Absolutnie najważniejsze w tym kontekście będzie cofnięcie weta dla ogromnej unijnej pożyczki dla Ukrainy ustalonej jeszcze pod koniec 2025 roku. Opiewa ona na 90 miliardów euro i jest absolutnie kluczowa dla utrzymania ukraińskiego budżetu na powierzchni w latach 2026-27. Bez niej już w tym miesiącu Ukraina miała zacząć odczuwać brak pieniędzy, ponieważ normalne dochody jej budżetu pozwalają pokryć jedynie około połowy potrzeb. Wydatki na ten rok zaplanowano na poziomie 97,5 miliarda euro (wydatki na wojsko to około połowy tej kwoty), podczas gdy przychody na zaledwie 59 miliardów. Przy czym według oceny Sławomira Matuszaka z Ośrodka Studiów Wschodnich i tak budżet jest nierealny, ponieważ chociażby zakłada niższe wydatki na wojsko niż faktycznie wydano w 2025 roku. Czyli tak jakby w jakiś sposób udało się w tym roku prowadzić wojnę taniej niż w ubiegłym, co jest mało realne.
Pożyczka unijna ma pokryć 2/3 potrzeb Ukraińców w latach 2026-27. Resztę pieniędzy mają przekazać państwa grupy G7. Początkowo w 2025 roku UE miała pomysł pozyskać te 90 miliardów głównie z zajęcia rosyjskich funduszy państwowych zamrożonych w unijnych instytucjach finansowych po wybuchu wojny. Ten pomysł jednak upadł ze względu na brak zgody szeregu państw UE, obawiających się skutków prawnych i finansowych takiego kroku w dłuższej perspektywie. Protezowym rozwiązaniem jest więc pożyczenie tych 90 miliardów na rynku. UE ma gwarantować ich spłatę i póki co ponosić koszty obsługi. Spłata ma nastąpić po wojnie, pod warunkiem, że Ukraina uzyska reparacje od Rosji. Co oznacza, że z dużym prawdopodobieństwem nigdy i to państwa unijne będą musiały spłacić ten dług.
Orban początkowo zgodził się na taki mechanizm, choć razem z Czechami i Słowacją wywalczył wyjątek, na mocy którego Węgry nie musiały ponosić kosztów tej pożyczki. Było to kluczowe ustępstwo, w zamian za które miał zobowiązać się nie wetować rozwiązania. W marcu jednak i tak to zrobił, argumentując że Ukraińcy zaatakowali pośrednio jego państwo, odcinając dostawy rosyjskiej ropy nitką ropociągu przyjaźń biegnącą przez Ukrainę. Faktycznie dostawy ustały, ponieważ rosyjski dron uszkodził jedną z przepompowni. Według Orbana, Ukraińcy zwlekali jednak z naprawami. Te mają się zakończyć "wiosną". Ponadto Orban uczynił retorykę antyukraińską jednym z filarów swojej przegranej kampanii wyborczej, więc o ugodzie nie mogło być na razie mowy. Teraz wszystko się zmieniło. TISZA wstępnie deklarowała szybkie wycofanie weta w tej sprawie.
Podobna ulga może nastąpić w mniejszym programie Europejska Inicjatywa dla Pokoju (EPF). Utworzono go jeszcze przed wojną w Ukrainie z zamiarem udzielania wsparcia różnym państwom, aby zapobiegać konfliktom. Po napaści Rosji Ukraina stała się błyskawicznie priorytetowym odbiorcą pomocy poprzez ten mechanizm. Planowano używać go między innymi do płacenia państwom członkowskim za starszy sprzęt wojskowy przekazany Ukrainie. Większość pieniędzy miała pochodzić z odsetek od wspomnianych wcześniej zamrożonych w UE rosyjskich funduszy budżetowych. Węgry się temu sprzeciwiały i złożyły dwa pozwy do unijnych sądów, aby blokować wypłatę pieniędzy i z nadzieją uzyskania wyroku, który umożliwiłby trwałe zawetowanie tego rozwiązania. Wyroków jeszcze nie ma.
Polska nie otrzymała z tego powodu około dwóch miliardów euro, o czym mówił w marcu premier Donald Tusk. To pieniądze za nasz starszy sprzęt wojskowy o radzieckich korzeniach, który głównie w latach 2022-23 przekazaliśmy Ukraińcom.
(...)
Poważną pośrednią ulgę Ukrainie przyniesie też na pewno znacząca zmiana nastawienia Węgier wobec Rosji. Po pierwsze w kwestii nakładania unijnych sankcji. Orban od lat był głównym hamulcowym co ostrzejszych działań UE w tym zakresie. W lutym zawetował 20. rundę dodatkowych sankcji na Rosję, choć nie zablokował w marcu cyklicznego odświeżenia tych już obowiązujących. Dwa razy w roku wszystkie 27 państw wspólnoty musi za tym zgodnie zagłosować, aby trwały. Jest to okazja do targów nad tym, kogo by z listy podmiotów lub osób objętych sankcjami usunąć. Na przykład według śledztwa portalu "Vsquare" w 2024 roku szef węgierskiego MSZ Peter Szijjártó koordynował ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem starania na rzecz usunięcia z listy osób objętych sankcjami siostry jednego z bliskich Władimirowi Putinowi oligarchów, Aliszera Usmanowa. Węgrom udało się tego ostatecznie dopiąć podczas kolejnej rundy odświeżania sankcji na początku 2025 roku.
Nowy rząd Węgier najpewniej nie będzie jednak otwarcie proukraiński. Jak mówił jeszcze przed wyborami w rozmowie z Gazeta.pl dr Andrzej Sadecki z Ośrodka Studiów Wschodnich, lata propagandy mediów kontrolowanych przez rząd ugruntowały już nastawienie Węgrów wobec Ukrainy. Nie jest ono pozytywne. Przeważać ma przekonanie, że od wojny lepiej trzymać się z daleka. Tisza, w ocenie eksperta, nie będzie szła wbrew tym nastrojom społecznym. Owszem, przestanie blokować pomoc unijną i zdystansuje się wobec Moskwy, ale Budapeszt nie stanie się autentycznym sojusznikiem Kijowa. Raczej będą to relacje poprawne.
Ma to się w ocenie Sadeckiego przejawić także w negocjacjach nad akcesją Ukrainy do UE. Ich faktyczne rozpoczęcie też było już od lat blokowane przez Fidesz. Tisza blokadę najpewniej zniesie, ale to nie będzie oznaczać, że jest fanem wizji Ukrainy w UE. Wręcz przeciwnie, można się spodziewać sceptycznego i protekcjonistycznego nastawienia.
gazeta.pl