poniedziałek, 20 lipca 2026



Facebook przedstawił nowym użytkownikom prostą i całkiem kuszącą ofertę:

Jasne, wiemy, że większość z was już korzysta z serwisu społecznościowego o nazwie MySpace. Ale czy przeszło wam przez myśl, że MySpace należy do złowrogiego, nienażartego starego miliardera z Australii — Ruperta Murdocha — i że ten koleś szpieguje was bez przerwy, dzień w dzień?

Chodźcie na Facebooka, gdzie nigdy nie będziemy was szpiegować.

Wystarczy, że założycie konto i "zbudujecie swoją sieć społeczną", wskazując, z kim chcecie się połączyć. A my stworzymy dla was automatyczny, spersonalizowany feed — złożony tylko z tego, co publikują osoby, które obserwujecie.

Całkiem niezły układ. Nie wymyśliliście sobie tego — Face­book kiedyś naprawdę był fajny, przydatny i coś znaczył.

To był pierwszy etap: Facebook miał nadwyżkę (czyli pieniądze od inwestorów) i wydawał ją na użytkowników, dopracowując feed, który pokazywał ludziom to, co naprawdę chcieli widzieć, a nie to, za co płaciły firmy.

(...)

Facebook zrozumiał, że może zarabiać na dwóch grupach klientów biznesowych: reklamodawcach i wydawcach treści. Problem był tylko jeden: żeby uczynić serwis wartościowym dla tych grup, trzeba odebrać część wartości zwykłym użytkownikom.

Facebook przekierował korzyści z nadwyżek od użytkowników końcowych do reklamodawców i wydawców. Najpierw zwrócił się do tych pierwszych z taką ofertą: "Hej, pamiętacie, jak mówiliśmy tym frajerom, że nigdy nie będziemy ich szpiegować? Kłamaliśmy. Szpiegujemy ich od odbytu po przełyk. Jeśli zapłacicie nam rozsądne pieniądze, wykorzystamy dane z inwigilacji, żeby robić dla was niesamowicie precyzyjnie targetowane reklamy. Co więcej — jesteśmy takimi porządnymi, uczynnymi gośćmi, że zapełniliśmy cały budynek programistami, którzy dzień i noc walczą z oszustwami reklamowymi. Jeśli dacie nam dolara za pokazanie reklamy konkretnej grupie ludzi, możecie mieć pewność, że trafi ona dokładnie tam, gdzie trzeba".

Następnie Facebook zwrócił się do wydawców z inną propozycją: "Hej, pamiętacie, jak mówiliśmy tym frajerom, że będziemy im pokazywać tylko to, o co prosili? No, to była kompletna bzdura. Jeśli będziecie wrzucać na swoje facebookowe konta fragmenty treści ze swoich stron — z linkiem prowadzącym z powrotem do waszego serwisu — to my podetkniemy te treści ludziom pod nos bez pytania ich o zgodę. Dostaniecie darmowy strumień klików, który możecie sobie monetyzować, jak wam się podoba".

Reklamodawcy i wydawcy rzucili się na Facebooka — i też się od niego uzależnili. Bo byli zależni od użytkowników, a ci nie ­chcieli odejść, bo byli uzależnieni od siebie nawzajem, jak zakładnicy trzymający się razem za gardło. A skoro tak, to wydawcy i reklamodawcy też stali się zakładnikami.

I wtedy nadszedł etap trzeci gównowacenia: przykręcanie śruby klientom biznesowym.

Dla reklamodawców oznaczało to rosnące ceny i spadającą jakość reklam, a do tego eksplozję oszustw reklamowych. Facebook stopniowo podnosił ceny za dotarcie z reklamą do użytkowników, a jednocześnie coraz mniej przykładał się do tego, by reklama faktycznie trafiała do grup, które wybrał reklamodawca.

W tym czasie oszustwa reklamowe wymknęły się spod ­kontroli. Reklamodawcy wydawali miliardy na reklamy, których nikt nigdy nie zobaczył. W 2018 roku Procter & Gamble skasowało swój roczny budżet na "reklamy programatyczne" — 200 milionów dolarów — i nie zauważyło żadnego spadku sprzedaży.

(...)

Dla wydawców sprawy również nie toczyły się dobrze. Face­bookowy algorytm rekomendacji zaczął stopniowo wymagać zamieszczania coraz dłuższych fragmentów treści, żeby dany post w ogóle miał szansę trafić na cudze feedy. Algorytm zaniżał też widoczność krótszych fragmentów nawet w feedach subskrybentów, co oznaczało, że aby do nich dotrzeć, wydawcy musieli wrzucać na Facebooka długie urywki artykułów. Im dłuższy post, tym bardziej zastępował cały artykuł.

W końcu wydawcy zostali zmuszeni do publikowania całych tekstów bezpośrednio na platformie. A potem, żeby dopełnić upokorzenia, Facebook zaczął zwalczać posty zawierające linki prowadzące poza platformę, tłumacząc to "potencjalnym zagrożeniem". Co gorsza — nawet posty bez linków, wrzucane w całości na Facebooka, były często ukrywane, nawet przed osobami, które kliknęły "obserwuj". Żeby ludzie mogli je zobaczyć, trzeba było płacić za "promowanie" treści — i to także wtedy, gdy ktoś wyraźnie chciał je widzieć.

Na tym etapie wydawcy zostali sprowadzeni do roli bezimiennych dostawców treści, a ich głównym źródłem przychodów stał się facebookowy rynek reklam — całkowicie ustawiony i kontrolowany przez platformę.

Dla użytkowników sprawy toczyły się jeszcze gorzej. Facebook drastycznie ograniczył ilość treści pochodzących od osób, które sami wybraliśmy i z którymi chcieliśmy mieć kontakt — zostawiając tylko resztki w naszych feedach. Pustkę po tej zawartości zapełniły posty, za które ktoś zapłacił, żebyśmy je zobaczyli — reklamy i promowane treści.

To właśnie etap trzeci g****wacenia: Facebook wyssał z systemu całą możliwą nadwyżkę wartości, pozostawiając reszcie ochłapy — tyle, ile według wyliczeń firmy wystarcza, by użytkownicy nadal trzymali się siebie nawzajem, a wydawcy i reklamodawcy wciąż trzymali się tych użytkowników. Każdy grosz nadwyżki został odzyskany i przekazany akcjonariuszom oraz kierownictwu Facebooka.

Mamy do czynienia z kruchą równowagą. Między użytkownikiem, który mówi: "Cholera, jak ja nienawidzę tego miejsca, ale i tak ciągle tu wracam", a tym, który mówi: "Cholera, jak ja nienawidzę tego miejsca — i nigdy więcej tu nie wrócę", granica jest cienka.

Wystarczy jeden sygnalista, jedna afera dotycząca prywatności w stylu Cambridge Analytica, jedna strzelanina transmitowana na żywo — i ludzie rzucają się do wyjścia.

Za każdym razem, gdy to się dzieje, Facebook przekonuje się, że efekt sieciowy to miecz obosieczny. Użytkownicy, którzy nie mogą odejść, bo nie chcą tracić kontaktu z bliskimi, nie mają już po co zostawać, kiedy ci bliscy odejdą. A kiedy exodus się zaczyna — zazwyczaj nabiera tempa.

Inwestorzy doskonale to rozumieją. Każde zachwianie wzrostu Facebooka — nie mówiąc już o spadku liczby użytkowników — wywołuje panikę na giełdzie. Kiedy w pierwszym kwartale 2022 roku Facebook zanotował gorszy od przewidywań wzrost liczby użytkowników w USA, giełda zareagowała masową wyprzedażą akcji — 250 miliardów dolarów wartości firmy wyparowało w ciągu dwudziestu czterech godzin. Był to wtedy największy spadek wartości rynkowej w historii ludzkości.

Liderzy technologiczni wpadają w panikę, kiedy przyszłość ich firmy staje się niepewna. Mają na to branżowe określenie: "pivoting" — czyli gwałtowny zwrot.

Zwrot Facebooka był szczególnie kuriozalny.

Mark Zuckerberg ogłosił światu: "Wiem, że przez ostatnią dekadę wmawiałem wam, że przyszłość będzie polegała na kłótniach z rasistowskim wujkiem przez prymitywny interfejs tekstowy mojego autorstwa. Ale olśniło mnie. Przyszłość polega tak naprawdę na tym, że zamienię was — i wszystkich, których kochacie — w beznogie, bezpłciowe postaci 3D z nisko budżetowej gry komputerowej i umieszczę w wirtualnym świecie o nazwie Metaverse, który ściągnęliśmy z dystopijnej cyberpunkowej powieści satyrycznej sprzed dwudziestu pięciu lat".

newsweek.pl


W finałowym torcie nie dało się pomieścić więcej cukru. Miało być po amerykańsku, wręcz filmowo. I plan realizowano od początku do końca spotkania. Od przemówienia na środku boiska zaczął Tom Cruise.

- Za nami ponad czterdzieści dni zmagań, wiele emocji, mieszanka kultur i w końcu spotkali się najlepsi z najlepszych - jeden z najpopularniejszych aktorów na świecie wygłosił kilka sztampowych haseł z mikrofonem w dłoni, na specjalnie ustawionym podeście jeszcze przed rozpoczęciem meczu.

Gdy przedstawił skład finału, wrzawa podniosła się, gdy padła nazwa "Argentyna". To właśnie fani tej reprezentacji wypełnili większość sektorów na stadionie.

(...)

W międzyczasie nad stadionem MetLife przeleciały odrzutowce, szczególne środki ostrożności wprowadzono z powodu wizyty na trybunach prezydenta USA Donalda Trumpa, który wylądował na terenie obiektu helikopterem, a następnie postukał w złoty puchar, sprawdzając, czy jest prawdziwy.

W przerwie zaśpiewała Madonna, wjeżdżając na murawę autem z dwoma brazylijskimi legendami na przodzie: Ronaldinho i Ronaldo. Show dali też między innymi Shakira i Justin Bieber. To wszystko działo się na oczach ponad 80 tysięcy widzów, którzy mogli zapomnieć, że przyjechali do New Jersey na mecz piłkarski. Z powodu koncertu przerwa spotkania została bowiem wydłużona o dodatkowe dwanaście minut! (trwała łącznie 27).

Przy samym boisku, tuż za bandami reklamowymi, znalazły się wygodne kanapy. Trzeba było zapłacić milion dolarów, żeby poczuć się z jednej strony jak w salonie w domu, a z drugiej: w samym sercu akcji.

(...)

Nie tylko miejsca na kanapach przy samym boisku dostarczą organizatorom fortunę. Murawa, po której biegali zawodnicy dwóch reprezentacji, ma zostać podzielona i sprzedana - za kawałek od 450 dolarów do 3 tysięcy. Wpływy mają przekroczyć 11 mln dolarów.

Mistrzowie świata otrzymali nie tylko złoty puchar, ale żeby było bardziej po amerykańsku - także złote pierścienie z wygrawerowanym napisem: "zwycięzcy".

Wielkie show zakończyło się jednak małym zgrzytem. Prezydent USA Donald Trump, który wszedł na murawę eskortowany przez kilkudziesięciu ochroniarzy, by wręczyć wygranym Puchar Świata, został wygwizdany.


wp.pl

Irański Korpus Strażników Rewolucji (IRGC) poinformował w poniedziałek rano o atakach na obiekty USA na Bliskim Wschodzie i eksplozjach tankowców w cieśninie Ormuz. IRGC ostrzegł, że akwen pozostanie strefą zagrożenia do czasu zakończenia operacji wojskowych USA. Eskalacja wywołała alarmy w Bahrajnie i Kuwejcie.

W komunikacie IRGC, przekazanym przez irańską agencję Tasnim, podano, że dwa tankowce "eksplodowały", gdy pod presją USA próbowały pokonać "niebezpieczną południową trasę" cieśniny.

"Ten korytarz nie będzie bezpieczny dla tranzytu produktów petrochemicznych ani nawet pojedynczej kropli ropy i gazu" - ostrzegł Korpus.

Niezależnie od tych doniesień brytyjska agencja bezpieczeństwa morskiego (UKMTO) poinformowała o pożarze na statku osiem mil morskich na północny zachód od Kumzar w północnym Omanie.

Szef dyplomacji USA Marco Rubio oskarżył Teheran o celowe traktowanie cieśniny Ormuz jako narzędzia szantażu wobec światowej gospodarki. W reakcji na te zarzuty szef irańskiego MSZ Abbas Aragczi, cytowany przez agencję IRNA, powiedział, że Teheran zakończy wojnę dopiero, gdy zyska "przewagę na polu bitwy", co otworzy drogę do negocjacji.

Działania morskie to tylko jeden z frontów irańskiej odpowiedzi. IRGC poinformował o uderzeniach rakietami balistycznymi w jordańskie lotnisko Akaba, powodując "poważne zniszczenia". Według władz Jordanii część pocisków została przechwycona.

Z kolei Sztab Generalny Armii Kuwejtu poinformował o ataku "wrogich" dronów. Według IRGC uderzenia były wymierzone w amerykańską bazę lotniczą Ali Al-Salem. Zniszczeniu miał ulec radar wczesnego ostrzegania oraz hangar z dronami MQ-9. Kuwejckie władze zaprzeczają, wskazując, że celem Irańczyków padła cywilna stacja odsalania wody.

W Bahrajnie rozległy się syreny, a ambasada USA ostrzegała przed uderzeniami w centrum stołecznej Manamy.

Irańczycy przeprowadzili także atak na bazę dowodzenia sił specjalnych w syryjskim Al-Tanf.

Jak przekazało Centralne Dowództwo USA (CENTCOM), amerykańskie siły dziewiątej nocy ataków na Iran uderzyły w irańskie centra dowodzenia wojskowego, stanowiska obrony przeciwlotniczej i nadzoru wybrzeża, zdolności morskie, miejsca rozmieszczenia i odpalania rakiet oraz dronów, a także sieci łączności.

PAP

niedziela, 19 lipca 2026



Działalność Aleksandra Newskiego przypadła na okres kształtowania się władzy ordy nad Rusią Włodzimiersko-Suzdalską. Aby ukryć jego co najmniej wątpliwą rolę w tym procesie, księciu przypisano misję tego, który ocalił ruską ziemię. Autorzy tego propagandowego konceptu popełniają gruby anachronizm, gdyż nie uwzględniają tego, że w okresie rozdrobnienia feudalnego ziemi, któremu kres położyło zjednoczenie ruskich ziem pod władzą ordy, żadnej „ruskiej ziemi”, jako całości, de facto nie było. Nowogrodzka ziemia, którą rzekomo ratował Aleksander, była samodzielnym państwem, które nie uważało siebie za Ruś. W XII i pierwszej połowie XIII wieku „Rusią” nazywano wszystkie staroruskie państwa lub środkowe Naddniestrze. W XIII wieku nowogrodzcy kronikarze „Rusią” określali inne ruskie księstwa i przeciwstawiali je swojej ziemi nowogrodzkiej.

Przodków obecnych Nowogrodzian można więc zaliczyć do tej ludności europejskiej, która nawet jeśli zamieszkiwała ziemie zdominowane przez Słowian, to jeszcze pięć stuleci temu nie zaliczała się do „Rusinów”. Zwłaszcza że wśród ludności miasta i republiki Nowogrodu Słowianie stanowili mniejszość: w XIII wieku najbardziej rozpowszechnionym i dominującym językiem na ziemi nowogrodzkiej był język ugrofiński, i nawet wiec nowogrodzki mówił nie językiem słowiańskim, lecz czudzkim (protoestońskim). Historycznie Nowogród stanowił grupę trzech sąsiadujących ze sobą wspólnot rodowych: dwóch słowiańskich (Krywicze i Słoweni) i jednej ugrofińskiej. Wspólnoty plemienne stały się podstawą trzech początkowych dzielnic miasta nazywanych koncami: Słoweńskiego, Liudina i Nerewskiego. Oprócz tego mieszkały tu wspólnoty innych narodów, o czym świadczą nazwy ulic: Czudincewska, Pruska, Wareska.

W czasach Aleksandra Newskiego Moskwa była przeciętnym miasteczkiem na kresach Rusi Włodzimiersko-Suzdalskiej. Nic nie zapowiadało, że kilka stuleci później podporządkuje sobie inne centra ruskiej państwowości i budując legitymację swojej władzy, ogłosi się przy Iwanie III nie tylko jako prawny spadkobierca Kijowa i Włodzimierza, lecz także Trzecim Rzymem. Przy czym Kijów – „matka ruskich miast” – i większa część byłej Rusi Kijowskiej jeszcze przez kilka stuleci znajdowały się składzie państwa polsko-litewskiego, a siłą przyłączony do Moskwy Nowogród zrywał się raz po raz do wolności.

Po tym, jak Nowogród oddzielił się politycznie od Kijowa, stał się de facto stolicą Rusi. Bez podporządkowania sobie Nowogrodu Moskwa, nawet gdy pokryła, na podziw całego świata, dachy swoich cerkwi złotem, nie mogła pretendować do starszeństwa na ziemi ruskiej. Tym bardziej absurdalnie brzmiało ogłaszanie przez Moskwę siebie „Trzecim i ostatnim Rzymem”.

Nowogród powinien był nie tylko zostać podporządkowany, ale i unicestwiony jako świadectwo stariny – tradycji. Dopóki żyła nowogrodzka starina, nie można było wytrawić ze świadomości ludu tego, że pretendująca do roli centrum Rusi i prawosławia Moskwa osiągnęła swoją potęgę dzięki sojuszowi z okupantami ruskich ziem. W myśl nowej propagandy właśnie Moskwa, wbrew prawdzie historycznej, powinna jawić się jako zwycięzca nad ordą i jednoczyciel rozbicia dzielnicowego, a Nowogród – być zdrajcą ogólnoruskich interesów i prawosławnej wiary, buntownikiem, mącicielem i spiskowcem. W celu unicestwienia stariny Moskwa wycięła w pień nowogrodzką elitę, unicestwiła jej handel z Zachodem, przywłaszczyła sobie rozległe kolonie, przesiedliła tysiące Nowogrodzian do innych miast.

(...)

Nowogrodzianie w wojnie z moskiewskim wojskiem Iwana III liczyli na pomoc zachodnich sąsiadów: Litwy i Polski. Zawiedli się jednak, gdyż Litwini nie pospieszyli z pomocą. Wtedy Nowogrodzianie posłali posłów z prośbą o pomoc przeciwko ruskim wojskom do zakonu krzyżackiego. Mistrz inflancki pisał do wielkiego mistrza do Prus, że zakon powinien pomóc Nowogrodowi, gdyż jeśli książę moskiewski zawładnie tym ostatnim, to Niemcom będzie groziło wielkie niebezpieczeństwo. Prognoza liwońskiego mistrza krajowego ziściła się już 30 lat później. W 1501 roku Liwonia (Inflanty) straciła 30.000 mieszkańców, zabitych lub wziętych do niewoli. Wielki mistrz pruski informował papieża, że Rusini wdarli się w głąb do połowy kraju i zamierzają opanować całe Inflanty, a gdyby to im się nie powiodło z powodu zamków, to zamierzali je spustoszyć, biorąc do niewoli wszystkich mieszkańców wsi. Był to początek upadku konfederacji inflanckiej.

Nawet gdyby zakon zdecydował się na pomoc Nowogrodowi, szybko okazałoby się, że jest już za późno: w 1471 roku czterdziestotysięczne wojsko republiki nowogrodzkiej zostało rozbite przez czterotysięczne wojsko księcia moskiewskiego nad rzeką Szełonią. Nowogrodzka republika przestała istnieć i została przyłączona do Rusi Moskiewskiej.

(...)

Pana Wielkiego Nowogrodu nie zdobyli i nie zniszczyli nie cudzoziemscy cywilizacyjnie obcy okupanci. Dobrowolnie oddał się w ręce pobratymskich katów, którzy metodycznie i bezlitośnie niszczyli jego terytoria. Według kronik w 1471 roku nowogrodzka ziemia została wypalona i zniewolona do samego morza. W 1477 roku ścięto stu najbardziej wpływowych mieszkańców miasta, a sto rodzin bojarów i kupców zesłano do innych miast. W 1487 roku do Włodzimierza przeprowadzono pięćdziesiąt rodzin najlepszych nowogrodzkich kupców. W 1488 roku do Moskwy spędzono 7000 Nowogrodzian; część z nich skazano, innych zesłano do innych miast, a na ich miejsce przysłano z Moskwy i innych miast obcych bojarów i kupców.

Kaźnie i zesłania ludzi nie wystarczały, by złamać Nowogród, lecz tym celu trzeba była jeszcze zniszczyć jego potęgę gospodarczą. Ponieważ ta zależała od handlu z Hanzą, Moskwa zawarła w 1495 roku sojusz z królem Danii, prowadzącym wojnę ze związkiem miast hanzeatyckich. Dania obiecała pomóc carowi w wojnie ze Szwecją i ustąpić mu część Finlandii w zamian za to, że Moskwa zlikwiduje główny kantor Hanzy – Nowogród. W Nowogrodzie aresztowano wszystkich niemieckich kupców (40 osób z 13 miast), odebrano gostinnyj dwor (zespół handlowy w dawnych miastach ruskich; w XVI– XVII wieku zwykle prostokątny plac otoczony murem z wieżami; wewnątrz, wzdłuż murów, ciągnęły się budynki mieszczące kramy i magazyny, połączone otwartymi gankami), bożnicę i towary. Po pewnym czasie kupców uwolniono, lecz towarów już nie zwrócono. Wojna zakończyła się wtedy, kiedy król duński osiągnął swój cel: został królem Szwecji. Zysk jego sojusznika stanowi kwestię co najmniej wątpliwą.

Wygnanie hanzeatyckich kupców z Nowogrodu zaryglowało ruskie okno na Europę – położyło kres bałtyckiemu handlowi Rusi z Zachodem. Pozostająca jeszcze maleńka furtka – Psków – również została zamknięta kilka lat później. W 1510 roku ze Pskowa wygnano trzysta rodzin „lepszych ludzi”, a na ich miejscu ulokowano nowych z dziesiątek miast. Pskowian zamieszkujących centrum miasta przesiedlono na przedgrodzie, by przybyszom oddać najlepsze miejskie dwory. W Pskowie ulokowano też silny garnizon, składający się z tysiąca dzieci bojarskich i pięciuset nowogrodzkich strzelców. Represje dokonywane przez moskiewskich namiestników dotyczyły też cudzoziemców – musieli opuścić miasto.

W handlu zagranicznym Rosji Hanzę zastąpiła Anglia. Ukaz carski dawał kupcom angielskim wyjątkowe przywileje, włącznie z prawem na handel bezcłowy (1555). Dla handlu z Zachodem zbudowano port na Morzu Północnym – Archangielsk (1684). Wysiłki skierowane na zniszczenie handlu z Niemcami przyniosły skutek, bo już w XVII wieku wśród statków zawijających do Archangielska nie było ani jednego niemieckiego.

Unicestwienie ziemi nowogrodzkiej zrealizowano ostatecznie za rządów Iwana Groźnego. Na jego rozkaz oprycznicy przez jedenaście tygodni otrzymali całkowicie wolną rękę w mieście i jego okolicach w promieniu 200–250 km. Zaczęło się prześladowanie Nowogrodzian z „sądu”, którego osobiście dokonywał car. Przyprowadzano do niego Nowogrodzian pod strażą, torturowano ich, przypalano. Oskarżanych przywiązywano do sań, wleczono na Wołchowski most i stąd strącano do rzeki. Kobiety i dzieci zrzucano z wysokiego miejsca do rzeki. Wiązano im ręce i nogi, niemowlęta związywano z matkami, żeby nikt nie mógł ocaleć. Bojarskie dzieci pływały po rzece Wołchow na małych łódkach z rohatynami, kopiami, hakami (harpunami), toporami. Tego, kto wypływał, chwytano hakami, dźgano kopiami i topiono. Tak działo się codziennie przez pięć tygodni.

Później nadeszła kolej na okolice. Po zakończeniu sądu i rozprawy Iwan zaczął jeździć po okolicach Nowogrodu po monasterach i tam rozkazywał grabić, palić zboże, zabijać trzodę, wybijać okna i wrota. W końcu władca polecił wybrać z każdej ulicy najlepszego człowieka i postawić go przed sobą. Stanęli przed nim drżący, wymęczeni, wycieńczeni, ponurzy, jakby martwi. Iwan Groźny zwrócił się do Nowogrodzian, którzy przeżyli półtora miesiąca pogromów, z takimi słowami: „Mieszkańcy Wielkiego Nowogrodu, którzy ocaleliście! Módlcie się do Boga…”. Był ranek 13 lutego 1570 roku. Nowogrodowi nie było już sądzone odrodzić się i powrócić do byłej wielkości. Gdy czterdzieści trzy lata po tym pogromie do Nowogrodu wjechali Szwedzi – okupanci, przed którymi niegdyś rzekomo uratował miasto Aleksander Newski – w porównaniu z oprycznikami Iwana Groźnego zachowywali się jak misja pokojowa.

(...)

Unicestwienie nowogrodzkiej stariny nastąpiło również w sferze ideologicznej. Kult miejscowych nowogrodzkich i pskowskich świętych zastąpiono kanonizowanymi w Moskwie postaciami. Wśród świętych, do których byli obowiązani się modlić w świątyniach w całej Rusi, był też książę Aleksander Jarosławowicz. Nowogrodzianie i Pskowianie jednak nie śpieszyli się z wynoszeniem ze swoich domów ikon świętych, którym oddawali cześć ich dziadowie i pradziadowie. Wprowadzenie nowych świętych wywołało niezadowolenie również w całej Rusi. W celu zmuszenia Nowogrodzian, którzy jeszcze nie zapomnieli bestialstw Aleksandra Jarosławowicza i jego potomków, do oddawania mu czci jako świętemu, zaczęto im wmawiać, był on obrońcą przed zewnętrznymi wrogami. A przed kim miał bronić Nowogrodzian książę Aleksander? Ani Mongołowie nigdy w ciągu swojego politycznego panowania nie niszczyli Nowogrodu, ani też nie czynili tego zachodni sąsiedzi. Ci drudzy jednak jako katolicy byli przedmiotem nienawiści elity prawosławnej Cerkwi.

Jerzy Pluta - Jezioro Pejpus 1242


Według danych z monitoringu, w niedzielę w nocy w ciągu około 40 minut Rosja wystrzeliła w Kijów około 40 pocisków balistycznych typu Iskander-M, Cyrkon i S-400. Jest to największa liczba pocisków balistycznych użytych przeciwko stolicy w czasie całej wojny na pełną skalę, przekazał portal ZN.UA.

(...)

W stolicy słychać eksplozje, w mieście rozprzestrzenia się toksyczny dym z pożarów. Według mera Kijowa Witalija Kliczki trafione zostały budynki mieszkalne.

W wyniku jednego z ataków na stacji metra Łukjanowska zawaliła się część sufitu w holu.

Rosjanie zaatakowali też zwykły budynek mieszkalny przy ulicy Vaclava Havla.

(...)

W dzielnicy dnieprowskiej otrzymano zgłoszenie o pożarze w pobliżu centrum handlowego. Wybuchł również pożar w akademiku wywołany spadającymi odłamkami pocisków.

W dzielnicy deśniańskiej trafiony został budynek niemieszkalny. Zapaliły się samochody.

W dzielnicy sołomiańskiej trafiony został budynek niemieszkalny. Pożar wybuchł w budynku supermarketu i pobliskim budynku mieszkalnym. Ponadto odłamki spadły w pobliżu budynku mieszkalnego pod innym adresem - uszkodzone zostały okna, a osobę z drugiego piętra udało się uratować.

W dzielnicy szewczenkowskiej, w wyniku spadających odłamków, płonie trzypiętrowa dobudówka budynku administracyjnego. Uszkodzonych zostało również ponad dziesięć zaparkowanych samochodów. W pobliskim budynku mieszkalnym wybite zostały szyby. Dodatkowo zgłoszono pożar w budynku niemieszkalnym.

W dzielnicy światoszyńskiej otrzymano zgłoszenie o trafieniu w prywatny budynek mieszkalny, informacje o pożarze nie zostały potwierdzone.

PAP

sobota, 18 lipca 2026



Prezydent USA Donald Trump powiedział w piątek na przyjęciu FIFA w Nowym Jorku, że trwające mistrzostwa świata w piłce nożnej są rekordowe pod niemal każdym względem. Wspomniał o swojej telefonicznej interwencji u szefa FIFA po czerwonej kartce dla amerykańskiego napastnika w meczu 1/16 finału.

- To był turniej jak żaden inny, pełen zaciętej rywalizacji, niezapomnianych chwil (...) Prawdopodobnie najbardziej pamiętną było to, kiedy pokazali mojemu zespołowi czerwoną kartkę i musiałem zadzwonić do Johnny’ego i po prostu coś zarekomendować - powiedział Trump, wskazując na stojącego obok szefa FIFA Gianniego Infantiniego.

- Powiedziałem: Johnny, chciałbym coś zarekomendować. Wpuść tego gościa, żeby zagrał. Nie, nie powiedziałem tego. Powiedziałem, że chciałbym złożyć skargę, a tak naprawdę nawet tego nie zrobiłem. Nie miałem pojęcia, co się wydarzy - kontynuował.

- Ale tak wyszło o wiele lepiej, ponieważ nie było żadnych kontrowersji. Wygrali mecz (w 1/16 finału z Bośnią i Hercegowiną - PAP), a nasza drużyna miała wszystkich swoich zawodników. (Infantino) Podjął kolejną świetną decyzję - przekonywał Trump podczas przyjęcia FIFA w Trump Tower w Nowym Jorku.

Infantino spotkał się z globalną krytyką po tym, jak na prośbę prezydenta Trumpa cofnięto karę zawieszenia za czerwoną kartkę dla amerykańskiego napastnika Folarina Baloguna, który wbrew powszechnie obowiązującym przepisom zagrał w ćwierćfinałowym meczu z Belgią (1:4).

(...)

- Panie prezydencie, nie potrzebuje pan komplementów, ale te mistrzostwa świata nie byłyby tak ogromnym sukcesem bez pana - zachwalał Trumpa Infantino. Ocenił, że są to "najlepsze mistrzostwa świata w historii".

Według stacji NBC News Biały Dom i FIFA prowadzą rozmowy w sprawie jakości powietrza w Nowym Jorku i New Jersey przed niedzielnym finałem. Dym z kanadyjskich pożarów lasów wywołał alerty dotyczące jakości powietrza w 18 amerykańskich stanach.

(...)

Trump oświadczył w piątek, że chce, aby Kanadyjczycy zapłacili za zanieczyszczenie powietrza w Stanach Zjednoczonych i zapowiedział, że koszty zostaną dodane do ceł.

PAP


Piotr Gruszka: - Czym w praktyce ma się różnić NATO 3.0 od NATO, które znamy dziś?

Piotr Szymański /analityk w Zespole Bezpieczeństwa i Obronności Ośrodka Studiów Wschodnich - red./: NATO po 2014 r. funkcjonowało w logice bardziej sprawiedliwego podziału ciężarów obronnych, czyli tego, co określano mianem burden sharing. Był to moment przełomowy. Zakończyła się misja w Afganistanie, Rosja zaanektowała Krym i Sojusz zaczął stopniowo odchodzić od modelu, który Elbridge Colby określa jako NATO 2.0.

Pozimnowojenne NATO budowano na przekonaniu, że w Europie nie istnieje realne ryzyko konwencjonalnej napaści na członka Sojuszu. Sojusz skupiał się przede wszystkim na misjach ekspedycyjnych poza swoim terytorium traktatowym, takich jak Afganistan, a nie na klasycznej obronie zbiorowej.

Po 2014 r. rozpoczęło się stopniowe odwracanie tego trendu i powrót do logiki art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Proces ten jednak postępował dość wolno i nie nadążał za tempem zmian w środowisku bezpieczeństwa.  

- Przyszedł jednak 2022 r. i pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę.

Wtedy nastąpiło prawdziwe przebudzenie. NATO przyjęło regionalne plany obronne, rozpoczęło przebudowę struktur dowodzenia i przygotowało się do prowadzenia pełnoskalowej obrony Europy. Państwa członkowskie zaczęły również realnie zwiększać wydatki na obronność do poziomu co najmniej 2 proc. PKB.

- Kolejnym etapem był rok 2025 i powrót Donalda Trumpa do Białego Domu.

Warto jednak podkreślić, że symptomy zmiany były widoczne już wcześniej. Dobrym przykładem jest szczyt NATO w Waszyngtonie w 2024 r., jeszcze za prezydentury Joego Bidena. Wówczas zdecydowano, że europejscy sojusznicy przejmą odpowiedzialność za ochronę hubu logistycznego dla Ukrainy w Jasionce. Gdy później Amerykanie wycofali stamtąd swoje systemy obrony powietrznej, ich miejsce zajęły państwa europejskie, które rotacyjnie zapewniają dziś bezpieczeństwo tego obiektu.

Natomiast prawdziwą cezurą okazał się szczyt NATO w Hadze w 2025 r. To właśnie wtedy rozpoczęło się przechodzenie od logiki burden sharing do modelu, w którym Europa i Kanada mają przejąć główną odpowiedzialność za obronę kontynentu (burden shifting).

Amerykanie otwarcie mówią dziś, że ich priorytety przesuwają się w stronę zachodniej półkuli i regionu Indo-Pacyfiku. W ich ocenie Europa dysponuje wystarczającym potencjałem gospodarczym i wojskowym, aby w większym stopniu sama odpowiadać za własne bezpieczeństwo.

Temu służą także decyzje podjęte w Hadze. Państwa NATO zobowiązały się do przeznaczania 5 proc. PKB na obronność do 2035 r. Jeszcze przed samym szczytem przyjęto również nowe cele rozwoju zdolności wojskowych w ramach procesu planowania obronnego NATO (NATO Defence Planning Process). Znacząco podniesiono poziom ambicji dotyczących tego, jakie zdolności mają zbudować europejskie armie w najbliższych latach.

Sekretarz generalny NATO podkreślał wówczas, że teraz najważniejsze będzie zapewnienie odpowiednich sił i środków do realizacji regionalnych planów obronnych oraz "wypełnienia treścią" modelu sił Sojuszu.

- Kiedy ten proces ma się zakończyć? Kiedy NATO 3.0 zacznie w pełni funkcjonować?

To nie będzie jeden konkretny moment. Część zmian państwa członkowskie mogły wprowadzić praktycznie od razu, przypisując do regionalnych planów obronnych kolejne jednostki wojsk lądowych, okręty czy systemy bezzałogowe.

Dlatego sekretarz generalny NATO podkreśla różne pozytywne aspekty tego procesu. Cywilne i wojskowe kierownictwo NATO przekonuje, że w wielu obszarach udało się już zastąpić zdolności, które wcześniej zapewniały Stany Zjednoczone.

Równocześnie trzeba pamiętać, że czym innym jest amerykańska obecność wojskowa w Europie, a czym innym siły przypisane do planów obronnych NATO. To nie są pojęcia tożsame.

- Czym się różnią?

Obecnie w Europie rozmieszczonych jest około 75 tys. amerykańskich żołnierzy, ale nie oznacza to, że wszyscy są częścią natowskich planów obronnych. Znakomita większość tej obecności wynika z dwustronnych porozumień i współpracy USA z poszczególnymi państwami europejskimi, a nie z działań podejmowanych w ramach NATO.

Dobrym przykładem jest Polska, gdzie choć obecność amerykańskich żołnierzy w Bemowie Piskim odbywa się w ramach struktur NATO, to większość sił USA nad Wisłą funkcjonuje na podstawie odrębnych bilateralnych uzgodnień.

(...)

- Które zdolności wojskowe będzie najtrudniej zastąpić po ewentualnym ograniczeniu obecności USA?

Największym problemem są te zdolności, których nie da się zbudować w ciągu kilku lat. Według doniesień medialnych właśnie one mogą zostać w największym stopniu ograniczone przez Stany Zjednoczone.

Dotyczy to przede wszystkim lotnictwa bombowego, samolotów wczesnego ostrzegania i rozpoznania, samolotów tankowania w powietrzu czy okrętów podwodnych. Do tego dochodzą wszystkie zdolności związane z rozpoznaniem, wywiadem oraz wskazywaniem celów. To właśnie w tych obszarach Europa wciąż jest w dużym stopniu uzależniona od Stanów Zjednoczonych.

Oczywiście widać już działania zmierzające do budowy takich zdolności po stronie europejskiej. Kluczowe będzie jednak odpowiednie zaplanowanie całego procesu, najlepiej w ramach cyklu planowania NATO.

Najważniejsze jest uniknięcie sytuacji, w której Amerykanie wycofają część swoich sił szybciej, niż Europa będzie w stanie je zastąpić. Tylko wtedy uda się uniknąć luk w systemie i osłabienia odstraszania.

Nie powinno to wyglądać tak, jak obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach, kiedy pojawiały się informacje o wstrzymywaniu rotacji sił USA do Polski czy ograniczaniu obecności wojskowej na Litwie i w Estonii. Potrzebna jest ścisła koordynacja obu stron, tak aby proces odbywał się w sposób przewidywalny i zaplanowany.

(...)

- Koncepcja NATO 3.0 zakłada zachowanie amerykańskiego parasola nuklearnego nad Europą.

Tak. Amerykanie mają zmagazynowaną taktyczną broń atomową w Europie. Działa też program Nuclear Sharing. W jego ramach Stany Zjednoczone przechowują w kilku państwach europejskich taktyczne bomby jądrowe. Mogą z nich korzystać nie tylko amerykańskie siły powietrzne, ale również certyfikowane samoloty państw uczestniczących w programie, oczywiście za zgodą Stanów Zjednoczonych.

Takie maszyny określane są jako dual capable aircraft. W razie uruchomienia odpowiednich procedur siły powietrzne sojuszników europejskich mogłyby nie tylko eskortować amerykańskie bombowce i samoloty, ale także same przenosić broń jądrową. Do tych sojuszników należą obecnie m.in. Niemcy, Włochy, Holandia i Belgia.

Do programu Nuclear Sharing powraca również Wielka Brytania, która planuje zakup samolotów F-35 przystosowanych do przenoszenia bomb jądrowych. Pojawiają się spekulacje, że amerykańskie bomby atomowe B61 zostały już rozmieszczone w tym państwie, ale nie da się tego jednoznacznie potwierdzić na podstawie ogólnodostępnych źródeł.

W wymiarze globalnym istnieje również strategiczny potencjał nuklearny Stanów Zjednoczonych, obejmujący międzykontynentalne pociski balistyczne oraz pozostałe elementy tzw. triady nuklearnej. Istotną rolę odgrywają także Francja i Wielka Brytania. Francja dysponuje własnym potencjałem jądrowym i choć nie uczestniczy w Grupie Planowania Nuklearnego NATO, ściśle współpracuje z Sojuszem. Wielka Brytania z kolei wzmacnia dziś swój komponent lotniczy, który uzupełni dotychczasowy potencjał morski.

Ważnym sygnałem było również czerwcowe spotkanie Grupy Planowania Nuklearnego NATO. Po raz pierwszy od 2007 r. wydano wspólny komunikat. Nie zmienił on polityki nuklearnej Sojuszu, ale sam fakt jego publikacji w czasie dyskusji o NATO 3.0 był wyraźnym sygnałem, że Stany Zjednoczone nadal traktują odstraszanie nuklearne jako fundament bezpieczeństwa Sojuszu.

onet.pl


"Wróg wycofuje do 200 załóg systemów (dronowych) Rubikon, by chronić flotę cieni. Po jednej (załodze) na każdy aktywny statek" - napisał w mediach społecznościowych Robert "Madiar" Browdi, dowódca Sił Systemów Bezzałogowych (SBS) ukraińskiej armii.

Tzw. "flota cieni" to określenie sieci tankowców wykorzystywanych przez Rosję do obchodzenia międzynarodowych sankcji dotyczących eksportu ropy naftowej oraz produktów ropopochodnych.

Obecnie liczy ona co najmniej 600 jednostek, choć w niektórych szacunkach mowa nawet o ok. 1,6 tys. statków na świecie. Przeważnie są to tankowce małej i średniej wielkości.

Taki przerzut sił na południe ma mieć bezpośredni związek z ukraińskimi uderzeniami na rosyjską żeglugę w regionie.

Jak informuje portal Ukrainska Prawda, między 6 a 18 lipca ukraińskie bezzałogowce zaatakowały 172 rosyjskie jednostki pływające: 118 na Morzu Azowskim i 54 na Morzu Czarnym. Tylko w nocy z 17 na 18 lipca doszło do ataku na 13 rosyjskich jednostek: osiem statków do przewozu ładunków suchych, tankowiec, gazowiec, holownik oraz dwa żurawie pływające.

Jak przypomina ukraiński portal, celem ukraińskich ataków ma być zatrzymanie transportu ropy naftowej, paliw oraz innych ładunków przewożonych z naruszeniem sankcji nałożonych na Rosję.

wp.pl


Jak poinformował w piątek Wywiad Wojskowy Ukrainy (HUR), rosyjscy żołnierze mieli otrzymać od swoich dowódców wyraźny rozkaz zintensyfikowania ataków dronowych na stacje benzynowe, cywilne autobusy miejskie i samochody na terenach przy linii frontu oraz w obwodach przygranicznych.

Aby rozpoznać i uderzyć w te cele, Rosjanie mają wysyłać na wspomniane terytoria m.in. sterowane zdalnie przez operatora drony kamikadze, takie jak Lancet oraz inne, np. Gerbera, V2U, Mołnia czy też tworzone na wzór Shahedów bezzałogowce Geran-2.

HUR zaznacza, że realizacja tej agresywnej kampanii doprowadziła już do licznych przypadkowych incydentów, związanych ze złą koordynacją działań. W obwodzie kurskim operatorzy rosyjskiego 1427. Pułku Zmotoryzowanego Strzelców mieli stracić orientację i uderzyć jednym z dronów Mołnia bezpośrednio w cywilną furgonetkę. Podobnie, na tymczasowo okupowanych terenach obwodu zaporoskiego, załoga rosyjskiego drona przez pomyłkę uderzyć miała w pickup transportujący żołnierzy Kremla.

"Jednocześnie podobne ataki na własną ludność cywilną w regionach przygranicznych państwa agresora są często organizowane przez rosyjskie służby wywiadowcze" - stwierdził HUR, zaznaczając, że kremlowska propaganda wykorzystuje te zdarzenia w skoordynowanej kampanii dyskredytowania Ukrainy.

wp.pl


We wtorek prezes chciał batożyć Czarnka, w środę zaś postanowił wyrzucić Morawieckiego. A to dopiero ćwiartka wakacji. Zazwyczaj w PiS było tak, że w sierpniu europoseł Joachim Brudziński zabierał Jarosława Kaczyńskiego na dzikie, męskie wakacje gdzieś na Pomorze Zachodnie. Tam zwykle Kaczyński marzł i wracał na Nowogrodzką wściekły, co skutkowało gruntownymi roszadami w partii wczesną jesienią. Tym razem Kaczyński ewidentnie przemarzł wcześniej. A zatem także doroczne rozliczenia przyspieszyły.

Najpierw wziął się za Czarnka, swego rozczarowującego jak dotąd kandydata na kandydata (czyli KnK). Gdy Czarnek oświadczył, że Polska powinna zmusić UE do zaprzestania finansowania zbrojeń w Ukrainie, Kaczyński go zaatakował: "Pomoc militarna, realizowana także przez UE na rzecz Ukrainy, jest bezwzględnie potrzebna. To kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa. Sprawa wypowiedzi pana Przemysława Czarnka zostanie wyjaśniona przez kierownictwo partii".

Reakcja Kaczyńskiego była co najmniej dziwaczna. Mógł zdyscyplinować Czarnka dyskretnie i kameralnie. A zrobił to ostentacyjnie i publicznie. To nie tak, że Czarnek nie plecie bzdur — bo plecie. Tyle że antyukraińskie bzdury opowiada dziś wielu polityków PiS, ośmielonych przez samego Kaczyńskiego, który postanowił się ścigać z Braunem.

Ponieważ jednak wewnętrzne porządki w PiS dalekie są od logiki, nie ma się co dziwić, że Czarnek był przerażony zapowiedzią Kaczyńskiego. Spodziewał się nawet, że to wstęp do pozbawienia go statusu KnK. Biegał po mediach i wychwalał prezesa za to, że napisał, że zamierza go ukarać.

Tyle że Kaczyński po kilkunastu godzinach uznał, że to nieporozumienie. Gdy już prezes przeraził Czarnka, by go na powrót ułaskawić, to wziął się za Morawieckiego. Co do sytuacji wewnątrz PiS, to łatwo być prorokiem — dlatego i mnie się udało. Twierdzę bowiem od wiosny, gdy Morawiecki założył swoje stowarzyszenie, że Kaczyński prędzej czy później się z nim rozprawi. I wiele wskazuje na to, że ten moment właśnie nadchodzi. Kaczyński zażądał likwidacji wszystkich stowarzyszeń działających wewnątrz partii, dając na to tydzień. Stowarzyszeń jest kilka, ale oczywiste, że prezesowi chodzi o jedno — Rozwój Plus Morawieckiego, bo to jedyna licząca się organizacja.

Kaczyński już raz, w kwietniu, postawił Morawieckiemu podobne ultimatum. Ale cofnął się. W zamian za to Morawiecki poszedł na ustępstwa — obiecał, że nie będzie rozbudowywał swego stowarzyszenia i włączy je w prace partyjnej rady eksperckiej. Szczerze mówiąc, oszukał Kaczyńskiego. Co więcej: od początku było wiadomo, że to zrobi. Nie przerwał rekrutacji w terenie, starając się wciągnąć do stowarzyszenia radnych regionalnych PiS.

Do Kaczyńskiego docierały też sygnały, że Morawiecki wykorzystuje do budowy swej organizacji pieniądze prawicowej międzynarodówki Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (EKR). Morawiecki jest z nadania PiS szefem EKR.

Zgadza się, prezes jest zwolennikiem teorii spiskowych. Ale nawet odkładając na bok jego polityczne neurozy, przyznać należy: wszystko, co robi Morawiecki, wygląda na budowanie własnej partii kosztem PiS.

Skoro tym razem Kaczyński powtarza tę samą groźbę co w kwietniu, znaczy to tyle, że wykorzystał ostatnie miesiące na lepsze przygotowanie się do operacji pozbycia się Morawieckiego. Kluczowe będzie to, ilu posłów, senatorów i europosłów z nim odejdzie. Akces do jego stowarzyszenia ogłosiło prawie 40 parlamentarzystów, czyli teoretycznie mógłby utworzyć własny klub już w obecnym Sejmie. Szkopuł w tym, że lista założycieli stowarzyszenia była dla Kaczyńskiego wskazówką, kogo można przekupić, by w PiS pozostał.

Drugi raz prezes cofnąć się nie może, inaczej resztki jego krwiożerczej legendy legną w gruzach. Morawiecki tym bardziej nie może odpuścić, bo Kaczyński nie dał mu na to żadnej przestrzeni.

onet.pl\Newsweek

piątek, 17 lipca 2026



Ponowne poruszanie pretensji dotyczących wyborów w 2020 r., które wygrał prezydent Joe Biden, mogłoby zmotywować republikańską bazę wyborczą i pomóc zniwelować ogromną przepaść w entuzjazmie między obiema partiami. Niektórzy z najbardziej zagorzałych zwolenników prezydenta twierdzą, że rdzenni wyborcy ruchu MAGA muszą dostrzec postępy w realizacji obietnic wyborczych prezydenta na rok 2024, takich jak masowe deportacje i ściganie oszustw wyborczych, w przeciwnym razie w listopadzie mogą pozostać w domach.

Informacje, [które zostaną] ujawnione w czwartek i w kolejnych dniach dotyczące uczciwości wyborów będą dokładnie tym, czego potrzebuje oddolna baza MAGA, by się zmobilizować — aby przypomnieć im, o co tak naprawdę walczą w tych kluczowych listopadowych wyborach — twierdzi były główny strateg Białego Domu Steve Bannon.

— Ta strategia nie ma większego znaczenia w wyborach, w których zwycięstwo Republikanów zależy od przekonania bardziej umiarkowanych wyborców — komentuje Steve Cortes, były doradca Trumpa.

— W naszej bazie wyborczej jest wiele osób, tak jak ja, które uważają, że doszło do poważnej niesprawiedliwości — mówi Cortes o wyborach w 2020 r. — Uważam jednak, że dla wyborców, których można przekonać, czyli osób spoza ruchu MAGA, mówienie o wyborach sprzed sześciu lat brzmi jak zachowanie kogoś, kto jest rozgoryczony i nie potrafi pogodzić się z porażką — dodaje.

(...)

Sondaż Politico z maja wykazał, że kluczowe postanowienia ustawy SAVE America Act cieszą się popularnością wśród ogółu Amerykanów. Nie łagodzi to jednak obaw, że Trump zacznie szerzyć dezinformację i osobiste pretensje związane z wyborami w 2020 r. w momencie, gdy większość członków Partii Republikańskiej chętnie atakuje grupę demokratycznych socjalistów, którzy przejęli inicjatywę na lewicy.

"Republikanie zdobyli poparcie Latynosów, wyborców niezdecydowanych i młodych Amerykanów w 2024 r., demaskując ten ekstremizm i oferując lepszą alternatywę dla otwartych granic, Zielonego Nowego Ładu i lewicowej polityki tożsamościowej — mówi anonimowo przedstawiciel sztabu wyborczego Partii Republikańskiej do Senatu. — Jeśli będziemy spędzać czas, patrząc w lusterko wsteczne zamiast przez przednią szybę, doprowadzimy naszą koalicję prosto do politycznej przepaści — dodaje.

W jednym ze swoich pierwszych działań jako prezydent w 2025 r. Trump ułaskawił oskarżonych z 6 stycznia 2021 r., którzy zostali skazani na karę więzienia za udział w zamieszkach na Kapitolu, a na początku tego roku wezwał do przedstawienia dokumentacji wyborczej z 2020 r.

onet.pl\Politico