wtorek, 6 października 2026



— Szczegóły tej rozmowy zna bardzo wąskie grono ludzi. Powiem tylko tyle, że to nie przypadek, iż przez tyle miesięcy ta historia pozostała w tajemnicy — słyszymy od ważnego urzędnika rządu.

I dalej: — W niczyim interesie nie jest ujawnienie treści. Jest to trudny temat.

(...)

Na sugestie o udziale ludzi prawicy w odwołaniu rozmowy z Hegsethem w końcu zareagował Adam Bielan. Europoseł PiS jest jednym z nieformalnych łączników obozu prezydenta z ekipą Donalda Trumpa.

Bielan 23 września poruszył temat na platformie X. Zapewnił, że nikt nie przeszkadzał w spotkaniu sekretarza obrony USA z polskim wicepremierem. Przekonywał, że pomógł zorganizować spotkanie Kosiniaka-Kamysza z politykiem znacznie ważniejszym od Hegsetha. Nazwiska nie podał.

Kolejny krok zrobił Nikodem Rachoń, doradca Karola Nawrockiego. W Polsat News kilka dni temu potwierdził, że uczestniczył w spotkaniu i zawęził listę możliwych rozmówców do trzech nazwisk, wśród których był Donald Trump. Zagadkę rozwiązał 1 października sam Kosiniak-Kamysz. Wyjaśnił, że rozmawiał z prezydentem USA przy okazji marcowej uroczystości uhonorowania Michaela Ollisa, amerykańskiego żołnierza, który zginął, osłaniając polskiego oficera w Afganistanie.

— Miałem sposobność porozmawiać chwilę z panem prezydentem Trumpem, za co bardzo serdecznie dziękuję — mówił w trakcie jednego z briefingów, wskazując na zaangażowanie Kancelarii Prezydenta.

Bielan później snuł już własną opowieść. Przedstawiał rozmowę jako sposób na odblokowanie negocjacji dotyczących stałej bazy USA i twierdził, że trwała kilkadziesiąt minut. Sam Kosiniak-Kamysz opisywał ją jako krótką. Donald Tusk podważył jednak wersję Bielana:
— Dotyczyła raczej sytuacji wewnętrznej w Polsce, o tak bym powiedział najdelikatniej — stwierdził wczoraj pytany przez TVN24. Zapewnił, że szef MON poinformował go o spotkaniu i jego przebiegu już w marcu.

— To zbyt ciekawa rozmowa, żeby o niej publicznie mówić — dodał premier, powołując się na jej poufność. Nie potwierdził konkretnej propozycji zmiany koalicji przez PSL, o czym informowała w weekend dziennikarka "Gazety Wyborczej" Dominika Wielowieyska.

(...)

— Wiem, o czym panowie rozmawiali, ale grono osób wtajemniczonych w treść rozmowy było na tyle wąskie, że nie mogę nic powiedzieć. Mogę jedynie podkreślić, że Kosiniak-Kamysz o szczegółach informował premiera już wiele miesięcy temu. Z całą pewnością mogę też powiedzieć, że rozmowa z prezydentem Trumpem niczego w konsekwencji nie zmieniła — słyszymy od naszego rozmówcy z rządu.

Inny z naszych rozmówców wskazuje na jeszcze jeden aspekt. — Proszę spojrzeć w kalendarz i zastanowić się, jaki temat związany z obronnością był wtedy na agendzie.

Na początku marca polityczną kwestią numer jeden był unijny program SAFE i ustawa, która wdrażała w Polsce narzędzia do wystąpienia o środki na zakup uzbrojenia u producentów działających na terenie Unii Europejskiej.

11 lutego odbyło się posiedzenie prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego w tej sprawie. Karol Nawrocki dopytywał o szczegóły kontraktów, które miały zostać zawarte w ramach SAFE. Wcześniej ówczesny szef BBN Sławomir Cenckiewicz krytykował program za to, że uniemożliwia zawieranie kontraktów w ramach tego mechanizmu w USA.

Użył nawet argumentu, iż SAFE jest niezgodny z amerykańską Narodową Strategią Obronną. 12 marca, czyli 10 dni po rozmowie Kosiniaka-Kamysza z Trumpem, prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o SAFE. Rząd jednak i tak zaciągnął unijną pożyczkę, wdrażając mechanizmy związane m.in. z Funduszem Wsparcia Sił Zbrojnych.

Departament Stanu USA przekonywał później, że Stany Zjednoczone nie ingerowały w proces decyzyjny w tej sprawie. W komunikacie pojawiły się jednak krytyczne słowa o tym programie UE, w tym zarzut dotyczący "protekcjonizmu".

Zapytaliśmy o tę wersję polityka, który deklaruje, że wie, o czym Trump rozmawiał z wicepremierem: — Nie, nie chodziło o SAFE.

onet.pl


W rozmowie z Jacobem Rees-Moggiem, byłym brytyjskim ministrem i konserwatywnym posłem, Carlson zaczął zastanawiać się, po co właściwie Wielka Brytania walczyła w II wojnie światowej. Obrona Polski przed niemiecką inwazją nie była, jego zdaniem, brytyjską sprawą. Wielka Brytania, przystępując do wojny, według niego zniszczyła swoje imperium. - Czy pokonanie nazistów było warte ceny, którą zapłaciła Europa? - pytał, dodając, że "nigdy tego nie rozumiał".Tucker Carlson o "uzasadnionym" ataku Niemiec na PolskęCarlson wywodził, że "kłamstwem" jest twierdzenie, jakoby Adolf Hitler ot tak, bez powodu wkroczył do Polski. Przypomniał niemieckie pretensje do granic ustalonych po I wojnie światowej: część ziem należących wcześniej do Cesarstwa Niemieckiego znalazła się w Polsce, Niemcy były tym rozwścieczone i - mówi Carlson - stanowiło to "uzasadnienie" ich działania.

Zastrzega przy tym, że Hitlera nie broni.

(...)

Bo posłuchajmy samego Hitlera: twierdził on, że Polska odrzuciła pokojowe rozwiązania, że Niemcy w Polsce są prześladowani, że dochodzi do nieznośnych dla wielkiego mocarstwa naruszeń granicy, a jemu "nie pozostaje nic innego", jak odpowiedzieć siłą.Rozwijał tę argumentację później już w zajętym przez III Rzeszę Gdańsku - że Niemcy zostały skrzywdzone przez powojenne granice, że Gdańsk powinien wrócić do Rzeszy, a Niemcy w Polsce cierpią, że Polska zachowuje się prowokacyjnie.

Brzmi znajomo? Cóż, powinno. Powtarza się bowiem model uzasadniania przemocy:

"Jesteśmy wielkim narodem. Kiedyś mieliśmy te ziemie. Po naszej stronie granicy mieszkają nasi rodacy. Zostaliśmy upokorzeni. Sąsiednie państwo jest sztuczne albo historycznie przypadkowe. Jego polityka zagraża naszemu bezpieczeństwu. Zachód wykorzystuje je przeciwko nam. Próbowaliśmy się dogadać. Nie chcieli. Nie pozostawili nam wyboru. A więc musieliśmy wkroczyć".

interia.pl


Oto dlaczego Anthropic i reszta czołówki AI tak ostatnio cudowali z końcem ludzkości i potrzebą regulacji - Biznes im się nie spina i spinać nie będzie, przynajmniej nie w modelu który zakładali (uzależnić klienta, a później podnosić ceny tokenów. Najnowsze dane z Vercel AI Gateway pokazują, że modele otwarte przejmują całkowitą dominację, osiągając aż 78,4% udziału w wolumenie tokenów, podczas gdy zamknięte rozwiązania komercyjne skurczyły się do zaledwie 21,6% rynku. Ten trend i masowa migracja deweloperów na open-source, które sobie można postawić na komputerze w domu, oznaczają sporą presję cenową na gigantów takich jak Anthropic, którzy będą musieli drastycznie obniżać ceny na API, szukając ratunku w zaawansowanych usługach korporacyjnych zamiast w samej sprzedaży surowych tokenów. Na wolnym rynku to się nie utrzyma.

Oczekuję więcej cudowania z ich strony.

x.com/Jakub_moscicki


Dwa statki handlowe zostały trafione przez drony w bułgarskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Morzu Czarnym, jeden z nich zatonął - poinformowała we wtorek rano agencja Reutera.

Dwa statki handlowe zostały trafione przez drony w bułgarskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Morzu Czarnym, jeden z nich zatonął - poinformowała we wtorek rano agencja Reutera.

Według portalu Maritime.bg do ataku doszło około 80 mil morskich na wschód od miasta Bjała na bułgarskim wybrzeżu. Zatopiona jednostka to statek Alfa Watan, pływający pod banderą Togo.

"Załoga statku, który zatonął po trafieniu dronem, jest uznawana za zaginioną" - powiadomił premier Bułgarii Rumen Radew, cytowany przez Reutersa.

Na pokładzie drugiego ze statków - Able pod banderą Palau - wybuchł pożar. Jego załoga, licząca 18 osób, została uratowana przez bułgarski prom pasażerski i przetransportowana na brzeg przez jednostki straży granicznej.

Agencja informacyjna BTA przekazała, że premier Bułgarii zapowiedział spotkanie przedstawicieli instytucji państwowych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, w tym resortów obrony i spraw wewnętrznych oraz biura prezydenta i służb specjalnych.

W poniedziałek dwie osoby zginęły, a 11 uratowano ze statku na Morzu Czarnym, na pokładzie którego wybuchł pożar - poinformowało ministerstwo spraw wewnętrznych Rumunii. Według rumuńskich mediów jednostka została trafiona dronem. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski potwierdził, że za ten atak odpowiada Rosja. Statek transportował ładunek kukurydzy z Izmaiłu na Ukrainie i znajdował się na wodach międzynarodowych.

Jak przekazał w niedzielę portal pronewsdobrich.bg, bułgarska Marynarka Wojenna zlokalizowała tego dnia statek handlowy Emil, dryfujący w odległości około 40 mil morskich od miasta Szabła. W pierwszych dniach sierpnia jednostka została trafiona dronem w pobliżu ukraińskiej Odessy. Następnie załoga opuściła uszkodzony statek, który utracił zdolność manewrowania. 

PAP


Były szef Federalnej Służby Wywiadowczej (BND) Niemiec August Hanning został zatrzymany we wtorek rano pod zarzutem szpiegostwa - poinformowała niemiecka prokuratura federalna. W sprawie zatrzymano też byłego bliskiego współpracownika Hanninga.

Były szef Federalnej Służby Wywiadowczej (BND) Niemiec August Hanning został zatrzymany we wtorek rano pod zarzutem szpiegostwa - poinformowała niemiecka prokuratura federalna. W sprawie zatrzymano też byłego bliskiego współpracownika Hanninga.

Według ustaleń regionalnych nadawców WDR i NDR oraz dziennika "Sueddeutsche Zeitung" śledczy Federalnego Urzędu Kryminalnego (BKA) zatrzymali Hanninga wcześnie rano w jego domu w Nordwalde koło Muenster na północnym zachodzie kraju.

Prasa pisze o postępowaniu związanym m.in. z podejrzeniem szpiegostwa na szkodę państwa, usiłowaniem zdrady stanu oraz działalności agenturalnej na rzecz wywiadu obcego państwa.

Współpracownik Hanninga, w komunikacie określany jako Manfred D., został aresztowany w Bawarii. To były szef biura Hanninga, który pracował w BND do wiosny br. Podejrzany jest m.in. o pomoc w usiłowaniu zdrady stanu.

D. miał co najmniej do 2022 roku dostarczać Hanningowi ściśle tajne informacje w zamian za pieniądze. Śledczy podejrzewają, że co najmniej w jednym przypadku były szef BND sporządził na podstawie tych informacji analizę bezpieczeństwa dla obcego wywiadu. Według informacji niemieckich mediów nie chodzi jednak w tym przypadku o Rosję. 80-letni obecnie Hanning miał też wykorzystywać informacje z wewnętrznych dokumentów BND w komunikacji z zagranicznym agentem.

Łącznie D. miał przekazać Hanningowi ok. 2 tys. dokumentów. Według ustaleń śledczych w wielu przypadkach były to briefingi przygotowywane na potrzeby cotygodniowych narad w Urzędzie Kanclerskim, podczas których szefowie służb bezpieczeństwa wymieniają się informacjami. Według ustaleń dziennikarzy dokumenty obejmowały raporty dotyczące m.in. irańskiego programu atomowego i rosyjskiej armii, a także informacje pochodzące od partnerskich zagranicznych służb wywiadowczych.

Według źródeł związanych ze służbami bezpieczeństwa najnowsze z odnalezionych dokumentów pochodzą z czerwca 2022 roku.

Jak podały niemieckie media, Hanning znalazł się na celowniku śledczych po przeszukaniu jego domu i biur we wrześniu ub.r. Podczas analizy zabezpieczonych materiałów funkcjonariusze LKA natrafili na elektroniczny nośnik danych zawierający szczególnie wrażliwe materiały, których podejrzany nie powinien był posiadać.

W maju br. prokuratura wszczęła ostatecznie tajne postępowanie przeciwko Hanningowi i jego współpracownikowi.

Nigdy wcześniej w historii RFN nie było domniemanej sprawy zdrady stanu dotyczącej byłego urzędnika państwowego tak wysokiej rangi. Hanning przez kilkadziesiąt lat zajmował kluczowe stanowiska w niemieckim systemie bezpieczeństwa. Na czele BND stał w latach 1998-2005. Był też pełnomocnikiem ds. ochrony informacji niejawnych w przedstawicielstwie RFN w NRD i koordynatorem służb wywiadowczych w Urzędzie Kanclerskim. Później był m.in. sekretarzem stanu w niemieckim MSW.

PAP


W pierwszych pięciu dniach października potwierdzone straty rosyjskiej piechoty wzrosły o 39,7 proc. w porównaniu z analogicznym okresem we wrześniu - wynika z danych opublikowanych we wtorek przez dowódcę ukraińskich Sił Operacji Specjalnych (SBS) Roberta "Madiara" Browdiego.

W pierwszych pięciu dniach października potwierdzone straty rosyjskiej piechoty wzrosły o 39,7 proc. w porównaniu z analogicznym okresem we wrześniu - wynika z danych opublikowanych we wtorek przez dowódcę ukraińskich Sił Operacji Specjalnych (SBS) Roberta "Madiara" Browdiego.

Według danych SBS od 1 do 5 października potwierdzono 2699 zabitych i rannych wśród rosyjskich żołnierzy, wobec 1931 w analogicznym okresie we wrześniu i wobec 1529 w pierwszych pięciu dniach sierpnia. Oznacza to wzrost odpowiednio o 39,7 proc. i 76,5 proc.
Dowódca SBS wiąże wzrost strat ze zwiększeniem intensywności i częstotliwości rosyjskich ataków, wskazując, że może to być oznaką trwającej w Rosji ukrytej mobilizacji.

Największy wzrost odnotowano na kierunku Dobropilla-Pokrowsk, w pasie odpowiedzialności 1. Korpusu Gwardii Narodowej Ukrainy "Azow". W pierwszych pięciu dniach października SBS potwierdziły tam 1268 zabitych i rannych wśród rosyjskich żołnierzy, wobec 884 we wrześniu (+43 proc.) i 664 w sierpniu (+91 proc.).

SBS zastrzegły, że przedstawione dane dotyczą wyłącznie strat zadanych przez jednostki Sił Operacji Specjalnych. 

PAP

poniedziałek, 5 października 2026



Mołdawska Straż Graniczna poinformowała 5 października, że rosyjski dron uderzył w pobliżu przejścia granicznego Palanca-Mayaky-Udobne, uszkadzając autobus pasażerski i raniąc pracownika mołdawskiej straży granicznej. Nie jest jasne, czy dron uderzył na terytorium Ukrainy czy Mołdawii, ale zdjęcia geolokalizacyjne wskazują, że dron odbił się rykoszetem na terytorium Mołdawii. W ostatnich tygodniach siły rosyjskie coraz częściej atakują ukraińskie przejścia graniczne z Mołdawią, Rumunią i Polską. W ostatnich miesiącach rosyjskie drony i odłamki dronów coraz częściej naruszają przestrzeń powietrzną tych państw, w szczególności przestrzeń powietrzną Mołdawii - co najmniej 20 razy w okresie od lutego 2022 r. do lipca 2026 r. i 10 razy od sierpnia 2026 r. Pięć rosyjskich dronów, w tym amunicja krążąca Banderol, rozbiło się w Mołdawii rankiem 3 października. Rosja prawdopodobnie zamierza, aby te ataki i najazdy zastraszyły NATO i zmusiły je do zaprzestania wsparcia dla Ukrainy oraz znormalizowały naruszenia przestrzeni powietrznej poprzez zwiększenie ich częstotliwości.

(...) Główna Dyrekcja Wywiadu Wojskowego Ukrainy (GUR) poinformowała 5 października, że Rosja zmodyfikowała nawigację optyczną, kompas i głowicę bojową swojego drona uderzeniowego dalekiego zasięgu Geran-4. GUR poinformował, że ta modyfikacja Geran-4 obejmuje nowe autonomiczne komponenty nawigacyjne, w tym wyprodukowany w USA, wysoce precyzyjny czujnik magnetoindukcyjny, który prawdopodobnie umożliwia dronowi łatwiejsze prowadzenie autonomicznego namierzania i nawigacji w warunkach wojny elektronicznej (EW). GUR stwierdził, że Rosja zastąpiła również silnik odrzutowy pochodzący z Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) nowym rosyjskim silnikiem wyprodukowanym w Specjalnej Strefie Ekonomicznej Alabuga (AEZ). Rosja wykorzystuje AEZ do indygenizacji aspektów procesu montażu i produkcji dronów, zamiast polegać na importowanych komponentach i montażu wyprodukowanych w Iranie lub ChRL. GUR potwierdził również, że te nowe warianty Geran wykorzystują również nową specjalistyczną głowicę specjalnego ładunku o kumulatywnym cięciu (KRSN) przeznaczoną do atakowania ukraińskich mostów. Ta nowa głowica bojowa ma za zadanie niszczyć cele ze stali hartowanej i betonu, a także uszkadzać mosty wantowe, a siły rosyjskie zintensyfikowały w ostatnich dniach ataki na północne i południowe mosty Kijowa nad rzeką Dniepr. Ukraiński 8 Korpus Armii poinformował 5 października, że siły ukraińskie przechwyciły nowego rosyjskiego drona rozpoznawczego Molniya-13, który według doniesień jest półtora razy większy od poprzednich wariantów i ma cztery silniki. Rosyjscy deweloperzy nadal aktywnie rozszerzają możliwości rosyjskich sił dronowych, m.in. poprzez rozbudowę produkcji, poprawę ich prędkości i zwrotności oraz dywersyfikację platform startowych. Rosja może chcieć wystawić nowe, bardziej odporne i niebezpieczne warianty dronów uderzeniowych, zanim Ukraina będzie mogła opracować skuteczne środki zaradcze w celu degradacji ukraińskiej infrastruktury energetycznej i logistyki jesienią przed najprawdopodobniej brutalną kampanią uderzeniową nadchodzącej zimy.

(...) Minister polityki rolnej i żywności Ukrainy Taras Wysocki poinformował 5 października, że Ukraina niemal wyczerpała rezerwy lokomotyw z powodu rosyjskich ataków na ukraiński tabor kolejowy i infrastrukturę kolejową. Wysocki oświadczył, że ukraińscy urzędnicy prowadzą negocjacje z krajami europejskimi, które używają tego samego rozstawu szyn kolejowych, w celu zakupu większej liczby lokomotyw. Dyrektor generalny ukraińskiego prywatnego zarządcy portu TIS oświadczył, że siły rosyjskie zaatakowały trzy lokomotywy w pobliżu terminalu portowego Pivdennyi w obwodzie odeskim w nieokreślonym czasie i że niedobory lokomotyw stają się już słabym punktem logistyki portowej. Siły rosyjskie uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw w okresie od lutego 2022 r. do połowy września 2026 r. Adaptacje rosyjskich dronów, w tym zwiększona produkcja oraz zwiększona prędkość i zwrotność, umożliwiają siłom rosyjskim przeprowadzanie skutecznych i rozszerzonych ataków na ukraińską infrastrukturę kolejową, a Rosja prawdopodobnie będzie dążyć do eskalacji tej kampanii, wprowadzając nowe adaptacje dronów jesienią i zimą.

(...)

Ministerstwo Obrony Ukrainy (MoD) poinformowało 5 października, że ukraińskie ataki dalekiego zasięgu unieruchomiły ponad 51 procent rosyjskich mocy rafineryjnych ropy naftowej. Ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę naftową wywarły ogromny wpływ na rosyjski eksport ropy i moce rafineryjne, podważając zdolność Rosji do finansowania wojny z dochodów z ropy.

understandingwar.org

niedziela, 4 października 2026



Kto wygrywa wojnę o Ormuz?

Od początku wojny z USA, Iran wykorzystywał presję na żeglugę w Cieśninie Ormuz jako swój główny środek nacisku na USA. W szczytowym momencie wojny (w marcu) Irańczykom udało się doprowadzić do de facto blokady Cieśniny Ormuz, jednak od tamtej pory sytuacja diametralnie się zmieniała.

Dzięki koordynacji działań między armią USA, producentami oraz armatorami, eksport ropy naftowej z krajów Zatoki Perskiej (nie wliczając Iranu) powrócił już do poziomów sprzed wojny. Część komentatorów wyciąga z tego wniosek, że powrót ropy z Zatoki na światowe rynki doprowadzi do szybkiego spadku cen paliw, tym samym wytrącając Iranowi z ręki narzędzie nacisku na USA i zmuszając Islamską Republikę do akceptacji upokarzających warunków, które narzuci jej Trump.

Jednak diabeł - jak zwykle - tkwi w szczegółach.

Zapraszam na dłuższy wpis o obecnej sytuacji w Ormuzie oraz o dylematach strategicznych tak Iranu, jak i USA. Będzie długo, ale myślę, że warto.

1. Zacznijmy od liczb

Przed wojną kraje Zatoki Perskiej (nie wliczając Iranu) eksportowały średnio ok. 16,5 mln baryłek ropy dziennie. Dane za wrzesień pokazują, że wspólne wysiłki producentów, armatorów oraz amerykańskiej armii pozwoliły wrócić do tego poziomu. Zmieniły się jednak szlaki, którymi bliskowschodnia ropa trafia na rynek. Według Kplera przed wojną kraje Zatoki aż 83% ropy eksportowały przez Cieśninę Ormuz - obecnie jest to “tylko” 60%. A reszta? 23% ropy wychodzi z terminali położonych na wschód od Ormuzu (głównie z emirackiej Fudżajry), a 17% z saudyjskich terminali nad Morzem Czerwonym (głównie z Janbu).

Wojna z Iranem nie tylko zmusiła kraje arabskie do zmniejszenia wolumenu ropy, który jest eksportowany przez Ormuz, ale także zmieniła charakter tego eksportu. Przed wojną mieliśmy prosty schemat: jeden tankowiec wiózł ropę od miejsca załadunku, przez Ormuz, prosto do klienta np. w Chinach. Teraz wywóz ropy za Ormuz odbywa się poprzez transfery ship-to-ship (STS). Co to znaczy? Trasa jest podzielona na dwa odcinki. Najpierw jeden tankowiec odbiera ropę z terminala w Zatoce Perskiej, przechodzi z nią przez Ormuz (trzymając się blisko wybrzeża ZEA i Omanu), a następnie już na “bezpiecznych wodach” Zatoki Omańskiej ropa jest przeładowywana na drugi tankowiec, który płynie do klienta (pierwszy tankowiec wraca natomiast po kolejny ładunek ropy). Takie transfery STS odpowiadają za ok. 75% ropy, która opuściła we wrześniu drogą morską wody Zatoki Perskiej.

Działalność tej “wahadłowej floty” tankowców działających w ramach STS koordynują Amerykanie. To oni wyznaczają godziny przejścia, dokładną trasę oraz zapewniają ochronę tankowcom na wypadek irańskiego ataku (a ataki zdarzają się regularnie).

Choć transfery ship-to-ship (STS) pozwoliły wznowić eksport ropy z terminali w Zatoce Perskiej, to ciężko mówić o “powrocie do normalności”. Raz, że takie transfery STS zajmują więcej czasu. Dwa, że koszty funkcjonowania tej “floty wahadłowej” są po prostu gigantyczne. Argus pisze o stawkach za transport z Bliskiego Wschodu do Chin w wysokości 35 dolarów za baryłkę ropy (dla porównania przed wojną było to 7 dolarów). Koszty transportu związane są oczywiście z ryzykiem oraz ograniczoną liczbą tankowców, które wchodzą w skład “floty wahadłowej” - wg danych Kplera w ramach tej floty operuje co najmniej 63 VLCC (bardzo duże tankowce). Do tego dochodzą ubezpieczenia, które obecnie wynoszą 6-9% wartości statku. Stawki czarteru tankowca wzrosły natomiast 20-krotnie z 50 tys. dolarów do 1 mln dolarów za dzień.

Część krajów Zatoki Perskiej jest lepiej przygotowana na “nową rzeczywistość” a inne gorzej. Ci, którzy dysponują własnymi tankowcami i są gotowi podjąć ryzyko przejścia przez Ormuz zarabiają krocie. Najlepszym przykładem jest emiracki ADNOC, który odgrywa kluczową rolę we wspomnianej “flocie wahadłowej”. ADNOC wykorzystuje fakt, że nie wszystkie kraje Zatoki dysponują wystarczającą liczbą tankowców albo po prostu zwyczajnie boją się podjąć ryzyko przejścia przez Ormuz. I tak np. w sierpniu ADNOC kupował iracką ropę z rabatami sięgającymi aż ok. 25–27 USD za baryłkę. Zyski ZEA z sytuacji w Ormuzie są tym większe, że Emiraty zarabiają nie tylko na “flocie wahadłowej”, ale również na rurociągu Habszan-Fudżajra, który też pozwala ominąć Cieśninę Ormuz i ładować tankowce bezpośrednio w Zatoce Omańskiej.

Podsumowując: ropa z Zatoki Perskiej płynie, jednak koszty jej transportu są ogromne. Do tego musimy pamiętać, że gdy Kpler pisze o powrocie do przedwojennych 16,5 mln baryłek ropy dziennie to wyłącza z tych wyliczeń Iran, który od lipca nie jest w stanie eksportować ropy ze względu na amerykańską blokadę. Do tej blokady wrócimy jeszcze w sekcji poświęconej irańskim dylematom, ale warto odnotować że “nowa normalność” to nie tylko większe koszta transportu, ale także wyeliminowanie z rynku 1,7 mln baryłek irańskiej ropy.

2. Ropa a ceny paliw

Poprawa na rynku ropy nie idzie w parze z poprawą sytuacji na rynkach paliwowych. Dzieje się to z wielu powodów. Przede wszystkim musimy pamiętać, że państwa Zatoki Perskiej przed wojną eksportowały nie tylko 16,5 mln baryłek surowej ropy, ale również duże ilości gotowych paliw, w tym diesla i paliwa lotniczego.

Szczególnie istotna jest kwestia diesla, który ma kluczowe znaczenie dla transportu ciężarowego i przemysłu. Przed wojną, to właśnie kraje Bliskiego Wschodu były największym eksporterem diesla na świecie, odpowiadając za ok. 19% globalnego eksportu.

Eksport paliw z Bliskiego Wschodu nie podnosi się tak szybko jak eksport samej ropy. Szacuje się, że kraje Zatoki Perskiej eksportują obecnie tylko ok. 50% wolumenu z 2025 r. (w zakresie wszystkich paliw). Dlaczego tak mało? Podczas wojny wiele arabskich rafinerii zostało uszkodzonych, koszty transportu są bardzo wysokie, a do tego brakuje dostatecznej liczby statków, które miałyby przewieźć diesla przez Ormuz. „Flota wahadłowa” powstała przede wszystkim do wywozu ropy. Zwiększenie jej aktywności nie rozwiązuje automatycznie problemów z transportem gotowych produktów.

Bliski Wschód odpowiada jednak tylko za część problemu z dieslem. To jest problem globalny. Ukraina intensywnie atakuje rosyjskie rafinerie, które przed wojną odpowiadały za ok. 11% światowego eksportu diesla. W wyniku ukraińskich ataków rosyjska produkcja diesla spadła o ok. 30% (względem 2025 r.), a Moskwa wprowadziła zakaz eksportu diesla, który oficjalnie ma obowiązywać do końca października, ale pewnie zostanie jeszcze przedłużony.

Powstałej luki (czy bliskowschodniej czy rosyjskiej) nie da się łatwo załatać. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) ocenia, że rafinerie z krajów OECD zbliżyły się już do praktycznego limitu produkcji diesla. Do tego dochodzą jesienne remonty, w tym prace przesuwane wcześniej po to, żeby utrzymać wysoką produkcję.

Graczem, który mógłby uspokoić sytuację są Chiny, których rafinerie pracują na poziomie ok. 75% i mają jeszcze wolne moce przerobowe. Podczas wrześniowej wizyty Xi Jinpinga w USA, Trump prosił właśnie chińskiego przywódcę o interwencję i zwiększenie eksportu diesla. Władze w Pekinie priorytetyzują jednak budowę krajowych zapasów diesla a nie jego eksport.

Problemy odczuwają konsumenci na całym świecie, również w USA, które są eksporterem netto diesla. Według EIA między 23 lutego, czyli ostatnim pomiarem przed wybuchem wojny, a 28 września średnia detaliczna cena diesla w USA wzrosła z ok. 3,81 do 6,38 USD za galon, a zatem o ok. 68%. Benzyna podrożała w tym samym czasie o ok. 52%.

Wysokie ceny diesla to duży problem polityczny dla administracji Trumpa, bo już 3 listopada odbędą się wybory połówkowe do Kongresu. Aby uspokoić sytuację, prezydent zaczął rozważać zakaz eksportu diesla z USA i naciskać na Europejczyków, aby uwolnili swoje rezerwy paliwowe. 2 października państwa G7 uzgodniły uwolnienie 100 mln baryłek ropy i paliw pod koordynacją IEA. Operacja ma potrwać cztery miesiące, ze znacznym uwolnieniem diesla już w pierwszych 20 dniach.

To może nieco uspokoić sytuację, ale nie rozwiązuje problemów, które legły u jego podstaw: uszkodzone rafinerie, brak regularnego eksportu z Zatoki, wysokie koszty transportu, brak dostatecznych mocy przerobowych w rafineriach.

3. Widok z Teheranu

Od początku wojny, Iran wykorzystywał presję na żeglugę w Cieśninie Ormuz jako swój główny środek nacisku na USA. Iran zakładał, że zablokowanie ruchu statków przez Ormuz zmusi USA do zaakceptowania irańskich warunków zakończenia wojny (zniesienie sankcji, akceptacja irańskiej kontroli nad Ormuzem). I początkowo faktycznie to działało: zarówno kwietniowe zawieszenie broni, jak i czerwcowe memorandum, były dokumentami bardzo korzystnymi dla Islamskiej Republiki. Problem jest jednak taki, że te porozumienia upadły, Trump przywrócił blokadę irańskich portów, a amerykańska armia zaczęła ochraniać statki przechodzące przez Ormuz. Iran próbuje co prawda kontrować te działania, lecz mimo kolejnych ataków na “flotę wahadłową” tankowce nadal płyną i nadal transportują ropę.

Oczywiście - tak jak pisałem wyżej - to, że ropa znowu płynie z Zatoki, samo w sobie nie obniży cen paliw. Z perspektywy Teheranu to dobra wiadomość, bo wysokie ceny paliw też stanowią pewną formę nacisku na USA. Tyle że Iran odpowiada za tę sytuację tylko w części. Znaczenie mają również ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie, decyzje Chin o eksporcie oraz remonty i ograniczenia techniczne rafinerii. Teheran może korzystać z ich skutków, ale nie kontroluje wszystkich czynników, które dziś utrzymują ceny na wysokim poziomie.

Wniosek z tej sytuacji jest taki, że Iran traci powoli kontrolę nad Ormuzem. Jeśli obecna trajektoria wydarzeń się utrzyma to kolejne jednostki będą dołączały do “floty wahadłowej” i wywoziły coraz więcej ropy. Tylko kwestią czasu będzie aż transfery STS zmienią się w bezpośrednie transporty oraz rozpoczną się większe transfery paliw. To samo w sobie może nie uzdrowić sytuacji na rynku paliw (bo koszty transportu nadal będą pewnie gigantyczne), ale będzie to i tak kolejny cios dla Iranu i jego pozycji negocjacyjnej.

Pozycja Iranu słabnie tym bardziej, że sytuacja w Ormuzie ma jeszcze jeden aspekt. Gdy eksport ropy przez kraje arabskie rośnie, eksport ropy przez Iran spadł do zera. Obowiązująca od połowy lipca amerykańska blokada morska Iranu okazała się niezwykle skuteczna. Według Kplera od lipca nie odnotowano skutecznego przejścia irańskiego tankowca za linię amerykańskiej blokady. Iran co prawda może próbować eksportować ropę innymi sposobami np. drogą lądową przez Pakistan czy przez Irak mieszając swoją ropę z iracką i eksportując ją następnie jako “iracką ropę” - tylko, że to rozwiązania drogie, czasochłonne i bardzo nieefektywne (nie można w taki sposób dziennie eksportować 1,7 mln baryłek ropy).

Irańczyków ratuje częściowo fakt, że jeszcze przed wojną posiadali duże ilości ropy w “pływających magazynach” w Azji, z przeznaczeniem na sprzedaż tej ropy do Chin. Te zasoby jednak szybko się kurczą. Pod koniec września szacowano, że irańskie zapasy w Azji wynoszą już tylko ok. 15 mln baryłek i że skończą się one w połowie października. Pieniądze za tę ropę będą spływały do Iranu natomiast pewnie jeszcze do połowy grudnia - z uwagi na opóźnienia jakie istnieją w rozliczaniu transakcji Chiny-Iran.

A później?

Iran nadal ma nadzieję, że utrzymujące się wysokie ceny paliw zmuszą Trumpa do zawarcia porozumienia (to porozumienie a nie eskalacja pozostają irańskim priorytetem). Nie bez powodu Abbas Aragczi wykorzystał wrześniowy pobyt w Nowym Jorku podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ do przedstawienia nowej propozycji zakładającej zniesienie amerykańskiej blokady Iranu i “odblokowanie” Ormuzu przez Iran w ciągu 7 dni. Problem Iranu polega na tym, że obietnica “odblokowania Ormuzu” staje się coraz mniej przekonującą kartą przetargową, gdy widzimy że - nawet mimo sprzeciwu i ataków Iranu - eksport ropy przez Ormuz się odbudowuje.

Amerykanie wydają się istotnie podbudowani przywróceniem eksportu ropy naftowej z Zatoki Perskiej do stanu sprzed wojny. W ten weekend w Camp David odbyła się wielogodzinna narada pod przewodnictwem JD Vance’a, poświęcona sytuacji w Cieśninie Ormuz (Iran) oraz Cieśninie Bab al Mandab (Huti). Udział wzięli m. in. sekretarz stanu Marco Rubio, sekretarz obrony Pete Hegseth, szef CIA John Ratcliffe oraz przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Dan Caine.

Choć szczegóły ustaleń nie są znane, to amerykańska prasa twierdzi, że w rozmowach z członkami swojej administracji, prezydent Trump mówi, że po wyborach połówkowych do Kongresu wznowi wojnę z Iranem. Spekuluje się ponadto o amerykańsko-saudyjskich rozmowach na temat wspólnej operacji wojskowej wymierzonej w jemeńskich Huti (choć tutaj wsparcie USA byłoby pewnie ograniczone). Warto odnotować, że te informacje zdają się potwierdzać ostatnie decyzje administracji - w minionym tygodniu Pentagon zdecydował o wysłaniu kolejnej, trzeciej już, grupy uderzeniowej lotniskowca na Bliski Wschód.

Mówiąc na temat Huti warto odnotować, że irańską pozycję wzmocnił (ale tylko częściowo) wrześniowy sukces Huti, który udało się opanować Mokkę oraz wyspę Perim bezpośrednio w Cieśninie Bab al Mandab, co - biorąc pod uwagę ogłoszoną przez Huti blokadę saudyjskich portów - stanowi spore zagrożenie dla żeglugi (a tym samym podbija koszty frachtu). Dlaczego to tylko częściowo wzmacnia pozycję Iranu? Bo Huti grają we własną grę: pozwalają przekraczać Cieśninę Bab al Mandab tym saudyjskim tankowcom, które płyną do Pakistanu i Chin.

4. Atak jest najlepszą formą obrony

Moim zdaniem obecna sytuacja będzie zwiększała zachęty Iranu do eskalacji. Nawet jeśli Amerykanie nie wrócą do szerokiej kampanii bombardowań, to dalsze czekanie (zwłaszcza po wyczerpaniu resztek zapasów irańskiej ropy, która znajduje się poza linią blokady) będzie oznaczało szybkie kurczenie się irańskich przychodów. Co prawda dalsze irańskie ataki na żeglugę w Ormuzie oraz ataki Huti w Bab al Mandab będą pewnie nadal utrzymywały ceny paliw na wysokim poziomie, ale to może nie zmusić Trumpa do ustępstw, a przynajmniej nie w tak szybkiej perspektywie czasowej, o której myśli Teheran.

Wydaje się, że Teheran wiąże pewne nadzieje z wyborami połówkowymi do Kongresu. Iran zdaje się liczyć na to, że Demokraci wygrają i zmuszą Trumpa do zakończenia wojny. Taki scenariusz wymaga jednak tego, żeby Demokraci wygrali w obu izbach (obecne sondaże do Senatu wskazują na bardzo zażartą walkę), a jednocześnie żeby już po wyborach byli bardzo zdeterminowani do narzucenia swojej woli prezydentowi. Ponadto - nawet gdyby Demokraci wygrali obie izby - nadal pojawia się tutaj niebezpieczeństwo, że między 3 listopada (wybory) a styczniem 2027 r. (objęcie mandatów przez zwycięzców) zniknie presja wyborcza, a Trump ruszy z ostrą eskalacją wymierzoną w Iran.

Irańczycy nie mają więc gwarancji, że wystarczy “zacisnąć zęby” i przeczekać do wyborów w USA, aby uzyskać korzystniejsze warunki zakończenia wojny. Tym bardziej, że - tak jak wspomniałem - sytuacja na rynku paliw powiązana jest nie tylko z Iranem, ale też z wojną rosyjsko-ukraińska oraz postawą Chin. W zależności od rozwoju wydarzeń na tych dwóch “odcinkach” może pojawić się ryzyko, że za kilka miesięcy Iranowi przyjdzie negocjować z dużo słabszej pozycji niż obecnie.

W tej sytuacji bardzo prawdopodobne, że Iran uzna iż musi ponownie zwiększyć koszty, które ponoszą jego przeciwnicy. Jeżeli ataki na „flotę wahadłową” nie zatrzymują eksportu, rośnie pokusa rozszerzenia uderzeń na terminale naftowe, rurociągi i rafinerie państw Zatoki - tak jak było to w szczycie wojny. Celem byłoby wywołanie zakłóceń na tyle poważnych, żeby Amerykanie musieli ponownie uwzględnić irańskie żądania. Paradoksalnie eskalacja może być najlepszym sposobem na przyspieszenie negocjacji i dojście do porozumienia z USA.

Irańska pokusa do eskalacji może być tym większa, że światowe rezerwy kurczą się, a to właśnie dzięki nim stosunkowo łagodnie przechodzimy obecny kryzys. W obecnej sytuacji irańskie ataki na arabskie rafinerie mogłyby mieć dużo większy wpływ na rynki niż w lutym czy marcu, gdy światowe rezerwy ropy i produktów były dużo większe.


x.com/PulsLewantu

sobota, 3 października 2026



We wrześniu poziom eksportu surowców z Zatoki Perskiej zbliżył się do stanu sprzed konfliktu USA z Iranem. Waszyngton chwali się złamaniem irańskiej blokady, ale sytuacja nie jest aż tak jednoznaczna.

Zwiększenie eksportu jest wynikiem zbiegu kilku czynników. Po wielu miesiącach przestoju państwa arabskie zostały zmuszone do opracowania szeregu alternatywnych sposobów prowadzenia eksportu. Największą popularnością cieszy się STS, czyli przeładowywanie surowca z mniejszych jednostek na większe u wybrzeży Omanu. Małe tankowce odbierają ropę w Zatoce Perskiej, po czym z wyłączonymi transponderami, pod osłoną US Navy, płyną na drugą stronę cieśniny, gdzie czekają większe jednostki, które następnie kierują się do Azji.

Według doniesień agencji Reuters i dziennikarzy „The Wall Street Journal” oraz danych publikowanych przez analityków firmy Kpler łączny eksport ropy z rejonu Zatoki Perskiej osiągnął około 84% przedwojennego wolumenu, wynoszącego w lutym 2026 roku 19,513 mln baryłek dziennie. Wielkość ta obejmuje zarówno transport chronioną przez US Navy tzw. południową trasą, jak i eksport szlakami omijającymi Ormuz, prowadzącymi rurociągami wprost do Zatoki Omańskiej lub Morza Czerwonego. Na te alternatywne szlaki przypadało około 40% eksportu.

Z odnotowanego na koniec września wolumenu 16,328 mln baryłek dziennie przez cieśninę przetransportowano 9,719 mln baryłek dziennie. Za lwią część wzrostu transportu przez Ormuz odpowiada Królestwo Arabii Saudyjskiej, które po uszkodzeniu na początku września rurociągu Wschód-Zachód, wiodącego do portu Janbu, zostało zmuszone do przekierowania większości eksportu z powrotem do Zatoki Perskiej. Saudyjskie tankowce przewoziły w minionych tygodniach szacunkowo 5,4 mln baryłek dziennie w porównaniu z 2,4 mln w sierpniu. To istotny wzrost, choć nadal daleki od stanu sprzed wojny.

Według danych firmy Kpler w ostatnim tygodniu września cieśniną przepłynęło dziewiętnaście tankowców typu VLCC, z których każdy przewoził po 2 mln baryłek. Mimo to ceny ropy na światowych rynkach pozostają wysokie, utrzymując się na poziomie około 100 USD za baryłkę Brent. Rynek wydaje się nieprzekonany do amerykańskich zapewnień o odblokowaniu cieśniny. Nic dziwnego, ponieważ w tym samym czasie siły Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) kilkukrotnie zaatakowały jednostki przepływające przez Ormuz. Ryzyko trafienia pozostaje realne, a do kosztów z nim związanych należy doliczyć opłatę za przeładunek typu STS, sięgającą nawet 30 USD za baryłkę.

ukladsil.pl

piątek, 2 października 2026



Druga połowa XX w. to okres dynamicznego rozwoju nauki o finansach. Pojawiły się nowe teorie i przełomowe prace naukowe, w tym te dotyczące instrumentów pochodnych (znanych też pod nazwą derywatów). Ich cena zależy od notowań danego rodzaju aktywów bazowych (np. ropy, akcji danej firmy lub całego indeksu giełdowego). W zależności od kierunku zmian ceny określonego rodzaju aktywów bazowych waha się również cena opartego na nim derywatu. Naukowców przez lata zaprzątała kwestia wyceny opcji. To asymetryczny instrument finansowy, nakładający obowiązek na wystawcę i przyznający określone w kontrakcie prawo dla nabywcy. To, czy do wypłaty ustalonej w kontrakcie opcyjnym dojdzie, zależy od tego, jaką wysokość w ustalonym momencie przyjmie cena lub inna cecha odnosząca się do instrumentu bazowego.

Badania w tym zakresie przyspieszyły w latach 60. minionego stulecia, a przełom przyszedł w latach 70. XX w. wraz z modelem wyceny opcji Blacka-Scholesa. Opiera się on na zaawansowanych narzędziach matematycznych, takich jak procesy stochastyczne i równania różniczkowe cząstkowe. Zasadniczym elementem tego modelu jest przyjęcie założenia o tym, że stopy zwrotu z instrumentu bazowego mają normalny rozkład prawdopodobieństwa.

Od tej pory wydawało się, że ryzyko jest pod kontrolą. Wystarczy ocenić prawdopodobieństwo danego zdarzenia, oczywiście korzystając z rozkładu normalnego, a następnie umiejętnie zarządzając ryzykiem, zabezpieczyć się przed nim, stosując odpowiednie narzędzia. Rozkład normalny, powszechnie stosowany przy wycenie opcji, był wykorzystywany przy inwestycjach, również tych za pożyczone pieniądze. Pożyczanie i stosowanie derywatów, przy nieznacznym nakładzie środków własnych, dawało ekspozycję na aktywa o wyraźnie większej wartości. Ruch ceny w oczekiwaną stronę pozwalał osiągać wysokie zyski dzięki tzw. efektowi dźwigni. Ale ruch w stronę przeciwną wiązał się z poniesieniem dotkliwej straty, włącznie z wyzerowaniem kapitału.

Dzięki, jak się okazało, złudnemu poczuciu kontroli, ryzyko, szczególnie to związane z tzw. lewarowaniem pozycji, przestało być traktowane jako coś, czego należy się obawiać. Duże banki lokowały zatem pieniądze w nazbyt zderegulowany rynek instrumentów pochodnych, do tego dochodziło wykorzystanie dźwigni finansowej, co jeszcze zwiększało i tak niemałe ryzyko tego typu aktywności. Oprócz tego wielkie podmioty finansowe były silnie powiązane siecią wzajemnych transakcji. To wszystko zdawało się działać w sposób niezakłócony niczym maszynka do zarabiania pieniędzy. Kiedy jednak wystąpiły pierwsze oznaki kryzysu, widoczny stał się też brak zaufania, a nawet panika. Nikt nikomu nie chciał już pożyczać, bo nie wiedział, jak bardzo potencjalny pożyczkobiorca jest zadłużony i czy w rezultacie będzie mógł zwrócić pieniądze.

Zjawiska opisane powyżej są podawane jako jeden z głównych powodów kryzysu lat 2007–2009. Szczególnie istotny jest tutaj tzw. efekt zarażania. To sytuacja, w której problemy jednego podmiotu stają się problemami jego kontrahenta itd. Kolejną, często wymienianą, przyczyną tego kryzysu jest niepohamowana rządza zysku, której towarzyszył rozwój sekurytyzacji. Polega ona na umieszczaniu części aktywów w „paczkach” i zamienianiu ich w instrumenty finansowe.

Ale od początku: pierwsze lata XXI w. to okres niskich stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych (o tym więcej w dalszej części tekstu). To z kolei sprzyjało zaciąganiu różnego rodzaju kredytów i pożyczek, wśród nich były również kredyty hipoteczne. Wiązał się z tym pewien problem. Niektóre banki udzielały ich osobom, które w żadnym wypadku nie powinny ich otrzymać. Dochody (a często po prostu brak dochodów) dyskwalifikowały ich jako potencjalnych kredytobiorców. W tamtym czasie ukuto nawet specjalne określenie: ninja (od ang. no income – bez dochodu, no job – bez pracy, no assets – bez aktywów). Dlaczego jakakolwiek instytucja finansowa miałaby pożyczać pieniądze ludziom w takiej sytuacji?

I tu na scenę wchodzi rzeczona sekurytyzacja. Tego typu ryzykowne kredyty były sprzedawane bankom inwestycyjnym, a te je kompilowały, tworząc wspominane paczki o znanych na rynku finansowym akronimach, jak np. CDO – collateralized debt obligation, czyli obligacje zabezpieczone długiem. Następnie te paczki, po otrzymaniu najwyższego ratingu, szły w świat jako superbezpieczne inwestycje.

Zarówno udzielający kredytów, jak i ci, którzy następnie przerabiali je za pomocą sekurytyzacji, wiedzieli (przynajmniej niektórzy), że parają się zajęciem będącym na bakier z etyką. Całe ryzyko związane z niewypłacalnością kredytobiorcy było przerzucane na nieświadomego zagrożenia nabywcę finalnego, w tym m.in. fundusze emerytalne z różnych państw. Taki nabywca otrzymywał, za niemałe pieniądze, toksyczny instrument finansowy, który można porównać do odbezpieczonego granatu. Kiedy zatem niewypłacalni posiadacze kredytów hipotecznych przestali obsługiwać swoje długi, posiadacz tych finansowych toksyn zostawał z niczym. Bogacili się zaś ci, którzy zajmowali się handlem tym trefnym finansowym towarem, niejednokrotnie mając świadomość, że oszukują swoich klientów. Liczył się duży i szybki zysk, kompletnie ignorowano natomiast elementarne normy etyczne. To, że ktoś mógł stracić gigantyczne pieniądze, nie miało większego znaczenia. Kiedy cała ta machina przestała działać, doszło do wybuchu kryzysu na skalę światową.

Są i tacy komentatorzy, którzy uważają, że główną winę ponosił bank centralny USA, czyli Fed. Na czym miałoby to polegać? Otóż po pęknięciu bańki internetowej za oceanem Rezerwa Federalna systematycznie obniżała, aż do 1 proc., główną stopę procentową. To miało wspomóc zagrożoną kryzysem gospodarkę. Ale miało też inny skutek: ułatwiało zaciąganie kredytów, z czego Amerykanie ochoczo korzystali, o czym była mowa wyżej. Niskie stopy przyczyniły się do bańki na rynku nieruchomości, rosnące ceny domów dawały zabezpieczenie pod kolejne zobowiązania, ludzie więc zadłużali się coraz bardziej. Wszystko to jednak do czasu, ponieważ potem rozpoczął się cykl podwyżek stóp procentowych, co znacząco utrudniało obsługę długów, szczególnie gdy ich oprocentowanie było zmienne.

W efekcie wielu kredytobiorców stało się niewypłacalnych, a kiedy bańka nieruchomościowa pękła i ceny domów zaczęły spadać, nie mogli refinansować swoich długów poprzez zaciąganie kolejnych. Krytycy Fed wskazują na to, że przecież to wszystko było do przewidzenia. Całego kryzysu można było uniknąć, gdyby ta instytucja trzymała się np. tzw. reguły Taylora warunkującej wysokość stóp procentowych specjalnym równaniem opracowanym przez amerykańskiego ekonomistę Johna Taylora. Jeśliby trzymać się tej reguły, stopy procentowe byłyby wyższe od tych, które faktycznie ustaliła Rezerwa Federalna. Zatem to uznaniowe (dyskrecjonalne) działanie Fed było – zdaniem części analityków – zasadniczą przyczyną kryzysu.

obserwatorfinansowy.pl


Projekt budżetu Rosji na najbliższe trzy lata jest wreszcie dostępny i nie zawiera on samych fantazji. Oczywiście pomińmy plany sporządzone na lata 2028 i 2029. Plany na dwa i trzy lata naprzód zawsze powstają z przyzwyczajenia. Nigdy się ich nie przestrzega.

Do prognoz na 2027 r. można już jednak podchodzić z większym zaufaniem. Państwowi finansiści lubią i potrafią liczyć dochody i zazwyczaj nie popełniają zbyt wielkich błędów. Na przykład w bieżącym roku planują zebrać 41,2 bln rubli (1,92 bln zł). To zaledwie o 0,9 bln rubli (42 mld zł) więcej niż zapisano w pierwotnym projekcie budżetu na rok 2026. Całkiem akceptowalna dokładność.

Oznacza to, że plany budżetowe na 2027 r. (43,3 bln rubli, 2,02 bln zł) można traktować mniej lub bardziej poważnie. W ujęciu nominalnym jest to o 5,1 proc. więcej niż w bieżącym roku. Porównanie z przewidywaną inflacją wskazuje, że władze nie spodziewają się realnego wzrostu wpływów do budżetu.

(...)

Przyjrzyjmy się teraz wydatkom. W tym aspekcie mamy do czynienia z jawną fantazją. W planie na 2027 r. przewidziano ich wysokość na zaledwie 48,7 bln rubli (2,27 bln zł) — mniej więcej tyle samo, ile w bieżącym roku (48,5 bln rubli, 2,26 bln zł). Oznacza to, że po uwzględnieniu inflacji wydatki rzekomo spadną.

Sens tego jest jak najbardziej jasny. To niejako petycja państwowych finansistów i menedżerów cywilnych — w ten sposób informują przywódcę, że przerażają ich jego improwizacje w zakresie wydatków. I że te, ewidentnie zaniżone, wydatki doprowadzą budżet federalny do takiego deficytu (5,4 bln rubli), który jeszcze niedawno uważano za niemożliwy do pokrycia.

W bieżącym roku, zgodnie z pierwotnym planem, wydatki miały wynieść 44,1 bln rubli (2,05 bln zł), a według dzisiejszych szacunków będą one o 4,4 bln rubli (205,4 mld zł) wyższe od tego planu. Powodem tego jest fakt, że główny pakiet wydatków wojskowych (wydatki na "obronę narodową") w 2026 r. z jakiegoś powodu władze zaplanowały nawet nieco niżej niż w 2025 r. — 12,9 bln rubli w porównaniu z 13,5 bln rubli w poprzednim roku (602,4 mld zł w porównaniu z 630,5 mld zł).

Putin z jakiegoś powodu to zatwierdził, ale potem, oczywiście, skorygował ten błąd i w ramach improwizowanej procedury dodał do ogólnej listy wydatków publicznych kolejne 4-5 bln (187-234 mld zł) na wojnę. Łącznie wyszło 17 bln rubli (794 mld zł) lub nieco więcej.

Teraz spójrzmy na plan wydatków na 2027 r. — zobaczmy tam 17,1 bln rubli (799 mld zł) na "obronę narodową". Oczywiście nie jest to ostateczna kwota, po prostu powtarza ona tę, która wyszła w 2026 r. Kiedy nadejdzie 2027 r., prezydent doda do niej co najmniej kolejne 3-4 bln rubli (140-187 mld zł) i będzie to łącznie, powiedzmy, 21 bln rubli (981 mld zł). Trzeba przyznać, że brzmi to wiarygodnie.

W takim przypadku, jeśli Kreml nie wprowadzi cięć budżetowych, wydatki federalne wzrosną w 2027 r. do około 53 bln rubli (2,47 bln zł), deficyt federalny zbliży się do 10 bln rubli (467 mld zł), a deficyt całego systemu budżetowego może przekroczyć nawet 11 bln rubli (514 mld zł). W 2025 r. wyniósł on 8,3 bln rubli (388 mld zł) i został uznany za niedopuszczalny. W 2026 r., według wszelkich prognoz, wyniesie on 8,6 bln rubli (402 mld zł) i — nie ma co do tego wątpliwości — ponownie zostanie uznany za niedopuszczalny.

onet.pl\The Moscow Times