poniedziałek, 2 lutego 2026



Tomasz Sajewicz: Chciałbym, abyśmy wytłumaczyli kontekst zmian, które obecnie zachodzą w Chinach. Wróciłbym do tej nieszczęsnej wystawy luksusowych toreb w Muzeum Narodowym w Pekinie w 2011 roku. Dwa lata później jej zorganizowanie byłoby niemożliwe. Sprzed Muzeum Narodowego znika też posąg Konfucjusza. W 2008 roku na fali Igrzysk Olimpijskich entuzjazm towarzyszy zarówno samym Chińczykom, jak i Zachodowi, który widzi otwieranie się Chin i szansę na zmiany. Przychodzi 2013 rok i zaczyna się era Xi, z konsekwencji której wówczas chyba mało kto mógł zdawać sobie sprawę. Co takiego wydarzyło się między 2008 a 2013 rokiem, co utorowało Xi drogę do przywództwa?

Bogdan Góralczyk: Chiny przez ponad trzy dekady do 2012 roku żyły pod egidą filozofii Deng Xiaopinga, czyli trzeźwego, rozsądnego, ostrożnego pragmatyzmu. Rozsądku, w ramach którego budowano coraz bardziej, powiedziałbym, merytokratyczne rządy, gdzie odsuwano partię od zarządzania, gdzie rzeczywiście wierzono we współpracę i globalizację, bo była ona korzystna dla Chin; wierzono w światowe rynki, powiązania. Synonimem tych czasów na pewno będzie Zhu Rongji, który jest, mówiąc obrazowo, chociaż tego w Polsce się nie da nigdy połączyć, fuzją Balcerowicza z Kołodką. Na wszystkich katedrach uniwersytetów ekonomicznych do dziś uczy się myśli tego rzutkiego przywódcy o gospodarce.

Natomiast w 2012 roku przyszedł ambitny, bardzo asertywny władca, który postanowił wyprowadzić Chiny na pozycję, którą kiedyś zajmowały – taką, na której będą wytwarzały, powiedzmy, 25 czy 33 procent światowego PKB i równocześnie będą Państwem Środka, a więc wielkim imperium. Kiedy ujawnił swoje plany – a trochę to trwało, był to mniej więcej 2015–2016 rok – Amerykanie zrozumieli, że wyhodowali sobie Frankensteina. Logika zmian wewnętrznych w Chinach nie idzie absolutnie w kierunku, którego się spodziewali i na który próbowali Chiny nakierować. Wtedy właśnie nastąpiła zupełna zmiana wajchy, jak to się u nas mówi. Skończyło się zaangażowanie, a rozpoczęła strategiczna rywalizacja, w ramach której obowiązują zupełnie inne zasady gry. I ta strategiczna rywalizacja dziś narasta, przenosi się z jednej płaszczyzny na drugą. Zaczęło się od wojny handlowej i celnej, które nigdy nie zostały odwołane, ale które przyniosły chociażby taki rezultat, że nowych chińskich inwestycji na terenie Stanów Zjednoczonych już praktycznie nie ma, natomiast inwestycje amerykańskie – poza tymi wielkimi, takimi jak Tesla, czy małymi i średnimi przedsiębiorstwami – zaczęły uciekać czy to do Indii, czy do Wietnamu, czy do Bangladeszu. Wówczas Chiny, w ramach nowej koncepcji Xi Jinpinga, zmieniły w ogóle model rozwojowy państwa. Zamiast otwartych rynków, co jeszcze Xi Jinping w pewnym momencie sam ogłosił w Davos, Chińczycy zaczęli mówić w 2020 roku o podwójnej cyrkulacji. To klasyczna chińska formuła oznaczająca, że to, co chińskie, jest istotne, a to, co zachodnie – uzupełniające albo użyteczne. To zupełnie inna filozofia rozwoju wewnętrznego.

Następuje ponadto centralizacja, ponieważ kluczowym zadaniem strategicznym czy geostrategicznym jest Tajwan. Z punktu widzenia mandarynów w Pekinie, skoro udało się z Hongkongiem, trzeba spróbować z Tajwanem. Bez względu na koszty i okoliczności. Moim zdaniem ten przywódca, powiedziałem to kiedyś obrazowo, a tu powtórzę, chce zawisnąć obok portretu Mao Zedonga w bramie Tiananmen. A jeśli nie wykona zadania jako jedynowładca, to sam będzie wisiał, nie jego portret. A to nie wszystko – następuje bowiem ideologizacja życia, czyli powrót do tego socjalizmu, od którego poprzednie ekipy wyraźnie odchodziły na rzecz nacjonalizmu, powrotu do tradycji i innych rozwiązań. Ten przywódca wraca do marksizmu-leninizmu wyraźnie i świadomie, równocześnie zmieniając Chiny z autorytarnych w totalitarne. Możemy spytać – gdzie jest różnica? Tam, gdzie u obywatela pojawia się strach, to już jest totalitaryzm.

Marcin Jacoby: Wyeksponowałbym tutaj dwa czynniki. O jednym, Bogdanie, już trochę powiedziałeś. Moim zdaniem Xi Jinping jest produktem strachu partii przed rozmydleniem ideologicznym…

BG: Tak jest.

MJ: …w pieniądzach.

BG: Zgoda.

MJ: Kiedy wszystkie reformy prorynkowe okresu otwarcia – strategii lat 90. – nabrały tempa, partia stała się skorumpowanym gigantem, wyzbytym ideologii. Wydaje mi się, że zapanował wewnętrzny strach, że partia się rozpadnie, bo po prostu już nie będzie niczego, co by ją spajało. Xi Jinping był tym człowiekiem, który miał powiedzieć: „Ideologia jest ważniejsza niż pieniądze; wracamy do naszych korzeni, wracamy do ducha z Yan’anu z 1942 roku…”

BG: Tak jest.

MJ: „…wracamy do tych czasów, kiedy partia była niezwykle silna ideologicznie, po to, żeby tę partię od merkantylizmu uratować”. To właśnie, moim zdaniem, spowodowało pewną refleksję po zachłyśnięciu się pieniędzmi: „nie, nie, nie, to jest niemoralne, to jest złe, to nas zniszczy – musimy wracać i być znowu dobrymi komunistami”. To jeden czynnik, który wpłynął na tor polityki. Drugi czynnik natomiast – po wszystkich zmianach, jeśli chodzi o funkcjonowanie tego kraju na polu międzynarodowym, włączyła się w Chinach czerwona lampka (która zresztą włączała się w historii wielokrotnie), a dokładniej syndrom oblężonej twierdzy. Co to oznacza? „Cały świat nas atakuje, cały świat jest przeciwko nam, więc zamykamy bramy, wznosimy wysokie mury i będziemy wsobni, będziemy sobie radzić sami i przetrwamy”. To spowodowało wielkie odcięcie, czy też próbę odcięcia wpływów zachodnich, czyli to, co w moim sektorze, sektorze kultury, było widoczne. Z roku na rok coraz trudniej było organizować wydarzenia, coraz więcej było obostrzeń, coraz trudniej było dostać wizę. To takie drobne rzeczy, które miały Chiny zamknąć po to, żeby były bezpieczne. I teraz, kiedy dyskurs Xi Jinpinga jest zdominowany przez słowo „bezpieczeństwo” odmieniane przez wszystkie przypadki – bezpieczeństwo wewnętrzne, bezpieczeństwo polityczne, bezpieczeństwo ideologiczne itd. – odczuwalny jest efekt tego strachu. Strachu przed tym, że bez zamknięcia się ideologicznego społeczeństwo chińskie będzie otwarte na wpływy zagraniczne i w końcu zagrozi kiedyś partii. A partia ma jeden podstawowy cel – pozostać przy władzy.

BG: Kontynuując i rozszerzając tę narrację – kiedy Deng Xiaoping oddawał władzę i odchodził do historycznych annałów, wówczas, jak wiecie, podyktował Chinom dwa testamenty. Jeden z nich miał formę 24 albo 28 chińskich znaków. Najbardziej wyrazista była wśród nich formuła z rodowodu buddyjska, nie marksistowska, którą można streścić potocznym językiem: „tisze jediesz, dalsze budiesz”, czyli „powoli kumulować siły, nie zwracając niczyjej uwagi”. Praktycznie nikt tego nie dostrzegł. Pisałem wówczas, że w marcu 2023 roku Xi Jinping na sesji OZPL wystąpił ze swoją formułą 24 znaków. Jest to dokładne zaprzeczenie, odwrotność tamtych formuł. Tamte formuły zakładały bowiem działania po cichu, powoli, ostrożnie, bez zwracania niczyjej uwagi, tutaj mamy natomiast jedność z partią i walkę do upadłego o swoje cele. Wyeksponowano po pierwsze bezpieczeństwo, a po drugie – walkę. Należy tu wspomnieć o jeszcze jednej zmianie strukturalnej, która może być bardzo interesująca dla naszego czytelnika, ponieważ tutaj zderza się świat zachodni z chińskim. Mianowicie po upadku ZSRR pojawiła się głośna formuła Francisa Fukuyamy „koniec historii”. Ale jak była ona rozumiana? Tak, że nie ma alternatywy programowej, jest tylko liberalna demokracja i rynek bez granic, czyli konsensus z Waszyngtonu. Deng Xiaoping, jak wiemy, jako jedyny się temu przeciwstawił (i Jelcyn to przyjął, ze znanymi skutkami) i wyprowadził Chiny na dobre pola. Ale te dobre pola przyniosły też efekty uboczne – kult pieniądza, mamonizm – baijinzhuyi. Wiara w komunizm wypaliła się po wydarzeniach na placu Tiananmen, zastąpiono ją wiarą w pieniądz.

I oto od początków rządów Xi Jinpinga mamy bezprecedensową w dziejach ChRL kampanię zwalczania „pcheł i tygrysów”, czyli walkę z korupcją, a przy okazji z przeciwnikami politycznymi od Bo Xilaia począwszy. Xi Jinping wyczyścił wszystko, żeby być jedynowładcą. Stąd mówię o nowym momencie Qin” w chińskiej historii. Tyle tylko, że dokładnie to samo dzieje się w świecie zachodnim: zwieranie czy też zacieśnianie szeregów. Wskutek pandemii, a potem rosyjskiej agresji skończyły się wcześniejsze wspaniałe perspektywy i maksyma, że rynek da nam wszystko. Myśmy przez prawie cztery dekady żyli według schematu: konkurencja – zysk – dywidenda. Tylko rozwiązania rynkowe. Kto sobie nie radził, był fajtłapą. Tej epoki już w świecie zachodnim nie ma. Bezpieczeństwo energetyczne, żywnościowe, woda, bezpieczeństwo klimatyczne, ekologiczne, cyberprzestrzeń – to są bieżące tematy. To samo dzieje się w Chinach. W nowym słowniku, który proponuje Xi Jinping w czwartym tomie „Dzieł zebranych”, który niedawno został wydany, bezpieczeństwo występuje we wszystkich możliwych wymiarach. Wodne, podwodne, nadwodne, glacjalne i każde inne. Innymi słowy, weszliśmy w bardzo niebezpieczną epokę. Epoka beztroskich, czasami oczywiście brutalnych rynków odeszła w miniony czas. W tej epoce niestety musimy walczyć o bezpieczeństwo w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. To czas wojny, czas niebezpieczny, i bardzo trudno tu przewidzieć, co będzie w przyszłości.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

niedziela, 1 lutego 2026



29 stycznia br. prokremlowski propagandysta Paweł Zarubin podszedł do szefa GRU Igora Kostiukowa i zapytał, jak przebiegły ostatnie rozmowy dotyczące Ukrainy w Abu Zabi. Ten odpowiedział lakonicznie: "Wszyscy powiedzieli: »konstruktywne«". Kiedy Zarubin zapytał, co dokładnie ma na myśli, Kostiukow dodał: "Wszyscy wszystko rozumieją". Na pytanie, w jakim sensie, odpowiedział: "W najbardziej dosłownym".

Kostiukow nie wyjaśnił, co miał na myśli. Krótka rozmowa z Zarubinem miała miejsce na Kremlu po tym, jak Władimir Putin przyjął prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) Muhammada ibn Zajida Al Nahajjana. Szef GRU towarzyszył Putinowi podczas tego i kilku innych spotkań na najwyższym szczeblu, np. z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Aragczim po atakach USA na irańskie obiekty jądrowe latem ub.r. oraz z prezydentem Syrii Ahmadem asz-Szarą w styczniu br. po wycofaniu rosyjskich wojsk z jednego z kluczowych obiektów w Syrii.

Na pytanie jednego z rosyjskich mediów o to, dlaczego na spotkaniu Putina z prezydentem ZEA potrzebny jest Kostiukow, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odpowiedział: — Na wszelki wypadek. Teraz mowa była tylko o stosunkach dwustronnych. Są one tak szerokie, że jest wiele tematów do omówienia.

W ten sposób Igor Kostiukow zastąpił na negocjacjach Władimira Medinskiego. Asystent prezydenta i były minister kultury stał na czele rosyjskiej delegacji od 2022 r. — począwszy od spotkań w Stambule, kiedy to Rosja i Ukraina po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnej inwazji próbowały dojść do porozumienia w sprawie zakończenia wojny.

Kreml nie wyjaśnił publicznie, dlaczego skład grupy negocjacyjnej uległ zmianie. Jednak politolog Władimir Pastuchow uważa nieobecność Medinskiego na rozmowach w Abu Zabi za "dobry znak".

"Jego pojawienie się w Abu Zabi oznacza, że ta faza procesu negocjacyjnego zbliża się ku końcowi. Wojskowy skład delegacji to również symbolika na granicy teatralnej dramaturgii, ale jednak bardziej budząca nadzieję" — pisze Pastuchow na swoim kanale w Telegramie.

W otwartych źródłach jest dość mało informacji o Kostiukowie, ale wiadomo, że urodził się 21 lutego 1961 r., a wykształcenie wojskowe zdobył w marynarce wojennej. Ukończył Akademię Wojskowo-Dyplomatyczną, następnie rozpoczął służbę w Głównym Zarządzie Wywiadu (GRU). Jako jeden z szefów rosyjskiego wywiadu wojskowego brał udział w kierowaniu operacją wojskową w Syrii, ale szczegóły jego działalności w tym kraju nie są znane.

W połowie pierwszej dekady XXI w. Kostiukow przez co najmniej pięć lat był attaché wojskowym w ambasadzie Rosji w Grecji. Szefem GRU został mianowany w grudniu 2018 r. Kostiukow zastąpił na tym stanowisku Igora Korobowa, który zmarł na raka w wieku 62 lat.

W 2019 r. Kostiukow otrzymał stopień admirała. Jest Bohaterem Rosji od 2017 r., jest równiez odznaczony orderami "Za zasługi dla Ojczyzny" IV stopnia, Orderem Honorowym, Orderem Aleksandra Newskiego, Orderem Odwagi, Orderem "Za zasługi wojskowe", a także medalem "Za męstwo".

W październiku 2022 r. Unia Europejska nałożyła sankcje na Rosję za cyberataki na Bundestag w 2015 r. Jako pierwszy zastępca szefa Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Kostiukow kierował 85. Centrum (grupą hakerską o nazwach Fancybear/APT28), które przeprowadziło cyberatak. Centrum również figuruje na liście sankcji UE.

Wcześniej, w styczniu 2019 r., Kostiukow znalazł się na liście sankcji UE z powodu otrucia byłego oficera GRU Siergieja Skripala i jego córki Julii w brytyjskim Salisbury. Kostiukow, pełniący wówczas funkcję pierwszego zastępcy szefa GRU, został uznany za odpowiedzialnego za posiadanie, transport i użycie toksycznego środka paralityczno-drgawkowego Nowiczok przez oficerów GRU w Salisbury w weekend 4 marca 2018 r. Rosja zawsze zaprzeczała swojemu udziałowi w ataku.

Stany Zjednoczone również niejednokrotnie umieszczały szefa GRU na listach sankcyjnych. Pod koniec grudnia 2016 r. nałożono na niego ograniczenia w związku z cyberatakiem na serwery Partii Demokratycznej w przededniu wyborów prezydenckich, a w marcu 2018 r. — również za ingerencję w wybory amerykańskie.

W 2022 r. sankcje na Kostiukowa nałożyły Nowa Zelandia i Kanada.

Niezależne rosyjskie media zwróciły uwagę na aktywa dzieci Kostiukowa, które najwyraźniej nie odpowiadają oficjalnym dochodom.

Serwis The Insider w 2021 r. podał, że jego syn i córka mają drogie nieruchomości i samochody, których łączna wartość szacowana jest na kilka milionów dolarów i ich oficjalne dochody w żaden nie pozwalają wyjaśnić takich zakupów.

Dane dotyczące majątku rodziny Kostiukowa zostały usunięte z otwartych rejestrów, a w wyciągach z rosyjskich ksiąg wieczystych jako właściciel nieruchomości wymieniona jest "Federacja Rosyjska". W 2021 r. syn Kostiukowa pracował w rosyjskim MSZ (dziś prawdopodobnie pracuje w rosyjskiej ambasadzie we Włoszech), a córka zajmowała kierownicze stanowisko w grupie spółek należących do jednego z posłów Dumy z kremlowskiej partii Jedna Rosja.

W październiku 2025 r. rosyjskie media ujawniły, że córka Kostiukowa została jedyną właścicielką firmy zajmującej się dostawą sprzętu elektrotechnicznego na potrzeby państwa, w tym Ministerstwa Obrony. Sprawozdania finansowe tej firmy są niejawne, ale według szacunków dziennikarzy tylko w ostatnim roku obroty mogły wynieść około 1,8 mld rubli (84 mln zł).

(...)

Rosyjscy stratedzy polityczni podkreślają, że mianowanie admirała Kostiukowa szefem grupy negocjacyjnej może być demonstracyjnym krokiem mającym na celu pokazanie "siły pozycji Rosji" w odpowiedzi na udział Kyryło Budanowa w ukraińskiej delegacji. Zdaniem stratega politycznego Marata Baszirowa Kostiukow będzie nadzorował kwestie wycofania wojska i sprzętu z linii frontu w Ukrainie.

W czwartek 29 stycznia Kostiukow, odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy delegacja przygotowuje się do nowego spotkania w Zbu Zabi, powiedział, że "są zawsze gotowi". — Ukraińcy są w smutnym nastroju... My jesteśmy w dobrym — dodał.

onet.pl\Novaya Gazieta

sobota, 31 stycznia 2026



Tomasz Sajewicz: Z tego, co Panowie mówicie, dla mnie jako dla dziennikarza wyłania się smutny obraz: sposób postrzegania Chin to w dużej mierze pochodna rywalizacji Chin ze Stanami Zjednoczonymi.

Marcin Jacoby: Moim zdaniem zdecydowanie tak jest.

Bogdan Góralczyk: To jest absolutnie podstawowe, dlatego że w ślad za ośrodkami analitycznymi i wywiadowczymi oraz ośrodkami akademickimi, czyli – by wymienić najważniejszych przedstawicieli – Michaelem Pillsburym oraz Grahamem Allisonem na Harvardzie, Trump w 2017 roku zmienia strategię. Od tej chwili zamiast zaangażowania mamy strategiczną rywalizację. Trzeba wziąć tu pod uwagę dwa amerykańskie dokumenty z przełomu 2017 i 2018 roku: nowe strategie, bezpieczeństwa oraz wojskową, zatwierdzone przez Trumpa. Tam wskazano Chiny, obok Rosji, jako groźnego rywala. W Polsce tego się nie wie, ale Chińczycy mieli dokładny portret psychologiczny Trumpa tuż przed przejęciem przez niego władzy. A gdy do niej dochodzi, to co się dzieje? Trump wchodzi do Białego Domu 20 stycznia 2017 roku, a już w połowie kwietnia w jego rezydencji Mar-a-Lago jest  i Jinping. Chińczycy myśleli, że Trump to facet, którego ego kroczy 5 metrów przed nim, że zagrają na jego próżności i biznesowych instynktach, dadzą zbudować kilka kolejnych wieżowców, z pięćset pól golfowych i tysiąc zakładów produkujących damskie torebki przez imperium Ivanki, jego córki, i będzie po wszystkim. A gdy się jednak nie dał kupić, to jesienią tegoż 2017 roku zorganizowali jemu i małżonce wizytę „oficjalną plus”. Ja od momentu zakończenia pracy dyplomatycznej, a więc już od prawie piętnastu lat, wykładam protokół dyplomatyczny, a w nim nie ma pojęcia „wizyta oficjalna plus”. Jest wizyta oficjalna. No, może być od biedy wizyta cesarska. Był Pan wtedy korespondentem i widział Pan, jakie cesarskie przyjęcie Chińczycy zgotowali państwu Trump. Trump, co niecodzienne, nawet podziękował z samolotu. Wrócił do Stanów i znowu mu się jednak rachunki nie zgadzały – ponad czterysta miliardów dolarów – roczne ujemne saldo handlowe. W marcu 2018 roku rozpoczął więc wojnę handlową i celną, które trwają do dzisiaj. Następnie przyszła pandemia, podczas której rozpoczęła się wojna ideologiczna, aksjologiczna i medialna polegająca na tym, jak dokopać Chińczykowi. Należało poradzić sobie z pandemią, a na to jeszcze nałożyła się agresja rosyjska. Chiny są z Rosjanami – i mamy już wojnę ideologiczną. Jakby tego jeszcze było mało, mamy również wojnę technologiczną: czipy, półprzewodniki, sztuczną inteligencję, wyścig w kosmosie, pierwiastki ziem rzadkich itd. I teraz niech Pan to wszystko złoży razem.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

piątek, 30 stycznia 2026



Keir Starmer wezwał do "bardziej wyrafinowanych" stosunków między Londynem a Pekinem. "Nie ma sensu chować głowy w piasek, jeśli chodzi o Chiny. W naszym interesie leży angażowanie się i nieustępowanie w kwestiach bezpieczeństwa narodowego, dlatego też udało nam się opracować spójne, kompleksowe podejście" — stwierdził brytyjski premier.

Trump został zapytany o zacieśnienie stosunków Wielkiej Brytanii z Pekinem podczas premiery filmu "Melania" w Waszyngtonie.

"To bardzo niebezpieczne dla nich" — stwierdził. W ostrych słowach wypowiedział się także na temat innego bliskiego USA kraju, wyraźnie zaznaczając strefę wpływów Ameryki. Brytyjczycy dają tymczasemdo zrozumienia, że nie zamierzają ugiąć się przed Waszyngtonem — i nie mają nic przeciwko wizycie Xi Jinpinga w Londynie.

(...)

Xi złożył pełną wizytę państwową w Wielkiej Brytanii w 2015 r. i odwiedził pub wraz z ówczesnym premierem Davidem Cameronem. Był to okres, który obecnie postrzegany jest jako "złota era" stosunków brytyjsko-chińskich. Krytycy chińskiego stanowiska w sprawie praw człowieka i szpiegostwa uważają tę podróż za jedną z najgorszych decyzji w polityce zagranicznej ery Camerona.

Kemi Badenoch, liderka opozycyjnej Partii Konserwatywnej, powiedziała: "Nie powinniśmy rozkładać czerwonego dywanu przed państwem, które codziennie prowadzi działalność szpiegowską w naszym kraju, lekceważy międzynarodowe zasady handlu i pomaga Putinowi w jego bezsensownej wojnie z Ukrainą. Potrzebujemy dialogu z Chinami, nie musimy się przed nimi kłaniać".

onet.pl\Politico


To, co dzieje się obecnie wokół Grenlandii, wykracza daleko poza ramy jednorazowego sporu dyplomatycznego. Dla Europy to próba sił i moment prawdy. Prezydent Stanów Zjednoczonych stawia Unię Europejską przed jasnym wyborem: albo pod pozorem partnerstwa transatlantyckiego zaakceptuje status wasala, albo ponownie stanie się suwerennym podmiotem zdolnym do obrony swoich interesów i integralności.

20 stycznia na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu wygłoszone zostało płomienne przemówienie o takiej treści. Zostało nagrodzone gromkimi brawami przez parlamentarzystów ze wszystkich stron sceny politycznej. Jeszcze kilka miesięcy temu byłoby to co najmniej podejrzane, zważywszy na fakt, kto wypowiedział te słowa pod adresem republikańskiego prezydenta USA. Był to przewodniczący frakcji Patrioci dla Europy, a jednocześnie przewodniczący skrajnie prawicowej francuskiej partii Narodowe Zgromadzenie i kandydat na prezydenta Francji Jordan Bardella.

(...)

Bardella nazwał ostatnie działania Trumpa przejawem imperialnych ambicji. — To, co dzieje się dzisiaj, zapowiada konflikty jutra. Wycofanie się oznaczałoby stworzenie poważnego precedensu, który jutro dotyczyłby innych terytoriów europejskich, a pojutrze być może nawet francuskich terytoriów zamorskich, które mogłyby być narażone na podobną presję — powiedział podczas wspomnianego posiedzenia Parlamentu Europejskiego.

(...)

Według IFOP, francuskiej firmy zajmującej się badaniem opinii publicznej, obecnie 42 proc. mieszkańców Francji postrzega Stany Zjednoczone jako wroga. Przeciwne zdanie ma zaledwie 24 proc.

(...)

Podczas gdy Europa Zachodnia — w tym partie skrajne i antysystemowe — przez długi czas uważała stosunki ze Stanami Zjednoczonymi za ważne ze względów ideologicznych, Europa Środkowa i Wschodnia od zakończenia zimnej wojny kładła nacisk głównie na ich korzyści dla bezpieczeństwa. Wraz z pojawieniem się Donalda Trumpa w Białym Domu wizerunek USA w oczach wielu uległ zmianie, ale kraje, które w stosunkach z USA cenią sobie przede wszystkim partnerstwo w zakresie bezpieczeństwa, są bardziej powściągliwe w krytyce.

— Widzimy to na przykładzie Polski, krajów bałtyckich, a także Włoch — mówi politolog Maciej Ruczaj pracujący m.in. na prywatnej uczelni CEVRO w Pradze. — Myślę, że to właśnie stanowisko włoskiej premier Giorgii Meloni stanie się ostatecznie mainstreamowe. Ostatnio obserwujemy zbliżenie polityczne Meloni z niemieckim kanclerzem Friedrichem Merzem. Wydaje się, że ta dwójka jest głównym motorem europejskiej polityki. W końcu Niemcy są również znacznie bardziej umiarkowane w swoich reakcjach na działania USA niż na przykład Francja — dodaje Ruczaj.

onet.pl


Putin wita swojego nowego pana, czyli "sukcesy" w Syrii – Władimir Władimirowicz ściska dłoń nowemu prezydentowi Syrii, który dopiero co obalił jego poprzedniego sojusznika Assada. Oczywiście Rosja, jak na bogate mocarstwo przystało, zapłaci za odbudowę syryjskich miast. Baza w Al-Kamiszli? Już jej nie ma, kolejny "gest dobrej woli". Wygląda na to, że szachy 5d Putina polegały na uwiązaniu się w wojnie trwającej dłużej niż Wojna Ojczyźniana i na braku możliwości reagowania na to co się dzieje poza Ukrainą 🤡

Prędkość kontynentalna, czyli 15 metrów dumy – "Druga armia świata" ustanowiła historyczny antyrekord w ostatnich dniach: tempo natarcia wynosi 15 metrów dziennie. To najwolniejsza ofensywa w historii wojen od 100 lat.

Rosyjski sen: Wódka, trumna i nowy dom – Mieszkanka obwodu orłowskiego szczerze wyznaje plan na życie: mąż zabija za pieniądze, ona pije. Po co iść do pracy? To jest ten słynny "Ruski Mir" w pigułce – moralne dno.

Inwestycja życia: Mąż zamieniony na telefon od oszusta – Historia z internetu, która brzmi jak ponury żart. Kobieta wysłała męża na wojnę dla pieniędzy, mąż zginął w tydzień, przyszły miliony, a ona po pijaku przelała wszystko telefonicznym oszustom, którzy na koniec krzyknęli jej w słuchawkę "Sława Ukrainie!". Patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się głupota, a pieniądze z krwi znikają szybciej niż rosyjskie rezerwy walutowe. xD

Syria się buduje, Czelabińsk zamarza – Putin obiecuje odbudowę Syrii, a tymczasem w Czelabińsku domy zamieniają się w lodowe jaskinie przy -30 stopniach. Para bucha z rur, lód na ścianach, ale urzędnicy twierdzą, że "dom jest skomplikowany". Priorytety są jasne: Arabowie dostaną nowe miasta, a Rosjanie dostaną nowe obietnice i zapalenie płuc. Przecież nie można pozwolić, by obywatele żyli lepiej niż mieszkańcy zbombardowanego Aleppo.

Bohaterowie są potrzebni tylko w telewizji – Pilot, który w 2003 roku uratował 160 pasażerów lądując w polu, teraz jest ścigany o 119 milionów rubli i pracuje jako kurier. Z kolei "bohater" obecnej wojny wrócił na wózku, bez połowy głowy i z 36 kolegów zostało ich pięciu. Wniosek? Ojczyzna kocha cię tylko wtedy, gdy jesteś mięsem armatnim, a jak przeżyjesz i zrobisz coś dobrego, to i tak cię zniszczy.

Zgniły Zachód, gdzie dają jeść – Wideo z francuskiego Auchan pokazuje półki uginające się od zablokowanych w Rosji towarów. Straszna męczarnia w tej Europie, nie to co w Rosji – stabilność, mróz i Ch**ło niedługo dłużej na stołku niż Stalin. Aż żal patrzeć, jak ci biedni Francuzi muszą jeść to mięso, zamiast cieszyć się smakiem wielkiej, imperialnej biedy.

/Streszczenie i tłumaczenie materiału wideo z YT, kanał Oszukany Rosjanin - red./

x.com/AryoSomeGumul


Zamknięty system finansowy Chin jest jednym z kluczowych filarów ich pozycji gospodarczej. To właśnie z tym walczy Trump.

Żeby to zrozumieć, trzeba sięgnąć do koncepcji Niemożliwej Trójcy, która pokazuje, że Chiny grają według zupełnie innych zasad niż kraje zachodnie.

Według koncepcji (...), dla państwa możliwe są tylko 2 z 3 opcji:  

1. Stały (zarządzany) kurs waluty.  

2. Niezależna polityka monetarna (możliwość ustalania własnych stóp procentowych).  

3. Swobodny przepływ kapitału (możliwość inwestowania pieniędzy za granicę i z zagranicy bez ograniczeń).  

Chiny świadomie rezygnują z 3-jki. Dlaczego? 

Chiny nie potrzebują zagranicznego kapitału. Ich system pozwala generować dowolną ilość kredytu i finansować co im się akurat podoba (oczywiście tworzy to ryzyko politycznych patologii). Dzięki temu np. eksport chińskich samochodów może mocno rosnąć bez równoległego drastycznego osłabienia juana.

W normalnych warunkach, gdyby Chiny miały niskie stopy procentowe, a np, USA wysokie (tak jak teraz), kapitał uciekałby z Chin, osłabiając je. W modelu chińskim ten mechanizm jest po prostu zablokowany.

Nie jest to model do wdrożenia w żadnym innym kraju. Do tego ma on szereg wad - więzi kapitał obywateli, tworzy niepotrzebne nadwyżki mocy produkcyjnych. To z kolei prowadzi do globalnych wojen cenowych, a w konsekwencji – do wojen celnych, bo świat nie jest w stanie wchłonąć tych nadwyżek bez niszczenia własnego przemysłu.

Właśnie m.in dlatego Trump sięga po cła - nie da się wygrać rynkowo z graczem, który gra na kodach i operuje poza klasyczną logiką zysku i straty.

Co ważne - w tym systemie nigdy juan nie zagrozi dolarowi - przypomnijcie sobie sytuację, kiedy Rosja chciała wykorzystać juana do interwencji.

x.com/luke_skiba


Trump skrytykował środową decyzję banku centralnego o wstrzymaniu obniżania stóp procentowych w długim wpisie na swoim portalu społecznościowym Truth Social. Mimo że decyzja była szeroko spodziewana i podjęta przez 10 z 12 członków komitetu Fed, prezydent skupił swoją krytykę na prezesie Rezerwy Federalnej Jerome Powellu, który, jego zdaniem, odmówił obniżki stóp, nie mając ku temu żadnego powodu.

"Szkodzi naszemu krajowi i jego bezpieczeństwu narodowemu. Powinniśmy mieć znacznie niższe stopy procentowe teraz, gdy nawet ten kretyn przyznaje, że inflacja nie jest już problemem ani zagrożeniem. Kosztuje Amerykę setki miliardów dolarów rocznie w całkowicie niepotrzebnych i nieuzasadnionych KOSZTACH ODSETEK" - napisał Trump.

Wbrew jego słowom Powell nie ocenił w środę, że inflacja nie jest problemem, lecz że pozostaje na podwyższonym poziomie - choć wyraził przekonanie, że jej współczynnik może zmniejszyć się w okolicach połowy roku.

Trump dodał, że USA powinny mieć niskie stopy ze względu na cła i swoją siłę, twierdząc przy tym, że inne państwa są "bankomatami wypłacającymi niskie stopy (...) tylko dlatego, że USA im na to pozwalają". Zdaniem prezydenta USA wysokie cła, które nałożył na towary z reszty świata, mogłyby być wyższe.

"Innymi słowy, byłem bardzo miły, uprzejmy i delikatny dla krajów na całym świecie. Jednym ruchem pióra do USA napłynęłoby o MILIARDY dolarów więcej, a te kraje musiałyby wrócić do zarabiania pieniędzy w tradycyjny sposób, a nie na plecach Ameryki. Mam nadzieję, że wszyscy docenią, choć wielu nie, to, co nasz wspaniały kraj dla nich zrobił" - napisał prezydent. Ocenił jednak, że cła uczyniły Amerykę "dużo silniejszą i potężniejszą niż wszelkie inne kraje" i z powodu tej siły powinny mieć najniższe stopy procentowe na świecie.

Główna instytucja decyzyjna Fed, Federalny Komitet ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC), zdecydowała w środę o pozostawieniu referencyjnej stopy procentowej na dotychczasowym poziomie, 3,5-3,75 proc., przerywając serię trzech kolejnych obniżek. Powell tłumaczył to postanowienie chęcią zachowania ostrożności w obliczu korzystnej sytuacji gospodarczej, nadal wysokim stopniem niepewności co do dalszych perspektyw, a także poziomem inflacji, wciąż pozostającym powyżej 2-procentowego celu Fed. Odnosząc się do ceł, Powell po raz kolejny ocenił, że większość członków FOMC uważa, że wiążą się one z jednorazową podwyżką cen, a nie długotrwałą inflacją.

PAP

czwartek, 29 stycznia 2026



Premier Kanady Mark Carney oświadczył, że oczekuje ze strony USA poszanowania dla suwerenności Kanady. Odniósł się w ten sposób do doniesień czwartkowych mediów, że separatyści z Alberty kontaktują się z administracją amerykańską w sprawie oderwania tej prowincji od Kanady.

"Oczekuję, że amerykańska administracja będzie szanować suwerenność Kanady" - powiedział Carney, dodając we francuskiej części swojej odpowiedzi: "Cały czas, bez wyjątków". Podczas konferencji prasowej z premierami kanadyjskich prowincji i terytoriów Carney został zapytany, czy działania amerykańskiej administracji uważa za próby wpływania na kanadyjską politykę.

Carney dodał, że poruszył tę kwestię w rozmowie z prezydentem USA Donaldem Trumpem, zaś zapytany, czy Trump kiedykolwiek sam podjął temat separacji Alberty odpowiedział: "Nie".

Wcześniej w czwartek premier Kolumbii Brytyjskiej, sąsiadującej z Albertą, David Eby nazwał separatystów "zdrajcami". Podczas konferencji prasowej podkreślił, że rozumie chęć przeprowadzenia referendum, "ale jechać do obcego kraju i prosić o pomoc w zniszczeniu Kanady? Jest na to starodawne słowo - a tym słowem jest zdrada".

Zaś premier Alberty Danielle Smith, której konserwatywna partia UCP popiera działania "suwerennościowe" Alberty, dodała, że "zawsze" jasno się opowiadała za "silną i suwerenną Albertą w ramach silnej Kanady". Winą za separatystyczne nastroje obarczyła poprzedniego premiera Kanady Justina Trudeau i podkreśliła, że mieszkańcy Alberty muszą zobaczyć nadzieję i to, "że Kanada działa".

Premier Kanady i premierzy prowincji zareagowali w ten sposób na czwartkowy artykuł w "Financial Times" ("FT"), w którym napisano, że przedstawiciele administracji Trumpa odbyli kilka tajnych spotkań z liderami Alberta Prosperity Project (APP), grupy opowiadającej się za secesją prowincji od Kanady. Do spotkań tych doszło trzykrotnie od kwietnia 2025 roku, a kolejne spotkanie planowane jest na luty. Liderzy APP zamierzają wystąpić o pożyczkę w wysokości 500 mln dolarów na sfinansowanie potrzeb prowincji w przypadku referendum w sprawie niepodległości.

W ub.r. o takich spotkaniach i pożyczce donosił m.in. portal faktchekingowy DeSmog i kanadyjski magazyn TheTyee.

W zeszły piątek separatystów w Albercie poparł amerykański sekretarz skarbu (minister finansów) Scott Bessent, wypowiadając się dla skrajnie prawicowego kanału Real America’s Voice (Głos Prawdziwej Ameryki).

Cytowany w "FT" rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu oświadczył, że jego resort "regularnie spotyka się z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego", ale nie zostały podjęte żadne zobowiązania. Źródło znające stanowisko Bessenta poinformowało dziennikarzy, że ani on, ani inni pracownicy ministerstwa finansów nie wiedzieli o propozycji pożyczki i nie zamierzają jej omawiać.

APP zbiera obecnie podpisy pod petycją o referendum w sprawie odłączenia Alberty od Kanady. Jednak wcześniej, w październiku ub.r., ponad 456 tys. osób podpisało się pod petycją o referendum w sprawie zgody na pozostanie Alberty jako prowincji w Kanadzie. Termin referendum nie został jeszcze podany.

Natomiast na początku stycznia grupa narodów indiańskich (First Nations) z Alberty zaskarżyła do sądu rząd Alberty za umożliwianie działalności separatystycznej APP. Indianie przypomnieli, że rząd Alberty jest związany traktatami, które narody indiańskie podpisywały z Koroną brytyjską jeszcze przed powstaniem prowincji i bez zgody Indian nie ma możliwości odłączenia Alberty od Kanady.

PAP


Tim Cook najwyraźniej poczuł się zmuszony do wydania oświadczenia. W wewnętrznym komunikacie skierowanym do pracowników koncernu Apple — który nieprzypadkowo szybko trafił do wielu amerykańskich mediów — wykazał się zaskakującą emocjonalnością. Napisał, że jest "głęboko wstrząśnięty wydarzeniami w Minneapolis" i osobiście poinformował prezydenta Donalda Trumpa o swoim zaniepokojeniu. Dodał, że priorytetem jest teraz złagodzenie napięć.

"Wierzę, że Ameryka jest najsilniejsza, gdy realizujemy nasze najwyższe ideały, gdy traktujemy każdego z godnością i szacunkiem, bez względu na to, kim jest i skąd pochodzi, oraz gdy akceptujemy nasze człowieczeństwo. W tym tygodniu odbyłem owocną rozmowę z prezydentem, podczas której przedstawiłem mu swoje poglądy i doceniam jego otwartość na kwestie, które są ważne dla nas wszystkich" — napisał prezes Apple w komunikacie.

Fakt, że czuł się zmuszony do zabrania głosu, może mieć również związek z tym, że spotkał się z krytyką opinii publicznej i własnych pracowników. Zaledwie kilka godzin po tym, jak w sobotę pielęgniarz Alex Pretti został zabity w Minneapolis przez funkcjonariuszy ICE, Cook uczestniczył w wieczornym wydarzeniu w Białym Domu. Atmosfera wydawała się być wesoła — po zakończeniu Cook obejrzał "Melania": nowy film o pierwszej damie Melanii Trump.

(...)

Giganci technologiczni, tacy jak Meta czy Microsoft, stali się nieodzownym elementem drugiego co do wielkości kompleksu wojskowego na świecie. Kristi Noem, sekretarz bezpieczeństwa krajowego Stanów Zjednoczonych, nie ukrywa, że jej departament przeznacza ogromne kwoty na wzmocnienie ochrony granic.

Republikanka twierdzi, że dzięki "Wielkiej, pięknej ustawie" ("The One Big Beautiful Bill Act") jej departament otrzymał "niesamowicie duże środki". Według "Washington Post" pierwsza transza sięga do 6 mld dol. (21 mld zł). Wkrótce kwota ta może znacznie wzrosnąć. Biznes związany z wojskiem i ochroną granic jest zabezpieczony na lata.

Również funkcjonariusze ICE coraz częściej korzystają z produktów koncernów technologicznych, zwłaszcza Palantir [amerykańskiej firmy tworzącej produkty do analizy dużych zbiorów danych]. Nic więc dziwnego, że dotychczas w zarządach w Kalifornii i Teksasie starano się unikać otwartego krytykowania prezydenta. Dlatego też obecne wyrazy zaniepokojenia ze strony Doliny Krzemowej są bardzo ostrożne.

Sam Altman, prezes OpenAI, powiedział jasno i wyraźnie. — ICE posuwa się za daleko. Istnieje ogromna różnica między deportacją brutalnych przestępców a tym, co dzieje się obecnie, i musimy jasno to rozróżnić — stwierdził.

Następnie jednak w komunikacie wysłanym do pracowników przemycił pochlebstwo pod adresem prezydenta. "Kocham Stany Zjednoczone i ich wartości demokracji i wolności i będę wspierał ten kraj z całych sił. Prezydent Trump jest bardzo silnym przywódcą i mam nadzieję, że sprosta temu wyzwaniu i zjednoczy kraj. Reakcje z ostatnich godzin dodają mi otuchy i mam nadzieję, że dzięki przejrzystym dochodzeniom uda się przywrócić zaufanie" — napisał.

Krytyka ze strony Doliny Krzemowej jest następstwem listu protestacyjnego z początku tygodnia. Podpisało go 60 szefów przedsiębiorstw, w tym znanych firm, takich jak 3M, United Health czy sieć handlowa Target. Zamaskowani funkcjonariusze ICE wielokrotnie wpadali do ich sklepów i zatrzymywali w nich osoby, które podejrzewali o nielegalny pobyt w kraju.

"W tym trudnym dla naszej społeczności czasie wzywamy do pokoju i ukierunkowanej współpracy między lokalnymi, stanowymi i federalnymi przywódcami" — napisali w poniedziałkowym liście.

Teraz, gdy dyrektorzy firm technologicznych, tacy jak Cook i Altman, wyrazili swoje stanowisko, krytyka ze strony świata biznesu powinna ucichnąć, przynajmniej na razie. Niezadowolenie panuje tam już od dłuższego czasu, ale prawie nikt nie odważył się wejść w konflikt z administracją Trumpa.

(...)

Niepokojące obrazy z Minneapolis nie wywołują jednak sprzeciwu wszystkich firm technologicznych. Palantir na przykład najwyraźniej poczuł się zmuszony uzasadnić swoje działania przed pracownikami, ale powstrzymał się od publicznych oświadczeń na temat ostatnich wydarzeń.

Dzięki oprogramowaniu Palantir ICE może generować widoki map, zaznaczać punkty newralgiczne lub całe dzielnice, w których przebywa wiele potencjalnych migrantów, a tym samym planować naloty. Dzięki monitorowaniu w czasie rzeczywistym funkcjonariusze ICE mogą również śledzić ruchy wybranych osób — na przykład poprzez informacje o ich podróżach i lotach, metadane z telefonów komórkowych lub inne ślady cyfrowe.

Jak donosi platforma śledcza Wired, wśród pracowników Palantir rośnie niezadowolenie z wykorzystywania oprogramowania przez funkcjonariuszy ICE. Niedawno zadali kierownictwu krytyczne pytania dotyczące przykładowo celowości dalszej współpracy z ICE. "Moim zdaniem ICE to ci źli. Nie jestem dumny z tego, że firma, dla której tak chętnie pracuję, bierze w tym udział" — napisał jeden z pracowników na Slacku. Nie są jednak znane żadne wypowiedzi zarządu w tej sprawie.

Drugi przypadek śmiertelnego postrzelenia przez funkcjonariuszy ICE w Minneapolis w ciągu kilku tygodni wywołał również nową debatę na temat prawa do posiadania broni — co może stać się poważnym problemem dla Trumpa. — Nie wolno posiadać broni, nie wolno wchodzić z bronią, to nie jest możliwe — powiedział prezydent USA przed dziennikarzami, zaprzeczając w ten sposób drugiej poprawce do konstytucji, która zasadniczo zezwala Amerykanom na noszenie broni.

Wypowiedzi te spotkały się ze szczególnym sprzeciwem jednego z najpotężniejszych lobby w USA: National Rifle Association (NRA, Krajowego Stowarzyszenia Strzeleckiego), od dziesięcioleci jednego z największych i najbardziej wpływowych darczyńców Partii Republikańskiej. Niezadowolenie budzi również to, że prezydent stosuje podwójne standardy: podczas publicznych wydarzeń MAGA organizowanych przez jego zwolenników w wielu miastach USA często pojawiają się ciężko uzbrojeni demonstranci.

Teraz jednak NRA i inne amerykańskie lobby broni palnej domagają się "pełnego śledztwa" w sprawie zabójstwa Alexa Prettiego. NRA wydało oświadczenie — wypowiedź prokuratora federalnego Billa Essayli, który stwierdził, że osoby noszące broń narażają się na to, że zostaną legalnie zastrzelone przez funkcjonariuszy, nazwało "niebezpieczną i błędną". Essayli napisał wcześniej w serwisie X: "jeśli zbliżasz się do policji z bronią, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie ona miała prawo do oddania strzału. Nie rób tego!".

NRA natomiast nie zgadza się z twierdzeniem administracji Trumpa, że to Pretti sprowokował strzały. "Odpowiedzialne głosy publiczne powinny poczekać na zakończenie pełnego śledztwa i nie generalizować ani nie potępiać przestrzegających prawa obywateli. Czekając na te fakty i uzyskanie jaśniejszego obrazu sytuacji, wzywamy decydentów politycznych do uspokojenia sytuacji, aby zapewnić bezpieczeństwo swoim wyborcom i funkcjonariuszom organów ścigania" — czytamy w oświadczeniu.

onet.pl

środa, 28 stycznia 2026



Na początku XIX wieku na dworze cesarskim zaczęło maleć zainteresowanie Tybetem. Wraz ze słabnięciem mandżurskich Chin osłabła kontrola, stając się w połowie wieku XIX czysto nominalną: jeden z ambanów skarżył się, że jest w Lhasie gościem, nie gospodarzem. Tybet odzyskał część terenów wcielonych do pozostałych prowincji, a nawet stoczył wojny z Ladakhiem (1842) i Nepalem (1856) bez udziału Qingów. Mandżursko-chińska armia niewiele by zresztą pomogła, bo garnizon wojskowy w Lhasie stopniał do setki żołnierzy, w większości cierpiących na syfilis, zwany od tej pory w Tybecie „chińską chorobą”. Wykorzystując osłabienie imperialnego centrum, Tybetańczycy odmówili korzystania ze złotej urny, a następnie zgodzili się na rozwiązanie kompromisowe. Lamaistyczni duchowni wybierali swojego kandydata zgodnie z buddyjskimi procedurami, a potem to właśnie tabliczkę z jego imieniem cudownym trafem wyciągał z urny amban. Raz nawet, by zagwarantować wybór zgodny z wolą Buddy i cesarza, w urnie umieszczono trzy tabliczki z imieniem tylko jednego, właściwego kandydata. Potem w ogóle dano sobie spokój z urną.

Tybet rządził się sam, w izolacji, pasującej zresztą miejscowym. W 1815 roku zakazano wjazdu cudzoziemcom (czytaj: Europejczykom), których nie lubiano, bo „zagrażali buddyzmowi”. Z tego powodu nie wpuszczono do Tybetu Mikołaja Przewalskiego, który do końca życia daremnie marzył o zobaczeniu Lhasy. Raz miał nawet pozwolenie chińskich władz, ale Tybetańczycy je zignorowali. Podobnie zrobili z brytyjskimi ofertami rozwinięcia handlu i z brytyjsko-chińską delimitacją granicy w Himalajach, uczynioną ponad ich głowami. Na tle Brytyjczyków Rosjanie wydali się Tybetańczykom jednak znośniejsi, więc Dalajlama XIII zrobił ruch w ich stronę, wysyłając swoich przedstawicieli do cara. Petersburgowi to odpowiadało, Rosjanie byli zainteresowani Dachem Świata z przyczyn strategicznych (Wielka Gra z Anglią), imperialistycznych (kolejny potencjalny obszar do podboju, Rosja to lubi) oraz mistycznych – nad Wołgą wielu wierzyło, że car Aleksander I, ten od Boże, coś Polskę, wcale nie zmarł, tylko zrzekł się tronu i udał się do Tybetu. Ot, taka rosyjska wersja ezoterycznych mitów o Jezusie w Kaszmirze.

W efekcie doszło do krótkotrwałego zbliżenia tybetańsko-rosyjskiego. Car gościł wysłanników dalajlamy, Tybetańczycy zaczęli wpuszczać rosyjskich szpie…, znaczy: podróżników, krążyły plotki o dostawach rosyjskiej broni. Wszystko to bardzo denerwowało Brytyjczyków, co w połączeniu z odrzucaniem przez Tybetańczyków propozycji rozmów i konsekwentną izolacją przywiodło wicekróla Indii, lorda Curzona (tego od późniejszej wschodniej linii granicznej Polski), do decyzji o zbrojnej interwencji w Tybecie.

Poprowadził ją w latach 1903–1904 pułkownik Francis Younghusband, wówczas kiplingowski imperialista, uczestnik Wielkiej Gry i rywal polskiego generała carskiej armii Bronisława Grąbczewskiego w Pamirze. Younghusband po kolonialnemu szybko rozwiązał spory: karabiny maszynowe Maxim okazały się skuteczniejsze od tybetańskich świętych amuletów chroniących przed kulami. Zginęło od sześciuset do trzech tysięcy Tybetańczyków przy stratach Brytyjczyków wynoszących około czterdziestu poległych. Lhasa padła, Dalajlama uciekł do Mongolii, Younghusband wymusił otwarcie handlu i wkrótce po tym wrócił do Indii. Historia ta skończyłaby się jak wiele podobnych w czasach  kolonialnych, jednoliniową wzmianką w zakurzonych podręcznikach lub zatartą inskrypcją na którymś z pomników brytyjskich w Kalkucie, gdyby nie jedno.

W Tybecie Younghusband miał wizję. Już po zmasakrowaniu Tybetańczyków i zajęciu Lhasy brytyjski komisarz doświadczył objawienia w tybetańskich Himalajach. Odczuł „miłość do całego świata”, zrozumiał, że „ludzie są w swoich sercach bogami”, a nawet pożałował podboju Tybetu. Był to początek jego ewolucji z kolonialnego oficera w pradziadka hippisów. Zaczął wierzyć w kosmiczne promienie; telepatię; Matkę Ziemię oraz obcych na planecie Altair; szukał nowego Chrystusa i wszystko to opisał w licznych książkach. Dołączył do rosnącej od drugiej połowy XIX wieku grupy zachodnich poszukiwaczy sensu życia z pomocą mądrości Wschodu, obejmującej między innymi amerykańskiego oficera Henry’ego Steela Olcotta i rosyjską szlachciankę Jelenę Bławatską, założycieli Towarzystwa Teozoficznego, tłumaczkę buddyjskiego kanonu z Pali Carolyn Rhys-Davies, malarza symbolistę Nikołaja Roericha i wielu innych.

Takie były prapoczątki ruchu New Age.

/Brak profesjonalnej wiedzy pana Lubiny w kwestii buddyzmu lamaistycznego, tantrycznego wydaje się przeszkodą w zrozumieniu kultury i tradycji, też politycznych, Tybetu  - red./

Michał Lubina - Chiński obwarzanek