czwartek, 20 sierpnia 2026



Kluczowe w tej sprawie są wyjaśnienia Marka Falenty, biznesmena, który stał się twarzą afery podsłuchowej. W marcu 2021 r. podczas śledztwa dotyczącego obrotu taśmami przyznał, że działał na zlecenie CBA. Miał kupować nagrania od kelnera i przekazywać je funkcjonariuszom. Jak zeznał, współpracował ze służbami także po wybuchu afery.

— Moja rola polegała na pozyskiwaniu nagrań i przekazywaniu ich do CBA lub wskazanym przez nich dwóm dziennikarzom: panu Nisztorowi i Gmyzowi. To są ich zaufani dziennikarze — mówił śledczym Falenta.

Według jego relacji wszystkie taśmy trafiały do CBA aż do wygranych przez PiS wyborów parlamentarnych w 2015 r. Pierwsze przekazywał Jarosławowi Wojtyckiemu, funkcjonariuszowi CBA, który od 2004 r. był jego oficerem prowadzącym. Po wybuchu afery Falenta miał przekazywać nagrania także pracownikom prawicowych mediów. Wprost wskazał Cezarego Gmyza, który — jak twierdził — przekazywał je później funkcjonariuszom.

"Przekazania taśm odbywały się w wyznaczonych przez CBA mieszkaniach, najczęściej przy ul. Hożej i Pięknej (…) Po wybuchu afery bałem się tego robić i chciałem to zakończyć. Panowie z CBA obawiali się, że śledzi mnie inna służba i dlatego wymyślili, żeby przekazywać taśmy przez pana Cezarego Gmyza" — wyjaśniał Falenta.

Biznesmen twierdził również, że jego współpracę z CBA potwierdzają raporty, które wyciekły do mediów. Według jego zeznań Gmyz miał je otrzymywać od agenta CBA Artura Chodzińskiego, a następnie pokazywać Falencie jeszcze przed publikacją. Jeden z raportów miał nakazywać dalsze pozyskiwanie nagrań.

Chodziński to były dziennikarz "Gazety Wyborczej", który po 2005 r. trafił do CBA. W 2015 r. został zwolniony ze służby w związku z dochodzeniem dotyczącym wynoszenia tajnych materiałów. Po powrocie PiS do władzy w 2015 r. wrócił do CBA i awansował. Nadzorował m.in. operację "Okser", wymierzoną w Romana Giertycha.

(...)

Wróćmy do słów Falenty o zwolnieniu Cezarego Gmyza z tajemnicy dziennikarskiej. To jedna z podstawowych gwarancji wolności mediów — chroni źródła informacji i co do zasady uniemożliwia zmuszenie dziennikarza do ujawnienia informatora. Wyjątkiem jest m.in. zwolnienie z tajemnicy przez sąd lub samo źródło.

W lutym 2015 r. Gmyz zeznawał, że po raz pierwszy usłyszał o Falencie dopiero po jego zatrzymaniu w związku z aferą podsłuchową. Kilka miesięcy później przekazał prokuraturze kopię nagrania rozmowy wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem, zarejestrowanej 5 czerwca 2014 r. w restauracji "Sowa i Przyjaciele". Odmówił jednak odpowiedzi na pytania o źródło nagrania i o to, czy posiada inne taśmy. Powołał się na tajemnicę dziennikarską.

W styczniu 2023 r., już po zwolnieniu z tajemnicy, Gmyz przyznał, że jego pierwszym źródłem informacji o aferze był Marek Falenta. Zeznał też, że to od niego otrzymał kilkadziesiąt nagrań z warszawskich restauracji, zapisanych na zaszyfrowanym dysku. Część materiałów przekazał prokuraturze.

"Nagrania otrzymałem od Marka Falenty (...) Tych nagrań było kilkadziesiąt. Według mojej wiedzy to było większość nagrań z afery taśmowej. (...) Marek Falenta chciał, by materiały trafiły do CBA" — zeznawał Gmyz. Zanim jednak do tego doszło, nagrania zostały opublikowane w mediach. Gmyz twierdził, że kierował się "interesem publicznym", i zapewniał, że sam nie przekazywał ich innym redakcjom.

"Tajemnica dziennikarska obowiązuje mnie, jeżeli chodzi o to, ile i w jaki sposób kontaktowałem się z Markiem Falentą (…) znam go od dobrych kilku lat (…) Chciałem się zasłonić tajemnicą dziennikarską, odmawiając odpowiedzi na pytanie: czy przed publikacją rozmawiałem z Markiem Falentą na temat tych materiałów (…) Oprócz znajomości dziennikarskiej z Markiem Falentą zwyczajowo składamy sobie, czy to SMS-em, czy w innej formie, na przykład życzenia świąteczne" — zeznał pracownik TV Republika w pierwszym śledztwie dotyczącym afery podsłuchowej.

W swojej książce "Jak rozpętałem aferę taśmową" Nisztor opisał też rozmowy z osobami, które miały dostęp do nagrań. Pojawia się w nich wątek prywatnego detektywa i taśmy, która miała dotyczyć Donalda Tuska i jego wiedzy o Amber Gold. Według rozmówców Nisztora nagranie miało także dotyczyć syna byłego premiera.

Z rozmowy Piotra Nisztora z jego informatorami wynikało, że pewien prywatny detektyw miał wejść w posiadanie nagrania z podsłuchów, co pozwoliło mu na uniknięcie problemów prawnych. Nie pada tam żadne nazwisko.

onet.pl

środa, 19 sierpnia 2026



Część 1 (Kobieta):
„I to by było na tyle. Wszystko się skończyło. Srev oficjalnie nie istnieje, bo nie mamy już nic. Dzięki magazynowi w Szuszarach, który był naszym głównym magazynem... Na własnym magazynie, w biznes-centrum nie mamy praktycznie nic.
I tak 8 lat poszło na marne. Wszystko, nie ma nic. Nic.
Tak, są małe... ile tam, 30-40 tysięcy... Przepraszam, 15 milionów.
Nie mam... Ale nie mamy już nic. Mam na myśli, że nie ma zapasów, nie ma oszczędności, żeby jakoś... robić coś dalej. W każdym razie, wyzerowaliśmy się.
Wszystko. Dzisiaj... Siedzę i myślę, no tak naprawdę to niczego nie miałam. Mówiąc szczerze, klienci byli z Wildberries, kupujący z Wildberries, logistyka z Wildberries, reklama z Wildberries. A ja miałam tylko moje majtki i już ich nie ma. Cholera, płakać się chce, ale nie ma już siły.
Przepraszam.
Oficjalnie jestem nędzarką. I w dodatku w długach, k***a. Tak sobie żyjemy.”

Część 2 (Mężczyzna w samochodzie):
„Spójrzcie, teraz spaliło się 80% Wildberries. Towarów, magazynów — tego już się nie odzyska.
I pytanie brzmi następująco: to przecież nie są tysiące, nie dziesiątki tysięcy, ani nawet nie setki tysięcy ludzi — to są miliony ludzi, którzy pracowali na Wildberries i wokół Wildberries. Czyli to jest ogromny rynek podatników, ludzi, biznesów. W większości to wszystko jednoosobowe działalności gospodarcze (IP). Oni odpowiadają swoim majątkiem przed bankami.
Czyli w tej chwili jest to bankructwo, no... milionów ludzi. Bezrobocie na rynku wynosi już chyba z 40-50%. Tak, jeśli jesteś tokarzem czy spawaczem, to rzeczywiście znajdziesz pracę. Ale nie każdy chce nim być. Ja na przykład nie chcę być... Jestem raczej za naukami humanistycznymi. Każdy wybiera swoje.
I pojawia się pytanie: co mają robić ci ludzie? Jak mają się dalej rozwijać, jak wyżywić dzieci, jak patrzeć w przyszłość?
Powstaje pytanie — jak mamy dalej żyć w harmonii z tym, co się dzieje? Ja nie mam pytań, bardzo mocno kocham Rosję i nigdy nie myślałem o tym, żeby ją opuszczać. Ale teraz pojawia się myśl, że chyba trzeba zrobić ten krok mając 40 lat i znaleźć coś nowego w innym miejscu. Ale ja tego nie chcę... Po prostu nie rozumiem, jak dalej żyć, tak szczerze.”

/Translacja z materiałów wideo nagrywanych przez zrozpaczonych Rosjan - red./

x.com/CiemnejW


Skandal w rosyjskiej bankowości: Wnieszekonombank właśnie zwolnił swojego głównego ekonomistę Andrieja Klepacza po jego opinii, że Rosja właśnie przegrywa wojnę, bo Ukraina ma sojuszników.

Rosja nie będzie w stanie wygrać rywalizacji w „wojnie na wyniszczenie”, dopóki Ukraina jest wspierana przez świat zachodni. Powiedział o tym podczas sesji Klubu Nikickiego Andriej Klepacz, główny ekonomista Wnieszekonombanku (WNP . RF) — kluczowego rosyjskiego banku państwowego, który finansuje projekty narodowe Kremla i ma status „państwowej korporacji rozwoju”.

Według Klepacza koszty ponoszone przez rosyjską gospodarkę wskutek sankcji i zachodniej blokady rosną, zwiększają się straty spowodowane ukraińskimi uderzeniami w porty, infrastrukturę, zakłady chemiczne i rafinerie, a Rosja coraz bardziej pozostaje w tyle za światem pod względem rozwoju technologicznego.

„Pozostajemy w tyle. Przegrywamy zarówno technologiczną, jak i gospodarczą konkurencję na świecie. Co więcej, jak już mówiłem, przegrywamy ją nie tylko z Chinami i USA — w pewnych obszarach przegrywamy ją nawet z Ukrainą. Ukraińska gospodarka jest oczywiście częściowo zniszczona, kraj przeżywa katastrofę demograficzną. Ale mimo wszystko ukraińska gospodarka przetrwała. Oczywiście otrzymuje ogromną pomoc finansową […] Przy takiej skali pomocy ich wydatki wojskowe i własne wydatki to łącznie mniej więcej niemal 50% naszego budżetu” — powiedział Klepacz.

Według portalu "The Bell"  ekonomistę zwolniono po „telefonie z góry”. Drugie źródło również powiązało tę decyzję z wypowiedzią Klepacza o wojnie.

x.com/AryoSomeGumul

wtorek, 18 sierpnia 2026



Między USA a Rosją trwa "cicha" dyplomacja w sprawie Ukrainy - Financial Times

Według informacji gazety, w czerwcu szef Komisji ds. Sztuk Pięknych w USA, Rodney Mims Cook Jr., uczestniczył w Petersburgskim Forum Gospodarczym, gdzie spotkał się z przedstawicielami Kremla i omawiał możliwość zakończenia wojny.

x.com/WarNewsPL1


„Południowokoreańscy urzędnicy są wciąż w szoku z powodu wypowiedzi Trumpa, powiedziała osoba znająca poglądy Seulu na tę sprawę, której udzielono anonimowości ze względu na drażliwy charakter komentarzy. Coraz powszechniejsze jest jednak przekonanie, że Korea Południowa, podobnie jak Japonia, może potrzebować własnej broni jądrowej, aby zrównoważyć działania Pjongjangu i Pekinu – co niemal na pewno zapoczątkowałoby nowy wyścig zbrojeń w Azji.

„Zmierzamy powoli do nuklearnego potencjału Azji Północno-Wschodniej” – powiedział dziennikowi NatSec Daily JOEL WIT, koordynator Departamentu Stanu ds. porozumienia między USA a Koreą Północną z 1994 roku, mającego na celu zamrożenie programu zbrojeń nuklearnych Pjongjangu. „Koreańczycy z Południa są już zdenerwowani, a to podsyca ich zainteresowanie alternatywnymi rozwiązaniami”.

Seul prawdopodobnie monitoruje, czy Arabia Saudyjska sfinalizuje proponowaną umowę z USA dotyczącą technologii jądrowej, umożliwiającą Rijadowi wzbogacania uranu nadającego się do celów zbrojeniowych.

„Jeśli umowa z Arabią Saudyjską dojdzie do skutku, mogę zagwarantować, że Koreańczycy z Południa będą chcieli takiego samego rozwiązania” – dodał Wit.

„To kolejny gwóźdź do trumny nierozprzestrzeniania broni jądrowej i o wiele trudniej będzie argumentować przeciwko temu, że Korea Południowa nie opracowała własnej broni jądrowej” – powiedział DAVE RANK , były urzędnik ds. Korei w Departamencie Stanu w administracji Clintona.

Osiemdziesiąt procent Koreańczyków z Południa popiera stworzenie „rodzimego potencjału broni jądrowej” – wynika z wyników sondażu opinii publicznej, opublikowanego w kwietniu przez działającą w Seulu organizację non-profit Asan Institute for Policy Studies.

Źródło: Politico NatSec Daily

x.com/MStefan92


Trump, Rubio oraz sekretarz obrony Pete Hegseth co rusz powtarzają, iż Ameryka prowadzi dzisiaj politykę pod hasłem "Pokój poprzez siłę" ("Peace through strength"). Tak jak niegdyś, w czasach zimnej wojny, hołdował tej zasadzie Ronald Reagan.

Dzisiaj jednak nie widać ani pokoju, ani siły. Wręcz przeciwnie: chyba nigdy jeszcze w historii Stanów Zjednoczonych nie widzieliśmy tak jaskrawej przepaści między wielkomocarstwową retoryką, buńczucznymi groźbami, górnolotnymi hasłami a niekompetencją, ignorancją i infantylnymi zachowaniami obecnej administracji.

Za każdym razem, kiedy Trump zapowiada, iż "zrówna z ziemią Iran", wiadomo, że nic się nie wydarzy. Za każdym razem, kiedy mówi, że "cieśnina Ormuz jest pod całkowitą kontrolą USA", można się spodziewać, że jeszcze tego samego dnia kilka następnych tankowców zostanie trafionych irańskimi rakietami. Za każdym razem, kiedy szef Pentagonu zapewnia, że Ameryka nie ma żadnych problemów z produkcją amunicji, można stawiać dolary przeciwko orzechom, że magazyny są puste.

Wróćmy na moment do "Ulchi Freedom Shield". Otóż Trump ogłosił swoją decyzję w sprawie manewrów dwa dni po tym, jak władze w Pjongjangu ostro przeciwko nim zaprotestowały (jak co roku zresztą), uznając je za "prowokację". Jeśli największa globalna potęga kuli ogon po tupnięciu nogą przez Kim Dzong Una, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko gromko zawołać: "Ratuj się kto może".

Ameryka się zwija - i politycznie, i militarnie. "Peace through strength" jest jedynie na pokaz. W rzeczywistości mamy do czynienia z niebezpieczną mieszanką chaosu, ignorancji i tchórzostwa. Niedawno Elbridge Colby, prawa ręka Pete’a Hegsetha, w trakcie kilkunastominutowego wystąpienia w stolicy Filipin Manili nie wymienił ani razu Chin. Prawdopodobnie po to, by nie drażnić smoka.

(...)

Dodajmy do tego zainicjowany właśnie proces przeglądu obecności amerykańskich sił w Europie, który ma w założeniu doprowadzić do ich redukcji. Pentagon wysłał do stolic państw członkowskich specjalny formularz z pytaniami testującymi polityczną "lojalność" sojuszników (czy np. wspierają oni operację USA przeciwko Iranowi i czy kupują amerykańskie uzbrojenie). Cel jest jasny: Biały Dom chce mieć pretekst, aby cięcia były jak najgłębsze. /To raczej nie Colby, który jest rozsądny choć lekki izolacjonista-realista, a Hegseth - bezreflaksyjne przedłużenie woli Trumpa - red./

Trump może zaoszczędzić na ćwiczeniach w Korei Południowej i na wycofaniu amerykańskich kontyngentów z Europy. Może wybłaga jeszcze jeden szczyt z Kim Dzong Unem ("Zapraszamy do Pjongjangu!") oraz z Władimirem Putinem ("Zapraszamy do Moskwy!"). Może nawet doczeka się jakiegoś komplementu od Xi Jinpinga, czego łaknie jak kania dżdżu. Aczkolwiek jednej rzeczy już nie odzyska: wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako poważnego, odpowiedzialnego sojusznika.

Ta bowiem leży w gruzach.

/Przynajmniej chwilowo - red./

wp.pl

poniedziałek, 17 sierpnia 2026



Wpis prezydenta Zełenskiego w rocznicę Bitwy Warszawskiej👇dobrze pokazuje ewolucję ukraińskiej polityki historycznej w ostatniej dekadzie.

Kijów odwołuje się teraz do ukraińskiego wsparcia dla Polski w wojnie z sowiecką Rosją w 1920 r. Rzeczywiście 16-tysięczne siły ukraińskie odegrały ważną rolę w obronie Zamościa przed bolszewicką Armią Konną  gen. Budionnego i strategicznie ważnej granicy z Rumunią.

Tymczasem do 2016 r. w Kijowie (podobnie jak wielu innych miastach Ukrainy) istniały aż trzy ulice Budionnego. Teraz to ul. Wasyla Kuka (ostatni przywódca UPA), Iwana Bohuna (jeden z przywódców Powstania Chmielnickiego) i Chlebowa.

Aż do 2017 r. pod Oleskiem, niedaleko Lwowa, istniał monumentalny pomnik Armii Konnej (ciekawy artystycznie👇), która przecież złupiła Galicję. Siłą inercji przetrwał 26 lat ukraińskiej niepodległości.

Ukraińska polityka historyczna wciąż ewoluuje.

Wyzwaniem na przyszłość pozostaje znalezienie narracji o tych Ukraińcach (większość), którzy po 1917 r. wybrali komunizm zamiast tworzenia niepodległego państwa oraz miejsca dla milionów Ukraińców w Armii Czerwonej, w tym w Armii Konnej. 

Dobrym studium przypadku jest jej 6. Dywizja na czele z urodzonym pod Odessą Semenem Tymoszenką (potem marszałek i minister obrony ZSRR), która w 1920 r. szturmowała Zamość. Bronił go Marko Bezruczko, urodzony pod Zaporożem. Dwóch Ukraińców po dwóch stronach frontu (o ich żołnierzach nie mówiąc).

x.com/W_Kononczuk

niedziela, 16 sierpnia 2026



Kalkulacja była taka. W początkach kampanii Karol Nawrocki był nieporadny w pierwszych przemówieniach, słupki notowań miał niskie, część polityków PiS sabotowała jego kandydaturę i podsycała w mediach nastrój, że kandydat PiS może nie wejść do drugiej tury. Bosak — relacjonują ludzie z jego otoczenia — bardzo chciał wykorzystać słabość Nawrockiego. Problem w tym, że kandydatem Konfederacji był już Sławomir Mentzen, który powiedział, że będzie startował bez względu na wszystko, i to zrobił.

— Krzysiek robił dobrą minę do złej gry. Nawet mu to wychodziło. Chciał kandydować, ale nie chciał, żeby przez to się rozleciała partia. Odłożył własną ambicję na bok — mówi mój rozmówca.

W wymarzonym scenariuszu Bosak wchodził do drugiej tury z Rafałem Trzaskowskim i wtedy wszyscy na prawicy jednoczą się przeciwko prezydentowi Warszawy, dając zwycięstwo najgładszemu z narodowców. Ostatecznie wystartował jednak Mentzen i zdobył 14,8 proc.

Dziś Krzysztof Bosak wpada czasami do pałacu prezydenckiego. Spotkania osobiste z Nawrockim nie są częste, ale telefonicznie bądź SMS-owo już tak. — Trzymają bliski kontakt — opowiada jeden z polityków z jego kręgu.

— Ale Karol stara się trzymać równowagę w kontaktach z Bosakiem i Mentzenem, żeby któryś nie czuł się wyróżniany, bo mogliby się pożreć — mówi rozmówca z obozu prezydenta.

(...)

Bosak, tak jak Nawrocki, jest bardzo krytyczny wobec Ukrainy. Ale mówi nie tylko o banderowcach i o tym, że Kijowowi nie można dawać rakiet do Patriotów. Wspomina też często o emeryturach z ZUS, które w przyszłości będą wypłacane Ukraińcom, którzy w Polsce płacili składki.

Obydwaj są twardymi prawicowcami w podobnym wieku (44-letni Bosak jest o rok starszy). Ale coś ich różni. — Bosak ma wrodzoną inteligencję, ale jest lekkoduchem. Nawrocki jest przy Krzyśku dość tępy, za to zawzięty, zdyscyplinowany, przyzwyczajony do ciężkiej pracy i dzięki temu doszedł na szczyt — opisuje człowiek z ich kręgu.

Brak wyższego wykształcenia to wielki kompleks Bosaka. Jest już za stary na chodzenie na regularne studia, ale na tyle młody, by nie porzucać myśli o dyplomie. Poszedł jednak na łatwiznę i to się za nim ciągnie. — Świętoszek — mówi polityk prawicy, który go zna. — Poucza, stawia się w roli autorytetu, a sam kombinował, jak tu skończyć jakieś studia, byle najłatwiej.

Patrząc na jego edukacyjną epopeję, widać, że zainteresowania ma rozległe. Próbował sił na architekturze na Politechnice Wrocławskiej, ekonomii w SGH, filozofii na prywatnej uczelni, aż wylądował na kolejnej: w Collegium Humanum — fabryce dyplomów dla licznych polityków różnych partii. Gdy po artykule "Newsweeka" wybuchła afera, bo Renata Kim ujawniła, że nauka na tej uczelni to w dużej mierze fikcja, początkowo twierdził, że nie był studentem kontrowersyjnej placówki, potem jednak przyznał, że był. — A najgorsze jest to, że on nie miał nic specjalnie do roboty, ale i tak wolał iść do Humanum — słyszymy.

Zamiast dyplomu ma — jak mówią w jego otoczeniu — dar od Boga. Jest wygadany. A nawet rozgadany — potrafi długo deliberować nad sprawą, przeciągać decyzje, roztrząsać każdy detal. — Potrafi przemawiać i publicznie dyskutować. To boski dar, ale też dużo pracy. Czasami ma też ściągawki, które sobie przygotowuje przed programami — opowiadają konfederaci. To go odróżnia od Mentzena, który jest jak strzelający pistolet.

W otoczeniu Bosaka zwracają też uwagę na rozdęte ego swojego lidera i na to, że bardzo łatwo go czymś urazić.

Bosak ma ambicje. Zmienne. Celował w MSZ, ale na początku wojny w Ukrainie zmienił swój cel z dyplomacji na MON. — Zwrot był nagły, ale Bosak się trzyma obranego kierunku. W wojennych czasach to najważniejszy resort — mówi polityk prawicy. — Bosak wizytował jednostkę specjalną GROM. Uczy się każdego rodzaju wojska — dodaje. Wpisał się na koniec do księgi pamiątkowej, ale szerzej chwalić się wizytą nie mógł.

W wywiadzie w Polsacie ubolewał niedawno: — Jeżeli ja odwiedzam na zamkniętych wizytacjach komisji obrony zakłady zbrojeniowe czy jednostki wojskowe, to nie jest coś, co możemy pokazać wyborcom. Często nawet nie możemy wykonać jednego zdjęcia, bo zakłady bądź jednostki wojskowe są objęte ochroną.

Ale do czasu objęcia wymarzonej teki lubi swój fotel wicemarszałka Sejmu. — Bo chce i lubi błyszczeć — słyszymy w jego otoczeniu.

To najwyższe stanowisko piastowane przez polityka Konfederacji, ale dla 44-letniego polityka najwyższy już czas, by nie tylko gardłować, ale rządzić. — Bosak uważa, że jeśli będzie okazja, aby w 2027 r. wejść do rządu, nie będzie się wzbraniał i pójdzie na ministra — mówi jeden z jego partyjnych towarzyszy.

Bosak i Mentzen wypracowali model współpracy, który zakłada brak kontaktów i rozmów. Jadą na jednym wózku, są w jednej partii czapie (Konfederacji), ale każdy robi, co chce. Trochę się wadzą publicznie, ale nie tak, żeby się rozejść, bo alians im się opłaca. — Każdy sobie rzepkę skrobie i jakoś to idzie — mówi człowiek ze środowiska Konfederacji. — Mentzen bawi się polityką. Bosak chce iść do rządu — ocenia. To rodzi ryzyko rozpadu, gdy po wyborach Konfederacja będzie przed wyborem: rząd z liberałami, czyli obozem Donalda Tuska, czy z konserwatystami, czyli z obozem Jarosława Kaczyńskiego. Konfederacja może pęknąć, bo Bosak z Tuskiem rządzić nie zamierza, a Mentzen taki odległy od Koalicji Obywatelskiej nie jest.

Wizja rządów koalicyjnych z PiS wymagałaby przezwyciężenie traumy sprzed prawie 20 lat. Bosak był wtedy najmłodszym posłem (wchodząc do Sejmu, miał 23 lata), a jego Liga Polskich Rodzin — kojarzona głównie z Romanem Giertychem — została rozszarpana przez PiS.

W 2007 r. nie dostał się do Sejmu. Błąkał się na marginesie polityki, wystąpił za to w "Tańcu z gwiazdami", był niszowym redaktorem, zakładał fundacje albo pracował w cudzych. — Przez parę lat był na garnuszku rodziców — opowiadają znajomi. Mieszkał z kolegami w wynajmowanym mieszkaniu. Mógł wrócić do Sejmu, bo kusili go i PiS, i Paweł Kukiz, by startował z ich list, ale wolał tworzyć Ruch Narodowy. Odyseja skończyła się w 2019 r. — z list Konfederacji dostał się do Sejmu.

Już się nie daje z niego wypchnąć i celuje wysoko.

— Jednak nie chce być premierem, a na pewno w żaden sposób nie zdradza takich ambicji. On woli mieć władzę nad swoim odcinkiem, a nie szarpać się na fotelu szefa rządu. On wie, że to niewdzięczna robota, bo trzeba starać się panować nad masą rzeczy — mówi człowiek z Konfederacji.

Zwłaszcza że — to dość powszechna opinia w jego otoczeniu — nie potrafi zarządzać ani nie ma ręki do ludzi. — Jego prawa ręka Witold Tumanowicz został właśnie gwiazdą w tabloidach — żartują na prawicy. — Poseł został sfotografowany podczas interwencji straży miejskiej, gdyż był pod wpływem alkoholu. Na zdjęciach wyglądał, jakby podchodził już do niekontrolowanego lądowania na ziemi, ale starał się utrzymać równowagę.

Lepszy zaciąg miał do pałacu Nawrockiego, gdzie łącznikiem Bosaka w Kancelarii Prezydenta jest Piotr Głowacki, szerzej nieznany, ale wśród narodowców rozpoznawalny, doradca etatowy prezydenta. — Ta nominacja to ukłon Nawrockiego wobec Krzyśka, przekaże Bosakowi, co trzeba — mówi mój rozmówca. Wokół prezydenta jest też związany z Bosakiem Łukasz Czernicki, który zasiada w Radzie Gospodarczej. Z narodowców (choć on jest już w zasadzie byłym narodowcem) najwyższą formalnie pozycję ma Adam Andruszkiewicz, wiceszef Kancelarii Prezydenta, ale on jest z Bosakiem i Ruchem Narodowym śmiertelnie skłócony. Najbliżej mu do Mateusza Morawieckiego, PiS z niego szydzi.

onet.pl

sobota, 15 sierpnia 2026



Wcześniej włączenie tych przekaźników skończyło się ultimatum ze strony Wołodymyra Zełenskiego wobec Alaksandra Łukaszenki z sugestią, że Ukraina zamierza je zniszczyć. Przekaźniki zamilkły pod koniec czerwca.

Na informację o ponownym ich uruchomieniu, która pojawiła się na kanale telegramowym Operatywnyj inform, zwrócił uwagę białoruski bloger Ihar Łosik.

– Na dzień dzisiejszy w obwodzie homelskim na Białorusi odnotowano pracę dwóch przekaźników wykorzystywanych do sterowania Szahedami w sieci Mesh.

Sieć Mesh to zdecentralizowana sieć łączności, w której kilka węzłów łączy się ze sobą i może przekazywać sygnał dalej, pełniąc rolę swoistych przekaźników: dane mogą przechodzić nie przez jeden centralny punkt, lecz kilkoma trasami.

(...)

Przypomnijmy, że strona ukraińska informowała o działaniu na terytorium Białorusi przekaźników, które – według tych twierdzeń – Rosja wykorzystuje do utrzymywania łączności z dronami typu Szahed i korygowania ich lotu w głąb Ukrainy. 19 czerwca Wołodymyr Zełenski postawił Alaksandrowi Łukaszence ultimatum: w ciągu tygodnia ma zdemontować przekaźniki w przygranicznych rejonach Białorusi. Zełenski uprzedził, że w razie niewykonania żądania Ukraina „zrobi to sama". Zgodnie z jego oświadczeniem z 24 czerwca, od 22 czerwca przekaźniki na Białorusi przestały działać, nie było jednak informacji o tym, czy zostały zdemontowane, wyłączone przez białoruskie władze, czy zniszczone.

29 czerwca 2026 roku były naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandr Syrski oświadczył, że jeden z białoruskich przekaźników został po tym jeszcze raz włączony. Dodał jednak: – Więcej już ich włączać nie będą. Nie potwierdził przy tym, że wszystkie instalacje zostały zdemontowane. Ukraińskie oświadczenia świadczyły więc przede wszystkim o zaprzestaniu pracy przekaźników, nie dawały jednak jasnej odpowiedzi, w jaki dokładnie sposób to osiągnięto.

30 czerwca 2026 roku przedstawiciel Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi ds. obrony i bezpieczeństwa narodowego Wadzim Kabanczuk przedstawił wersję, że przekaźniki zostały fizycznie zniszczone przez ukraińskie drony. – Fizycznie już nie istnieją – oświadczył, nie podając źródła informacji. Według słów Kabanczuka mogło chodzić nie tylko o wyłączenie, lecz o punktowe zniszczenie obiektów, jednak strona ukraińska oficjalnie tego nie potwierdziła.

centrumeuropy.pl

piątek, 14 sierpnia 2026



Prezydent Rosji w czwartek pojawił się na pokładzie krążownika rakietowego Floty Pacyfiku w pełnym umundurowaniu marynarki wojennej, prezentując się jako dowódca czasu wojny. Nadzorował ćwiczenia wojskowe na rosyjskim Dalekim Wschodzie.

(...)

Dzień przed pojawieniem się Putina na pokładzie krążownika Ukraina przypuściła duży atak na Noworosyjsk, główną rosyjską bazę morską na Morzu Czarnym. Wcześniejsze ukraińskie ataki zmusiły Moskwę do wycofania dużej części swojej floty z okupowanego Krymu.

Atak uderzył w infrastrukturę morską i portową oraz zmusił terminale zbożowe do zawieszenia działalności. Władze rosyjskie ogłosiły stan wyjątkowy.

(...)

Putin wykorzystał swój pokaz również jako odpowiedź na rosnącą presję Zachodu na rosyjską flotę cieni. Nazwał ewentualne przejmowanie statków piractwem i rozbojem, a następnie ostrzegł, że jego kraj może podjąć działania odwetowe, gdziekolwiek uzna to za stosowne.

Dowódca Floty Pacyfiku adm. Wiktor Liina posunął się dalej, mówiąc, że Rosja jest gotowa dokonywać inspekcji i zatrzymań statków powiązanych z "nieprzyjaznymi" państwami.

(...)

Sąd Najwyższy Rosji w tym tygodniu wykluczył partię Jabłoko (jedyną zarejestrowaną partię otwarcie sprzeciwiającą się wojnie) z udziału we wrześniowych wyborach parlamentarnych. Powiązani z Kremlem stratedzy polityczni przekazali niezależnie serwisowi Meduza, że ​​antywojenna kampania ugrupowania zaczęła zyskiwać wystarczające poparcie, aby wzbudzić obawy o cele wyborcze rządzącej Jednej Rosji.

onet.pl\Kyiv Post


Łukaszenko tradycyjnie uprawia słowną akrobatykę. Na przykład w 2021 r. nazywał Zełenskiego "Wołodią" i "traktował go jak własne dziecko", a w 2023 r. wyzywał go od "wszy". 29 maja 2026 r. Łukaszenko poparł rosyjską propagandową narrację przedstawiającą Zełenskiego jako narkomana ("gdzieś zapalił, gdzieś wbił sobie igłę… i zaczyna wygłaszać oświadczenie. Po prostu mi go żal").

W czerwcu jednak publicznie przeprosił "Władimira Aleksandrowicza" za te słowa i zapewnił, że "włączenie się Białorusi w jakiejkolwiek roli do wojny, do konfliktu, jest niedopuszczalne", a Ukraina z jego strony "nie ma absolutnie czego" się obawiać.

Właśnie w tym czasie trwało tworzenie nowej brygady desantowo-szturmowej na granicy Białorusi z Ukrainą.

Dyplomatyczna akrobatyka to również ulubiony styl Łukaszenki. Od 2020 r., pozbawiony legitymizacji w kraju i polegający w utrzymaniu władzy na poparciu Putina, białoruski przywódca sam radykalnie zawęził sobie pole manewru dyplomatycznego.

Nawet jeśli brygada ta nigdy nie przekroczy granicy, sam fakt jej istnienia zmusza Ukrainę do utrzymywania znacznych rezerw na północy, odciągając je od rzeczywistych działań bojowych na wschodzie i południu.

Tę strategię wojskowego blefu reżim Łukaszenki stosuje od pierwszych dni wojny. Przez cały r. 2022 i później na Białorusi odbywały się to jedne, to inne ćwiczenia, które nie bez powodu niepokoiły Ukrainę. Przejawiało się to w powtarzających się pytaniach ukraińskich dziennikarzy: "No to co, jutro jednak armia białoruska zaatakuje?".

Przekonujące krzyczenie "zagrożenie, zagrożenie !" przez lata jest trudne. Efekt stopniowo wygasł. Utworzenia brygady nie można już jednak zignorować.

(...)

Łukaszenko nie tylko tworzy nową brygadę, ale także nakazał ministrowi obrony wcielić niedbałych urzędników do wojska i wysłać na granicę z Ukrainą. Z kolei na naradzie po kompleksowej kontroli sił zbrojnych oświadczył, że Białoruś przygotowuje się do wojny: "nie może być mowy o czasie pokoju".

Ukraina również zachowuje się tak, jakby żadne z dotychczasowych "czerwonych linii" nie istniały. Na szczeblu politycznym po raz pierwszy odbyła się oficjalna wizyta białoruskiej przywódczyni demokratycznej Swiatłany Tichanowskiej w Kijowie oraz jej spotkanie z Władimirem Zełenskim; nawiązuje się współpraca między białoruskimi siłami demokratycznymi a władzami ukraińskimi. Wcześniej, jak się wydaje, przeszkadzały w tym właśnie te "czerwone linie" oraz niechęć Kijowa do prowokowania Łukaszenki.

Na płaszczyźnie wojskowo-dyplomatycznej sytuacja wygląda jeszcze bardziej klarownie. W czerwcu Zełenski postawił Łukaszence ultimatum: miał w ciągu tygodnia usunąć rozmieszczone na Białorusi stacje retransmisyjne dla bezzałogowych statków powietrznych (BPA), które korygują rosyjskie ataki na ukraińskie miasta, oraz zaprzestać dostaw produktów naftowych dla armii Federacji Rosyjskiej. Nie czekając na upływ terminu ultimatum, Łukaszenko wyleciał z Białorusi w atmosferze ścisłej tajemnicy, oficjalnie nazywając to "długotrwałą delegacją zagraniczną" (nie podając dokładnych terminów, kierunków ani celów podróży).

Później Zełenski oświadczył, że w terminie wyznaczonym w ultimatum przestały działać stacje przekaźnikowe dla rosyjskich dronów na terytorium Białorusi. Ani Kijów, ani Mińsk nie wyjaśniły, w jaki sposób do tego doszło. Natomiast Wadim Kabanczuk, przedstawiciel do spraw obrony i bezpieczeństwa narodowego Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi (odpowiednik ministra obrony w strukturze białoruskich sił demokratycznych), oświadczył, że retransmitery na Białorusi zostały zniszczone przez ukraińskie drony. Dostawy paliwa do Rosji z białoruskich rafinerii nie zostały jednak wstrzymane.

onet.pl\The Moscow Times