niedziela, 12 lipca 2026



Od samego początku swojego istnienia do upadku za panowania Iwana Groźnego Nowogród zachował charakter typowej dla pradawnych Słowian republiki. Gdy Słowianie budowali gród, nie było jednego zarządcy; dopiero na czas wojny wyznaczano naczelnika. W czasie pokoju władzę naczelną wspólnoty stanowił wiec (wiecze), czyli rada starszych, naczelników rodów, ludzi cieszących się we wspólnocie największym poważaniem. Wiec nie stanowił zgromadzenia ogółu; wiec jako rada ogółu pojawił się znacznie później. W owym czasie słowo „wódz” konotowało tego, który jest najlepszy spośród równych. Dziedziczność wodzostwa pojawiła się wśród ludów słowiańskich później i była legitymizowana bądź mocami uzdrowicielskimi (koncepcja pochodząca od skandynawskich Waregów), bądź wcieloną teokracją – ideą pomazańca bożego (koncepcja pochodząca z kręgu kultury bizantyńskiej i Cerkwi).

Gdy Ruryk na 126 lat przed przyjęciem chrztu przez Ruś mianował Nowogród swoją stolicą, nie mógł doń przybyć w celu pełnienia funkcji książęcej w późniejszym rozumieniu. Obywatele Nowogrodu zapewne w ogóle nie znali tego terminu; wiedzieli natomiast, kim są „wojewoda” (naczelny dowódca wojskowy), „posadnik” (szef administracji grodu), „tysiecznik” (szef oddziału miejskiego pospolitego ruszenia). Co ciekawe, termin „kniaź” pochodzi od wareskiego słowa Konung. Można więc przypuszczać, że gdy Ruryk został kniaziem i wymusił posłuch, to pełnił funkcję wojskową, lecz na pewno nie przybył po to, by pełnić wśród ludności słowiańskiej funkcję sędziowską. Przez 126 lat przed Włodzimierzem Wielkim władzę sądowniczą sprawowała starszyzna – tym samym wykonująca jeden z najważniejszych atrybutów władzy. Opłacani i wybierani przez starców Waregowie nie pełnili swoich funkcji dożywotnio. Ponadto uzupełniali ich bojarzy – elita wojenna miasta. W Nowogrodzie panowała rada panów. Stopniowo władza wyboru przechodziła na coraz szersze kręgi Nowogrodzian. Przykładowo, uczestnicy walk – dziesiętnicy – wyegzekwowali z czasem możliwość współdecydowania o wyborze tych, którzy będą ich sądzili.

W 1136 roku republika miejska Wielkiego Nowogrodu przybrała tytuł „Pan Nowogród Wielki”. Znak silnej i wielkiej tożsamości zbiorowej, a nawet – tożsamości podmiotu prawnego. Ktoś, kto siebie nazywa „Panem”, wymownie demonstruje, że nie potrzebuje nad sobą władców i panów. Powstały w stanie niemal permanentnej wojny ustrój Nowogrodu można uznać za demokrację wojskowo-kupiecką.

Układ społeczny i polityczny Nowogrodu formował się w korelacji z rozwijającym się kształtem miasta. Najpierw były gród i puste podgrodzie, które połączyły się z osadami znajdującymi się na terenach nerwskiego, słowenskiego i lidinskiego konca – dzielnicy. Słowenski konec powstał na miejscu wsi o nazwie Holm (wzgórze). Trzy często skłócone ze sobą regiony miasta mogły być pierwotnie zaludnione osobno przez trzy etnosy zakładające miasto – Słowian, Finów i Bałtów, później jednolicie nazywanych Rusinami, jak wszyscy, którzy przyjęli prawosławie. Nowogród miał liczną wspólnotę zagranicznych kupców mieszkających na wschodnim brzegu rzeki Wołchow, twarzą w twarz z ufortyfikowaną dzielnicą Świętej Sofii na zachodnim brzegu. Nowogród był i jest do dziś podzielony przez rzekę Wołchow na dwie części – stronę Torgowaja (Handlową) i Sofijewska (Zofijska). Na zachodniej stronie znajdują się konce nerewski, zagorodzki i liudin, a na wschodzie – płotnicki i słowenski. Antagonizm między stronami prowadził czasem do walk na moście. Każdy konec (dzielnica) miał lokalny wiec. Każdy wolny obywatel dzielnicy miał prawo uczestniczyć w wiecu dzielnicowym, by np. wybrać naczelnika dzielnicy zwanego konczackim posadnikiem. Każda dzielnica miała obowiązek wystawiać w razie potrzeby 200 wojowników na czele z dowódcą – sotskim.

W późnych latach XII wieku biskup Nowogrodu był nominalnym naczelnikiem miasta z jego ogromnym imperium handlowym. Tylko od czasu do czasu ustanawiano księcia pochodzącego spoza miasta: musiał zostać zaproszony przez wiec, czyli radę miasta. Częstotliwość dymisjonowania książąt odzwierciedlała podział na walczące frakcje wśród bojarów i kupców, którzy faktycznie dominowali w mieście. Mimo swojego bogactwa i milicji (pospolitego ruszenia) miasto rzadko było w stanie samo bronić się przeciwko poważnemu zagrożeniu z zewnątrz. W takich sytuacjach książę był zapraszany do dowodzenia nowogrodzkimi siłami zbrojnymi i do wzmocnienia milicji miejskiej własną drużyną, czyli prywatną armią.

Nowogród był pierwszym z ruskich miast, które ruszyły na wschód. Mniej więcej około 1100 roku jego kupcy przekroczyli nawet północne góry Uralu i wkroczyli na bezkresne bagna dorzecza Obu. Bezpośrednie rządy Nowogrodu wkrótce osiągnęły Arktykę, nazwaną „Krajem Północy”. Rozsiane pogosty (centra administracyjne) kontrolowały fińskich i ugryjskich tubylców, zbierając daniny i utrzymując szlaki wodne. Mimo zimna dzikie północne pustkowia przynosiły zysk: dawały dużo skór, kości morsów i suszonej ryby. Futra dostarczały Nowogrodowi środków finansowych na zakup pożywienia, którego nie sposób było znaleźć w odpowiedniej ilości w okolicznym lesie. Czasami nowogrodzcy kupcy byli zmuszeni stawać się uszkujnikami, czyli piratami rzecznymi. Biedniejsze klasy traktowały północ jako miejsce do wzbogacenia się – średniowieczna wersja amerykańskiego Dzikiego Zachodu. Na północy powstawały też osiedla chłopów, posiadłości bojarskie i prawosławne monastery.

Kampanie organizowane na Daleki Wschód były kosztowne. Jedna z armii wysłanych przeciwko Ugrom w 1079 roku zniknęła bez śladu. W 1193 roku siły skierowane nad rzekę Peczorę zostały zmiecione. Rusini zaczęli więc wierzyć, że źli ludzie zostali zamknięci za górami Ural, gdy Aleksander Wielki poprosił Boga o uwolnienie świata od tego strasznego ludu. Jedynie wejście do nich stanowiła mała miedziana brama w pierścieniu skał, która ma być otwarta w dzień Sądu Ostatecznego. Ugrowie mieszkający na zachód od Uralu chętnie podtrzymywali ten mit, by prawdopodobnie utrzymać kontrolę nad handlem futrami.

Jerzy Pluta - Jezioro Pejpus 1242

sobota, 11 lipca 2026



Naczelnik wydał swym szwadronom rozkaz: anihilować Brauna. Dlatego politycy PiS stają do wyścigu na nacjonalizm i antyukraińskie szaleństwo. W partii pojawił się nawet pomysł, żeby zażądać reparacji za Wołyń, ale został uznany za zbyt ekstremalny. Przynajmniej na tym etapie.

Jeśli zna się to założenie, staje się jasne, dlaczego PiS wyraźnie skręca w stronę ekstremy — otóż Jarosław Kaczyński postawił przed swymi ludźmi zadanie zbicia notowań Korony Grzegorza Brauna poniżej 5 proc. Chodzi rzecz jasna o to, żeby Braun nie wszedł do Sejmu, bo wówczas Kaczyński może być zmuszony dogadywać z nim koalicję — a to partner niebywale trudny i wizerunkowo dla PiS niewygodny. 

Ale jest w tym także drugi cel, znacznie ważniejszy. Otóż prezes obawia się, że jeśli Braun dostanie się do Sejmu, to jeszcze bardziej zyska na popularności i w perspektywie kilku lat drastycznie osłabi notowania PiS. To nie jest obawa bezpodstawna. Wyraźne spadki sondażowe PiS w ciągu ostatniego roku wynikają — jak pokazują wewnętrzne badania Nowogrodzkiej — właśnie z odpływu wyborców do Brauna.

Kaczyński robi więc, co może, by upodobnić PiS do Korony, a siebie do Brauna. To oznacza nade wszystko, że musi się odciąć od swej własnej polityki wsparcia dla Ukrainy po ataku Rosji w 2022 r. To, co pomogło Ukraińcom przetrwać najazd putinowskiej hordy i co kiedyś stanowiło powód do dumy, jest dziś dla PiS niewygodne i wstydliwe.

Stąd kompletnie groteskowe ataki na szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza za to, że na prośbę Amerykanów i sekretarza generalnego NATO przekazał Ukrainie pięć — powtórzmy: PIĘĆ — pocisków Patriot. Za swych czasów PiS wysłało na Ukrainę sprzęt wart prawie 15 mld zł. Za obecnego rządu pomoc jest jak dotąd 10 razy niższa.

Ekstremizm ma przykryć fakty — dlatego ataki na Ukraińców muszą być intensywniejsze, zaś kult Wołynia tym bardziej okazały. Kaczyński rozumie, że prawicowy vox populi oczekuje wstrzymania pomocy dla Ukrainy i dyskryminacji Ukraińców w Polsce i mu ulega, bo chce wrócić do władzy i ocalić swą partię przed politycznym kanibalizmem ze strony Brauna. W PiS pojawił się nawet pomysł, żeby zażądać reparacji za Wołyń, ale został uznany za zbyt ekstremalny, przynajmniej na tym etapie. Za to już jesienią zeszłego roku prezydent skierował do Sejmu przepisy o zakazie banderyzmu.

W ekstremizm idą nawet politycy uważani dotąd za relatywnie umiarkowanych — jak Mateusz Morawiecki. Jeszcze do niedawna — jako bodaj ostatni w PiS — odmawiał zwrotu medalu, który dali mu Ukraińcy za pomoc po wybuchu wojny. Finalnie zmienił zdanie i przekazał swój medal do Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej — tak jakby wojna w Ukrainie miała jakikolwiek związek z Wołyniem. To ten sam Morawiecki, którego rząd pomagał Ukrainie, który jeździł do Kijowa w najtrudniejszych chwilach — i którego najbliższy współpracownik Michał Dworczyk zajmuje się ekshumacjami na Wołyniu.

Namaszczenie przez Kaczyńskiego prawicowego ekstremisty Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera nie poprawiło notowań partii.

(...)

W PiS nie brakuje jednak sceptyków, którzy uważają, że wyrok wydany przez Kaczyńskiego na Brauna nie ma żadnego znaczenia. Prawicowy elektorat raz urzeczony trydenckim rytem Brauna, jego antyunijną retoryką i wymierzonymi w Ukraińców rozróbami, do PiS już nigdy nie wróci. Powód jest prosty — jak daleko Kaczyński by poszedł w swym ekstremizmie, to są granice, których nie przekroczy. Może na wzór Brauna pomstować na Brukselę i Kijów, ale na Tel Awiw pomstować nie będzie. Odebrał lekcję w 2018 r., gdy Amerykanie wprowadzili nieformalne sankcje na oficjeli PiS po tym, gdy Kaczyński wpadł na pomysł ścigania tych badaczy, którzy przypisują niektórym Polakom współodpowiedzialność za Holokaust.

Przez ćwierć wieku nikt na prawicy nie pokonał Kaczyńskiego ani nie uszczknął mu na stałe poważnej części elektoratu. A Braun zabrał Kaczyńskiemu dobre 10 pkt, i to w niewiele ponad rok. 

onet.pl\Newsweek


— Obecnie PiS licytuje się ze skrajnością wszystkich skrajności w postaci Grzegorza Brauna. I w nieco mniejszym stopniu z Konfederacją, która mówiła o relacjach polsko-ukraińskich innym językiem od PiS, co jej bardzo pomogło wtedy, kiedy nastroje społeczne zaczęły się zmieniać. A działo się to już w 2023 r. — mówi prof. Chwedoruk.

Kto skorzysta na tego rodzaju ruchach oraz na wciąż eskalujących nastrojach antyukraińskich?

— Dopóki trwa wojna, będzie to służyło Braunowi i w dalszej kolejności Konfederacji. Jeśli partie głównego nurtu dokonają czegoś w rodzaju słynnego "zeitenwende" w Niemczech [zmiany w polityce zagranicznej, energetycznej i bezpieczeństwa, ogłoszone przez kanclerza Olafa Scholza w 2022 r. w reakcji na inwazję Rosji na Ukrainę] i dostosują, urealnią politykę do tego, co rzeczywiście ma miejsce w przestrzeni międzynarodowej, to temat przestanie być tak istotny w przestrzeni publicznej — uważa ekspert.

— Świetnie to było widać latem 2023 r., kiedy na kanwie konfliktu o zboże gwałtownie rosła Konfederacja, osiągając dwucyfrowe wyniki procentowe. Ale kiedy PiS i w jakimś stopniu także PSL zaczęły podnosić ten problem, który ostatecznie został rozwiązany, to wyniki Konfederacji zaczęły spadać. Analogicznie, jeżeli Polska będzie prowadziła politykę historyczną bardziej asertywną i koncyliacyjną wobec Ukrainy, to ten trend w zmieniających się nastrojach społecznych zostanie zahamowany — ocenia politolog.

onet.pl

piątek, 10 lipca 2026



Wiatraki stały się ciałem – w lipcu do stacji elektroenergetycznej PSE Choczewo na Pomorzu trafiła moc z morskiej farmy wiatrowej Baltic Power budowanej przez Orlen i kanadyjską Northland Power. Energia popłynęła do polskiej sieci elektroenergetycznej, co trudno uznać za cokolwiek innego niż prawdziwy przełom w krajowej energetyce.

Co prawda, Baltic Power nie jest jeszcze ukończona – zainstalowano jak dotąd 54 z 76 turbin, ale część farmy już działa. Farma osiągnęła etap First Power, co oznacza, że uruchomiono produkcję energii przez pierwszą turbinę. Kolejne turbiny będą w najbliższych tygodniach przechodzić rozruch i testy, a wytwarzana przez nie energia będzie trafiać do sieci. Moc farmy będzie rosła, aż osiągnie docelowe 1,2 GW.

„Wszystkie inwestycje niezbędne do wyprowadzenia mocy z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku zostały zrealizowane na czas. Był to duży wysiłek zarówno ze strony PSE, jak i lokalnych, pomorskich firm, które wybudowały stację Choczewo. To także przykład wykorzystywania środków z Krajowego Planu Odbudowy do budowania infrastruktury przyszłości, dzięki której Polska będzie mogła się rozwijać” – skomentował prezes PSE Grzegorz Onichimowski.

(...)

W Łebie działa stacja serwisowa Baltic Power, która przez około 30 lat będzie odpowiadać za sprawne działanie farmy. W znajdującym się tam Morskim Centrum Koordynacyjnym zarządza się ruchem statków pływających po inwestycji.

(...)

Historia Baltic Power sięga 2019 r., gdy rozpoczęły się prace związane z budową infrastruktury potrzebnej do przyłączenia i wyprowadzenia mocy. Wówczas też zakończony kluczowy etap budowy stacji Choczewo.

Na potrzeby wyprowadzenia mocy z odnawialnych źródeł energii (OZE) PSE budują dwie stacje elektroenergetyczne i ponad 250 kilometrów linii najwyższych napięć, a istniejąca infrastruktura jest modernizowana. W planach jest także budowa kolejnych stacji i linii na potrzeby powstającej w regionie elektrowni jądrowej – przekazały PSE w komunikacie.

Po ukończeniu prac na farmie będzie pracować 76 turbin o mocy 15 MW każda. Baltic Power będzie wytwarzać około 4 TWh energii elektrycznej rocznie, co ma pokryć ok. 3% zapotrzebowania na prąd w Polsce, czyli może zasilić ok. 1,5 mln gospodarstw. Baltic Power leży ok. 23 km od brzegu na wysokości Choczewa i Łeby.

Z kolei stacja elektroenergetyczna w Choczewie zajmuje powierzchnię 25 hektarów, co można porównać do 35 boisk piłkarskich. Powstało tam 40 pól 400 kV wyposażonych w blisko 800 aparatów wysokiego napięcia – przekazały PSE. W najbliższym czasie do stacji w Choczewie przyłączone zostaną także dwie inne morskie farmy wiatrowe: budowana przez PGE Baltica 2 i należąca do Ocean Wind C-Wind. W sumie do stacji, według obecnych planów, mają zostać przyłączonych sześć farm, których łączna moc wyniesie blisko 6 GW, czyli więcej niż cała Elektrownia Bełchatów. Ze stacji korzystać mają także centra danych i magazyny.

energetyka24.com
 
 
Po atakach Sił Zbrojnych Ukrainy na rosyjskie statki handlowe, w tym tankowce floty cieni, Rosja wstrzymuje tymczasowo ruch statków na kanale łączącym Don z Morzem Azowskim, co znacznie ograniczy eksport rosyjskich zbóż - poinformował w piątek Reuters, powołując się na źródła w sektorze eksportowym.

Decyzja rosyjskich władz jest następstwem ataków, jakie Ukraińcy przypuścili na statki na Morzu Azowskim.

W ocenie ekspertów odbije się to na sprzedaży rosyjskiej pszenicy transportowanej przez Morzem Azowskie i może ograniczyć eksport o 25 proc.

Wcześniej w piątek dowództwo ukraińskiej armii poinformowało, że w nocy z czwartku na piątek siły ukraińskie zaatakowały 18 rosyjskich statków, w tym 13 tankowców floty cieni. Dobę wcześniej Ukraińcy zaatakowali na Morzu Azowskim 12 tankowców rosyjskiej floty cieni, a także holownik i drobnicowiec. 

PAP


Od końca maja w Rosji rozwija się kryzys paliwowy, który przejawia się fizycznym deficytem paliw w większości regionów oraz rosnącymi cenami benzyny i oleju napędowego. Trudności te – najpoważniejsze w sektorze paliwowym od początku istnienia Federacji Rosyjskiej – stanowią bezpośredni efekt trwającej od marca fali ukraińskich ataków na infrastrukturę energetyczną, przede wszystkim rafinerie naftowe. Siły Zbrojne Ukrainy co najmniej raz zaatakowały każdy z dużych zakładów przerobu ropy w europejskiej części FR, a na początku lipca po raz pierwszy trafiły także największy z funkcjonujących obiektów rafineryjnych w syberyjskim Omsku.

Uderzenia przełożyły się na rekordowy spadek przetwórstwa ropy, którego poziom – według danych platformy Kpler – obniżył się w czerwcu do 4,1 mln bbl/d (w sezonie letnim 2025 r. wskaźnik ten mieścił się w przedziale 5–5,2 mln bbl/d). Biorąc pod uwagę średni przerób rafineryjny z 2022 r. – a więc sprzed ataków ukraińskich – przetwórstwo zmalało o blisko jedną trzecią. Problemy rafineryjne znajdują odzwierciedlenie w rosnących cenach – od początku roku Rosyjski Urząd Statystyczny odnotowuje wzrost cen detalicznych benzyny i diesla w przedziale 11–12%, co dwukrotnie przewyższa oficjalny wskaźnik inflacji. Nie odzwierciedla to rosnących jeszcze bardziej cen na giełdzie (wzrost o nawet 40% od stycznia 2026 r.) ze względu na subsydiowanie sektora z budżetu, co chroni konsumentów indywidualnych.

Rozmiar kryzysu zmusił rosyjskie władze do reakcji, która nie wykracza dotychczas poza interwencyjne działania regulacyjne. Rozwiązania te będą mogły jedynie częściowo załagodzić skutki deficytu paliwa. W około połowie rosyjskich regionów wprowadzono reglamentację jego sprzedaży. Rząd FR m.in. zwiększył import benzyny (głównie z Białorusi, ale również z Indii), zezwolił na produkcję paliwa o obniżonym standardzie emisyjności oraz wprowadził zmiany w zasadach subsydiowania sektora paliwowego.

Przy założeniu wciąż utrzymującego się tempa ataków Ukrainy sytuacja będzie się jednak dalej pogarszać z uwagi na niemożność przeprowadzenia prac naprawczych, a także wyczerpywanie się zapasów paliwowych. Nie można przy tym wykluczyć udanych działań ukraińskich na rzecz powstrzymania zagranicznych dostaw i ich dystrybucji (ataki na infrastrukturę portową oraz bazy paliwowe).

Komentarz
  •     Aktualny kryzys na rosyjskim rynku paliwowym ma charakter bezprecedensowy. Systematyczna presja ukraińskich ataków doprowadziła do poważnego zredukowania – a czasami nawet wstrzymania (Tuapse, Moskwa, Kiriszy) – prac rafinerii w okresie podwyższonego w związku z sezonem letnim popytu. W odróżnieniu od poprzedniej fali ataków (lato 2025 r.) obecne uderzenia różnią się większą częstotliwością i skalą. Bezzałogowce rażą też instalacje rafinacji wtórnej, których naprawy – ze względu na brak dostępu do zachodnich komponentów – są utrudnione.
  •     Efekty kryzysu paliwowego rozlewają się na inne sektory gospodarki, stanowiąc najjaskrawszą konsekwencję wojny w szerszej percepcji społecznej. Najdotkliwszy wzrost cen paliw odnotowywany jest przede wszystkim na tych stacjach benzynowych, które nie należą do koncernów paliwowych (około dwóch trzecich wszystkich punktów). Przedsiębiorstwa te kupują towar bezpośrednio od producentów bądź na giełdzie, co zmusza je do podwyższania marży ponad inflację dla uzyskania rentowności. Wysokie ceny w hurcie przekładają się także na opłaty związane z przewozem towarów drogą kołową oraz marże rolników (w obawie o dostawy paliwa dla maszyn rolniczych 8 lipca wprowadzono zakaz eksportu oleju napędowego), co w dłuższej perspektywie będzie rzutować na koszty innych dóbr. Wreszcie – notowany wzrost cen ponad tempo inflacji (ok. 5,3% w maju) oddala szansę na kontynuację cyklu obniżek stóp procentowych przez Centralny Bank Rosji. Negatywne oddziaływanie kryzysu na społeczeństwo widać w sondażach – tych badających zarówno aprobatę dla działań władzy (WCIOM, Centrum Lewady, które notują najniższe od pięciu lat wskaźniki poparcia dla Putina), jak i społeczne postrzeganie kondycji gospodarczej (Instytut Gallupa).
  •     Rozmiar kryzysu zmusił władze do publicznego dostrzeżenia problemu oraz wdrożenia uciążliwych społecznie instrumentów reglamentacyjnych. Do czerwca br. komunikacja Kremla ograniczała się do informowania o „nieplanowych przestojach rafineryjnych” i dezawuowania tym samym skali ukraińskich ataków. Wraz z pojawieniem się deficytów paliwa w sprzedaży detalicznej władze publicznie przyznały, że problem jednak istnieje. Zarazem przedstawiciele rządu częściowo przerzucili winę za kryzys na społeczeństwo i „paniczne” wykupywanie paliwa na zapas, co rzekomo doprowadziło do nadmiarowego wzrostu popytu o 20–30%. Aby temu zapobiec, władze regionalne wdrożyły narzędzia reglamentacyjne (limity zakupowe, zakaz wlewania kupowanego paliwa do kanistrów). Jednocześnie Kreml nie decyduje się na szersze rozwiązania systemowe w postaci chociażby pełnego uwolnienia cen i zbilansowania w ten sposób rynku poprzez destrukcję popytu. W jego rozumieniu pogłębiłoby to negatywne nastroje konsumenckie i jeszcze bardziej przyspieszyło wzrost cen.
  •     Kryzys pociąga za sobą znaczne koszty finansowe, które ponoszą zarówno rosyjskie koncerny, jak i budżet państwa. Dla zniwelowania deficytów podażowych rząd przedsięwziął kroki na rzecz zwiększenia importu benzyny. Mechanizm udzielania subsydiów dla sektora paliwowego rozszerzono również o importowane wolumeny, aby obniżyć końcowe ceny na rodzimym rynku. Wysokość dopłat jest uzależniona od ceny paliw w Indiach oraz kosztów logistycznych (Indie mają największy potencjał, jeśli chodzi o zniwelowanie kryzysu podażowego w Rosji). Zarazem sektor paliwowy domaga się też ulg podatkowych na rzecz modernizacji uszkodzonych rafinerii – koncerny zmagają się bowiem z kosztownymi pracami naprawczymi.
  •     Trudności podażowe potrwają co najmniej do końca sezonu letniego, a bez zastosowania rozwiązań systemowych czy zredukowania tempa ukraińskich ataków zapewne dłużej. Przy wciąż tak regularnej częstotliwości tych uderzeń władze rosyjskie nie będą w stanie zbilansować rynku bez wprowadzenia poważnych reform regulacyjnych (np. uwolnienia cen) bądź skokowego zwiększenia i utrzymywania importu. Co więcej, ataki – skutkujące obniżonymi mocami rafineryjnymi – mogą się przełożyć na długotrwały spadek wydobycia ropy naftowej w Rosji, co będzie negatywnie rzutować na dochody budżetowe.
osw.waw.pl


Geneza UPA jest zatem prosta, a jednocześnie skomplikowana. Kto w rzeczywistości jest twórcą UPA? Banderowcy? „No, z tym musimy uważać - twierdzi cytowany już prof. J. Pełenśkyj. - Historycznie biorąc pierwsze oddziały zorganizował na Wołyniu w 1942 roku ataman Bulba-Boroweć. Później dopiero banderowcy je przejęli i rozbudowali. Nie jestem sympatykiem Borowca; można uważać, że był on klasycznym ukraińskim atamanem, watażką z anarchistycznym zacięciem. Boroweć nie należał do-żadnej partii, po prostu zebrał sobie ludzi i założył UPA”.

(...)

Zarówno banderowcy, jak i melnykowcy natknęli się na tym obszarze na zorganizowane zastępy „Tarasa Bulby”, który z upoważnienia emigracyjnego prezydenta Ukraińskiej Republiki Ludowej Andrija Liwyćkiego jako ataman i komendant główny kierował petlurowską UPA. 

Ataman nowożytnych kozaków, bo taką nazwę mieli bulbowscy konspiratorzy, noszący imię i nazwisko gogolow- skiego bohatera, urodził się w tym samym 1909 roku, co Stepan Bandera. Ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, a z zawodu był kamieniarzem. To on m.in. wykonał płytę granitową na grób matki marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie. Historia jest przedziwna, lubi najmądrzejszym płatać figle. To właśnie jemu „...los kazał stanąć na czele ukraińskiej powstańczej siły” - jak to zauważa „Misija Ukrajiny” nr 1/16/ z 1964 roku.

Gdy OUN zaczęła się wysługiwać hitlerowcom, Boroweć także poszedł w jej ślady, nawiązując kontakt z Abwehrą. Wcześniej jednak stworzył antypolską organizację pod nazwą Ukraińskie Odrodzenie Narodowe (Ukrajinśke Nacionalne Widrodżennia - UNW), którą zwrócił na siebie uwagę niemieckiego wywiadu, ale nie tylko - dostrzegła to także polska defensywa, która spowodowała, że przyszły ataman znalazł się w Berezie Kartuskiej. Przed utworzeniem linii demarkacyjnej radziecko-niemieckiej we wrześniu 1939 roku Borowiec zbiegł z obozu wprost do Warszawy. Z Generalnej Guberni powrócił do USRR na wyraźny rozkaz A. Liwyćkiego i tu zaczął przeistaczać klityny (komórki) w antyradziecką UPA.

Gdy Niemcy w 1941 roku usadowili się już na Wołyniu, Boroweć przemianował zastępy UPA w oddziały ukraińskiej kolaboranckiej policji pomocniczej i zorganizował swój ośrodek dyspozycyjny w Sarnach. Tu także założył szkołę policyjną będącą faktycznie podoficerską szkołą wojskową szkolącą kadrę dla UPA.

Edward Prus - Atamania UPA



Po odtworzeniu (do stanu około 11.500 ludzi), pododdziały dywizji, zorganizowane w dwie grupy bojowe (SS-Kampfgruppe Wildner i SS-Kampfgruppe Wittenmeyer) walczyły z partyzantką na Słowacji w okolicach Żyliny. Dywizja zepchnęła partyzantów na północ, w kierunku Tatr, i ochraniała niemieckie linie komunikacyjne. Następnie skierowano dywizję do Austrii, gdzie 28 lutego 1945 zajęła pozycje w pobliżu granicy jugosłowiańskiej, skąd przerzucono ją w okolice Mariboru z zadaniem zwalczania komunistycznej partyzantki Tity oraz obrony Bad Gleichenberg. Od 1 kwietnia 1945 dywizja walczyła w rejonie Grazu w Austrii, gdzie w ciężkich walkach z Armią Czerwoną straciła około tysiąca zabitych i rannych.

19 kwietnia 1945 do sztabu dywizji przybył gen. Pawło Szandruk, od 15 marca 1945 przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Narodowego i głównodowodzący Ukraińskiej Armii Narodowej, podporządkowując sobie SS-Brigadefuhrera Fritza Freitaga i przejmując bezpośrednio dowodzenie dywizją. Na rozkaz gen. Szandruka 25 kwietnia żołnierze dywizji złożyli przysięgę na wierność Ukrainie i nałożyli na czapki ukraińskie godło państwowe (tryzub).

Po opuszczeniu na rozkaz generała Pawło Szandruka linii frontu 7 maja 1945, oddziały dywizji przeszły rzekę Mur, przechodząc do brytyjskiej strefy okupacyjnej Austrii. 10 maja 1945 SS-Brigadeführer Fritz Freitag popełnił samobójstwo, bezpośrednią komendę nad dywizją przejął gen. Mychajło Krat. Oddziały dywizji skapitulowały przed Brytyjczykami i Amerykanami w rejonie Tamsweg. Po kapitulacji jeńcy zostali przez Brytyjczyków poprzez obóz w Spittal przewiezieni do obozu w Bellaria, a następnie Rimini (w Romanii), na terenie operacyjnym II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Generał Pawło Szandruk bezpośrednio po kapitulacji jednostki zażądał od Brytyjczyków spotkania w cztery oczy z generałem Władysławem Andersem, swym dowódcą z września 1939 r. (ówcześnie dowódcą II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie na froncie włoskim), które mu umożliwiono. W konsekwencji osobistej interwencji gen. Andersa w Londynie, a także stanowiska Stolicy Apostolskiej, Brytyjczycy mimo sowieckich żądań nie wydali żołnierzy ukraińskich Józefowi Stalinowi, gdyż uznali ich za obywateli polskich (byli nimi bezsprzecznie do 1939 – agresja i okupacja sowiecka z 17 września 1939 nie zmieniała ich statusu prawnego) i umożliwili im osiedlenie się w r. 1947 w Wielkiej Brytanii i krajach Wspólnoty Brytyjskiej.

Wbrew powszechnej opinii[30] dywizja nie uczestniczyła w tłumieniu powstania warszawskiego.

(...)

24 lipca 1944, w okolicach Iwonicza, SS Galizien przeprowadziła mord 72 osób, w tym. członków AK i BCh. W Polsce Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni wojennej popełnionej w Hucie Pieniackiej przez żołnierzy SS-Galizien i nacjonalistów ukraińskich gdzie 28 lutego 1944 zamordowano 868 Polaków. 16 kwietnia 1944 roku policjanci 4 pułku policji zamordowali Polaków w Chodaczkowie Wielkim, gdzie zginęło według różnych źródeł od 250 do 854 mieszkańców wsi.

Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prowadzi również śledztwa w sprawie okoliczności pacyfikacji wsi Prehoryłe i Smoligów. Dnia 2 lutego 1944 jednostka ukraińska brała udział w pacyfikacji wsi Borów oraz okolicznych wsi. Oddziały żandarmerii i SS w sile około 3 tysięcy żołnierzy wkroczyły w nocy do wsi całkowicie niszcząc całość 280 gospodarstw przy użyciu broni pancernej.

Sprawcami zbrodni na ludności polskiej w wymienionych miejscach były, według dotychczas poczynionych ustaleń śledczych, 4 i 5 galicyjskie pułki policyjne SS (w niemieckiej nomenklaturze określane jako Galizische SS Freiwillige Regimenten), skierowane do walk przeciwpartyzanckich na bezpośrednim zapleczu frontu wschodniego. Były one złożone z pierwszego naboru ukraińskich ochotników do 14 Dywizji, dokonanego przed jej formalnym powołaniem w lipcu 1943, odkomenderowanego przez Niemców do służby policyjnej. W śledztwie IPN w sprawie ustalenia sprawców zbrodni w Hucie Pieniackiej określa się 4 pułk policji SS jako 4 Pułk Dywizji „SS-Galizien”.

Po rozbiciu 14 Dywizji w bitwie pod Brodami policjanci ukraińscy z pułków policyjnych (rozbitych również w tym samym czasie na froncie wschodnim) zostali wcieleni do 14 Dywizji Grenadierów SS w ramach jej odtwarzania w obozie ćwiczebnym w Świętoszowie.

W październiku 1947 roku, po zgodzie rządu Wielkiej Brytanii na imigrację żołnierzy Ukraińskiej Armii Narodowej do Wielkiej Brytanii i odmowę ich wydania ZSRR, ówczesny rząd polski wniósł skargę do Organizacji Narodów Zjednoczonych przeciwko „SS-Galizien”, stwierdzając, że jej jednostki spacyfikowały Hutę Pieniacką, mordując 800 cywilów.

(...)

Formacje SS, w tym 14 Dywizja Waffen SS-Galizien, (z wyjątkiem SS-Reiterei), zostały uznane przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację zbrodniczą.

pl.wikipedia.org

czwartek, 9 lipca 2026



W Ankarze sojusznicy i sekretarz generalny powtórzyli manewr z ubiegłorocznego szczytu w Hadze, który pozwolił ogłosić stronie amerykańskiej sukces w postaci przyjęcia celu wydatków na poziomie 5% PKB. W stolicy Turcji sojusznicy koncentrowali się zatem na eksponowaniu pokaźnych wzrostów nakładów na obronę, efektów rozbudowy współpracy przemysłowej i nowych kontraktów zbrojeniowych. W ten sposób częściowo udało się zatrzeć poważne napięcia w relacjach transatlantyckich związane m.in. z amerykańską presją w kwestii Grenlandii i niedostatecznym z perspektywy Waszyngtonu wsparciem europejskich sojuszników dla działań przeciw Iranowi. Choć Trump na konferencjach prasowych powtórzył krytykę pod adresem sojuszników, dyskusja na Radzie Północnoatlantyckiej miała być konstruktywna. Na współpracę w ramach NATO wpłynie jednak zapowiedziane przez USA zmniejszenie ich wkładu w regionalne plany obronne Sojuszu (...), oznaczające przyśpieszoną redukcję sił i środków przypisanych do obrony Europy.

(...)

Sojusznicy europejscy i Kanada pozostają na wyraźnej trajektorii wznoszącej w zakresie wydatków obronnych, choć wzrost ten jest nierównomierny. Ogółem wydatki obronne Europy i Kanady zwyżkowały w 2025 r. o 19% rok do roku (nominalnie o 139 mld dolarów), a w okresie 2022–2026 o niemal 120%.

Na szczycie w Hadze w 2025 r. sojusznicy przyjęli nowy cel wydatków obronnych – 5% PKB rozłożone na 3,5% wydatków stricte obronnych i 1,5% okołoobronnych (...). W 2026 r. średnia dla Europy i Kanady w pierwszej kategorii wynosi 2,53%, a w drugiej 1,4% PKB. Według szacunków NATO cel 3,5% PKB już w 2026 r. osiągnie pięciu sojuszników – Estonia, Grecja, Łotwa, Litwa i Polska.

Rosnące wydatki obronne mają pozwolić na zrealizowanie przyjętych w 2025 r. celów rozwoju zdolności dla poszczególnych państw członkowskich, a tym samym umożliwić europejskim sojusznikom przejęcie od USA głównego ciężaru odpowiedzialności za obronę. Nadal jednak widoczny jest geograficzny dysparytet w europejskich inwestycjach w obronność między państwami położonymi bliżej Rosji a resztą. W 2026 r. państwa regionu Morza Bałtyckiego (Niemcy, Polska, państwa nordyckie i bałtyckie) wydadzą łącznie ok. 281 mld dolarów, tj. niespełna 40% ogółu wydatków „europejskiego NATO” (jeśli doliczyć do tego zaangażowane w regionie Holandię i Wielką Brytanię, otrzymamy niemal 60%).

Dalsze wzrosty wydatków obronnych w wielu państwach stoją pod znakiem zapytania ze względu na sytuację budżetową. Stąd poszukiwanie nowych pozabudżetowych źródeł finansowania programów zbrojeniowych. (...) W Ankarze obecni byli przedstawiciele największych banków obszaru euroatlantyckiego, które planują zintensyfikowanie akcji kredytowej oraz inwestycji kapitałowych w sektorze obronnym.

Szczyt NATO w Ankarze pokazał, że w zakresie współpracy zbrojeniowej sojusznicy przechodzą od deklaracji i planowania do fazy implementacji. Spotkanie było też okazją do ogłoszenia licznych nowych mniejszych projektów dwu- i wielostronnych oraz koalicji zakupowych, a także narodowych programów modernizacyjnych. Celem gospodarza, Turcji, była promocja rodzimego przemysłu obronnego oraz przekonanie USA do zniesienia sankcji na współpracę w tym sektorze, w tym powrót do programu F-35.

Przy okazji Forum Przemysłowego ogłoszono istotne decyzje dotyczące rozwoju wielonarodowych zdolności o znaczeniu ogólnosojuszniczym. Do floty samolotów tankowania w powietrzu (A330 MRTT), których liczba osiągnie wkrótce 10 z zaplanowanych 12 sztuk, dołączyła Finlandia. Powstaną też nowe wspólne floty: samolotów transportowych A400M (finansowanie zapewnią Belgia, Chorwacja, Francja, Hiszpania, Polska, Turcja i Wielka Brytania), bezzałogowców rozpoznania morskiego MQ-4C Tryton (finansowanie do pięciu sztuk zapewnią Dania, Finlandia, Niemcy i Norwegia) oraz samolotów wczesnego ostrzegania AWACS Saab GlobalEye, które zastąpią wysłużone natowskie maszyny E-3 Sentry (finansowanie do 10 sztuk zapewnią Belgia, Kanada, Dania, Niemcy, Łotwa, Litwa, Luksemburg, Holandia, Norwegia i Rumunia). Są to ważne zdolności domeny powietrznej, w szczególności w kontekście planów wycofywania ich odpowiedników z natowskiego planowania obronnego przez USA. Do istotnych projektów należy też inicjatywa dronowa (NATO Drone Edge). Przewiduje ona alokowanie 40 mld dolarów w zdolności do zwalczania dronów w ciągu najbliższych pięciu lat. W jej ramach sojusznicy zobowiązali się do pięciokrotnego zwiększania liczby szkolonych operatorów dronów do końca 2027 r. Dodatkowo zapowiedziano zakup 700 pocisków PAC-2 i 200 PAC-3 przez Agencję Wsparcia i Zamówień NATO.

Równie ważne były umowy zawarte z amerykańskim przemysłem obronnym w sprawie przenoszenia produkcji do Europy. W Niemczech uruchomiona ma zostać produkcja pocisków balistycznych ATACMS (Rheinmetall/Lockheed Martin). Ponadto zapowiedziano włączanie europejskich dostawców do łańcucha produkcji pocisków powietrze–powietrze AMRAAM oraz utworzenie europejskiego centrum serwisowego rakiet PAC-3 (USA, Polska, Niemcy, Holandia i Szwecja). Dzień przed szczytem Polska Grupa Zbrojeniowa i amerykański Anduril Industries podpisały porozumienie dotyczące utworzenia w Polsce linii finalnego montażu niskokosztowych pocisków manewrujących Barracuda-500.

Postanowienia szczytu w Ankarze są korzystne dla Ukrainy. Europa, która niemal w pełni utrzymuje zagraniczne wsparcie militarne dla Kijowa, zabezpieczyła jego stabilne finasowanie na lata 2026–2027. Wzrośnie ono z 40 mld do 70 mld euro. Dodatkowe 30 mld pochodzić będzie z unijnej pożyczki dla Ukrainy. Szczyt NATO poprzedziły dyskusje na temat konieczności bardziej równomiernego rozłożenia nakładów na pomoc Ukrainie pomiędzy europejskimi sojusznikami. W 2025 r. jej jedną trzecią dostarczyły państwa nordyckie. Z kolei najhojniejszy darczyńca (11,5 mld euro w br.) – RFN – postulował zwiększenie transparentności donacji.

Niezwykle istotnym mechanizmem wsparcia Ukrainy są zakupy uzbrojenia przez europejskich sojuszników, Kanadę, Japonię, Australię i Nową Zelandię w amerykańskim przemyśle w ramach utworzonego w 2025 r. mechanizmu Prioritised Ukraine Requirements List (PURL). Obecnie PURL finansuje ok. 70% pocisków do systemów obrony powietrznej Patriot i ok. 90% do innych systemów, a także pociski do systemów artyleryjskich HIMARS. W 2025 r. w ramach PURL zadeklarowano 4 mld dolarów. Na 2026 r. planowano zebrać 15 mld dolarów, jednak deklaracje z pierwszej połowy roku opiewają na zaledwie 3 mld. Do końca marca br. zrealizowano wpłaty w wysokości 4,15 mld.

NATO nieprzerwanie kontynuuje adaptację struktury swoich sił w regionie nordycko-bałtyckim. Jeszcze przed szczytem ogłoszono, że dowództwo korpusu niemiecko-holenderskiego (1 GNC) od lipca przejmuje odpowiedzialność za kierowanie obroną Estonii i Łotwy, podczas gdy dowództwo korpusu w Szczecinie (MNC NE) skoncentruje się na działaniach w Polsce północnej i na Litwie. W Ankarze Kanada ogłosiła, że zostanie trzecim państwem ramowym – obok Łotwy i Danii – dowództwa Wielonarodowej Dywizji Północ (MND N). Dodatkowo przedstawiciele państw bałtyckich poinformowali, że zmianie ulegnie status misji nadzoru ich przestrzeni powietrznej (BAP). Stanie się ona misją obronną, co oznacza większą swobodę i ujednolicenie zasad użycia siły w przypadku naruszeń przestrzeni powietrznej. Po posiedzeniu Rady Północnoatlantyckiej sekretarz generalny ogłosił również, że podjęto decyzję w sprawie newralgicznej dla logistyki paliwowej rozbudowy sojuszniczego systemu rurociągów (NATO Pipeline System) na wschodnią flankę (...).

osw.waw.pl


Do 27 czerwca spór polsko-ukraiński eskalował w rejestrze czysto symbolicznym i bilateralnym: dekret o „bohaterach UPA", odebranie Orderu Orła Białego, odesłanie orderu, zwrot polskiego odznaczenia przez ambasadora Ukrainy. Każdy ruch miał kontrę, a ukraińskie media grały rejestr godnościowy, z rekordowym postem tygodnia orderowego: „Nie po to Ukraina przyjęła bój od Rosji, która uzasadniała inwazję pretensjami historycznymi, żeby dziś inne kraje dyktowały nam..." (30,6 tys. interakcji).

28 czerwca spór zmienia adres. Grupa EKR wnosi o debatę i rezolucję ws. „ludobójstwa UPA", a w kolejnych dniach EPL negocjuje własną, kompromisową poprawkę do raportu akcesyjnego. Od tego momentu każda kolejna eskalacja symboliczna Kijowa miała już wymierną cenę: nie polską kontrę, lecz zapis w dokumencie oceniającym drogę Ukrainy do UE. I od tego momentu eskalacja ustaje. Panteon, uchwalony 1 lipca, był procedowany wcześniej i pozostał ostatnim aktem; przez cały okres prac PE nad poprawkami Kijów nie dołożył ani jednego nowego gestu.

Ślad mechanizmu widać w strukturze ram. W tygodniu, w którym sprawa trafia do PE, rama akcesyjna skacze w ukraińskich mediach z 3,5% do 16,7% interakcji: media relacjonują wypowiedź Władysława Kosiniaka-Kamysza, że „z Banderą Ukraina do Unii Europejskiej nie wejdzie", oraz warunki wicepremiera ws. kultu OUN. Ukraiński czytelnik po raz pierwszy dostaje spór o UPA opakowany nie jako polską histerię, lecz jako zagrożenie dla akcesji. Po głosowaniu rama rośnie do 22,9%.

Charakterystyczne jest też, jak ukraińskie media relacjonują samo głosowanie: proceduralnie i bez podjęcia rękawicy. Ukraińska Prawda w najsilniejszym poście o rezolucji akcentuje, że punkt o UPA „włączono za propozycją polskich deputowanych", hromadske poprzestaje na cytacie o podważaniu stosunków sąsiedzkich. Zero polemiki, zero mobilizacji godnościowej, która jeszcze dwa tygodnie wcześniej dawała posty po 30 tys. interakcji. To jest właśnie pauza taktyczna w praktyce redakcyjnej: temat się odnotowuje, ale się go nie gra.

Sekwencja z 8 lipca domyka mechanizm. Rano PE głosuje poprawkę EPL, przyjętą miażdżącą większością (za piątą częścią 592 głosy). Tego samego dnia, na marginesie szczytu NATO, Zełenski po raz pierwszy od kryzysu orderowego siada z Nawrockim, a jego komunikat po spotkaniu jest wzorcową deeskalacją: „zagrożenie mamy jedno i wspólne: to Rosja", rozmowa „ważna i potrzebna". Spotkanie odbywa się przy pełnej świadomości Kijowa, że w Parlamencie Europejskim właśnie zapada zapis o „niepotrzebnej i niesprowokowanej eskalacji", i czyta się jako sygnał adresowany nie tylko do Warszawy, ale i do PE: Ukraina schodzi z kursu kolizyjnego.

plukrpe100726.netlify.app


Według rozeznania Delegatury Rządu na Kraj na początku 1944 roku siły UPA miały wynosić około 40 tys. osób. Oczywiście aparat propagandowy OUN-UPA z właściwą sobie przesadą głosił, że „Jest nas milion!” - co, biorąc pod uwagę ukraińską ludność Galicji i Wołynia, na której UPA bazowała, werbunek do SS „Galizien” i innych formacji kolaboranckich, przymusowy nabór młodzieży do robót w Niemczech oraz wcześniejszą mobilizację, dokonaną w 1941 roku przez władze radzieckie - jest nieprawdopodobne.

(...)

Prawdą jest natomiast, że UPA dysponowała nadmiarem broni i amunicji, w którą zaopatrywała się różnymi sposobami. Posiadała polską broń z 1939 roku, radziecką z rozbitych armii, włoską, węgierską, słowacką oraz niemiecką uzyskaną półlegalnie lub po prostu kupioną. Miała własną artylerię oraz pewną liczbę czołgów, rusznikarnie, warsztaty naprawcze i wytwórnie min, granatów, a nawet moździerzy (derkaczy).

Tak stosunkowo liczna (ok. 40 tys.), uzbrojona i hojnie przez hitlerowców (o czym szerzej za chwilę) wyposażona UPA stała się w niektórych rejonach Ukrainy Zachodniej jedyną władczynią terenu. „Tam, gdzie stały gęsto bandy banderowskie - pisze P. Werszyhora w innej swej pracy pt. Operacja San-Wisła (Warszawa 1968) - drobne grupy partyzantów (radzieckich) prawie nie mogły działać. Dobrze znając miejscowość, mając we wszystkich wioskach agentów i łączność, bandyci zręcznie i bezlitośnie likwidowali nasze drobniejsze grupy(...)”. Banderowcy w krótkim czasie rozprawili się także z dotychczas pozostającym przy życiu aktywem radzieckim. „Cały były radziecki aktyw zlikwidowany” - donosił 17 kwietnia 1944 roku z Wołynia dowódca zgrupowania partyzanckiego I.A. Artiuchow. Z tej samej informacji dowiadujemy się, że banderowcy likwidowali nie tylko aktywistów radzieckich narodowości ukraińskiej i ich rodziny, ale także rodziny tych osób, które gościły w swoich domach partyzantów radzieckich. Komentując to wydarzenie, banderowiec Borys Łewyćkyj pisze: „Działania UPA skierowane przeciw komunistycznym partyzantom, których rola w walce przeciwko niemieckim oddziałom z każdym miesiącem zwiększała się, przyniosły znaczny uszczerbek radzieckim operacjom militarnym. W konkurencyjnej walce ... silniejsze oddziały UPA zwyciężały w walkach z małymi komunistycznymi grupami partyzanckimi”.

UPA najhałaśliwiej reklamowała się wśród Ukraińców jako wróg Polaków. Uważając między innymi polskie powiaty hrubieszowski, włodawski i chełmski za „integralną część wolnej Ukrainy”, banderowcy w swej ulotce pisali: „Będziemy dążyć do tego (podobnie jak na Wołyniu i w Galicji - E.P.), by raz na zawsze pozbyć się z naszych ziem wrogiej polskiej ludności, która przeszkadza nam w walce z bolszewikami ... . A więc rzeź! I to było szczere i prawdziwe.

Edward Prus - Atamania UPA