PAP /Mira Suchodolska - red./: „Enter i znikasz” to książka o smartfonach, uzależnieniach czy o tym, że cywilizacja właśnie się wykoleiła?
Daniel Dziewit /terapeuta uzależnień - red./: To jest książka głęboko humanistyczna. O człowieku, którego algorytmy zaczęły tresować dokładnie tak, jak kiedyś tresowano zwierzęta w cyrkach. Dzisiaj oburzamy się, gdy ktoś wykorzystuje słonia albo tygrysa dla rozrywki, natomiast zupełnie normalne wydaje nam się masowe uzależnianie ludzi – i to od najmłodszych lat – przez platformy technologiczne.
Ta książka jest próbą przypomnienia, że człowiek ma prawo do wysiłku, skupienia, cierpliwości, do przeżywania porażek i sukcesów w realnym świecie. Tymczasem algorytmy robią wszystko, żebyśmy byli impulsywni, rozleniwieni i niezdolni do dłuższej koncentracji. One zarabiają wtedy najwięcej.
PAP: Mówi pan wręcz o utracie dzieci przez rodziców.
D.D.: Bo wielu rodziców naprawdę traci swoje dzieci. Nie fizycznie, ale psychicznie i emocjonalnie. Dziecko siedzi obok ojca czy matki na kanapie, ale mentalnie już dawno mieszka w TikToku, Discordzie albo w świecie gier komputerowych.
I to nie jest wyłącznie kwestia samego ekranu. Wraz z tym znikają relacje, autorytety, szacunek do szkoły, pracy, sportu, a nawet do sukcesu.
(...)
PAP: Padają u pana bardzo mocne słowa o rodzicach.
D.D.: Bo wielu rodziców po prostu boi się wychowywać. Boi się zakazów, konsekwencji i stawiania granic. Tymczasem dziecko nie potrzebuje w domu kolegi ani kumpla od scrollowania TikToka. Ono potrzebuje rodzica.
Jeżeli rodzic mówi: „Nie pozwolę, żeby ktoś rył psychikę mojego dziecka”, to nie jest żadna przemoc. To jest odpowiedzialność. Ja często powtarzam, że zakaz powinien być skierowany nie przeciwko dziecku, ale przeciwko platformie, która zarabia na uzależnianiu młodych ludzi.
PAP: Pisze pan, że dzieci szantażują rodziców nawet groźbami samobójstwa.
D.D.: I niestety dzieje się to coraz częściej. Rodzic słyszy: „jak zabierzesz mi telefon, to się zabiję”. Włos staje mu wtedy dęba na głowie, bo nie wie, czy to manipulacja, czy realne zagrożenie. Nie wie, czy ma dzwonić po psychiatrę, karetkę czy policję.
Najczęściej kończy się to kapitulacją. Rodzic odpuszcza i oddaje stery uzależnionemu dziecku. To ono zaczyna decydować, ile czasu spędza w sieci, kiedy śpi i jak funkcjonuje cały dom.
Kiedy rodzice próbują jednak postawić granice, dochodzi do awantur, wyzwisk, agresji, a czasem nawet interwencji policji. Nazywam to „smartfonowymi libacjami”. Rodzice wyłączają internet, a dziecko wpada w furię jak człowiek na głodzie narkotykowym. Zdarza się, że dzieci fizycznie atakują swoje mamy i ojców, bywa, że za pomocą niebezpiecznych narzędzi.
PAP: Stwierdził pan, że technologie są „prostackie”.
D.D.: Bo w dużej mierze są. Scrollowanie polega na tym, że człowiek leży i bez końca przesuwa palcem po ekranie. To nie wymaga wysiłku, refleksji ani cierpliwości. To jest czynność skrajnie prymitywna, choć opakowana w nowoczesny design i marketing.
Problem polega na tym, że im prostsza jest technologia, tym bardziej uzależnia. Człowiek przestaje ćwiczyć pamięć, skupienie i wytrwałość. Wszystko ma być szybkie, natychmiastowe i bezwysiłkowe.
Potem słyszymy od nastolatki, że „książki śmierdzą starymi ludźmi” – tak powiedziała nastoletnia uczestniczka jednego z badań czytelnictwa i czasu spędzanego w sieci. I to nie jest już śmieszne. To jest symbol ogromnego kryzysu kulturowego. Książka wymaga skupienia, ciszy, wyobraźni i cierpliwości, czyli dokładnie tego, czego współczesny świat cyfrowy próbuje człowieka oduczyć.
(...)
PAP: Opowiada pan też historię 20-latka uzależnionego od VR.
D.D.: Policzyliśmy wspólnie, ile czasu spędził w świecie gier i VR-u. Wyszło około 20 tysięcy godzin. To ponad dwa lata życia bez przerwy przed ekranem. Natomiast około pięciu tysięcy godzin spędził w okularach VR.
Tam były wirtualne kobiety, wirtualny seks, różne sensoryczne gadżety, które miały imitować prawdziwe doświadczenia. Efekt był taki, że chłopak praktycznie przestał funkcjonować w realnym świecie. Nie był zdolny do pracy, nauki ani normalnych relacji.
Wokół niego wszyscy pracowali: terapeuci, psychiatrzy, rodzina. Mama i babcia martwiły się o niego, przynosiły jedzenie, próbowały ratować sytuację. A on żył właściwie wyłącznie w cyfrowym świecie.
Powiedziałem mu wtedy: „gdybyś przez sześć godzin dziennie ćwiczył grę na gitarze, język albo sport, byłbyś dziś mistrzem w jakiejś dziedzinie. Tymczasem jesteś na terapii odwykowej od VR-u”. I to jest właśnie dramat współczesności.
(...)
PAP: Naprawdę uważa pan, że ludzkość się cofa?
D.D.: Tak i nie jestem w tej opinii odosobniony. Shoshana Zuboff pisze wręcz, że pod względem zdolności koncentracji, samodzielnego myślenia i jakości debaty publicznej zaczynamy cofać się do czasów sprzed rewolucji Gutenberga. Druk wymusił na człowieku skupienie, cierpliwość i umiejętność analizy tekstu. Tymczasem dziś wracamy do kultury krótkiego impulsu, obrazka i natychmiastowej reakcji.
Jednocześnie technologia coraz głębiej wchodzi w nasze życie. Mamy inteligentne materace analizujące dźwięki w sypialni, ubrania monitorujące zachowanie człowieka, urządzenia śledzące emocje, reakcje i codzienne nawyki. Granice prywatności zostały dawno przekroczone, a człowiek zaczyna funkcjonować bardziej jako źródło danych niż świadomy uczestnik życia społecznego.
Granice prywatności zostały dawno przekroczone, tylko większość ludzi przestała to zauważać. Technologia zaczyna wchodzić już nie tylko do naszych kieszeni, ale do łóżek, rodzin i głów.
Dlatego mówię o człowieku jako o „mieniu cyfrowym”. W świecie platform technologicznych użytkownik nie jest już klientem ani odbiorcą, tylko surowcem. Jego uwaga, emocje, lęki, impulsy i czas są przeliczane na pieniądze. Algorytmy nie są projektowane po to, żeby człowieka rozwijać, uspokajać czy uszczęśliwiać, ale po to, żeby zatrzymać go przed ekranem jak najdłużej. Im bardziej człowiek jest uzależniony, rozemocjonowany i przyklejony do telefonu, tym większy zysk osiąga platforma. W tym sensie współczesny użytkownik staje się dla gigantów technologicznych czymś w rodzaju cyfrowego mięsa armatniego – zasobem do eksploatacji.
PAP