Lars Petersen: - Obserwuje pan Unię Europejską od początku lat 90., kiedy założył pan EUTOP. Czy przez ten czas Europa stała się bardziej zdolna do działania, czy po prostu bardziej skomplikowana?
Klemens Joos /założył EUTOP, agencję pośredniczącą między przedsiębiorstwami a instytucjami europejskimi - red./: Oba stwierdzenia są prawdziwe. Jeśli chodzi o podstawy prawne Unii Europejskiej, to zdecydowanie stała się ona bardziej zdolna do działania. Traktat z Maastricht z 1993 r. był prawdziwym przełomem dla politycznej Unii Europejskiej. Natomiast Traktat z Lizbony, który wszedł w życie w 2009 r., to w sensie konstytucyjnym de facto narodziny Stanów Zjednoczonych Europy. Wiele osób do dziś nie rozumie, jak daleko sięga ta integracja UE.
- Jak daleko?
Bardzo daleko, choć wymagało to dwóch podejść i pierwsza próba upadła z powodu sprzeciwu społeczeństwa. Traktat z Lizbony, który przyniósł ten potężny impuls integracyjny, w ok. 90 proc. odpowiada pierwotnemu traktatowi konstytucyjnemu, który został podpisany 29 października 2004 r. w Rzymie, ale w 2005 r. odrzucono go w referendach we Francji i Holandii, przez co nigdy nie wszedł w życie.
Potem, mówiąc obrazowo, zdjęto z choinki łańcuchy, lampki i bombki, ale użyto tego samego drzewka i poddano pod głosowanie lekko zmodyfikowany projekt traktatu kilka lat później. Traktat został ratyfikowany jeszcze podczas kryzysu finansowego związanego z upadkiem Lehman Brothers, który przyćmił inne tematy, jak np. pogłębianie integracji UE. Jestem przekonany, że gdyby wtedy wszyscy decydenci i obywatele krajów członkowskich zdawali sobie sprawę, co rzeczywiście uchwalają, zapewne nie doszłoby do przyjęcia tego traktatu. Dobrze, że stało się inaczej.
- Gdzie konkretnie widać sprawność działania UE?
1 grudnia 2009 r. na mocy Traktatu z Lizbony kilka obszarów politycznych uznawanych dotąd za kluczowe dla suwerenności państw członkowskich — np. sprawy wewnętrzne, wymiar sprawiedliwości, rolnictwo i handel zagraniczny — zostało przeniesionych z zasady jednomyślności na zasadę większości kwalifikowanej w Radzie UE. Oznacza to, że państwa członkowskie straciły prawo weta w tych dziedzinach, a decyzje zapadają teraz większością kwalifikowaną. Od tego momentu znacznie więcej decyzji zapada na poziomie unijnym, a rola tej instytucji została trwale umocowana.
Ponadto od 2009 r. Parlament Europejski niemal wszędzie jest równorzędnym decydentem. To oznacza, że nie tylko przedstawiciele państw członkowskich — czyli szefowie państw i rządów — i Komisja Europejska podejmują decyzje w najważniejszych obszarach polityki, lecz wszystkie trzy instytucje wspólnie. Skutkiem tego wspólnego działania jest znacznie większa sprawność UE na zewnątrz — z wyjątkiem polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, która nadal wymaga zgody każdego państwa członkowskiego.
- Dlaczego zatem UE stała się jednocześnie bardziej skomplikowana?
Od czasu Traktatu z Lizbony mamy do czynienia ze skomplikowanymi i często nieprzejrzystymi procesami decyzyjnymi na wielu poziomach — pomiędzy Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i Radą UE. Tylko wtedy, gdy te trzy instytucje współpracują, możliwe są decyzje.
Oto kilka obrazowych liczb: Komisja Europejska składa się obecnie z przewodniczącej, sześciorga wiceprzewodniczących i 20 komisarzy. Do tego dochodzi 32 tys. urzędników — prawdziwych eurokratów. W Parlamencie Europejskim zasiada 720 posłów, wspieranych przez ok. 8 tys. pracowników. W Radzie UE zasiadają setki ministrów branżowych wszystkich 27 państw członkowskich, a wspiera ich ponad 2500 pracowników sekretariatu generalnego. I nie wolno zapominać o 27 głowach państw i rządów razem z ich urzędami.
- Jakie są konsekwencje tego stanu rzeczy?
Powstał system "decyzji bez decydentów" — w takim sensie, że z zewnątrz często nie sposób ustalić, kto faktycznie podjął daną decyzję. Moim zdaniem to właśnie jest głębszą przyczyną poczucia alienacji i bezsilności, które odczuwają zarówno obywatele, jak i gospodarka, a nawet częściowo sama polityka — i które wykorzystywane są przez populistów zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Do tego dochodzi fakt, że w europarlamencie nie ma frakcji rządowych i opozycyjnych. Komisja Europejska musi dla każdej decyzji zdobywać nową większość w europarlamencie, znajduje się więc w sytuacji podobnej do rządu mniejszościowego.
- Czyli uważa pan, że UE stała się silniejsza, ale jednocześnie rządzenie nią jest trudniejsze?
Zgadza się. Na zewnątrz UE jest zdolna do działania, bo dzięki Traktatowi z Lizbony zyskała nowe kompetencje. Wewnątrz jednak stopień skomplikowania tak wzrósł, że procesy decyzyjne w ramach zwykłej procedury legislacyjnej prowadzą często do nieprzewidywalnych rezultatów. Dlatego też instytucje unijne wprowadziły tzw. trialog nieformalny. To dziś najważniejsze gremium decyzyjne UE. Przedstawiciele Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady UE spotykają się tam na nieformalnych rozmowach, by jak najwcześniej wypracować kompromisowe linie we wszystkich nadchodzących decyzjach.
Efekt jest imponujący: niemal 90 proc. aktów prawnych w ramach zwykłej procedury ustawodawczej zostaje uchwalonych już po pierwszym czytaniu i z chwilą publikacji w Dzienniku Urzędowym staje się prawem. Trialog — który nie został nawet wspomniany w Traktacie z Lizbony — z racji poufności obrad jest jednak "czarną skrzynką", która nie czyni procesów decyzyjnych bardziej przejrzystymi, a wręcz przeciwnie. Kto chce zrozumieć Unię Europejską, musi najpierw zgłębić ten proces.
- Co pana fascynuje w Unii Europejskiej?
Europa to polityczna historia pokoju i gospodarczy sukces, który do dziś przyciąga inne państwa. I przy całej słusznej krytyce szczegółów nie powinniśmy zapominać: Stany Zjednoczone Ameryki potrzebowały po Deklaracji Niepodległości w 1776 r. wojny secesyjnej i prawie 100 lat, by zakończyć proces jednoczenia kraju. Traktat konstytucyjny z Lizbony został przyjęty zaledwie 16 lat temu. A w Unii Europejskiej nikt do siebie nie strzela. To już samo w sobie jest ogromną wartością.
- Czy zatem jesteśmy wobec Europy zbyt niecierpliwi?
Tak, a ta niecierpliwość wynika czasem też z niewiedzy. Nauczyliśmy się, że demokracja jest wymagająca, a osiąganie kompromisu żmudne. A jednak rośnie liczba osób o postawie "kanapowca": jeśli coś nie działa od razu, od razu się zniechęcają. Ale sukces, a także jego utrzymanie, wymagają wysiłku — to dotyczy zarówno firmy, stowarzyszenia, jak i polityki.
- Mówi pan nawet o renesansie UE. Dlaczego?
Bo UE nas chroni: chroni przed wewnętrznymi konfliktami militarnymi, przed zewnętrznymi agresorami i przed wojnami handlowymi. Daje nam niezbędną skalę, by w świecie, który po epoce globalizacji coraz bardziej dzieli się na rywalizujące ze sobą bloki, nadal odgrywać znaczącą rolę. W ramach rynku wewnętrznego UE żyje 451 mln konsumentów — więcej niż w USA. A dzięki Francji wśród krajów członkowskich jest potęga nuklearna. Tylko UE jest w stanie stać się trzecim filarem nowego porządku światowego obok USA i Chin.
(...)
- Jakie reformy są potrzebne, by UE była jeszcze bardziej sprawna?
Po pierwsze: inicjatywa ustawodawcza, która obecnie należy wyłącznie do Komisji Europejskiej, powinna zostać rozszerzona na Radę UE i Parlament Europejski, by zlikwidować wąskie gardło, jakim jest dziś Komisja.
Po drugie: Komisja Europejska powinna wywodzić się z większości parlamentarnej i być przez nią wspierana, a nie — jak rząd mniejszościowy — za każdym razem szukać nowych większości dla każdego aktu prawnego. Trialog nieformalny jako "prowizoryczne rozwiązanie" nie powinien na stałe pozostać głównym miejscem dochodzenia do porozumienia, ponieważ UE potrzebuje większej przejrzystości, odpowiedzialności i jasności politycznej.
Po trzecie: koniec z jednomyślnością we Wspólnej Polityce Zagranicznej i Bezpieczeństwa.
onet.pl\Die Welt
.webp)
