Stany Zjednoczone przegrywają wojnę informacyjną z Iranem. Administracja Donalda Trumpa przemawia w mediach jedynie do swojego elektoratu, podczas gdy Teheran prowadzi globalną wojnę propagandową i próbuje dotrzeć ze swoim przekazem w sieci do różnych społeczności - ocenił Linvill.
W jego opinii za pomocą zrozumiałej dla milionów odbiorców satyry Teheranowi udało się skutecznie rozpowszechnić w sieci narrację o "dobrym Iranie" i "złej Ameryce". Iran zrozumiał - zdaniem eksperta - że powinien swój przekaz kierować do tej części zagranicznej opinii publicznej, która była "wściekła" na politykę Trumpa i Izraela już przed wybuchem wojny i jedynie wzmocnić ich przekonania.

- Prześmiewczy przekaz dociera więc do tych internautów, którzy szukają powodów, by krytykować i atakować prezydenta Trumpa, a Iran im te powody podpowiada. Podsuwa im przesłanie, które chcą usłyszeć, i które chcą powtarzać - powiedział Linvill. Ekspert dodał, że jednym z głównych efektów każdej propagandy jest dotarcie do osób, które już wcześniej podzielały poglądy lansowane przez propagandystów i chodzi jedynie o to, aby te opinie wydawały się jeszcze bardziej powszechne.

Przykładem takiej kampanii jest według amerykańskich mediów propagowanie w sieci narracji o tym, że prezydent Trump zaatakował Iran, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od skandalu związanego z nieżyjącym już pedofilem i finansistą Epsteinem. Irańska machina propagandowa przedstawia przywódców Izraela i USA jako zdeprawowany i skorumpowany "reżim Epsteina", a treści związane z Epsteinem skutecznie przyciągają uwagę użytkowników mediów społecznościowych. Fałszywy film, na którym dziewczyny z zawiązanymi oczami maszerują obok ubranego w bieliznę Donalda Trumpa, z podpisem "ci pedofile-zboczeńcy rozpoczęli wojnę, żeby o tym nie mówiono" obejrzało według "The Washington Post" prawie 7 mln osób.

Zapytany, jak walczyć z tak serwowaną propagandą, Linvill odpowiedział, że jest to praktycznie niemożliwe. Biały Dom próbował zamknąć kanał Explosive Media na YouTube, ale to nie przyniesie żadnych efektów, bo generowane przez tego producenta treści rozchodziły się praktycznie bez jego udziału. Jak podkreślił Linvill, jedynym sposobem przeciwdziałania irańskiej propagandzie w sieci byłaby widoczna zmiana na korzyść Ameryki w trwającej wojnie w Zatoce Perskiej. Na razie jednak tak się nie dzieje, a Iran odnotowuje kolejne sukcesy propagandowe.

Linvill przypomniał, że prezydent Trump bardzo starał się pozyskać sojuszników, aby pomogli mu odblokować Cieśninę Ormuz i to mu się nie udało.
- Niepopularna wojna pozostała niepopularna i nikt nie chciał stanąć po stronie Stanów Zjednoczonych i Izraela. Irańska propaganda przynajmniej pomogła Iranowi osiągnąć ten efekt - ocenił Linvill.

Z kolei ekspert ds. cyberbezpieczeństwa z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Defender Academy dr Piotr Łuczuk powiedział PAP, że Iranowi chodzi o coś więcej niż izolację USA w tej wojnie.

- Celem irańskiej propagandy jest to, żeby masowi odbiorcy ośmieszających USA materiałów stracili zaufanie do strony amerykańskiej jako naczelnego szeryfa społeczeństw Zachodu. Chodzi o osłabienie autorytetu Ameryki jako supermocarstwa - podkreślił. Dlatego każde "większe lub mniejsze" potknięcie Trumpa zostanie natychmiast wykorzystane przez Iran i przedstawione jako gigantyczna katastrofa wizerunkowa. Tak jak to miało miejsce w reakcji na zamieszczone przez prezydenta USA w sieci zdjęcie, na którym odziany w szatę w stylu biblijnym kładzie ręce na leżącym mężczyźnie, przypominając w tym Chrystusa. Wcześniej prezydent Trump skrytykował papieża Leona XIV oceniając w poście na Truth Social, że jest "słaby" wobec przestępczości i "fatalny" w polityce zagranicznej. Irańska propaganda zareagowała na spór prezydenta z papieżem filmem AI, udostępnionym przez ambasadę Iranu w Taszkencie. Trumpowi ukazuje się na nim Jezus i uderza go w twarz mówiąc, że nadszedł dzień sądu.

Według Łuczuka "piekielna skuteczność" irańskiej kampanii propagandowej opiera się m.in. na tym, że zalewanie sieci falą filmów wygenerowanych przez AI to obecnie najtańszy sposób prowadzenia wojny. Filmiki te przypominają bowiem treści UGC (User-Generated Content) tworzone spontanicznie przez użytkowników internetu. Powszechny dostęp do technologii sprawia w dodatku, że bardzo trudno jest złapać kogoś za rękę i powiedzieć, że pracuje dla irańskiego cyberwywiadu. - Wystarcza smartfon w ręku, żeby wygenerować propagandowy filmik, a jeśli trafi on na podatny grunt, staje się natychmiast viralem, co jest wodą na młyn każdej propagandy - podkreślił ekspert.

Zapytany o to, która strona wygrywa starcie w infosferze, USA czy Iran, dr Łuczuk odpowiedział, że nie chce wyrokować do czasu zakończenia konfliktu, bo "piłka cały czas jest w grze". Podkreślił równocześnie, że Amerykanie "nie odpuścili" cyberprzestrzeni i domeny informacyjnej, a o wielu swoich działaniach w tej sferze po prostu nie informują. To w jego opinii m.in. casus akcji ratunkowej amerykańskiego pilota myśliwca F-15E, który został zestrzelony w Iranie na początku kwietnia br.

W opinii rozmówcy PAP to dzięki działaniom propagandowym USA udało się go uratować, m.in. przy użyciu innowacyjnej technologii Ghost Murmur, określanej jako tajna broń CIA, służąca do wykrywania i lokalizowania ludzi z dużych odległości poprzez namierzanie sygnału bicia ich serca.

Jak podkreślił ekspert, wysłanie na miejsce zestrzelenia wojsk specjalnych USA zostało poprzedzone zmasowaną wręcz kampanią dezinformacyjną, w ramach której zaburzano np. geolokalizację, wrzucano do sieci filmiki wskazujące, że poszukiwany jest nie mężczyzna, a kobieta. - Ten zaplanowany szum informacyjny kupił Amerykanom czas i zdołali uniknąć konfrontacji - powiedział ekspert. I dodał, że m.in. z tego powodu nie odważyłby się na razie wskazać zwycięzcy w tej wojnie informacyjnej.

PAP