czwartek, 2 lipca 2026



Lars Petersen: - Obserwuje pan Unię Europejską od początku lat 90., kiedy założył pan EUTOP. Czy przez ten czas Europa stała się bardziej zdolna do działania, czy po prostu bardziej skomplikowana?

Klemens Joos /założył EUTOP, agencję pośredniczącą między przedsiębiorstwami a instytucjami europejskimi - red./: Oba stwierdzenia są prawdziwe. Jeśli chodzi o podstawy prawne Unii Europejskiej, to zdecydowanie stała się ona bardziej zdolna do działania. Traktat z Maastricht z 1993 r. był prawdziwym przełomem dla politycznej Unii Europejskiej. Natomiast Traktat z Lizbony, który wszedł w życie w 2009 r., to w sensie konstytucyjnym de facto narodziny Stanów Zjednoczonych Europy. Wiele osób do dziś nie rozumie, jak daleko sięga ta integracja UE.

- Jak daleko?

Bardzo daleko, choć wymagało to dwóch podejść i pierwsza próba upadła z powodu sprzeciwu społeczeństwa. Traktat z Lizbony, który przyniósł ten potężny impuls integracyjny, w ok. 90 proc. odpowiada pierwotnemu traktatowi konstytucyjnemu, który został podpisany 29 października 2004 r. w Rzymie, ale w 2005 r. odrzucono go w referendach we Francji i Holandii, przez co nigdy nie wszedł w życie.

Potem, mówiąc obrazowo, zdjęto z choinki łańcuchy, lampki i bombki, ale użyto tego samego drzewka i poddano pod głosowanie lekko zmodyfikowany projekt traktatu kilka lat później. Traktat został ratyfikowany jeszcze podczas kryzysu finansowego związanego z upadkiem Lehman Brothers, który przyćmił inne tematy, jak np. pogłębianie integracji UE. Jestem przekonany, że gdyby wtedy wszyscy decydenci i obywatele krajów członkowskich zdawali sobie sprawę, co rzeczywiście uchwalają, zapewne nie doszłoby do przyjęcia tego traktatu. Dobrze, że stało się inaczej.

- Gdzie konkretnie widać sprawność działania UE?

1 grudnia 2009 r. na mocy Traktatu z Lizbony kilka obszarów politycznych uznawanych dotąd za kluczowe dla suwerenności państw członkowskich — np. sprawy wewnętrzne, wymiar sprawiedliwości, rolnictwo i handel zagraniczny — zostało przeniesionych z zasady jednomyślności na zasadę większości kwalifikowanej w Radzie UE. Oznacza to, że państwa członkowskie straciły prawo weta w tych dziedzinach, a decyzje zapadają teraz większością kwalifikowaną. Od tego momentu znacznie więcej decyzji zapada na poziomie unijnym, a rola tej instytucji została trwale umocowana.

Ponadto od 2009 r. Parlament Europejski niemal wszędzie jest równorzędnym decydentem. To oznacza, że nie tylko przedstawiciele państw członkowskich — czyli szefowie państw i rządów — i Komisja Europejska podejmują decyzje w najważniejszych obszarach polityki, lecz wszystkie trzy instytucje wspólnie. Skutkiem tego wspólnego działania jest znacznie większa sprawność UE na zewnątrz — z wyjątkiem polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, która nadal wymaga zgody każdego państwa członkowskiego.

- Dlaczego zatem UE stała się jednocześnie bardziej skomplikowana?

Od czasu Traktatu z Lizbony mamy do czynienia ze skomplikowanymi i często nieprzejrzystymi procesami decyzyjnymi na wielu poziomach — pomiędzy Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i Radą UE. Tylko wtedy, gdy te trzy instytucje współpracują, możliwe są decyzje.

Oto kilka obrazowych liczb: Komisja Europejska składa się obecnie z przewodniczącej, sześciorga wiceprzewodniczących i 20 komisarzy. Do tego dochodzi 32 tys. urzędników — prawdziwych eurokratów. W Parlamencie Europejskim zasiada 720 posłów, wspieranych przez ok. 8 tys. pracowników. W Radzie UE zasiadają setki ministrów branżowych wszystkich 27 państw członkowskich, a wspiera ich ponad 2500 pracowników sekretariatu generalnego. I nie wolno zapominać o 27 głowach państw i rządów razem z ich urzędami.

- Jakie są konsekwencje tego stanu rzeczy?

Powstał system "decyzji bez decydentów" — w takim sensie, że z zewnątrz często nie sposób ustalić, kto faktycznie podjął daną decyzję. Moim zdaniem to właśnie jest głębszą przyczyną poczucia alienacji i bezsilności, które odczuwają zarówno obywatele, jak i gospodarka, a nawet częściowo sama polityka — i które wykorzystywane są przez populistów zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Do tego dochodzi fakt, że w europarlamencie nie ma frakcji rządowych i opozycyjnych. Komisja Europejska musi dla każdej decyzji zdobywać nową większość w europarlamencie, znajduje się więc w sytuacji podobnej do rządu mniejszościowego.

- Czyli uważa pan, że UE stała się silniejsza, ale jednocześnie rządzenie nią jest trudniejsze?

Zgadza się. Na zewnątrz UE jest zdolna do działania, bo dzięki Traktatowi z Lizbony zyskała nowe kompetencje. Wewnątrz jednak stopień skomplikowania tak wzrósł, że procesy decyzyjne w ramach zwykłej procedury legislacyjnej prowadzą często do nieprzewidywalnych rezultatów. Dlatego też instytucje unijne wprowadziły tzw. trialog nieformalny. To dziś najważniejsze gremium decyzyjne UE. Przedstawiciele Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady UE spotykają się tam na nieformalnych rozmowach, by jak najwcześniej wypracować kompromisowe linie we wszystkich nadchodzących decyzjach.

Efekt jest imponujący: niemal 90 proc. aktów prawnych w ramach zwykłej procedury ustawodawczej zostaje uchwalonych już po pierwszym czytaniu i z chwilą publikacji w Dzienniku Urzędowym staje się prawem. Trialog — który nie został nawet wspomniany w Traktacie z Lizbony — z racji poufności obrad jest jednak "czarną skrzynką", która nie czyni procesów decyzyjnych bardziej przejrzystymi, a wręcz przeciwnie. Kto chce zrozumieć Unię Europejską, musi najpierw zgłębić ten proces.

- Co pana fascynuje w Unii Europejskiej?

Europa to polityczna historia pokoju i gospodarczy sukces, który do dziś przyciąga inne państwa. I przy całej słusznej krytyce szczegółów nie powinniśmy zapominać: Stany Zjednoczone Ameryki potrzebowały po Deklaracji Niepodległości w 1776 r. wojny secesyjnej i prawie 100 lat, by zakończyć proces jednoczenia kraju. Traktat konstytucyjny z Lizbony został przyjęty zaledwie 16 lat temu. A w Unii Europejskiej nikt do siebie nie strzela. To już samo w sobie jest ogromną wartością.

- Czy zatem jesteśmy wobec Europy zbyt niecierpliwi?

Tak, a ta niecierpliwość wynika czasem też z niewiedzy. Nauczyliśmy się, że demokracja jest wymagająca, a osiąganie kompromisu żmudne. A jednak rośnie liczba osób o postawie "kanapowca": jeśli coś nie działa od razu, od razu się zniechęcają. Ale sukces, a także jego utrzymanie, wymagają wysiłku — to dotyczy zarówno firmy, stowarzyszenia, jak i polityki.

- Mówi pan nawet o renesansie UE. Dlaczego?

Bo UE nas chroni: chroni przed wewnętrznymi konfliktami militarnymi, przed zewnętrznymi agresorami i przed wojnami handlowymi. Daje nam niezbędną skalę, by w świecie, który po epoce globalizacji coraz bardziej dzieli się na rywalizujące ze sobą bloki, nadal odgrywać znaczącą rolę. W ramach rynku wewnętrznego UE żyje 451 mln konsumentów — więcej niż w USA. A dzięki Francji wśród krajów członkowskich jest potęga nuklearna. Tylko UE jest w stanie stać się trzecim filarem nowego porządku światowego obok USA i Chin.

(...)

- Jakie reformy są potrzebne, by UE była jeszcze bardziej sprawna?

Po pierwsze: inicjatywa ustawodawcza, która obecnie należy wyłącznie do Komisji Europejskiej, powinna zostać rozszerzona na Radę UE i Parlament Europejski, by zlikwidować wąskie gardło, jakim jest dziś Komisja.

Po drugie: Komisja Europejska powinna wywodzić się z większości parlamentarnej i być przez nią wspierana, a nie — jak rząd mniejszościowy — za każdym razem szukać nowych większości dla każdego aktu prawnego. Trialog nieformalny jako "prowizoryczne rozwiązanie" nie powinien na stałe pozostać głównym miejscem dochodzenia do porozumienia, ponieważ UE potrzebuje większej przejrzystości, odpowiedzialności i jasności politycznej.

Po trzecie: koniec z jednomyślnością we Wspólnej Polityce Zagranicznej i Bezpieczeństwa.

onet.pl\Die Welt

środa, 1 lipca 2026



Według wspomnianego raportu powodem rozłamu była tajna amerykańska misja wojskowa o kryptonimie "Projekt Wolność". W ramach tej operacji USA chciały zabezpieczyć żeglugę przez cieśninę Ormuz i eskortować tankowce przez ten strategiczny przesmyk.

Jednak amerykański plan się nie powiódł. Jak podaje raport, Arabia Saudyjska odmówiła Amerykanom dostępu do swoich baz wojskowych i nie wyraziła zgody na przeloty nad terytorium kraju. Bez wsparcia królestwa Saudów Waszyngton musiał przerwać operację. Dla Białego Domu było to wyraźne lekceważenie.

W odpowiedzi Trump wyraźnie zwiększył presję. Według doniesień Biały Dom zagroził Arabii Saudyjskiej nawet wstrzymaniem dostaw pilnie potrzebnych systemów obrony przeciwrakietowej. Dopiero wtedy Rijad ustąpił i zniósł ograniczenia. Jednak szkody zostały już wyrządzone: "Projekt Wolność" ostatecznie zakończył się fiaskiem, a między Trumpem i księciem Muhammadem ibn Salmanem miało dojść do kilku burzliwych rozmów telefonicznych.

To może być najpoważniejszy kryzys między Waszyngtonem a Rijadem od lat. Według "Wall Street Journal" Stany Zjednoczone rozważają obecnie ograniczenie swojej obecności wojskowej w Arabii Saudyjskiej i zwrócenie się ku takim sojusznikom jak Izrael czy Jordania.

onet.pl\BILD


Jak podaje agencja Interfax, powołując się na dane Banku Centralnego Federacji Rosyjskiej, w czerwcu ilość gotówki w obiegu wzrosła o kolejne 449,7 mld rubli (ponad 22 mld zł). W porównaniu z majem tempo wzrostu ilości gotówki w gospodarce wzrosło o 18 proc.: wówczas ilość gotówki w obiegu wzrosła o 386,2 mld rubli (18,7 mld zł).

W okresie od lutego do czerwca łączna kwota gotówki wzrosła o 1,903 bln rubli (92,3 mld zł). Średnio każdego miesiąca Rosjanie i przedsiębiorstwa wypłacali w gotówce 380,7 mld rubli (ok. 18,5 mld zł), czyli 12,6 mld rubli dziennie (612,5 mln zł). Rekordowy odpływ w tym roku — 607,3 mld rubli (29,5 mld zł) — Bank Centralny odnotował w kwietniu.

Można mówić o tym, że ukształtował się trwały trend polegający na wypłacaniu oszczędności w gotówce — stwierdza dyrektor zarządzający Expert RA Jurij Belikow. Przedsiębiorstwa przechodzą do szarej strefy z powodu wzrostu podatków, a ludzie starają się mieć zapas banknotów na wypadek przerw w dostępie do internetu — wyjaśnia.

Wzrost ilości gotówki w obiegu to "bardzo niepokojąca sytuacja" — mówił w czerwcu na forum PMEF wiceprezes zarządu Sberbanku Taras Skworcow. Według niego gotówka wycofana z systemu bankowego nie wraca do obiegu. "Nie obserwujemy wzrostu inkasa ani wpłat za pośrednictwem urządzeń samoobsługowych, bankomatów i terminali do systemu bankowego. Oznacza to, że gotówka pozostaje obecnie w rękach ludności" — powiedział Skworcow.

Według danych Banku Centralnego na dzień 1 maja trzymano w gotówce 17,7 bln rubli (80,6 mld zł) oszczędności — kwotę rekordową w historii. "Pod materacami" oraz w skrytkach bankowych obywatele Federacji Rosyjskiej przechowywali 88 proc. gotówkowej masy pieniężnej, którą Bank Centralny oszacował na 20,09 bln rubli (976,8 mld zł) na koniec kwietnia.

onet.pl\The Moscow Times


— W ciągu ostatnich kilku miesięcy podróżowałem po Europie, rozmawiając z Ukraińcami w wielu krajach, i słyszałem wiele opowieści o tym, co zostało nazwane "wypychaniem". Zdecydowanie dostrzegam pewne tendencje — powiedział komisarz Rady Europy ds. praw człowieka Michael O'Flaherty.

Komisarz wskazał na cięcia świadczeń socjalnych i dodatków mieszkaniowych. Mówił też o "wzroście nienawiści do Ukraińców w niektórych miejscach". — Widzę, jak stają się ofiarami antyimigranckiej retoryki skrajnej prawicy, która chce obarczać imigrantów winą za wszystko, co idzie nie tak w społeczeństwie — dodał O'Flaherty.

W rozmowie z "Faktem" dr hab. Jan Brzozowski, kierownik Zakładu badań nad zmianami społecznymi w Europie Uniwersytetu Jagiellońskiego, wskazał, że "to część większego zjawiska". — Pamiętajmy, że w momencie, gdy doszło do pełnoskalowej inwazji i kilka milionów Ukraińców wjechało do Europy, a Komisja Europejska uaktywniła dyrektywę o tymczasowej ochronie, w krajach członkowskich pojawiła się bardzo brzydka presja, żeby "zachęcać" do powrotu do domu obywateli Syrii — przypomniał.

— Teraz mamy drugą odsłonę tego procesu, który określiłbym jako cherry picking [pl. wybiórcze podejście — przyp. red.], czyli pozostawienie tylko tych uchodźców, których chcemy, najlepiej zdrowych, pracujących i dobrze wykształconych — ocenił. Jak podkreślił, "to nie jest humanitaryzm, wygrywają zimne interesy".

— Polityka państwa polskiego wcale znacząco tutaj nie odstaje — to jest europejski trend. Widzimy stopniowe wygaszanie ochrony tymczasowej na rzecz prawa pobytowego — co ładnie brzmi i generalnie ja też zgadzam się z tym, że coś, co jest tymczasowe, nie może trwać wiecznie — natomiast w całym tym pragmatyzmie nieco zapomniano o najbardziej potrzebujących — zaalarmował.

Dr hab. Brzozowski zaznaczył, że chociaż "ok. 60-70 proc. Ukraińców pracuje, co jest fantastycznym wynikiem dla de facto uchodźców, jest też wiele osób, które nie mogą pracować — są chore, wymagają opieki". — Słyszeliśmy apel siostry Chmielewskiej sprzed kilku dni — osoby starsze, zniedołężniałe nagle straciły dostęp do opieki zdrowotnej, możliwość pobytu w centrum zakwaterowania zbiorowego. To jest właśnie wynik tej zmiany politycznej — podkreślił.

fakt.pl


W ostatnim tygodniu czerwca na rynku pojawił się znaczący popyt na waluty — informuje dealer dużego rosyjskiego banku w rozmowie z Agencją Reutera. Jego zdaniem waluty są skupowane, by opłacić wymuszony import benzyny, ponieważ niedobór dotknął niemal wszystkie regiony Rosji.

— Na rynek wpłynęły bardziej intensywne ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie, kolejki na stacjach paliw i ogólny pesymizm co do zakończenia konfliktu, a także spadki cen na rynku akcji i obligacji. To skutkuje wzrostem zakupów walut obcych przez firmy i ludność w roli aktywa zabezpieczającego — wylicza główny analityk firmy finansowej Finam Aleksandr Potawin.

Ponadto po zakończeniu konfliktu w Iranie ceny ropy gwałtownie spadły, a rosyjska odmiana Urals, według danych Bloomberga, jest notowana poniżej 50 dol. (188 zł) za baryłkę. Bank centralny zwiększa zakupy walut na giełdzie, by zasilić Fundusz Narodowego Dobrobytu Federacji Rosyjskiej. Jak podkreśla Potawin, "już w lipcu może spowodować to lokalny deficyt walut na rynku".

onet.pl\The Moscow Times

wtorek, 30 czerwca 2026



PAP, Mira Suchodolska: Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu mówiliśmy, że coś jest piękne, świetne albo doskonałe. Dziś częściej jest „zaj…ste”. Zamiast się zdenerwować – „wku…iamy się”. Czy naprawdę nasz język tak bardzo się zbrutalizował?

Dr hab. Jacek Wasilewski, prof. UW, medioznawca: Tak, ale przyczyny są znacznie głębsze niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim ogromna część naszej komunikacji przeniosła się do mediów społecznościowych. A algorytmy mediów społecznościowych premiują wypowiedzi silnie emocjonalne, spolaryzowane, konfliktowe. Im więcej gniewu, oburzenia czy agresji, tym większa szansa, że taki komunikat zostanie zauważony.

Kiedyś ludzie zabiegali o uwagę dziennikarza. To on był strażnikiem bramy, filtrował emocje, łagodził język i dopiero potem przekazywał go odbiorcom. Dzisiaj każdy jest własnym medium i walczy bezpośrednio o uwagę milionów użytkowników. W takiej konkurencji spokojna, wyważona wypowiedź przegrywa z awanturą. Coraz więcej komunikatów zaczyna przypominać kłótnię dwóch ludzi na podwórku albo karczemną awanturę. I właśnie taki sposób mówienia zaczyna wyznaczać normę również dla polityków, dziennikarzy czy osób publicznych.

PAP: I to jest smutne, że nie tylko społeczeństwo przejęło język ulicy. Także politycy.

J.W.: W demokracji politycy bardzo chcą być postrzegani jako „swoi ludzie”. Dawniej elity komunikowały się językiem dyplomacji, który wyrósł z dworskich rytuałów. Nie mówiło się wszystkiego wprost, bo chodziło o zachowanie twarzy rozmówcy i własnej.

Dzisiaj znacznie bliżej politykom do języka wiecu niż królewskiego dworu. Chcą pokazać: „jestem taki jak wy”. W efekcie język parlamentarny przestał być językiem parlamentarnym, coraz częściej staje się językiem ulicy.

PAP: Kiedyś było bardziej elegancko…

J.W.: To mit. My bardzo idealizujemy przeszłość. Owszem, w radiu, oficjalnej prasie czy podczas uroczystości państwowych obowiązywał bardziej zrytualizowany język. Ale to nie znaczy, że ludzie nie przeklinali.

Przeklinali. I to często. Dwudziestolecie międzywojenne wcale nie było epoką grzecznych polityków. Posłowie wyzywali się od kanalii, płatnych pachołków, zdrajców. Prasa polityczna była niezwykle agresywna i szczuła na przeciwników z ogromną pasją, marszałek Piłsudski niezadowolony z poczynań ministrów rządu lubelskiego, kazał im „kury szczać prowadzać”. Dzisiaj patrzymy na tamte wypowiedzi przez patynę historii i wydają nam się niemal urocze, ale współcześni odbiorcy odbierali je jako bardzo brutalne. Nowością nie jest więc sama agresja, lecz jej powszechność.

PAP: Co się zmieniło?

J.W.: Dawniej istniały bardzo wyraźne granice pomiędzy językiem oficjalnym a prywatnym. Radio przypominało proszony obiad, gazeta była sytuacją oficjalną, tymczasem media społecznościowe przypominają raczej spotkanie przy piwie. Tam obowiązują zupełnie inne reguły: język jest bardziej prywatny, bardziej emocjonalny i mniej kontrolowany. Problem polega na tym, że ten prywatny sposób mówienia zaczął przenikać do wszystkich pozostałych sfer życia.

(...)

PAP: Dawniej Polacy bardziej bali się klątw niż przekleństw. Mówiono: „bodaj cię zabito”, „bodajś skapniał”, „niech cię diabli wezmą”. Dzisiaj niemal cała nasza agresja językowa kręci się wokół seksu i anatomii. Kiedy i dlaczego przestaliśmy bać się diabła, a zaczęliśmy szukać ekspresji w genitaliach?

J.W.: Dawniej ludzie znacznie mocniej wierzyli, że słowo ma realną moc sprawczą. Złorzeczenie nie było tylko wyrazem złości. Odpowiadało przekonaniu, że wypowiedziane słowo może rzeczywiście sprowadzić na drugiego człowieka nieszczęście. Jeżeli ktoś mówił „bodaj cię zabito” albo przywoływał diabła, to wielu ludzi wierzyło, że takie słowa mogą zadziałać. Dlatego złorzeczenia były bardzo blisko świata magii, czarów i sił nadprzyrodzonych. Nieprzypadkowo za praktyki uznawane za czary karano kiedyś niezwykle surowo.

Dzisiaj większość ludzi patrzy na świat znacznie bardziej racjonalnie, więc ten metafizyczny wymiar języka właściwie zaniknął. Natomiast pozostało coś, co nadal jest bardzo silnym tabu, czyli seksualność. Właśnie dlatego współczesne przekleństwa przeniosły się z metafizyki do anatomii i fizjologii.

Trzeba jednak pamiętać, że nie chodzi w nich wyłącznie o seks. W kulturze bardzo często seksualność była narzędziem dominacji i upokorzenia. Wystarczy spojrzeć na język więzienny albo na to, co dzieje się podczas wojen, gdzie gwałt staje się narzędziem prowadzenia wojny i odbierania godności. Te same mechanizmy znajdują odbicie w języku. Wulgaryzmy nie opisują seksualności jako czegoś przyjemnego. Służą raczej symbolicznemu pohańbieniu drugiego człowieka.

(...)

PAP: W dawnej Polsce przeklinanie było wręcz przywilejem kastowym.

J.W.: Bo w pewnym sensie tak było. Magnat mógł sobie pozwolić niemal na wszystko, ponieważ nad nim nie było już żadnego sędziego. Natomiast człowiek stojący niżej w hierarchii musiał bardzo uważać na słowa. Nie mógł obrażać kogoś, kto znajdował się wyżej od niego. Przekleństwo jest przecież sygnałem swobody. To komunikat: „mnie normy nie obowiązują” – o czym mówi powiedzenie „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”.

To zresztą tłumaczy, dlaczego narodziła się dyplomacja. Nie stworzyli jej ci, którzy mieli największą władzę. Powstała dlatego, że ludzie zwracający się do królów czy możnych musieli ważyć każde słowo i mówić w sposób zawoalowany, żeby nikogo nie urazić. Z tych rytuałów wyrosła późniejsza kultura grzeczności.

PAP: A później pojawiło się XIX-wieczne mieszczaństwo, które postanowiło uporządkować język.

J.W.: Tak naprawdę chodziło o burżuazję, która musiała stworzyć własny system odróżniania się od pozostałych warstw społecznych. Król nie musiał nikomu udowadniać, że jest kimś wyjątkowym. Mógł jeść palcami i nadal pozostawał królem. Burżuazja miała przede wszystkim pieniądze, ale nie miała wysokiego urodzenia. Musiała więc zbudować cały system znaków pokazujących jej wyższy status.

Tak narodził się savoir-vivre. Znaczenia nabrały odpowiednia zastawa, serwetki, sposób siedzenia przy stole, ubierania się, zachowania kobiet i mężczyzn, a także język. Przyzwoitość językowa stała się jednym z najważniejszych wyznaczników przynależności do wyższej warstwy społecznej.

Nieprzypadkowo w XIX wieku pojawiło się mnóstwo poradników dobrego wychowania i czasopism poświęconych manierom. Dyskutowano nawet o tym, jaki strój kobieta powinna założyć na kort tenisowy albo czego nie wypada mówić przy stole. Cały ten świat miał odróżniać mieszczaństwo od pospólstwa.

Towarzyszył temu bardzo silny nurt purytanizmu. W przeciwieństwie do rokoka, z jego swobodą obyczajową i odważną erotyką, XIX wiek wszystko zasłaniał i porządkował. Widać to również w literaturze. W romantyzmie znacznie mniej jest otwartych odniesień do seksualności niż w renesansie czy oświeceniu. Przyzwoitość stała się jedną z najważniejszych wartości, a przeklinanie zaczęło być traktowane jako znak braku ogłady.

PAP


Ukraiński pocisk manewrujący FP-5 Flamingo osiągnął swój dotychczas najlepszy wynik. W nocy z 26 na 27 czerwca trzy z pięciu pocisków trafiły w rosyjski zakład zbrojeniowy Barrikady w Wołgogradzie. Fabryka broni została częściowo zniszczona, co widoczne jest na zdjęciach opublikowanych w weekend.

(...)

Skąd wziął się sukces ukraińskiego ataku na Wołgograd? Analitycy przypisują to udoskonalonej taktyce i trasom lotu na niskiej wysokości, co stanowi znaczący postęp w porównaniu z wcześniejszą słabą celnością w starciach z rosyjską obroną przeciwlotniczą.

Salwa ukraińskich pocisków manewrujących "Flamingo" — broni opracowanej w Ukrainie, która w poprzednich walkach powietrznych była zazwyczaj zestrzeliwana lub po prostu mijała cel — po raz pierwszy wykazała się solidną skutecznością bojową.

Gubernator obwodu wołgogradzkiego Andriej Bocharow poinformował w oświadczeniu wydanym po ataku, że ukraińskie uderzenie uszkodziło zakład produkcyjny w Wołgogradzie i spowodował obrażenia u co najmniej 10 osób, nie podając jednak szczegółów. W fabryce produkowano m.in. wyrzutnie i komponenty do pocisków Iskander-M — broni balistycznej, której Kreml od lat używa do ataków na ukraińskie domy i przedsiębiorstwa.

(...)

W piątkowej analizie ataku przeprowadzonej przez amerykański think tank Instytut Studiów nad Wojną stwierdzono, że prawdopodobnie ukraińskie ataki na rosyjskie samoloty AWACS z radarami wczesnego ostrzegania spowodowały luki w rosyjskim nadzorze powietrznym, które wykorzystały Siły Zbrojne Ukrainy.

Według doniesień rosyjskie siły powietrzne dysponują mniej niż 10 sprawnymi samolotami A-50 AWACS, których zadaniem jest monitorowanie i identyfikowanie zagrożeń powietrznych na obszarze 13 stref czasowych oraz największej krajowej przestrzeni powietrznej na świecie.

W przeciwieństwie do starszej generacji pocisków manewrujących, wykonanych głównie z aluminium, tytanu i stali, w konstrukcji FP-5 Flamingo szeroko wykorzystano włókno węglowe. Według konstruktorów pocisk ma stosunkowo niewielką sygnaturę radarową, ale nie jest bronią typu stealth, co oznacza, że może zostać wykryty przez radary obrony powietrznej, o ile radar jest w stanie obserwować obiekty lecące na bardzo małej wysokości. /Taki jak latający radar umieszczony na samolocie typu AWACS - red./

Denys Shtilerman, dyrektor firmy Fire Point, która produkuje pociski Flamingo, twierdzi, że główną zaletą tej broni jest to, iż jest ona zaprojektowana tak, by wykorzystywać wycofane z eksploatacji silniki odrzutowe samolotów jako źródło napędu oraz bomby lotnicze z czasów radzieckich jako głowice bojowe, dzięki czemu można go produkować szybko i tanio.

Flamingo, o długości ok. 14 m i rozpiętości skrzydeł 6 m, kosztuje od 500 tys. do 1 mln dol. (1,86-3,77 mln zł) i jest ok. cztery razy większy od zaawansowanego pocisku manewrującego Tomahawk stosowanego przez amerykańskie siły zbrojne, którego koszt wynosi ok. 2 mln dol. (7,55 mln zł).

onet.pl\Kyiv Post


To były wyjątkowo spokojne dwa tygodnie w Ukrainie, zauważa analityk Kyle Glen, przytaczając bardzo interesującą statystykę. Ostatni duży rakietowo-dronowy atak na Ukrainę (czyli taki, w którym Rosja użyła pocisków rakietowych i co najmniej 300 dronów kamikadze), miał miejsce ponad 14 dni temu.

— Minęły już dwa pełne tygodnie bez zakrojonego na szeroką skalę rosyjskiego ataku rakietowego lub z użyciem dronów na Ukrainę. Jest to sytuacja bardzo nietypowa. Średnio między takimi atakami, w których pojawia się 300 lub więcej dronów, mija około sześciu dni. Obecnie minęło już 14 dni (15 czerwca — 656 dronów)" — pisał 29 czerwca Glen. Dziś wiemy już, że mówimy o 15 dniach, gdyż tej nocy Rosja uderzyła w Ukrainę "tylko" 154 dronami, z czego 138 udało się zlikwidować.

(...)

Skąd tak mała aktywność Rosjan? Możliwości jest kilka. Glen uważa, że Rosja może zbierać siły do ogromnego ataku będącego odwetem za operację Ukrainy z 18 czerwca, gdy nasz sąsiad uderzył w podmoskiewską rafinerię naftową, a zdjęcia z tego wydarzenia obiegły media na całym świecie. Inna możliwość to wspólne ćwiczenie chińskiego i rosyjskiego lotnictwa odbywające się w rejonie Morza Wschodniochińskiego, w którym uczestniczyły rosyjskie bombowce Tu-95 i Tu-142 — te same, które Moskwa używa do atakowania Ukrainy.

onet.pl


Nie wyczailiście, że kolejene imby a to o urzędniczkę KAS, a to o pochwałę mobbingu czy przemocy domowej (cały ten panel tak zaplanowamo) to rage bity, które mają po prostu wzbudzać ruch wokół /Kanału - red./ Zero. To jest to co Tarnoff i Slobodian w "Muskizmie" nazwali "kapitalizmem trolli", czyli celowe podbijaniem emocji, najlepiej takich opartych na oburzeniu plus wyśmiewanie oburzonych, za to że żartu nie zrozumieli. Wszystko by budować zasięgi i kapitalizować je.

A strategię tę realizuje się najlepiej się na tweetach i tekstach pożytecznych... 

No i działa.

x.com/sylvcz

poniedziałek, 29 czerwca 2026



Putin oświadczył kremlowskiemu dziennikarzowi Pawłowi Zarubinowi w prawdopodobnie starannie przeprowadzonym wywiadzie z 28 czerwca, że Rosja i Stany Zjednoczone nie osiągnęły żadnego porozumienia na szczycie na Alasce. Putin przyznał, że nie ma podpisanych dokumentów przedstawiających “ducha Anchorage”, ale stwierdził, że Rosja zgodziła się podczas szczytu z propozycjami USA dotyczącymi zakończenia wojny na Ukrainie. Putin oświadczył, że Rosja jest gotowa kontynuować negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi w oparciu o szczyt na Alasce. W kremlowskim odczycie wywiadu z Putinem pominięto jego wypowiedzi na temat szczytu na Alasce, ale Zarubin zamieścił film z pełnym wywiadem, w którym zachował te szczegóły. Oświadczenie Putina z 28 czerwca jest następstwem podobnej uwagi Sekretarza Stanu USA Marco Rubio z 25 czerwca, że na szczycie była tylko "propozycja", ale nie było oficjalnego ani podpisanego pisemnego porozumienia. Putin prawdopodobnie przyznaje się do braku porozumień, aby uniknąć bezpośredniej konfrontacji z administracją Trumpa w sprawie tego, co wydarzyło się w Anchorage, biorąc pod uwagę oświadczenia Rubio potwierdzające brak pisemnej umowy. Deklarowana gotowość Putina do powrotu do propozycji szczytu na Alasce ma jednak na celu nakłonienie Stanów Zjednoczonych do wznowienia negocjacji tak, jakby sytuacja na polu bitwy nie uległa zmianie od sierpnia 2025 r. Od tego czasu Ukraina wyzwoliła terytorium na linii frontu i znacznie spowolniła rosyjski postęp, angażując się jednocześnie w udane kampanie uderzeniowe średniego i dalekiego zasięgu przeciwko Rosji — zmuszając Rosję do znacznie bardziej defensywnego trybu działania niż w sierpniu 2025 r.

(...)

Putin stwierdził, że głównym celem Rosji jest ostateczne zajęcie Donbasu i Noworosji oraz "że siły rosyjskie zrobią wszystko", aby osiągnąć wszystkie jego cele wojenne.

(...)

Putin twierdził Zarubinowi, że siły rosyjskie szybko posuwają się naprzód praktycznie we wszystkich sektorach linii frontu i że ukraińskie ataki "absolutnie nie wpływają na rosyjskie operacje na linii frontu". Putin skupił swoje twierdzenia o sukcesach na polu bitwy na Pasie Twierdz w obwodzie donieckim, w tym na Łymanie, Słowiańsku, Kramatorsku, Kostantynówce i Dobropilyi. Putin twierdził, że elementy sił rosyjskich oczyściły większość Łymanu; przedostały się do Mikołajówki (na wschód od Słowiańska); znajdują się około ośmiu do dziewięciu kilometrów od Słowiańska; i znajdują się cztery kilometry od Kramatorska. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie utrzymują obecność (poprzez natarcie lub infiltrację) w 4,3% Łymania oraz że siły rosyjskie posunęły się do około 12 kilometrów od Mikołajówki, 19 kilometrów od Słowiańska i 14 kilometrów od Kramatorska.


Putin twierdził, że Rosyjskie Południowe Zgrupowanie Sił zajęło 96 procent Kostyantynówki i że elementy rosyjskiej 4. Oddzielnej Brygady Strzelców Zmotoryzowanych (3. Armia Połączonej Broni [CAA], dawniej 2. Korpus Armii Ługańskiej Republiki Ludowej [LNR AC], Południowy Okręg Wojskowy [SMD]) oczyszczają Kostyantynówkę. Putin twierdził, że elementy rosyjskiej 6. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych (3. AC, pod operacyjną kontrolą Południowego Zgrupowania Sił) ominęły Kostyantyniwkę i wkroczyły do Oleksijewa-Drużkiwki (między Kostyantynówką a Drużkiwką). ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie utrzymują obecność (poprzez natarcie lub infiltrację) jedynie w 36,98% Kostyantynówki, a siły rosyjskie znajdują się około siedmiu kilometrów od Oleksijewa-Drużkiwki. Siły rosyjskie przedostały się do znacznej części Kostyantynówki, ale nie zapewniły sobie kontroli nad tymi obszarami ani nie utworzyły trwałych pozycji na tych obszarach, jak twierdził Putin.


(...)

Przesadne twierdzenia Putina o postępie mają na celu fałszywe przedstawienie pozycji Rosji na polu bitwy jako tej samej – jeśli nie lepszej – niż podczas szczytu USA-Rosja na Alasce w sierpniu 2025 r. Sytuacja na polu bitwy uległa jednak radykalnej zmianie. Ukraińskie kontrataki wyzwoliły znaczną część Kupiańska pod koniec 2025 r., ponad 400 kilometrów kwadratowych na południowej Ukrainie zimą i wiosną 2026 r. oraz kilka osad w zachodnim obwodzie zaporoskim od końca kwietnia 2026 r. Siły ukraińskie brały także udział w bardzo udanych kampaniach uderzeniowych średniego i dalekiego zasięgu przeciwko rosyjskim zasobom wojskowym i infrastrukturze naftowej, które mają kaskadowy wpływ na rosyjską logistykę i operacje na polach bitew, a także powodują niedobory benzyny i tarcia gospodarcze w całej Rosji i na okupowanej Ukrainie. Tempo postępu Rosji znacznie spadło od czasu szczytu w obliczu ukraińskich sukcesów, a siły rosyjskie posuwały się średnio o 3,79 km2 dziennie w czerwcu 2026 r. w porównaniu ze średnią wynoszącą 16,65 km2 dziennie w sierpniu 2025 r.

(...)

Putin przyznał, że ilość rosyjskiej obrony powietrznej jest niewystarczająca i wezwał rosyjską bazę przemysłu obronnego (DIB) do rozszerzenia produkcji, a Rosję do poprawy koordynacji obrony powietrznej we wszystkich strukturach i poziomach. Putin bagatelizował jednak wpływ ukraińskich ataków dalekiego zasięgu na Rosję, twierdząc, że Rosja szybko naprawia szkody, że kwestie energetyczne Rosji nie są krytyczne i że ukraińskie ataki dalekiego zasięgu nie wpłynęły na sytuację na linii frontu. Przyznanie się Putina 28 czerwca do narastającego kryzysu paliwowego sugeruje, że prawdopodobnie ocenia on, że nie jest już w stanie publicznie go ignorować.

(...)

Ciągłe niedobory paliwa w całej Rosji wpływają na rynek transportu komercyjnego. Rosyjska gazeta biznesowa Kommersant poinformowała 29 czerwca, że przerwy w dostawach benzyny zaczynają wpływać na rynek transportu drogowego, a firmy transportowe ostrzegają klientów, że od 1 lipca 2026 r. będą oczekiwać podwyżek ceł o co najmniej 10 procent.

understandingwar.org


Rzeczpospolita: - Jak długo Rosja może prowadzić wojnę na Ukrainie? Co ją ogranicza?

płk Paweł Szota, szef Agencji Wywiadu: W ocenie analityków Agencji Wywiadu Rosja może prowadzić wojnę jeszcze przez kilka lat. Moim zdaniem Kreml może zrezygnować ze wszystkiego, co ma, dobrobytu własnego społeczeństwa, inwestycji, poprawy działania administracji i sytuacji wewnętrznej, ale z wojny z Ukrainą nie zrezygnuje.

- Dlaczego?

To, jak obecnie przebiega wojna, jest powodem do dużego wstydu dla Putina. Służby specjalne i armia Rosji dokonały złej kalkulacji na początku wojny. Rosjanie spodziewali się, że pójdzie ona w zupełnie innym kierunku, że szybko zakończy się zwycięstwem. Nałożyli sobie przez to kajdany, nazywając ją specjalną operacją wojskową, czym ograniczają sobie choćby możliwości mobilizacyjne. Gdyby teraz nazwali te działania wojną, przyznaliby się do porażki. Putin jest zakładnikiem tej sytuacji.

Bardzo duże błędy popełniły rosyjskie służby wywiadowcze – dezinformowały Putina, który na bazie ich przekazu zakładał, że wojna będzie wyglądała zupełnie inaczej. Kreml nie spodziewał się również, że Ukraina otrzyma tak wymierne wsparcie od państw Zachodu, w tym w pierwszej kolejności od Polski. Dzisiaj na linii frontu sytuacja dla Rosji jest trudna. Dla Putina jest niezwykle skomplikowane psychologicznie, aby ten stan zaakceptować. Dramatycznie zmniejszyła się liczba scenariuszy, które pozwalałyby mu wyjść z tej sytuacji z twarzą. On z tej wojny nie zrezygnuje, bowiem musi, zwłaszcza w wymiarze wewnętrznym, prezentować się jako zwycięzca, ale dzisiaj to jest niemal niemożliwe. To pcha go do coraz bardziej karkołomnych decyzji i nieprzewidywalnych rozwiązań.

(...)

- Jaka była rola Agencji Wywiadu w uwolnieniu więźniów politycznych reżimu Łukaszenki, w tym Andrzeja Poczobuta? Czy ten proces jest kontynuowany?

Agencja Wywiadu odegrała kluczową rolę w doprowadzeniu do uwolnienia Andrzeja Poczobuta. Ważna była w tym zakresie kooperacja międzynarodowa, w tym w wymiarze sojuszniczym. Podziękowania Andrzeja Poczobuta były dla naszych funkcjonariuszy bezcenne. Dodam, że na chwilę obecną mamy drożne kanały komunikacji ze służbami strony białoruskiej.

- Za pośrednictwem partnerów amerykańskich? Czy sami je utrzymujecie?

Utrzymujemy je sami. Naszą intencją jest, by rozmawiać ze stroną białoruską o wszelkich sprawach, które mogą przyczynić się do poprawy naszego bezpieczeństwa. Unikalną rolą wywiadu jest tworzenie drożnych kanałów komunikacji tam, gdzie dyplomacja nie jest możliwa lub jest utrudniona. Wykorzystując kanał specsłużb, lepiej z przedstawicielami reżimu Łukaszenki spotykać się, dyskutować i uzyskiwać korzyści dla RP, niż bezczynnie przyglądać się „konsumowaniu” Białorusi przez Rosję.

(...)

- Rosjanie i Białorusini już prowadzą działania ofensywne wobec naszego państwa i naszych obywateli. Czy my jesteśmy w stanie im odpowiedzieć?

Jesteśmy.

- Który wywiad obecnie stanowi dla nas największe zagrożenie? Wywiad rosyjski, białoruski, a może chiński?

Wywiad rosyjski – jego działania wypełniają znamiona terroryzmu państwowego. W Agencji Wywiadu nie lekceważymy jednak zagrożeń także z innych kierunków.

- W tym ze strony państw sojuszniczych?

Gdyby takie się pojawiły, absolutnie tak.

rp.pl