wtorek, 7 lipca 2026



Nadto do sprawy wmieszał się nowy czynnik polityczny. „Liczyliśmy się z tym - oświadczył J. Łopatyński - ze Polacy nie będą bierni, sprawa z nimi nigdy nie była łatwa, przekonali się o tym wszyscy trzej rozbiorcy Polski. Nie sądziliśmy jednak, że rozbudują swój aparat podziemny aż do tego stopnia, iż zacznie on poważnie zagrażać naszym interesom państwowo-twórczym. Do tego doszedł jeszcze element radziecki, który nagle pojawił się na Wołyniu i Polesiu w postaci dużych zgrupowań partyzanckich, których obecność świadczyła, że Moskwa nie zamierza rezygnować z ziem zachodnioukraińskich na rzecz Polski. Trzecia sprawa to działalność melnykowców idąca w stronę utworzenia własnej armii u boku Hitlera, jak ongiś czynili to Polacy u boku Napoleona. Postanowiliśmy się wszystkim tym zamierzeniom i zakusom przeciwstawić. Nie mogliśmy w takiej sytuacji pozwolić sobie na luksus neutralności i bierności, które mogły nas wyeliminować z gry. Trzeba było zrezygnować z pierwotnego zamiaru i opracować inny wariant obrony przed czterema groźnymi siłami (Polacy, Rosjanie, Niemcy i melnykowcy), z których każda z osobna dążyła do wyeliminowania OUN (banderowców) z życia politycznego Ukrainy”. 

Jest to chyba najszczersza i najpełniejsza ocena sytuacji.

Uzupełnia ją Petro Połtawa, który włączył się do sporu z dużym talentem literackim. Atakuje on m.in. najmniej winnego w tym wszystkim Iwana Kedryna-Rudnickiego, członka Ukraińskiego Narodowo-Demokratycznego Zjednoczenia (UNDO), partii, która przed wojną w Polsce działała legalnie. Pisze on, że gdyby nie „flirt Melnyka z Keitlem i Rosenbergiem”, którego wynikiem był „nieślubny bękart” - antybanderowska SS „Hałyczyna” i gdyby nie „systematycznie powtarzające się napady AK na spokojną ludność ukraińską” (którym Kedryn zaprzecza), to nie byłoby UPA, w tym czasie i w takiej postaci. Nie byłoby też „surowych ekspedycji” przeciwko Polakom, które „studziły zapały krewkich ułanów spod znaku AK”. Nie bez winy byli także partyzanci radzieccy („czerwoni bandyci”).

Boroweć w swych wspomnieniach idzie jeszcze dalej, pisze że „...niemieckie samoloty wypalały wsie, a na drugi dzień na to samo miejsce wpadali moskiewsko-polscy partyzanci i dobijali resztę ludności”. Można na tej podstawie dojść do wniosku, że „moskiewsko-polscy partyzanci” współdziałali z Niemcami przeciwko UPA oraz ukraińskiej ludności cywilnej popierającej ukraińskich nacjonalistów. „Uczciwi patrioci ukraińscy (czyli banderowcy - E. P.) - kontynuuje P. Połtawa - nie mogli na to wszystko patrzeć obojętnie (...) UPA musiała stać się «najawną» rzeczywistością i nią się stała, jak Słowo stało się ciałem, na sławę Ukrainy”.

Edward Prus - Atamania UPA


Pomimo że walki o Konstantynówkę rozpoczęły się de facto we wrześniu 2025 r., to w ostatnich tygodniach tempo infiltracji miasta przez rosyjskie pododdziały przyspieszyło. Podobnie sytuacja rozwija się w rejonie Kupiańska, gdzie siły rosyjskie mają osiągać północną część miejscowości Kupjanśk-Wuzłowyj (doniesienia o przenikaniu grup do centrum miasta należy na tym etapie uznać za przedwczesne). Monitorująca sytuację na froncie grupa DeepState ocenia, że w czerwcu okupant zajął 84 km² ukraińskiego terytorium, a liczba rosyjskich szturmów wzrosła o 4,4%. Dowodzi to przełamania przez agresora obserwowanego na początku wiosny tego roku spowolnienia tempa postępów (według przesadzonych szacunków źródeł rosyjskich Rosjanie zajęli w czerwcu ponad 370 km²). Świadczy to o skuteczności taktyki przenikania małych grup dywersyjnych w warunkach gęstej zabudowy i mniejszej efektywności bezzałogowców ukraińskich. Koncepcja „linii dronów” realizowana przez SZU okazuje się znacznie skuteczniejsza w otwartym polu, natomiast w aglomeracji miejskiej rosyjskie grupy szturmowe wykorzystują możliwości skrytego podejścia i gromadzenia sił.

W ciągu ostatniego tygodnia wojska rosyjskie zintensyfikowały uderzenia na Kijów, dokonując dwukrotnie w odstępie zaledwie kilku dni zmasowanych i kombinowanych napadów powietrznych. Najpierw w nocy z 1 na 2 lipca agresor przeprowadził jeden z największych ataków na ukraińską stolicę z użyciem prawie 500 dronów uderzeniowych oraz 74 rakiet, z czego 28 balistycznych. W jego wyniku odnotowano zniszczenia w ok. 130 lokalizacjach, w tym m.in. w 20 wielopiętrowych budynkach mieszkalnych i domach prywatnych. Trafione zostały również budynki pogotowia ratunkowego oraz placówki medycznej, a także centrum logistyczne i obiekty infrastruktury energetycznej. Według źródeł rosyjskich zniszczone miały też zostać obiekty przemysłu zbrojeniowego, w tym zakłady Radioniks (wytwarzające m.in. komponenty elektroniczne do pocisków Flamingo firmy Fire Point), Atłon Awia (producent dronów) oraz Antonow (montaż bezzałogowców). Ogółem w ataku zginęło 30 osób, a ponad 100 zostało rannych.

Do kolejnego uderzenia na Kijów doszło w nocy z 5 na 6 lipca, tym razem z użyciem 419 środków napadu powietrznego, w tym 29 rakiet balistycznych. Zniszczono ok. 30 budynków mieszkalnych, w tym wielopiętrowe wieżowce. Śmierć pod gruzami poniosło 19 osób, a ponad 60 zostało rannych. W miejscowości Wysznewe pod Kijowem doszło z kolei do trafienia składu amunicji rozlokowanego wśród zabudowy mieszkalnej. W rezultacie eksplozji uszkodzonych zostało ok. 100 domów, zginęło siedem osób, a 29 zostało rannych. Z powodu zagrożenia kolejną detonacją z miejscowości ewakuowano kilkuset ludzi. Ze względu na skalę eksplozji i jej skutki prezydent Zełenski polecił SBU wyjaśnienie okoliczności zdarzenia. Rzecznik Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ihnat przyznał, że trafienia są skutkiem poważnego deficytu rakiet do systemów obrony powietrznej Patriot. Fakt ten potwierdził doradca ministra obrony Ukrainy Serhij Beskrestnow, informując o krytycznym niedoborze pocisków zdolnych do zwalczania rakiet balistycznych.

osw.waw.pl


Ukraińska kampania z wykorzystaniem dronów przeciwko rosyjskim rafineriom i infrastrukturze nadała działaniom wojennym nowy impuls. Parada wojskowa w Moskwie 9 maja była postrzegana jako wydarzenie odbywające się za milczącą zgodą Zełenskiego, co wielu uznało za upokorzenie dla Władimira Putina. Z kolei rozgorzały niedawno na nowo polsko-ukraiński spór dotyczący kwestii historycznych, zgodnie z sondażem Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii, wydaje się wywoływać na Ukrainie coś w rodzaju efektu flagi.

Wydarzenia te wydają się na tyle wpływać na wyniki sondaży dotyczących samego Zełenskiego, że druga tura wyborów przeciwko Kyryło Budanowowi, szefowi administracji jego i byłemu szefowi wywiadu wojskowego, wydaje się obecnie możliwa do wygrania przez obecnego prezydenta. Natomiast druga tura przeciwko Wałerijowi Załużnemu, byłemu głównodowodzącemu SZU, a obecnie ambasadorowi w Wielkiej Brytanii, wydaje się raczej wyrównana niż całkowicie poza zasięgiem.

Jednocześnie większość Ukraińców nadal nie chce, by organizowano wybory prezydenckie w czasie trwania wojny, a państwo nie dysponuje obecnie ramami prawnymi, środkami finansowymi ani praktycznymi możliwościami, by zorganizować je do jesieni.

(...)

Pomysł przeprowadzenia wyborów w czasie wojny nie jest nowy, ale do niedawna był odkładany na bok. W grudniu 2025 roku, pod presją Donalda Trumpa, Zełenski oświadczył, że rozważy przeprowadzenie wyborów w ciągu 60 do 90 dni, jeśli zachodni partnerzy zapewnią wystarczające gwarancje bezpieczeństwa. Rada Najwyższa, jednoizbowy parlament Ukrainy, rozpoczęła nawet prace nad przygotowaniem niezbędnych aktów prawnych.

W tamtym czasie kontekst polityczny był jednak zupełnie inny. Pozycja Zełenskiego była słaba. Szef jego biura, Andrij Jermak, zrezygnował ze stanowiska w następstwie dochodzenia antykorupcyjnego, a skandal energetyczny związany z firmami Mindicz i Energoatom skupiał uwagę na najbliższym otoczeniu prezydenta. Grudniowe sondaże sugerowały, że w bezpośredniej dogrywce Zełenski poniósłby sromotną porażkę zarówno z Załużnym, jak i Budanowem, przy czym badania wskazywały, że Załużny prowadziłby z przewagą około 20-25 punktów procentowych, a Budanow – około 10-15.

Od tamtej pory sytuacja uległa zmianie. Według Ukrainskiej Prawdy Zełenski spotkał się z kilkoma wysokimi rangą osobistościami, w tym z Budanowem, byłym ministrem obrony Rustenem Umerowem i przewodniczącym prezydenckiej partii Sługa Narodu Dawidem Arachamią, w rezydencji pod Kijowem, aby omówić, czy wybory są obecnie możliwe.

Jako możliwy termin wymieniono listopad. Wewnętrzne sondaże przedstawione podczas tego spotkania sugerowały znacznie bardziej wyrównaną rywalizację niż wcześniej – Zełenski tracił do Załużnego dużo mniej i był mniej więcej na równi z Budanowem.

centrumeuropy.pl

poniedziałek, 6 lipca 2026



Jak podaje rosyjska agencja Interfax, na całym Krymie występują problemy w dostępie do energii elektrycznej. Blackout jest wywołany ukraińskimi atakami wymierzonymi m.in. w podstacje elektryczne służące do zmiany napięcia prądu za pomocą transformatorów oraz rozdzielania energii między różnymi liniami.

Jak podaje z kolei ukraińska armia, tylko w lipcu uderzyła ona w 38 różnych elementów sieci energetycznej na Krymie i południowych terytoriach okupowanych przez Rosję, kontynuując operację, której celem jest paraliż okupowanego półwyspu.

Rosyjskie władze twierdzą, że przywrócą dostęp do energii elektrycznej do końca dnia, problemy z prądem oznaczają też jednak problemy z wodą, a od kilku tygodni na Krymie są też ogromne problemy z dostępem do paliwa.

onet.pl


Administracja Władimira Putina zażądała od kontrolowanych przez siebie mediów, aby przestały relacjonować skutki ukraińskich ataków na Rosję. W otoczeniu rosyjskiego prezydenta pojawił się pomysł, by za tego typu publikacje wprowadzić surowe kary.

Takie ustalenia przekazał portal Werstka, powołując się na trzy źródła w prorządowych mediach. Według nich takie polecenie miało nadejść z Kremla w drugiej połowie czerwca.

— Naciskali, żebyśmy zaprzestali publikowania nagrań i zdjęć pokazujących skutki ukraińskich ataków na nasze terytorium. Mamy za to częściej prezentować efekty naszych uderzeń — powiedział jeden z rozmówców redakcji. Inne źródło zauważyło, że na Kremlu wyrażono niezadowolenie z faktu, iż propaganda szeroko pokazuje konsekwencje ukraińskich ataków "z każdej strony".

Po tym poleceniu wiele dużych kanałów na Telegramie współpracujących z administracją prezydenta lub Ministerstwem Obrony, w tym Mash, Baza i Shot, gwałtownie ograniczyło publikacje dotyczące ataków lub całkowicie przestało o nich informować. Praktycznie nie relacjonowano m.in. ataków na rafinerie w Sławiańsku-na-Kubani i Kstowie w obwodzie niżnonowogrodzkim, a także na zakład obronny w Penzie. Co więcej, część kanałów usunęła wcześniej opublikowane zdjęcia i filmy przedstawiające skutki uderzeń na Moskwę.

Jedno ze źródeł zaznaczyło, że w wielu regionach takie ograniczenia dla mediów funkcjonują już od dawna, a za ich łamanie grozi odpowiedzialność administracyjna. Jednocześnie, jak twierdzi, w otoczeniu Władimira Putina "są jastrzębie, które domagają się wprowadzenia kar więzienia — i to na długie lata — za tego typu publikacje", jednak osoby odpowiedzialne w administracji prezydenta "nie chcą doprowadzać do takich represji".

onet.pl\The Moscow Times


W tym roku ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie rafinerie ropy 194 razy — to 11 razy częściej niż w całej pierwszej połowie 2025 r., jak wynika z analizy danych przeprowadzonej przez Financial Timesa. Ta nowa siła rażenia jest możliwa dzięki postępowi technologicznemu w rozwoju ukraińskich dronów. /Drony ukraińskie, ale często myśl techniczna z Zachodu - red./

W wywiadzie dla serwisu The Pioneer prezes Instytutu Gospodarki w Kilonii (IfW) Moritz Schularick opisuje to w następujący sposób: — To, co tak bardzo zmieniło się w ostatnich miesiącach, to przede wszystkim siła technologiczna Ukrainy. A nie [sama w sobie] słabość Rosji.

(...)

Kontynuowanie tej wojny jest dla Rosji znacznie droższe niż jeszcze kilka miesięcy temu. Oczywiście Putin może ją kontynuować, jednak będzie musiał to robić przy znacznych ograniczeniach i obciążeniach dla własnej ludności. Nie zwiększy to jego popularności, a on sam doskonale o tym wie.

Naukowcy z kilońskiego instytutu uważają dane publikowane przez Kreml dotyczące sytuacji gospodarczej Rosji za nierealistyczne — na przykład zapowiadany wzrost gospodarczy na poziomie 0,4 proc. Pomimo ogromnego wzrostu wydatków państwowych IfW informuje o przypuszczalnym ujemnym wzroście rosyjskiego PKB wynoszącym minus 0,3 proc. w pierwszym kwartale tego roku. Również na poziomie regionalnym rosyjska gospodarka znajduje się pod ogromną presją. Według IfW dwie trzecie z 89 rosyjskich regionów odnotowuje deficyty budżetowe już od jesieni 2025 r.

(...)

Badacz Schularick opisuje, jak rosnące niezadowolenie w Moskwie wpływa na stabilność reżimu Putina, następująco:

Z ekonomicznego punktu widzenia reżimy autokratyczne funkcjonują jak bańki finansowe. Kupujesz coś, bo wierzysz, że jutro sprzedasz to drożej — albo że wciąż będzie to miało jakąś wartość — mimo iż w danej chwili nie jesteś przekonany, czy przedmiot ten posiada jakąkolwiek realną wartość [w tym przypadku — czy inwazja na Ukrainę ma sens]. Ten mechanizm może jednak bardzo szybko ulec odwróceniu.

Dopóki elity i ogół społeczeństwa wierzą, że warto wytrwać, bańka ta się utrzyma. Jednak im bardziej kosztowna staje się wojna, tym bardziej wszystko zależy od tego przekonania.

Być może właśnie to tłumaczy, dlaczego Putin w miniony weekend sięgnął po telefon [i zadzwonił do prezydenta USA Donalda Trumpa z gratulacjami z okazji obchodów 250. rocznicy istnienia Stanów Zjednoczonych, a także by "zwrócić uwagę na preferencję polityczno-dyplomatycznego rozwiązania konfliktu" przez Rosję].

Teraz zwłaszcza Europa powinna właściwie odczytać te sygnały.

onet.pl\The Pioneer


Dekret prezydenta Trumpa ze stycznia 2025 r. powołujący DOGE ustalił również datę wygaśnięcia tej instytucji — na 4 lipca 2026 r.

— Mniejszy rząd, bardziej wydajny i mniej zbiurokratyzowany, będzie idealnym prezentem dla Ameryki z okazji jej 250. rocznicy powstania — powiedział prezydent Trump, ogłaszając utworzenie komisji.

/To ma bardzo, bardzo ironiczny wydźwięk, zważywszy na "korzyści" z DOGE Muska - red./

onet.pl\Politico

niedziela, 5 lipca 2026



Żeby zrozumieć, dlaczego nowe cło to rewolucja, trzeba wiedzieć, jak giganci z Azji działali do tej pory. Ich model opierał się na trzech filarach:
  1. Zasada de minimis: Paczki o wartości poniżej 150 euro były dotychczas zwolnione z cła.
  2. Algorytmiczne rozbijanie zamówień: Jeśli konsument kupował 10 rzeczy za łączną kwotę 80 euro, algorytm w chińskim magazynie nie pakował ich w jeden karton. Rozbijał zamówienie na pięć osobnych, mikroskopijnych foliopaków i wysyłał je niezależnymi kanałami jako osobne przesyłki.
  3. Darmowa wysyłka dzięki dotacjom: Chiński rząd dopłacał do międzynarodowych przesyłek pocztowych, przez co wysłanie paczki z Shenzhen do Warszawy bywało tańsze niż nadanie w paczkomacie z Krakowa do Gdańska.
Efekt: Tony plastiku zatykające europejskie sortownie, miliony paczek zgłaszanych jako prezenty o wartości 5 dol. i zero wpływów do budżetu UE.

Kluczowe w unijnych przepisach jest jedno sformułowanie: 3 euro od pozycji towarowej (SKU), a nie od całej paczki. Co to oznacza w praktyce?

Dla produktów kosztujących grosze stała opłata ryczałtowa drastycznie odwraca rachunek opłacalności. Algorytm, który do tej pory optymalizował zyski poprzez rozbijanie paczek, teraz musiałby generować gigantyczne straty.

onet.pl

sobota, 4 lipca 2026



– Biorąc pod uwagę stosunek wartości giełdowej do PKB, po uwzględnieniu inflacji, jest to najdroższy rynek w historii Ameryki – powiedział w wywiadzie dla CNBC Jeremy Grantham, legendarny inwestor i współzałożyciel firmy zarządzającej aktywami GMO.

(...)

Uczestnicy rynku coraz częściej skłaniają się jednak ku argumentom sceptyków. Analitycy Bank of America zauważają, że w tygodniu kończącym się 1 lipca amerykańskie fundusze inwestycyjne odnotowały odpływ kapitału na poziomie 17,2 mld USD. To najszybsze tempo wycofywania środków z tamtejszego rynku akcji od marca tego roku.

Głównym powodem niepokoju inwestorów są wygórowane wyceny spółek związanych z technologią sztucznej inteligencji. Zamiast tego kapitał szuka alternatywnych i bezpieczniejszych kierunków. W tym samym okresie akcje japońskie przyciągnęły 1,9 mld USD nowych środków, co stanowiło największy napływ od siedmiu tygodni.

bankier.pl


No właśnie – nakłady na sprzęt. Raport BIS przytacza dane z 2024 r. według których firmy AI generowały w USA i Korei około 13 proc. łącznych przychodów wszystkich spółek giełdowych – ale odpowiadały odpowiednio za 23 i 26 proc. całkowitych nakładów inwestycyjnych (CAPEX). Innymi słowy: sektor AI inwestuje dużo więcej, niż aktualnie zarabia. Jest jednym wielkim ryzykownym zakładem na przyszłość.

Co więcej dane z 2024 r. są w przypadku tej branży niemal archaiczne. Praktycznie co kwartał największe amerykańskie spółki giełdowe ogłaszają kolejne rekordy CAPEX-u. To skrót od capital expenditures, czyli wydatków kapitałowych na zakup, budowę lub ulepszenie aktywów trwałych, z których korzyści rozkładają się na wiele lat.

W przypadku firm AI chodzi głównie o budowę centrów danych – wzniesienie budynków, zakup tysięcy GPU i akceleratorów, przyłączenie prądu lub wręcz budowę własnej elektrowni, realizację systemów chłodzenia itd. To wszystko inwestycje wirtualnej gospodarki w tę realną.

Największe firmy prowadzące te inwestycje określa się mianem hyperscalerów. I faktycznie mówimy o hiper-skali, skoro prognozy z pierwszego kwartału 2026 r. zakładały, że Google, Amazon, Microsoft i Meta planują przeznaczyć w 2026 r. łącznie aż 725 mld dolarów na nakłady inwestycyjne, co stanowi wzrost o 77 proc. w porównaniu z rekordową kwotą 410 mld dolarów w 2025 r.

Ten zakład polega na tym, że giganci technologiczni wydają wszystkie bieżące i przyszłe przepływy pieniężne na budowę infrastruktury, która ma zapewnić im przewagę konkurencyjną i zyski w przyszłości. Problem w tym, że nie ma jeszcze solidnych modeli biznesowych, w których te zyski w końcu się pojawiają. Sceptycy twierdzą, że Dolina Krzemowa mówi tylko o ilości „przepalanych” tokenów (jednostek danych będących podstawą wyceny rzeczywistych kosztów korzystania z AI), aby w ten sposób odwrócić uwagę od ilości przepalanych pieniędzy.

Szerokim echem odbija się choćby głos Eda Zitrona, pisarza i właściciela firmy public relations. W wywiadzie dla „Forbes” z października 2025 r. wyjaśnił on, że ma do AI dwa zastrzeżenia. Po pierwsze duże modele językowe (LLM) nie są w stanie zapewnić takiego poziomu automatyzacji jak twierdzą ich zwolennicy, albowiem ich wyniki mają tylko charakter probabilistyczny; nie ma tam żadnej „myśli” ani tym bardziej „inteligencji”. Po drugie firmy zajmujące się generatywną sztuczną inteligencją są bardzo nieopłacalne, marnując ogromne kwoty tylko po to, aby osiągać skromne przychody.

„Według moich szacunków, biorąc pod uwagę wszystkie firmy zajmujące się generatywną sztuczną inteligencją, hiper-skalerów i neochmury, łączne przychody w branży AI wynoszą jedynie około 61 miliardów dolarów, a to przy setkach miliardów dolarów nakładów kapitałowych i kapitału venture” – mówił pod koniec 2025 r.

„Sytuacja finansowa OpenAI budzi poważne obawy. Straty w wysokości 38,53 mld dolarów są astronomiczne i znacznie przewyższają oczekiwania większości osób. Wydaje się również, że straty te rosną z roku na rok w dramatycznym tempie i nie jestem pewien, w jaki sposób firma ta ma znaleźć drogę do jakiejkolwiek stabilności finansowej lub rentowności” – pisał zaś w czerwcu 2026 r. na swoim blogu. na podstawie danych finansowych do których dotarł „Financial Times”. Właściciel ChataGPT nie jest bowiem jeszcze spółką publiczną.

Zitron argumentuje, że skala wydatków na modele używane do tego samego: streszczania, wyszukiwania, generowania treści, zaczyna robić się niebezpieczna i dla giełdy, i dla całej gospodarki.

Co więcej w powtarzalnych zadaniach gdzie AI rzeczywiście się sprawdza, jak np. w programowaniu, staje się coraz droższa. Według firmy Gartner do 2028 r. koszty programowania za pomocą sztucznej inteligencji przewyższą średnie wynagrodzenie programisty. Stanie się tak ze względu na rosnące zużycie tokenów w dużych modelach językowych oraz dominację modeli licencyjnych opartych właśnie na ich zużyciu. AI, które miało zastąpić programistów, stanie się droższe niż oni.

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 3 lipca 2026



PAP: Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła w środę ustawę o Panteonie Narodowym. Procedowano ją w ekspresowym tempie. Skąd takie przyspieszenie?

Jarosław Hrycak /ukraiński historyk - red./: Przypomnę, że ustawa czekała ponad 10 lat. Pierwszy jej projekt pojawił się w 2015 roku, kiedy prezydentem był Petro Poroszenko. Do niedawna prezydent Wołodymyr Zełenski w ogóle nie interesował się tą kwestią. Po polsko-ukraińskiej awanturze o ordery, upamiętnienie bohaterów stało się nagle ważne. Pamiętajmy jednak, że Panteon w dzisiejszej formie to inicjatywa jednej partii, jeśli Sługę Narodu można w ogóle nazwać partią. A nawet nie tyle partii, ile grupy najbliższych współpracowników Zełenskiego, która uformowała się po dymisji poprzedniego szefa kancelarii prezydenta Andrija Jermaka. Mówimy o szefie gabinetu prezydenta Kyryle Budanowie i Irynie Wereszczuk. Podejrzewam, że szczególną rolę w uchwaleniu ustawy o Panteonie Narodowym odegrała właśnie Wereszczuk. Była wicepremier i ministra ds. reintegracji tymczasowo okupowanych terytoriów jest bardzo aktywna i ma skłonność do wywoływania skandali. W odróżnieniu od Zełenskiego i Budanowa, którzy nie mają w tej dziedzinie kompetencji, Wereszczuk zna bardzo dobrze historię Ukrainy, w tym dzieje UPA, gdyż pochodzi z Zachodniej Ukrainy. Mam wrażenie, że w otoczeniu prezydenta mamy do czynienia ze swoistym konkursem na idee, jak jeszcze bardziej wyraźnie upamiętnić Ukraińską Armię Powstańczą. 

PAP: Czy ustawa o Panteonie Narodowym ma służyć wzmocnieniu morale armii ukraińskiej?

J.H.: Nic z tych rzeczy. Rozmawiałem z historykami, którzy brali udział w ostatniej naradzie u prezydenta w sprawie ustawy o Panteonie Narodowym. Tłumaczyli mi, że ich zdaniem Zełenski przeforsował ustawę z powodów politycznych, mając nadzieję, że dzięki temu zapewni sobie wygraną w wyborach prezydenckich, kiedy wreszcie się odbędą. To jest oczywiście hipoteza, bo nie mam na to żadnych twardych dowodów. Administracja Zełenskiego jest bardzo szczelna i trudno dowiedzieć się, co dzieje się w otoczeniu prezydenta, a jeszcze trudniej zrozumieć jaką logiką się ona kieruje. Nawet za prezydentury Wiktora Janukowycza było pod tym względem lepiej.

Dlaczego myślę, że ta hipoteza jest prawdziwa? Otóż w ukraińskiej polityce od paru lat panuje żelazna zasada – prezydentem zostaje ten, kto zdobywa większe poparcie w Zachodniej Ukrainie. W tej części kraju jest zawsze większa mobilizacja wyborców, więcej ludzi idzie do urn. To dlatego w 2019 roku Poroszenko startował do wyborów prezydenckich z hasłem „Armia, język, wiara”, odwołującym się do trzech kluczowych filarów państwowości. Myślał, że jego głównym rywalem będzie Julia Tymoszenko, ale pojawił się Zełenski i wywrócił polityczny stolik. Po pełnoskalowej agresji Rosji Zachodnia Ukraina stała się jeszcze ważniejsza, bo Wschód jest częściowo okupowany, zaś Kijów mentalnie i tożsamościowo przesunął się na Zachód.

PAP: Kijów stał się takim wielkim Lwowem?

J.H.: Coś w tym rodzaju. A wracając do Zełenskiego – jego metodą na sukces jest polityczna kreatywność, łamanie stereotypów i coraz bardziej oryginalne posunięcia. Chodzi o to, aby cały czas zaskakiwać przeciwników.

PAP: Jak to się stało, że tak bardzo wzrosły wpływy Iryny Wereszczuk?

J.H.: Tego do końca nikt nie wie. Podobnie jak cała partia Zełenskiego, Wereszczuk na szczyty polityki wspięła się w zasadzie znikąd. Po studiach była oficerem w Siłach Zbrojnych Ukrainy, potem w latach 2010–2015 burmistrzem Rawy Ruskiej, niewielkiego miasta Zachodniej Ukrainy. W górę niosła ją fala odmłodzenia ukraińskiej polityki. W 2020 roku była kandydatką Sługi Narodu na mera Kijowa. Kampanię prowadziła tak jak były burmistrz Londynu, a potem premier Wielkiej Brytanii — Boris Johnson. Nosiła ze sobą nawet podobny parasol, ale przegrała z Kliczką. 

Jurij Łucenko, były prokurator i były minister spraw wewnętrznych Ukrainy za prezydentury Poroszenki twierdzi, że za przyśpieszeniem prac nad Panteonem Narodowym stoi właśnie Wereszczuk. Była wicepremier temu zaprzecza, ale z tego, co wiem, przewodniczyła naradzie ekspertów w tej sprawie. Zresztą jej asystentka zapraszała mnie na to spotkanie, ale odmówiłem. W grupie doradzającej w tej kwestii prezydentowi jest około 20 osób, ale tylko część z nich to historycy. Pośród nich są też wybitne osobistości jak np. Josyf Zisels, dysydent z czasów ZSRR, obrońca praw człowieka, działacz społeczny żydowskiej mniejszości na Ukrainie, który w 1988 r. założył w Czerniowcach pierwszą w naszym kraju organizację żydowską. Niedawno rozmawiałem z nim o Panteonie Narodowym. Delikatnie mówiąc Zisels nie jest entuzjastą tego projektu. Uważa, że to etniczna manipulacja i zwraca uwagę na fakt, że do tej pory w Ukrainie nie powstało muzeum Holokaustu.

PAP: W Polsce politycy i eksperci zastanawiają się jakie postaci poza Stepanem Banderą zostaną upamiętnione w ukraińskim Panteonie Narodowym? Czy wśród nich znajdą się odpowiedzialni za zbrodnie przeciwko Polakom — Kłym Sawur i Roman Szuchewycz?

J.H.: Sawura nie będzie, a jeśli chodzi o inne nazwiska, dyskusje wciąż trwają. Na tej niedawnej naradzie, o której wspomniałem, eksperci zostali poproszeni o rozszerzenie listy. Wszystko kręci się wokół nazwisk, a wciąż nie ma koncepcji, jak miałby wyglądać ten cały Panteon Narodowy. Nie wiadomo czy dojdzie do sprowadzenia prochów postaci, które miałyby się w nim znaleźć. Niewiadomych jest wiele, a wszystko kończy się na sloganach. Co gorsza, cała ta sprawa doprowadziła do jeszcze większego pogorszenia relacji z Polską, choć nikt z osób stojących za tym projektem nie miał tego na celu.

(...)

PAP: Niepokoi pana to, że prezydenci Wołodymyr Zełenski i Karol Nawrocki nie kwapią się, by spotkać się, podać sobie ręce i próbować załagodzić spór?

J.H.: To jest duży problem. Obawiam się, że do przełomu w tej kwestii może dojść tylko po zmianie władzy w Ukrainie — jeśli wojna skończy się za rok czy dwa, a wybory wygra Wałerij Załużny, były Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, a dziś ambasador w Londynie.

Na razie Załużny milczy w sprawie sporu z Polską. Jak podał serwis „Ukraińska Prawda”, był on niedawno w Kijowie, gdzie rozmawiał z Zełenskim i Budanowem. Oficjalnym tematem spotkania była zapowiedź dymisji premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, ale źródła „Ukranskiej Prawdy” twierdzą, że prezydent i szef jego kancelarii próbowali namówić Załużnego do tego, by zrezygnował ze startu w wyborach prezydenckich. Ten podobno odmówił, argumentując, że spora część społeczeństwa chce, aby w nich wystartował.

Jeśli chodzi o prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie, musimy poczekać do zakończenia wojny. Nie znam żadnego przypadku w historii, kiedy dwa zwaśnione narody pojednałyby się w czasie kiedy jeden z nich walczył o przetrwanie. Co więcej, o pojednanie będzie łatwiej, jeśli Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, bo wtedy Ukraińcom będzie łatwiej rozliczyć się z historią.

Uważam, że wszystkie te slogany, że „z Banderą Ukraina do UE nie wejdzie” są kontrproduktywne, bo wzmacniają nastroje eurosceptyczne w społeczeństwie ukraińskim. Wiadomo, że po tym, co się stało, Ukraina nie wróci już do Rosji, ale jeśli ludzie zobaczą, że Europa się od nas odwraca, przestaniemy dążyć do tego, by stać się częścią Zachodu. Taki obrót rzeczy byłby dla nas samobójczy.

PAP: Mówi pan o scenariuszu, w którym Ukraina stałaby się taką drugą Turcją – krajem pomiędzy Wschodem i Zachodem?

J.H.: To byłoby groźne zarówno dla Ukrainy, jak i Polski. Zastanówcie się, czy chcielibyście mieć takiego sąsiada?

PAP