sobota, 4 lipca 2026



– Biorąc pod uwagę stosunek wartości giełdowej do PKB, po uwzględnieniu inflacji, jest to najdroższy rynek w historii Ameryki – powiedział w wywiadzie dla CNBC Jeremy Grantham, legendarny inwestor i współzałożyciel firmy zarządzającej aktywami GMO.

(...)

Uczestnicy rynku coraz częściej skłaniają się jednak ku argumentom sceptyków. Analitycy Bank of America zauważają, że w tygodniu kończącym się 1 lipca amerykańskie fundusze inwestycyjne odnotowały odpływ kapitału na poziomie 17,2 mld USD. To najszybsze tempo wycofywania środków z tamtejszego rynku akcji od marca tego roku.

Głównym powodem niepokoju inwestorów są wygórowane wyceny spółek związanych z technologią sztucznej inteligencji. Zamiast tego kapitał szuka alternatywnych i bezpieczniejszych kierunków. W tym samym okresie akcje japońskie przyciągnęły 1,9 mld USD nowych środków, co stanowiło największy napływ od siedmiu tygodni.

bankier.pl


No właśnie – nakłady na sprzęt. Raport BIS przytacza dane z 2024 r. według których firmy AI generowały w USA i Korei około 13 proc. łącznych przychodów wszystkich spółek giełdowych – ale odpowiadały odpowiednio za 23 i 26 proc. całkowitych nakładów inwestycyjnych (CAPEX). Innymi słowy: sektor AI inwestuje dużo więcej, niż aktualnie zarabia. Jest jednym wielkim ryzykownym zakładem na przyszłość.

Co więcej dane z 2024 r. są w przypadku tej branży niemal archaiczne. Praktycznie co kwartał największe amerykańskie spółki giełdowe ogłaszają kolejne rekordy CAPEX-u. To skrót od capital expenditures, czyli wydatków kapitałowych na zakup, budowę lub ulepszenie aktywów trwałych, z których korzyści rozkładają się na wiele lat.

W przypadku firm AI chodzi głównie o budowę centrów danych – wzniesienie budynków, zakup tysięcy GPU i akceleratorów, przyłączenie prądu lub wręcz budowę własnej elektrowni, realizację systemów chłodzenia itd. To wszystko inwestycje wirtualnej gospodarki w tę realną.

Największe firmy prowadzące te inwestycje określa się mianem hyperscalerów. I faktycznie mówimy o hiper-skali, skoro prognozy z pierwszego kwartału 2026 r. zakładały, że Google, Amazon, Microsoft i Meta planują przeznaczyć w 2026 r. łącznie aż 725 mld dolarów na nakłady inwestycyjne, co stanowi wzrost o 77 proc. w porównaniu z rekordową kwotą 410 mld dolarów w 2025 r.

Ten zakład polega na tym, że giganci technologiczni wydają wszystkie bieżące i przyszłe przepływy pieniężne na budowę infrastruktury, która ma zapewnić im przewagę konkurencyjną i zyski w przyszłości. Problem w tym, że nie ma jeszcze solidnych modeli biznesowych, w których te zyski w końcu się pojawiają. Sceptycy twierdzą, że Dolina Krzemowa mówi tylko o ilości „przepalanych” tokenów (jednostek danych będących podstawą wyceny rzeczywistych kosztów korzystania z AI), aby w ten sposób odwrócić uwagę od ilości przepalanych pieniędzy.

Szerokim echem odbija się choćby głos Eda Zitrona, pisarza i właściciela firmy public relations. W wywiadzie dla „Forbes” z października 2025 r. wyjaśnił on, że ma do AI dwa zastrzeżenia. Po pierwsze duże modele językowe (LLM) nie są w stanie zapewnić takiego poziomu automatyzacji jak twierdzą ich zwolennicy, albowiem ich wyniki mają tylko charakter probabilistyczny; nie ma tam żadnej „myśli” ani tym bardziej „inteligencji”. Po drugie firmy zajmujące się generatywną sztuczną inteligencją są bardzo nieopłacalne, marnując ogromne kwoty tylko po to, aby osiągać skromne przychody.

„Według moich szacunków, biorąc pod uwagę wszystkie firmy zajmujące się generatywną sztuczną inteligencją, hiper-skalerów i neochmury, łączne przychody w branży AI wynoszą jedynie około 61 miliardów dolarów, a to przy setkach miliardów dolarów nakładów kapitałowych i kapitału venture” – mówił pod koniec 2025 r.

„Sytuacja finansowa OpenAI budzi poważne obawy. Straty w wysokości 38,53 mld dolarów są astronomiczne i znacznie przewyższają oczekiwania większości osób. Wydaje się również, że straty te rosną z roku na rok w dramatycznym tempie i nie jestem pewien, w jaki sposób firma ta ma znaleźć drogę do jakiejkolwiek stabilności finansowej lub rentowności” – pisał zaś w czerwcu 2026 r. na swoim blogu. na podstawie danych finansowych do których dotarł „Financial Times”. Właściciel ChataGPT nie jest bowiem jeszcze spółką publiczną.

Zitron argumentuje, że skala wydatków na modele używane do tego samego: streszczania, wyszukiwania, generowania treści, zaczyna robić się niebezpieczna i dla giełdy, i dla całej gospodarki.

Co więcej w powtarzalnych zadaniach gdzie AI rzeczywiście się sprawdza, jak np. w programowaniu, staje się coraz droższa. Według firmy Gartner do 2028 r. koszty programowania za pomocą sztucznej inteligencji przewyższą średnie wynagrodzenie programisty. Stanie się tak ze względu na rosnące zużycie tokenów w dużych modelach językowych oraz dominację modeli licencyjnych opartych właśnie na ich zużyciu. AI, które miało zastąpić programistów, stanie się droższe niż oni.

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 3 lipca 2026



PAP: Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła w środę ustawę o Panteonie Narodowym. Procedowano ją w ekspresowym tempie. Skąd takie przyspieszenie?

Jarosław Hrycak /ukraiński historyk - red./: Przypomnę, że ustawa czekała ponad 10 lat. Pierwszy jej projekt pojawił się w 2015 roku, kiedy prezydentem był Petro Poroszenko. Do niedawna prezydent Wołodymyr Zełenski w ogóle nie interesował się tą kwestią. Po polsko-ukraińskiej awanturze o ordery, upamiętnienie bohaterów stało się nagle ważne. Pamiętajmy jednak, że Panteon w dzisiejszej formie to inicjatywa jednej partii, jeśli Sługę Narodu można w ogóle nazwać partią. A nawet nie tyle partii, ile grupy najbliższych współpracowników Zełenskiego, która uformowała się po dymisji poprzedniego szefa kancelarii prezydenta Andrija Jermaka. Mówimy o szefie gabinetu prezydenta Kyryle Budanowie i Irynie Wereszczuk. Podejrzewam, że szczególną rolę w uchwaleniu ustawy o Panteonie Narodowym odegrała właśnie Wereszczuk. Była wicepremier i ministra ds. reintegracji tymczasowo okupowanych terytoriów jest bardzo aktywna i ma skłonność do wywoływania skandali. W odróżnieniu od Zełenskiego i Budanowa, którzy nie mają w tej dziedzinie kompetencji, Wereszczuk zna bardzo dobrze historię Ukrainy, w tym dzieje UPA, gdyż pochodzi z Zachodniej Ukrainy. Mam wrażenie, że w otoczeniu prezydenta mamy do czynienia ze swoistym konkursem na idee, jak jeszcze bardziej wyraźnie upamiętnić Ukraińską Armię Powstańczą. 

PAP: Czy ustawa o Panteonie Narodowym ma służyć wzmocnieniu morale armii ukraińskiej?

J.H.: Nic z tych rzeczy. Rozmawiałem z historykami, którzy brali udział w ostatniej naradzie u prezydenta w sprawie ustawy o Panteonie Narodowym. Tłumaczyli mi, że ich zdaniem Zełenski przeforsował ustawę z powodów politycznych, mając nadzieję, że dzięki temu zapewni sobie wygraną w wyborach prezydenckich, kiedy wreszcie się odbędą. To jest oczywiście hipoteza, bo nie mam na to żadnych twardych dowodów. Administracja Zełenskiego jest bardzo szczelna i trudno dowiedzieć się, co dzieje się w otoczeniu prezydenta, a jeszcze trudniej zrozumieć jaką logiką się ona kieruje. Nawet za prezydentury Wiktora Janukowycza było pod tym względem lepiej.

Dlaczego myślę, że ta hipoteza jest prawdziwa? Otóż w ukraińskiej polityce od paru lat panuje żelazna zasada – prezydentem zostaje ten, kto zdobywa większe poparcie w Zachodniej Ukrainie. W tej części kraju jest zawsze większa mobilizacja wyborców, więcej ludzi idzie do urn. To dlatego w 2019 roku Poroszenko startował do wyborów prezydenckich z hasłem „Armia, język, wiara”, odwołującym się do trzech kluczowych filarów państwowości. Myślał, że jego głównym rywalem będzie Julia Tymoszenko, ale pojawił się Zełenski i wywrócił polityczny stolik. Po pełnoskalowej agresji Rosji Zachodnia Ukraina stała się jeszcze ważniejsza, bo Wschód jest częściowo okupowany, zaś Kijów mentalnie i tożsamościowo przesunął się na Zachód.

PAP: Kijów stał się takim wielkim Lwowem?

J.H.: Coś w tym rodzaju. A wracając do Zełenskiego – jego metodą na sukces jest polityczna kreatywność, łamanie stereotypów i coraz bardziej oryginalne posunięcia. Chodzi o to, aby cały czas zaskakiwać przeciwników.

PAP: Jak to się stało, że tak bardzo wzrosły wpływy Iryny Wereszczuk?

J.H.: Tego do końca nikt nie wie. Podobnie jak cała partia Zełenskiego, Wereszczuk na szczyty polityki wspięła się w zasadzie znikąd. Po studiach była oficerem w Siłach Zbrojnych Ukrainy, potem w latach 2010–2015 burmistrzem Rawy Ruskiej, niewielkiego miasta Zachodniej Ukrainy. W górę niosła ją fala odmłodzenia ukraińskiej polityki. W 2020 roku była kandydatką Sługi Narodu na mera Kijowa. Kampanię prowadziła tak jak były burmistrz Londynu, a potem premier Wielkiej Brytanii — Boris Johnson. Nosiła ze sobą nawet podobny parasol, ale przegrała z Kliczką. 

Jurij Łucenko, były prokurator i były minister spraw wewnętrznych Ukrainy za prezydentury Poroszenki twierdzi, że za przyśpieszeniem prac nad Panteonem Narodowym stoi właśnie Wereszczuk. Była wicepremier temu zaprzecza, ale z tego, co wiem, przewodniczyła naradzie ekspertów w tej sprawie. Zresztą jej asystentka zapraszała mnie na to spotkanie, ale odmówiłem. W grupie doradzającej w tej kwestii prezydentowi jest około 20 osób, ale tylko część z nich to historycy. Pośród nich są też wybitne osobistości jak np. Josyf Zisels, dysydent z czasów ZSRR, obrońca praw człowieka, działacz społeczny żydowskiej mniejszości na Ukrainie, który w 1988 r. założył w Czerniowcach pierwszą w naszym kraju organizację żydowską. Niedawno rozmawiałem z nim o Panteonie Narodowym. Delikatnie mówiąc Zisels nie jest entuzjastą tego projektu. Uważa, że to etniczna manipulacja i zwraca uwagę na fakt, że do tej pory w Ukrainie nie powstało muzeum Holokaustu.

PAP: W Polsce politycy i eksperci zastanawiają się jakie postaci poza Stepanem Banderą zostaną upamiętnione w ukraińskim Panteonie Narodowym? Czy wśród nich znajdą się odpowiedzialni za zbrodnie przeciwko Polakom — Kłym Sawur i Roman Szuchewycz?

J.H.: Sawura nie będzie, a jeśli chodzi o inne nazwiska, dyskusje wciąż trwają. Na tej niedawnej naradzie, o której wspomniałem, eksperci zostali poproszeni o rozszerzenie listy. Wszystko kręci się wokół nazwisk, a wciąż nie ma koncepcji, jak miałby wyglądać ten cały Panteon Narodowy. Nie wiadomo czy dojdzie do sprowadzenia prochów postaci, które miałyby się w nim znaleźć. Niewiadomych jest wiele, a wszystko kończy się na sloganach. Co gorsza, cała ta sprawa doprowadziła do jeszcze większego pogorszenia relacji z Polską, choć nikt z osób stojących za tym projektem nie miał tego na celu.

(...)

PAP: Niepokoi pana to, że prezydenci Wołodymyr Zełenski i Karol Nawrocki nie kwapią się, by spotkać się, podać sobie ręce i próbować załagodzić spór?

J.H.: To jest duży problem. Obawiam się, że do przełomu w tej kwestii może dojść tylko po zmianie władzy w Ukrainie — jeśli wojna skończy się za rok czy dwa, a wybory wygra Wałerij Załużny, były Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, a dziś ambasador w Londynie.

Na razie Załużny milczy w sprawie sporu z Polską. Jak podał serwis „Ukraińska Prawda”, był on niedawno w Kijowie, gdzie rozmawiał z Zełenskim i Budanowem. Oficjalnym tematem spotkania była zapowiedź dymisji premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, ale źródła „Ukranskiej Prawdy” twierdzą, że prezydent i szef jego kancelarii próbowali namówić Załużnego do tego, by zrezygnował ze startu w wyborach prezydenckich. Ten podobno odmówił, argumentując, że spora część społeczeństwa chce, aby w nich wystartował.

Jeśli chodzi o prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie, musimy poczekać do zakończenia wojny. Nie znam żadnego przypadku w historii, kiedy dwa zwaśnione narody pojednałyby się w czasie kiedy jeden z nich walczył o przetrwanie. Co więcej, o pojednanie będzie łatwiej, jeśli Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, bo wtedy Ukraińcom będzie łatwiej rozliczyć się z historią.

Uważam, że wszystkie te slogany, że „z Banderą Ukraina do UE nie wejdzie” są kontrproduktywne, bo wzmacniają nastroje eurosceptyczne w społeczeństwie ukraińskim. Wiadomo, że po tym, co się stało, Ukraina nie wróci już do Rosji, ale jeśli ludzie zobaczą, że Europa się od nas odwraca, przestaniemy dążyć do tego, by stać się częścią Zachodu. Taki obrót rzeczy byłby dla nas samobójczy.

PAP: Mówi pan o scenariuszu, w którym Ukraina stałaby się taką drugą Turcją – krajem pomiędzy Wschodem i Zachodem?

J.H.: To byłoby groźne zarówno dla Ukrainy, jak i Polski. Zastanówcie się, czy chcielibyście mieć takiego sąsiada?

PAP


Najwyższy Przywódca Iranu Ali Chamenei zginął 28 lutego w wyniku ataku przeprowadzonego przez Stany Zjednoczone i Izrael. Miał 86 lat. Jego następcą został syn przywódcy, Modżtaba Chamenei, który odniósł obrażenia w tym samym ataku. Do tej pory nie pojawił się publicznie.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się cztery miesiące po śmierci Chameneiego. "Parada zwycięstwa" organizowana w trzech irańskich miastach oraz dwóch świętych miejscach w sąsiednim Iraku, ma pokazać, że były przywódca nie przegrał nawet ze śmiercią. Uroczystości rozpoczną się w sobotę (4 lipca) w Teheranie i potrwają do 9 lipca. Chamenei zostanie pochowany w swoim rodzinnym mieście, Meszhed.

Jak podaje CNN, "irańscy urzędnicy przedstawili ambitne szacunki dotyczące liczby uczestników". Według ich danych w uroczystościach może wziąć udział od 4 do 15 milionów osób, co oznacza, że będzie to jedno z największych wydarzeń tego typu w historii nowożytnej. W relacjonowanie ceremonii ma być zaangażowanych 14 000 dziennikarzy, w tym 900 zagranicznych.

Władze twierdzą, że podjęły jedną z największych operacji logistycznych w historii Republiki Islamskiej. Aby zorganizować pogrzeb i zapewnić transport dla milionów uczestników określanych jako "pielgrzymi", zmobilizowały pracowników rządu, uczelni, związków zawodowych, strażaków, żołnierzy, pracowników organizacji pomocowych oraz tzw. grupy żałobne.

Jak podaje CNN, władze przygotowały 2500 karetek pogotowia, 21 helikopterów, 100 dronów i tysiące ratowników. Do dyspozycji ma być także ponad 20 szpitali, 500 tys. litrów kroplówek i 20 tys. sal lekcyjnych. Strażacy zainstalowali z kolei ponad 6000 zraszaczy wodnych na placu, aby zapewnić tłumom ochłodę.

Rząd rozpoczął także ogólnokrajową kampanię, w której wzywa mieszkańców do udostępniania swoich domów osobom odwiedzającym Teheran, Meszhed i Kom. Jednocześnie przygotowano meczety, hale sportowe, parki i centra kulturalne w stolicy, aby mogły pomieścić miliony osób, które przybędą na ceremonię.

Co więcej, w stolicy przygotowano 50 mln kawałków chleba, które mają zostać rozdane uczestnikom uroczystości. W tym celu wykorzystano 16 mobilnych piekarni rozmieszczonych w 16 miastach.

Komentując przygotowania do uroczystości, dziennikarze CNN opisują ją jako polityczny sygnał. "Skala ceremonii ma wysłać sygnał zarówno w kraju, jak i za granicą, że Republika Islamska przetrwała kryzys i zamierza nadal upamiętniać swojego zabitego przywódcę jako symbol odporności państwa" - oceniają.

"Musimy powstać i podnieść do całego świata krzyk o krew narodu, aby świat wiedział, że honorowy i szlachetny naród irański nie pozostaje bierny w obliczu ucisku… i nie pozwoli, by krew jego Imama (Chameneiego) została przelana" - napisał w oświadczeniu opublikowanym w czwartek (2 lipca) przez państwowe media Mohammad Bagher Ghalibaf, wpływowy przewodniczący parlamentu, który przewodzi negocjacjom Iranu ze Stanami Zjednoczonymi. "Epickie osiągnięcie, które pokaże światu wielkość ducha narodu" - czytamy w opisie ceremonii.

(...)

Państwowe media przez ostatni tydzień wymieniały nazwiska spodziewanych zagranicznych dygnitarzy. Ostatecznie - poza prezydentem Gruzji Micheilem Kawelaszwilim, premierem Pakistanu Szehbazem Szarifem oraz zastępcą rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrijem Miedwiediewem - nikt nie potwierdził udziału w uroczystości. 

gazeta.pl

czwartek, 2 lipca 2026



Lars Petersen: - Obserwuje pan Unię Europejską od początku lat 90., kiedy założył pan EUTOP. Czy przez ten czas Europa stała się bardziej zdolna do działania, czy po prostu bardziej skomplikowana?

Klemens Joos /założył EUTOP, agencję pośredniczącą między przedsiębiorstwami a instytucjami europejskimi - red./: Oba stwierdzenia są prawdziwe. Jeśli chodzi o podstawy prawne Unii Europejskiej, to zdecydowanie stała się ona bardziej zdolna do działania. Traktat z Maastricht z 1993 r. był prawdziwym przełomem dla politycznej Unii Europejskiej. Natomiast Traktat z Lizbony, który wszedł w życie w 2009 r., to w sensie konstytucyjnym de facto narodziny Stanów Zjednoczonych Europy. Wiele osób do dziś nie rozumie, jak daleko sięga ta integracja UE.

- Jak daleko?

Bardzo daleko, choć wymagało to dwóch podejść i pierwsza próba upadła z powodu sprzeciwu społeczeństwa. Traktat z Lizbony, który przyniósł ten potężny impuls integracyjny, w ok. 90 proc. odpowiada pierwotnemu traktatowi konstytucyjnemu, który został podpisany 29 października 2004 r. w Rzymie, ale w 2005 r. odrzucono go w referendach we Francji i Holandii, przez co nigdy nie wszedł w życie.

Potem, mówiąc obrazowo, zdjęto z choinki łańcuchy, lampki i bombki, ale użyto tego samego drzewka i poddano pod głosowanie lekko zmodyfikowany projekt traktatu kilka lat później. Traktat został ratyfikowany jeszcze podczas kryzysu finansowego związanego z upadkiem Lehman Brothers, który przyćmił inne tematy, jak np. pogłębianie integracji UE. Jestem przekonany, że gdyby wtedy wszyscy decydenci i obywatele krajów członkowskich zdawali sobie sprawę, co rzeczywiście uchwalają, zapewne nie doszłoby do przyjęcia tego traktatu. Dobrze, że stało się inaczej.

- Gdzie konkretnie widać sprawność działania UE?

1 grudnia 2009 r. na mocy Traktatu z Lizbony kilka obszarów politycznych uznawanych dotąd za kluczowe dla suwerenności państw członkowskich — np. sprawy wewnętrzne, wymiar sprawiedliwości, rolnictwo i handel zagraniczny — zostało przeniesionych z zasady jednomyślności na zasadę większości kwalifikowanej w Radzie UE. Oznacza to, że państwa członkowskie straciły prawo weta w tych dziedzinach, a decyzje zapadają teraz większością kwalifikowaną. Od tego momentu znacznie więcej decyzji zapada na poziomie unijnym, a rola tej instytucji została trwale umocowana.

Ponadto od 2009 r. Parlament Europejski niemal wszędzie jest równorzędnym decydentem. To oznacza, że nie tylko przedstawiciele państw członkowskich — czyli szefowie państw i rządów — i Komisja Europejska podejmują decyzje w najważniejszych obszarach polityki, lecz wszystkie trzy instytucje wspólnie. Skutkiem tego wspólnego działania jest znacznie większa sprawność UE na zewnątrz — z wyjątkiem polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, która nadal wymaga zgody każdego państwa członkowskiego.

- Dlaczego zatem UE stała się jednocześnie bardziej skomplikowana?

Od czasu Traktatu z Lizbony mamy do czynienia ze skomplikowanymi i często nieprzejrzystymi procesami decyzyjnymi na wielu poziomach — pomiędzy Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i Radą UE. Tylko wtedy, gdy te trzy instytucje współpracują, możliwe są decyzje.

Oto kilka obrazowych liczb: Komisja Europejska składa się obecnie z przewodniczącej, sześciorga wiceprzewodniczących i 20 komisarzy. Do tego dochodzi 32 tys. urzędników — prawdziwych eurokratów. W Parlamencie Europejskim zasiada 720 posłów, wspieranych przez ok. 8 tys. pracowników. W Radzie UE zasiadają setki ministrów branżowych wszystkich 27 państw członkowskich, a wspiera ich ponad 2500 pracowników sekretariatu generalnego. I nie wolno zapominać o 27 głowach państw i rządów razem z ich urzędami.

- Jakie są konsekwencje tego stanu rzeczy?

Powstał system "decyzji bez decydentów" — w takim sensie, że z zewnątrz często nie sposób ustalić, kto faktycznie podjął daną decyzję. Moim zdaniem to właśnie jest głębszą przyczyną poczucia alienacji i bezsilności, które odczuwają zarówno obywatele, jak i gospodarka, a nawet częściowo sama polityka — i które wykorzystywane są przez populistów zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Do tego dochodzi fakt, że w europarlamencie nie ma frakcji rządowych i opozycyjnych. Komisja Europejska musi dla każdej decyzji zdobywać nową większość w europarlamencie, znajduje się więc w sytuacji podobnej do rządu mniejszościowego.

- Czyli uważa pan, że UE stała się silniejsza, ale jednocześnie rządzenie nią jest trudniejsze?

Zgadza się. Na zewnątrz UE jest zdolna do działania, bo dzięki Traktatowi z Lizbony zyskała nowe kompetencje. Wewnątrz jednak stopień skomplikowania tak wzrósł, że procesy decyzyjne w ramach zwykłej procedury legislacyjnej prowadzą często do nieprzewidywalnych rezultatów. Dlatego też instytucje unijne wprowadziły tzw. trialog nieformalny. To dziś najważniejsze gremium decyzyjne UE. Przedstawiciele Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady UE spotykają się tam na nieformalnych rozmowach, by jak najwcześniej wypracować kompromisowe linie we wszystkich nadchodzących decyzjach.

Efekt jest imponujący: niemal 90 proc. aktów prawnych w ramach zwykłej procedury ustawodawczej zostaje uchwalonych już po pierwszym czytaniu i z chwilą publikacji w Dzienniku Urzędowym staje się prawem. Trialog — który nie został nawet wspomniany w Traktacie z Lizbony — z racji poufności obrad jest jednak "czarną skrzynką", która nie czyni procesów decyzyjnych bardziej przejrzystymi, a wręcz przeciwnie. Kto chce zrozumieć Unię Europejską, musi najpierw zgłębić ten proces.

- Co pana fascynuje w Unii Europejskiej?

Europa to polityczna historia pokoju i gospodarczy sukces, który do dziś przyciąga inne państwa. I przy całej słusznej krytyce szczegółów nie powinniśmy zapominać: Stany Zjednoczone Ameryki potrzebowały po Deklaracji Niepodległości w 1776 r. wojny secesyjnej i prawie 100 lat, by zakończyć proces jednoczenia kraju. Traktat konstytucyjny z Lizbony został przyjęty zaledwie 16 lat temu. A w Unii Europejskiej nikt do siebie nie strzela. To już samo w sobie jest ogromną wartością.

- Czy zatem jesteśmy wobec Europy zbyt niecierpliwi?

Tak, a ta niecierpliwość wynika czasem też z niewiedzy. Nauczyliśmy się, że demokracja jest wymagająca, a osiąganie kompromisu żmudne. A jednak rośnie liczba osób o postawie "kanapowca": jeśli coś nie działa od razu, od razu się zniechęcają. Ale sukces, a także jego utrzymanie, wymagają wysiłku — to dotyczy zarówno firmy, stowarzyszenia, jak i polityki.

- Mówi pan nawet o renesansie UE. Dlaczego?

Bo UE nas chroni: chroni przed wewnętrznymi konfliktami militarnymi, przed zewnętrznymi agresorami i przed wojnami handlowymi. Daje nam niezbędną skalę, by w świecie, który po epoce globalizacji coraz bardziej dzieli się na rywalizujące ze sobą bloki, nadal odgrywać znaczącą rolę. W ramach rynku wewnętrznego UE żyje 451 mln konsumentów — więcej niż w USA. A dzięki Francji wśród krajów członkowskich jest potęga nuklearna. Tylko UE jest w stanie stać się trzecim filarem nowego porządku światowego obok USA i Chin.

(...)

- Jakie reformy są potrzebne, by UE była jeszcze bardziej sprawna?

Po pierwsze: inicjatywa ustawodawcza, która obecnie należy wyłącznie do Komisji Europejskiej, powinna zostać rozszerzona na Radę UE i Parlament Europejski, by zlikwidować wąskie gardło, jakim jest dziś Komisja.

Po drugie: Komisja Europejska powinna wywodzić się z większości parlamentarnej i być przez nią wspierana, a nie — jak rząd mniejszościowy — za każdym razem szukać nowych większości dla każdego aktu prawnego. Trialog nieformalny jako "prowizoryczne rozwiązanie" nie powinien na stałe pozostać głównym miejscem dochodzenia do porozumienia, ponieważ UE potrzebuje większej przejrzystości, odpowiedzialności i jasności politycznej.

Po trzecie: koniec z jednomyślnością we Wspólnej Polityce Zagranicznej i Bezpieczeństwa.

onet.pl\Die Welt


Polityczka była też pytana o kwestię amerykańskich baz w Polsce. W środę odbyło się spotkanie szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza i prezydenta Karola Nawrockiego. Prowadząca program "Jeden na jeden" Agata Adamek zauważyła, że po tych rozmowach jeden z prezydenckich ministrów mówił, iż Nawrocki otworzył drogę do stałej bazy USA w Polsce, a teraz Kosiniak-Kamysz i rząd muszą wziąć się do roboty i przygotować infrastrukturę.

— Czasem, jak słyszę te wypowiedzi doradców pana prezydenta, to mam wrażenie, jakbym była w grupie Biedronek w przedszkolu mojej córki — powiedziała Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. — Kwestia baz amerykańskich to jest kwestia, w której powinniśmy działać wspólnie — zaznaczyła.

onet.pl


"Składamy podziękowania regionalnej rosyjskiej stacji telewizyjnej GTRK Wołgograd-TRV oraz jej redaktorowi naczelnemu! Dzięki Artemowi i jego profesjonalnej pracy, 21 czerwca 2026 r. ukazał się reportaż poświęcony sekretom działalności rosyjskiego przedsiębiorstwa z sektora wojskowo-przemysłowego Titan-Barikady. Dzięki temu reportażowi udało się poznać wiele interesujących informacji na temat bieżącej działalności przedsiębiorstwa. Praca ta tak bardzo spodobała się siłom obronnym Ukrainy, że już 27 czerwca postanowiły one bezzwłocznie osobiście odwiedzić tę fabrykę przy pomocy pocisków FP-5 Flaming" — czytamy w komunikacie grupy analitycznej InformNapalm.

W komunikacie załączono także fragmenty reportażu, na których widać, że telewizja rzeczywiście mocno odsłoniła kulisy tego strategicznego zakładu, który projektuje i produkuje mobilne wyrzutnie dla strategicznych systemów rakietowych, takich jak "Jars" i "Topol-M", a także wyrzutnie dla systemu rakietowego "Iskander" oraz wielu systemów artyleryjskich dużego kalibru.

W rosyjskim reportażu widzimy m.in. doskonale pokazaną halę produkcyjną zakładu, a także jego najbliższe otoczenie.

onet.pl

środa, 1 lipca 2026



Według wspomnianego raportu powodem rozłamu była tajna amerykańska misja wojskowa o kryptonimie "Projekt Wolność". W ramach tej operacji USA chciały zabezpieczyć żeglugę przez cieśninę Ormuz i eskortować tankowce przez ten strategiczny przesmyk.

Jednak amerykański plan się nie powiódł. Jak podaje raport, Arabia Saudyjska odmówiła Amerykanom dostępu do swoich baz wojskowych i nie wyraziła zgody na przeloty nad terytorium kraju. Bez wsparcia królestwa Saudów Waszyngton musiał przerwać operację. Dla Białego Domu było to wyraźne lekceważenie.

W odpowiedzi Trump wyraźnie zwiększył presję. Według doniesień Biały Dom zagroził Arabii Saudyjskiej nawet wstrzymaniem dostaw pilnie potrzebnych systemów obrony przeciwrakietowej. Dopiero wtedy Rijad ustąpił i zniósł ograniczenia. Jednak szkody zostały już wyrządzone: "Projekt Wolność" ostatecznie zakończył się fiaskiem, a między Trumpem i księciem Muhammadem ibn Salmanem miało dojść do kilku burzliwych rozmów telefonicznych.

To może być najpoważniejszy kryzys między Waszyngtonem a Rijadem od lat. Według "Wall Street Journal" Stany Zjednoczone rozważają obecnie ograniczenie swojej obecności wojskowej w Arabii Saudyjskiej i zwrócenie się ku takim sojusznikom jak Izrael czy Jordania.

onet.pl\BILD


Jak podaje agencja Interfax, powołując się na dane Banku Centralnego Federacji Rosyjskiej, w czerwcu ilość gotówki w obiegu wzrosła o kolejne 449,7 mld rubli (ponad 22 mld zł). W porównaniu z majem tempo wzrostu ilości gotówki w gospodarce wzrosło o 18 proc.: wówczas ilość gotówki w obiegu wzrosła o 386,2 mld rubli (18,7 mld zł).

W okresie od lutego do czerwca łączna kwota gotówki wzrosła o 1,903 bln rubli (92,3 mld zł). Średnio każdego miesiąca Rosjanie i przedsiębiorstwa wypłacali w gotówce 380,7 mld rubli (ok. 18,5 mld zł), czyli 12,6 mld rubli dziennie (612,5 mln zł). Rekordowy odpływ w tym roku — 607,3 mld rubli (29,5 mld zł) — Bank Centralny odnotował w kwietniu.

Można mówić o tym, że ukształtował się trwały trend polegający na wypłacaniu oszczędności w gotówce — stwierdza dyrektor zarządzający Expert RA Jurij Belikow. Przedsiębiorstwa przechodzą do szarej strefy z powodu wzrostu podatków, a ludzie starają się mieć zapas banknotów na wypadek przerw w dostępie do internetu — wyjaśnia.

Wzrost ilości gotówki w obiegu to "bardzo niepokojąca sytuacja" — mówił w czerwcu na forum PMEF wiceprezes zarządu Sberbanku Taras Skworcow. Według niego gotówka wycofana z systemu bankowego nie wraca do obiegu. "Nie obserwujemy wzrostu inkasa ani wpłat za pośrednictwem urządzeń samoobsługowych, bankomatów i terminali do systemu bankowego. Oznacza to, że gotówka pozostaje obecnie w rękach ludności" — powiedział Skworcow.

Według danych Banku Centralnego na dzień 1 maja trzymano w gotówce 17,7 bln rubli (80,6 mld zł) oszczędności — kwotę rekordową w historii. "Pod materacami" oraz w skrytkach bankowych obywatele Federacji Rosyjskiej przechowywali 88 proc. gotówkowej masy pieniężnej, którą Bank Centralny oszacował na 20,09 bln rubli (976,8 mld zł) na koniec kwietnia.

onet.pl\The Moscow Times


— W ciągu ostatnich kilku miesięcy podróżowałem po Europie, rozmawiając z Ukraińcami w wielu krajach, i słyszałem wiele opowieści o tym, co zostało nazwane "wypychaniem". Zdecydowanie dostrzegam pewne tendencje — powiedział komisarz Rady Europy ds. praw człowieka Michael O'Flaherty.

Komisarz wskazał na cięcia świadczeń socjalnych i dodatków mieszkaniowych. Mówił też o "wzroście nienawiści do Ukraińców w niektórych miejscach". — Widzę, jak stają się ofiarami antyimigranckiej retoryki skrajnej prawicy, która chce obarczać imigrantów winą za wszystko, co idzie nie tak w społeczeństwie — dodał O'Flaherty.

W rozmowie z "Faktem" dr hab. Jan Brzozowski, kierownik Zakładu badań nad zmianami społecznymi w Europie Uniwersytetu Jagiellońskiego, wskazał, że "to część większego zjawiska". — Pamiętajmy, że w momencie, gdy doszło do pełnoskalowej inwazji i kilka milionów Ukraińców wjechało do Europy, a Komisja Europejska uaktywniła dyrektywę o tymczasowej ochronie, w krajach członkowskich pojawiła się bardzo brzydka presja, żeby "zachęcać" do powrotu do domu obywateli Syrii — przypomniał.

— Teraz mamy drugą odsłonę tego procesu, który określiłbym jako cherry picking [pl. wybiórcze podejście — przyp. red.], czyli pozostawienie tylko tych uchodźców, których chcemy, najlepiej zdrowych, pracujących i dobrze wykształconych — ocenił. Jak podkreślił, "to nie jest humanitaryzm, wygrywają zimne interesy".

— Polityka państwa polskiego wcale znacząco tutaj nie odstaje — to jest europejski trend. Widzimy stopniowe wygaszanie ochrony tymczasowej na rzecz prawa pobytowego — co ładnie brzmi i generalnie ja też zgadzam się z tym, że coś, co jest tymczasowe, nie może trwać wiecznie — natomiast w całym tym pragmatyzmie nieco zapomniano o najbardziej potrzebujących — zaalarmował.

Dr hab. Brzozowski zaznaczył, że chociaż "ok. 60-70 proc. Ukraińców pracuje, co jest fantastycznym wynikiem dla de facto uchodźców, jest też wiele osób, które nie mogą pracować — są chore, wymagają opieki". — Słyszeliśmy apel siostry Chmielewskiej sprzed kilku dni — osoby starsze, zniedołężniałe nagle straciły dostęp do opieki zdrowotnej, możliwość pobytu w centrum zakwaterowania zbiorowego. To jest właśnie wynik tej zmiany politycznej — podkreślił.

fakt.pl


W ostatnim tygodniu czerwca na rynku pojawił się znaczący popyt na waluty — informuje dealer dużego rosyjskiego banku w rozmowie z Agencją Reutera. Jego zdaniem waluty są skupowane, by opłacić wymuszony import benzyny, ponieważ niedobór dotknął niemal wszystkie regiony Rosji.

— Na rynek wpłynęły bardziej intensywne ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie, kolejki na stacjach paliw i ogólny pesymizm co do zakończenia konfliktu, a także spadki cen na rynku akcji i obligacji. To skutkuje wzrostem zakupów walut obcych przez firmy i ludność w roli aktywa zabezpieczającego — wylicza główny analityk firmy finansowej Finam Aleksandr Potawin.

Ponadto po zakończeniu konfliktu w Iranie ceny ropy gwałtownie spadły, a rosyjska odmiana Urals, według danych Bloomberga, jest notowana poniżej 50 dol. (188 zł) za baryłkę. Bank centralny zwiększa zakupy walut na giełdzie, by zasilić Fundusz Narodowego Dobrobytu Federacji Rosyjskiej. Jak podkreśla Potawin, "już w lipcu może spowodować to lokalny deficyt walut na rynku".

onet.pl\The Moscow Times