niedziela, 27 września 2026



Milbloger przyznał, że linia frontu jest “statyczna” — milczące potwierdzenie niemal zerowych postępów Rosji na polu bitwy netto w ostatnich miesiącach — i wezwał Rosję do zintensyfikowania i przyspieszenia kampanii uderzeniowej przeciwko Ukrainie, póki zasoby są obfite. Milbloger przestrzegł przed opieraniem się na założeniu, że Rosja może kontynuować atak w nieskończoność i stopniowo zwiększać presję na Ukrainę. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył 26 września, że Rosja planuje przeznaczyć 12 miliardów dolarów na produkcję dronów o napędzie odrzutowym i amunicji krążącej. Putin może na nowo oceniać swoją teorię zwycięstwa, która wcześniej opierała się na założeniu, że armia rosyjska może kontynuować natarcie w nieskończoność, dopóki nie osiągnie swoich celów lub Ukraina nie podda się - na rzecz polegania na rosyjskiej kampanii uderzeniowej dalekiego zasięgu ze względu na sukcesy Ukrainy na polu bitwy w 2026 roku.

Zmodyfikowana teoria zwycięstwa Putina w dużej mierze opiera się na zdolności Rosji do wystrzeliwania tanich dronów odrzutowych typu Geran na dużą skalę i przy stosunkowo wysokim wskaźniku penetracji – wymaganiach, które ukraiński program przechwytujący ma na celu zaatakować. Znany rosyjski bloger powiązany z Kremlem twierdził 27 września, że siły rosyjskie wystrzeliły w nocy z 26 na 27 września drony Geran-5 o napędzie odrzutowym przeciwko miastom Odessa, Mikołajów i Kijów oraz że zróżnicowany arsenał uderzeniowy Rosji i niedobory obrony powietrznej Ukrainy pozwalają siłom rosyjskim utrzymać obecne tempo ataków i rozszerzyć typy celów. Milbloger stwierdził, że obecna rosyjska strategia strajkowa nakłada na Ukrainę znaczne koszty gospodarcze, ostrzegł jednak, że koszty utrzymania kampanii strajkowej mogą przekroczyć bezpośrednie skutki kampanii, jeśli będą kontynuowane w dłuższej perspektywie. Pod koniec kwietnia 2026 r. siły rosyjskie zaczęły intensyfikować wykorzystanie dronów o napędzie odrzutowym. Zełenski oświadczył 26 września, że wskaźnik przechwytywania przez Ukrainę dronów Shahed o napędzie odrzutowym wynosi obecnie 55 procent, ponieważ ukraińska obrona powietrzna przechwyciła dotychczas ponad 1500 takich dronów z 2730 wystrzelonych przez Rosję we wrześniu 2026 r. Szef Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow oświadczył 27 września, że Ukraina testuje prototypy dronów przechwytujących w warunkach bojowych i że masowe wykorzystanie przez Ukrainę dronów przechwytujących zdolnych do zestrzeliwania Geranów o napędzie odrzutowym może rozpocząć się w ciągu kilku miesięcy. Ukraińskie firmy pomyślnie przetestowały już w terenie kilka dronów przechwytujących, które mogą przechwytywać rosyjskie drony o napędzie odrzutowym. Nadal nie jest jasne, czy ukraiński program przechwytujący uda się rozszerzyć i odnieść sukces na czas, aby zakłócić nasilającą się kampanię rosyjską zimą.

Putin prawdopodobnie nie przewiduje, że długoterminowa kampania uderzeniowa Rosji przeciwko Ukrainie będzie trwała w nieskończoność, gdyż prawdopodobnie próbuje zmusić Ukrainę do kapitulacji przed wiosną 2027 roku. Milbloger zauważył 27 września, że rosyjska strategia polegająca na dużym poleganiu na atakach dalekiego zasięgu jest kosztowna i nie może trwać w nieskończoność, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że siły ukraińskie również eskalują swoje ataki na Rosję. Trwająca rosyjska kampania uderzeniowa opiera się na niezdolności Ukrainy do przechwytywania rosyjskich dronów o napędzie odrzutowym w połączeniu z niedoborem przechwytywaczy Patriot do obrony przed rakietami balistycznymi zimą 2026-2027 r. i zakłada, że ukraińska infrastruktura energetyczna i inna infrastruktura krytyczna nie będzie w stanie wytrzymać rosyjskich ataków w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Putin oświadczył 25 września, że Ukraina “musi odczuć” “odwetowe” ataki Rosji, sugerując, że zamierza eskalować swoją kampanię do zimy, co robił już poprzedniej zimy. Putin może nie brać pod uwagę długoterminowych kosztów rosyjskiej kampanii uderzeniowej, jeśli spodziewa się, że Ukraina rozpadnie się i podda tej zimy. Jest mało prawdopodobne, aby Putin poszedł na kompromis ze swoimi żądaniami lub zaangażował się w poważne negocjacje w sprawie zawieszenia broni, dopóki jego nowa teoria nie dobiegnie końca.

Wybitny milbloger powiązany z Kremlem stwierdził również 27 września, że rozbudowa rosyjskiego arsenału uderzeniowego jest tańsza niż przeprowadzenie drugiej mobilizacji z perspektywy gospodarczej, wojskowej i społecznej. Putin może próbować opóźnić wydanie rozkazu przymusowej mobilizacji na dużą skalę, do której jego urzędnicy stawiają warunki pomimo zaprzeczeń Kremla, do czasu, aż zobaczy, czy jego długoterminowa kampania strajkowa jest wystarczająca do osiągnięcia jego celów. Żądanie zastępstw za ogromne straty Rosji na linii frontu może jednak skłonić go do wydania rozkazu takiej mobilizacji tej jesieni, do czego często donosiły źródła ukraińskie i inne.

(...)

Niemiecki serwis informacyjny FAZ poinformował 25 września, że uzyskał od niemieckich funkcjonariuszy bezpieczeństwa informację, że niemieccy śledczy podejrzewają, że Główna Dyrekcja Sztabu Generalnego Rosji (GRU) użyła urządzeń zapalających do ataku na siedziby firm technologicznych i obronnych Rohde & Schwarz i Helsing w Monachium w Niemczech 3 września. FAZ poinformowało, że Helsing zaopatruje ukraińską armię, że zespół GRU działa ze Słowacji i że władze niedawno udaremniły podejrzenie próby sabotażu GRU na Słowacji. Według doniesień niemieckie służby bezpieczeństwa oceniają również, że rzekomy szef operacji sabotażowych GRU Denis Smolyaninov jest prawdopodobnie odpowiedzialny za ataki na lotnisko w Lipsku 5 sierpnia, incydent, który władze niemieckie publicznie przypisały Rosji. Niemieckie źródła bezpieczeństwa wskazały, że GRU wykorzystuje zespoły specjalistów do ataków sabotażowych w Europie i organizuje zespoły na podstawie poszczególnych misji. Źródła bezpieczeństwa podały, że GRU dalej rozwijała swoją niesławną Jednostkę 29155, aby stać się bardziej profesjonalną, i utworzyła Departament Zadań Specjalnych w celu nadzorowania operacji.

(...)

Ukraińskie źródło wywiadowcze typu open source (OSINT) opublikowało 27 września zdjęcia satelitarne przedstawiające uszkodzenia wielu budynków Azowskiego Zakładu Optyczno-Mechanicznego w Azowie w obwodzie rostowskim (około 200 kilometrów od linii frontu) po ukraińskich atakach na obiekt 25 września lub w nocy z 25 na 26 września. Źródło OSINT podało, że zdjęcia wskazują, że ukraińskie ataki uszkodziły co najmniej pięć zakładów produkcyjnych w sześciu budynkach, w tym odlewnię zakładu, zakłady produkcji optyki, montażu, galwanizacji i obróbki mechanicznej.

Ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę naftową w dalszym ciągu ograniczają rosyjskie zdolności przetwórcze ropy naftowej. Szef Ukraińskiego Centrum Zwalczania Dezinformacji, porucznik Andrij Kowalenko, poinformował 26 września, że niedawne ukraińskie ataki na rafinerie ropy naftowej w Permie i Nowoszachtyńsku, prawdopodobnie odnoszące się do ukraińskich ataków z 25 i 26 września, spowodowały zaprzestanie działalności obu rafinerii.

understandingwar.org

sobota, 26 września 2026



Słyszę, że powszechne zaniepokojenie rodzi sytuacja na rynku walutowym, czyli znaczne osłabienie złotego. To oczywiste, że ludzie zwracają uwagę na ten właśnie rynek, a nie na to, co powoduje zmiany. Dla szerokiej publiczności kurs złotego jest najbardziej widoczny, a jego wpływ na nasze kieszenie jest najbardziej oczywisty.

Nawiasem mówiąc, dla polskiego PKB słabszy złoty jest lepszy, bo zwiększa eksport i hamuje import. A jeśli nawet importu nie hamuje, to produkty z importu, np. ropa, są droższe przy słabym złotym, co prowadzi do wyższych cen, a więc i wyższych wpływów z VAT do budżetu. Przy okazji ciągle słyszę, że program CPN wynika z tego, że budżet dopłaca do niższych cen paliw. To oczywisty błąd logiczny: budżet traci, bo mniej do niego wpływa, a nie wydaje na dopłaty.

Skoro wiemy już, że źródło słabości złotego leży ponad nim, to gdzie jest to "ponad"? Otóż fundamentem prowadzącym do osłabienia złotego jest globalne umocnienie dolara. Złoty zawsze reaguje na spadki kursu EUR/USD (umocnienie dolara) wzrostem ceny dolara, euro czy franka. Tym razem oczywiście też się tak stało.

W trakcie ostatnich 30 dni kurs EUR/USD stracił około 3 proc., USD/PLN wzrósł o około 4 proc., a EUR/PLN – o 2 proc. W całym 2026 r. EUR/USD wzrósł o 5,4 proc., a EUR/PLN – o około 4 proc., ale złoty potężnie stracił do dolara – około 11 proc. Relatywnie większe osłabienie złotego może nieco martwić i zwracać uwagę na stan finansów publicznych.

Złoty nie zareagował na ostatnie obniżenie ratingu przez agencję Moody’s. Wbrew oczekiwaniom niektórych analityków w poniedziałek, po piątkowym obniżeniu ratingu, złoty całkiem wyraźnie zyskał, a indeksy na GPW wzrosły o 2 proc., ustanawiając rekordy wszech czasów (na bardzo małym obrocie, co zawsze musi stawiać znak zapytania). (...) Dodam tylko, że w następnych dniach złoty pokazywał nadmiarową słabość, co jednak mogło mieć coś wspólnego z ratingiem.

Dlaczego dolar szybko się umacnia? Impuls do umocnienia w ostatnich 30 dniach dały czekanie na wrześniową decyzję FOMC i sama decyzja oraz tzw. wykres kropkowy (pokazuje poglądy ludzi z Fed z wyłączeniem jej szefa). Stopy wzrosły o 25 pb., nikt podwyżce się nie sprzeciwił, a wykres kropkowy pokazał, że FOMC (Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku, organ Fed – red.) najpewniej jeszcze raz w tym roku podniesie stopy (28.10 lub 9.12). ECB też co prawda podniósł stopy w strefie euro, ale są wątpliwości co do tego, czy zrobi to jeszcze raz w tym roku. Dość oczywista była reakcja rynku walutowego. Dolar musiał się umocnić, co oczywiście u nas pociągnęło za sobą osłabienie złotego.

Doszliśmy z rynku walutowego do decyzji FOMC, więc trzeba zapytać, dlaczego Fed podnosi stopy procentowe. Otóż podnosi z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze dlatego, że Rezerwa Federalna chce sprowadzić wskaźnik PCE (inflacja w wydatkach osobistych) do poziomu 2 proc. – teraz to 3,7 proc.

Jest jednak jeszcze jeden, nieco ukryty, powód. Otóż inwestorzy od początku rządów Kevina Warsha w Fed (od maja 2026) podejrzewają, że Warsh jest jastrzębiem z gołębim upierzeniem. Mówi dużo i często o zdecydowaniu w dążeniu do opanowania inflacji, ale nic nie robi. To zaś rodziło obawy o sprawczość Fed w dążeniu do opanowania inflacji. Takie obawy rodziły wzrost oczekiwań inflacyjnych, a to podnosiło rentowności obligacji długoterminowych. A te rentowności stanowiły odnośnik dla oprocentowania różnych kredytów, więc uderzały w gospodarkę USA.

Oczywiście podejrzewano, że olbrzymi wpływ na Warsha ma Donald Trump, który przecież go mianował i często wieczorami do niego dzwoni. A przecież wiadomo, że Trump chce mieć stopy procentowe bliskie zeru i chce też słabego dolara, co wpłynie na wzrost konkurencyjności USA oraz niewidoczne oddłużanie Stanów Zjednoczonych. Tak więc Warsh sprzeciwił się swojemu patronowi. Pewnie nie miał wyjścia, bo przecież w historii FOMC nie było (oficjalnego) głosowania, w którym szef Fed był przegłosowany. Warsh nie miał wyjścia: jego wiarygodność była w tym głosowaniu stawką, o której musiał pamiętać.

I tak dochodzimy do rynku długu, o którym pisałem na początku września. Od tego czasu sytuacja zdecydowanie się pogorszyła. W USA rentowności obligacji 10-letnich i 30-letnich sięgnęły poziomów sprzed 22 lat. To oczywiście podnosiło również rentowność obligacji w innych krajach (oprócz Chin), w tym w Polsce. Taki mechanizm zawsze na rynkach obowiązuje.

Są oczywiście i inne powody, które podnoszą rentowność obligacji. Wspominałem już o nich na początku września, więc tutaj w dużym skrócie: wysokie ceny ropy, które budują inflację i oczekiwania inflacyjne, konkurencja zadłużonych "pod korek" spółek budujących AI (Softbank emituje obligacje z rentownością 10 proc., Alphabet 7 proc. itd.), potężne zadłużenia wielu krajów (USA 123 proc. do PKB, Francja 116 proc., Włochy 137 proc., Hiszpania 101 proc., Chiny 99 proc., itd.) i niechęć polityków do ograniczenia tego długu.

Jak widać było w kolejnych dniach po decyzji FOMC, wzrost wiarygodności Fed nie pomógł w ograniczeniu rentowności obligacji – jedynie umacniał nadal dolara, co szkodzi przecież USA. Widać było, że cena ropy jest ważniejsza od tego, co zrobi Fed. W Xelionie obliczono, że korelacja między rentownością obligacji a ceną ropy jest obecnie na poziomie ponad 0,6, czyli jest bardzo wysoka.

Wystarczyło, żeby cena ropy po pięciu dniach spadków – o 17 proc. – zyskała 2 proc. i mocno wzrosły indeksy PMI (na które rynki w USA rzadko zwracają uwagę), żeby rentowności obligacji gwałtownie wystrzeliły na północ (wtedy właśnie były te 22-letnie szczyty). To oczywiście natychmiast potężnie umocniło dolara, bo zwiększyło oczekiwania na podwyżki stóp, a to przeceniło złotego.

Wbrew pozorom, w krótkim terminie ta zależność rentowności i dolara od ropy daje nadzieję na zwrot na rynku złotego oraz polskich obligacji. Nie wierzę w to, że politycy zaczną ograniczać zadłużenie. Nie zrobią tego bez zagrożenia globalnym kryzysem zadłużeniowym, który – według mnie – za kilka lat nadejdzie. Nie opanujemy też szaleństwa inwestycyjnego spółek sektora AI.

Wystarczy jednak porozumienie na linii USA – Iran, a może i Ukraina – Rosja, żeby cena ropy gwałtownie spadła, a to równie gwałtownie obniżyłoby rentowność obligacji i zmniejszyło presję na Fed. To zaś przeceniłoby dolara i pomogło złotemu. Jeśli ktoś nie wierzy w szybką przecenę ropy, to ma jeszcze jedną możliwość. Skoro administracji USA mocny dolar i droga ropa (szczególnie przed wyborami) nie odpowiadają, to może w krótkim terminie coś z tym zrobić.

Parę tygodni temu Scott Bessent, sekretarz skarbu USA, ostrzegał inwestorów, że z nim nie wygrają. Od tego czasu rentowności mocno wzrosły, a dolar się umocnił, pokazując znak figi sekretarzowi i prezydentowi. Śmiem twierdzić, że oni tego nie zniosą i wymyślą coś (potężną interwencję), co na pewien czas zmieni kierunki na rynkach obligacji i walutowych. A przecież krótkich pozycji na EUR/USD jest obecnie multum – wystarczy mały impuls, żeby zamykanie tych pozycji podniosło EUR/USD mocno, pomagając przy okazji złotemu. W krótkim terminie nie liczyłbym za bardzo na to, że złoty będzie tracił.

money.pl


Dlaczego traci: sześć błędów
  1. Po odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego nie przyszedł żaden równie mocny temat. Jedyny duży temat, w którym zwolennicy zrównali się z krytykami, zamknął się w czerwcu. Od lipca żaden tydzień nie przekroczył 45 proc. głosów przychylnych.
  2. Weto bez szybkiej odpowiedzi o cenach. Po zablokowaniu podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych KO i Donald Tusk przypisali prezydentowi odpowiedzialność za ceny na stacjach. Temat paliw urósł z 2 do 8 proc. dyskusji, przychylnych w nim jest 27 proc.
  3. Po ułaskawieniu „Starucha” częściej padała etykieta kibola. W sierpniu słowa „kibol”, „ustawka” i „Staruch” pojawiały się w dwa razy większej części wypowiedzi niż wcześniej.
  4. Po starcie procesu z Onetem wrócił Grand Hotel. Po starcie procesu udział wątku przeszłości we wrześniu się podwoił.
  5. Wpis o terytorium odczytany jako zapowiedź ustępstw. Zdanie „Możemy oddać terytorium, ale nigdy nie oddamy naszej Ojczyzny”, opublikowane poza kontekstem przemówienia o 17 września 1939 roku, KO wykorzystała jako zarzut. W sporze o te słowa przychylnych było 21 proc.
  6. Spór z Tuskiem jako główny sposób komunikacji. Co miesiąc od jednej czwartej do ponad jednej trzeciej rozmowy o prezydencie dotyczy konfliktu z rządem, a przychylni stanowią w niej około jednej trzeciej.
(...)

Mediana wpisu Donalda Tuska o prezydencie na X ma 184 znaki. Mediana wpisu prezydenta albo Kancelarii o premierze i rządzie ma 397 znaków, ponad dwa razy więcej. Wpis Tuska o Nawrockim zbiera w medianie dziesięć razy więcej reakcji. Premier pisze o prezydencie na X rzadko i krótko, a jego wpisy zbierają wielokrotnie więcej reakcji niż komunikaty Pałacu.

Riposta wygrywa z akapitem. Najmocniejsze wpisy Tuska to jedno zdanie z puentą: „Proponuję zacząć od przestrzegania aktualnej” (o nowej konstytucji), „Wciąż nie wiem, dlaczego dla prezydenta miliardy z programu SAFE dla polskiego wojska są złe, a Zondacrypto jest dobra”. Mieszczą się w tytule portalu i w komentarzu pod nim. Odpowiedzi Nawrockiego zaczynają się od „Panie Premierze” i rozwijają się w akapit. Taki akapit trzeba najpierw streścić, żeby go powtórzyć.

Premier mówi o skutkach, prezydent o zasadach. Tusk przypina prezydentowi konkret odczuwalny w domu: ceny paliw, pieniądze na wojsko, terytorium. Nawrocki odpowiada historią, konstytucją i suwerennością. W dyskusji o paliwach przychylnych jest 27 proc., w konflikcie z rządem od 29 do 37 proc. w każdym miesiącu. Na zarzut o rachunki prezydent odpowiada lekcją o państwie.

Ironia stawia mówiącego wyżej, pouczenie niżej. Tusk zadaje pytania, na które każda odpowiedź szkodzi („w tym też popieracie Orbána?”). Prezydent poucza: „Panie Premierze, historyku”, „myślałem, że tę lekcję mamy już za sobą”. Komunikaty Kancelarii mówią o nim w trzeciej osobie („Gdy D. Tusk szuka politycznych emocji i ataków, Prezydent RP buduje bezpieczeństwo”) i brzmią jak urząd, który odpowiada na skargę.

Temat nadaje Tusk. W największych wątkach sporu (nowa konstytucja, paliwa, terytorium) pierwszy strzał oddaje premier albo KO, a prezydent odpowiada. Najpopularniejszy wpis Nawrockiego o Tusku w całym półroczu to właśnie odpowiedź w sprawie terytorium z 17 września. Zebrał więcej reakcji niż którykolwiek wpis premiera o nim, a mimo to temat zamknął się z 21 proc. głosów przychylnych. Wygrał zasięg na temacie narzuconym przez premiera, więc przegrał spór.

Tusk ma chór, prezydent urzędników. Po wpisie o terytorium frazę premiera powtórzyli ministrowie i profil KO („Komu Nawrocki chce oddać terytorium Polski?”). Po stronie prezydenta mówią Kancelaria, Zbigniew Bogucki i Rafał Leśkiewicz, czyli urzędnicy, których wpisy zbierają niewielką część reakcji. To ten sam brak zaplecza, który widać przy paliwach.

Utarczka odbiera mu autorytet urzędu. Najlepszy okres półrocza przyszedł przy odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego, gdy prezydent mówił w imieniu państwa i o Tusku nie wspominał. Każda szpilka wbita premierowi robi z niego uczestnika sporu partyjnego, w którym krytyków jest mniej więcej dwa razy więcej niż zwolenników. Tusk walczy zdaniami, które da się powtórzyć, Nawrocki tekstami, które trzeba przeczytać, a w mediach społecznościowych wygrywa to, co się powtarza.

nawrockiwizerunkesm260926.netlify.app


Do historii przejdzie przecięcie przez Donalda Trumpa wstęgi na nowym lądowisku dla śmigłowców przy Białym Domu. Prezydent przemawiał, ale w telewizji nie było go słychać. To efekt protestu wszystkich akredytowanych stacji przeciw wyrzuceniu z Białego Domu dziennikarzy Politico, CNN i MSN.

(...)

Donald Trump z mediami ma na pieńku nie od dziś. Wyrzucenie trzech redakcji to wyjątkowo nerwowy ruch, ale trudno się dziwić, widząc sondaże na miesiąc przed wyborami połówkowymi. Brak przewagi w Kongresie obnaży bezsilność prezydenta.

Trzy wyrzucone redakcje odwołały się do sądu, a sprawę rozpatrywał sędzia federalny Timothy J. Kelly, mianowany w 2017 r. przez... Trumpa. Kelly uznał, że odbieranie przepustek do Białego Domu na podstawie widzimisię jest nieuzasadnione. To zresztą on w 2018 r. nakazał administracji Trumpa przywrócić dostęp do Białego Domu dziennikarzowi CNN. I Jim Acosta odzyskał przepustkę. Tym razem Kelly też kazał oddać przepustki, ale Biały Dom robił to z dużymi oporami. Sytuację najlepiej opisywał piątkowy nagłówek w "New York Timesie": "Biały Dom Trumpa otwiera drzwi przed dyktatorem z Chin. Przed amerykańskimi mediami — niekoniecznie". Wizytę Xi Jinpinga obsługiwali jedynie fotografowie, radiowcy i prasa, bo telewizje nadal solidarnie bojkotowały przekaz z Białego Domu. Nawet ukochana przez Trumpa stacja Fox News.

onet.pl\Newsweek


11 czerwca 2026 r. wieczorem w pobliżu Suboticy serbska policja zatrzymuje tuż przed granicą z Węgrami dwa pojazdy. W Peugeocie Danilo Bogdanovicia, Serba, posługującego się również drugim rosyjskim paszportem, śledczy znajdują części zmodyfikowanego drona. Według oceny niemieckich specjalistów z tych komponentów można było złożyć latającą bombę. Niedługo później skontrolowano także czarne Volvo Slobodana Ducicia. W skrytce w samochodzie funkcjonariusze odkrywają dwie puszki. W środku znajdują się materiały wybuchowe. Bogdanović i Ducić trafiają w Serbii do aresztu tymczasowego.

Następnego dnia zaprzyjaźniona służba wywiadowcza przekazuje informacje o podejrzanej ciężarówce, która jedzie z Serbii do Niemiec. Serbskie władze otrzymują szczegółowy opis pojazdu, dowiadują się o specjalnie przygotowanych pustych przestrzeniach w ciężarówce, które miały służyć do przemytu broni. Mimo to pojazd wymyka się serbskiej policji.

Bawarska policja graniczna 27 czerwca kontroluje pojazdy na autostradzie A8 przy zjeździe Teisendorf. Ciężarówka wpada w ręce funkcjonariuszy podczas wjazdu z Austrii. Serbski kierowca nie ma ważnych dokumentów. Zostaje zatrzymany, otrzymuje zakaz wjazdu do Niemiec i zostaje zawrócony do Austrii. A ciężarówka?

Zostaje skonfiskowana i zbadana. Śledczy rzeczywiście znajdują opisane tajne skrytki. Wnęki są jednak puste. Po broni, o której uprzedzały agencje wywiadowcze, nie ma śladu. Służby bezpieczeństwa są zaniepokojone: transport broni mógł już dwa tygodnie wcześniej dotrzeć do celu w Niemczech. Jak ustalił "Bild", materiały z ciężarówki mogą być przeznaczone do zamachu na firmę zbrojeniową w Bawarii, ważną dla wsparcia Ukrainy w obronie przed rosyjską wojną.

Poszukiwania broni trwają pełną parą — do dziś. Według oceny służb bezpieczeństwa obecnie w Europie działa kilka sterowanych przez Rosję siatek sabotażowych. Za kluczowego aktora służby bezpieczeństwa uważają rosyjski wywiad wojskowy GRU, który za pośrednictwem własnego "wydziału do zadań specjalnych" ma prowadzić w Europie tajne operacje. Organy bezpieczeństwa podejrzewają, że broń z ciężarówki znajduje się w magazynie, gotowa do kolejnego ataku w Niemczech.

onet.pl\BILD

piątek, 25 września 2026



W dniach 18–20 września w Rosji odbyły się pseudowybory parlamentarne, w których wyłoniono nowy, 450-osobowy skład Dumy Państwowej (izby niższej parlamentu). Ponadto, jak co roku, przeprowadzono szereg elekcji regionalnych i lokalnych. „Wybory” parlamentarne po raz pierwszy zorganizowano na okupowanych terytoriach Ukrainy, w warunkach panującego tam stanu wojennego i masowego terroru wobec ludności cywilnej.

Zgodnie z oficjalnymi wynikami frekwencja wyniosła 59,68%, a partia władzy Jedna Rosja (57,96% głosów) uzyskała 349 mandatów (rekordowa liczba w historii partii). Rezultat ten w żaden sposób nie odzwierciedla rzeczywistości: według niezależnych szacunków realny wynik Jednej Rosji mógł oscylować wokół 34%, a frekwencja wyniosła poniżej 40%.

Głosowanie zaplanowano jako plebiscyt poparcia dla kontynuacji agresji na Ukrainę – wbrew preferencjom większości Rosjan, którzy w sondażach deklarują poparcie dla rozpoczęcia negocjacji pokojowych. Kreml dopuścił do wyborów jedynie w pełni lojalne, wspierające wojnę partie pseudoopozycyjne, dążył też do wyeliminowania kandydatów mogących – wbrew woli kierownictwa ugrupowań – propagować hasła niezgodne z interesem władzy (przede wszystkim antywojenne).

„Wybory” odbyły się na tle rosnącego niezadowolenia rosyjskiej elity polityczno-biznesowej i społeczeństwa z pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, budżetowej i bezpieczeństwa w Rosji. Jak dotąd nie widać oznak, aby nastroje te miały się przerodzić w otwarty sprzeciw. Kontekst głosowania stanowią również nasilające się represje i cenzura. Tymczasem Władimir Putin wykazuje determinację do kontynuowania agresji na Ukrainę oraz eskalowania systemowego konfliktu z Zachodem. Wysoki oficjalny wynik Jednej Rosji zostanie wykorzystany jako mandat społeczny dla ogłoszenia szeregu niepopularnych decyzji. W najbliższych miesiącach prawdopodobne są m.in. kolejna fala mobilizacji wojskowej, dalsze podwyższanie danin fiskalnych czy pogłębienie militaryzacji gospodarki w celu przełamania niekorzystnej dla Rosji sytuacji na froncie.
 
Spektakle wyborcze są w Rosji testem sprawności i lojalności całego aparatu administracyjnego wobec Kremla oraz jego gotowości do zapewnienia pożądanych rezultatów i zneutralizowania potencjału protestu niezależnie od (coraz mniej sprzyjających) warunków. Jednocześnie bezkarne masowe fałszerstwa oraz tłumienie pluralizmu opinii i oporu stanowią demonstrację siły i „suwerenności” władzy. To sygnał, że pełne podporządkowanie się i porzucenie mrzonek o politycznej alternatywie to jedyna gwarancja przetrwania w coraz bardziej opresyjnym systemie.

Tegoroczne wybory parlamentarne pełniły w zamysłach Kremla dodatkową funkcję – prowojennego plebiscytu. Miały zademonstrować masowe poparcie społeczne dla kontynuowania wojny przeciwko Ukrainie, ale też dla eskalacji „egzystencjalnego” konfliktu z Zachodem: jedność narodu i władzy ma w założeniach propagandy przypominać tę z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej z lat 1941–1945 (Rosja rzekomo znów walczy o swoje przetrwanie z nazizmem). W obliczu rozbieżności pomiędzy tak nakreślonym celem a rzeczywistymi nastrojami w społeczeństwie i elitach zadbano o maksymalną możliwą kontrolę nad procesem wyborczym, użyto także autorytetu Władimira Putina, który zaktywizował swoją publiczną działalność, w tym podróże po regionach (niezagrożonych ukraińskimi atakami), w celu agitowania na rzecz Jednej Rosji (JR). W przemówieniu wygłoszonym tuż przed wyborami zaapelował o aktywny w nich udział, by pokazać, że miliony obywateli połączonych wspólnymi wartościami stoją za armią walczącą na froncie.

Przygotowania do wyborów przebiegały w cieniu utrzymujących się blokad niezależnych źródeł informacji, agresywnej propagandy wojny, nagłaśniania szczególnej roli weteranów wojennych jako nowej, patriotycznej elity, jak również nagonki na „wrogów narodu”, „zdrajców” i „agentów”, której towarzyszyły ostrzeżenia, że Zachód planuje ingerencję w przebieg głosowania. Jednocześnie nasiliły się represje nie tylko wobec oponentów politycznych, lecz także osób nagłaśniających niepożądane dla władz fakty (m.in. karano za publikowanie nagrań dokumentujących skutki ataków dronowych na rosyjskie miasta).

(...)

Głosowanie trwało trzy dni (od 18 do 20 września), a uprawnionych do głosowania było 111 mln Rosjan. W regionach graniczących z Ukrainą i na terenach okupowanych (gdzie obowiązuje stan wojenny) zaczęło się jednak wcześniej (władze regionalne mogły je wyznaczyć na okres 28 sierpnia – 17 września). Głosowanie przedterminowe, które tym samym objęło kilkanaście milionów formalnie zarejestrowanych wyborców (w tym ok. 4 mln na terenach okupowanych, nielegalnie włączonych w przestrzeń prawną FR), w warunkach rosyjskich ułatwia dowolne manipulowanie oficjalnymi wynikami, niemożliwymi do zweryfikowania.

Ponadto przeszło 6 mln Rosjan głosowało przez internet (w br. taką procedurę wprowadzono w 33 regionach), co również pozwala na niemożliwe do skontrolowania machinacje. W całej Rosji odnotowano przymuszanie do udziału w wyborach elektoratu uzależnionego od państwa (głównie z sektora budżetowego) oraz wywieranie presji na obserwatorów zgłoszonych przez partie inne niż Jedna Rosja (18 września pozbawiono prawa obserwacji 1300 przedstawicieli KPRF i Jabłoka, wielu innym uniemożliwiano pracę, zdarzały się przypadki zatrzymań, a nawet pobić). Szeroko nagłośniony został przypadek Julii Kuzniecowej, kandydatki partii Zielonych w Moskwie, którą zatrzymano i próbowano zastraszyć w przeddzień głosowania.

Skala represji i nacisków została przez niezależnych obserwatorów oceniona jako wyraźnie większa niż w 2021 r. Zgłaszano liczne przypadki dosypywania głosów do urn, znacznego zawyżania frekwencji (proceder skorelowany z przyrostem liczby głosów oddanych na kandydatów władzy), naruszeń podczas głosowania poza punktami wyborczymi (taką procedurę dopuszcza rosyjskie prawo), nieprawidłowego przechowywania kart wyborczych, znaczących różnic w wynikach poszczególnych partii w sąsiadujących ze sobą komisjach i in. 20 września na kilka godzin wstrzymano głosowanie w części komisji wyborczych w Moskwie pod pretekstem awarii systemu wydawania papierowych kart do głosowania. Przez środowiska opozycyjne zostało to jednoznacznie odczytane jako próba zaniżenia wyników konkurentów Jednej Rosji (wyborcy opozycyjni starają się głosować ostatniego dnia wyborów i unikać nieprzejrzystego głosowania elektronicznego). Wskutek tworzących się długich kolejek część przybyłych nie zdążyła oddać głosu.

Według oficjalnych informacji, przy najwyższej od kilkunastu lat frekwencji (59,68%), Jedna Rosja miała rzekomo uzyskać 57,96% głosów i zwyciężyć w 209 z 225 okręgów jednomandatowych, co przyniosło jej rekordową liczbę 349 mandatów w 450-osobowym składzie izby niższej rosyjskiego parlamentu. Na drugim miejscu uplasowała się KPRF (13,65%), której pozycja w Dumie osłabi się w porównaniu z kadencją 2021–2026, dalej zaś LDPR (8,96%) i Nowi Ludzie (7,91%) – partia powszechnie uważana za najmniej prowojenną, której niski wynik ma odzwierciedlać jakoby niewielkie poparcie rosyjskiego społeczeństwa dla zakończenia starcia zbrojnego z Ukrainą. Do parlamentu wejdzie też Sprawiedliwa Rosja (5,14%).

Zgodnie z niezależnymi szacunkami opartymi na analizie statystycznej norm i anomalii wyborczych realny wynik Jednej Rosji mógł oscylować wokół 34% – oficjalne rezultaty JR mogły zatem zostać zawyżone 1,5–1,7 razy.
 
(...)

Państwo w rosnącym stopniu przerzuca koszty wojny na społeczeństwo i biznes, osłabiając wolnorynkowe segmenty gospodarki, dzięki którym Rosja jak dotąd stosunkowo efektywnie adaptowała się do sankcji i zwiększała produkcję zbrojeniową. Jednocześnie władze przyznały się do niezdolności zapewnienia bezpieczeństwa infrastrukturze gospodarczej, zobowiązując samych właścicieli, pod groźbą przejęcia aktywów, do zorganizowania obrony przed nalotami.

Rosyjska nomenklatura ma coraz więcej powodów, by obawiać się o swój stan posiadania i bezpieczeństwo, także w związku z operacjami sił ukraińskich (wzmocniono m.in. ochronę państwową wysokich rangą dowódców wojskowych i niektórych czołowych propagandystów). Władze intensyfikują tzw. walkę z korupcją (areszty i konfiskaty majątków przedstawicieli elit) i redystrybucję aktywów w drodze nacjonalizacji i reprywatyzacji. Ich celem jest centralizacja „renty korupcyjnej” w najbliższym kręgu Putina, dyscyplinowanie elit i napełnianie państwowej kasy. W pierwszym półroczu 2026 r. znacjonalizowano aktywa o wartości ponad 10 mld dolarów, co świadczy o znacznym przyspieszeniu procesu w porównaniu z rokiem ubiegłym. Kreml wymusza też na najbogatszych biznesmenach „dobrowolne” daniny do budżetu, które mają pomagać w walce z deficytem. Powodem niepokoju elit jest również umacniająca się pozycja FSB (Federalnej Służby Bezpieczeństwa) w systemie kosztem interesów innych grup, zwiększająca represyjność systemu także wobec nich.

W kręgach administracyjno-biznesowych narasta niezadowolenie z polityki Kremla. Spełnianie oczekiwań lidera w kwestii wskaźników makroekonomicznych staje się coraz większym wyzwaniem, a niesprostanie mu grozi represjami wobec konkretnych urzędników. Technokraci odpowiedzialni za wyniki gospodarki i stan finansów mają minimalny wpływ na decyzje Putina bezpośrednio dotykające sfer ich odpowiedzialności. Według doniesień niezależnych mediów elity na zwiększoną skalę wyprowadzają środki za granicę i lokują rodziny w bezpiecznych krajach (m.in. Zjednoczonych Emiratach Arabskich).

osw.waw.pl


Siły rosyjskie zintensyfikowały ostatnio kampanię uderzeniową na ukraińskie obszary portowe nad Morzem Czarnym, mając na celu pogorszenie zdolności Ukrainy do wykorzystywania swoich portów do eksportu zboża i towarów od lipca 2026 r. Siły rosyjskie jednocześnie atakują ukraińską infrastrukturę kolejową, w szczególności lokomotywy, próbując zakłócić ogólnokrajową sieć logistyki kolejowej Ukrainy. Kreml prawdopodobnie intensyfikuje kampanię uderzeniową i dywersyfikuje swoje cele, aby szukać alternatywnych mechanizmów porażki, biorąc pod uwagę, że ofensywy Rosji w 2026 r. nie osiągnęły swoich celów, a siły ukraińskie osiągają w 2026 r. znaczące postępy operacyjne, a nawet strategiczne.

understandingwar.org

środa, 23 września 2026



Bell zauważył, że jego ręka z zegarkiem leży w zasięgu wzroku. Boże drogi! To dopiero siódma czterdzieści pięć? Złamany, pozwolił swoim oczom wrócić tam, gdzie pragnęły: do Krala. TU LEŻY CZTEROOKI KRAL, KTÓRY UMARŁ ZA COŚ. Kiedy jedno z tych ogromnych oczu Krala mrugnęło nań żartobliwie, zrozumiał w desperacji, że musi coś zrobić, choć leżał tam zaledwie trzydzieści sekund. Nie ruszając się, z policzkiem przyciśniętym do ziemi, krzyknął głośno:
— Hej, Keck! - Odczekał chwilę. - Keck! Musimy się stąd wydostać!
— Wiem o tym - doleciała do niego stłumiona odpowiedź. Keck widocznie leżał z głową odwróconą w drugą stronę i nie miał zamiaru nią poruszyć.
— Co zrobimy?
— Ano... - Nastąpiło milczenie, gdy Keck się namyślał. Przerwał je cienki, piskliwy głos z daleka.
— My wiemy, że ty tam, Jankes. Jankes, wiemy, że ty tam.
— Todżo to gównojad! - ryknął Keck. Odpowiedziała mu gniewna seria z cekaemu.
— Rozowelt gównojad! - wrzasnął daleki głos.
— Masz rację, cholera! - zawołał jakiś wystraszony republikanin na prawo od Bella. 

James Jones - Cienka czerwona linia

wtorek, 22 września 2026



Sławomir Sierakowski: A może jednak mamy jakiś szczególny problem z Ukrainą? Siedzimy akurat w Fundacji Rodzinna Europa w Warszawie, a w wydanej przez Giedroycia "Rodzinnej Europie" Czesława Miłosza mamy Francję, są Niemcy, są państwa bałtyckie, ale nie ma Ukrainy. Dlaczego?

Timothy Snyder: — Miłoszowi chodziło o inne pojednanie, przede wszystkim z Litwą. Ale dobrze, że nie pozwalamy zapomnieć o Giedroyciu, bo miał dar dziś szczególnie potrzebny: tego, co uważał za ciekawe, nie mieszał z tym, co uważał za ważne albo potrzebne. Nie musiał lubić tego, co jego zdaniem należało popierać.

SS: Nie lubił nawet "Zniewolonego umysłu" Miłosza, który odegrał tak ważną rolę dla obu panów i dla całej światowej inteligencji. Swoją drogą decyzją Sejmu 2026 r. jest w Polsce Rokiem Giedroycia. Akurat wtedy, gdy jego doktryna przechodzi najpoważniejszy kryzys.

— Pochodził z Mińska, nie znał się specjalnie na sprawach ukraińskich, ale kiedy studiował w Warszawie, zainteresował się nimi, miał ukraińskich znajomych i po jakimś czasie wszystko rozumiał. Po wojnie podobnie było z ukraińską literaturą: wiedział, że jest potrzebna, jeśli Polacy mają zrozumieć, że istnieje jakaś ukraińska kultura. Dopiero potem okazywało się, że przy okazji jest bardzo ciekawa.

Może najważniejszy fakt, jeśli chodzi o stosunki polsko-ukraińskie, jest taki, że one nigdy nie są po prostu polsko-ukraińskie — a niemal zawsze tak je postrzegacie. Tymczasem zawsze jest ktoś trzeci albo czwarty. Nie da się historycznie wyjaśnić takiego zjawiska jak Wołyń, zajmując się wyłącznie Polakami i Ukraińcami. Do tej czystki nie doszłoby bez dwóch okupacji sowieckich i okupacji niemieckiej, bez deportacji polskich elit, a potem ukraińskich elit. W pamięci są zawsze tylko "my" i "oni". W historii nigdy tak nie jest. Jeśli przy stole nie ma Niemców ani Rosjan, ta dyskusja staje się irracjonalna. A to dotyczy nie tylko przeszłości. Ten ktoś trzeci jest jak najbardziej obecny także dziś — choćby w polskim internecie.

(...)

Zdradź, choćby wstępnie, co odkryliście.

— To nie jest tak, że my wszędzie widzimy historię Ukrainy, ale ten region okazuje się węzłowy dla wielu procesów cywilizacyjnych ważnych dla ludzkości. Na przykład pierwsze znane światu miasta były w Ukrainie. Mówimy o osadach kultury trypolskiej sprzed ponad 6 tys. lat — Nebeliwka i sąsiednie stanowiska w środkowej Ukrainie. Największa z nich mogła liczyć jakieś 15 tys. mieszkańców. To są najstarsze wielkie skupiska ludzkie, jakie znamy, starsze od miast Mezopotamii, które kazano nam uważać za kolebkę cywilizacji.

I teraz najciekawsze. Domy stały tam w wielkich kręgach, a środek pozostawał pusty. Nie ma murów obronnych, nie ma świątyni, nie ma pałacu, nie ma żadnego widocznego ośrodka władzy — są ulice, domy i miejsca zgromadzeń. Czytamy tę topografię tak, że w tamtym społeczeństwie władza nie była skoncentrowana. To zupełnie inny model niż hierarchiczne osady Mezopotamii i to podważa nasze głęboko zakorzenione przekonanie, że cywilizacja musi się wiązać z hierarchią. A skąd my to wiemy? Dzięki technologii: georadarowi, zdjęciom lotniczym, skanowaniu laserowemu i datowaniu. Zresztą jeszcze starszy przykład: 20 tys. lat temu, w epoce lodowcowej, w Meżyryczu budowano domy z kości mamutów. To jedne z najstarszych budowli w Europie, a ich symetria i przedmioty w środku każą przypuszczać, że tym ludziom chodziło nie tylko o przetrwanie, ale i o piękno.

Wydaje się już prawie pewne, że wszystkie nasze języki indoeuropejskie, łącznie z polskim, pochodzą z terenów dzisiejszej Ukrainy. To jeden z najstarszych sporów w naukach humanistycznych, toczy się od ponad 200 lat — i teraz chyba został rozstrzygnięty. Badania kopalnego DNA pokazują, jak przemieszczali się ludzie 5-6 tys. lat temu, i wskazują na step południowej Ukrainy, na wschodni brzeg Dniepru. Językami, które stamtąd wyszły, mówi dzisiaj blisko połowa ludzkości.

Wygląda też na to, że kultura grecka — którą wszyscy na Zachodzie oczywiście lubimy i z którą, czy chodzi o Polskę, o Europę, czy nawet o Amerykę, związane są wszystkie nasze opowieści o sobie — że ta kultura antyczna, attycka, ateńska jest mocno wymieszana z kulturą scytyjską, czyli południowoukraińską.

I podobno odkryliście, że Amazonki istniały naprawdę.

— Kobieta na koniu, z łukiem to jeden z najczęstszych motywów greckiej ceramiki — i przez cały XX w. tłumaczyliśmy go sobie jako fantazję.

Achilles prawdopodobnie był Scytą, a w każdym razie przez prawie tysiąc lat czczono go jako boga na terenach dzisiejszej Ukrainy. Każdy z tych bohaterów, Tezeusz, Herakles, miał jakąś konfrontację z Amazonkami. A my na Zachodzie interpretowaliśmy to tak, że ci biedni Grecy mieli nudne żony i byli sfrustrowani, więc w naturalny sposób wymyślili sobie fantazję o walczących kobietach. Mieliśmy więc psychoanalityczne wyjaśnienie: że to po prostu literatura, wymysł i że tak się oczywiście stać nie mogło. A okazało się, że jeśli chodzi o stosunek do kobiet, to my byliśmy gorsi od antycznych Greków. Bo Grecy nie budowali legendy, tylko opisywali rzeczywistość. Sąsiadowali z Amazonkami i regularnie się z nimi ścierali.

Przez 100 lat mieliśmy wszystkie potrzebne dowody. Na południu Ukrainy archeolodzy trafiali na ludzkie szczątki: kobiety w zbroi, kobiety, które najwyraźniej zginęły w walce. Mniej więcej co piąty scytyjski pochówek z bronią to pochówek kobiety. Ale przez 100 lat uznawano je za drobnych mężczyzn — o nietypowo szerokiej miednicy. Od naszego własnego seksizmu uratowała nas technologia: paleogenetyka daje stuprocentową pewność, że to były biologicznie kobiety. Dzięki najnowszej technologii możemy więc powiedzieć, że cała ta grecka legenda była opisem rzeczywistości. Amazonki były realne.

onet.pl\Newsweek

poniedziałek, 21 września 2026



Brytyjski wojskowy James „Penny” Fansom, który walczył na kilku odcinkach frontu w Ukrainie, twierdzi, że warunki wojny stają się „coraz bardziej przerażające”, ponieważ niebo jest niemal przepełnione bezzałogowcami, które polują na żołnierzy przez całą dobę. Weteran, który brał udział w brutalnej bitwie o Bachmut w 2023 roku (nazywanej przez miejscowych „maszynką do mięsa”), powiedział w rozmowie z The Telegraph, że wolałby wrócić do tamtych czasów, niż brać udział w obecnych szturmach.

„Warunki walki stają się coraz bardziej przerażające” – mówi Fansom. „Ci z nas, którzy są tutaj już od dłuższego czasu, czasami wspominają Bachmut i myślą: »Boże, gdybyśmy tylko mogli wrócić do tamtych dni«”.

Wyjaśnia to stałym zwiększaniem zasięgu lotu współczesnych dronów, przez co wojska są zmuszone spędzać prawie cały czas w okopach i ziemiankach.„Rosjanie po prostu bez przerwy w niego walili, dopóki wszystko prawie się nie zawaliło” – opowiada, wspominając pobyt w jednej ziemiance, która w ciągu doby została zaatakowana przez 42 drony FPV.

„Było nas tam tylko trzech i nawet nie znajdowaliśmy się na samej linii strefy walk – to pokazuje, jaką siłę ognia Rosjanie mogą skierować przeciwko nam”.

x.com/PrzemekShura


Amerykańskie media CNN, MS NOW i Politico oświadczyły w poniedziałek, że składają pozew o przywrócenie im dostępu do Białego Domu, na teren którego nie są wpuszczane od soboty. Redakcje argumentują, że sytuacja ta narusza prawa do wolności prasy, gwarantowane przez Konstytucję USA.

"Rano powiadomiliśmy rząd, że jeszcze dziś składamy pozew w celu ochrony naszych praw wynikających z Pierwszej Poprawki oraz obrony zasady, zgodnie z którą to rząd nie decyduje o tym, co media relacjonują i publikują" - oświadczyły CNN, MS NOW i Politico we wspólnym komunikacie.

Media dodały, że "bez uprzedzenia i bez żadnej procedury Biały Dom cofnął akredytacje naszym dziennikarzom, ponieważ nie podobały mu się nasze publikacje". "Jeśli nie zostanie to zakwestionowane, zagrozi to wolności prasy i prawu społeczeństwa do niezależnego dziennikarstwa wolnego od ingerencji władz" - podkreślono.

Wniosek, złożony w trybie pilnym, trafi do federalnego sądu okręgowego w Dystrykcie Kolumbii. Już w tym tygodniu mogą odbyć się pierwsze przesłuchania, podczas których administracja będzie musiała przedstawić swoje argumenty prawne - podało CNN.

Przedstawiciele Białego Domu nie odpowiedzieli dotychczas na prośbę agencji Reutera o komentarz, przesłaną poza standardowymi godzinami pracy.

W sobotę dziennikarze i fotografowie CNN, MSNOW i portalu Politico nie zostali wpuszczeni na teren Białego Domu. Jak podały redakcje wszystkich trzech mediów, ich pracownicy zostali poinformowani, że ich przepustki zostały zdezaktywowane, a następnie zarekwirowane. Funkcjonariusze Secret Service przy bramie nie odpowiedzieli na pytanie o powód odmowy wejścia.

Dzień wcześniej, w piątek, Trump poinformował we wpisie na Truth Social, że wykluczył te trzy media z Białego Domu z powodu rzekomych kłamstw na temat niego samego i jego administracji. Dopytywany później, wyjaśnił, że powodem nie była żadna konkretna publikacja, lecz ich skumulowany efekt negatywnych materiałów przez ostatnie lata. (PAP)

PAP