poniedziałek, 13 kwietnia 2026



Absolutnie najważniejsze w tym kontekście będzie cofnięcie weta dla ogromnej unijnej pożyczki dla Ukrainy ustalonej jeszcze pod koniec 2025 roku. Opiewa ona na 90 miliardów euro i jest absolutnie kluczowa dla utrzymania ukraińskiego budżetu na powierzchni w latach 2026-27. Bez niej już w tym miesiącu Ukraina miała zacząć odczuwać brak pieniędzy, ponieważ normalne dochody jej budżetu pozwalają pokryć jedynie około połowy potrzeb. Wydatki na ten rok zaplanowano na poziomie 97,5 miliarda euro (wydatki na wojsko to około połowy tej kwoty), podczas gdy przychody na zaledwie 59 miliardów. Przy czym według oceny Sławomira Matuszaka z Ośrodka Studiów Wschodnich i tak budżet jest nierealny, ponieważ chociażby zakłada niższe wydatki na wojsko niż faktycznie wydano w 2025 roku. Czyli tak jakby w jakiś sposób udało się w tym roku prowadzić wojnę taniej niż w ubiegłym, co jest mało realne.

Pożyczka unijna ma pokryć 2/3 potrzeb Ukraińców w latach 2026-27. Resztę pieniędzy mają przekazać państwa grupy G7. Początkowo w 2025 roku UE miała pomysł pozyskać te 90 miliardów głównie z zajęcia rosyjskich funduszy państwowych zamrożonych w unijnych instytucjach finansowych po wybuchu wojny. Ten pomysł jednak upadł ze względu na brak zgody szeregu państw UE, obawiających się skutków prawnych i finansowych takiego kroku w dłuższej perspektywie. Protezowym rozwiązaniem jest więc pożyczenie tych 90 miliardów na rynku. UE ma gwarantować ich spłatę i póki co ponosić koszty obsługi. Spłata ma nastąpić po wojnie, pod warunkiem, że Ukraina uzyska reparacje od Rosji. Co oznacza, że z dużym prawdopodobieństwem nigdy i to państwa unijne będą musiały spłacić ten dług.

Orban początkowo zgodził się na taki mechanizm, choć razem z Czechami i Słowacją wywalczył wyjątek, na mocy którego Węgry nie musiały ponosić kosztów tej pożyczki. Było to kluczowe ustępstwo, w zamian za które miał zobowiązać się nie wetować rozwiązania. W marcu jednak i tak to zrobił, argumentując że Ukraińcy zaatakowali pośrednio jego państwo, odcinając dostawy rosyjskiej ropy nitką ropociągu przyjaźń biegnącą przez Ukrainę. Faktycznie dostawy ustały, ponieważ rosyjski dron uszkodził jedną z przepompowni. Według Orbana, Ukraińcy zwlekali jednak z naprawami. Te mają się zakończyć "wiosną". Ponadto Orban uczynił retorykę antyukraińską jednym z filarów swojej przegranej kampanii wyborczej, więc o ugodzie nie mogło być na razie mowy. Teraz wszystko się zmieniło. TISZA wstępnie deklarowała szybkie wycofanie weta w tej sprawie.

Podobna ulga może nastąpić w mniejszym programie Europejska Inicjatywa dla Pokoju (EPF). Utworzono go jeszcze przed wojną w Ukrainie z zamiarem udzielania wsparcia różnym państwom, aby zapobiegać konfliktom. Po napaści Rosji Ukraina stała się błyskawicznie priorytetowym odbiorcą pomocy poprzez ten mechanizm. Planowano używać go między innymi do płacenia państwom członkowskim za starszy sprzęt wojskowy przekazany Ukrainie. Większość pieniędzy miała pochodzić z odsetek od wspomnianych wcześniej zamrożonych w UE rosyjskich funduszy budżetowych. Węgry się temu sprzeciwiały i złożyły dwa pozwy do unijnych sądów, aby blokować wypłatę pieniędzy i z nadzieją uzyskania wyroku, który umożliwiłby trwałe zawetowanie tego rozwiązania. Wyroków jeszcze nie ma.

Polska nie otrzymała z tego powodu około dwóch miliardów euro, o czym mówił w marcu premier Donald Tusk. To pieniądze za nasz starszy sprzęt wojskowy o radzieckich korzeniach, który głównie w latach 2022-23 przekazaliśmy Ukraińcom.

(...)

Poważną pośrednią ulgę Ukrainie przyniesie też na pewno znacząca zmiana nastawienia Węgier wobec Rosji. Po pierwsze w kwestii nakładania unijnych sankcji. Orban od lat był głównym hamulcowym co ostrzejszych działań UE w tym zakresie. W lutym zawetował 20. rundę dodatkowych sankcji na Rosję, choć nie zablokował w marcu cyklicznego odświeżenia tych już obowiązujących. Dwa razy w roku wszystkie 27 państw wspólnoty musi za tym zgodnie zagłosować, aby trwały. Jest to okazja do targów nad tym, kogo by z listy podmiotów lub osób objętych sankcjami usunąć. Na przykład według śledztwa portalu "Vsquare" w 2024 roku szef węgierskiego MSZ Peter Szijjártó koordynował ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem starania na rzecz usunięcia z listy osób objętych sankcjami siostry jednego z bliskich Władimirowi Putinowi oligarchów, Aliszera Usmanowa. Węgrom udało się tego ostatecznie dopiąć podczas kolejnej rundy odświeżania sankcji na początku 2025 roku.

Nowy rząd Węgier najpewniej nie będzie jednak otwarcie proukraiński. Jak mówił jeszcze przed wyborami  w rozmowie z Gazeta.pl dr Andrzej Sadecki z Ośrodka Studiów Wschodnich, lata propagandy mediów kontrolowanych przez rząd ugruntowały już nastawienie Węgrów wobec Ukrainy. Nie jest ono pozytywne. Przeważać ma przekonanie, że od wojny lepiej trzymać się z daleka. Tisza, w ocenie eksperta, nie będzie szła wbrew tym nastrojom społecznym. Owszem, przestanie blokować pomoc unijną i zdystansuje się wobec Moskwy, ale Budapeszt nie stanie się autentycznym sojusznikiem Kijowa. Raczej będą to relacje poprawne.

Ma to się w ocenie Sadeckiego przejawić także w negocjacjach nad akcesją Ukrainy do UE. Ich faktyczne rozpoczęcie też było już od lat blokowane przez Fidesz. Tisza blokadę najpewniej zniesie, ale to nie będzie oznaczać, że jest fanem wizji Ukrainy w UE. Wręcz przeciwnie, można się spodziewać sceptycznego i protekcjonistycznego nastawienia.

gazeta.pl


Jak podał w niedzielę „WSJ”, powołując się na swoje źródła, Arabia Saudyjska zwróciła się do koncernów Hanwha i LIG Nex1 o możliwość przyspieszenia dostaw systemów ziemia-powietrze M-SAM (Cheongung II). Rijad miał także kontaktować się z Japonią w sprawie pozyskania amerykańskich rakiet przechwytujących do wyrzutni Patriot.

O dodatkowe rakiety przechwytujące wnioskowały również Zjednoczone Emiraty Arabskie, które niedawno użyły południowokoreańskiego systemu do obrony przed irańskim atakiem.

Według „WSJ” Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie prowadzą też obecnie rozmowy z ukraińskimi producentami uzbrojenia.

„Amerykański przemysł obronny nie zwiększył wystarczająco mocy produkcyjnych, pomimo wzrostu popytu, dlatego firmy ze Stanów Zjednoczonych mogą stracić potencjalne kontrakty” – ocenił „WSJ”.

PAP


Pomiędzy styczniem a marcem całkowite dochody państwa zmniejszyły się o 8,2%, i wyniosły 8,3 biliona rubli, podczas gdy wydatki wzrosły o 17%, osiągając poziom 12,9 biliona rubli. W sektorze energetycznym odnotowano spadek dochodów z ropy i gazu o 45%, do kwoty 1,4 biliona rubli. Przychody z podatków w sektorach niezwiązanych z ropą i gazem wzrosły o 7,1%, osiągając 6,9 biliona rubli, jednak nie wystarczyło to do zrekompensowania spadku dochodów z węglowodorów oraz rosnących kosztów zobowiązań krajowych i wojskowych.

Pomimo przekroczenia rocznego celu deficytu już w pierwszym kwartale, rosyjskie Ministerstwo Finansów poinformowało, że budżet jest realizowany "zgodnie z docelowymi parametrami strukturalnego deficytu". Władze najprawdopodobniej spodziewają się ożywienia gospodarczego w połowie roku, napędzanego rosnącymi cenami energii wywołanymi wojną na Bliskim Wschodzie.

Według obliczeń agencji Reuters, w kwietniu główne dochody Rosji z podatku naftowego mają ulec podwojeniu, osiągając poziom 700 miliardów rubli (9 miliardów dolarów). Stanowi to istotne wsparcie dla rocznego celu, jakim jest zgromadzenie 7,9 biliona rubli z podatków od wydobycia kopalin. Rosja, będąca drugim największym eksporterem ropy na świecie, może zwiększyć wpływy w wyniku wysokich cen tego surowca. Ostateczna wielkość dodatkowych dochodów uzależniona jest od czasu trwania wojny amerykańsko-izraelskiej przeciwko Iranowi.

Jak dodatkowo czytamy w komunikacie rosyjskiego Ministerstwa Finansów, "z dniem 1 marca 2026 r. miesięczne transakcje kupna/sprzedaży walut obcych i złota zostały zawieszone do 1 lipca 2026 r. z powodu generowania dodatkowych (utraconych) dochodów z ropy naftowej i gazu. Decyzja ta została podjęta w związku z planowanymi zmianami parametru bazowej ceny ropy naftowej, mającymi na celu zwiększenie stabilności finansów publicznych i wzmocnienie systemu finansowego kraju. Po wznowieniu transakcji, szczegóły rozliczeń zostaną ustalone z uwzględnieniem wielkości odroczonych transakcji kupna/sprzedaży walut obcych i złota".

bankier.pl


Na przełomie lutego i marca odbyłem kolejną podróż studyjną na Ukrainę. Jej celem była ocena charakteru wojny oraz kierunku, w którym zmierza. Poniżej moje obserwacje, poszerzone o wydarzenia z ostatnich 45 dni.

Rok temu napisałem tutaj nitkę, której głównym przesłaniem było to, że Ukrainę czekają bardzo ciężkie miesiące — głównie ze względu na problemy z mobilizacją, ale też szeroko pojętą organizację walki.

Od tego czasu Rosjanie zdobyli aglomerację pokrowsko-myrnohradzką i weszli do Łymania. Zajmując Siewiersk, znaleźli się ok. 20 km na wschód od Kramatorska i Słowiańska.

Skala zdobyczy terytorialnych w obw. Zaporoskim (kierunek Hulajpole) przełożyła się na sukces operacyjny, którego jednak Rosjanie nie byli w stanie w pełni wykorzystać.

Na południe od Zaporoża znajdowali się w odległości 15–20 kilometrów od miasta. W rezultacie, mimo bardzo dużych strat, rosyjskie zdobycze terytorialne w 2025 r. były o ok. 30% większe niż w 2024 r. Rok 2026 rozpoczął się więc nie tylko z poważnie uszkodzonym systemem energetycznym Ukrainy, ale też z utrwaloną rosyjską inicjatywą strategiczną na większości kierunków.

Mimo to początek roku był dla Ukrainy relatywnie udany i wiele wskazuje na to, że ten trend nie musi się odwrócić wraz z nadejściem wiosny.

Po pierwsze, moim zdaniem ukraiński kontratak na kierunku Hulajpole (koniec stycznia) był bardzo skuteczny. Ukraińcy nie tylko odepchnęli Rosjan za rzekę Hajczur, ale też według naszych szacunków Rosjanie utracili ok. 400–500 km².

Były to największe ukraińskie zdobycze od czasu operacji kurskiej latem 2024 r. W ciągu 6 tygodni Ukraińcy cofnęli rosyjskie zdobycze o kilka miesięcy.

Mimo problemów z koordynacją i niepełnej realizacji celów, operacja była dużym sukcesem taktycznym. Pokazała, że przy odpowiednim rozpoznaniu i integracji artylerii oraz dronów możliwe jest częściowe przywrócenie manewru wojsk zmechanizowo-motowych. To może być model (po dopracowaniu) dla przyszłych operacji.

Idąc dalej, mobilizacja generuje większe siły, a skala dezercji oraz przypadków samowolnego oddalania się z jednostek maleje. Najważniejsze jest jednak to, że siły lądowe przestały się kurczyć i przynajmniej na poziomie stanów osobowych mamy stabilizację, choć te stany są bardzo niskie.

Dzięki artylerii, dronom oraz KABom, Rosjanie posiadają przewagę w strefie 20–80 km. Tutaj natomiast przewiduję bardzo duże zmiany w następnych 3–6 miesiącach. W ostatnich paru tygodniach z większą częstotliwością pojawiają się filmiki pokazujące ukraińskie uderzenia na średnim dystansie, do 100 km za FLOTem. Jest to bardzo pozytywna ewolucja ukraińskich zdolności do niszczenia rosyjskich celów na głębokim zapleczu. Dodatkowo ukraińskie cykle decyzyjne są po prostu szybsze. Ukraińcy lepiej też używają dronów (w skali całego frontu), a część jednostek jest na naprawdę świetnym poziomie. Różnice w produkcji dronów są jednak bardzo duże: 480–500 tys. vs 250–300 tys. Miesięcznie na korzyść Rosjan.

Trzeciego października 2025 r. Ukraińcy przeprowadzili pierwszy atak dronowy na zakłady chemiczne. Od tego czasu takich ataków było 19, z czego aż 13 od początku roku. Te ataki stanowią część systematycznej kampanii przeciwko rosyjskiej bazie przemysłowej, a tego typu obiekty pełnią kluczową rolę w produkcji komponentów dla przemysłu zbrojeniowego, w tym materiałów wybuchowych, paliw oraz prekursorów dla amunicji i systemów rakietowych.

Dobrze też widzieć kilkukrotne ataki na te same cele przemysłowe czy związane z eksportem ropy i gazu. Od momentu amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran, Ukraińcy przeprowadzili co najmniej 7 ataków na rafinerie oraz porty w obw. Leningradzkim służące do eksportu węglowodorów. Częste ”rewizyty” spowodują, że Rosjanie nie będą mogli w pełni wykorzystać wysokich cen ropy na światowych rynkach. Rosyjskie braki w amunicji przeciwlotniczej oraz lepsza organizacja ukraińskich ataków powodują, że ich skuteczność będzie prawdopodobnie rosła.

Z ocen mniej pozytywnych: Zajęcie Siewerska oraz dalsze rosyjskie postępy terytorialne na wschód aglomeracji Kramatorsko-Słowiańskiej pozwoliły Rosjanom na zbliżenie się na odległość ok. 15 km od granicy Kramatorska. Wschodnie obrzeża miasta są ostrzeliwane przez rosyjską artylerię polową oraz drony. Jeśli Rosjanie będą postępować według swojego typowego planu, to wraz z zajęciem kolejnych miejscowości, będą próbować odciąć całą aglomerację od zaopatrzenia, poprzez ataki dronów na główne linie komunikacyjne. W zasadzie ma już to miejsce, ale intensywność tych uderzeń jest mała i ograniczona tylko do drogi łączącej Izium ze Słowiańskiem. Oprócz prób podejścia do aglomeracji ze wschodu, atakujący prawdopodobnie spróbują też zbliżyć się do Słowiańska od północy i północnego zachodu, aby zasięgiem swoich dronów objąć większą liczbę dróg wiodących do miasta. Ciężko jest z całą pewnością oszacować, jak będzie przebiegać rosyjska „ofensywa” wiosenno-letnia, ale widać, że lekcje z poprzednich lat nie zostały odrobione. Rozbicie ataków pancerno-zmechanizowanych skończy się powrotem do prób ciągłej infiltracji. Dużo sprzecznych informacji pojawia się ws. rosyjskich stanów osobowych. Z jednej strony wiele jednostek odczuwa ich niedobór, ale z drugiej są znaki wskazujące, że Rosjanie przygotowują siły na zapleczu. Jedno nie wyklucza drugiego, natomiast informacji o tym, że Rosjanom w ostatnich miesiącach osłabł nabór, pojawia się coraz więcej.

Mimo utrzymującej się rosyjskiej inicjatywy strategicznej i postępów terytorialnych w 2025 r., początek 2026 r. przyniósł wyraźne oznaki stabilizacji po stronie Ukrainy.

(...)

x.com/konrad_muzyka


"Kochający wolność naród węgierski zdecydowanie opowiedział się za demokracją i rządami prawa. Gratuluję im i Peterowi Magyarowi, nowemu premierowi Węgier" — napisał szef komisji sił zbrojnych w Senacie USA Roger Wicker w platformie X. "[Węgrzy] odrzucili zgubny wpływ Władimira Putina, najokrutniejszego dyktatora świata, i sami zdecydowali o swojej przyszłości" — dodał. Zaznaczył, że liczy na "jeszcze silniejszą przyjaźń między Stanami Zjednoczonymi a naszymi pozostałymi sojusznikami z NATO".

Radość z wyniku wyborów parlamentarnych na Węgrzech wyraził też republikański kongresmen Joe Wilson, współprzewodniczący Komisji Helsińskiej [właśc. Komisji ds. Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie]. On także przedstawił porażkę premiera Węgier Viktora Orbana jako odrzucenie przez Węgrów rosyjskich wpływów.

"Gratulacje dla narodu węgierskiego za odrzucenie zgubnego wpływu Rosji i Chin! Jako młody chłopak inspirowałem się odważnym sprzeciwem narodu węgierskiego wobec Sowietów. Przyszłość Węgier należy do Węgrów" — napisał.

(...)

Amerykańska administracja w bezprecedensowo wyraźny i otwarty sposób wzywała Węgrów do głosowania na Orbana. Trump co najmniej pięciokrotnie udzielił Orbanowi poparcia w wyborach, a dzień przed głosowanie sugerował nawet, że jest gotów wykorzystać "potęgę amerykańskiej gospodarki" do pomocy węgierskiej gospodarce. W ramach poparcia dla Orbana wizytę przed wyborami złożyli na Węgrzech także wiceprezydent USA J.D. Vance i sekretarz stanu Marco Rubio.

(...)

Ugrupowanie Petera Magyara TISZA — według wyników obliczonych na podstawie niemal 99 proc. przeliczonych głosów — może liczyć na 138 mandatów w liczącym 199 miejsc parlamencie Węgier. Koalicja Fidesz-KDNP pod przewodnictwem Orbana otrzymała 55 mandatów. Do parlamentu wejdzie też skrajnie prawicowa partia Mi Hazank, która może liczyć na sześć miejsc. Wynik Tiszy daje jej większość niezbędną do zmiany konstytucji oraz ustaw przyjętych przez rząd Orbana przez 16 lat, gdy pozostawał u władzy. Orban pogratulował zwycięstwa rywalowi.

onet.pl

sobota, 11 kwietnia 2026



Rok 2021 okazał się niezwykle krytycznym punktem na osi czasu. Dla USA był to pierwszy rok rządów Bidena. Obfitował on w szereg ważnych dla ich historii wydarzeń: rebelię zwolenników Trumpa i ich atak na Kapitol 6 stycznia, nasilenie walki z COVID— 19 oraz marcowe przyjęcie programu American Rescue Plan (wsparcie finansowe dla przedsiębiorców, samorządów i potrzebujących obywateli o łącznej wartości 1,9 bln dolarów), a także sierpniowy odwrót z Afganistanu, którego symbolem stała się dramatyczna ewakuacja z lotniska w Kabulu 15 sierpnia (Amerykanie ostatecznie opuścili ten kraj 31 sierpnia). Szczególnie to ostatnie wydarzenie zostało odebrane przez Kreml i Pekin jako dowód na słabnięcie mocarstwowości i sprawczości USA.

Dla Rosji był to rok konsolidacji władzy, stopniowego dryfowania reżimu z autorytarnego w kierunku totalitaryzmu, przejścia do otwartego grożenia Zachodowi, a także czas zakończenia przygotowań do inwazji na Ukrainę. Najpierw w styczniu 2021 r. doszło do aresztowania Aleksieja Nawalnego, następnie protestów społecznych i wykorzystania ich przez Kreml do delegalizacji opozycji. We wrześniu doszło z kolei do wyborów do Dumy Państwowej, które zostały prawdopodobnie sfałszowane. Dla nas najbardziej istotny jest jednak wzrost napięcia w polityce zagranicznej.

W kwietniu 2021 r. Jake Sullivan, doradca prezydenta Bidena ds. bezpieczeństwa, zwrócił uwagę na raport wskazujący na to, że Rosja skoncentrowała przy granicy z Ukrainą i na okupowanym Krymie ponad 110 tys. żołnierzy. Zastanawiał się nad celem tych działań Kremla: czy chodziło o zwykły szantaż i blef wymierzony w Kijów lub Zachód, czy też o potencjalnie nowe zaognienie sytuacji w Donbasie? Sullivan otrzymał również inny dokument, który pozwalał na wysnucie niepokojących wniosków: "Sporządzony przez CIA najnowszy profil psychologiczny autokratycznego rosyjskiego przywódcy Władimira Putina podkreślał jego skrajną niepewność i imperialne ambicje. Putin był przekonany, że jest jedyną osobą, która może przywrócić Rosji dawny imperialny blask. Był zafiksowany na punkcie Ukrainy".

Doradca Bidena przypomniał sobie o "strzelbie Czechowa": "Dziewiętnastowieczny dramaturg Anton Czechow pisał, że jeśli w pierwszym akcie sztuki pojawia się strzelba, to nie bez powodu i w pewnym momencie padnie z niej strzał. (…) Sullivan zastanawiał się nad jego [tj. Putina] zamiarami. Czy były to tylko ćwiczenia, gra wojenna? (…) Po obu stronach zginęło blisko 14 000 osób. Dwadzieścia dziewięć razy zawieszano broń, ale wszystkie rozejmy ostatecznie zrywano, co stanowiło oznakę niestabilności. Sullivan zawsze pracował pod presją. Tym razem jednak nie mógł zignorować oczywistego faktu: nie umieszcza się tak wielu ludzi i tak wiele sprzętu na granicy innego kraju, jeśli przynajmniej nie myśli się o ich użyciu. Czyżby Putin właśnie zawiesił strzelbę na ścianie?".

Amerykanie zdecydowali się na bezpośredni kontakt Bidena z Putinem. Do rozmowy telefonicznej doszło 15 kwietnia. Tydzień później minister Szojgu ogłosił, że do 1 maja Rosjanie zmniejszą liczebność swego zgrupowania skoncentrowanego blisko granicy z Ukrainą. Choć na Zachodzie świętowano sukces dyplomacji, to minister Kułeba wskazywał, że na Krymie i w obwodach graniczących z Ukrainą nadal stacjonuje 80 000 żołnierzy. Ponadto na okupowanym półwyspie Rosjanie pozostawili infrastrukturę i "logistyczny szkielet" (składy, koszary, poligony, elementy zabezpieczenia, sprzęt), co miało ułatwić im późniejsze zwiększenie liczebności, choćby pod pretekstem ćwiczeń Zapad-2021. Obawy Ukraińców podzielał gen. Michael Repass, amerykański oficer i doradca NATO ds. operacji specjalnych na Ukrainie.

Do eskalacji doszło również na Morzu Azowskim. W nocy z 14 na 15 kwietnia miał miejsce incydent pomiędzy trzema ukraińskimi kutrami patrolowymi a sześcioma rosyjskimi okrętami. Jeszcze tego samego dnia Rosjanie ogłosili, że do października 2021 r. zamykają pod pretekstem ćwiczeń Cieśninę Kerczeńską. Jak wskazuje Andrij Charuk, było to poważne naruszenie prawa międzynarodowego oraz swobody żeglugi.

W lipcu 2021 r. Putin znowu zaczął zaostrzać retorykę wobec Ukrainy. W jednym z wystąpień stwierdził, że nigdy nie istniała ona jako niepodległe państwo, zupełnie przy tym ignorując poprzednie 30 lat, ale również okres I Ukraińskiej Rewolucji Narodowej 1917-1921, gdy powstała niezależna Ukraińska Republika Ludowa, państwowość kozacką w epoce nowożytnej, a także fakt, że to Ukraina ma znacznie większe prawo do uważania się za spadkobiercę średniowiecznej Rusi (zwanej potocznie "Kijowską") niż Rosja. Powtórzył przy tym stare rosyjsko-sowieckie mity o tym, że Rosjanie, Białorusini i Ukraińcy są "jednym narodem", a ci ostatni nie mają własnej kultury, historii i języka. Uważał, że Ukraina powstała w czasach sowieckich, a na dodatek ograbiła Rosję z jej terytoriów. Dodał też, że "utworzenie czystego etnicznie państwa ukraińskiego można porównać pod względem konsekwencji z użyciem przeciwko nam broni masowego rażenia". Jednym z największych absurdów przemówienia było stwierdzenie, że nad Dnieprem rządzą "neonaziści", ignorując to, że Zełenski ma żydowskie pochodzenie. Amerykanie nie wiedzieli, jak interpretować powyższe wystąpienie. Sullivan uważał, że był to skutek pandemii COVID-19, gdy Putin w obawie przed wirusem odgrodził się od wielu ludzi, a dostęp do niego miało wąskie grono osób o imperialistycznych i szowinistycznych poglądach, zaś on sam spędził dużo czasu na zagłębianiu się w historii Rosji. Oczywiście wyrażonej zgodnie z sowiecko-rosyjską wykładnią.

27 lipca 2021 r. w SZU doszło do znaczącej zmiany. Nowym głównodowodzącym został gen. Wałerij Załużny, który był drugim oficerem zajmującym to stanowisko. Następnego dnia szefem Sztabu Generalnego został gen. Serhij Szaptała. Czas pokaże, że obaj oficerowie będą tworzyć zgrany zespół. Dla Załużnego awans był szokiem. W 2020 r. osobiście nadzorował nieudane ćwiczenia z wykorzystaniem amerykańskich pocisków kierowanych "Javelin" — obserwował je sam Zełenski. Załużny nie spodziewał się po tym rozwoju swej kariery. Należał jednak do rosnącej liczebnie grupy młodych (na tle generałów pamiętających czasy sowieckie) dowódców, którzy zdobywali doświadczenie na polach bitew Donbasu, byli elastyczni, a także pojmowali wagę reform SZU oraz pozwalania podwładnym na wykazywanie inicjatywy. Gdy sytuacja na granicach zaczęła się zaostrzać, z jakiegoś powodu Biuro Prezydenta przypomniało sobie o Załużnym.

27 sierpnia Biden zatwierdził pakiet wsparcia militarnego dla Ukrainy o wartości 60 mln dolarów. Dostawy miały zawierać m.in. pociski "Javelin". Administracja prezydenta USA chciała jednak utrzymać wsparcie w tajemnicy, z obawy przed wykorzystaniem propagandowym tego faktu przez Rosjan. W tym czasie Putin nadal określał Zełenskiego mianem "nazisty". 1 września Biden przyjął prezydenta Ukrainy w Białym Domu, co miało być sygnałem poparcia. Zełenski nalegał podczas spotkania na nadanie Ukrainie członkostwa w NATO, co w jego mniemaniu mogłoby odsunąć groźbę inwazji. Biden nie chciał jednak o tym słyszeć. Decyzję prezydenta mocno popierał Bill Burns, ówczesny dyrektor CIA. Jak twierdzi Bob Woodward, ten urzędnik robił, co tylko mógł, by uniemożliwić Ukrainie przystąpienie do NATO. Uważał on, że pozytywna dla Kijowa decyzja byłaby jednocześnie "rzuceniem [Moskwie] strategicznej rękawicy" oraz doprowadziłaby do "zamrożenia" stosunków między Rosją a Ukrainą (co jak wiemy z kolejnych wydarzeń, nie byłoby złą alternatywą).

Jesienią miała miejsce druga fala koncentracji wojsk rosyjskich w obwodach położonych przy granicy z Ukrainą. Rosjanie wykorzystali wtedy ćwiczenia "Zapad-2021" do ściągnięcia na Białoruś i pod granicę z Ukrainą dodatkowych dziesiątek tysięcy żołnierzy. W październiku 2021 r. Burns i dyrektorka Wywiadu Narodowego Avril Haines przekazali Bidenowi i czołowym członkom jego administracji niepokojące informacje o tym, że Putin rzeczywiście planuje inwazję na sąsiedni kraj. W tym celu skoncentrowano siły liczące nawet 175 tys. żołnierzy. Niepokojąca była nie tylko liczebność, lecz i "skład" zgrupowania. Obok jednostek liniowych wojsk lądowych rosła obecność komponentów umożliwiających działania ofensywne: logistyki, artylerii, wojsk inżynieryjnych, rozpoznania i łączności. Istotne były też miejsca koncentracji: od Białorusi na północy po Krym na południu. Dzięki osobowym źródłom informacji, również z samego Kremla, amerykański wywiad poznał szczegóły planowanej inwazji: od miast, które Rosjanie chcieli podbić, po takie szczegóły jak eliminacja Zełenskiego. Biden, Blinken i większość uczestników spotkania uwierzyli w to, że Putin dąży do wojny pełnoskalowej.

Jednak w administracji prezydenta USA znaleźli się tacy, którzy wciąż mieli wątpliwości. Jake Sullivan regularnie kontaktował się z Fredem Kaganem, ekspertem i analitykiem, który współpracował z "Institute for the Study of War". Według niego Putin nie planował inwazji i podzielił się tą opinią ze współpracownikiem Bidena. Był przekonany, że bez mentalnego i ideologicznego przygotowania społeczeństwa rosyjskiego Kreml nie zaryzykuje wojny. Doszło do tego, że Sullivan zaczął się dzielić swoimi przemyśleniami z innymi członkami administracji Bidena. W wyniku wspólnych rozmów z nim Jon Finer, zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, doszedł do wniosku, że Rosjanie jedynie demonstrują gotowość do inwazji, a w rzeczywistości doprowadzą zaledwie do "małej eskalacji", którą Zachód przyjmie z ulgą.

W tym czasie bardzo zagadkowa była postawa Zełenskiego, otoczonego w dużej mierze przez polityków sympatyzujących z Rosją i Białorusią. Wiele wskazuje na to, że prezydent Ukrainy uparcie nie chciał wierzyć w groźbę wybuchu wojny pełnoskalowej. Zdaniem Simona Shustera, nie chciał tego zrobić "do ostatnich godzin". Podobnie zachowywało się też jego najbliższe otoczenie, na co zwróciły uwagę amerykańskie delegacje. Tak było na początku listopada podczas spotkania z Blinkenem na konferencji ONZ w Glasgow. Niedługo później do Kijowa przybyła amerykańska delegacja, która chciała podzielić się niepokojącymi informacjami zdobytymi w Moskwie, ale Jermak całkowicie zbagatelizował ostrzeżenia Amerykanów.

Należy podkreślić, że w otoczeniu Zełenskiego roiło się od polityków i urzędników, którzy podważali zasadność zbrojeń oraz prozachodnią orientację kraju i naciskali na ustępstwa względem Rosji, nawet kosztem suwerenności Ukrainy. Do tego grona należeli m.in. wspomniani już Jermak, Demczenko, ale również Danyło Hetmancew i inni. W większości byli to decydenci cieszący się zaufaniem Zełenskiego. Prezydent uznał Rosję za egzystencjalne zagrożenie dopiero w rozporządzeniu o "Wojennej strategii bezpieczeństwa Ukrainy" z 27 marca 2021 roku. Wcześniej normą były eufemizmy i niedopowiedzenia Zełenskiego dotyczące tego, kto jest przeciwnikiem wojsk ukraińskich w Donbasie.

7 grudnia 2021 r. odbyła się wideokonferencja Biden-Putin. Prezydent USA próbował przekonać przywódcę Rosji, że jego kraj czekają ciężkie konsekwencje za napaść na Ukrainę. Putin "odbił piłeczkę" zaprzeczając, by planował inwazję, a także domagał się gwarancji bezpieczeństwa. W jego mniemaniu byłby nimi koniec polityki "otwartych drzwi" do NATO, czyli rozszerzania Paktu Północnoatlantyckiego o kolejne państwa Europy Wschodniej. Choć Amerykanie byli otwarci na wysłuchanie i uwzględnienie obaw Rosjan (bez względu na to jak absurdalne i nieuzasadnione by były), to ton i argumenty, jakich używał Putin, przekonały ich, że czas "ofensywy dyplomatycznej" się kończy, a wojna pełnoskalowa staje się coraz bardziej nieunikniona. Następnego dnia Biden w rozmowie z amerykańskimi reporterami oświadczył, że w przypadku dokonania inwazji Rosję spotkają bolesne konsekwencje, ale zarazem dodał, że nie planuje wysłania wojsk USA na Ukrainę. Kagan szybko zadzwonił do Sullivana, by powiedzieć mu, że to oświadczenie stanowiło błąd i byłoby lepiej, aby prezydent utrzymywał Putina w niepewności co do możliwej reakcji USA. Ten, podobnie jak i Finer, miał przeciwne zdanie.

17 grudnia 2021 r. władze rosyjskie wysunęły wobec USA i NATO pięć żądań, które określiły mianem "gwarancji bezpieczeństwa". Był to w rzeczywistości element szantażu wobec Zachodu — albo żądania zostaną spełnione, albo Rosja rozpęta w Europie największą wojnę od 1945 roku. NATO miało się cofnąć do stanu sprzed 1997 r., czyli poza Paktem miały się znaleźć takie państwa jak Polska i kraje nadbałtyckie. Wraz z tym z państw dawnego Układu Warszawskiego miała być wycofana broń jądrowa (której w rzeczywistości tam nie było) oraz oddziały pozostałych członków NATO. Miała się zakończyć polityka "otwartych drzwi", co zagwarantowałoby, że Ukraina i Gruzja nigdy nie zostaną przyjęte do NATO. W sferze żądań znajdowało się również uszanowanie prawa Rosji do posiadania własnej strefy wpływów w Europie. Zachód odrzucił je zdecydowanie.

31 grudnia 2021 r. odbyła się kolejna ważna rozmowa Bidena z Putinem. Tym razem trwała mniej niż godzinę, ale była niezwykle napięta, a obaj przywódcy wyrażali wiele wzajemnych oskarżeń i pretensji. Putin wymyślał kolejne absurdalne i nieuzasadnione zarzuty pod adresem USA i NATO, a także kłamał w kwestii planowania inwazji na Ukrainę. Był też wściekły na to, że Biden poruszał w mediach wielokrotnie kwestie nowych sankcji gospodarczych wobec Rosji. Pod koniec rozmowy zagroził Amerykaninowi wywołaniem wojny jądrowej, na co ten odpowiedział, że takiej wojny nikt nie może wygrać. Po zakończeniu rozmowy Biden dał upust swym emocjom w obecności współpracowników. Wspomniał o rażących błędach administracji Obamy, która pozwoliła na aneksję Krymu i wkroczenie Rosjan do Donbasu: "Nigdy nie powinniśmy byli pozwolić Putinowi tak po prostu tam wejść i zająć Donbas. Nie kiwnęliśmy palcem — powiedział Biden. — I daliśmy Putinowi pozwolenie na powtórkę! (…) — Cofam to jebane pozwolenie!".

12 stycznia 2022 r. do Kijowa poleciał Burns, by na polecenie Bidena przekonać Zełenskiego, że groźba inwazji rosyjskiej jest jak najbardziej realna. Dyrektor CIA ujawnił wtedy prezydentowi Ukrainy wszelkie najbardziej istotne informacje co do planów Kremla: wkroczenie od strony Białorusi; lądowanie oddziałów WDW na Lotnisku Antonowa w Hostomelu, celem stworzenia z niego hubu logistycznego do przerzutu uzupełnień i zaopatrzenia drogą lotniczą; zamordowanie Zełenskiego. Burns ostrzegł też o możliwym przeniknięciu rosyjskich agentów do bliskiego kręgu prezydenta, w tym w szeregi jego ochrony. Zełenski uważnie go wysłuchał, ale na koniec poprosił, by Amerykanie przestali publicznie mówić o groźbie rosyjskiej inwazji, gdyż to szkodzi ukraińskiej gospodarce. Według Burnsa, wydawał się poważnie traktować jego ostrzeżenia, ale zarazem nie chciał do końca uwierzyć w to, że możliwa jest wojna pełnoskalowa. Amerykanin zdawał sobie sprawę z tego, że Zełenski chce uniknąć podjęcia decyzji, które będą niepopularne wśród jego elektoratu (np. mobilizacja), a na domiar złego mogłyby posłużyć Putinowi jako kolejny pretekst do agresji.

Administracja USA nie zastosowała się do prośby Zełenskiego. 19 stycznia 2022 r. Biden ogłosił na konferencji prasowej, że wybuch wojny pełnoskalowej jest nieunikniony. Dodał też, że reakcja USA będzie uzależniona od skali agresywnych działań Rosji (ten fragment Zełenski poddał ostrej krytyce, a Woodward określił mianem gafy i również ocenił negatywnie). Z jednej strony był to sygnał wysłany Rosjanom. Z drugiej być może realizacja planu Sullivana, Burnsa i Haines, który polegał na częściowym ujawnianiu prasie informacji dotyczących agresywnych zamiarów Putina w nadziei na to, że to zniechęci go do ich realizacji. Ujawniano również intrygi Rosjan mające na celu stworzenie pretekstu do inwazji, jak np. pomysły przeprowadzenia krwawej prowokacji pod "fałszywą flagą". Na innej konferencji prasowej John Kirby, sekretarz prasowy Departamentu Obrony USA, powiedział: "dysponujemy informacjami, które wskazują, że Rosja pracuje nad stworzeniem pretekstu do potencjalnej inwazji. Widzieliśmy już coś takiego — dodał. — Kiedy nie ma rzeczywistego kryzysu, który odpowiadałby ich potrzebom, wymyślają go".

Wywiad USA nie mylił się. 17 lutego nastąpiło zerwanie zawieszenia broni przez Rosjan, którzy z kolei zwalali za to winę na Ukraińców. W Stanicy Ługańskiej okupanci pokazali dziennikarzom przedszkole, które sami wcześniej ostrzelali, by przedstawić to im jako "ukraińskie ludobójstwo". Później Aleksiej Podbierożkin z Moskiewskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych stwierdził, że wojska ukraińskie planują inwazję w Donbasie, którą poprzedzi zniszczenie infrastruktury krytycznej i uderzenie w centra podejmowania decyzji. Andrzej Małkiewicz i Piotr Szymaniec słusznie zadali pytanie o to, czy "autor tych słów znał zamierzenia rosyjskiego kierownictwa i — dla odwrócenia uwagi — przypisał je Ukraińcom"?

Amerykanie postanowili jednak wzmocnić militarnie Ukrainę. Nad Dniepr zaczęły napływać nowe i znacznie obszerniejsze dostawy uzbrojenia: w styczniu 2022 r. media opisywały kolejne transporty amerykańskiej i brytyjskiej pomocy, w tym wyrzutnie przeciwpancerne "Javelin", NLAW, ręczne wyrzutnie przeciwlotnicze "Stinger" i inny sprzęt, mający wzmocnić zdolność Ukrainy do obrony przed atakiem pancerno-zmechanizowanym oraz wrogim lotnictwem. 19 lutego sekretarz obrony USA gen. Lloyd Austin przybył do Wilna na szczyt NATO, gdzie zapewnił sojuszników z tzw. Wschodniej Flanki, a szczególnie władze państw nadbałtyckich, że nawet w przypadku podboju Ukrainy Amerykanie nie zostawią ich sam na sam z Rosją.

Również 19 lutego 2022 r. odbyło się inne niezwykle ważne wydarzenie — Konferencja Bezpieczeństwa w Monachium. Doszło tam do spotkania Kamali Harris, wiceprezydent w administracji Bidena, z Zełenskim. Towarzyszył jej Philip Gordon, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, a prezydentowi Ukrainy — Jermak i minister obrony Ołeksij Reznikow. Harris otrzymała od Bidena zadanie przekonania Zełenskiego, że inwazja jest jak najbardziej realna i może do niej dojść w ciągu najbliższych dni, albo nawet godzin. Amerykański prezydent liczył też na to, że zatrze ona złe wrażenie, jakie wywarły jego słowa wypowiedziane 19 stycznia. Harris powiedziała Zełenskiemu, że powinien pomyśleć o ewakuacji i planie sukcesji na wypadek, gdyby zginął lub został schwytany przez Rosjan. Prezydent Ukrainy wprost wtedy oświadczył, że on i jego współpracownicy nie uważają, by Rosja dokonała pełnoskalowej inwazji. Rozmowa przerodziła się wręcz w kłótnię. Gdy Gordon wspomniał o planie wykorzystania ok. 40 tys. żołnierzy przebywających na terenie Białorusi, Reznikow natychmiast mu przerwał, oświadczając, że Białoruś nie wesprze inwazji, a poza tym wg informacji, które on posiada, w kraju Łukaszenki przebywać miało cztery razy mniej żołnierzy SZ FR — co nawiasem mówiąc nie pokrywało się z danymi zebranymi nawet przez wywiad ukraiński, który potwierdzał obawy Amerykanów. Harris, zawiedziona irracjonalnym uporem Zełenskiego, powiedziała później Gordonowi, że prawdopodobnie widzą go po raz ostatni.

18 lub 19 lutego gen. Mark Milley, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, stwierdził, że Rosja dysponuje siłami pozwalającymi na zdobycie Kijowa w ciągu 72 godzin od rozpoczęcia inwazji. Nie był jedynym, który nie wierzył w sukces regularnego oporu wojsk ukraińskich. Z tego powodu amerykańska pomoc udzielana Ukrainie przed i na początku inwazji przypominała bardziej wspieranie partyzantki oraz przygotowania na napływ uchodźców.

Jednocześnie zachodnia dyplomacja próbowała utrzymać kanały rozmów, by zyskać czas i (w założeniu) skłonić Moskwę do deeskalacji. Francja i Niemcy aktywizowały rozmowy z Putinem; Emmanuel Macron podejmował w lutym 2022 r. intensywną "dyplomację wahadłową" (rozmowy z Kremlem i Kijowem), próbując podtrzymać proces rozmów i ograniczyć ryzyko wojny. W praktyce Rosja równolegle eskalowała żądania polityczne (w tym twarde "gwarancje" dotyczące NATO), a koncentracja wojsk wciąż rosła — tak, że w połowie lutego 2022 r. ostrzeżenia USA o możliwości ataku "w każdej chwili" stały się centralnym elementem narracji kryzysu.

Był to fragment książki "Kijów-Czernihów-Sumy 2022: Klęska rosyjskiego Blitzkriegu" autorstwa dr. Marka Kozubela, wydawnictwo Prześwity, Warszawa 2026. 

onet.pl

piątek, 10 kwietnia 2026



Kraje OPEC z rosnącym oburzeniem i wściekłością patrzą na to, jak Stany Zjednoczone, które swoją agresywną interwencją militarną ponownie wrzuciły region Zatoki Perskiej w chaos, teraz cynicznie próbują zarabiać na kryzysie, który same wywołały.

Według prognoz Kpler, eksport ropy z USA w kwietniu ma pobić rekord i osiągnąć 5,2 mln baryłek dziennie – o jedną trzecią więcej niż w marcu.

Azjatyccy odbiorcy, pozbawieni stabilnych dostaw z Zatoki, rzucili się na amerykańską ropę.

Popyt Azji na dostawy z USA ma wzrosnąć aż o 82%, do 2,5 mln baryłek dziennie.

Liczba tankowców zmierzających do portów USA wzrosła z 24 do 68.

Jednak kraje OPEC podkreślają, że nie jest to żaden „genialny strategiczny plan” Waszyngtonu, lecz klasyczny przykład chaosu i braku koordynacji w amerykańskiej administracji.

Ataki USA i Izraela na Iran nie były elementem przemyślanego planu zabezpieczenia interesów energetycznych Ameryki, lecz wynikiem pochopnych, źle skalkulowanych decyzji.

Zamiast wzmocnić pozycję USA, administracja wywołała niekontrolowaną eskalację, która sparaliżowała Cieśninę Ormuz – szlak, przez który płynie 80% ropy kierowanej do Azji.

Teraz Waszyngton desperacko próbuje gasić pożar, który sam podpalił, a rekordowy eksport ropy jest jedynie chaotyczną reakcją na kryzys, a nie zamierzonym sukcesem polityki energetycznej.

Paradoksalnie, ten „sukces” eksportowy uderza także w samą amerykańską gospodarkę. Wewnętrzne ceny paliw w USA gwałtownie rosną, co już zaczyna hamować konsumpcję, podbija inflację i zwiększa koszty działalności dla amerykańskich przedsiębiorstw, transportu i rolnictwa.

Wysokie ceny ropy WTI  (najwyżej od czterech lat) oznaczają, że amerykańscy konsumenci i przemysł płacą rachunek za awanturnictwo własnej administracji.

Zamiast cieszyć się tanimi nośnikami energii, gospodarka USA wchodzi w okres stagflacji – wyższej inflacji przy jednoczesnym spowolnieniu wzrostu.

Długoterminowo rekordowy eksport nie rekompensuje strat: niszczone są globalne łańcuchy dostaw, rosną koszty importu innych towarów, a zaufanie partnerów handlowych do amerykańskiej stabilności energetycznej dramatycznie spada.

Kraje OPEC podkreślają z ubolewaniem, że amerykańska polityka na Bliskim Wschodzie po raz kolejny udowadnia swoją kompletną nieudolność. Zamiast budować stabilny porządek energetyczny, Waszyngton generuje chaos, z którego krótkoterminowo korzysta jedynie garstka koncernów naftowych, podczas gdy zarówno sojusznicy, jak i sami Amerykanie ponoszą ciężkie konsekwencje ekonomiczne i geopolityczne tej krótkowzrocznej, destrukcyjnej polityki.

x.com/PawelJezowski


Newsweek: W swojej najnowszej książce "Ojczulkowie. Filary czy przekleństwo Węgrów?" stawia pan tezę, że Orbán wpisuje się w cały korowód węgierskich despotów i jest nie wybrykiem, ale naturalnym elementem.

Prof. Bogdan Góralczyk: - Od cesarza Franciszka Józefa wziął hasło "Wielkich Węgier", od Horthyego, regenta między I a II wojną światową — rewizjonizm, a od komunistycznego I sekretarza Kádára — umowę społeczną, bo Kádár najpierw przyjechał z Moskwy w 1956 r. na ruskim czołgu i Węgrów zmiażdżył, a później stopniowo korumpował. Zwykły obywatel mógł za Kádára dostać Trabanta i domek letniskowy, żeby tylko nie wtrącał się do polityki. Umowa społeczna Orbána polegała zaś na tym, że po 1990 r. socjaliści kradli, ale się nie ­dzielili, a Orbán kradnie, ale pozwalał też kraść Węgrom.

(...)

Elity liberalne nigdy nie wychylały nosa poza Budapeszt, tymczasem Magyar ruszył na prowincję, bo tam są prawdziwe Węgry. I przełamał dychotomię stolica-prowincja, bardzo głęboko osadzoną w węgierskiej kulturze i społeczeństwie.

— Kosmopolityczny, liberalny, socjaldemokratyczny Budapeszt jest dla konserwatywnej reszty kraju tym samym, co za Horthyego: "bűnös város", czyli "grzesznym miastem".

Więc Orbán zbudował swój wizerunek chłopaka z biednej prowincji, który do wszystkiego doszedł sam.

— Na początku umizgiwał się do stołecznej inteligencji i do Sorosa, z którego potem zrobił największego wroga. Może później, gdy już miał konstytucyjną większość, zaczął wierzyć w hasła, które głosił. Ale wcześniej to był cyniczny bezideowiec. Napędzały go władza i pieniądze.

Nawet na symbolicznym pogrzebie Imre Nagya 16 czerwca 1989 r., gdy jako 26-latek wzywał Armię Radziecką do opuszczenia Węgier?

— Ale już myślał cynicznie. Wspólnie z László Kövérem, kumplem z akademika, a później czołowym politykiem Fideszu, usiedli w kawiarni i napisali tę przemowę, którą skrócili z ośmiu do dwóch stron i wymyślili nośne hasło, które porwie naród. Orbán zawsze miał wyczucie ludu, wiedział, jak go uwodzić.

Elita demokratyczna była nim wtedy zachwycona.

— Glejt do wejścia w wielką politykę dał mu konserwatysta József Antall, pierwszy premier demokratycznych Węgier, na którym Orbán zrobił wielkie wrażenie jako inteligentny młodzieniec ze smykałką do polityki. W czasie obrad węgierskiego Trójkątnego Stołu — odpowiednika polskiego Okrągłego Stołu — Orbán był już jednym z trzech rozgrywających po stronie opozycji.

Kiedy uznał, że wielkomiejski liberalizm nie ma przyszłości, że Europa jest zgniła, słaba, zdemoralizowana? I uwierzył, że światło przyjdzie ze Wschodu, bo przyszłymi potęgami są Rosja i Chiny i na nie trzeba się orientować?

— Orientacja na Wschód to dopiero lata 2008-2010, ale wcześniej zrozumiał, że prawa strona jest do zagospodarowania, i zrobił to.

Gdy w 2006 r. po słynnym ­przemówieniu premiera Gyurcsánya o tym, że "kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem", wybuchły zamieszki w Budapeszcie, Orbán przeskakiwał bramki policyjne i wyprowadzał ludzi na ulice. Kluczowy moment nastąpił w 2009 r., kiedy poleciał do Petersburga spotkać się z Putinem. Rozmowa trwała tylko 35 minut, ale zmieniła wszystko. Orbán, którego pamiętam, jak chodził pod ambasadę rosyjską w Budapeszcie protestować, stał się nagle zwolennikiem Putina. Ani Rosjanie, ani Orbán nie powiedzieli, czego dotyczyła ta rozmowa.

Ale są dwie wypowiedzi, z których można coś wydedukować: Radosława Sikorskiego i Donalda Tuska, o tym, że Putin proponował Polakom Lwów. Skoro Putin proponował nam odzyskanie Lwowa kosztem Ukrainy, to mógł zaproponować Orbánowi Zakarpacie, stracone po układzie w Trianon. Orbán uznał, że jest realna szansa pójść w ślady Horthyego i odbudować Wielkie Węgry.

I wjechać na białym koniu do dziś ukraińskiego Użhorodu, czyli węgierskiego Ungváru.

— A z Ungváru blisko przez Bukowinę do siedmiogrodzkich Szeklerów, do których regularnie jeździ, bo to najbardziej węgierscy Węgrzy ze wszystkich.

Na spotkaniu z brytyjskim historykiem Niallem Fergusonem w Budapeszcie Orbán powiedział, że książka Fergusona "Cywilizacja. Zachód i reszta świata" zmieniła jego światopogląd. Zrozumiał, że Zachód jest w fazie schyłkowej. Orbán już wcześniej wymienił pięć krajów przyszłości: Rosję, Chiny, Turcję, Indie oraz Singapur, ale szybko wykreślił ten ­ostatni, bo tam są drastyczne kary za ­korupcję. Kiedy doszedł do władzy w 2010 r., od razu ogłosił "Keleti nyitás", czyli "Otwarcie na Wschód". Początkowo wielu obserwatorów, podobnie ja, myślało, że to otwarcie handlowe, bo wszyscy chcieli robić interesy z Chińczykami, ale też z Rosjanami. Ale to było otwarcie polityczne. W 2014 r. Orbán jak zwykle pojechał wygłosić u Szeklerów orędzie programowe i ogłosił tam, że ustanawia "demokrację nieliberalną".

Znamienne, że zawsze takie orędzia wygłaszał w Siedmiogrodzie. Aby pokazać, że to wciąż są Węgry, a nie żadna Rumunia.

— Gdy zdobył większość konstytucyjną w 2010 r., to dzień 4 czerwca, czyli rocznicę podpisania układu w Trianon, ogłosił świętem narodowym. I szybko dał Węgrom w diasporze czynne i bierne prawa wyborcze. Dwa lata później ustanowiono nową konstytucję, zmieniając nazwę państwa z Republiki Węgierskiej na Węgry. A Węgry są wszędzie tam, gdzie mieszkają Węgrzy, a nie tam, gdzie mocarstwa wytyczyły granice. Orbán kreuje się na wodza Węgrów, a nie tylko szefa państwa węgierskiego.

Trianon to największa trauma w historii Węgrów, z którą do dziś się nie pogodzili.

— Porównywalna z rozbiorami Polski. Samej Rumunii Węgrzy w 1920 r. oddali więcej ziemi, niż im zostało.

Od 2010 r. mówiłem, że Orbán jest niebezpiecznym nacjonalistą. Kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 r., wyłamał się z solidarności europejskiej — Unia Europejska wprowadza sankcje wobec Rosji, a Orbán po raz pierwszy zaprasza Putina do Budapesztu. Angela Merkel mówiła: "Mały kraj, panuje tam spokój, a niemieckie interesy są zabezpieczone, bo mamy tam dużo fabryk samochodów". To był potężny grzech zaniechania. I zlekceważono ogłoszenie "demokracji nieliberalnej", która jest niczym innym jak autokracją.

Powstał osobny "system orbánowski", oryginalny, wręcz endemiczny węgierski twór.

— Opiera się na fundamentach systemu Kádára, ale z dodaniem nacjonalizmu i nienawiści do Unii, co podkreślił hasłem: "Nem leszünk gyarmat!", czyli "Nie będziemy kolonią!".

Od zmiany konstytucji i uznania, że Orbán jest wodzem Węgrów, pojawia się czysty rewizjonizm. W dawnym klasztorze karmelitów na Wzgórzu Zamkowym, dokąd przeniósł swoje biuro z budynku parlamentu, nie tylko powiesił mapę Wielkich Węgier, ale postawił nawet globus z Wielkimi Węgrami. Pokazuje je gościom, pokazał też Morawieckiemu, a teraz zapewne Nawrockiemu.

Brzemienne w skutki może być to, co się stało w czasie pandemii, gdy walczono z covidem. Od marca 2020 r. Orbán jednoosobowo rządzi dekretami. Choćby jutro może ogłosić stan wojenny, z powodu Ukrainy albo Iranu. I odwołać wybory 12 kwietnia.

Wiatru w żagle Orbán nabrał w 2015 r., gdy przez Węgry od południa ruszyła wielka fala uchodźców, a wszystkie media pokazywały tłumy migrantów na dworcu Keleti w Budapeszcie. Od tamtej pory ustawił sobie do bicia dwóch wrogów: migrantów oraz liberałów. A później dołożył do tego grę na lęku przed wojną. Straszył Węgrów, że wojna przyjdzie na ich ziemie. Na tym też bardzo dużo zyskał.

Po agresji rosyjskiej ruszył z trasą po kraju pod hasłem "Pokój i bezpieczeństwo", pokazując siebie jako jedynego, który może uchronić Węgry przed wojną.

— Na strachu przed wojną i deklaracji, że nie da wysłać naszych chłopców na śmierć, zarobił sporo punktów. Rozbita i rozmyta opozycja po kolei była wycinana.

(...)

Wszystko dobrze się dla niego układało, aż w 2024 r. przyszła afera pedofilska. Okazało się, że prezydent Katalin Novák ułaskawiła wicedyrektora domu dziecka, który krył pedofilską działalność swojego szefa. Kraj zawrzał. A "Viktator" jak go nazywają, pokazał, co to znaczy "demokracja nieliberalna" — natychmiast wyrzucił panią prezydent.

Wówczas Judit Varga, była minister sprawiedliwości oraz była żona Pétera Magyara, będąc jedynką Fideszu w wyborach do europarlamentu, w geście solidarności z Novák odeszła z partii i życia politycznego.

I w tym momencie objawił się nikomu nieznany, bo zajmujący się dyplomacją europejską, polityk Fideszu Péter Magyar. Oskarżył Orbána o współodpowiedzialność za tolerowanie skandali pedofilskich i natychmiast ruszył z tematem korupcji, doskonale odnajdując się w mediach społecznościowych. Chwilę później portal śledczy Direkt36 pokazał film dokumentalny "A dinasztia" o bizantyjskim stylu życia rodziny Orbána, który wyświetlono na Węgrzech 4 mln razy. Opowiada o tym, jak dorobili się córka Orbána Ráhel i jej mąż István Tiborcz. "Dynastia" pokazała niesamowity poziom korupcji na Węgrzech.

Na początku tego roku pojawił się kolejny film. Jego bohaterem jest nie tyle szef banku centralnego György Maltocsy, który musiał zrezygnować, bo przeciwstawił się ręcznemu sterowaniu gospodarką przez Orbána, ile jego syn Ádám. Otóż Ádám z kolegami przekręcili ponad 400 mld forintów z fundacji, do których wpływały zyski z Narodowego Banku Węgier. To ponad miliard dolarów.

W "Ojczulkach" stawia pan tezę, że Węgrzy z natury są przyzwyczajeni do rządów absolutystycznych i dobrze się w nich czują.

— Niestety. Richard Pipes, wybitny amerykański sowietolog, urodzony w Cieszynie i mówiący piękną polszczyzną, porównał kiedyś Rosjan i Węgrów i uznał, że jedni i drudzy uważają, że ich kraje graniczą tylko ze sobą.

Może to jest kwestia duszy węgierskiej? Poczucia inności językowej, kulturowej, mentalnej? Bycia wyspą w tzw. morzu słowiańskim, bo większość sąsiadów Węgier to kraje słowiańskie.

— I wszędzie wokół mieszkają Węgrzy: w Rumunii, Serbii, Słowacji, ­Ukrainie, o czym każdy pamięta. I to łączy z Putinem, który chce "scalać rosyjskie ziemie", a Węgrzy marzą o powrocie węgierskich ziem utraconych po Trianon. W najbliższych wyborach nie będzie dwóch — jak wszyscy uważają — elektoratów, ale pięć.

Jest kosmopolityczny, liberalny Budapeszt. Potem konserwatywna, ludowa prowincja. Trzeci elektorat to diaspora, czwartym są Romowie — największa mniejszość na Węgrzech i jedyna grupa społeczna, która rośnie, jest ich już prawie milion. Węgry w ostatnich latach straciły milion obywateli, z tego pół miliona młodych ludzi wyemigrowało, nie widząc dla siebie perspektyw w kraju.

Ostatnią siłą, która do tej pory decydowała o wynikach — jest nawet 30-procentowy obóz apatii. Ludzie, których nic nie interesuje prócz przetrwania, może pójdą głosować, a może nie. I kolejne ważne pytanie: czy do urn pójdą gospodynie domowe i młodzi? To o ich udział ostatnio apelował Magyar, bo zarówno kobiety, jak i młodzież trzymali się z dala od polityki.

onet.pl\Newsweek

czwartek, 9 kwietnia 2026



W latach 2021-2023 Rosja z premedytacją korzystała z budowanej od dekad asymetrycznej zależności. Pomógł jej zbieg okoliczności, który nawet bez jej działań osłabiał Europę. Po pandemicznym spowolnieniu popyt na energię odbił, ale natura zaczęła grać na przekór, gdyż warunki pogodowe powodowały mniejszą podaż energii z farm wiatrowych i hydroelektrowni. W takich warunkach wzrosło znaczenie gazu, przy czym Europa miała ograniczone pole manewru. Nadzieje na gaz skroplony okazały się płonne, bo dostawcy zaczęli wybierać bardziej lukratywne rynki azjatyckie. Doszło do dodatkowych zakłóceń podaży na skutek awarii albo planowanych prac remontowych w Norwegii, Wielkiej Brytanii i Australii. Nadciągnęła rynkowa „idealna burza” – wiele niekorzystnych zjawisk uderzyło naraz, podbijając europejskie ceny gazu do poziomów wcześniej niespotykanych. 

Co w taki warunkach robi normalny dostawca gazu? Zwiększa dostawy, aby więcej zarobić, ale jednocześnie z umiarem, aby nie zniechęcić długofalowo do gazu. Norwegia właśnie tak reagowała, sygnalizując gotowość do maksymalizacji eksportu. Tymczasem Gazprom zaczął grać politycznie. Najpierw przestał zapełniać posiadane w Europie, głównie w Niemczech, podziemne magazyny gazu. Realizował kontrakty w minimalnym zakresie i ignorował europejskich klientów, chcących nabywać więcej po wyższej cenie, aby się uchronić przed kryzysem. Alarm zaczęła podnosić zwykle powściągliwa Międzynarodowa Agencja Energetyczna, sugerując, że Rosja miała możliwości zwiększenia podaży, aby złagodzić kryzys, ale z nich nie skorzystała. 

Kreml reagował klasycznie, czyli przerzucał odpowiedzialność. Przedstawiciele Gazpromu winili za kryzys wszystko i wszystkich, tylko nie siebie, a tymczasem Putin gromadził wojska i szykował się do napaści na Ukrainę, jednocześnie dążąc do sprowokowania napięć w UE. Szantaż w czystej postaci i bez białych rękawiczek. 

Całe szczęście, że Kreml się przeliczył, ale nie był daleko od powodzenia. Koszty ratowania sytuacji społeczno-gospodarczej poprzez różnego rodzaju subsydia rządowe, programy wsparcia i zdobywanie innych dostawców sięgnęły w Unii Europejskiej około 600 mld euro w latach 2021-2023. Konia z rzędem temu, kto znajdzie tę kwotę w kontraktach z Gazpromem, nawet zapisaną drobnym druczkiem. W ten sposób upada naiwny argument zwolenników powrotu do „pragmatyzmu”. Nie liczy się cena gazu na wejściu, ale koszt na wyjściu – koszt zależności, kryzysu, społecznej paniki i zamieszania politycznego. 

centrumeuropy.pl

środa, 8 kwietnia 2026



Prezydent USA Donald Trump ogłosił w środę, że zgodził się na pakistańską propozycję dwutygodniowego zawieszenia broni pod warunkiem, że Iran zgodzi się na natychmiastowe otwarcie cieśniny Ormuz. Ocenił też, że negocjacje pokojowe z Iranem osiągnęły duży postęp.

"Na podstawie rozmów z premierem (Pakistanu - PAP) Shehbazem Sharifem i marszałkiem Asimem Munirem, w których zwrócili się do mnie z prośbą o wstrzymanie wysłania niszczycielskich sił do Iranu dziś wieczorem, pod warunkiem, że Islamska Republika Iranu zgodzi się na CAŁKOWITE, NATYCHMIASTOWE i BEZPIECZNE OTWARCIE Cieśniny Ormuz, zgadzam się zawiesić bombardowanie i ataki na Iran na okres dwóch tygodni" - napisał Trump na platformie Truth Social.

Dodał, że rozejm będzie "obustronny", a powodem zgody z jego strony "jest duży postęp w rozmowach na temat długoterminowego POKOJU" z Iranem.
"Otrzymaliśmy 10-punktową propozycję od Iranu i uważamy, że stanowi ona praktyczną podstawę do negocjacji. Prawie wszystkie kwestie sporne z przeszłości zostały uzgodnione między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, a okres dwóch tygodni pozwoli na sfinalizowanie i zawarcie Porozumienia" - poinformował prezydent USA.

PAP


Pytany, jakiej jest narodowości, odpowiadał: „mama – Rosjanka, tata – prawnik”. Władimir Wolfowicz Żyrinowski był na scenie politycznej postacią ważną, barwną i rozbestwioną. Wypłynął u schyłku Związku Sowieckiego, wyjęty z kagiebowskiego cylindra i skierowany na nieznany w epoce monopolu partii komunistycznej odcinek budowania nowych tworów, które miały zapełnić pustkę po upadającym systemie. Jego organizacja – Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji nie była ani liberalna, ani demokratyczna. Była (i jest nadal, choć już bez minionego rozmachu swego założyciela) przystosowującą się szybko do zmiennych warunków skolopendrą – wyginającą umiejętnie ciałko w stronę politycznych konfitur. Była atrakcyjną propozycją dla sierot po sowieckim imperium o mocnym odchyleniu nacjonalistycznym i antysemickim (mimo żydowskiego pochodzenia przywódcy), a potem bytem dostarczającym drożdży dla projektu odbudowy imperium w ujęciu putinowskim.

Żyrinowski przyciągał uwagę, pozornie nie uznawał konwenansów, publicznie krzyczał na adwersarzy, rzucał się do bitki, oblewał rozmówców wodą. Pod koniec życia był uważany za zwiastuna planów Kremla – nagłaśniał różne ryzykowne pomysły, po czym zleceniodawcy badali reakcję na nie, jeżeli reakcja była OK, to plan wprowadzano w życie. Na kilka dni przed rosyjską inwazją na Ukrainę powiedział, że agresja rozpocznie się o godzinie czwartej rano 24 lutego 2022 r. Dla jednych był klaunem trzymanym na krótkiej smyczy przez Kreml, dla innych – prorokiem, który zna przeszłość, rozumie teraźniejszość i dlatego jest w stanie przewidzieć przyszłość.

labuszewska.pl