środa, 13 maja 2026



W 2007 r. Patruszew, jego synowie i żona otrzymali tytuł dziedzicznych szlachciców od "głowy rosyjskiego domu cesarskiego, Jej Wysokości Wielkiej Księżnej Marii Władimirownej Romanowej" (tak sama pisze swój tytuł), która jest jedną z pośrednich spadkobierczyń Mikołaja II. Po pierestrojce rozpoczęła w Rosji burzliwą działalność: wspiera Putina i zaspokaja pragnienie czekistów do uzyskania tytułów dworskich.

Z kolei współpracownicy nazywali Patruszewa "żelaznym tyłkiem" — za gotowość do siedzenia w miejscu pracy dzień i noc. Ta umiejętność przyniosła Patruszewowi sukces — pewnego razu jego przełożony, Siergiej Stiepaszyn, zauważył go przebywającego po godzinach w biurze FSB w Petersburgu; zdumiony wytrwałością oficera, zabrał później Patruszewa do Moskwy.

Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że obecny "szlachcic", posiadacz wielu tytułów i przydomków, zaczynał w niepozornej chacie zbudowanej z drewnianych bali otrzymanych od państwa w radzieckich czasach. Dzisiejszy właściciel licznych nieruchomości i firm zawdzięcza wszystko Władimirowi Putinowi, którego wsparł w odpowiednim momencie — i zaskarbił sobie jego (niemal) dożywotnią wdzięczność.

W nocy z 8 na 9 października 2007 r. na stronie internetowej gazety "Kommiersant" (a rano także w wersji papierowej) ukazał się artykuł zatytułowany "Nie można dopuścić, aby żołnierze stali się handlarzami" — podpisany przez dyrektora rosyjskiej Federalnej Służby Kontroli Obrotu Narkotykami Wiktora Czerkiesowa.

W przeddzień, w niedzielę 7 października, prezydent Putin obchodził okrągłą rocznicę — skończył 55 lat. Artykuł w "Kommiersancie" był skierowany do jubilata, ale nie miał szczególnie uroczystego charakteru.

Czerkiesow skarżył się Putinowi na ich wspólnego dawnego przyjaciela — Nikołaja Patruszewa, ówczesnego dyrektora FSB — najbliższego prezydentowi funkcjonariusza służb specjalnych. Relacje w tej trójce zawsze były skomplikowane.

W czasach radzieckich Czerkiesow był ważną osobistością w służbach bezpieczeństwa — służył jako śledczy w piątym oddziale KGB, prowadził sprawy dysydentów, a w wolnym czasie napisał pod pseudonimem artykuł publicystyczny. Na początku lat 90. Czerkiesow został szefem oddziału służb specjalnych w Sankt Petersburgu — to bardzo ważne stanowisko w rosyjskiej strukturze władzy.

W 1998 r., gdy Putin został mianowany dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), mianował Czerkiesowa swoim pierwszym zastępcą — był to znak dużego zaufania.

Znajomy Czerkiesowa, rozmówca serwisu Projekt, wspominał, że Putin prawdopodobnie darzył sympatią swojego współpracownika — obaj służyli w "piątce" [piąty, zagraniczny wydział Federalnej Służby Bezpieczeństwa] na początku swojej kariery.

Czerkiesow, jak twierdzi wiele osób, które go spotkały, nie był chciwy. Śledczy serwisu Projekt rzeczywiście nie doszukali się u Czerkiesowa tajnego majątku.

W przypadku Patruszewa historia wygląda zupełnie inaczej. W latach 80. służył w leningradzkim oddziale KGB jako adiutant generała Olega Kaługina — prawdopodobnie pilnował skompromitowanego wywiadowcy na rozkaz dowództwa. Do czasu rozpadu Związku Radzieckiego Patruszew zajmował się w petersburskim "biurze" dochodzeniami w sprawach przestępstw gospodarczych.

Młody Patruszew miał jedną, ważną zasługę. Jako szef działu ekonomicznego miał on zbadać pierwszą sprawę karną przeciwko przyszłemu prezydentowi. To właśnie Patruszew otrzymał zadanie pracy nad "aktami sprawy Mariny Salie" — deputowanej do Rady Miejskiej, która prowadziła parlamentarne śledztwo w sprawie machinacji w miejskim programie "Zasoby w zamian za żywność". Ówczesny wiceburmistrz — Władimir Putin — nadzorował ten program.

Z Petersburga i okolic eksportowano surowce na Zachód, w zamian miały być importowane produkty spożywcze. Wiele firm, które otrzymały licencje na wywóz metali, ropy i innych towarów, zostało założonych przez znajomych Putina.

Odniosły one sukces w eksporcie, ale nie zawsze radziły sobie z importem [według innych źródeł Putin zajmował się wówczas handlem narkotykami przez port w Petersburgu]. Salie zebrała wiele dokumentów, które mogły pogrzebać karierę Władimira Putina, przyszłego prezydenta Rosji. Ale tak się nie stało. Po zapoznaniu się z dokumentami Patruszew nie znalazł w nich śladów żadnej korupcji ani dowodów na wzbogacenie się Putina.

Jednak nawet za taką przysługę Patruszew nie stał się dla Putina najbardziej zaufanym funkcjonariuszem KGB. Kiedy w 1999 r. Putin wybierał nowego dyrektora FSB na swoje miejsce, zaproponował to stanowisko Czerkiesowowi. Ten jednak odmówił, twierdząc, że nie jest jeszcze gotowy na tak wysokie stanowisko.

Putin nie lubi odmowy. Stanowisko przypadło Patruszewowi, który stał się głównym funkcjonariuszem służb specjalnych kraju. W pierwszych latach rządów Putina Patruszew i Czerkiesow toczyli administracyjne batalie, ustalając, który z nich ma "czystsze ręce" i "gorętsze serce" (to określenie "prawdziwego" funkcjonariusza służb specjalnych przypisuje się założycielowi radzieckich służb specjalnych Feliksowi Dzierżyńskiemu).

W 2007 r. konflikt zaostrzył się. Ludzie Patruszewa aresztowali zastępcę Czerkiesowa, który podsłuchiwał oficerów FSB zamieszanych w korupcję. Czerkiesow postanowił napisać nowy artykuł.

W "Kommiersancie" zwrócił się do Putina jako do reprezentanta prawdziwych wartości bezpieczeństwa państwowego. Czerkiesow opisał sytuację, w której trwała "wojna wewnątrz społeczności czekistowskiej". Szefowie FSB mieli zmienić się z "wojowników" w "handlarzy", co doprowadzi kraj do upadku.

Okazało się jednak, że patetyczna klauzula Czerkiesowa nie przypadła do gustu Putinowi. Rozwiązał on agencję antynarkotykową, a sam Czerkiesow od tego czasu zajmował mało znaczące stanowiska, cierpiąc na marginesie.

W 2022 r. Czerkiesow zmarł. (...)

Pierwszym ważnym stanowiskiem Nikołaja Patruszewa było kierowanie Ministerstwem Bezpieczeństwa Republiki Karelii (1992–1994) — był to okres przejściowy, kiedy KGB, zlikwidowane po komunistycznym puczu, zmieniając nazwę, przekształciło się w FSB. W Karelii Patruszew nawiązał wiele znajomości, prawdopodobnie związał się z kobietą z tego regionu, ale co najważniejsze — zaczął handlować swoim patronatem.

Ówczesny karelski biznesmen Lauri Rautio wspominał, że kierownictwo karelskiego oddziału FSB prowadziło interesy z mafią tambowską z Sankt Petersburga, pomagając jej bez problemów wwozić towary przez przejście celne w Wiartsili. Za pomoc Patruszew otrzymał od "tambowskich" nagrodę w postaci sprowadzonego z Finlandii używanego samochodu Toyota Corolla — importowała je do Rosji jedna z firm Rautio.

Nie powinno dziwić, że przyszły szef służb specjalnych i przywódca bogatego klanu urzędniczego miał używany samochód o małej pojemności silnika. W latach 90., kiedy Patruszew robił karierę w FSB, pracownicy tej służby specjalnej, podobnie jak cały kraj, nie byli zbyt zamożni.

Wstrzymywano wypłaty, przez co wykwalifikowani oficerowie odchodzili do sektora prywatnego. Ci, którzy pozostali w służbach, ponosili porażkę za porażką w głośnych operacjach — od ataku na Buddionowsk, zajęty przez terrorystów, po pokazane na żywo absurdalne zabójstwo w Moskwie przez podwładnych dowódcy grupy "Alfa" — wszystko to było wynikiem między innymi chronicznego niedofinansowania "biura" (FSB).

Putin i Patruszew, po dojściu do władzy w kraju i w FSB, rzucili się, aby rozwiązać ten problem w sposób, jaki potrafili — zmusili biznesmenów do niepublicznego zbierania pieniędzy na prosperowanie organów. Kwestia ta została poruszona podczas pierwszego spotkania prezydenta z najbogatszymi biznesmenami w lipcu 2000 r.: Putin nakazał oligarchom utworzenie "funduszu wsparcia służb specjalnych", do którego natychmiast zebrano kilkadziesiąt milionów dolarów.

W późniejszym czasie powstało kilka takich funduszy, a szczególnie ważną rolę odegrali w nich miliarderzy z rodziny Patruszewów, Igor Kesajew i Siergiej Katsiew (więcej o nich — dalej).

W latach 90. wokół Patruszewa uformowało się grono jego najbliższych powierników, współpracowników z "FSB" — wielu z nich wraz z nim przeniosło się do Moskwy z Karelii. — Wszyscy byli skorumpowani — twierdzi jedno ze źródeł serwisu Projekt.

W 2000 r. Patruszew nazwał wszystkich tych ludzi "nieodwracalnymi". Początkowo wydawało się, że dyrektor "FSB" po prostu użył retorycznego zabiegu, aby pokazać, że prestiż służby czekistowskiej w końcu odrodził się po upadku lat 90. Później jednak okazało się, że Patruszew wcale nie przesadzał.

Rodzina zawsze miała ogromne znaczenie dla "szlachcica" Patruszewa. W czasach radzieckich jego rodzice (ojciec marynarz, matka urzędniczka) otrzymali od państwa 20 m sześc. bali i działkę w obwodzie leningradzkim, gdzie cała rodzina zbudowała drewniany dom. "Siedem pokoi dla siedmiu rodzin, trochę ciasno, ale wszystkim wystarcza miejsca" — opowiadał w wywiadzie z 2007 r. Wiktor Patruszew, starszy brat ówczesnego głównego funkcjonariusza służb specjalnych kraju.

Dla Zachodu był sumieniem XX w., a wychwalał "błyskotliwego i dowcipnego" Putina. Teraz to wdowa po słynnym nobliście sączy truciznę w rany Ukrainy
W ten sposób pokoje otrzymali Nikołaj i Wiktor wraz z żonami, ich rodzice, a także rodziny synów Wiktora — Aleksego i Władimira oraz rodziny synów Nikołaja — Andrieja i Dmitrija. W tym wywiadzie brat głównego funkcjonariusza służb specjalnych otwarcie grał na współczuciu. Jak opowiadał, mieszkał w skromnym trzypokojowym mieszkaniu w Petersburgu, gdzie "jedyną wartościową rzeczą była rodzinna ikona podarowana przez młodszego brata". A to mieszkanie trafiło do Patruszewów nie dzięki znajomościom i protekcji, ale za pieniądze uczciwie zarobione przez Wiktora przy "rozładowywaniu wagonów".

Wiktor Patruszew, choć nie był funkcjonariuszem służb specjalnych, nie pojawiał się zbyt często publicznie. Dlaczego udzielił pierwszego i jedynego w swoim życiu wywiadu? Chodzi o to, że niedługo przed tym wydarzeniem rodzina Patruszewów znalazła się w niezręcznej sytuacji. Dziennikarze dowiedzieli się, że Patruszewowie zorganizowali sobie na koszt państwa wycieczkę turystyczną na biegun południowy. Najpierw dotarli służbowym samolotem FSB do Chile, a stamtąd, państwowym helikopterem, polecieli do rosyjskiej bazy w Antarktyce.

Wśród pasażerów tych lotów było aż trzech członków rodziny Patruszewów (szef FSB Nikołaj, jego syn Andriej, w tym czasie absolwent akademii FSB i pracownik Rosnieftu [rosyjski państwowy koncern działający w branży petrochemicznej], oraz brat Wiktor), a także bliski przyjaciel dyrektora FSB, również czekista Władimir Proniczew, w tym czasie szef służby granicznej. Władze nie potrafiły wyjaśnić, co ta grupa robiła w Antarktyce, gdzie nie ma posterunków granicznych, a do tego w okresie świąt noworocznych, więc Wiktor musiał tłumaczyć się za wszystkich: jego wywiad ukazał się w gazecie "Izwiestia" i miał pokazać, że rodzina Patruszewów nie interesuje się dobrami materialnymi.

A jak było naprawdę? W rzeczywistości Patruszewowie przez lata świadczyli różnym firmom (często wątpliwej proweniencji) usługi "ochrony". Terminem tym rosyjscy biznesmeni zazwyczaj określają znaną osobę, której obecność w firmie ma zabezpieczyć biznes przed roszczeniami państwa i atakami bandytów.

Wiktor Patruszew, podobnie jak jego młodszy brat, ukończył Leningradzki Instytut Budowy Okrętów i pracował w biurze projektowym, z którego po upadku Związku Radzieckiego odszedł, aby podjąć się pracy jako mechanik samochodowy. Jego kariera błyskawicznie się rozwinęła, gdy tylko jego brat w 1999 r. stanął na czele FSB — Wiktor został zatrudniony jako zastępca dyrektora na region północno-zachodni w firmie telekomunikacyjnej "Megafon".

"Megafon" był wówczas powiązany z otoczeniem Putina — jego tajnym udziałowcem był prawdopodobnie Leonid Reiman z Petersburga, którego Putin mianował ministrem łączności, jeszcze zanim został prezydentem. Był to początek wielkiej, ale niepublicznej kariery Wiktora Patruszewa. Następnie wszedł do rad sportowego stowarzyszenia "Dynamo" (nadzorowanego przez FSB) i klubu siatkarskiego "Dynamo-Obwód Leningradzki" (siatkówka to ulubiony sport jego brata, funkcjonariusza służb specjalnych).

Został również mianowany członkiem rady dyrektorów sanatorium im. Frunzego w Soczi — tam odpoczywają funkcjonariusze służb specjalnych, chociaż obiekt należy do oligarchów tytoniowych Kesajewa i Katsiewa.

W 2012 r. Wiktor został prezesem petersburskiej firmy "Nord", która należy do gangsterów z tej samej tambowskiej grupy, z którą współpracował jego brat Nikołaj. Na spółkę zostały zapisane pokaźne aktywa, formalnie niezwiązane z interesami funkcjonariuszy FSB: hotel i restauracja "Metropol" (gdzie nie tylko jadał kolację Leonid Breżniew z Ronaldem Reaganem, ale także odbywały się najważniejsze spotkania petersburskich złodziei), galeria butików "Grand Palace", fabryka mebli "Ładoga" i przedsiębiorstwo "Lenteplopribor".

Aleksiej — najmłodszy syn Wiktora Patruszewa — kontynuował działalność ojca. Przez kilka lat był doradcą szefa i głównego właściciela moskiewskiego "Master Banku" Borysa Bulochnika (później Aleksiej został również wiceprezesem zarządu banku). Pomimo złej sławy, bank pozostawał nietknięty aż do 2013 r. — być może dzięki Patruszewowi, a może dzięki drugiemu "ochroniarzowi" w kierownictwie — był nim Igor Putin, kuzyn prezydenta.

Kiedy w końcu cofnięto bankowi licencję, jego właściciel mieszkał już za granicą, a organy nie miały żadnych pytań do Patruszewa i Putina. Ten sam Aleksiej "chronił" różne firmy zajmujące się pozyskiwaniem drewna w "duchowej ojczyźnie" swojego wuja, w Karelii.

Drugiemu synowi Wiktora Patruszewa, Władimirowi, przygotowano karierę państwową — pracuje on jako wysoki rangą urzędnik w strukturach "Rostiechu". Jego syn Aleksander w wieku 19 lat zatrudnił się w Rosyjskim Banku Rolnym ("Rossielchozbanku"), którym kierował wówczas jego wujek Dmitrij, syn Nikołaja Patruszewa. Później odszedł z banku, ale nie z powodu oczywistego konfliktu interesów, a po to, aby zostać politykiem. W wieku 22 lat Aleksander został deputowanym, a cztery lata później burmistrzem miejscowości Sosnowo, gdzie Patruszewowie zbudowali rodzinne gniazdo z bali dostarczonych przez państwo.

Synowie Nikołaja Patruszewa od razu wybrali służbę państwową. Młodszy syn Andriej, po służbie w FSB, w 2006 r. rozpoczął pracę w Rosniefcie i od razu został doradcą Igora Sieczina [dyrektora generalnego koncernu]. Później przeniósł się do Gazpromu. Od 2019 r. Andriej, podobnie jak jego krewni, przekwalifikował się na "ochroniarza": otrzymał 10 proc. udziałów w Archangielskim Morskim Porcie Handlowym, udziały w spółkach "Morska Arktyczna Ekspedycja Geologiczno-Rozpoznawcza" i "Transtelsoft", która zarabia na kontraktach z Rosyjskimi Kolejami Państwowymi.

Starszy syn Nikołaja, Dmitrij, jest obecnie główną gwiazdą służby państwowej w tej znanej rodzinie.

Karierę robił w bankach państwowych, w 2010 r. stanął na czele Rosyjskiego Banku Rolnego, a później przeszedł do gabinetu ministrów. Od kilku lat dziennikarze i eksperci nazywają Patruszewa jednym z prawdopodobnych następców Putina na stanowisku prezydenta — przypuszczenie to opiera się między innymi na tym, że kariera państwowa Dmitrija rozwija dynamicznie, obecnie jest on wicepremierem rządu. Państwowe media wychwalają Dmitrija: jest on rzekomo prostym i troskliwym gospodarzem, nieustannie myślącym o Rosji.

Jednak w dużej rodzinie Patruszewów jest jedna niepozorna osoba, która wydaje się stworzona specjalnie po to, aby zburzyć mit o lojalnych i bezinteresownych sługach państwa.

Jest to nieoficjalna żona Dmitrija, Marina Artiemiewa — nie przyjęła ona nazwiska męża i nie zawarła z nim legalnego związku małżeńskiego — prawdopodobnie po to, aby można było zapisać na nią wszelką własność: od domów i mieszkań po warte miliardy firmy.

Dmitrij już ponad 20 lat temu ożenił się z młodą solistką zespołu folkowego "Iwan Kupał" Elizabetą Garszyną, która urodziła mu córkę Sofię. W 2009 r. żonaty Dmitrij znalazł się na imprezie u przyjaciół, gdzie spotkał 35-letnią Marinę.

Przed romansem Marina nie odnosiła sukcesów. Urodziła się w niepełnej rodzinie w podmoskiewskiej Elektrostali, gdzie spędziła całe dzieciństwo i młodość z matką i siostrą Julią Koładiną. Wszystkie trzy kobiety oraz rottweiler mieszkały na 33 m kw. jednopokojowego mieszkania w "chruszczowce".

Od końca lat 90. Marina próbowała swoich sił w Moskwie, zajmując nieznaczące stanowiska w małych firmach. Stopniowo rodzina przeniosła się do stolicy. Siostry bardzo interesowały się branżą modową i rozrywkową, próbowały swoich sił w fotografii, projektowaniu, organizacji imprez.

W 2007 r. Koładyna jako pierwsza pojawiła się w telewizji World Fashion Channel (WFC) — zatrudniono ją tam jako korespondentkę bez wynagrodzenia. Wkrótce sprowadziła tam swoją siostrę — jako zwykłą producentkę. W tamtym czasie WFC można było oglądać w wielu sieciach kablowych — piękne dziewczyny na wybiegach były pokazywane na ekranach ściennych niemal wszędzie — w klubach sportowych, sklepach, restauracjach.

Spotkanie z Patruszewem juniorem zmieniło wszystko w życiu Mariny. Po pierwsze, niemal natychmiast zaszła w ciążę — ich pierworodny syn, Platon, nazwany na cześć pradziadka, urodzi się ok. rok po ich spotkaniu. Urodziła jeszcze czworo dzieci — Jegora w 2014 r., Ignacego w 2019 r. oraz bliźniaczki Marię i Antoninę w 2020 r.

Po drugie, młoda matka otrzymała cenny prezent — rodzina Patruszewów podarowała jej kanał telewizyjny poświęcony modzie, w którym właśnie rozpoczęła pracę jako producentka. W 2009 r. faktycznym właścicielem WFC został oligarcha Igor Kesajew — służy on jako dysponent "portfela" rodziny Patruszewów, z którego finansowane są ich różnorodne potrzeby materialne.

Ówczesny menedżer WFC wspomina charakterystyczny szczegół: Kesajew, przystojny mężczyzna w sile wieku, interesował się środowiskiem młodych modelek, więc miał w tej transakcji również osobisty interes. Jednak w prasie nabywca przedstawił sprawę tak, jakby kupił kanał telewizyjny dla swojej żony, Stelli Kesajewy, która postanowiła spróbować swoich sił w branży modowej. Po pewnym czasie Kesajew rozwiódł się jednak ze Stellą i związał się z młodą ukraińską modelką Olgą Klimienko, która prowadziła w telewizji swojego mężczyzny program o dwuznacznym tytule "Tak, szefie!".

W 2011 r. Kesajew mianował Artiemiewą najpierw producentem generalnym, a pod koniec tego samego roku — dyrektorem generalnym kanału telewizyjnego. 21 listopada 2014 r., dzień po tym, jak Artiemiewa urodziła Patruszewowi drugiego syna, dosłownie w ramach prezentu z okazji porodu, przepisano jej własność stacji telewizyjnej.

W rezultacie Artiemiewa nie odniosła sukcesu w branży modowej. — Chciała uczestniczyć we wszystkich imprezach. Jednak ten świat (moda i show-biznes) jej nie zaakceptował — uważa w rozmowie z serwisem Projekt jedna z kluczowych osób w kanale w tamtym czasie. Telewizja, która początkowo obejmowała Europę i Azję, została zamknięta. Obecnie WFC jest w zasadzie rosyjską stroną internetową poświęconą modzie.

Jednak porażka w branży modowej nie wpłynęła na błyskawiczną karierę przedsiębiorczyni Artiemiewej. W ciągu następnych lat młoda kobieta, niestrudzenie rodząca dzieci, stała się właścicielką kilkunastu firm. Prawdopodobnie we wszystkich przypadkach była ona nominalną bizneswoman oraz odbiorczynią pieniędzy w postaci wynagrodzenia, dywidend i udziału w transakcjach dotyczących aktywów.

Jak to się stało, że kobieta, która urodziła Dmitrijowi Patruszewowi pięcioro dzieci, nigdy nie została jego legalną żoną? Prawdopodobnie chodzi o to, że gdyby Marina znalazła się w oficjalnej deklaracji majątkowej swojego męża, Patruszewowie figurowaliby jako najbogatsza rodzina wśród rosyjskich urzędników.

Serwis Projekt znalazł wszystkie liczne nieruchomości zarejestrowane na Artiemiewą, aby dojść do zaskakującego odkrycia: wcześniejsza mieszkanka "chruszczówki" posiada nieruchomości o wartości ok. 6,5 mld rubli (ok. 300 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Rejestrowanie drogich nieruchomości na siebie jest udziałem wszystkich kobiet w rodzinie Patruszewów. Na Elenę, żonę byłego dyrektora FSB, emerytowaną lekarkę, zarejestrowano nieruchomości o wartości 4 mld rubli (ok. 180 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). To samo dotyczy Tatiany, drugiej synowej Nikołaja Patruszewa, z zawodu menedżerki w sektorze medycznym.

Zgodnie z dokumentami jest ona właścicielką kilku firm z branży medycznej, w tym specjalistycznego czasopisma "Vademecum", ale ten biznes raczej nie wyjaśnia, dlaczego jej nieruchomości są warte prawie 3 mld rubli (ok. 130 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). Oczywiście majątek Tatiany nigdy nie znalazł się w deklaracjach majątkowych Patruszewów.

Jeśli zsumować wartość wszystkich nieruchomości Patruszewów, które udało nam się ustalić, otrzymamy astronomiczną kwotę — ok. 14 mld rubli (ok. 630 mln zł). To prawdopodobnie rekord wśród funkcjonariuszy rosyjskich służb.

Aby kupić apartamenty w pobliżu Kremla — najcenniejsze w rodzinnej kolekcji Patruszewych — Marina Artiemiewa otrzymała nawet kredyt hipoteczny w wysokości ok. 1,5 mln dol. (ok. 5 mln 460 tys. zł). Nic dziwnego, że pomimo bezpośredniego konfliktu interesów dostała te pieniądze w 2021 r. w państwowym Rosyjskim Banku Rolnym, którego przewodniczącym rady nadzorczej był w tym czasie jej potajemny mąż. Nie jest również zaskakujące, że bank zaoferował tej kredytobiorczyni całkowicie niekonkurencyjną stopę procentową — 700 tys. euro (blisko 3 mln zł, licząc po obecnym kursie walutowym) udzielił na 2 proc. w skali roku, a następnie dał jeszcze 50 mln rubli (224 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) w formie kredytu konsumenckiego na 3 proc. w skali roku.

Kredyty konsumenckie, takie jak ten, który otrzymała Artiemiewa w rublach, Rosjanie zazwyczaj zaciągają na opłacenie najpotrzebniejszych rzeczy — sprzętu AGD, pilnych operacji medycznych, a czasem nawet po prostu jedzenia. W przypadku rodziny Patruszewów sytuacja jest oczywiście inna. Co miesiąc robią oni zakupy za niemałe kwoty w najmodniejszym sklepie w Rosji — moskiewskim GUM (Główne Uniwersalne Magazyny). Marina Artiemiewa zamawia tam kosmetyki i ubrania mniej więcej raz na dwa-trzy tygodnie, wydając średnio ok. 370 tys. rubli (ok. 16 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) za każdym razem.

Od 2015 r. Marina Artiemiewa wydała w GUM co najmniej 65 mln rubli (ok. 2 mln 920 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Nawet Elena — siedemdziesięcioletnia żona szlachcica Nikołaja Patruszewa — jest stałą klientką modnych marek. W GUM wydaje ok. pół miliona rubli rocznie (ok. 22,5 tys. zł).

W maju 2024 r. Putin zwolnił Nikołaja Patruszewa z ostatniego ważnego stanowiska — z sekretarza Rady Bezpieczeństwa został zdegradowany do asystenta prezydenta specjalizującego się w budownictwie okrętowym. Była w tym pewna ironia: Patruszew ukończył kiedyś politechnikę morską, ale prawie nie pracował w swoim zawodzie — zaraz po ukończeniu studiów trafił do KGB.

Natomiast jego ojciec, Platon Ignatiewicz — oficer marynarki wojennej, który podczas wojny służył jako komisarz na statkach Floty Bałtyckiej i Północnej, eskortował konwoje z pomocą zagraniczną. We wsi Podomo, skąd pochodzi ród Patruszewów, Nikołaj postawił kościół poświęcony Platonowi Studyjskiemu, świętemu patronowi swojego ojca komisarza (kolejny paradoks w życiu czekistów-szlachciców).

Opuszczając stanowisko w Radzie Bezpieczeństwa, Patruszew najwyraźniej nie mógł rozstać się ze swoim dużym gabinetem. Jego następca, Siergiej Szojgu — członek kolejnego znanego rodu rosyjskiej elity — musiał zadowolić się swoim starym gabinetem, który — pomimo szczególnie tajnego statusu Rady Bezpieczeństwa — nie znajduje się nawet w Kremlu. 

onet.pl\Project

wtorek, 12 maja 2026



Wiele wskazuje na to, że ogromne zapotrzebowanie na karty graficzne związane z rozwojem sztucznej inteligencji w wielu przypadkach zostało wygenerowane sztucznie i w niepotrzebnym nadmiarze. Tak wynika z najnowszego raportu serwisu The Information.

I tak oto w przypadku xAI — firmy, które opowiada m.in. za rozwój chatbota Grok — aktualne wykorzystanie układów graficznych wynosi zaledwie 11 proc. spośród zapasu aż 550 tysięcy układów graficznych od Nvidii. Cała reszta jest obecnie nieużywana i — jak nietrudno sobie to wyobrazić — sytuacja w najbliższych miesiącach raczej nie ulegnie zasadniczej zmianie.

To efekt zauważalnego wzrostu skali posiadanych serwerów, przez co zastosowanie tysięcy procesorów graficznych przekłada się na spadający stopień wykorzystania GPU. To także kwestia nie do końca zoptymalizowanego oprogramowania AI, które nie jest w stanie zagwarantować odpowiedniej wydajności na tak dużą skalę sprzętową.

Co ciekawe, również i inne koncerny nie wykorzystują całości lub nawet znakomitej większości zdolności sprzętowych serwerowni. W przypadku koncernów Meta i Google ten współczynnik jest obecnie na poziomie 43 oraz 46 proc.

komputerswiat.pl


Marszałek Sejmu nawiązał do swoich wypowiedzi dotyczących ekstradycji Ziobry i relacji Polski z USA. — Nikt racjonalny i rozsądny nie będzie uzależniał polityki wobec USA w oparciu o jedną osobę, taką, jaką jest Zbigniew Ziobro. Nie będziemy oczywiście tego łączyli, ale chcę jasno powiedzieć, że wstydem dla nas wszystkich jest to, że od wielu miesięcy ucieka przed odpowiedzialnością były minister sprawiedliwości. To po prostu wstyd — mówił marszałek Sejmu.

Jak dodał, nie wyobraża sobie "żeby do ekstradycji nie doszło, dlatego że USA są naszym przyjacielem".

onet.pl

poniedziałek, 11 maja 2026



— Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że panuje absolutne i totalne wkur***nie — słyszymy od ważnego polityka KO.

Chyba najbardziej charakterystyczne w całej tej historii jest to, że do tej pory nie zabrał głosu premier Donald Tusk. Zrobili to m.in. minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, wicepremier Krzysztof Gawkowski czy szef MSZ Radosław Sikorski.

Ten ostatni jest zresztą przekonany, że przychylność Białego Domu dla Zbigniewa Ziobry załatwił Adam Bielan:

"Gratuluję, @AdamBielan Nie zapomnij o Mejzie, Samerze, Kuczmierowskim i całej reszcie pisowskich aferzystów. Oni też potrzebują się zamelinować" — napisał dziś na "X" szef polskiej dyplomacji.

To, że to właśnie europoseł PiS odegrał kluczową rolę w ułatwieniu byłemu ministrowi sprawiedliwości wjazdu do USA, potwierdzają też nasze źródła po prawej stronie sceny politycznej. Choć nasi rozmówcy nie kryją zaskoczenia takim obrotem spraw:

— Bielan przez lata był skonfliktowany z Ziobrą. Jeżeli mu pomógł, to musiał w tym widzieć swój własny interes. Mógł go też o to poprosić prezes [Kaczyński]. Na to nie mam dowodów — słyszymy od naszego informatora.

Wróćmy jednak do samego premiera, który od wczoraj milczy. — Tusk nie chce zaogniać sytuacji. To bardzo delikatna i poważna sprawa. Zresztą niedawno napsuł Amerykanom krwi wywiadem w "Financial Times", pytając o to, czy ci będą nadal sumiennie wypełniać sojusznicze powinności — słyszymy od naszego rozmówcy z rządu.

Wiadomo, że w sprawie Ziobry w rządzie ma się odbyć dziś narada kilku ministrów. Wpuszczenie Zbigniewa Ziobry do USA wywołało szok, bo jeszcze niedawno ambasador Stanów Zjednoczonych Tom Rose miał zapewniać Radosława Sikorskiego, iż tak się nie stanie.

Zwłaszcza że były minister sprawiedliwości ma unieważniony paszport i posługuje się dokumentem podróży wydanym jeszcze przez rząd Viktora Orbana po tym, gdy Węgrzy udzielili Ziobrze schronienia. Okazuje się jednak, że zdobył amerykańską wizę. Wszystko wskazuje na to, że bez przychylności amerykańskiej administracji nie byłoby to możliwe.

— To oczywiście jest zaskakujące, ale jeśli byśmy się zastanowili nad tym, co działo się w ostatnich tygodniach, zdziwienie nieco ustępuje. Ekipa Trumpa do końca wspierała w kampanii skorumpowany rząd Orbana. W Budapeszcie przed wyborami pojawili się Rubio i Vance. W tym sensie pomoc Ziobrze, na którym ciążą poważne zarzuty, nie jest taka zaskakująca — mówi nam jeden z ministrów.

Zupełnie innym aspektem całej sprawy są zmagania Prokuratury Krajowej, która od miesięcy próbuje ściągnąć Ziobrę do Polski. Wydawało się, że po zmianie rządu na Węgrzech będzie to proste. Jednocześnie im bliżej było przejęcia władzy przez Petera Magyara, tym głośniej mówiło się o scenariuszu ucieczki byłego ministra sprawiedliwości za ocean.

Swoje znaczenie mogło mieć to, że do tej pory polskim sądom nie udało się ostatecznie rozstrzygnąć, czy Ziobro powinien trafić do aresztu i czy powinien wobec niego zostać wydany Europejski Nakaz Aresztowania.

Obydwie sprawy — teoretycznie ze sobą niezwiązane — utknęły na dobrych kilka miesięcy. Zażalenie na areszt dla byłego ministra sprawiedliwości ma zostać rozpatrzone dopiero we wrześniu [siedem miesięcy od wydania pierwotnej decyzji]. Nie wiadomo też, kiedy zostanie rozstrzygnięta sprawa dotycząca ENA. To sprawia, że do dziś formalnie polityk PiS nie jest ścigany międzynarodowo.

A na dodatek okazało się, że sędzia, która ma ją rozpatrzyć, posiada akcje Telewizji Republika, co wynika z jawnego oświadczenia majątkowego. Ten fakt ujrzał światło dzienne już prawie trzy lata temu. Dziś ten wątek powraca. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zasugerował, że prokuratura może złożyć wniosek o wyłączenie sędzi. Zwłaszcza że Telewizja Republika ogłosiła, iż Zbigniew Ziobro będzie jej komentatorem z USA.

W rządzie słychać dziś wiele głosów, z których wynika, iż wyjazd byłego ministra sprawiedliwości do USA stanie się poważnym obciążeniem dla Waldemara Żurka.

onet.pl


Pisarz Dmitrij Głuchowski, autor popularnego cyklu fantastycznych powieści „Metro”, uznany przez reżim Putina za wroga, został wpisany na listę „agentów zagranicznych”, za „rozpowszechnianie fejków o armii” otrzymał łagodny wyrok 8 lat łagru. Zaocznie, gdyż od dawna przebywa poza granicami Rosji. Z okazji Dnia Zwycięstwa napisał: 

„Wyobraźcie sobie, że jedziecie z Moskwy samochodem z prędkością 100 kilometrów na godzinę. Na poboczu stoją ludzie, trzymają się za ręce, tworzą łańcuch. Pięć godzin jedziecie wzdłuż tego ludzkiego łańcucha, który nie przerywa się w żadnym miejscu. Jedziecie tak ponad pięćset kilometrów. Do granicy z Ukrainą. Ten łańcuch tworzy 350 tysięcy osób.

To ludzie, zabici na wojnie z Ukrainą. I to tylko po rosyjskiej stronie. To tylko ci, których nazwiska są znane i czyj zgon został potwierdzony.

Wyobraźcie sobie, że możecie zatrzymać się w dowolnym miejscu waszej pięciogodzinnej jazdy w stronę ukraińskiej granicy, poznać każdego z tych ludzi.

Oto prawdziwa parada Putina na 9 maja”.

labuszewska.pl


Departament Stanu dla Polskiego Radia w sprawie ucieczki Zbigniewa Ziobry do USA: 

„Stany Zjednoczone i Polskę łączą bliskie więzi polityczne, gospodarcze i społeczne, zakorzenione w wielowiekowej przyjaźni między naszymi narodami i rządami.
 
Ze względu na poufny charakter danych wizowych nie udzielamy żadnych informacji na ten temat.”

Biały Dom nie chciał wcześniej skomentować sprawy odsyłając mnie właśnie do Departamentu Stanu.

x.com/Marekwalkuski


Według doniesień "Daily Telegraph" Korea Północna wprowadziła kontrowersyjne zmiany w swojej konstytucji. Od tej pory wojsko ma obowiązek przeprowadzić atak nuklearny w odwecie w przypadku, gdyby przywódca Kim Dzong Un został zabity przez "zagranicznego wroga".

Zmiana konstytucji nastąpiła po tym, jak pod koniec lutego Stany Zjednoczone i Izrael zabiły w Iranie najwyższego przywódcę Alego Chameneia i wielu jego najbliższych doradców.

Nowelizacja została uchwalona na pierwszej sesji XV Najwyższego Zgromadzenia Ludowego, która rozpoczęła się w Pjongjangu 22 marca.

O zapisach w czwartek poinformowała członków rządu Korei Południowej południowokoreańska służba wywiadowcza.

onet.pl

niedziela, 10 maja 2026



Paweł Jeżowski: - (...) chodzi mi o to, czy Amerykanie w ogóle mogą sobie pozwolić ze względów logistycznych, geostrategicznych, żeby opuścić bazy hiszpańskie i włoskie.

Marek Meissner: Nie, nie mogą. Nie mogą. I tutaj jest bardzo ciekawy tekst brytyjskiego analityka, byłego, MI6. 

Ekipa MAGA w Waszyngtonie zdecydowała, że skoro Europejczycy nie doceniają Trumpa w wystarczającym stopniu, amerykańskie bazy na kontynencie muszą zniknąć. To strategiczne rozumowanie człowieka, który podpala własną kuchnię.

Amerykańskie bazy w Europie nigdy nie były przysługą. Stanowią logistyczny kręgosłup każdej wojny, którą Stany Zjednoczone toczą na wschód od Gibraltaru. Ramstein przewozi ładunki. Z Aviano startują samoloty. Rota obsługuje okręty i statki. Bez nich Pentagon nie może wpływać na Bliski Wschód. Zamiast tego ktoś w Pentagonie wziął PowerPointa. 

Fantazja zakłada, że alternatywą są lotniskowce majestatycznie pływające po Zatoce Perskiej. Tylko, że ta era się kończy. Nowoczesny lotniskowiec to trofeum warte 13 miliardów dolarów, które Irańczycy bardzo chcą zamienić w złom za pomocą kilkuset tanich pocisków wystrzelonych z własnego wybrzeża. Już nawet Chiny to zauważyły. 

Druga fantazja głosi, że Ameryka po prostu walczy z domu. Wyobraź sobie alternatywę: 20.000 lotów transatlantyckich przewożących części zamienne, amunicję, zbiorniki paliwa, samo paliwo, mechaników i pilotów rezerwowych z Norfolk i Dower do miejsc, gdzie akurat kończy się wojna. C17 zużywa 35.000 dolarów na paliwo na godzinę lotu, a lot w obie strony ze wschodniego wybrzeża Ameryki do Zatoki Perskiej zajmuje 11 godzin. Pomnóż to przez każdą śrubkę, każdy pocisk, każdy zapasowy silnik. Wojna stanie się wtedy nieustającym lotniczym korkiem, a rachunek napłynie z każdą sekundą. Pytanie, czy nam C17 i C5 wystarczy na tego typu fantazje. 

Odpowiedź brzmi: absolutnie nie. 

Potrzebujesz więc lądu, a koniecznie lądu w pobliżu miejsc prowadzenia działań wojennych. Nowoczesne samoloty bojowe to nie Spitfire'y, które tankujesz i odlatujesz z marszu. F35 wymaga całego Walmartu części zamiennych, małego miasta techników, klimatyzowanych hangarów i łańcucha dostaw rozciągającego się na pół globu. Drony potrzebują operatorów, sieci, satelitów i stałego zasilania w komponenty, których żaden przewoźnik nie jest w stanie zmagazynować. Współczesna wojna przybywa kontenerowcami i mieszka w magazynie. Zamknięcie baz oznacza utratę magazynów przez Waszyngton. Utrata magazynów oznacza kolejną konfrontację z Iranem, która odbędzie się albo telefonicznie, albo z Kansas z rozkładem lotów, który doprowadzi do bankructwa cały amerykański budżet, zanim wyląduje pierwszy pocisk. 

MAGA uważa, że zamknięcie bazy Ramstein jest karą dla Europy. To jest kara dla Ameryki. Europa będzie miała utrudnienia. Ameryka pozostanie bezbronna. I tak po tysiącu obelg, tysiącu szyderw, tysiącu nocnych postów o pasożytowaniu na sojusznikach, Europa pisze po cichu najgrzeczniejszy i najbardziej złośliwy list w historii dyplomacji. Dziękuje Ameryce za jej służbę, życzy żołnierzom bezpiecznej podróży do domu. Z wielkim ciepłem sugeruje, że Waszyngton mógłby teraz zwrócić uwagę na sąsiadów w Ameryce Łacińskiej, gdzie słabnące supermocarstwo zająć może zająć się tym, czym zajmuje się słabnące supermocarstwo. Hiszpania miała swoje stulecie, Wielka Brytania miała swoje imperium, Sowieci mieli swoje parady. Każdy z nich kończył tak samo - jako cień samego siebie, a historycy mogli się spierać tom za tomem o to, kiedy dokładnie nastąpiła zgnilizna i dlaczego nikt nie zauważył jej na czas. Ameryka jest mile widziana, by dołączyć do nich na półce.

Transkrypcja z materiału wideo pt. "Czy Trump zniszczy imperium USA jak Neron zniszczył Rzym?" z kanału "KREMLINKA SHOW" na YouTube z 10 maja 2026.

youtube.com


Przełomu nie ma. Pomimo kilku udanych ukraińskich kontrataków Rosjanie nadal utrzymują inicjatywę na większości odcinków frontu. Natomiast jest kilka powodów do optymizmu. Ukraińskie działania na Zaporożu z początku roku wyraźnie pokrzyżowały rosyjskie plany, co nadal wpływa na przebieg obecnej "ofensywy".

Do tego dochodzą ukraińskie uderzenia dronowe (średni zasięg) na rosyjską logistykę i OPL . Wiele wskazuje na to, że będzie ich o wiele więcej. Ukraińskie siły lądowe przestały się kurczyć, co może świadczyć o poprawie sytuacji mobilizacyjnej.

Największa poprawa nastąpiła jednak w organizacji pola walki i zaplecza logistycznego Ukrainy, co przekłada się na bardziej stabilną sytuację na froncie.

Nie zmienia to faktu, że rosyjskim celem na wiosnę i lato pozostaje podejście pod aglomerację Kramatorsk–Słowiańsk. Na tym kierunku Rosjanie nadal powoli, ale jednak posuwają się do przodu.

x.com/konrad_muzyka


Przywódca Rosji Władimir Putin powiedział w sobotę, że sądzi, iż konflikt z Ukrainą zbliża się do końca. Na pytanie o to, czy jest gotów podjąć negocjacje z Europą, odparł, że preferowanym przez niego mediatorem w takich rozmowach powinien być były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder.

Putin oznajmił na konferencji prasowej na Kremlu po sobotnich obchodach Dnia Zwycięstwa, że ewentualne spotkanie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim byłoby możliwe tylko po uzgodnieniu trwałego porozumienia pokojowego.

Wyjaśnił, że premier Słowacji Robert Fico, który złożył wizytę w Moskwie z okazji Dnia Zwycięstwa, przekazał mu wiadomość od Zełenskiego o gotowości do spotkania. "Ale słyszymy to nie po raz pierwszy" - dodał.

Jak relacjonuje dpa, rosyjski przywódca oznajmił też, że jest gotowy na bezpośrednie rozmowy z Zełenskim, ale w stolicy Rosji. "Każdy, kto chce się ze mną spotkać, musi przyjechać do Moskwy" - powiedział. Z drugiej strony dodał jednak, że możliwe byłoby spotkanie z Zełenskim "w kraju trzecim", gdyby zawarte zostało "długotrwałe porozumienie pokojowe" - podaje dpa.

Niemiecka agencja zwraca uwagę, że Zełenski wykluczył podróż do Moskwy.

Odpowiadając na pytanie o to, czy pomoc Zachodu dla Ukrainy nie idzie za daleko, Putin powiedział: - Zaczęli intensyfikować konfrontację z Rosją, która wciąż dziś trwa. Sądzę, że ta sprawa zbliża się do końca, ale sytuacja jest nadal poważna.

Dodał, że Moskwa jest wdzięczna Stanom Zjednoczonym za ułatwianie podjęcia rozmów, ale negocjacje pokojowe to "sprawa tylko Rosji i Ukrainy".

"Financial Times" napisał w czwartek, cytując szefa Rady Europejskiej Antonio Costę, że UE przygotowuje się na ewentualne rozmowy pokojowe z Putinem, a prezydent Zełenski zaaprobował ten plan.

Zapytany przez dziennikarzy, czy jest skłonny zaangażować się w rokowania z Europejczykami, Putin powiedział: - Dla mnie osobiście były kanclerz RFN Schroeder jest preferowanym (mediatorem).

Dpa przypomina, że Schroeder i Putin są uważani za przyjaciół. Jak jednak komentuje radio Swoboda, Schroeder jest politykiem, który w Niemczech utracił wiarygodność.

Według "Financial Timesa" przywódcy krajów unijnych rozważają podjęcie negocjacji pokojowych z Putinem, ponieważ państwa Wspólnoty są coraz bardziej sfrustrowane rozmowami, jakie w tej sprawie prowadzi administracja prezydenta USA Donalda Trumpa. Ponadto Europa obawia się, że rozmowy prowadzone pod egidą Waszyngtonu niebezpiecznie marginalizują UE i może ona zostać zmuszona do zaakceptowania porozumienia, które uważa za niewłaściwe.

PAP


W niedzielę okazało się, że poszukiwany przez Polskę były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wyjechał z Węgier, gdzie właśnie zmienił się rząd. Jak sam potwierdził, jest w USA.

- Oczywiście, mamy odpowiednie umowy ze Stanami Zjednoczonymi, ale najpierw chciałbym mieć taką absolutną pewność, że Zbigniew Ziobro na stałe zagościł w USA - oświadczył w rozmowie z Radomirem Witem minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek.

Minister przekazał, że polski rząd będzie chciał ustalić, na jakiej podstawie prawnej Ziobro mógł przylecieć do USA. - Ja zaraz po wyborach jeszcze ponowiłem pisma do ministra sprawiedliwości i ministra spraw wewnętrznych Węgier. Dostaliśmy jednozdaniowe odpowiedzi, że Węgry postępują zgodnie z prawem. Naszym zdaniem łamały prawo unijne - powiedział.

- Musimy mieć pewność, że Zbigniew Ziobro jest w Stanach Zjednoczonych na stałe, a nie tylko przelotem, a następnie procedury ekstradycyjne uruchomić - mówił Żurek.

Prokurator generalny wspomniał, że w sprawie Ziobry toczyły się rozmowy z USA. - Polski MSZ rozmawiał ze Stanami Zjednoczonymi o tym, że być może Ziobro planuje taki ruch, i mieliśmy informacje, które uspokajały nas w jakiś sposób, że Stany Zjednoczone nie chcą pomagać Zbigniewowi Ziobrze, więc zastanawia mnie, dlaczego i kto podjął taką decyzję [o wpuszczeniu Ziobry - red.] w ostatniej chwili właściwie - powiedział Żurek w rozmowie z Witem.

Podkreślił, że "zaskoczeniem było to, że ktoś w Stanach Zjednoczonych Ziobrze pomógł". 

(...)

- Chciałbym, żeby politycy w USA, którzy roztaczają parasol ochronny, również brali pod uwagę, że opinia publiczna nie przyjmie jako dobrą monetę, że Amerykanie udzielają pomocy takiej osobie - dodał minister.

(...)

Wniosek o ENA dla Ziobry utknął w sądzie.

- Faktycznie mówił minister Żurek o tym, że obrońcy Zbigniewa Ziobry robią właściwie wszystko, co się da, łącznie z pismami bez podpisu [wysyłanymi do sądu - red.], żeby to nie poszło dalej. Mało tego, ja słyszę w obozie władzy, że nadal ludzie Ziobry są w prokuraturze i być może to też przekłada się na to, że ta sprawa akurat nie została zamknięta - opisywała dziennikarka TVN24 Maja Wójcikowska.

Prowadzący program Radomir Wit zwrócił uwagę, że orzeczenia sądowe w sprawie ENA dla Ziobry bywały dla niego korzystne. - Trudno mieć pretensje do wymiaru sprawiedliwości, że jest w jakikolwiek sposób stronniczy, skoro beneficjentami tych decyzji w pozytywnym sensie są właśnie politycy Prawa i Sprawiedliwości - powiedział.

tvn24.pl