wtorek, 2 czerwca 2026



WELT: - Paul Bija od ponad 40 lat jest rządzącym w sposób dyktatorski prezydentem Kamerunu. Jego przeciwnicy, którzy być może mają nadzieję, że jego prezydentura dobiegnie końca ze względu na wiek, od lat są rozczarowani — Bija ma 93 lata i nadal rządzi. Jaka jest różnica w porównaniu z Rosją pod rządami Putina?

Jekaterina Schulmann /jest cenioną rosyjską politolożką - red./: Model polityczny Rosji jest, zgodnie z typologią reżimów, jednym z najbardziej banalnych spośród istniejących systemów. Rosja jest opartą na zasobach autokracją personalistyczną. Posiada zasoby naturalne, wydobywa je z ziemi, sprzeda gdzieś, a zyskami zaspokaja potrzeby swoje i swojego otoczenia. Pozostawia ludziom niewiele — tyle, by byli jednocześnie biedni i wdzięczni. To wszystko. Cała władza skupia się w rękach przywódcy i jego najbliższego otoczenia. Nie widzę najmniejszej różnicy w stosunku do Kamerunu.

Wielu politologów określa tę formę reżimu jako naturalną, w pewnym sensie jako pierwotny stan systemów. Powstaje ona zupełnie sama. Utrzymanie demokracji jest natomiast jak mycie zębów: jeśli tego nie robisz, dostajesz próchnicy. Oznacza to, że musisz regularnie przeprowadzać wybory, wymieniać przywódców, przestrzegać praw — czyli sięgać po szczoteczkę dwa razy dziennie. Ale to wymaga wysiłku.

- Chociaż takie prognozy pojawiały się już wielokrotnie, wydaje się, że w Rosji rzeczywiście wiele się teraz zmienia. Gospodarka ma się źle, Ukraina coraz częściej atakuje rosyjskie miasta. Czy znaleźliśmy się w punkcie zwrotnym?

Rzeczywiście, ostatnio obserwujemy pewne przemiany w kraju. Rok 2022 był szokiem dla systemu, Rosja zaatakowała Ukrainę. Rok 2023 stał się rokiem dostosowania: w kraju zapanowała pewna euforia, ponieważ dostosowanie do nowych okoliczności zakończyło się sukcesem, a ten szokujący rok nie doprowadził do załamania systemu. Wszystko było w porządku: front i gospodarka funkcjonowały, dochody rosły. Rok 2024 stał się okresem dostosowania do normalności. Zrozumiano, że wojna tak szybko się nie skończy, ale to nie miało znaczenia, bo przecież żyło się nieźle.

- Jak długo trwała ta akceptacja?

Rok 2025 stał się tym, w którym zdolność adaptacyjna zaczęła osiągać swoje granice. System zmęczył się ciągłą koniecznością dostosowywania się. Do tego doszły zawiedzione nadzieje: Donald Trump, wbrew początkowym oczekiwaniom, nie doprowadził do zakończenia wojny na warunkach rosyjskich. To w 2025 r. sytuacja uległa zmianie.

(...)

- Jak wojna zmieniła rosyjskie przywództwo?

Są pewne zjawiska, które obserwuję od początku tego roku. Śledzę oznaki narastającej dysfunkcji administracyjnej. Nie wypatruję oznak protestów, bo ich nie będzie. Zamiast tego obserwuję, czy machina jest w stanie sama się utrzymać i czy polecenia władz są wykonywane.
I widzę, że od około dwóch lat nasilają się represje wobec samego aparatu, wobec elit. Aresztowania idą w parze z konfiskatami. A te konfiskaty mają obecnie miejsce na masową skalę. Majątek lokalnych gubernatorów, byłych posłów lub sędziów jest konfiskowany, inni są skazywani, popadają w niełaskę, trafiają do więzienia. To podważa poczucie bezpieczeństwa elit.

(...)

- Dziewiątego maja Putin zasugerował, że wojna w Ukrainie zbliża się ku końcowi. Czy to możliwe? Czy mógłby zakończyć wojnę?

Tak, absolutnie! Niektórzy z moich kolegów są przekonani, że Putin nie może tego zrobić, ponieważ zainwestował tak wiele, i dlatego musi kontynuować. Ja jednak nie widzę ani jednej przeszkody politycznej dla zakończenia wojny w dowolnym momencie. Biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o nastrojach w Rosji, zakończenie wojny bez względu na warunki wywołałoby euforię. Dopóki Krym pozostaje rosyjski, wszystko inne nie ma znaczenia.

Rosjanie są całkowicie obojętni wobec zdobytych terytoriów. Gdyby Putin zakończył wojnę, a następnie przeprowadził wybory parlamentarne, miałby zapewnione 80 proc. poparcia, i to uczciwe, prawdziwe 80 proc. Ludzie byliby tak wdzięczni, tak szczęśliwi. Ta euforia nie trwałaby wiecznie, ale z pewnością dałaby impuls starzejącemu się systemowi. Tak więc, tak, Putin mógłby zakończyć wojnę. Drugie pytanie: czy Putin to zrobi? Nie mam pojęcia. Mówię to jako ekspertka. Nie wiem. Nie uważam tego za szczególnie prawdopodobne, ale jest to całkowicie możliwe.

onet.pl\Die Welt


Ciekawe, co o odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy powie kapituła tego odznaczenia. Ta opinia nie jest wiążąca dla prezydenta Nawrockiego, ale będzie to akt symboliczny, biorąc pod uwagę, iż zasiada tam Zofia Romaszewska i Bronisław Wildstein. Czy także te postacie przejdą na skrajnie antyukraińskie pozycje? Order wręczył Wołodymyrowi Zełeńskiemu prezydent Andrzej Duda. I wówczas w ukraińskiej armii działała Brygada Szturmowa "Azow", odwołująca się do historii UPA. "Azow" budzi kontrowersje w Polsce (była na ten temat ostra dyskusja na łamach Wyborczej) Ale nikomu nie przyszło wtedy do głowy, aby odcinać się tak brutalnie od Ukrainy. Wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę decyzję PAD. Co się zmieniło od tego czasu? Nic, Ukraina, i wtedy, i dziś, nie odcina się od UPA. Może zmieniło się to, że Rosjanie są bardziej skuteczni w dzieleniu Polaków i Ukraińców, USA też się odwraca od Kijowa, a niektórzy politycy są zbyt ulegli wobec Waszyngtonu. Tylko to mogło się zmienić, bo stosunek do UPA w Ukrainie pozostaje niezmiennie ten sam.

/Duda był bardziej zależny od Kaczyńskiego, a Nawrocki pozycjonuje się na prawo od PiS, przynajmniej udaje - red./

x.com/DWielowieyska


Wygląda na to, że Trump sam wpadł w pułapkę, którą można nazwać "pułapką Obamy".

Dla przypomnienia: były prezydent Barack Obama wynegocjował w 2015 r. porozumienie, które nałożyło na irański program nuklearny daleko idące ograniczenia i rygorystyczne wymogi. Obejmowało ono również ścisły nadzór prowadzony przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA).

Podczas swojej pierwszej kadencji Trump zerwał tę umowę, a od tamtej pory przy każdej okazji wyśmiewa Obamę za — jak sam to określa — "głupie porozumienie".

To, co Trump rozumie jako porozumienie Obamy z Iranem, jest w dużej mierze karykaturą stworzoną przez niego samego — zwraca jednak uwagę amerykański politolog Jonathan Cristol.

Jednocześnie postawił się w trudnej sytuacji. Jeśli odrzucił wcześniejszą umowę, to jego własne porozumienie musi okazać się skuteczniejsze i bardziej przekonujące.

Jak dotąd nic jednak na to nie wskazuje. Spór dotyczący irańskiego programu nuklearnego może nawet zostać odsunięty na późniejsze etapy rozmów.

Ta wojna od początku nie cieszyła się poparciem społecznym. Dlatego Trump potrzebuje naprawdę przekonującego porozumienia, aby zneutralizować negatywne nastroje polityczne związane z konfliktem — mówi amerykański ekspert ds. bezpieczeństwa Jonathan Schroden.

onet.pl\BILD


Sojusznicy Trumpa opisują atmosferę wypalenia panującą w Białym Domu, spowodowaną niemal całkowitym skupieniem się na zakończeniu wojny z Iranem, która trwa już dwa razy dłużej, niż sugerował prezydent. Prywatnie zastanawiają się, czy zmiany kadrowe wyrwałyby administrację z tego marazmu.

"Administracja jest całkowicie pochłonięta tym konfliktem. Są praktycznie w kropce albo zmęczeni, bo nic się nie dzieje" — powiedział ktoś bliski Białemu Domowi, który chciał zachować anonimowość, żeby opowiedzieć o prywatnych rozmowach. "Nawet jeśli są jakieś sukcesy, nikt o nich nie mówi. Po prostu nie ma innego wyjścia — utknęliśmy w tych ruchomych piaskach Iranu" — dodał.

(...)

Trump nadal publicznie stwarza wrażenie, że wszystko idzie zgodnie z planem. W poniedziałek powiedział stacji NBC News, że nie ma nic przeciwko decyzji Iranu o zawieszeniu rozmów ze Stanami Zjednoczonymi.

"Ja też nie mam specjalnej ochoty na rozmowy. Za dużo gadamy" — powiedział.

(...)

Negocjacje Trumpa z Kongresem w sprawie wielu jego najważniejszych priorytetów legislacyjnych nie idą lepiej. Pomimo umocnienia swojej pozycji w Partii Republikańskiej poprzez pomoc w odsunięciu od władzy urzędujących senatorów Johna Cornyna (R-Teksas) i Billa Cassidy'ego (R-Luizjana), większość w Senacie nie jest bliższa uchwalenia ustawy SAVE America Act, skupiającej się na wyborach, którą Trump uznał za swój priorytet. Kongres nie uwzględnił również jego apelu o uchwalenie ponadpartyjnej ustawy mieszkaniowej ani o sfinansowanie jego projektu sali balowej, w tym podziemnego bunkra, który według niego jest niezbędny dla bezpieczeństwa.

W poniedziałek administracja wycofała się z planu utworzenia "Anti-Weaponization Fund" o wartości 1,8 mld dol. w obliczu sprzeciwu Republikanów i niekorzystnego orzeczenia sądu z zeszłego tygodnia.

Zwolennicy Trumpa twierdzą, że jego administracja działa na pełnych obrotach, a niepowodzenia wynikają z tego, że słaby przewodniczący większości senackiej nie chce znieść obstrukcji parlamentarnej ani zwolnić sekretarza Senatu; z tego, że liberalni sędziowie udaremniają wolę narodu; oraz z tego, że niewdzięczni przywódcy innych państw odmówili pomocy Stanom Zjednoczonym w zapewnieniu, by Iran nigdy nie wszedł w posiadanie broni jądrowej.

Jednak gdy druga kadencja dobiega już prawie połowy, porażki się piętrzą.

"Czy tak kończy się MAGA — cichym westchnieniem, a nie hukiem?" — powiedział Steve Bannon, były główny strateg Trumpa w Białym Domu, dodając, że "Teksas pokazuje, że prezydent wciąż ma pełną moc — trzeba ją wykorzystać, zaczynając od usunięcia Thune'a".

(...)

Obchody 250-lecia Ameryki mogą być jednymi z ostatnich dobrych dni dla administracji — powiedział druga osoba w Białym Domu, zwracając uwagę na nadchodzącą lawinę wezwań do sądu, jeśli Demokraci przejmą kontrolę nad Izbą Reprezentantów.

"Członkowie Kongresu, którzy nigdy nie byli w mniejszości, nie mają pojęcia, jak bardzo to potrafi być gów****, ich sztaby też tego nie przeżyły… nikt z nich. I to nie w tym proktologicznym sensie. Wezwaniom do sądu można się sprzeciwiać tylko przez pewien czas" — powiedziała ta osoba. "Myślę, że jeśli tak się stanie, nastąpi brutalne przebudzenie".

onet.pl\Politico


Trump upokorzył Netanjahu - tak przynajmniej w Izraelu odczytywane są wydarzenia ostatnich godzin.

👉 Post Beniamina Netanjahu, w którym informuje, że  Izrael nie zaatakuje Bejrutu, jeżeli Hezbollah nie będzie atakował cywili i miast w Izraelu.

👉Wypowiedź Netanjahu kilka godzin wcześniej, w której ogłosił atak na Hezbollah w Bejrucie.

👉Jedno z kilku nagrań Hezbollahu pokazujących ataki dronów FPV na żołnierzy Izraelskich wokół zamku Beaufort w Libanie. Celem byli żołnierze doborowego batalionu górskiego Szaked wchodzącego w skład brygady Givati. Zginął co najmniej 1 żołnierz, lekarz batalionu, a 7 zostało rannych w różnym stopniu, w tym dowódca batalionu. 

🗣️ W praktyce oznacza to jedynie czasową deeskalację. Nie jest to zawieszenie broni. Hezbollah zgodził się nie atakować Izraela, a Izrael zgodził się nie atakować Bejrutu. Wojna w Libanie południowym będzie trwała. 

x.com/JarekKociszewsk


Izrael. N12: Reakcje na oświadczenie Trumpa | Lapid: „Państwo wasalne na pełnych obrotach”; Lieberman: „To nie jest premier – to marionetka!”; Ben Gvir: „Panie premierze, to czas powiedzieć prezydentowi Trumpowi – nie”; Bennett: „Rząd, który stracił kontrolę nad izraelską suwerennością”

x.com/wszewko


Rozmowa dotyczyła działań Izraela w Libanie i miała miejsce po tym, jak Netanjahu wydał rozkaz zaatakowania uznawanego za bastion Hezbollahu południowego przedmieścia Bejrutu. W odpowiedzi Iran stwierdził, że "nie będzie tolerował" wzrostu napięcia w Libanie, może zaatakować cele w północnym Izraelu i wycofać się z negocjacji z USA. W ocenie Trumpa byłaby to eskalacja uniemożliwiająca porozumienie z Teheranem, które Biały Dom od dłuższego czasu próbuje wynegocjować.

Jak podaje Axios, powołując się na osoby zaznajomione z treścią rozmowy, w trakcie ostrej wymiany zdań Trump miał oskarżyć Netanjahu o niewdzięczność i zakazać mu dalszych uderzeń na Liban.

Trump miał też przekazać Netanjahu, że dalsze działania w Libanie będą coraz bardziej izolować Izrael na arenie międzynarodowej.

Jedna z osób zaznajomionych z treścią rozmowy, przekazała, że słowa amerykańskiego prezydenta do izraelskiego premiera można podsumować następująco: "Jesteś pier******* wariatem. Gdyby nie ja, siedziałbyś w więzieniu. Ratuję ci tyłek. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Wszyscy teraz nienawidzą Izraela".

Axios podaje, że Trump miał też krzyczeć na Netanjahu, używając wulgaryzmów. Zdaniem serwisu była to "jedna z najgorszych rozmów" między oboma przywódcami.

Po rozmowie Trump ogłosił, że przywódcy Izraela i Hezbollahu zgodzili się wstrzymać walki w Libanie. Biały Dom oznajmił też, że żadne izraelskie wojska nie wejdą do Bejrutu i że rozmowy z Iranem nadal trwają.

onet.pl

poniedziałek, 1 czerwca 2026



Mój punkt widzenia, krótko:

1. Prezydent Zełenski kierował się wyłącznie względami polityki wewnętrznej. Negocjuje nowy "pakt o nieagresji", a takowy wymaga wyjścia naprzeciw żądaniom innych, rosnących w siłę frakcji

2. Nie uznał za zasadne w jakimkolwiek stopniu uwzględnić ewentualną reakcję Polski, ponieważ:
   a) nowy taktyczny sojusz to w tej chwili absolutny priorytet, polityka wewnętrzna ma pierwszeństwo
   b) Polska nie budowała systemowo swojego wpływu na Ukrainie i ma ograniczone możliwości podnoszenia mu kosztów politycznych

3. Nie zadziałał mechanizm korekcji decyzji przez osoby świadome konsekwencji dla stosunków z Polską, ponieważ w sprawach wewnętrznych to nie oni doradzają 

4. W reakcji obronnej na polskie oburzenie zadziałał natomiast mechanizm jednoczenia się wokół flagi, wskutek czego po stronie Zełenskiego stanęła zarówno frakcja "patriotyczna", jak i "liberalna"

5. Zmiana decyzji przez prezydenta Zełenskiego jest mniej niż mało prawdopodobna, ponieważ: a) polityka wewnętrzna ma pierwszeństwo; b) zadziałał mechanizm jednoczenia się wokół flagi

6. Ukraina zanurza się w populistycznym suwerenizmie, stawiając coraz częściej niezgrabny znak równości między rosyjskimi a zachodnimi próbami wpływania na nią (czytaj: suwerenni i od Moskwy, i od Brukseli). To sprawia, że dotychczasowy mechanizm kija/marchewki zaczyna przynosić skutki odwrotne od zamierzonych - tylko usztywnia ukraińskie stanowisko

7. Odkładając emocje na bok, kwestie zasadnicze to: 
   a) jak odpowiedzieć umiejętnie z uwagi na populistyczny suwerenizm i mechanizm jednoczenia się wokół flagi (inaczej prezydent Zełenski zostanie politycznym obrońcą interesów frakcji "patriotycznej"); 
   b) jak systemowo budować instrumenty wpływu, by w przyszłości jakikolwiek prezydent Ukrainy musiał przynajmniej wziąć pod uwagę ewentualną reakcję Polski

Punktu 7. celowo nie rozwijam

x.com/dszeligowski

niedziela, 31 maja 2026



Analizy dotyczące możliwości wyposażenia marynarki wojennej Korei Południowej w okręty podwodne z napędem jądrowym trwały w tym kraju od ponad dwudziestu lat. W uruchomieniu takiego programu przeszkadzało praktycznie wszystko. Przede wszystkim konieczne było pozyskanie zdolności do projektowania i budowania własnych okrętów podwodnych. To udało się już osiągnąć, czego dowodem było rozpoczęcie programu budowy okrętów podwodnych typu KSS-III i ich ciągłe rozwijanie.

Pozostały jednak przeszkody prawne, polityczne i dyplomatyczne. Najważniejszą barierą do przełamania było tzw. „Porozumienie 1-2-3”, zawarte ze Stanami Zjednoczonymi jeszcze w 1974 roku. Porozumienie to zabraniało Korei Południowej angażowania się we wzbogacanie uranu (lub przetwarzanie zużytego plutonu) oraz wykorzystywania materiałów rozszczepialnych pochodzenia amerykańskiego do celów wojskowych (w tym do napędu okrętów). Umowa ta została przedłużona na kolejne 20 lat w 2015 roku, dając już Koreańczykom możliwość przyszłego wzbogacania uranu do poziomu 20%, po konsultacjach ze Stanami Zjednoczonymi, a także prawo do kontynuowania piroprzetwarzania materiałów rozszczepialnych dla celów cywilnych.

Południowokoreański rząd od kilku lat stara się o jeszcze szersze zniesienie tych obostrzeń, wskazując przede wszystkim na program jądrowy realizowany obecnie przez Koreę Północną oraz na plany budowy przez to państwo własnych okrętów o napędzie jądrowym. Program ten zresztą od kilku lat wyraźnie przyspieszył, prawdopodobnie przez bliższą współpracę z Rosją. Rosjanie nowymi technologiami spłacają bowiem północnokoreańską pomoc w prowadzeniu wojny na Ukrainie.

Przełom w podejściu Amerykanów do południowokoreańskich zabiegów nastąpił po oficjalnej wizycie Donalda Trumpa w Korei Południowej 29 października 2025 roku. Podczas tej wizyty prezydenci obu krajów ogłosili bowiem „nowy rozdział w sojuszu między Stanami Zjednoczonymi a Koreą Południową, będący fundamentem pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu na Półwyspie Koreańskim i w regionie Indo-Pacyfiku”. Miesiąc później Biały Dom wyraził zgodę na dokonanie przeglądu „Porozumienia 1-2-3”, co teoretycznie oznacza zgodę Amerykanów na rozpoczęcie budowy okrętu podwodnego z napędem atomowym przez Koreańczyków.

Jednak Trump nie zrobił tego bezinteresownie. Jego zgoda daje bowiem Koreańczykom możliwość budowania atomowych okrętów podwodnych, ale … tylko w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump wskazał przy tym konkretnie na stocznię amerykańskiej marynarki wojennej Philadelphia Naval Shipyard w Filadelfii, wiedząc, że południowokoreańska grupa Hanwha Ocean niedawno przejęła tę firmę za 100 milionów dolarów.

(...)

Donald Trump w tych swoich pomysłach zignorował jednak trzy fakty. Po pierwsze stocznia Philadelphia Naval Shipyard nie jest przygotowana do budowy okrętów podwodnych i w ogóle jednostek pływających wykorzystujących napęd atomowy. Po drugie grupa Hanwha Ocean, owszem, zamierzała inwestować w Filadelfii, ale tylko w celu budowy tam dużych komercyjnych statków nowej generacji oraz statków do transportu skroplonego gazu ziemnego (LNG). Plany zakładały również stworzenie dużego centrum logistycznego wsparcia i konserwacji dla jednostek pływających.

Po trzecie Korea Południowa już udowodniła, że potrafi budować i wykorzystywać okręty podwodne. Jej marynarka wojenna wykorzystuje bowiem aż 21 takich jednostek pływających i to trzech typów, z których tylko pierwszy był wyprodukowany w Niemczech. Reszta była budowana w dwóch południowokoreańskich stoczniach Hyundai Heavy Industries i Hanwha Ocean (wcześniej znanej jako Daewoo Shipbuilding & Marine Engineering).

Wśród nich są:
  •     dziewięć okrętów podwodnych typu KSS-I/Jang Bogo powstałych na bazie niemieckich okrętów typu 209-1200 (wprowadzonych do służby w latach 1993-2001);
  •     dziewięć okrętów podwodnych typu KSS-II/Sohn Won-yil powstałych na bazie niemieckich okrętów typu 214 (oddanych do służby w latach 2007-2020);
  •     trzy okręty podwodne typu KSS-III/Dosan An Changho już w pełni południowokoreańskie (dostarczone w latach 2018–2021).
Co więcej, planowane jest wprowadzenie trzech kolejnych okrętów podwodnych KSS-III drugiej serii, których kadłub będzie już zawierał pionowe wyrzutnie systemu K-VLS, przeznaczone dla rakiet balistycznych rodziny Hyunmoo.

(...)

Koreańczycy są więc pewni, że będą w stanie samodzielnie zbudować dla siebie okręty podwodne z napędem atomowym. Południowokoreańskie ministerstwo obrony pokazało to w opublikowanym niedawno raporcie „Podstawowy plan rozwoju okrętu podwodnego o napędzie atomowym Republiki Korei”.

Zakłada się w nim ambitnie, że pierwszy taki okręt zostanie zwodowany około 2035 roku i wprowadzony do służby przed 2040 rokiem. Jak na razie ujawniono, że reaktory atomowe dla okrętów Jangbogo-N będą zasilane uranem niskowzbogaconym (poniżej 20%), a więc, jak zauważył francuski portal „Zone militaire”, podobnie jak reaktory napędzające nowe francuskie okręty podwodne typu Suffren (zbudowane w ramach programu Barracuda). Zostanie więc zastosowane rozwiązanie różniące się od rozwiązań stosowanych w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej.

Tam reaktory atomowe są bowiem zasilane wysokowzbogaconym (do poziomu 90%) paliwem jądrowym HEU (Highly Enriched Uranium). Zastosowanie takiego uranu mogłoby więc zostać uznane za naruszenie umów dotyczących zakazu rozprzestrzeniania broni jądrowej. Bomby atomowe buduje się bowiem z izotopu U-235 – wzbogaconego właśnie powyżej 90%. Takie wątpliwości pojawiły się np. w czasie programu AUKUS (Australia, United Kingdom, United States) zawartego w 2021 roku. Australijczycy zdecydowali się w nim na współpracę przy budowie własnych, atomowych okrętów podwodnych z Amerykanami i Brytyjczykami, a więc na przejęcie stosowanych przez nich technologii jądrowych.

Wybierając inną technologię, Korea Południowa w pewien sposób wymanewrowała administrację Donalda Trumpa. Stosując „francuskie” reaktory oparte na niskowzbogaconym uranie, nie będzie bowiem miała problemów ze spełnieniem zobowiązań wynikających z Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Dodatkowo Korea Południowa zgadza się na kontrolowanie całego procesu pozyskiwania i zarządzania niskowzbogaconym uranem ze Stanami Zjednoczonymi i Międzynarodową Agencją Energii Atomowej (MAEA). Koreańczycy godzą się nawet, by to agencja MAEA ustanowiła system zabezpieczeń na ich przyszłych okrętach podwodnych o napędzie atomowym.

(...)

W planie podkreślono również znaczenie całego programu dla południowokoreańskiej gospodarki. Koreańczycy nie chcą (...), by za ich pieniądze rozwijał się przemysł amerykański, tak jak próbuje im to narzucić Donald Trump. W swoim planie zaznaczają (...), że program budowy atomowych okrętów podwodnych pozwoli na stworzenie 40 tysięcy wysoko wykwalifikowanych i stabilnych miejsc pracy oraz fundamentalnie wzmocni regionalną konkurencyjność przemysłową i potencjał wzrostu.

Natomiast „technologie pozyskane i infrastruktura powstała dzięki budowie okrętów podwodnych o napędzie atomowym rozprzestrzenią się na pokrewne gałęzie przemysłu i staną się kluczowym motorem rozwoju krajowej struktury przemysłowej”.

defence24.pl

KIERUNEK WSCHODNI — KORYTARZ, KTÓRY ZACZYNA SIĘ DŁAWIĆ

Ukraińskie uderzenia wzdłuż trasy R‑280 „Noworossija” i wokół Mariupola zamieniają rosyjski lądowy korytarz na Krym, z atutu okupacji w rosnące obciążenie militarne i polityczne. Project Meduza na podstawie relacji mieszkańców, nagrań z trasy i źródeł w rosyjskiej administracji opisuje uderzenia dronów i zdalne minowanie głównej drogi zaopatrzenia półwyspu.  

Równolegle First Corps Azov, 412. Brygada „Nemesis” i inne ukraińskie jednostki bezzałogowe pokazują ataki na rosyjską logistykę wokół Mariupola i na odcinku Mariupol–Melitopol–Symferopol.  

Z polskiej perspektywy to nie lokalny epizod, lecz test tego, czy Rosja potrafi jednocześnie prowadzić wojnę, utrzymywać okupację i chronić własne zaplecze na południu.

R‑280 łączy Rostów nad Donem z okupowanym wybrzeżem Azowa i dalej z Symferopolem; to jeden z kluczowych kanałów dostaw paliwa, amunicji i zaplecza dla Krymu oraz południowego zgrupowania rosyjskiego.  

Ukraińskie drony i systemy zdalnego minowania podnoszą koszt każdego przejazdu: kolumny muszą się rozpraszać, ruch ciężkiej techniki jest ograniczany, a Rosja zużywa więcej zasobów na osłonę tras i ochronę logistyki. To jeszcze nie pełny paraliż korytarza, ale trajektoria jest czytelna: Ukraina nie musi go „zdobyć”, wystarczy, że uczyni go stale niepewnym.

Najbardziej namacalny efekt widać już na Krymie. Po serii uderzeń na trasę „Noworossija” na półwyspie narasta deficyt paliwa: na wielu stacjach brakuje A‑92 i A‑95, a tam, gdzie benzyna jest, ustawiają się długie kolejki. Władze okupacyjne od 30 maja wprowadziły limit sprzedaży benzyny A‑95 — do 20 litrów na osobę, raz dziennie — a część stacji pracuje w trybie reglamentacji albo zamyka się z powodu braków. To ważne rozróżnienie: zdolność Ukrainy do duszenia tego korytarza nie oznacza jeszcze jego trwałego odcięcia. O tym zdecyduje tempo uderzeń i zdolność Rosji do adaptacji.

W tej samej logice mieści się aktywność „Azowa” wokół Mariupola. Korpus publikuje nagrania z uderzeń na rosyjskie cele na trasach Mariupol–Taganrog i Mariupol–Wołnowacha, czyli w węźle, który spina Donbas z przyazowskim zapleczem wojny. To nie osobna historia obok Krymu. Mariupol, Berdiańsk, Melitopol i przesmyki krymskie tworzą jedną sieć dostaw, więc uderzenia w węzeł mariupolski i na samą R‑280 składają się na tę samą operację.

Rosyjska narracja pokazuje, że problem jest politycznie odczuwalny. Z jednej strony okupacyjne władze mówią o „iluzji blokady” i „logistycznych trudnościach”; z drugiej sięgają po porównania do blokady Leningradu. W ich rozumieniu to język mobilizacji. W czytaniu analitycznym to próba zamiany zakłóceń zaopatrzenia w opowieść o heroicznej wytrzymałości.

Dla Polski i wschodniej flanki NATO znaczenie tej kampanii jest dość proste. Jak zauważa pan Maciej Korowaj, drony przestały być oddolną improwizacją i stały się rozwiązaniem systemowym, wpisanym w doktrynę oraz szkolenie armii; to dobrze tłumaczy, dlaczego uderzenia w logistykę na południu mają dziś skutki wykraczające daleko poza sam Krym.  

Im więcej zasobów Rosja musi zużyć na ochronę korytarza na Krym, paliwa i zaplecza na południu, tym mniej swobody zostaje jej do budowania rezerw i projekcji siły gdzie indziej. Jeżeli do połowy czerwca Rosja przywróci regularne dostawy paliwa na Krym bez limitów, kolejek i dalszych strat na trasie, ta teza osłabnie.  

Na dziś widać jednak coś innego: korytarz, który miał gwarantować trwałość okupacji, zaczął sam produkować niedobory i nerwowość.

x.com/DenisSalnikovPL


Cały plan Emmanuela Macrona zasadza się na wykorzystaniu ostatnich atutów Francji i odzyskaniu w oparciu o nie dawnej roli Paryża w Unii Europejskiej. Nie przypadkiem więc wspomniał o wielkich, historycznych poprzednikach.

Dzięki konsekwentnej polityce trzech prezydentów: Charlesa de Gaulle, Georgesa Pompidou oraz Valéryego Giscarda d'Estaing V Republika zapewniła sobie własny arsenał atomowy, jak i zdolność do budowy elektrowni zasilanych energią uzyskiwaną z rozszczepienia jąder atomu (przede wszystkim z izotopów uranu).

Dzięki temu w latach 1974-1985 w ramach Planu Messmera zbudowano 56 cywilnych reaktorów jądrowych, które zaspokoiły ok 80 proc. zapotrzebowania Francji na energię elektryczną.

Ta bezcenna spuścizna o mały włos nie została zaprzepaszczona. Z początkiem XXI w. kolejni prezydencji coraz bardziej ulegali idei odchodzenia od energii jądrowej.

Wreszcie wywodzący się z Partii Socjalistycznej prezydent François Hollande zapowiedział w 2015 r. stopniowe wygaszanie reaktorów oraz zastępowanie ich farmami wiatrowymi i elektrowniami słonecznymi.

Macron po zwycięskich wyborach w 2017 r. podtrzymał to zobowiązanie. Przez pierwsze lata rządów dążył, by do 2025 r. zapewniały one Francji już tylko 50 proc. potrzebnej energii elektrycznej, resztę zaś gwarantowało OZE.

Te działania wzbudziły tężejący opór elit V Republiki. Pojawiające się w mediach odpryski wskazywały, że francuskie deep state (głębokie państwo), tworzone przez urzędników i tajne służby, jest wrogie wobec takich pomysłów.

Świadczyły o tym artykuły prasowe, obwiniające Niemców o to, że stoją za próbą likwidacji francuskiej energetyki jądrowej, publikowane m.in. przez "L'Express", jak i specjalistyczne raporty.

Najgłośniejszy, upublicznionym w czerwcu 2023 r. przez École de Guerre Economique (EGE) wprost oskarżał niemiecki rząd o zakulisowe próby niszczenia największych atutów Francji, aby tak redukować jej rolę w UE.

"Aby osłabić przemysł i ogólnie francuską gospodarkę oraz zapewnić sobie własną hegemonię w tych obszarach na szczeblu europejskim, Niemcy destabilizują francuski przemysł jądrowy" - oskarżała EGE Berlin. Wskazując przykłady lobbingu za pośrednictwem: fundacji, niemieckich służb dyplomatycznych oraz instytucji unijnych, zmierzającego do wygaszenia elektrowni jądrowych we Francji.

W tym czasie Macron dokonał wolty o 180 stopni i stał się wielkim entuzjastą wszystkiego, co związane z energią atomową.

Ruszył program remontów i modernizacji elektrowni zbudowanych w ramach Planu Messmera. Tak uratowano je przed zamknięciem a V Republikę przed konicznością importu energii elektrycznej.

Powstały plany budowy reaktorów nowej generacji. (...)

Dzięki reaktorom Francja stała się głównym eksporterem prądu w Unii i do tego jeszcze gwarantem stabilności systemów energetycznych: Niemiec, Włoch, Hiszpanii oraz Holandii. Francja ratowała sąsiadów przed skutkami olbrzymich wahań mocy wywołanych zależnością OZE od zmian pogody. Jednocześnie udawało się sukcesywnie obniżać koszty produkcji prądu.

- Cena hurtowa prądu w przyszłym roku wyniesie 55 euro za MWh we Francji, 93 euro w Niemczech i 107 euro za MWh we Włoszech. To kluczowe - podkreślił w swym przemówieniu Macron.

Zatem Francja jest jednym z nielicznych państw UE, które posiada zdolność produkowania relatywnie taniej energii, w ilościach zdecydowanie powyżej własnych potrzeb, a jednocześnie codzienne zmiany pogodowe nie wywierają na to wpływu. Czyli stała się całkowitym przeciwieństwem Niemiec.

Macron zamierza ten fakt wykorzystać, realizując "Plan d'électrification des usages" (Plan elektryfikacji procesów użytkowych). Opracował go zespół ekspertów, nadzorowany przez ministra gospodarki i finansów Rolanda Lescure. Wyszczególniono w nim 22 obszary, w których wprowadzone zostaną zmiany.

Brzmi skomplikowanie, lecz da się ująć w prosty sposób.

Rząd Francji zamierza wymusić szybką i masową elektryfikację. Tak aby energia elektryczna na stałe zastąpiła inne jej źródła dla: całego transportu drogowego, przemysłu, rolnictwa oraz budynków. Francja chce osiągnąć te cele, oferując dotacje i wsparcie, w połączeniu z administracyjnymi zakazami i nakazami.

(...)

Na realizację tego, co obiecał Macron, francuski rząd planuje przeznaczać rocznie 10 mld euro.

Jednocześnie ruszyły przygotowania do budowy sześciu nowych reaktorów jądrowych typu EPR2 o łącznej mocy 10 MW. Zaś kontrolowany przez państwo koncern energetyczny EDF otrzymał zadanie przygotowania do końca 2026 r. szczegółowych planów zbudowania kolejnych ośmiu reaktorów.

Wszystkie to ma prowadzić do osiągniecia kilku celów jednocześnie. Paryż pragnie zdecydowanie ograniczyć swą zależność od zagranicznych dostawców gazu i ropy naftowej (a już zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych). Jednocześnie chce jeszcze mocniej uzależniać sąsiednie państwa od francuskiego prądu, taniego i przewidywalnego. Dlatego też operator sieci energetycznych Francji RTE przedstawił plan wydania 100 mld euro w ciągu najbliższych 15 lat na ich modernizację i rozbudowę. Tak aby zyskały zdolność przesyłania jak największej ilości energii na coraz większe odległości. Wszystko pod całkowitą kontrolą francuskiego rządu.

I tu plan Macrona zderza się czołowo z "European Grids Package". Czyli przyjętą w grudniu 2025 r. przez Komisję Europejską strategią zakładającą wydanie 1,2 biliona euro na modernizację, rozbudowę i centralizacji sieci energetycznej w Unii.

Dzięki realizacji tego projektu, gdy w wietrzne i słoneczne dni w krajach takich jak Niemczy czy Hiszpania nastąpi nadprodukcja energii elektrycznej, byłaby ona dystrybuowana na obszarze całej UE. Tak unikano by masowych odłączeń OZE, groźby przeciążenia sieci, kosztownych dla koncernów energetycznych i państw "ujemnych cen energii" i przede wszystkim jej marnotrawienia.

Ale "European Grids Package" zakłada, że to unijne instytucje będą decydowały o przebiegu "autostrad energetycznych" i przejmowały kontrolę nad energetyczną infrastrukturą, dystrybucją prądu, a także czerpały przychody z opłat przesyłowych.

Jest to zatem kolejny krok ku zwiększeniu realnej władzy Komisji Europejskiej. Paryż montuje więc koalicję państw, by zablokować plany Brukseli. Co ciekawe, pierwsze zgłosiły się do niej: Szwecja, Finlandia oraz Polska.

interia.pl