piątek, 21 sierpnia 2026


Miejscowość ta miała być zajęta przez Rosjan już na samym początku wojny – w marcu 2022 r. Jednak rosyjski minister obrony oficjalnie pogratulował żołnierzom jej oswobodzenia dopiero w listopadzie 2025 r. A miesiąc później… znów raportował o jej zdobyciu. Tym razem samemu Władimirowi Putinowi.

O najnowszym “wyzwoleniu” Małej Tokczmaczki tym razem poinformowały rosyjskie prowojenne kanały na Telegramie. Pierwsze doniesienia o kolejnym zwycięstwie pojawiły się wieczorem w środę. Jako jeden z pierwszych napisał o tym telegramowy kanał rosyjskiego projektu Lost Armour, który specjalizuje się m.in. w liczeniu strat ukraińskiego sprzętu pancernego.

– Żołnierze Zgrupowania Wojsk „Dniepr" oczyścili miejscowość Mała Tokmaczka i prowadzą walki w zabudowie Orichiwa.

Wiadomość podchwyciły też inne wydawnictwa propagandowe. Na przykład Readovka poświęciła jej osobny rozdział w swoim podsumowującym raporcie frontowym z 19 sierpnia, zatytułowany „Mem się skończył". Autor tego serwisu, Michaił Pszenicznikow, twierdzi, że siły zbrojne FR już zajęły Małą Tokmaczkę, prowadzą jej oczyszczanie i wkrótce ogłosi to rosyjskie Ministerstwo Obrony.

Zdobycie miejscowości zasugerował także popularny Z-bloger Boris Rożyn, autor kanału Colonelcassad. Duży telegramowy kanał Wypuskajtie Krakiena Z także oświadczył, że wieś całkowicie oczyszczono z sił ukraińskich i jest ona kontrolowana przez rosyjską armię.

(...)

Oficjalne i nieformalne rosyjskie źródła już nie po raz pierwszy ogłaszają pełną kontrolę nad Małą Tokmaczką. Moża nawet powiedzieć, że ogłaszają ją… regularnie.

Po raz pierwszy oświadczenie rosyjskiego ministerstwa obrony o „wyzwoleniu" Małej Tokmaczki padło na samym początku pełnowymiarowej wojny – 5 marca 2022 roku. Przez kolejne trzy i pół roku rosyjski resort obrony systematycznie informował o uderzeniach w pozycje sił ukraińskich w rejonie tej wsi.

16 listopada 2025 roku rosyjski resort obrony ponownie poinformowało o „zakończeniu wyzwalania" Małej Tokmaczki – tym razem z adnotacją „Pilne". Następnego dnia żołnierzom 42. Gwardyjskiej Dywizji Zmechanizowanej sił zbrojnych FR pogratulował osobiście minister obrony Andriej Biełousow:

– Uczyniliście poważny krok ku zwycięstwu i osiągnięciu celów specjalnej operacji wojskowej. Nie ma wątpliwości, że nastąpią kolejne sukcesy – zapewniał.

Zdobycia Małej Tokmaczki nie potwierdzili wówczas ani ukraińscy, ani niezależni zagraniczni analitycy. Dokładnie miesiąc później, 17 grudnia 2025 roku, przemawiając przed Władimirem Putinem, Biełousow ponownie oświadczył, że rosyjska armia opanowała ukraińską wieś.

Jeszcze częściej o zdobyciu Małej Tokmaczki lub bliskości tego raportowali Z-blogerzy. Na przykład w lipcu 2025 roku pisali o „przełamaniu potężnej obrony sił ukraińskich we wsi Mała Tokmaczka, która broniła się niemal rok". O zdobyciu „większej części wsi" rosyjscy blogerzy informowali potem w styczniu 2026 roku.

Liczba wzmianek o tej niewielkiej miejscowości stała się w rosyjskiej kronice wojennej  tak częsta, że Mała Tokmaczka stała się popularnym memem. Symbolizuje długotrwałe, krwawe i mało skuteczne rosyjskie szturmy, które nie mają większego znaczenia strategicznego.

W maju 2026 roku 118. Samodzielna Brygada Zmechanizowana sił zbrojnych Ukrainy, która od pierwszych miesięcy pełnowymiarowej wojny broni Małej Tokmaczki, trafiła do Księgi Rekordów Ukrainy. Miejscowość ta stała się najdłużej utrzymywanym przez ukraińską armię odcinkiem frontu – walki o nią trwają już ponad półtora tysiąca dni.

Omawiane w kółko zdobywanie Małej Tokmaczki stało się na tyle absurdalne, że zaczęli wyśmiewać je nawet sami propagandyści. Szydzono, że wieś "jest czymś typu Troi albo Verdun", że Rosja zdobędzie "Kijów w trzy dni, a Tokmaczkę w pięć lat" i z samego Rożyna, który "już rok zdobywa Tokmaczkę".

Licząca przed wojną trzy tysiące mieszkańców Mała Tokmaczka to jeden z kluczowych zewnętrznych węzłów obrony miasteczka Orichiw. Obie miejscowości dzieli zaledwie kilka kilometrów. Po zdobyciu wsi Rosjanie od południowego wschodu wyjdą na obrzeża miasta.

Orichiw to ostatnie kontrolowane przez ukraińską armię miasto oddzielające Zaporoże od linii frontu na południowym wschodzie. Odległość między obrzeżami obu miast wynosi około 40 kilometrów. Nawet jednak w razie upadku Orichiwa pokonanie tego dystansu nie będzie dla rosyjskich pododdziałów łatwe. W drodze na Zaporoże muszą przedrzeć się przez kilka dużych wsi i osiedle Komyszuwacha, w którym w chwili pełnoskalowej inwazji sił zbrojnych FR na Ukrainę mieszkało około 5 tysięcy osób.

centrumeuropy.pl


Eksperci Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych – Aleksandra Wójtowicz, analityczka zajmująca się nowymi technologiami i cyfryzacją, oraz Filip Bryjka, ekspert ds. zagrożeń hybrydowych – zbadali zasięg najbardziej radykalnych sformułowań antyukraińskich, jak “Bandera” czy “stop ukrainizacji”, a także wulgarnych treści kierowanych pod adresem Ukraińców. Analiza obejmowała publikacje na polskojęzycznych kanałach, przede wszystkim na X, ale też na Facebooku i TikToku, które pojawiły się w sieci od kwietnia do lipca 2026 roku

– W kwietniu i na początku maja antyukraińskich treści było stosunkowo mało. Ich gwałtowny wzrost nastąpił dzień po ogłoszeniu przez Zełenskiego decyzji o nadaniu jednostce imienia “Bohaterów UPA”, co nastąpiło 26 maja. Od tego momentu liczba antyukraińskich komentarzy i reakcji wzrosła o 345 proc. w porównaniu z wcześniejszym kwartałem – powiedziała w rozmowie z PAP Wójtowicz.

Ekspertka przypomina, że wcześniej, w okresie od kwietnia do maja, dziennie pojawiało się mniej niż tysiąc antyukraińskich wzmianek, a od maja do czerwca nastąpił ich wzrost do około 10 tysięcy dziennie. W sumie od maja do lipca opublikowano prawie pół miliona takich treści – wyliczyła ekspertka.

Zapytana o autorów tych narracji analityczka wyjaśniła, że stały za nimi siatki botów i konta trolli powiązanych z Rosją oraz prorosyjskie ruchy polityczne w Polsce. Podkreśliła jednak, że przeważająca część komentarzy należała do prywatnych użytkowników.

(...)

– Decyzja prezydenta Zełenskiego uruchomiła falę antyukraińskich narracji, które tkwią w polskim społeczeństwie od dawna. Rosja wykorzystuje je w swoich działaniach propagandowych i dezinformacyjnych już od 2014 roku. Przypomnijmy, że w ubiegłych latach dochodziło w Polsce m.in. do niszczenia pomników i mogił żołnierzy UPA. [...] Wraz z wybuchem wojny w 2022 roku i wzrostem liczby obywateli Ukrainy żyjących w naszym kraju relacje między obywatelami obu państw zyskały o wiele większy ładunek emocjonalny, co Moskwa skwapliwie instrumentalizuje – stwierdził w rozmowie z PAP Filip Bryjka.

Ekspert podkreśla, że Rosjanie w swoich założeniach strategicznych są bardzo konsekwentni. Jego zdaniem w przypadku relacji polsko-ukraińskich ich celem jest doprowadzenie do jak największego skonfliktowania obu stron, sparaliżowania lub zerwania współpracy politycznej i wojskowej, a w wymiarze społecznym dążą do maksymalnego podsycania nastrojów antyukraińskich w Polsce oraz antypolskich w Ukrainie, wykorzystując do tego trudne i nierozwiązane zaszłości historyczne.

W jego opinii taktyczne działania Rosji opierają się głównie na “wykorzystywaniu nadarzających się okazji do tworzenia chaosu i destabilizacji”.

– Kreml nie musi wszystkiego prowokować. Nie ma takiej potrzeby ani często nawet siły sprawczej, choć oczywiście próbuje to robić. Wiemy przecież, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała niedawno 11 osób, w tym obywateli Ukrainy i Białorusi. Działając na zlecenie rosyjskiego wywiadu, rekrutowali oni i opłacali uczestników demonstracji organizowanych wśród przebywających w Polsce ukraińskich uchodźców. To, czego powinniśmy się obawiać, to dążenie Rosji, by nienawiść ze sfery informacyjnej została przeniesiona do świata fizycznego, co doprowadziłoby do antypolskich i antyukraińskich protestów – przestrzegł Bryjka.

W jego ocenie Rosja będzie promować narracje antyukraińskie przede wszystkim przed wyborami parlamentarnymi w Polsce w 2027 roku i w ich trakcie, by ingerować w ich przebieg. Z kolei po drugiej stronie granicy działania antypolskie pozwalają zdobywać dodatkowe poparcie wśród środowisk prawicowych na Ukrainie. 

– W efekcie w obu państwach istnieje podatny grunt do instrumentalnego traktowania tych kwestii, co Rosja wykorzysta do wpływania na ich politykę wewnętrzną – dodał.

Bryjka zwrócił także uwagę, że coraz trudniejsze jest wykrywanie i atrybucja dezinformacji, czyli jednoznaczne wskazanie, czy za danym kontem stoi człowiek, bot czy serwer w Rosji.

– Ciężar walki z tym zjawiskiem spoczywa na wielkich platformach technologicznych, a sam unijny akt o usługach cyfrowych (DSA) nie rozwiązuje tego problemu. Polska zresztą nie jest prymusem we wdrażaniu jego postanowień. Jednocześnie skuteczność zgłaszania nielegalnych treści w serwisach społecznościowych jest niska. Według ubiegłorocznego raportu NASK (Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej) na ponad 46 tysięcy incydentów zgłoszonych do platform zaledwie 12 proc. treści zostało usuniętych, a 68 proc. poddano moderacji. Reszta pozostała bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Co ciekawe, w statystykach moderacji TikTok znacząco dominował nad innymi serwisami – podsumował ekspert z PISM.

(...)

W ocenie eksperta kluczem do walki z tym zjawiskiem jest bezwzględne egzekwowanie prawa.

– Dlatego tak ważna jest zdecydowana reakcja państwa i bezwzględne ściganie takich czynów jako przestępstw z nienawiści na tle etnicznym, które powinny być karane z pełną surowością, dając jasny sygnał, że w państwie prawa nie ma przyzwolenia na ksenofobię i przemoc – podkreślił Bryjka.

centrumeuropy.pl


Na morskim placu budowy stanęły wszystkie niezbędne konstrukcje nośne — łącznie 111 stalowych monopali. Cztery z nich będą podtrzymywać morskie stacje elektroenergetyczne, a pozostałe 107 — turbiny wiatrowe. Każdy element to potężna konstrukcja — najdłuższe sięgają 100 m wysokości przy średnicy od 7,5 do ponad 10 m.

Masa pojedynczego monopala dochodzi do 1,9 tys. ton. Holenderski wykonawca Van Oord użył do instalacji dwóch wyspecjalizowanych jednostek pływających: Svanen oraz Aeolus.

Obecnie trwają prace montażowe dotyczące wyposażenia uzupełniającego. Na zainstalowanych fundamentach zamocowanych zostanie ponad 400 elementów — m.in. klatki anodowe zabezpieczające przed korozją, platformy robocze i konstrukcje cumownicze. Większość z nich, bo aż trzy czwarte, produkują rodzime zakłady przemysłowe. Prace potrwają do końca 2026 r.

W kolejnych miesiącach rozpocznie się instalacja morskich stacji elektroenergetycznych i układanie kabli eksportowych. 2027 r. przyniesie montaż połączeń wewnętrznych farmy oraz ustawienie właściwych turbin wiatrowych. Równocześnie postępuje budowa infrastruktury na lądzie, która umożliwi transfer wytworzonej energii do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego.

Farma Baltica 2 zlokalizowana jest ok. 40 km od brzegu na wysokości Ustki. Po planowanym uruchomieniu w 2027 r. będzie należała do największych instalacji tego typu na polskich wodach. Jej moc osiągnie ok. 1,5 GW, co wystarczy do zasilenia ok. 2,5 mln gospodarstw domowych w Polsce. Projekt zabezpieczony jest kompletnymi pozwoleniami oraz 25-letnim kontraktem różnicowym (CfD).

businessinsider.com.pl

czwartek, 20 sierpnia 2026



Kluczowe w tej sprawie są wyjaśnienia Marka Falenty, biznesmena, który stał się twarzą afery podsłuchowej. W marcu 2021 r. podczas śledztwa dotyczącego obrotu taśmami przyznał, że działał na zlecenie CBA. Miał kupować nagrania od kelnera i przekazywać je funkcjonariuszom. Jak zeznał, współpracował ze służbami także po wybuchu afery.

— Moja rola polegała na pozyskiwaniu nagrań i przekazywaniu ich do CBA lub wskazanym przez nich dwóm dziennikarzom: panu Nisztorowi i Gmyzowi. To są ich zaufani dziennikarze — mówił śledczym Falenta.

Według jego relacji wszystkie taśmy trafiały do CBA aż do wygranych przez PiS wyborów parlamentarnych w 2015 r. Pierwsze przekazywał Jarosławowi Wojtyckiemu, funkcjonariuszowi CBA, który od 2004 r. był jego oficerem prowadzącym. Po wybuchu afery Falenta miał przekazywać nagrania także pracownikom prawicowych mediów. Wprost wskazał Cezarego Gmyza, który — jak twierdził — przekazywał je później funkcjonariuszom.

"Przekazania taśm odbywały się w wyznaczonych przez CBA mieszkaniach, najczęściej przy ul. Hożej i Pięknej (…) Po wybuchu afery bałem się tego robić i chciałem to zakończyć. Panowie z CBA obawiali się, że śledzi mnie inna służba i dlatego wymyślili, żeby przekazywać taśmy przez pana Cezarego Gmyza" — wyjaśniał Falenta.

Biznesmen twierdził również, że jego współpracę z CBA potwierdzają raporty, które wyciekły do mediów. Według jego zeznań Gmyz miał je otrzymywać od agenta CBA Artura Chodzińskiego, a następnie pokazywać Falencie jeszcze przed publikacją. Jeden z raportów miał nakazywać dalsze pozyskiwanie nagrań.

Chodziński to były dziennikarz "Gazety Wyborczej", który po 2005 r. trafił do CBA. W 2015 r. został zwolniony ze służby w związku z dochodzeniem dotyczącym wynoszenia tajnych materiałów. Po powrocie PiS do władzy w 2015 r. wrócił do CBA i awansował. Nadzorował m.in. operację "Okser", wymierzoną w Romana Giertycha.

(...)

Wróćmy do słów Falenty o zwolnieniu Cezarego Gmyza z tajemnicy dziennikarskiej. To jedna z podstawowych gwarancji wolności mediów — chroni źródła informacji i co do zasady uniemożliwia zmuszenie dziennikarza do ujawnienia informatora. Wyjątkiem jest m.in. zwolnienie z tajemnicy przez sąd lub samo źródło.

W lutym 2015 r. Gmyz zeznawał, że po raz pierwszy usłyszał o Falencie dopiero po jego zatrzymaniu w związku z aferą podsłuchową. Kilka miesięcy później przekazał prokuraturze kopię nagrania rozmowy wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem, zarejestrowanej 5 czerwca 2014 r. w restauracji "Sowa i Przyjaciele". Odmówił jednak odpowiedzi na pytania o źródło nagrania i o to, czy posiada inne taśmy. Powołał się na tajemnicę dziennikarską.

W styczniu 2023 r., już po zwolnieniu z tajemnicy, Gmyz przyznał, że jego pierwszym źródłem informacji o aferze był Marek Falenta. Zeznał też, że to od niego otrzymał kilkadziesiąt nagrań z warszawskich restauracji, zapisanych na zaszyfrowanym dysku. Część materiałów przekazał prokuraturze.

"Nagrania otrzymałem od Marka Falenty (...) Tych nagrań było kilkadziesiąt. Według mojej wiedzy to było większość nagrań z afery taśmowej. (...) Marek Falenta chciał, by materiały trafiły do CBA" — zeznawał Gmyz. Zanim jednak do tego doszło, nagrania zostały opublikowane w mediach. Gmyz twierdził, że kierował się "interesem publicznym", i zapewniał, że sam nie przekazywał ich innym redakcjom.

"Tajemnica dziennikarska obowiązuje mnie, jeżeli chodzi o to, ile i w jaki sposób kontaktowałem się z Markiem Falentą (…) znam go od dobrych kilku lat (…) Chciałem się zasłonić tajemnicą dziennikarską, odmawiając odpowiedzi na pytanie: czy przed publikacją rozmawiałem z Markiem Falentą na temat tych materiałów (…) Oprócz znajomości dziennikarskiej z Markiem Falentą zwyczajowo składamy sobie, czy to SMS-em, czy w innej formie, na przykład życzenia świąteczne" — zeznał pracownik TV Republika w pierwszym śledztwie dotyczącym afery podsłuchowej.

W swojej książce "Jak rozpętałem aferę taśmową" Nisztor opisał też rozmowy z osobami, które miały dostęp do nagrań. Pojawia się w nich wątek prywatnego detektywa i taśmy, która miała dotyczyć Donalda Tuska i jego wiedzy o Amber Gold. Według rozmówców Nisztora nagranie miało także dotyczyć syna byłego premiera.

Z rozmowy Piotra Nisztora z jego informatorami wynikało, że pewien prywatny detektyw miał wejść w posiadanie nagrania z podsłuchów, co pozwoliło mu na uniknięcie problemów prawnych. Nie pada tam żadne nazwisko.

onet.pl

środa, 19 sierpnia 2026



Część 1 (Kobieta):
„I to by było na tyle. Wszystko się skończyło. Srev oficjalnie nie istnieje, bo nie mamy już nic. Dzięki magazynowi w Szuszarach, który był naszym głównym magazynem... Na własnym magazynie, w biznes-centrum nie mamy praktycznie nic.
I tak 8 lat poszło na marne. Wszystko, nie ma nic. Nic.
Tak, są małe... ile tam, 30-40 tysięcy... Przepraszam, 15 milionów.
Nie mam... Ale nie mamy już nic. Mam na myśli, że nie ma zapasów, nie ma oszczędności, żeby jakoś... robić coś dalej. W każdym razie, wyzerowaliśmy się.
Wszystko. Dzisiaj... Siedzę i myślę, no tak naprawdę to niczego nie miałam. Mówiąc szczerze, klienci byli z Wildberries, kupujący z Wildberries, logistyka z Wildberries, reklama z Wildberries. A ja miałam tylko moje majtki i już ich nie ma. Cholera, płakać się chce, ale nie ma już siły.
Przepraszam.
Oficjalnie jestem nędzarką. I w dodatku w długach, k***a. Tak sobie żyjemy.”

Część 2 (Mężczyzna w samochodzie):
„Spójrzcie, teraz spaliło się 80% Wildberries. Towarów, magazynów — tego już się nie odzyska.
I pytanie brzmi następująco: to przecież nie są tysiące, nie dziesiątki tysięcy, ani nawet nie setki tysięcy ludzi — to są miliony ludzi, którzy pracowali na Wildberries i wokół Wildberries. Czyli to jest ogromny rynek podatników, ludzi, biznesów. W większości to wszystko jednoosobowe działalności gospodarcze (IP). Oni odpowiadają swoim majątkiem przed bankami.
Czyli w tej chwili jest to bankructwo, no... milionów ludzi. Bezrobocie na rynku wynosi już chyba z 40-50%. Tak, jeśli jesteś tokarzem czy spawaczem, to rzeczywiście znajdziesz pracę. Ale nie każdy chce nim być. Ja na przykład nie chcę być... Jestem raczej za naukami humanistycznymi. Każdy wybiera swoje.
I pojawia się pytanie: co mają robić ci ludzie? Jak mają się dalej rozwijać, jak wyżywić dzieci, jak patrzeć w przyszłość?
Powstaje pytanie — jak mamy dalej żyć w harmonii z tym, co się dzieje? Ja nie mam pytań, bardzo mocno kocham Rosję i nigdy nie myślałem o tym, żeby ją opuszczać. Ale teraz pojawia się myśl, że chyba trzeba zrobić ten krok mając 40 lat i znaleźć coś nowego w innym miejscu. Ale ja tego nie chcę... Po prostu nie rozumiem, jak dalej żyć, tak szczerze.”

/Translacja z materiałów wideo nagrywanych przez zrozpaczonych Rosjan - red./

x.com/CiemnejW


Skandal w rosyjskiej bankowości: Wnieszekonombank właśnie zwolnił swojego głównego ekonomistę Andrieja Klepacza po jego opinii, że Rosja właśnie przegrywa wojnę, bo Ukraina ma sojuszników.

Rosja nie będzie w stanie wygrać rywalizacji w „wojnie na wyniszczenie”, dopóki Ukraina jest wspierana przez świat zachodni. Powiedział o tym podczas sesji Klubu Nikickiego Andriej Klepacz, główny ekonomista Wnieszekonombanku (WNP . RF) — kluczowego rosyjskiego banku państwowego, który finansuje projekty narodowe Kremla i ma status „państwowej korporacji rozwoju”.

Według Klepacza koszty ponoszone przez rosyjską gospodarkę wskutek sankcji i zachodniej blokady rosną, zwiększają się straty spowodowane ukraińskimi uderzeniami w porty, infrastrukturę, zakłady chemiczne i rafinerie, a Rosja coraz bardziej pozostaje w tyle za światem pod względem rozwoju technologicznego.

„Pozostajemy w tyle. Przegrywamy zarówno technologiczną, jak i gospodarczą konkurencję na świecie. Co więcej, jak już mówiłem, przegrywamy ją nie tylko z Chinami i USA — w pewnych obszarach przegrywamy ją nawet z Ukrainą. Ukraińska gospodarka jest oczywiście częściowo zniszczona, kraj przeżywa katastrofę demograficzną. Ale mimo wszystko ukraińska gospodarka przetrwała. Oczywiście otrzymuje ogromną pomoc finansową […] Przy takiej skali pomocy ich wydatki wojskowe i własne wydatki to łącznie mniej więcej niemal 50% naszego budżetu” — powiedział Klepacz.

Według portalu "The Bell"  ekonomistę zwolniono po „telefonie z góry”. Drugie źródło również powiązało tę decyzję z wypowiedzią Klepacza o wojnie.

x.com/AryoSomeGumul

wtorek, 18 sierpnia 2026



Między USA a Rosją trwa "cicha" dyplomacja w sprawie Ukrainy - Financial Times

Według informacji gazety, w czerwcu szef Komisji ds. Sztuk Pięknych w USA, Rodney Mims Cook Jr., uczestniczył w Petersburgskim Forum Gospodarczym, gdzie spotkał się z przedstawicielami Kremla i omawiał możliwość zakończenia wojny.

x.com/WarNewsPL1


Właśnie NATO prowadzi największą od lat demonstracje siły w powietrzu nad Polską i Bałtykami.

Można szacować na ponad 50 maszyn jednoczasowo w powietrzu. Przy czym tylko część maszyn wsparcia ma włączone transpondery. 

Ewidentny sygnał dla Rosjan lub…przygotowania do sojuszniczej  operacji obronnej gdyby coś miało wlecieć nad Polskę i Bałtyki.

Najpierw były ostrzeżenia na poziomie politycznym że NATO wie o planowanej prowokacji Rosjan a teraz pojawiają się główni aktorzy potencjalnej „Krainy marzeń” (...). 

Nie ma przypadków - brak było ogłaszanych ćwiczeń tej skali zatem to co widać to nagła dyslokacja na teren działań  tzw sojuszniczych sił wsparcia. 

NATO jest gotowe i demonstruje to dobitnie Kremlowi.

x.com/wolski_jaros


Zwiększoną obecność natowskich maszyn nad Polską jako pierwsze zauważyło konto Faytuks Network w serwisie X, które informuje o myśliwcach F-35, tankowcach i samolotach walki elektronicznej, które dziś pojawiły się nad naszym krajem.

I faktycznie tak jest. Na godz. 11.51 w serwisie Flightradar24 widzimy aż siedem natowskich maszyn operujących obecnie na naszym niebie. Jest to aż pięć powietrznych tankowców, ultranowoczesny samolot walki elektronicznej EA-37B i Boeing E-3 Sentry, czyli samolot wczesnego ostrzegania i kontroli powietrznej, którego głównym zadaniem jest wykrywanie innych samolotów oraz okrętów i statków. 

O ile obecność "elektronicznych oczu" NATO nad Polską nie jest niczym nowym, zastanawia głównie spora liczba tankowców, które przebywają obecnie na naszym niebie. Aż pięć takich konstrukcji krążących w pobliżu Szczecinka oraz Bydgoszczy sugeruje jakąś większą lotniczą operację sojuszu, ale w tym momencie nie wiemy, jaką misję dostały samoloty.

onet.pl


„Południowokoreańscy urzędnicy są wciąż w szoku z powodu wypowiedzi Trumpa, powiedziała osoba znająca poglądy Seulu na tę sprawę, której udzielono anonimowości ze względu na drażliwy charakter komentarzy. Coraz powszechniejsze jest jednak przekonanie, że Korea Południowa, podobnie jak Japonia, może potrzebować własnej broni jądrowej, aby zrównoważyć działania Pjongjangu i Pekinu – co niemal na pewno zapoczątkowałoby nowy wyścig zbrojeń w Azji.

„Zmierzamy powoli do nuklearnego potencjału Azji Północno-Wschodniej” – powiedział dziennikowi NatSec Daily JOEL WIT, koordynator Departamentu Stanu ds. porozumienia między USA a Koreą Północną z 1994 roku, mającego na celu zamrożenie programu zbrojeń nuklearnych Pjongjangu. „Koreańczycy z Południa są już zdenerwowani, a to podsyca ich zainteresowanie alternatywnymi rozwiązaniami”.

Seul prawdopodobnie monitoruje, czy Arabia Saudyjska sfinalizuje proponowaną umowę z USA dotyczącą technologii jądrowej, umożliwiającą Rijadowi wzbogacania uranu nadającego się do celów zbrojeniowych.

„Jeśli umowa z Arabią Saudyjską dojdzie do skutku, mogę zagwarantować, że Koreańczycy z Południa będą chcieli takiego samego rozwiązania” – dodał Wit.

„To kolejny gwóźdź do trumny nierozprzestrzeniania broni jądrowej i o wiele trudniej będzie argumentować przeciwko temu, że Korea Południowa nie opracowała własnej broni jądrowej” – powiedział DAVE RANK , były urzędnik ds. Korei w Departamencie Stanu w administracji Clintona.

Osiemdziesiąt procent Koreańczyków z Południa popiera stworzenie „rodzimego potencjału broni jądrowej” – wynika z wyników sondażu opinii publicznej, opublikowanego w kwietniu przez działającą w Seulu organizację non-profit Asan Institute for Policy Studies.

Źródło: Politico NatSec Daily

x.com/MStefan92


Trump, Rubio oraz sekretarz obrony Pete Hegseth co rusz powtarzają, iż Ameryka prowadzi dzisiaj politykę pod hasłem "Pokój poprzez siłę" ("Peace through strength"). Tak jak niegdyś, w czasach zimnej wojny, hołdował tej zasadzie Ronald Reagan.

Dzisiaj jednak nie widać ani pokoju, ani siły. Wręcz przeciwnie: chyba nigdy jeszcze w historii Stanów Zjednoczonych nie widzieliśmy tak jaskrawej przepaści między wielkomocarstwową retoryką, buńczucznymi groźbami, górnolotnymi hasłami a niekompetencją, ignorancją i infantylnymi zachowaniami obecnej administracji.

Za każdym razem, kiedy Trump zapowiada, iż "zrówna z ziemią Iran", wiadomo, że nic się nie wydarzy. Za każdym razem, kiedy mówi, że "cieśnina Ormuz jest pod całkowitą kontrolą USA", można się spodziewać, że jeszcze tego samego dnia kilka następnych tankowców zostanie trafionych irańskimi rakietami. Za każdym razem, kiedy szef Pentagonu zapewnia, że Ameryka nie ma żadnych problemów z produkcją amunicji, można stawiać dolary przeciwko orzechom, że magazyny są puste.

Wróćmy na moment do "Ulchi Freedom Shield". Otóż Trump ogłosił swoją decyzję w sprawie manewrów dwa dni po tym, jak władze w Pjongjangu ostro przeciwko nim zaprotestowały (jak co roku zresztą), uznając je za "prowokację". Jeśli największa globalna potęga kuli ogon po tupnięciu nogą przez Kim Dzong Una, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko gromko zawołać: "Ratuj się kto może".

Ameryka się zwija - i politycznie, i militarnie. "Peace through strength" jest jedynie na pokaz. W rzeczywistości mamy do czynienia z niebezpieczną mieszanką chaosu, ignorancji i tchórzostwa. Niedawno Elbridge Colby, prawa ręka Pete’a Hegsetha, w trakcie kilkunastominutowego wystąpienia w stolicy Filipin Manili nie wymienił ani razu Chin. Prawdopodobnie po to, by nie drażnić smoka.

(...)

Dodajmy do tego zainicjowany właśnie proces przeglądu obecności amerykańskich sił w Europie, który ma w założeniu doprowadzić do ich redukcji. Pentagon wysłał do stolic państw członkowskich specjalny formularz z pytaniami testującymi polityczną "lojalność" sojuszników (czy np. wspierają oni operację USA przeciwko Iranowi i czy kupują amerykańskie uzbrojenie). Cel jest jasny: Biały Dom chce mieć pretekst, aby cięcia były jak najgłębsze. /To raczej nie Colby, który jest rozsądnym realistą, a Hegseth - bezreflaksyjne przedłużenie woli Trumpa - red./

Trump może zaoszczędzić na ćwiczeniach w Korei Południowej i na wycofaniu amerykańskich kontyngentów z Europy. Może wybłaga jeszcze jeden szczyt z Kim Dzong Unem ("Zapraszamy do Pjongjangu!") oraz z Władimirem Putinem ("Zapraszamy do Moskwy!"). Może nawet doczeka się jakiegoś komplementu od Xi Jinpinga, czego łaknie jak kania dżdżu. Aczkolwiek jednej rzeczy już nie odzyska: wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako poważnego, odpowiedzialnego sojusznika.

Ta bowiem leży w gruzach.

wp.pl