środa, 4 lutego 2026



W kwestii przynależności Tybetu chińscy naukowcy, wbrew realiom historycznym, próbują politycznie wykazać również wspólną genealogię obu narodowości, np. na podstawie badania antygenów krwi. Ich zdaniem Tybetańczycy wywodzą się od dawnych mieszkańców południowego Gansu i Qinghaiu z okresu paleolitu i neolitu. Jest to o tyle dziwne, że transponując dzisiejsze realia etniczne i polityczne na tamtą epokę, badacze nie zwracają uwagi na oczywisty fakt, iż owi dawni mieszkańcy Gansu i Qinghaiu nie należeli do narodowości Han.

Chińscy naukowcy-propagandziści sięgają także do pradziejów języka, uznając za jeden z dowodów pokrewieństwa obu narodowości istnienie 
ok. 600 wspólnych leksemów /leksem to podstawowa, abstrakcyjna jednostka słownikowa języka, obejmująca wyraz wraz z jego wszystkimi formami gramatycznymi i odmianami - red./, zaświadczonych w pracach lingwistycznych, w tym m.in. partykuł syntaktycznych. W pracach językoznawców podaje się, że liczba leksykalizmów starotybetańskich (zachowanych w formie pisanej) i starochińskich (zaklasyfikowanych przez chińskich językoznawców według kryteriów współczesnej, a nie ówczesnej, znacznie odmiennej fonetyki języków chińskich!), które wykazują podobieństwa fonetyczne (w wygłosach sylab), waha się między 211 a ponad 1000. Naukowcy chińscy nie biorą jednak pod uwagę zapożyczeń językowych wynikających z kontaktów obu narodowości, ponieważ szkodzi to przyjętej a priori tezie o wspólnych korzeniach.

Podobnie ma się rzecz z chronologią procesów lingwistycznych, którą żongluje się w tej argumentacji dowolnie, usiłując porównywać ze sobą konstrukcje syntaktyczne /konstrukcje syntaktyczne to uporządkowane sposoby łączenia wyrazów i morfemów w większe całości (frazy, zdania) zgodnie z zasadami składni danego języka. Badają one funkcje wyrazów (podmiot, orzeczenie), ich zależności (zgoda, rząd, przynależność) oraz szyk - red./, które dzieli od siebie ok. 2 tys. lat, oraz systemy fonetyczne, odległe od siebie o 1300 lat. Zachowane zabytki piśmiennictwa obu narodowości dzielą bowiem całe wieki: chińskie mają dużo wcześniejszą metrykę, ponieważ najstarsze znane zabytki piśmienne – znaki pisma wypalone na kościach wróżebnych – pochodzą z czasów dynastii Shang-Yin (chiń. Shāng-Yīn), z lat 1766–112214 p.n.e., natomiast najstarszym zapisem języka tybetańskiego jest wyryta na kolumnie Szöl/Zhol w Lhasie inskrypcja z 767 roku n.e..

Stosując podobne kryteria antropologiczne bądź lingwistyczne, można by równie szybko udowodnić np. (z racji pokrewieństwa języków indoeuropejskich) przynależność Indii do Europy lub odwrotnie, przynależność Sycylii do któregoś z państw skandynawskich (ze względu na wędrówki Normanów), przynależność Irlandii do Czech bądź Szwajcarii jako kolebek Celtów etc.

W tym kontekście nie dziwi przedstawianie w chińskiej literaturze historycznej i propagandowej dziejów Tybetu jako części historii Chin, jakby samodzielne państwo tybetańskie nigdy nie istniało i nie mogło istnieć, a konflikty militarne między Tybetem a Chinami miały charakter wojen czy nawet potyczek wewnętrznych. Zgodnie z szablonem ideologicznym i propagandowym eksponuje się w tej literaturze elementy wspólne (np. traktaty pokojowe), a maksymalnie marginalizuje rozbieżności, kontrowersje czy konflikty (np. liczne wojny, powstania antychińskie, ignorowanie arbitralnych posunięć władz chińskich przez Tybet). Często stosowanym zabiegiem redakcyjnym stało się w tych publikacjach cytowanie jedynie wybranych fragmentów kronik, zapisów, wypowiedzi, tzn. wyłącznie pod kątem przydatności do danej argumentacji, a nie zgodnie z faktami.

Jak już wielokrotnie podkreślano, całkowicie obiektywne chińskie opracowania prawie nie istnieją.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet











wtorek, 3 lutego 2026



Oddziaływanie cywilizacji chińskiej na resztę świata wyrażano za czasów etnicznie chińskiej dynastii Ming (1368–1644) i mandżurskiej dynastii Qing (1644–1911) w formie trzech koncentrycznych kręgów. Pierwszy z nich obejmował obszary schińszczone: Koreę, Wietnam, Tajwan, Wyspy Ryūkyū i – w czasach Mingów – Japonię; drugi – stepy, pustynie i góry na północy i północnym zachodzie imperium (Mongolię, Tybet, Ujgurię, Mandżurię) oraz trzeci – Japonię (za Qingów), Azję Południowo-Wschodnią i subkontynent indyjski. Tybet i Mongolia, mimo bliskości geografi cznej, nigdy nie przyjęły kultury chińskiej, ale jedynie zaadaptowały do swoich potrzeb niektóre jej elementy, dlatego umieszczanie ich w kategorii, w której znalazły się np. Japonia, Korea i Wietnam, tzn. kraje poddane bardzo silnemu oddziaływaniu kultury chińskiej, jest wielkim uproszczeniem. Paradoksem historii stało się to, że kraje bardziej zsinizowane są obecnie samodzielne, natomiast te niepodatne na wpływ kultury chińskiej pozostają w granicach Chin (Tybet, Ujguria, południowa część Mongolii, zwana Mongolią Wewnętrzną). 

U szczytu swej potęgi – za czasów mandżurskiej dynastii Qing w XVIII wieku – Chiny, zgodnie z sinocentrycznym rozumieniem świata, arbitralnie zaliczały do grona swoich wasali nie tylko wspomniane wcześniej państwa i regiony Azji, ale także np. Anglię, Holandię, Rosję, Portugalię i Państwo Papieskie.

Jak wcześniej wspomniano, poczucie wyższości wobec innych nacji, ze względu na przypisywaną sobie rolę „rozsadnika” cywilizacji, było obecne w Chinach niemal od zarania dziejów. Do tej teorii wyższości rasy chińskiej nad wszystkimi obcymi dopasowano „ideologicznie” nawet najstarsze chińskie mity. Ów etnocentryzm stanowi nieodłączny motyw najstarszych zabytków chińskiego piśmiennictwa, a tym samym integralny składnik całej cywilizacji chińskiej. Najważniejszą rolę przypisywano pierwszym starożytnym chińskim państwom-miastom, otoczonym „morzem barbarzyńców” i zmuszanym do ciągłej obrony przed nimi.

Zdaniem większości badaczy, w tym również samych Chińczyków, nie rasa stanowiła o różnicy między Chińczykami a „barbarzyńcami”, lecz kultura, tzn. znajomość kultury w pojęciu i wydaniu chińskim lub jej brak. Podstawowym wyznacznikiem identyfi kacji stało się kryterium kulturalizmu, tzn. przynależność do kręgu cywilizacji chińskiej, w tym przestrzeganie pryncypiów konfucjanizmu i znajomość pisma hieroglifi cznego. Dlatego też pochodzenie etniczne w przypadku Chin – podobnie jak i u ludów sąsiednich, np. Tybetańczyków czy Mongołów – było kategorią właściwie nieznaną (choć niektórzy autorzy tybetańscy dostrzegają w chińskim stanowisku elementy wyraźnie rasistowskie). Rozumowanie to przeniesiono na płaszczyznę państwa, przez co w tradycyjnej chińskiej filozofii i etyce społecznej państwo zdecydowanie plasuje się przed i ponad narodowością, dlatego też państwu należy się pierwszeństwo.

Sinocentryczna konstrukcja myślowa legła u podstaw autocentrycznego stosunku do świata i kontaktów z nim: w tradycyjnej dyplomacji chińskiej nie znano pojęcia traktatu, w którym druga strona byłaby wobec Chin równoprawna. Formalny kontakt z Chinami musiał zatem rozpoczynać się od zaakceptowania chińskiego systemu wartości przez inne narody i kraje, tzn. konieczności złożenia Chinom trybutu i automatycznego uznania supremacji cesarza oraz jego mandatu do sprawowania rządów nad całym światem. Natomiast nieposłuszeństwo ze strony innych narodów („barbarzyńców”) i odrzucanie tych norm oznaczało – z punktu widzenia Chin – nie tylko arogancję, zuchwalstwo i bezczelność, lecz także ignorancję oraz naruszenie ustalonego porządku wszechświata i sprzeciwianie się woli Niebios. Wszelkie układy z innymi krajami interpretowano w Chinach wyłącznie jako hołdownicze, a pojęcie „więzów” między innymi państwami i krajami a Chinami uznawano za oczywiste podporządkowanie się Chinom. Rozumowanie to cesarze chińscy wspierali konkretnymi posunięciami: politycznymi mariażami w ramach dyplomacji matrymonialnej, które z władców innych państw w chińskiej optyce czyniły „młodszych krewnych”, nadawaniem sugerujących zależność od Chin tytułów (często pompatycznych, formalnych i pozbawionych realnych podstaw), przyznawaniem uprawnień w handlu z Chinami, stosowaniem zasady wykorzystywania jednych barbarzyńców w celu zwalczania innych (chiń. yĭyízhìyí, yĭyí gōngyí, yĭyí fáyí) oraz znanej nie tylko w Chinach polityki „dziel i rządź” (chiń. fēn’érzhìzhī), a także metody luźnej kontroli (jīmíbùjué), polegającej na względnej tolerancji, ale i represjach w przypadku niesubordynacji. Często zdarzało się i tak, że uzurpowana przez chińskich monarchów władza nad barbarzyńcami była czystą fikcją i wytworem sinocentrycznej wyobraźni, co zresztą klasa rządząca uświadamiała sobie, ale otwarcie nie mogła przyznać w obawie przed utratą twarzy i tym samym autorytetu. Na użytek publiczny stosowano zgrabną formułę, która z jednej strony pozwalała na zachowanie twarzy i pozorów, a z drugiej i tak oddawała faktyczny stan rzeczy: „rządzić, nie rządząc” (chiń. bú zhì zhì zhī).

(...)

Etnografowie chińscy są zdania, że na obszarze Chin status takich narodowości jak np. Tybetańczycy, Mongołowie, Ujgurzy czy Mandżurowie jest taki sam jak grup etnicznych – Afroamerykanów, Azjatów, Latynosów – w Stanach Zjednoczonych. Jest to jednak ewidentne uproszczenie, świadczące o niezrozumieniu tematu: Afroamerykanie, Azjaci, Latynosi w Stanach Zjednoczonych są ludnością napływową, natomiast Tybetańczycy, Mongołowie, Ujgurzy, Mandżurowie na terytorium Chin są ludnością rdzenną na zamieszkanych przez siebie obszarach. Ludnością napływową jest natomiast narodowość Han – to Chiny przyszły do nich, a nie oni do Chin.

Zdaniem chińskiego etnografa i demografa Ma Ronga, skądinąd kompetentnego autora doskonałych opracowań dotyczących populacji Chin: „społeczność międzynarodowa nie powinna zachęcać żadnych grup etnicznych do tego, aby szły w kierunku «nacjonalistycznego separatyzmu» i dążyły do «niepodległości»”, ponieważ „takie działanie jest egoistyczne i szkodliwe dla będącego ich obiektem kraju oraz dla ładu światowego”. Można z tego wysnuć wniosek, że jedyną formą bytu dla danej narodowości powinna być przynależność do Chin, podczas gdy niezależność byłaby dla niej zgubą. Jeszcze dziwniej brzmi w tym kontekście inny pogląd Ma Ronga, według którego „zasada samookreślenia nie powinna być praktykowana w dzisiejszym świecie”, co niemal zakrawa już na próbę ideologicznego uzasadnienia kolonializmu oraz potępienia niepodległości.

Obecnie w stosunku do 55 grup etnicznych odmiennych od narodowości Han używa się w ChRL terminu „mniejszości etniczne” (chiń. shàoshù mínzú – dosł. narodowości mniejszościowe). W odczuciu wielu narodowości – zwłaszcza tych z własną, wielowiekową państwowością, odmienną kulturą i tradycją, a nawet odrębnością cywilizacyjną – termin „mniejszości etniczne” ma odcień pejoratywny i pogardliwy, świadcząc o sinocentryzmie i świadomym przyznawaniu przez władze ChRL wyższego statusu narodowości Han.

Takie stanowisko reprezentują nawet wybitni naukowcy chińscy. Socjolog Fei Xiaotong podczas wykładu w grudniu 1988 roku w Hongkongu powiedział m.in.: „Narodowość Han, od czasu pojawienia się na świecie, stała się jądrem koncentracji. Jej przedstawiciele promieniowali we wszystkich kierunkach na okoliczne obszary i absorbowali inne grupy, czyniąc je częścią nich samych [...]. Ponieważ reżimy władców wywodzących się z narodowości niechińskich były na ogół krótkotrwałe, najeźdźcy z innych mniejszości następowali szybko jeden po drugim i w efekcie wszyscy zostali wchłonięci przez Hanów [...]. Ale mniejszości narodowe generalnie stoją niżej od ludności Han pod względem poziomu kultury i techniki, niezbędnego do rozwoju nowoczesnego przemysłu i z trudem przychodzi im realizacja projektów przemysłowych we własnych regionach [...]. Dlatego naszą zasadą jest to, aby grupy lepiej rozwinięte pomagały mniej rozwiniętym [...]”. Fei Xiaotong na określenie struktury etnicznej Chin zaproponował określenie „pluralistyczna jedność”, opierając się zarazem na założeniu, że poszczególne narodowości zawsze zgodnie egzystowały na obszarze Chin. Termin „pluralistyczna jedność” stanowi co najmniej eufemizm, obliczony na zachowanie ideologicznie poprawnego wizerunku, kamufl ującego znacznie odmienne realia, natomiast operowanie założeniem, że Chiny pozostawały w obecnym kształcie terytorialnym od wieków, to nic innego jak naginanie historii do aktualnych potrzeb propagandowych i politycznych.

(...)

Komunistyczny rząd chiński, zainspirowany modelem sowieckim, a także państwowotwórczą filozofią założyciela Republiki Chin – Sun Yat-sena –
i jego następcy Czang Kaj-szeka, obficie korzystał z teorii wyższości kulturowej narodowości Han. Za słuszną uznał też potrzebę„wspomagania” niżej stojących mniejszości oraz promowania integracji, która w wydaniu chińskim była tożsama z asymilacją (chiń. tónghuà) bądź sinizacją (chiń. Hànhuà, Huáhuà lub láiHuá). Nieco złagodzoną wersję tej polityki zaczęto wprowadzać dopiero w epoce modernizacji i otwarcia (tj. od 1979 roku), gdy przyznano, że asymilacja nastąpiła „w wielu przypadkach”. Nacisk położono jednak na etniczne „przemieszanie” (chiń. rónghé). W obszernej publikacji Taushi Dalai (Przejrzeć Dalaja) można nawet znaleźć wypowiedzi Mao Zedonga na temat genetycznej przewagi narodu chińskiego, uwidaczniającej się u osób mieszanego pochodzenia. Dobitnie wyraził to Zhu Rongji, premier ChRL w latach 1997–2002, który – nie kryjąc pogardy dla reszty świata – stwierdził: „Chińczycy to najmądrzejszy naród. Ma najwyższy poziom inteligencji”. Zgodnie z ofi cjalną tezą „cały naród chiński złożony z wielu grup etnicznych dążył do jedności wszystkich narodowości”. Mao nie krył zresztą pogardy dla odmienności kulturowej innych narodowości i potrafi ł – cytując Marksa – oznajmić np. Dalajlamie XIV w 1954 roku, że „religia to opium”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

poniedziałek, 2 lutego 2026



Tomasz Sajewicz: Chciałbym, abyśmy wytłumaczyli kontekst zmian, które obecnie zachodzą w Chinach. Wróciłbym do tej nieszczęsnej wystawy luksusowych toreb w Muzeum Narodowym w Pekinie w 2011 roku. Dwa lata później jej zorganizowanie byłoby niemożliwe. Sprzed Muzeum Narodowego znika też posąg Konfucjusza. W 2008 roku na fali Igrzysk Olimpijskich entuzjazm towarzyszy zarówno samym Chińczykom, jak i Zachodowi, który widzi otwieranie się Chin i szansę na zmiany. Przychodzi 2013 rok i zaczyna się era Xi, z konsekwencji której wówczas chyba mało kto mógł zdawać sobie sprawę. Co takiego wydarzyło się między 2008 a 2013 rokiem, co utorowało Xi drogę do przywództwa?

Bogdan Góralczyk: Chiny przez ponad trzy dekady do 2012 roku żyły pod egidą filozofii Deng Xiaopinga, czyli trzeźwego, rozsądnego, ostrożnego pragmatyzmu. Rozsądku, w ramach którego budowano coraz bardziej, powiedziałbym, merytokratyczne rządy, gdzie odsuwano partię od zarządzania, gdzie rzeczywiście wierzono we współpracę i globalizację, bo była ona korzystna dla Chin; wierzono w światowe rynki, powiązania. Synonimem tych czasów na pewno będzie Zhu Rongji, który jest, mówiąc obrazowo, chociaż tego w Polsce się nie da nigdy połączyć, fuzją Balcerowicza z Kołodką. Na wszystkich katedrach uniwersytetów ekonomicznych do dziś uczy się myśli tego rzutkiego przywódcy o gospodarce.

Natomiast w 2012 roku przyszedł ambitny, bardzo asertywny władca, który postanowił wyprowadzić Chiny na pozycję, którą kiedyś zajmowały – taką, na której będą wytwarzały, powiedzmy, 25 czy 33 procent światowego PKB i równocześnie będą Państwem Środka, a więc wielkim imperium. Kiedy ujawnił swoje plany – a trochę to trwało, był to mniej więcej 2015–2016 rok – Amerykanie zrozumieli, że wyhodowali sobie Frankensteina. Logika zmian wewnętrznych w Chinach nie idzie absolutnie w kierunku, którego się spodziewali i na który próbowali Chiny nakierować. Wtedy właśnie nastąpiła zupełna zmiana wajchy, jak to się u nas mówi. Skończyło się zaangażowanie, a rozpoczęła strategiczna rywalizacja, w ramach której obowiązują zupełnie inne zasady gry. I ta strategiczna rywalizacja dziś narasta, przenosi się z jednej płaszczyzny na drugą. Zaczęło się od wojny handlowej i celnej, które nigdy nie zostały odwołane, ale które przyniosły chociażby taki rezultat, że nowych chińskich inwestycji na terenie Stanów Zjednoczonych już praktycznie nie ma, natomiast inwestycje amerykańskie – poza tymi wielkimi, takimi jak Tesla, czy małymi i średnimi przedsiębiorstwami – zaczęły uciekać czy to do Indii, czy do Wietnamu, czy do Bangladeszu. Wówczas Chiny, w ramach nowej koncepcji Xi Jinpinga, zmieniły w ogóle model rozwojowy państwa. Zamiast otwartych rynków, co jeszcze Xi Jinping w pewnym momencie sam ogłosił w Davos, Chińczycy zaczęli mówić w 2020 roku o podwójnej cyrkulacji. To klasyczna chińska formuła oznaczająca, że to, co chińskie, jest istotne, a to, co zachodnie – uzupełniające albo użyteczne. To zupełnie inna filozofia rozwoju wewnętrznego.

Następuje ponadto centralizacja, ponieważ kluczowym zadaniem strategicznym czy geostrategicznym jest Tajwan. Z punktu widzenia mandarynów w Pekinie, skoro udało się z Hongkongiem, trzeba spróbować z Tajwanem. Bez względu na koszty i okoliczności. Moim zdaniem ten przywódca, powiedziałem to kiedyś obrazowo, a tu powtórzę, chce zawisnąć obok portretu Mao Zedonga w bramie Tiananmen. A jeśli nie wykona zadania jako jedynowładca, to sam będzie wisiał, nie jego portret. A to nie wszystko – następuje bowiem ideologizacja życia, czyli powrót do tego socjalizmu, od którego poprzednie ekipy wyraźnie odchodziły na rzecz nacjonalizmu, powrotu do tradycji i innych rozwiązań. Ten przywódca wraca do marksizmu-leninizmu wyraźnie i świadomie, równocześnie zmieniając Chiny z autorytarnych w totalitarne. Możemy spytać – gdzie jest różnica? Tam, gdzie u obywatela pojawia się strach, to już jest totalitaryzm.

Marcin Jacoby: Wyeksponowałbym tutaj dwa czynniki. O jednym, Bogdanie, już trochę powiedziałeś. Moim zdaniem Xi Jinping jest produktem strachu partii przed rozmydleniem ideologicznym…

BG: Tak jest.

MJ: …w pieniądzach.

BG: Zgoda.

MJ: Kiedy wszystkie reformy prorynkowe okresu otwarcia – strategii lat 90. – nabrały tempa, partia stała się skorumpowanym gigantem, wyzbytym ideologii. Wydaje mi się, że zapanował wewnętrzny strach, że partia się rozpadnie, bo po prostu już nie będzie niczego, co by ją spajało. Xi Jinping był tym człowiekiem, który miał powiedzieć: „Ideologia jest ważniejsza niż pieniądze; wracamy do naszych korzeni, wracamy do ducha z Yan’anu z 1942 roku…”

BG: Tak jest.

MJ: „…wracamy do tych czasów, kiedy partia była niezwykle silna ideologicznie, po to, żeby tę partię od merkantylizmu uratować”. To właśnie, moim zdaniem, spowodowało pewną refleksję po zachłyśnięciu się pieniędzmi: „nie, nie, nie, to jest niemoralne, to jest złe, to nas zniszczy – musimy wracać i być znowu dobrymi komunistami”. To jeden czynnik, który wpłynął na tor polityki. Drugi czynnik natomiast – po wszystkich zmianach, jeśli chodzi o funkcjonowanie tego kraju na polu międzynarodowym, włączyła się w Chinach czerwona lampka (która zresztą włączała się w historii wielokrotnie), a dokładniej syndrom oblężonej twierdzy. Co to oznacza? „Cały świat nas atakuje, cały świat jest przeciwko nam, więc zamykamy bramy, wznosimy wysokie mury i będziemy wsobni, będziemy sobie radzić sami i przetrwamy”. To spowodowało wielkie odcięcie, czy też próbę odcięcia wpływów zachodnich, czyli to, co w moim sektorze, sektorze kultury, było widoczne. Z roku na rok coraz trudniej było organizować wydarzenia, coraz więcej było obostrzeń, coraz trudniej było dostać wizę. To takie drobne rzeczy, które miały Chiny zamknąć po to, żeby były bezpieczne. I teraz, kiedy dyskurs Xi Jinpinga jest zdominowany przez słowo „bezpieczeństwo” odmieniane przez wszystkie przypadki – bezpieczeństwo wewnętrzne, bezpieczeństwo polityczne, bezpieczeństwo ideologiczne itd. – odczuwalny jest efekt tego strachu. Strachu przed tym, że bez zamknięcia się ideologicznego społeczeństwo chińskie będzie otwarte na wpływy zagraniczne i w końcu zagrozi kiedyś partii. A partia ma jeden podstawowy cel – pozostać przy władzy.

BG: Kontynuując i rozszerzając tę narrację – kiedy Deng Xiaoping oddawał władzę i odchodził do historycznych annałów, wówczas, jak wiecie, podyktował Chinom dwa testamenty. Jeden z nich miał formę 24 albo 28 chińskich znaków. Najbardziej wyrazista była wśród nich formuła z rodowodu buddyjska, nie marksistowska, którą można streścić potocznym językiem: „tisze jediesz, dalsze budiesz”, czyli „powoli kumulować siły, nie zwracając niczyjej uwagi”. Praktycznie nikt tego nie dostrzegł. Pisałem wówczas, że w marcu 2023 roku Xi Jinping na sesji OZPL wystąpił ze swoją formułą 24 znaków. Jest to dokładne zaprzeczenie, odwrotność tamtych formuł. Tamte formuły zakładały bowiem działania po cichu, powoli, ostrożnie, bez zwracania niczyjej uwagi, tutaj mamy natomiast jedność z partią i walkę do upadłego o swoje cele. Wyeksponowano po pierwsze bezpieczeństwo, a po drugie – walkę. Należy tu wspomnieć o jeszcze jednej zmianie strukturalnej, która może być bardzo interesująca dla naszego czytelnika, ponieważ tutaj zderza się świat zachodni z chińskim. Mianowicie po upadku ZSRR pojawiła się głośna formuła Francisa Fukuyamy „koniec historii”. Ale jak była ona rozumiana? Tak, że nie ma alternatywy programowej, jest tylko liberalna demokracja i rynek bez granic, czyli konsensus z Waszyngtonu. Deng Xiaoping, jak wiemy, jako jedyny się temu przeciwstawił (i Jelcyn to przyjął, ze znanymi skutkami) i wyprowadził Chiny na dobre pola. Ale te dobre pola przyniosły też efekty uboczne – kult pieniądza, mamonizm – baijinzhuyi. Wiara w komunizm wypaliła się po wydarzeniach na placu Tiananmen, zastąpiono ją wiarą w pieniądz.

I oto od początków rządów Xi Jinpinga mamy bezprecedensową w dziejach ChRL kampanię zwalczania „pcheł i tygrysów”, czyli walkę z korupcją, a przy okazji z przeciwnikami politycznymi od Bo Xilaia począwszy. Xi Jinping wyczyścił wszystko, żeby być jedynowładcą. Stąd mówię o nowym momencie Qin” w chińskiej historii. Tyle tylko, że dokładnie to samo dzieje się w świecie zachodnim: zwieranie czy też zacieśnianie szeregów. Wskutek pandemii, a potem rosyjskiej agresji skończyły się wcześniejsze wspaniałe perspektywy i maksyma, że rynek da nam wszystko. Myśmy przez prawie cztery dekady żyli według schematu: konkurencja – zysk – dywidenda. Tylko rozwiązania rynkowe. Kto sobie nie radził, był fajtłapą. Tej epoki już w świecie zachodnim nie ma. Bezpieczeństwo energetyczne, żywnościowe, woda, bezpieczeństwo klimatyczne, ekologiczne, cyberprzestrzeń – to są bieżące tematy. To samo dzieje się w Chinach. W nowym słowniku, który proponuje Xi Jinping w czwartym tomie „Dzieł zebranych”, który niedawno został wydany, bezpieczeństwo występuje we wszystkich możliwych wymiarach. Wodne, podwodne, nadwodne, glacjalne i każde inne. Innymi słowy, weszliśmy w bardzo niebezpieczną epokę. Epoka beztroskich, czasami oczywiście brutalnych rynków odeszła w miniony czas. W tej epoce niestety musimy walczyć o bezpieczeństwo w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. To czas wojny, czas niebezpieczny, i bardzo trudno tu przewidzieć, co będzie w przyszłości.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

niedziela, 1 lutego 2026



29 stycznia br. prokremlowski propagandysta Paweł Zarubin podszedł do szefa GRU Igora Kostiukowa i zapytał, jak przebiegły ostatnie rozmowy dotyczące Ukrainy w Abu Zabi. Ten odpowiedział lakonicznie: "Wszyscy powiedzieli: »konstruktywne«". Kiedy Zarubin zapytał, co dokładnie ma na myśli, Kostiukow dodał: "Wszyscy wszystko rozumieją". Na pytanie, w jakim sensie, odpowiedział: "W najbardziej dosłownym".

Kostiukow nie wyjaśnił, co miał na myśli. Krótka rozmowa z Zarubinem miała miejsce na Kremlu po tym, jak Władimir Putin przyjął prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) Muhammada ibn Zajida Al Nahajjana. Szef GRU towarzyszył Putinowi podczas tego i kilku innych spotkań na najwyższym szczeblu, np. z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Aragczim po atakach USA na irańskie obiekty jądrowe latem ub.r. oraz z prezydentem Syrii Ahmadem asz-Szarą w styczniu br. po wycofaniu rosyjskich wojsk z jednego z kluczowych obiektów w Syrii.

Na pytanie jednego z rosyjskich mediów o to, dlaczego na spotkaniu Putina z prezydentem ZEA potrzebny jest Kostiukow, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odpowiedział: — Na wszelki wypadek. Teraz mowa była tylko o stosunkach dwustronnych. Są one tak szerokie, że jest wiele tematów do omówienia.

W ten sposób Igor Kostiukow zastąpił na negocjacjach Władimira Medinskiego. Asystent prezydenta i były minister kultury stał na czele rosyjskiej delegacji od 2022 r. — począwszy od spotkań w Stambule, kiedy to Rosja i Ukraina po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnej inwazji próbowały dojść do porozumienia w sprawie zakończenia wojny.

Kreml nie wyjaśnił publicznie, dlaczego skład grupy negocjacyjnej uległ zmianie. Jednak politolog Władimir Pastuchow uważa nieobecność Medinskiego na rozmowach w Abu Zabi za "dobry znak".

"Jego pojawienie się w Abu Zabi oznacza, że ta faza procesu negocjacyjnego zbliża się ku końcowi. Wojskowy skład delegacji to również symbolika na granicy teatralnej dramaturgii, ale jednak bardziej budząca nadzieję" — pisze Pastuchow na swoim kanale w Telegramie.

W otwartych źródłach jest dość mało informacji o Kostiukowie, ale wiadomo, że urodził się 21 lutego 1961 r., a wykształcenie wojskowe zdobył w marynarce wojennej. Ukończył Akademię Wojskowo-Dyplomatyczną, następnie rozpoczął służbę w Głównym Zarządzie Wywiadu (GRU). Jako jeden z szefów rosyjskiego wywiadu wojskowego brał udział w kierowaniu operacją wojskową w Syrii, ale szczegóły jego działalności w tym kraju nie są znane.

W połowie pierwszej dekady XXI w. Kostiukow przez co najmniej pięć lat był attaché wojskowym w ambasadzie Rosji w Grecji. Szefem GRU został mianowany w grudniu 2018 r. Kostiukow zastąpił na tym stanowisku Igora Korobowa, który zmarł na raka w wieku 62 lat.

W 2019 r. Kostiukow otrzymał stopień admirała. Jest Bohaterem Rosji od 2017 r., jest równiez odznaczony orderami "Za zasługi dla Ojczyzny" IV stopnia, Orderem Honorowym, Orderem Aleksandra Newskiego, Orderem Odwagi, Orderem "Za zasługi wojskowe", a także medalem "Za męstwo".

W październiku 2022 r. Unia Europejska nałożyła sankcje na Rosję za cyberataki na Bundestag w 2015 r. Jako pierwszy zastępca szefa Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Kostiukow kierował 85. Centrum (grupą hakerską o nazwach Fancybear/APT28), które przeprowadziło cyberatak. Centrum również figuruje na liście sankcji UE.

Wcześniej, w styczniu 2019 r., Kostiukow znalazł się na liście sankcji UE z powodu otrucia byłego oficera GRU Siergieja Skripala i jego córki Julii w brytyjskim Salisbury. Kostiukow, pełniący wówczas funkcję pierwszego zastępcy szefa GRU, został uznany za odpowiedzialnego za posiadanie, transport i użycie toksycznego środka paralityczno-drgawkowego Nowiczok przez oficerów GRU w Salisbury w weekend 4 marca 2018 r. Rosja zawsze zaprzeczała swojemu udziałowi w ataku.

Stany Zjednoczone również niejednokrotnie umieszczały szefa GRU na listach sankcyjnych. Pod koniec grudnia 2016 r. nałożono na niego ograniczenia w związku z cyberatakiem na serwery Partii Demokratycznej w przededniu wyborów prezydenckich, a w marcu 2018 r. — również za ingerencję w wybory amerykańskie.

W 2022 r. sankcje na Kostiukowa nałożyły Nowa Zelandia i Kanada.

Niezależne rosyjskie media zwróciły uwagę na aktywa dzieci Kostiukowa, które najwyraźniej nie odpowiadają oficjalnym dochodom.

Serwis The Insider w 2021 r. podał, że jego syn i córka mają drogie nieruchomości i samochody, których łączna wartość szacowana jest na kilka milionów dolarów i ich oficjalne dochody w żaden nie pozwalają wyjaśnić takich zakupów.

Dane dotyczące majątku rodziny Kostiukowa zostały usunięte z otwartych rejestrów, a w wyciągach z rosyjskich ksiąg wieczystych jako właściciel nieruchomości wymieniona jest "Federacja Rosyjska". W 2021 r. syn Kostiukowa pracował w rosyjskim MSZ (dziś prawdopodobnie pracuje w rosyjskiej ambasadzie we Włoszech), a córka zajmowała kierownicze stanowisko w grupie spółek należących do jednego z posłów Dumy z kremlowskiej partii Jedna Rosja.

W październiku 2025 r. rosyjskie media ujawniły, że córka Kostiukowa została jedyną właścicielką firmy zajmującej się dostawą sprzętu elektrotechnicznego na potrzeby państwa, w tym Ministerstwa Obrony. Sprawozdania finansowe tej firmy są niejawne, ale według szacunków dziennikarzy tylko w ostatnim roku obroty mogły wynieść około 1,8 mld rubli (84 mln zł).

(...)

Rosyjscy stratedzy polityczni podkreślają, że mianowanie admirała Kostiukowa szefem grupy negocjacyjnej może być demonstracyjnym krokiem mającym na celu pokazanie "siły pozycji Rosji" w odpowiedzi na udział Kyryło Budanowa w ukraińskiej delegacji. Zdaniem stratega politycznego Marata Baszirowa Kostiukow będzie nadzorował kwestie wycofania wojska i sprzętu z linii frontu w Ukrainie.

W czwartek 29 stycznia Kostiukow, odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy delegacja przygotowuje się do nowego spotkania w Zbu Zabi, powiedział, że "są zawsze gotowi". — Ukraińcy są w smutnym nastroju... My jesteśmy w dobrym — dodał.

onet.pl\Novaya Gazieta


Po pierwsze, fakt, że Rosja nie jest obecnie w stanie przełamać frontu i odzyskać swobody manewru, nie oznacza, że manewr jako forma prowadzenia wojny przestał istnieć. Oznacza jedynie, że Rosjanie nie potrafią go dziś skutecznie realizować w warunkach wysokiego nasycenia pola walki rozpoznaniem, precyzyjnym ogniem i degradacją własnego systemu dowodzenia.

Po drugie, manewr operacyjny nie „oderwał się” od swojej materialnej bazy. Jego podstawą nadal pozostają czołgi podstawowe, wozy bojowe piechoty, artyleria oraz zabezpieczenie logistyczne, a nie same środki bezzałogowe. Rosyjskie Siły Zbrojne – niezależnie od publicystyki – nie zrezygnują z tych zdolności, ponieważ są one warunkiem prowadzenia wojny lądowej na poziomie operacyjnym, zwłaszcza w pierwszej fazie konfliktu o wysokiej intensywności.

Po trzecie, drony nie zastępują systemu walki – one go uzupełniają. Ich rola jest kluczowa na poziomie taktycznym: w rozpoznaniu, korekcji ognia, rażeniu punktowym i zwiększaniu przejrzystości pola walki. Nie są jednak samodzielnym „nośnikiem manewru” ani substytutem zdolności do przełamania i eksploatacji powodzenia. Są elementem systemu walki połączonej, a nie jego rdzeniem.

Wreszcie, wojna lądowa pozostaje wojną o kontrolę przestrzeni, a nie wyłącznie o jej obserwację lub czasowe rażenie. Terytorium zajmują i utrzymują ludzie, a nie sensory czy efektory. Dron nie zapewnia trwałej obecności fizycznej, nie kontroluje dróg, nie zabezpiecza zaplecza i nie egzekwuje władzy nad terenem. Bez piechoty, osłanianej przez wojska pancerne i wspieranej przez artylerię, nie ma trwałego rezultatu operacyjnego.

x.com/konrad_muzyka

sobota, 31 stycznia 2026



Tomasz Sajewicz: Z tego, co Panowie mówicie, dla mnie jako dla dziennikarza wyłania się smutny obraz: sposób postrzegania Chin to w dużej mierze pochodna rywalizacji Chin ze Stanami Zjednoczonymi.

Marcin Jacoby: Moim zdaniem zdecydowanie tak jest.

Bogdan Góralczyk: To jest absolutnie podstawowe, dlatego że w ślad za ośrodkami analitycznymi i wywiadowczymi oraz ośrodkami akademickimi, czyli – by wymienić najważniejszych przedstawicieli – Michaelem Pillsburym oraz Grahamem Allisonem na Harvardzie, Trump w 2017 roku zmienia strategię. Od tej chwili zamiast zaangażowania mamy strategiczną rywalizację. Trzeba wziąć tu pod uwagę dwa amerykańskie dokumenty z przełomu 2017 i 2018 roku: nowe strategie, bezpieczeństwa oraz wojskową, zatwierdzone przez Trumpa. Tam wskazano Chiny, obok Rosji, jako groźnego rywala. W Polsce tego się nie wie, ale Chińczycy mieli dokładny portret psychologiczny Trumpa tuż przed przejęciem przez niego władzy. A gdy do niej dochodzi, to co się dzieje? Trump wchodzi do Białego Domu 20 stycznia 2017 roku, a już w połowie kwietnia w jego rezydencji Mar-a-Lago jest  i Jinping. Chińczycy myśleli, że Trump to facet, którego ego kroczy 5 metrów przed nim, że zagrają na jego próżności i biznesowych instynktach, dadzą zbudować kilka kolejnych wieżowców, z pięćset pól golfowych i tysiąc zakładów produkujących damskie torebki przez imperium Ivanki, jego córki, i będzie po wszystkim. A gdy się jednak nie dał kupić, to jesienią tegoż 2017 roku zorganizowali jemu i małżonce wizytę „oficjalną plus”. Ja od momentu zakończenia pracy dyplomatycznej, a więc już od prawie piętnastu lat, wykładam protokół dyplomatyczny, a w nim nie ma pojęcia „wizyta oficjalna plus”. Jest wizyta oficjalna. No, może być od biedy wizyta cesarska. Był Pan wtedy korespondentem i widział Pan, jakie cesarskie przyjęcie Chińczycy zgotowali państwu Trump. Trump, co niecodzienne, nawet podziękował z samolotu. Wrócił do Stanów i znowu mu się jednak rachunki nie zgadzały – ponad czterysta miliardów dolarów – roczne ujemne saldo handlowe. W marcu 2018 roku rozpoczął więc wojnę handlową i celną, które trwają do dzisiaj. Następnie przyszła pandemia, podczas której rozpoczęła się wojna ideologiczna, aksjologiczna i medialna polegająca na tym, jak dokopać Chińczykowi. Należało poradzić sobie z pandemią, a na to jeszcze nałożyła się agresja rosyjska. Chiny są z Rosjanami – i mamy już wojnę ideologiczną. Jakby tego jeszcze było mało, mamy również wojnę technologiczną: czipy, półprzewodniki, sztuczną inteligencję, wyścig w kosmosie, pierwiastki ziem rzadkich itd. I teraz niech Pan to wszystko złoży razem.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

piątek, 30 stycznia 2026



Keir Starmer wezwał do "bardziej wyrafinowanych" stosunków między Londynem a Pekinem. "Nie ma sensu chować głowy w piasek, jeśli chodzi o Chiny. W naszym interesie leży angażowanie się i nieustępowanie w kwestiach bezpieczeństwa narodowego, dlatego też udało nam się opracować spójne, kompleksowe podejście" — stwierdził brytyjski premier.

Trump został zapytany o zacieśnienie stosunków Wielkiej Brytanii z Pekinem podczas premiery filmu "Melania" w Waszyngtonie.

"To bardzo niebezpieczne dla nich" — stwierdził. W ostrych słowach wypowiedział się także na temat innego bliskiego USA kraju, wyraźnie zaznaczając strefę wpływów Ameryki. Brytyjczycy dają tymczasemdo zrozumienia, że nie zamierzają ugiąć się przed Waszyngtonem — i nie mają nic przeciwko wizycie Xi Jinpinga w Londynie.

(...)

Xi złożył pełną wizytę państwową w Wielkiej Brytanii w 2015 r. i odwiedził pub wraz z ówczesnym premierem Davidem Cameronem. Był to okres, który obecnie postrzegany jest jako "złota era" stosunków brytyjsko-chińskich. Krytycy chińskiego stanowiska w sprawie praw człowieka i szpiegostwa uważają tę podróż za jedną z najgorszych decyzji w polityce zagranicznej ery Camerona.

Kemi Badenoch, liderka opozycyjnej Partii Konserwatywnej, powiedziała: "Nie powinniśmy rozkładać czerwonego dywanu przed państwem, które codziennie prowadzi działalność szpiegowską w naszym kraju, lekceważy międzynarodowe zasady handlu i pomaga Putinowi w jego bezsensownej wojnie z Ukrainą. Potrzebujemy dialogu z Chinami, nie musimy się przed nimi kłaniać".

onet.pl\Politico


To, co dzieje się obecnie wokół Grenlandii, wykracza daleko poza ramy jednorazowego sporu dyplomatycznego. Dla Europy to próba sił i moment prawdy. Prezydent Stanów Zjednoczonych stawia Unię Europejską przed jasnym wyborem: albo pod pozorem partnerstwa transatlantyckiego zaakceptuje status wasala, albo ponownie stanie się suwerennym podmiotem zdolnym do obrony swoich interesów i integralności.

20 stycznia na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu wygłoszone zostało płomienne przemówienie o takiej treści. Zostało nagrodzone gromkimi brawami przez parlamentarzystów ze wszystkich stron sceny politycznej. Jeszcze kilka miesięcy temu byłoby to co najmniej podejrzane, zważywszy na fakt, kto wypowiedział te słowa pod adresem republikańskiego prezydenta USA. Był to przewodniczący frakcji Patrioci dla Europy, a jednocześnie przewodniczący skrajnie prawicowej francuskiej partii Narodowe Zgromadzenie i kandydat na prezydenta Francji Jordan Bardella.

(...)

Bardella nazwał ostatnie działania Trumpa przejawem imperialnych ambicji. — To, co dzieje się dzisiaj, zapowiada konflikty jutra. Wycofanie się oznaczałoby stworzenie poważnego precedensu, który jutro dotyczyłby innych terytoriów europejskich, a pojutrze być może nawet francuskich terytoriów zamorskich, które mogłyby być narażone na podobną presję — powiedział podczas wspomnianego posiedzenia Parlamentu Europejskiego.

(...)

Według IFOP, francuskiej firmy zajmującej się badaniem opinii publicznej, obecnie 42 proc. mieszkańców Francji postrzega Stany Zjednoczone jako wroga. Przeciwne zdanie ma zaledwie 24 proc.

(...)

Podczas gdy Europa Zachodnia — w tym partie skrajne i antysystemowe — przez długi czas uważała stosunki ze Stanami Zjednoczonymi za ważne ze względów ideologicznych, Europa Środkowa i Wschodnia od zakończenia zimnej wojny kładła nacisk głównie na ich korzyści dla bezpieczeństwa. Wraz z pojawieniem się Donalda Trumpa w Białym Domu wizerunek USA w oczach wielu uległ zmianie, ale kraje, które w stosunkach z USA cenią sobie przede wszystkim partnerstwo w zakresie bezpieczeństwa, są bardziej powściągliwe w krytyce.

— Widzimy to na przykładzie Polski, krajów bałtyckich, a także Włoch — mówi politolog Maciej Ruczaj pracujący m.in. na prywatnej uczelni CEVRO w Pradze. — Myślę, że to właśnie stanowisko włoskiej premier Giorgii Meloni stanie się ostatecznie mainstreamowe. Ostatnio obserwujemy zbliżenie polityczne Meloni z niemieckim kanclerzem Friedrichem Merzem. Wydaje się, że ta dwójka jest głównym motorem europejskiej polityki. W końcu Niemcy są również znacznie bardziej umiarkowane w swoich reakcjach na działania USA niż na przykład Francja — dodaje Ruczaj.

onet.pl


Putin wita swojego nowego pana, czyli "sukcesy" w Syrii – Władimir Władimirowicz ściska dłoń nowemu prezydentowi Syrii, który dopiero co obalił jego poprzedniego sojusznika Assada. Oczywiście Rosja, jak na bogate mocarstwo przystało, zapłaci za odbudowę syryjskich miast. Baza w Al-Kamiszli? Już jej nie ma, kolejny "gest dobrej woli". Wygląda na to, że szachy 5d Putina polegały na uwiązaniu się w wojnie trwającej dłużej niż Wojna Ojczyźniana i na braku możliwości reagowania na to co się dzieje poza Ukrainą 🤡

Prędkość kontynentalna, czyli 15 metrów dumy – "Druga armia świata" ustanowiła historyczny antyrekord w ostatnich dniach: tempo natarcia wynosi 15 metrów dziennie. To najwolniejsza ofensywa w historii wojen od 100 lat.

Rosyjski sen: Wódka, trumna i nowy dom – Mieszkanka obwodu orłowskiego szczerze wyznaje plan na życie: mąż zabija za pieniądze, ona pije. Po co iść do pracy? To jest ten słynny "Ruski Mir" w pigułce – moralne dno.

Inwestycja życia: Mąż zamieniony na telefon od oszusta – Historia z internetu, która brzmi jak ponury żart. Kobieta wysłała męża na wojnę dla pieniędzy, mąż zginął w tydzień, przyszły miliony, a ona po pijaku przelała wszystko telefonicznym oszustom, którzy na koniec krzyknęli jej w słuchawkę "Sława Ukrainie!". Patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się głupota, a pieniądze z krwi znikają szybciej niż rosyjskie rezerwy walutowe. xD

Syria się buduje, Czelabińsk zamarza – Putin obiecuje odbudowę Syrii, a tymczasem w Czelabińsku domy zamieniają się w lodowe jaskinie przy -30 stopniach. Para bucha z rur, lód na ścianach, ale urzędnicy twierdzą, że "dom jest skomplikowany". Priorytety są jasne: Arabowie dostaną nowe miasta, a Rosjanie dostaną nowe obietnice i zapalenie płuc. Przecież nie można pozwolić, by obywatele żyli lepiej niż mieszkańcy zbombardowanego Aleppo.

Bohaterowie są potrzebni tylko w telewizji – Pilot, który w 2003 roku uratował 160 pasażerów lądując w polu, teraz jest ścigany o 119 milionów rubli i pracuje jako kurier. Z kolei "bohater" obecnej wojny wrócił na wózku, bez połowy głowy i z 36 kolegów zostało ich pięciu. Wniosek? Ojczyzna kocha cię tylko wtedy, gdy jesteś mięsem armatnim, a jak przeżyjesz i zrobisz coś dobrego, to i tak cię zniszczy.

Zgniły Zachód, gdzie dają jeść – Wideo z francuskiego Auchan pokazuje półki uginające się od zablokowanych w Rosji towarów. Straszna męczarnia w tej Europie, nie to co w Rosji – stabilność, mróz i Ch**ło niedługo dłużej na stołku niż Stalin. Aż żal patrzeć, jak ci biedni Francuzi muszą jeść to mięso, zamiast cieszyć się smakiem wielkiej, imperialnej biedy.

/Streszczenie i tłumaczenie materiału wideo z YT, kanał Oszukany Rosjanin - red./

x.com/AryoSomeGumul


Zamknięty system finansowy Chin jest jednym z kluczowych filarów ich pozycji gospodarczej. To właśnie z tym walczy Trump.

Żeby to zrozumieć, trzeba sięgnąć do koncepcji Niemożliwej Trójcy, która pokazuje, że Chiny grają według zupełnie innych zasad niż kraje zachodnie.

Według koncepcji (...), dla państwa możliwe są tylko 2 z 3 opcji:  

1. Stały (zarządzany) kurs waluty.  

2. Niezależna polityka monetarna (możliwość ustalania własnych stóp procentowych).  

3. Swobodny przepływ kapitału (możliwość inwestowania pieniędzy za granicę i z zagranicy bez ograniczeń).  

Chiny świadomie rezygnują z 3-jki. Dlaczego? 

Chiny nie potrzebują zagranicznego kapitału. Ich system pozwala generować dowolną ilość kredytu i finansować co im się akurat podoba (oczywiście tworzy to ryzyko politycznych patologii). Dzięki temu np. eksport chińskich samochodów może mocno rosnąć bez równoległego drastycznego osłabienia juana.

W normalnych warunkach, gdyby Chiny miały niskie stopy procentowe, a np, USA wysokie (tak jak teraz), kapitał uciekałby z Chin, osłabiając je. W modelu chińskim ten mechanizm jest po prostu zablokowany.

Nie jest to model do wdrożenia w żadnym innym kraju. Do tego ma on szereg wad - więzi kapitał obywateli, tworzy niepotrzebne nadwyżki mocy produkcyjnych. To z kolei prowadzi do globalnych wojen cenowych, a w konsekwencji – do wojen celnych, bo świat nie jest w stanie wchłonąć tych nadwyżek bez niszczenia własnego przemysłu.

Właśnie m.in dlatego Trump sięga po cła - nie da się wygrać rynkowo z graczem, który gra na kodach i operuje poza klasyczną logiką zysku i straty.

Co ważne - w tym systemie nigdy juan nie zagrozi dolarowi - przypomnijcie sobie sytuację, kiedy Rosja chciała wykorzystać juana do interwencji.

x.com/luke_skiba


Trump skrytykował środową decyzję banku centralnego o wstrzymaniu obniżania stóp procentowych w długim wpisie na swoim portalu społecznościowym Truth Social. Mimo że decyzja była szeroko spodziewana i podjęta przez 10 z 12 członków komitetu Fed, prezydent skupił swoją krytykę na prezesie Rezerwy Federalnej Jerome Powellu, który, jego zdaniem, odmówił obniżki stóp, nie mając ku temu żadnego powodu.

"Szkodzi naszemu krajowi i jego bezpieczeństwu narodowemu. Powinniśmy mieć znacznie niższe stopy procentowe teraz, gdy nawet ten kretyn przyznaje, że inflacja nie jest już problemem ani zagrożeniem. Kosztuje Amerykę setki miliardów dolarów rocznie w całkowicie niepotrzebnych i nieuzasadnionych KOSZTACH ODSETEK" - napisał Trump.

Wbrew jego słowom Powell nie ocenił w środę, że inflacja nie jest problemem, lecz że pozostaje na podwyższonym poziomie - choć wyraził przekonanie, że jej współczynnik może zmniejszyć się w okolicach połowy roku.

Trump dodał, że USA powinny mieć niskie stopy ze względu na cła i swoją siłę, twierdząc przy tym, że inne państwa są "bankomatami wypłacającymi niskie stopy (...) tylko dlatego, że USA im na to pozwalają". Zdaniem prezydenta USA wysokie cła, które nałożył na towary z reszty świata, mogłyby być wyższe.

"Innymi słowy, byłem bardzo miły, uprzejmy i delikatny dla krajów na całym świecie. Jednym ruchem pióra do USA napłynęłoby o MILIARDY dolarów więcej, a te kraje musiałyby wrócić do zarabiania pieniędzy w tradycyjny sposób, a nie na plecach Ameryki. Mam nadzieję, że wszyscy docenią, choć wielu nie, to, co nasz wspaniały kraj dla nich zrobił" - napisał prezydent. Ocenił jednak, że cła uczyniły Amerykę "dużo silniejszą i potężniejszą niż wszelkie inne kraje" i z powodu tej siły powinny mieć najniższe stopy procentowe na świecie.

Główna instytucja decyzyjna Fed, Federalny Komitet ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC), zdecydowała w środę o pozostawieniu referencyjnej stopy procentowej na dotychczasowym poziomie, 3,5-3,75 proc., przerywając serię trzech kolejnych obniżek. Powell tłumaczył to postanowienie chęcią zachowania ostrożności w obliczu korzystnej sytuacji gospodarczej, nadal wysokim stopniem niepewności co do dalszych perspektyw, a także poziomem inflacji, wciąż pozostającym powyżej 2-procentowego celu Fed. Odnosząc się do ceł, Powell po raz kolejny ocenił, że większość członków FOMC uważa, że wiążą się one z jednorazową podwyżką cen, a nie długotrwałą inflacją.

PAP