wtorek, 28 kwietnia 2026



Ekspert zwraca uwagę na natychmiastową reakcję giełd towarowych. – W perspektywie ultrakrótkiej (intraday) na rynku ropy Brent doszło do korekty o 2 dolary na baryłkę. Rynki wyceniły informację o wyjściu ZEA z OPEC jako pozytywny sygnał, potencjalnie oddziałujący w stronę zwiększenia podaży i obniżki cen – dodaje analityk.

W dłuższym horyzoncie czasowym sytuacja może przynieść rynkom nowe wyzwania. – W perspektywie średniookresowej decyzja ZEA może oznaczać większą zmienność cen na rynku, gdyż OPEC straci część zdolności do łagodzenia szoków rynkowych. Obecnie Arabia Saudyjska będzie jedynym członkiem OPEC z istotniejszymi wolnymi mocami produkcyjnymi – tłumaczy ekspert.

Pytany o rynek walutowy i szerszy kontekst geopolityczny, specjalista tonuje nastroje. – Reakcja rynków FX (rynki całodobowej wymiany walut przez instytucje - przyp. red.) pozostaje umiarkowana. Pamiętajmy, że – nawet poza OPEC – ZEA pozostaną eksporterem ropy. Warto też odnotować, że napięcia między ZEA a Arabią Saudyjską dotyczące polityki wydobywczej trwają już dłuższy czas – podsumowuje Sebastian A. Roy. /Ekspert z Departamentu Analiz Makroekonomicznych. - red./

Zdaniem Daniela Kosteckiego, głównego analityka rynkowego w polskim oddziale CMC Markets, wyjście Zjednoczonych Emiratów Arabskich z OPEC i OPEC+ wygląda przede wszystkim na próbę odzyskania swobody wydobycia po latach napięć wokół limitów produkcji. – W tle widać też szerszy spór o wpływy w Zatoce, rosnące ambicje Abu Zabi po rozbudowie mocy wydobywczych oraz zmęczenie modelem, w którym państwo inwestuje miliardy dolarów w nowe moce, a potem nie może ich w pełni wykorzystać – stwierdza w komentarzu dla money.pl.

Najważniejszy powód wydaje się czysto ekonomiczny. ZEA od lat zwiększają moce wydobywcze poprzez Abu Dhabi National Oil Company i chcą dojść do poziomu 5 mln baryłek dziennie do 2027 r. Problem polega na tym, że porozumienie OPEC+ przez długi czas zmuszało kraj do utrzymywania wydobycia wyraźnie poniżej możliwości technicznych. Reuters i S&P Global już wcześniej wskazywały, że właśnie ZEA należą do tych producentów, którym najbardziej ciąży przymus trzymania dużej rezerwy mocy poza rynkiem – wskazuje ekspert.

Jednocześnie zauważa, że ZEA od lat naciskały na wyższy limit wydobycia, argumentując, że ich realne możliwości są większe niż to, co uznaje grupa. W czerwcu 2024 r. udało się wywalczyć podwyższenie limitu, ale najwyraźniej nie rozwiązało to problemu na trwałe. Trzeci element, na który wskazuje ekspert CMC Markets, to polityka regionalna. – Dzisiejsze doniesienia Reutersa, AP i The National pokazują, że decyzja zapadła bez konsultacji z Arabią Saudyjską. To może wskazywać, że sprawa nie dotyczy już wyłącznie technicznych limitów wydobycia, ale także rosnącej samodzielności Emiratów wobec Rijadu – podkreśla.

W krótkim terminie wpływ na realną podaż może być ograniczony, bo wojna z Iranem i napięcia w Cieśninie Ormuz nadal utrudniają logistykę eksportu z regionu. ZEA same podkreślają, że ewentualne dodatkowe baryłki będą trafiały na rynek stopniowo i w sposób wyważony. To może oznaczać, że sam komunikat ma dziś większe znaczenie polityczne niż podażowe. W średnim terminie konsekwencje mogą być już znacznie większe. Jeśli ZEA odzyskają pełną swobodę wydobycia, mogą próbować szybciej monetyzować rozbudowane moce produkcyjne. To zwiększa ryzyko presji na spadek cen ropy, zwłaszcza jeśli napięcia wojenne osłabną i wróci większa przepustowość eksportowa przez Ormuz – wskazuje Daniel Kostecki.

(...)

Po blisko 60 latach członkostwa, Abu Zabi oficjalnie stawia na pełną suwerenność energetyczną, co de facto kończy erę bezwzględnej dominacji kartelu nad podażą ropy naftowej. Oficjalne stanowisko Ministerstwa Energii ZEA nie pozostawia złudzeń: priorytetem stał się interes narodowy oraz konieczność uelastycznienia polityki produkcyjnej, która do tej pory była ograniczana przez sztywne i często nieadekwatne do potencjału Emiratów kwoty wydobywcze - zwraca z kolei uwagę Dominik Baldowski, analityk rynkowy Finax.

Co z cenami ropy? "Plany zwiększenia wydobycia z obecnych 4 mln do 5 mln baryłek dziennie do 2027 r. oznaczają, że na rynek trafi znacząca, dodatkowa podaż. W perspektywie długoterminowej, jak słusznie już zauważają analitycy rynkowi, m.in. z UBS, odejście tak kluczowego gracza drastycznie osłabia zdolność OPEC do obrony wysokich cen ropy w okresach globalnego spowolnienia gospodarczego. "Parasol ochronny" kartelu staje się dziurawy, a mechanizm "OPEC Put" – czyli interwencyjne cięcia produkcji w celu ratowania cen – traci swoją dotychczasową skuteczność" - pisze Baldowski dla money.pl.

Arabia Saudyjska pełni rolę nieformalnego lidera kartelu. Rijad dysponuje ogromnymi rezerwami mocy produkcyjnych. Taka sytuacja pozwala Saudyjczykom stabilizować lub stymulować globalne ceny surowca. Decyzje tego państwa o cięciach lub zwiększaniu produkcji nadają ton całej polityce energetycznej grupy. Wpływają one bezpośrednio na nastroje inwestorów na giełdach od Nowego Jorku po Tokio.

Zjednoczone Emiraty Arabskie stanowiły dotychczas drugi kluczowy filar organizacji. Władze tego kraju od dawna pompują kapitał w rozbudowę własnej infrastruktury naftowej. Dodatkowo twardo negocjowały zwiększenie swoich limitów wydobycia. Agencja Reutera podkreśla, że wśród głównych powodów rozłamu znajdują się plany ZEA. Kraj ten chce wdrożyć nowe moce produkcyjne i dostosować swój system do obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Sytuacja wewnątrz kartelu stawała się zresztą coraz bardziej napięta na przestrzeni ostatnich miesięcy, głównie za sprawą eskalacji zbrojnej. Kiedy rynki zaczęły realnie wyceniać ryzyko zablokowania strategicznej cieśniny Ormuz, stało się jasne, że dotychczasowa, sztywna polityka wydobywcza będzie musiała ulec weryfikacji. Znaczna część surowca z powodu obaw logistycznych i nakładanych sankcji zaczęła po prostu zalegać w tankowcach na morzu.

Ten zator uderzył rykoszetem w gospodarki państw regionu. Dobitnie pokazały to wydarzenia z marca, gdy okazało się, że z powodu blokady korytarzy eksportowych Kuwejtowi oraz częściowo samym Emiratom zaczyna brakować miejsca w magazynach. W takich uwarunkowaniach geopolitycznych dla decydentów w Abu Zabi fundamentalne stało się pytanie o to, jak długofalowo zachowają się ceny paliw i ropy po ataku na Iran. Wyjście ze struktur OPEC to w tym kontekście pragmatyczna próba odzyskania całkowitej niezależności w zarządzaniu własnym przemysłem naftowym w czasach potężnej niepewności.

money.pl


WELT: - Czy w Niemczech naprawdę następuje przełom?

/Dyrektor instytutu SIPRI - red./ Karim Haggag: Wydatki wojskowe Niemiec wzrosły w ubiegłym roku o 24 proc., a już w 2024 r. wzrost był na podobnym poziomie. Republika Federalna Niemiec wydaje obecnie 114 mld dol. (około 412 mld zł) na obronność. To ponad dwukrotnie więcej niż w 2021 r., kiedy było to około 50 mld dol. (180 mld zł według aktualnego kursu). Dekadę temu Niemcy zajmowały jeszcze dziewiąte miejsce wśród państw o najwyższych wydatkach wojskowych na świecie, dziś są na czwartym miejscu — za USA, Chinami i Rosją [Polska w zestawieniu SIPRI jest na 14. miejscu na świecie, z wydatkami rządu 46 mld 800 mln dol., czyli 169 mld zł]. Jednak również w większości innych europejskich państw członkowskich NATO budżety obronne znacznie rosną, podobnie jak w Azji Wschodniej, na przykład w Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie.

- Tymczasem Stany Zjednoczone nagle wydają mniej. Dlaczego?

Tak, tam wydatki spadły o 7,5 proc. Przede wszystkim dlatego, że w ubiegłym roku rząd USA nie zatwierdził już pomocy zbrojeniowej dla Ukrainy. Jednak w tym i przyszłym roku znów zapowiadają się znacznie wyższe budżety: na 2026 r. Kongres zatwierdził ponad 1 bln dol. (3 bln 615 mld zł), a na 2027 r. projekt budżetu rządu Trumpa przewiduje nawet 1 bln 500 mld dol. (5 bln 423 mld zł)

(...)

- Jak wygląda sytuacja w zakresie zbrojeń u innych rywali Zachodu?

Rosja znów zwiększyła swoje wydatki na wojsko i wydała 190 mld dol. (686 mld zł), co odpowiada 7,5 proc. PKB i jest to dwukrotnie więcej niż 10 lat temu. Wydatki Chin wzrosły o około 8 proc. do 336 mld dol. (1 bln 214 mld zł). Dla porównania: od 2006 r. Chińska Republika Ludowa zwiększyła swoje wydatki ponad sześciokrotnie. Nawiasem mówiąc, w 1996 r. chiński budżet obronny wynosił jeszcze 14 mld 500 mln dol. (52 mld 416 mln zł według aktualnego kursu).

- Podczas gdy reżimy autorytarne zbroiły się, zachodnie demokracje po zakończeniu zimnej wojny polegały na ochronie Stanów Zjednoczonych i zaniedbały własną obronę. Dotyczyło to w szczególności Niemiec. Czy to nie jest dobra wiadomość, że Republika Federalna Niemiec i inne kraje zachodnie budzą się teraz i same przejmują kontrolę nad swoją obroną?

Z jednej strony można z zadowoleniem przyjąć fakt, że kraje te po dziesięcioleciach zbyt małych inwestycji podejmują teraz działania zaradcze. Jednocześnie należy jednak wziąć pod uwagę kontekst. Wzrost ten następuje w czasach nasilających się konfliktów międzypaństwowych. Ponadto kraje demokratyczne w Europie i Azji Wschodniej nabywają przede wszystkim systemy ofensywne, takie jak broń precyzyjna dalekiego zasięgu, co powoduje dalsze zacieranie się granicy między wymiarem konwencjonalnym a jądrowym. Działa to destabilizująco. Do tego dochodzi fakt, że obecnie praktycznie nie ma ustalonych kanałów komunikacji między wrogimi blokami.

- W jakim sensie?

Siłą napędową obecnej militaryzacji jest chęć odstraszania. Europa chce odstraszyć Rosję, a Japonia i Korea Południowa Chiny. Jednak więcej broni nie prowadzi automatycznie do większej sił odstraszania. Odstraszanie opiera się na drugim filarze: przewidywalności. Oznacza to niezawodną komunikację i zrozumienie czerwonych linii (drugiej strony). Obejmuje to również tworzenie środków budujących zaufanie, aby zapobiec wymknięciu się kryzysów spod kontroli.

- Tak jak podczas zimnej wojny?

W Europie rzeczywiście możemy nawiązać do zimnej wojny. Sytuacja militarno-geograficzna jest tu stosunkowo przejrzysta, charakteryzują je linie kontaktu między NATO a Rosją. Azja Wschodnia jest znacznie bardziej złożona: to obszar morski z kilkoma mocarstwami atomowymi — Chinami, USA, Koreą Północną, Indiami, Pakistanem i Rosją. Jednocześnie brakuje tam w dużej mierze tradycji działań budujących zaufanie, które znaliśmy w Europie. Jednak ani w Europie, ani w Azji nie chodzi obecnie o wspólny porządek pokojowy, do którego dążyło wiele krajów w dekadach po 1990 r., ale o skromniejszy, ale kluczowy cel: stabilizację stosunków między przeciwnikami.

- Obietnica ochrony ze strony USA zawsze była również instrumentem kontroli zbrojeń jądrowych. Kto jest chroniony, nie musi się sam uzbrajać. Wycofanie się Stanów Zjednoczonych za rządów Trumpa sprawia, że coraz więcej państw rozważa posiadanie własnej broni jądrowej: Polska, Korea Południowa, a nawet Japonia i Niemcy.

Tak, kraje te biorą pod uwagę różne opcje. W Japonii rozważa się złagodzenie ograniczeń dotyczących rozmieszczenia broni jądrowej, czyli wprowadzenie formy udziału w systemie odstraszania jądrowego, znanej nam z Niemiec.

- W sytuacji, w której wspólne użycie broni jądrowej już nam nie wystarcza, prezydent Francji Emmanuel Macron zaproponował model "rozszerzonego odstraszania" jako uzupełnienie amerykańskiej tarczy ochronnej.

Kluczowe pytanie brzmi: czy samo wspólne użycie broni jądrowej wystarczy, aby zmniejszyć poczucie niepewności państw nieposiadających własnej broni jądrowej? To pozostaje kwestią otwartą. Do tego dochodzi fakt, że klasyczna kontrola zbrojeń między USA a Rosją zawiodła. Między USA a Chinami taki system nigdy nie istniał. Rozbudowa strategicznej broni jądrowej jest więc obecnie praktycznie nieograniczona. To, jak nowe porozumienia nuklearne między USA a ich sojusznikami będą oddziaływać na ewentualny wyścig zbrojeń, jest procesem bardzo dynamicznym i złożonym.

- Procesem, w którym w gruncie rzeczy zawsze chodzi jednak o zaufanie do mocarstwa zapewniającego ochronę.

Dokładnie. W centrum uwagi znajduje się utajony brak zaufania do Stanów Zjednoczonych — pytanie, czy w razie zagrożenia rzeczywiście zagwarantują one rozszerzone odstraszanie. Wracamy tym samym do kluczowej kwestii: nie chodzi tylko o zdolności wojskowe, ale o przewidywalność i niezawodność.

onet.pl\Die Welt

poniedziałek, 27 kwietnia 2026



Poniedziałkowe ceny obowiązywały od ostatnich dwóch dni. Jeszcze w piątek kierowcy za litr dziewięćdziesiątki piątki płacili maksymalnie 6,03 zł, za benzynę 98 - 6,62 zł, a za litr diesla - 6,79 zł.

Analitycy portalu e-petrol.pl pod koniec ubiegłego tygodnia prognozowali, że od połowy tego tygodnia benzyna i olej napędowy będą drożeć, a przed majówką koszty tankowania mogą być wyraźnie wyższe.

31 marca, pierwszego dnia wprowadzenia maksymalnych cen, litr benzyny 95 kosztował maksymalnie 6,16 zł, benzyny 98 - 6,76 zł, zaś oleju napędowego - 7,60 zł.

Zgodnie z przepisami, resort energii codziennie w dni robocze publikuje obwieszczenie ws. maksymalnych cen paliw. Cena maksymalna obowiązuje od dnia następującego po jej publikacji w Monitorze Polskim. W przypadku ogłoszenia jej przed dniami wolnymi od pracy i świętami stawka obowiązuje do najbliższego dnia roboczego włącznie. Sprzedaż powyżej ceny maksymalnej jest zagrożona karą do 1 mln zł, a kontrole prowadzi Krajowa Administracja Skarbowa.

Cena maksymalna jest ustalana według określonej formuły, obejmującej średnią cenę hurtową paliw na rynku krajowym, powiększoną o akcyzę, opłatę paliwową, marżę sprzedażową w wysokości 0,30 zł za litr oraz podatek VAT.

Do 30 kwietnia obowiązuje rozporządzenie obniżające VAT na paliwo z 23 do 8 proc. oraz rozporządzenie obniżające akcyzę. Akcyza jest obniżona o 29 gr za litr benzyny i 28 gr za litr oleju napędowego, czyli do najniższego poziomu dopuszczonego przez Unię Europejską. 

PAP


Portal podkreślił, że proces dyplomatyczny utknął w martwym punkcie, a irańskie kierownictwo jest podzielone w sprawie ewentualnych ustępstw dotyczących programu atomowego. „Irańska propozycja ominęłaby tę kwestię, umożliwiając szybsze zawarcie porozumienia” – czytamy w artykule.

Jedno ze źródeł portalu poinformowało, że Aragczi jasno powiedział w ostatni weekend mediatorom z Pakistanu, Egiptu, Turcji i Kataru, że w irańskim kierownictwie nie ma zgody co do tego, jak się odnieść do żądań USA. Stany Zjednoczone chcą, by Iran zawiesił co najmniej na 10 lat program wzbogacania uranu, a już wzbogacony uran został wywieziony z kraju.

Nowa propozycja koncentruje się na rozwiązaniu w pierwszej kolejności kryzysu wokół cieśniny Ormuz i amerykańskiej blokady morskiej. Polegałoby ono na uzgodnieniu długoterminowego zawieszenia broni lub trwałym zakończeniu wojny.

Zgodnie z tą propozycją negocjacje nuklearne rozpoczęłyby się dopiero na późniejszym etapie, po otwarciu Ormuzu i zniesieniu blokady morskiej.

Stany Zjednoczone otrzymały tę propozycję, nie wiadomo jednak, czy chcą ją rozważyć – pisze Axios.

Przedstawicielka Białego Domu Olivia Wales powiedziała portalowi: - To są poufne rozmowy dyplomatyczne, a Stany Zjednoczone nie prowadzą negocjacji za pośrednictwem prasy. Jak powiedział prezydent (Donald Trump), USA trzymają karty w ręku i zawrą tylko takie porozumienie, które przede wszystkim uwzględnia dobro Amerykanów; nigdy nie zgodzą się, by Iran miał broń nuklearną.

Axios zauważa, że zdjęcie blokady cieśniny i zakończenie wojny pozbawiłoby Trumpa narzędzi wpływu podczas przyszłych rozmów na temat usunięcia z Iranu zapasów wzbogaconego uranu oraz zawieszenia przez Teheran jego dalszego wzbogacania, a są to dla niego dwa podstawowe cele wojny.

W wojnie USA i Izraela z Iranem obowiązuje od 8 kwietnia zawieszenie broni. 

PAP


W przypadku złota roczna produkcja kopalń stanowi zaledwie ułamek (ok. 1,6 proc.) całego dotychczas wydobytego i zgromadzonego kruszcu. W 2025 r. produkcja złota było nieco wyższa (+1% rdr) i osiągając poziom 3672 ton złota była rekordowa od czasu zbierania danych przez Światową Radę Złota (WGC). Tymczasem według jej najlepszych dostępnych szacunków (stan na koniec 2025 r.), w całej historii wydobyto około 219 890 ton złota, z czego dwie trzecie miało miejsce po 1950 r.

(...)

Złoto jest cenne nie dlatego, że jest go mało, ale dlatego, że jego podaż na rynku jest tak przewidywalna i mała w stosunku do tego, co już posiadamy. O wyjątkowości kruszcu decyduje jego względna stałość: fakt, że nowa produkcja stanowi zaledwie ułamek historycznego wydobycia. Tej stabilności, wykuwanej przez stulecia, nie da się zmanipulować ani zmienić – i to właśnie w niej ludzkość odnajdują rzadko spotykane dziś zaufanie i zastosowanie, w jubilerstwie, inwestycjach, polityce monetarnej czy przemyśle.

Jak pokazują dane WGC, największą część światowego wydobycia wykorzystuje obecnie branża jubilerska, pochłaniająca ponad 44% (ponad 97,65 tys. ton). Na drugim miejscu pod tym względem są inwestorzy prywatni (złote monety i sztabki), posiadający 23,2% wydobytego metalu (ok. 51 tys. ton).

Trzecimi zasobami złota będącego w obiegu mogą pochwalić się banki centralne, przechowujące około 17,6% (ok. 38,6 tys. ton) dotychczas wydobytego złota jako gwarancję stabilności rezerw walutowych. Czwarta i ostatnia kategoria to popyt ze strony zaawansowanego przemysłu oraz nowych technologii (ok. 15%), gdzie doskonałe właściwości fizykochemiczne złota wykorzystywane są np. do masowej produkcji elektroniki.

(...)

Zasobach, które oznaczają całkowity potencjał geologiczny, wymagający dalszych badań lub wyższych cen do rentownej eksploatacji, według danych Metals Focus wynosiły na koniec poprzedniego roku 132,11 tys. ton. Ponadto według badaczy istnieje potężny naukowy potencjał na pozyskanie kruszcu ukrytego chociażby na dnie oceanicznym lub pod najgrubszymi lodowcami Antarktydy, a może nawet na Księżycu.

Biorąc to wszystko pod uwagę, eksperci Światowej Rady Złota odpowiadają, że mało prawdopodobne, aby ludzkości zabrakło kiedykolwiek złota. Po pierwsze złoto nigdy nie zniknie w sensie fizycznym. Ten wyjątkowy pierwiastek naturalnie się nie rozkłada i poddaje się nieskończonemu procesowi bezpiecznego odzysku. Olbrzymią rolę zaczyna tym samym odgrywać potężny rynek zaawansowanego recyklingu (obejmujący m.in. skomplikowane elektrośmieci oraz używaną biżuterię), który bez problemu buforuje niedobory rynkowe.

Po drugie wraz z dalszymi wzrostami ceny metali, dynamiczną rozbudową robotyki w kopalniach, zmianami w prawie, jak np. te w Argentynie, które umożliwiają eksplorowanie lodowców, czy wdrażaniem analiz potężnych zbiorów danych dzięki sztucznej inteligencji (lepsze modelowanie geologiczne), dotychczas zupełnie nieopłacalne pokłady naturalnie uzyskają pełnoprawną rangę zyskownych rezerw operacyjnych.

bankier.pl


Trwa 59. dzień wojny USA i Izraela z Iranem, w której od 8 kwietnia obowiązuje zawieszenie broni. W weekend w Islamabadzie miała się odbyć kolejna runda rozmów pokojowych Iranu z USA. Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi przyleciał w niedzielę z Omanu do Pakistanu, ale - jak poinformowały władze pakistańskie - do spodziewanych negocjacji pokojowych z delegacją amerykańską nie doszło, a spotkanie zostało odwołane. To doprowadziło do kolejnego wzrostu cen ropy naftowej. 

Amerykańska ropa naftowa WTI kosztuje 95,3 dol. za baryłkę. To wzrost o 0,97 proc. względem poziomu sprzed weekendu. Z kolei ropa Brent przez weekend wyraźnie rosła. Kontakty terminowe poszły w górę o 2 proc., a baryłka kosztowała prawie 108 dol. Poniedziałkowe otwarcie przynosi jednak sporą przecenę. Baryłka kosztuje 100,4 dol. Względem piątkowego zamknięcia to o 4,7 proc. mniej. Eksperci oraz inwestorzy zakładają jednak dalszy wzrost cen ropy.

Analitycy Goldman Sachs znacznie podnieśli prognozy cen ropy Brent na koniec tego roku z 80 do 90 dolarów za baryłkę, a nawet to zależy od normalizacji eksportu z Zatoki Perskiej do końca czerwca. "Jeśli zapasy spadną do krytycznie niskiego poziomu, czego nie widzieliśmy przez ostatnie kilka dekad, prawdopodobne są nieliniowe wzrosty cen" - ostrzegają w analizie.

Z kolei Maciej Przygórzewski, główny dealer walutowy InternetowyKantor.pl zauważa, że "rynek coraz mniej wierzy w koniec wojny". "Teoretycznie wszystko jest w porządku. Mamy zawieszenie broni. Mamy rozmowy pokojowe. Mamy jednak również dwustronną blokadę Cieśniny Ormuz i upływający czas. Kontynuacja tego konfliktu tylko pogłębia problemy z dostępem do surowców energetycznych. W tym tygodniu przedłużono zawieszenie broni, ale rynki nie traktują tego jako dobrej wiadomości. W rezultacie mamy kolejne wzrosty cen ropy" - wylicza w komentarzu. 

"Inwestorzy zaczynają rozgrywać scenariusz wydłużającego się konfliktu. Analitycy sądzili, że skoro przesunięto z powodu tego konfliktu wizytę w Chinach na połowę maja, to do tego czasu konflikt ulegnie rozwiązaniu. Na to się jednak nie zanosi" - dodaje. 

gazeta.pl

niedziela, 26 kwietnia 2026



Zrobił to "rękami" chińskiego ministerstwa handlu, które ostrzega Brukselę, że w "podejmie niezbędne kroki, aby zdecydowanie chronić" interesy chińskich przedsiębiorstw i osób fizycznych objętych 20. pakietem sankcji, które — po wielu nieudanych próbach — Unia Europejska przyjęła w czwartek 23 kwietnia.

Pekin ostrzegł Brukselę, że "UE poniesie wszelkie konsekwencje" po tym, jak wspólnota włączyła chińskie firmy do najnowszego pakietu sankcji wobec Rosji, co doprowadziło do eskalacji napięć w i tak już napiętych stosunkach handlowych między Chinami a Europą.

W oświadczeniu wydanym późnym wieczorem w sobotę chińskie ministerstwo handlu stwierdziło, że jest "głęboko niezadowolone" i "zdecydowanie sprzeciwia się" włączeniu chińskich przedsiębiorstw do sankcji wobec Rosji, zarzucając UE "bezczelne" postępowanie pomimo "wielokrotnych sprzeciwów".

"Chiny wzywają UE do natychmiastowego usunięcia chińskich firm i osób z listy sankcji" — stwierdziło ministerstwo w oświadczeniu, ostrzegając, że Pekin "podejmie niezbędne środki w celu zdecydowanej ochrony" ich interesów.

Dwudziesty pakiet sankcji UE, zatwierdzony w zeszłym tygodniu po wycofaniu weta przez Węgry i Słowację, obejmuje kolejnych 20 rosyjskich banków, odcinając je od transakcji w euro i działalności gospodarczej w Unii Europejskiej. Przełom w sprawie sankcji nastąpił po rozwiązaniu sporu dotyczącego rurociągu naftowego Przyjaźń, który transportuje rosyjską ropę przez Ukrainę do Europy Środkowej (we wtorek 22 kwietnia ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że uszkodzony przez Rosję w trakcie działań wojennych na terenie Ukrainy rurociąg został naprawiony i może wznowić działalność).

Unijny pakiet obejmuje również banki i przedsiębiorstwa w krajach trzecich, w tym w Chinach, w ramach szerszej inicjatywy mającej na celu zamknięcie nieoficjalnych kanałów wykorzystywanych do wspierania rosyjskiej gospodarki wojennej, ze szczególnym naciskiem na środki przeciwdziałające obchodzeniu sankcji w sieciach handlowych, energetycznych i finansowych.

Prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegł w piątek 24 kwietnia, że Europa znajduje się obecnie pod presją ze strony Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji jednocześnie.

Nie powinniśmy lekceważyć faktu, że jest to wyjątkowy moment, w którym prezydent USA, prezydent Rosji i prezydent Chin są zdecydowanie przeciwni Europejczykom — powiedział Macron, przemawiając wraz z premierem Grecji Kyriakosem Mitsotakisem podczas spotkania w Atenach. Francuski przywódca wezwał w swoim przemówieniu UE do "przebudzenia się" i obrony własnych interesów.

onet.pl\Politico


"Poleciłem Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, aby strzelała i zniszczyła każdą łódź — nawet niewielką — która stawia miny na wodach cieśniny Ormuz. Nie może być żadnego wahania. Dodatkowo nasze jednostki do rozminowywania już teraz oczyszczają cieśninę. Niniejszym nakazuję kontynuowanie tych działań, ale z potrójną intensywnością" — przekazał Donald Trump we wpisie na platformie Truth Social.

Szlak jest de facto zamknięty od 2 marca. 17 kwietnia Teheran ogłosił ponowne otwarcie cieśniny. Wówczas dziesiątki jednostek ruszyły w kierunku Ormuzu, próbując się wydostać. Jednak już dzień później Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zmienił stanowisko i poinformował o jej zamknięciu. Spowodowało to, że większość statków szybko zawróciła i nadal pozostaje uwięziona w Zatoce Perskiej.

Stany Zjednoczone zaczęły od tego czasu egzekwować własną obecność w regionie, m.in. poprzez przejęcie 19 kwietnia statku towarowego pływającego pod irańską banderą.

Iran dolał oliwy do ognia, minując cieśninę, destabilizując globalny handel i zmuszając USA do reakcji siłowej. 18 marca Pentagon potwierdził zniszczenie 16 irańskich jednostek stawiających miny.

Skala zaminowania cieśniny do dziś nie jest dokładnie znana. Amerykański wywiad już na początku marca sygnalizował, że Iran rozpoczął proces rozmieszczania min, a prezydent Donald Trump reagował ostrzeżeniem, że jeśli to się potwierdzi, "konsekwencje militarne będą na poziomie dotąd niespotykanym".

(...)

Cieśnina Ormuz, przez którą w 2025 r. przepływało średnio około 20 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie, jest jednym z najważniejszych "wąskich gardeł" (w najwęższym miejscu ma zaledwie 54 km szerokości) światowego transportu ropy. Około 25 proc. globalnego morskiego handlu tym surowcem przechodzi właśnie tędy, a możliwości ominięcia tego szlaku są ograniczone.

Choć Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie dysponują częściowo alternatywnymi trasami eksportu ropy, które omijają cieśninę Ormuz, inne kraje — w tym Iran, Irak, Kuwejt, Katar i Bahrajn — są w zdecydowanej większości uzależnione od tego szlaku.

W 2025 r. przez ten szlak przepływało niemal 15 mln baryłek dziennie ropy naftowej, co stanowiło około 34 proc. światowego handlu tym surowcem. Większość tego wolumenu była kierowana do Azji — same Chiny i Indie odbierały łącznie 44 proc. eksportu. Do Europy trafiało jedynie około 600 tys. baryłek dziennie, czyli zaledwie 4 proc. dostaw z regionu.

Praktycznie cały eksport skroplonego gazu ziemnego (LNG) z Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) przechodzi przez cieśninę Ormuz. Katar w 2025 r. był drugim największym eksporterem LNG na świecie — wysłał ponad 112 mld m sześc. gazu, podczas gdy eksport ZEA wyniósł ok. 7 mld m sześc. Łączny wolumen LNG przepływający przez Ormuz przekroczył 112 mld m sześc., co odpowiada niemal 20 proc. światowego handlu LNG.

Nie istnieją realne alternatywne trasy eksportu gazu z Kataru i ZEA na globalny rynek poza transportem LNG drogą morską.

Głównym odbiorcą LNG z regionu pozostaje Azja. W 2025 r. około 90 proc. gazu transportowanego przez tę cieśninę trafiało na rynki azjatyckie, podczas gdy do Europy kierowano nieco ponad 10 proc. Jednocześnie dostawy LNG przechodzące przez Ormuz stanowiły około 27 proc. całkowitego importu LNG w Azji oraz około 7 proc. importu LNG w Europie.

(...)

Nawet jeśli uda się osiągnąć porozumienie w sprawie wznowienia eksportu przez cieśninę, skutki kryzysu mogą być odczuwalne jeszcze przez długi czas. Analitycy rynku energii podkreślają, że powrót do normalności nie nastąpi automatycznie. Według analityków amerykańskiej firmy inwestycyjnej Loomis Sayles nawet po stabilizacji sytuacji potrzeba "tygodni lub miesięcy", by odbudować przepływy surowców, a ceny ropy pozostaną powyżej poziomów sprzed konfliktu. Według S&P Global i GasBuddy powrót cen do poziomów sprzed kryzysu w 2026 r. jest mało prawdopodobny, nawet przy szybkim odblokowaniu cieśniny.

Sytuacja w cieśninie wywołała niepokój wśród azjatyckich sojuszników USA. Japonia sprowadza aż 93 proc. zużywanej ropy właśnie przez ten szlak, a Korea Południowa — 70 proc. ropy oraz około 20 proc. gazu ziemnego.

— Szlaki morskie są absolutnie kluczowe dla Japonii i Korei Południowej, ponieważ opierają one swój handel na transporcie morskim — zarówno w eksporcie, jak i w imporcie kluczowych surowców, takich jak energia, materiały i żywność — powiedział Joseph Kristanto, analityk ds. bezpieczeństwa morskiego w singapurskiej Szkole Studiów Międzynarodowych im. S. Rajaratnama.

(...)

Według kanadyjskiej agencji Agence Science-Presse, przez Ormuz przechodzi niemal połowa światowych dostaw mocznika nawozowego, ponad 30 proc. amoniaku oraz około 20 proc. fosforanu dwuamonowego — kluczowych składników nawozów.

Europejski sektor lotniczy stoi w obliczu ryzyka niedoboru paliwa lotniczego w ciągu najbliższych tygodni, jeśli blokada cieśniny Ormuz się utrzyma. Pierwsze ruchy już widać. Lufthansa ogłosiła redukcję aż 20 tys. lotów krótkodystansowych do października, a inne linie idą w tym samym kierunku — SAS odwołał około tysiąca połączeń, KLM ponad 150.

Europejskie kraje zareagowały na rosnące ceny ropy. Słowenia jako pierwsza w UE wprowadziła ograniczenia sprzedaży paliwa — maksymalnie 50 litrów na jedno tankowanie dla kierowców prywatnych. Inne państwa albo obniżają podatki i ograniczają marże na paliwach, albo wprowadzają dopłaty dla kierowców i firm transportowych.

W Polsce najważniejszym ruchem był pakiet CPN ("Ceny Paliwa Niżej"), ogłoszony przez rząd 26 marca i przyjęty w trybie ekspresowym przez parlament. Wprowadził obniżkę VAT na paliwa z 23 do 8 proc., redukcję akcyzy oraz maksymalne ceny detaliczne na stacjach. Przepisy weszły w życie pod koniec marca, a od 31 marca zaczęły obowiązywać na rynku.

onet.pl

sobota, 25 kwietnia 2026



— Dostałam to od dwóch, niezwiązanych ze sobą osób pracujących dla Białego Domu — napisała w środę w mediach społecznościowych Dasha Burns, reporterka amerykańskiej odsłony portalu POLITICO zajmująca się polityką i administracją prezydencką.

Tak brzmiący podpis dotyczył popularnego w internecie obrazka, na którym pies z wybałuszonymi oczami siedzi na krześle w płonącym pokoju, mówiąc jednocześnie, że wszystko jest w porządku.

(...)

Tu eufemizmy są już zbędne. Trump odnosi porażkę za porażką, pędząc ku politycznej katastrofie. Już w pierwszych miesiącach tej kadencji można było zaobserwować, że niektóre jego sztandarowe decyzje, jak nieprzemyślane wprowadzanie ceł, brutalna polityka antyimigracyjna uderzająca w te sektory gospodarki, które są ważne dla jego wyborców, podnoszenie kosztów ubezpieczeń zdrowotnych — to wszystko mu zaszkodzi, ponieważ obniży poziom życia tych klas społecznych, w których był najpopularniejszy.

Prof. Adam Przeworski, politolog z New York University, nazwał to nawet "polityką elektoralnie samobójczą". W konwencjonalnej demokracji, w której przetrwanie polityka zależy od jego popularności wśród wyborców, Trump i jego partia byliby skończeni już w czerwcu ubiegłego roku — ale nie byli. Odsetek Amerykanów pozytywnie oceniających jego prezydenturę wbrew pozorom pozostawał stały, wynosił ok. 42 proc. przez cały ubiegły rok. Przeworski tłumaczył, że jego zdaniem istnieje więc jakaś grupa wyborców, dla których tak zwane "zwycięstwa symboliczne" były ważniejsze od realnych korzyści płynących z faktu sprawowania władzy przez Trumpa i MAGA.

Ataki na uniwersytety, upokarzanie liberałów, wymuszanie ogromnych pseudo-odszkodowań od firm prawniczych i koncernów mediowych w zamian za możliwość dalszego świadczenia usług — to nakręcało wyborców prawicy w USA na tyle, że byli w stanie zignorować rosnące ceny energii, świadczeń zdrowotnych czy podstawowych produktów żywnościowych. 

(...)

— Nie próbuj znaleźć sensu w deklarowanych przez tę administrację celach politycznych — mówi Asha Rangappa, prawniczka, była agentka FBI, dzisiaj wykładowczyni Yale University, prowadząca też na portalu Substack platformę edukacyjną The Freedom Academy.

Rozmowę o Stephenie Millerze, nominalnie wiceszefie personelu w Białym Domu, a praktycznie — człowieku nazywanym "sekretarzem do spraw amerykańskiego imperializmu", zaczyna od przypomnienia, że Miller marzy o deportowaniu z USA każdego, kto nie ma białego koloru skóry i mówi z obcym akcentem. Kiedy odpowiadam jej, że w praktyce oznaczałoby to usunięcie z kraju około 40 proc. całej populacji Stanów Zjednoczonych, Rangappa mówi właśnie o braku sensu. Co jednak nie przeszkadza urzędnikom z bieżącej administracji dążyć do realizacji tych absurdalnych celów.

Podobnie jest z polityką zagraniczną, gdzie ludzie mający jeszcze wpływ na Trumpa — a Miller należy do tego wąskiego grona — w niczym go nie ograniczają, amplifikując wręcz jego najgorsze instynkty. Zarówno wspomniany reportaż z "New York Timesa", jak i opublikowany niedawno przekrojowy tekst w "The Wall Street Journal" opisujący trudne do opanowania wahania nastrojów Trumpa i jego lęki przed katastrofalnym końcem wojny w Iranie, co może zmieść z powierzchni ziemi Partię Republikańską w tegorocznych wyborach połówkowych pokazują, że wpłynąć na decyzje prezydenta jest coraz trudniej.

A nawet jeśli komuś uda się to w ogóle zrobić, trwałość takiego efektu jest bardzo ograniczona — ponieważ za kilka godzin pozycja USA może zmienić się całkowicie. Miller według doniesień amerykańskiej prasy miał, razem z Marco Rubio, odgrywać kluczową rolę w utwierdzaniu Trumpa w przekonaniu, że Amerykanie mogą dzisiaj wszystko i w taki sposób powinni zachowywać się na arenie międzynarodowej. Tyle tylko, że przekonanie to wzięło się z gigantycznego sukcesu wizerunkowego, jakim była operacja z 3 stycznia w Caracas. Wtedy Stephen Miller w rozmowie z Jakiem Tapperem z CNN powiedział nawet, że jeśli Ameryka zdecyduje się przejąć Grenlandię, to osiągnie ten cel za pomocą dostępnych środków. Czyli, jeśli będzie to konieczne — także inwazji militarnej.

Asha Rangappa twierdzi nawet, że Miller byłby gotów ignorować wyroki sądów niższych instancji, by pchać Trumpa do kolejnych działań imperialistycznych. Głównie dlatego, że uznaje jedynie Sąd Najwyższy jako organ odpowiedniej rangi do wchodzenia w spór kompetencyjny z prezydentem. Dlatego, gdyby Trump zdecydował się wydać wojskowym rozkaz potencjalnie uchodzący za nielegalny czy prowadzący do zbrodni wojennej — a takich gróźb pojawia się z jego strony coraz więcej — Miller prawdopodobnie sugerowałby prezydentowi ignorowanie sprzeciwów aż do momentu, w którym sprawa trafi do Sądu Najwyższego. Co zawsze zajmuje dużo czasu — i o to właśnie chodzi.

(...)

Wygląda na to, że Trump autentycznie uwierzył we własną nieomylność.

(...)

"Pomarańczowy Jezus jest przekonany o swojej boskości — więc wierzy, że konsekwencje jego działań po prostu go nie dotyczą" — pisze Glasser.

Ale nawet mimo takiej fasady nie jest to prawda. "Wall Street Journal" idealnie to podsumował, wskazując, że kiedy w Wielki Piątek Trump zaczął bez konsultacji z nikim wypisywać na Truth Social, że urządzi irańskiemu narodowi Apokalipsę, wielu jego doradców zaczęło zastanawiać się nad komunikacją kryzysową, żeby jednak deeskalować konflikt. I pojawił się motyw doskonale znany z pierwszej kadencji, kiedy pracownicy Białego Domu ukrywali przed nim fakty, a nawet — podmieniali dokumenty do podpisania, żeby uniknąć prawnej lub gospodarczej katastrofy.

Według ustaleń "WSJ" tak samo było w ostatnich tygodniach. Trump został wręcz wyproszony z pokoju konferencyjnego, a doradcy dawali mu informacje co kilkanaście minut, pozwalając mu w tym czasie zajmować się tematami znacznie mniej poważnymi — jak budowa Sali Balowej w Białym Domu albo regulacje platform technologicznych. To z kolei, jak pisze portal POLITICO, a także David A. Graham w "The Atlantic", osobny problem — bo Trump nie chce i być może nie potrafi skupić się dłuższą chwilę na jednym temacie. W ciągu kilku godzin podejmuje kilkanaście wątków, żadnego nie kończy, czeka jedynie na raporty o efektach.

A te są coraz gorsze na wszystkich płaszczyznach uprawiania polityki. Zaczynają się więc kłamstwa, przemilczenia, manipulacje — a naturalną progresją w tym łańcuchu są zawsze intrygi pałacowe.

onet.pl


Prezydent Donald Trump niedawno odrzucił twierdzenia, jakoby zależało mu na szybkim zakończeniu wojny z Iranem. Napisał na portalu Truth Social, że jest "być może najmniej naciskaną osobą, jaka kiedykolwiek znalazła się w takiej sytuacji" i że ma "cały czas na świecie".

Trumpowi i jego współpracownikom przydałoby się jeszcze trochę czasu, by dobrze przemyśleć, co właściwie chcą osiągnąć w rozmowach z islamistycznym reżimem w Teheranie. Przygotowania administracji do rozpoczęcia wojny były — delikatnie mówiąc — kiepskie, a dotychczasowe wysiłki negocjacyjne również nie robią wielkiego wrażenia. Zakończenie wojny — a potem utrzymanie tego stanu — niemal na pewno okaże się znacznie trudniejsze niż zakładają ludzie Trumpa.

Jak mówią mi osoby, które w przeszłości miały do czynienia z Teheranem, administracja musi najpierw odpowiedzieć sobie na kilka fundamentalnych pytań. Nie będzie to łatwe. Teheran od lat pokazuje, że najlepiej gra przeciw tym, którzy improwizują.

— Diabeł tkwi w szczegółach, i to w ogromnym stopniu — powiedział Michael Singh, były urzędnik administracji George’a W. Busha zajmujący się Bliskim Wschodem.

Każda nowa administracja musi uczyć się tych szczegółów w bolesny sposób — metodą prób i błędów. Tymczasem po stronie irańskiej często zasiadają ci sami ludzie albo bardzo podobne zespoły, które negocjowały już z wieloma amerykańskimi administracjami. Możesz uznać, że Irańczycy właśnie poszli na ustępstwo, ale gdy wejdziesz w szczegóły, okaże się, że to ty ustąpiłeś Iranowi — zauważył Singh.

(...)

Niektórym urzędnikom administracji Trumpa mogłoby pomóc przeczytanie umowy z 2015 r., znanej jako Wspólny Kompleksowy Plan Działania (JCPOA). Naprawdę, przydałoby się.

Nie muszą lubić JCPOA; mam niemal pewność, że jednym z warunków bycia nominatem Trumpa jest niechęć do tego układu. Warto jednak go przeanalizować, aby zrozumieć poziom szczegółowości takich rozmów oraz niektóre mechanizmy, które mogłyby okazać się użyteczne w przyszłym porozumieniu.

Przykładowo: w liczącym 159 stron tekście znajduje się ponad 100 odniesień do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Ta instytucja ma kluczowe znaczenie dla sprawdzania, czy Iran przestrzega zobowiązań nuklearnych — powiedział Daryl Kimball, dyrektor wykonawczy Stowarzyszenia Kontroli Zbrojeń, które opowiada się za dyplomatycznymi rozwiązaniami w gorących kwestiach, takich jak nierozprzestrzenianie broni jądrowej.

Kimball dodał, że zwolennikom dyplomacji pomogłoby zaprzestanie porównywania wszystkiego, co robi Trump, do JCPOA, które powstało w zupełnie innych realiach. Trump zresztą ma tendencję do pogardliwego traktowania wszystkiego, co wiąże się z Obamą, więc takie porównania i tak by mu się nie spodobały.

Trump powinien zastanowić się nie nad tym, jak jego umowa wypadałaby na tle porozumienia Obamy, lecz nad tym, co dziś — w innych warunkach — jest potrzebne, by zablokować potencjalne drogi Iranu do zdobycia bomby atomowej — powiedział Kimball.

(...)

Wynegocjowanie JCPOA zajęło ok. dwóch lat, ale wcześniej były jeszcze długie lata rozmów, sankcji i innych form nacisku, w tym porozumienie przejściowe znane jako Wspólny Plan Działania (JPOA). Ta tymczasowa umowa zawierała pewne ustępstwa po obu stronach, ale kupiła czas potrzebny na negocjowanie większego układu.

(...)

I wreszcie: na jakie ustępstwa Trump jest gotów pójść wobec Iranu?

Iran raczej nie zgodzi się na wiele, jeśli USA same niczego nie zaoferują. Oznaczałoby to między innymi zniesienie wielu sankcji nałożonych przez Stany Zjednoczone na Iran — kar, które poważnie ograniczyły jego zdolność do prowadzenia interesów poza granicami kraju. Iran może nawet zażądać, by USA nadały porozumieniu rangę traktatu, co politycznie byłoby w Waszyngtonie bardzo trudne, ale jednocześnie zmniejszałoby ryzyko, że Trump albo inny przyszły prezydent wycofa się z układu.

Nie wiem, jak inaczej to powiedzieć: to jest piekielnie trudna materia.

Administracja będzie potrzebowała wiedzy i doświadczenia zawodowych ekspertów państwowych, niezależnie od tego, jak bardzo ich nie lubi.

Irańscy urzędnicy są różni, ale głupi nie są. Zależy im na traktowaniu z szacunkiem, nawet wtedy, gdy są militarnie i gospodarczo osłabieni. Nie oddadzą niczego za darmo.

Trump musi mieć świadomość, że bez szacunku i bez gotowości do zawarcia układu korzystnego dla obu stron po prostu nigdy nie będzie żadnej umowy, bez względu na skalę nacisku — powiedział Ali Vaez, starszy analityk International Crisis Group, pozostający w kontakcie ze wszystkimi stronami negocjacji amerykańsko-irańskich.

(...)


(...) administracja Trumpa (...) może napotkać problemy, jeśli nie będzie konsultować się z innymi graczami geopolitycznymi, z których część bez wątpienia podpowiada Iranowi.

Nie widzę, by administracja miała porzucić swój styl samotnego działania w negocjacjach.

Ale jeśli nie będzie przynajmniej rozmawiać z innymi państwami — w tym z Rosją i Chinami — może znaleźć się w gorszej pozycji, gdy będzie potrzebować ich pomocy. Jeden przykład: jeśli Iran zgodzi się przekazać swój wysoko wzbogacony uran, Rosja może okazać się jedyną poważną opcją, która będzie w stanie go przejąć.

onet.pl\Politico


Podczas kolacji w Ajia Napa w czwartek wieczorem przywódcy dyskutowali o ekonomicznych skutkach wojny w Iranie prowadzonej przez Stany Zjednoczone i Izrael, w tym o cenach energii, inflacji i ryzyku recesji.

— Jak zwykle wszystkie tematy, które omawiamy, są związane ze Stanami Zjednoczonymi i ich działaniami, czy nam się to podoba, czy nie — mówi w rozmowie z POLITICO dyplomata UE, który chciał zachować anonimowość.

Według dwóch innych dyplomatów za zamkniętymi drzwiami Costa ostrzegł przywódców, że UE powinna wykazać się większą autonomią we wszystkich dziedzinach. Przewodniczący Rady przestrzegł również, że przywódcy nie mogą uniknąć konfrontacji z rzeczywistością, w której interesy USA nie są już zbieżne z interesami UE — podkreślają rozmówcy.

W sumie w ciągu dwóch dni na Cyprze zebrało się 29 przywódców: 24 z UE, czterech z Bliskiego Wschodu oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

Nawet gdy nie rozmawiali o kwestiach bezpośrednio związanych z Iranem i USA, nie dało się nie zauważyć wpływu Trumpa.

Podczas kolacji przywódcy rozmawiali o tym, jak sprawić, by rzadko stosowana klauzula wzajemnej obrony UE — art. 42.7 — działała w praktyce, unikając jednocześnie sugestii, że mogłaby ona zastąpić gwarancję bezpieczeństwa zawartą w art. 5 NATO. Dyskusja ta odbywa się w delikatnym momencie dla europejskich stolic, które próbują zareagować na rosnącą niepewność co do zaangażowania Waszyngtonu w bezpieczeństwo Europy, nie wysyłając przy tym sygnału — ani do USA, ani do Rosji — że same podważają NATO.

onet.pl\Politico