— Dostałam to od dwóch, niezwiązanych ze sobą osób pracujących dla Białego Domu — napisała w środę w mediach społecznościowych Dasha Burns, reporterka amerykańskiej odsłony portalu POLITICO zajmująca się polityką i administracją prezydencką.
Tak brzmiący podpis dotyczył popularnego w internecie obrazka, na którym pies z wybałuszonymi oczami siedzi na krześle w płonącym pokoju, mówiąc jednocześnie, że wszystko jest w porządku.
(...)
Tu eufemizmy są już zbędne. Trump odnosi porażkę za porażką, pędząc ku politycznej katastrofie. Już w pierwszych miesiącach tej kadencji można było zaobserwować, że niektóre jego sztandarowe decyzje, jak nieprzemyślane wprowadzanie ceł, brutalna polityka antyimigracyjna uderzająca w te sektory gospodarki, które są ważne dla jego wyborców, podnoszenie kosztów ubezpieczeń zdrowotnych — to wszystko mu zaszkodzi, ponieważ obniży poziom życia tych klas społecznych, w których był najpopularniejszy.
Prof. Adam Przeworski, politolog z New York University, nazwał to nawet "polityką elektoralnie samobójczą". W konwencjonalnej demokracji, w której przetrwanie polityka zależy od jego popularności wśród wyborców, Trump i jego partia byliby skończeni już w czerwcu ubiegłego roku — ale nie byli. Odsetek Amerykanów pozytywnie oceniających jego prezydenturę wbrew pozorom pozostawał stały, wynosił ok. 42 proc. przez cały ubiegły rok. Przeworski tłumaczył, że jego zdaniem istnieje więc jakaś grupa wyborców, dla których tak zwane "zwycięstwa symboliczne" były ważniejsze od realnych korzyści płynących z faktu sprawowania władzy przez Trumpa i MAGA.
Ataki na uniwersytety, upokarzanie liberałów, wymuszanie ogromnych pseudo-odszkodowań od firm prawniczych i koncernów mediowych w zamian za możliwość dalszego świadczenia usług — to nakręcało wyborców prawicy w USA na tyle, że byli w stanie zignorować rosnące ceny energii, świadczeń zdrowotnych czy podstawowych produktów żywnościowych.
(...)
— Nie próbuj znaleźć sensu w deklarowanych przez tę administrację celach politycznych — mówi Asha Rangappa, prawniczka, była agentka FBI, dzisiaj wykładowczyni Yale University, prowadząca też na portalu Substack platformę edukacyjną The Freedom Academy.
Rozmowę o Stephenie Millerze, nominalnie wiceszefie personelu w Białym Domu, a praktycznie — człowieku nazywanym "sekretarzem do spraw amerykańskiego imperializmu", zaczyna od przypomnienia, że Miller marzy o deportowaniu z USA każdego, kto nie ma białego koloru skóry i mówi z obcym akcentem. Kiedy odpowiadam jej, że w praktyce oznaczałoby to usunięcie z kraju około 40 proc. całej populacji Stanów Zjednoczonych, Rangappa mówi właśnie o braku sensu. Co jednak nie przeszkadza urzędnikom z bieżącej administracji dążyć do realizacji tych absurdalnych celów.
Podobnie jest z polityką zagraniczną, gdzie ludzie mający jeszcze wpływ na Trumpa — a Miller należy do tego wąskiego grona — w niczym go nie ograniczają, amplifikując wręcz jego najgorsze instynkty. Zarówno wspomniany reportaż z "New York Timesa", jak i opublikowany niedawno przekrojowy tekst w "The Wall Street Journal" opisujący trudne do opanowania wahania nastrojów Trumpa i jego lęki przed katastrofalnym końcem wojny w Iranie, co może zmieść z powierzchni ziemi Partię Republikańską w tegorocznych wyborach połówkowych pokazują, że wpłynąć na decyzje prezydenta jest coraz trudniej.
A nawet jeśli komuś uda się to w ogóle zrobić, trwałość takiego efektu jest bardzo ograniczona — ponieważ za kilka godzin pozycja USA może zmienić się całkowicie. Miller według doniesień amerykańskiej prasy miał, razem z Marco Rubio, odgrywać kluczową rolę w utwierdzaniu Trumpa w przekonaniu, że Amerykanie mogą dzisiaj wszystko i w taki sposób powinni zachowywać się na arenie międzynarodowej. Tyle tylko, że przekonanie to wzięło się z gigantycznego sukcesu wizerunkowego, jakim była operacja z 3 stycznia w Caracas. Wtedy Stephen Miller w rozmowie z Jakiem Tapperem z CNN powiedział nawet, że jeśli Ameryka zdecyduje się przejąć Grenlandię, to osiągnie ten cel za pomocą dostępnych środków. Czyli, jeśli będzie to konieczne — także inwazji militarnej.
Asha Rangappa twierdzi nawet, że Miller byłby gotów ignorować wyroki sądów niższych instancji, by pchać Trumpa do kolejnych działań imperialistycznych. Głównie dlatego, że uznaje jedynie Sąd Najwyższy jako organ odpowiedniej rangi do wchodzenia w spór kompetencyjny z prezydentem. Dlatego, gdyby Trump zdecydował się wydać wojskowym rozkaz potencjalnie uchodzący za nielegalny czy prowadzący do zbrodni wojennej — a takich gróźb pojawia się z jego strony coraz więcej — Miller prawdopodobnie sugerowałby prezydentowi ignorowanie sprzeciwów aż do momentu, w którym sprawa trafi do Sądu Najwyższego. Co zawsze zajmuje dużo czasu — i o to właśnie chodzi.
(...)
Wygląda na to, że Trump autentycznie uwierzył we własną nieomylność.
(...)
"Pomarańczowy Jezus jest przekonany o swojej boskości — więc wierzy, że konsekwencje jego działań po prostu go nie dotyczą" — pisze Glasser.
Ale nawet mimo takiej fasady nie jest to prawda. "Wall Street Journal" idealnie to podsumował, wskazując, że kiedy w Wielki Piątek Trump zaczął bez konsultacji z nikim wypisywać na Truth Social, że urządzi irańskiemu narodowi Apokalipsę, wielu jego doradców zaczęło zastanawiać się nad komunikacją kryzysową, żeby jednak deeskalować konflikt. I pojawił się motyw doskonale znany z pierwszej kadencji, kiedy pracownicy Białego Domu ukrywali przed nim fakty, a nawet — podmieniali dokumenty do podpisania, żeby uniknąć prawnej lub gospodarczej katastrofy.
Według ustaleń "WSJ" tak samo było w ostatnich tygodniach. Trump został wręcz wyproszony z pokoju konferencyjnego, a doradcy dawali mu informacje co kilkanaście minut, pozwalając mu w tym czasie zajmować się tematami znacznie mniej poważnymi — jak budowa Sali Balowej w Białym Domu albo regulacje platform technologicznych. To z kolei, jak pisze portal POLITICO, a także David A. Graham w "The Atlantic", osobny problem — bo Trump nie chce i być może nie potrafi skupić się dłuższą chwilę na jednym temacie. W ciągu kilku godzin podejmuje kilkanaście wątków, żadnego nie kończy, czeka jedynie na raporty o efektach.
A te są coraz gorsze na wszystkich płaszczyznach uprawiania polityki. Zaczynają się więc kłamstwa, przemilczenia, manipulacje — a naturalną progresją w tym łańcuchu są zawsze intrygi pałacowe.
onet.pl