niedziela, 19 kwietnia 2026



Startujący z bezzałogowej platformy nawodnej dron przechwytujący (myśliwski) z po raz pierwszy zestrzelił rosyjski bezzałogowiec uderzeniowy typu Shahed. Poinformowały o tym w niedzielę Siły Systemów Bezzałogowych Sił Zbrojnych Ukrainy.

– Operatorzy dywizjonu bezzałogowych systemów nawodnych 412. Brygady “Nemesis” Sił Systemów Bezzałogowych wykonują misje bojowe w morskiej strefie operacyjnej. To właśnie ta jednostka z powodzeniem przechwyciła bezzałogowy statek powietrzny klasy Shahed za pomocą drona przechwytującego wystrzelonego z bezzałogowej platformy nawodnej – stwierdzono w komunikacie.

Na opublikowanym nagraniu widać dron morski (bezzałogową motorówkę) wyposażony w zdalnie sterowany system wieżowy z karabinem maszynowym oraz prawdopodobnie cztery kontenery startowe dla dronów przechwytujących pionowego startu. 

(...)

Daje to Ukrainie możliwość wysunięcia swojej obrony przeciwlotniczej w głąb Morza Czarnego, znad którego atakowana jest Odessa i inne miasta na wybrzeżu kraju. Z powodu braku okrętów przeciwlotniczych, południe Ukrainy jest narażone na rosyjskie bombardowania – do tej pory użycie dronów przechwytujących było możliwe dopiero wzdłuż linii brzegowej. 

Możliwość startu dronów przeciwlotniczych z pokładu dronów morskich stanowi też potencjalne zagrożenie dla rosyjskich śmigłowców bazujących na Krymie i okrętach Floty Czarnomorskiej. 

centrumeuropy.pl  


Dane na temat rosyjskiego ochotniczego poboru pochodzą od Janisa Kluge, niemieckiego analityka specjalizującego się w śledzeniu rosyjskiej rekrutacji. Robi to, analizując ciągle podawane publicznie dane budżetowe rosyjskich regionów (nie wszystkich, ale odpowiadających za około 50 procent populacji kraju) i rządu federalnego. Wśród nich są informacje na temat tego, ile ogólnie wydano na dodatki za zawarcie kontraktu z wojskiem. W połączeniu z szeroko reklamowanymi przez władze wysokościami owych dodatków pozwala to dość precyzyjnie śledzić, ilu ludzi się zaciągnęło w skali całego kraju.

Z danych Klugego wynika, że pierwsze miesiące tego roku to wyraźne zwolnienie rekrutacji. W porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 roku jest to o 20 procent mniej ochotników. Oznacza to około 70 tysięcy podpisanych kontraktów w pierwszych trzech miesiącach tego roku, średnio mniej więcej 800 dziennie. Oficjalnie było to więcej. Dmitrij Miedwiediew będący szefem Komisji ds. Rekrutacji mówił pod koniec marca o "ponad 80 tysiącach" zrekrutowanych osób. Czyli około 1000 dziennie. Według Klugego oficjalne dane budżetowe regionów nie potwierdzają jednak słów Miedwiediewa.

Dzieje się tak pomimo wzrostu nagród za złożenie podpisu pod kontraktem. Składa się na nie kilka elementów. Podstawa to dodatek federalny w kwocie 400 tysięcy rubli (18,9 tysiąca złotych), który jest stabilny. Więcej dopłacają władze regionalne, ciągle aktualizując kwotę w zależności od tego, jak idzie im wypełnianie narzucanej przez Moskwę kwoty pozyskanego rekruta. Według danych Klugego dodatek regionalny to aktualnie średnio niemal 1,5 miliona rubli (około 70 tysięcy złotych). Pod koniec 2025 roku średnie regionalne dodatki wynosiły około 1,3 miliona rubli, choć wcześniej jesienią na chwilę dobiły do prawie 1,4 miliona. Koniec roku był jednak trudny dla rosyjskich regionów, na które Moskwa przerzuciła wiele kosztów prowadzenia wojny. W tym właśnie zmuszając je do finansowania rekrutacji. Kryzys zadłużenia zmusił wiele z nich do cięcia dodatków. Niektóre mogły też obniżyć dodatki z powodu wypełnienia kwoty rekruta.

Średnia rosyjska pensja brutto to około 83-89 tysięcy rubli, choć mediana to zaledwie 40-48 tysięcy. Prawie dwa miliony rubli oferowane za zaciągnięcie się do wojska, plus późniejszy żołd na poziomie od 200 tysięcy rubli i wysokie odszkodowania za rany lub śmierć, są więc dla przeciętnego Rosjanina kwotami ogromnymi. Zmieniającymi życie samego ochotnika, jak i jego rodziny. Pokusa jest więc ogromna. Tym bardziej że dochodzą jeszcze różne przywileje i możliwość umorzenia długów. Władza zrobiła wiele, aby ruszenie na wojnę w Ukrainie było bardzo atrakcyjne ekonomicznie. Niezależnie od tego, tempo rekrutacji najwyraźniej spada.

Nawet tych 200 ludzi dziennie mniej to problem dla rosyjskiej armii. Od właściwie 2 lat większość zachodnich analityków przyjmuje, że traci ona do około 20-30 tysięcy zabitych i rannych miesięcznie. Rekrutacja na poziomie około tysiąca ludzi dziennie pozwalała te straty uzupełniać i to z małą górką, umożliwiającą powolną rozbudowę struktur armii. Taki stan jest zadowalający dla Kremla, którego celem jest wyczerpanie Ukraińców i Zachodu. Ciągłe wysokie straty własne to sprawa drugorzędna. Konieczny koszt zwycięstwa. Jednak jeśli dobrowolna rekrutacja przestanie zaspokajać potrzeby wojska prowadzącego niemal ciągłą ofensywę na wielu odcinkach frontu, to Kreml stanie przed dylematem.

Po pierwsze, będzie mógł zwiększyć presję na własnych obywateli celem przymuszania ich do zawierania kontraktu. Pewne tego oznaki już widać. Pod koniec marca władze obwodu riazańskiego nakazały firmom "nominowanie" części swoich pracowników do podpisania kontraktu wojskowego. Te zatrudniające do 300 ludzi muszą wybrać co najmniej dwójkę, te mające ponad 500 już trójkę. Rosyjscy prawnicy cytowani przez "The Moscow Times" twierdzą, że w praktyce taki nakaz jest sprzeczny z prawem. Pokazuje jednak presję na wypełnienie norm rekrutacji. Amerykańska telewizja "CNN" twierdziła natomiast na początku kwietnia, powołując się na komunikację z rosyjskimi studentami, że na uniwersytetach szybko narasta silna presja na zaciąganie się do wojska. Zwłaszcza do pododdziałów dronowych.

gazeta.pl

sobota, 18 kwietnia 2026



Ważne i znaczące wystąpienie Colby`ego na spotkaniu grupy kontaktowej z Ramstein. /A la spotkanie w Pentagonie z ludźmi papieża? - red./ Podkreśla on, że USA nie będą przekazywać "znaczącego" wkładu w inicjatywę PURL. Wezwał Europę do szybkiego przejęcia większej odpowiedzialności za wsparcie Ukrainy (nie tylko opłacenia dostaw ale przede wszystkim przejęcia *produkcji* uzbrojenia). Argumentował, że zasoby przekazywane były z amerykańskich zapasów, co nie będzie już możliwe. 

W treści wystąpienia pojawiło się też napomnienie, że prezydent Trump oczekuje zaangażowania w odblokowanie Ormuzu.

“President Trump has rightly made clear that he expects allies and partners to step up and help secure this vital waterway in the Middle East. I underline the criticality of this for our relationship going forward.”

Podkreślił, że działanie to ma krytyczne znaczenie dla dalszych stosunków z USA.

Innymi słowy, Colby w dość dyplomatyczny jak na siebie sposób powtórzył dokładnie to samo, co w ostatnim czasie mówił Trump. Wyczerpanie zasobów na bliskowschodnią wojnę doprowadziło do poważnych deficytów w efektorach OPL, wobec czego Europa musi *natychmiast* przejąć tę część na siebie, jeśli chce wspierać Ukrainę.

Co więcej, Europa musi pilnie przejąć pełną odpowiedzialność za konwencjonalną obronę kontynentu.

**

To było spodziewane, a oznacza zwijanie się Amerykanów z Europy i przejście do roli ewentualnego wsparcia z tylnego rzędu, czyli jako podstawa parasol atomowy i ewentualny udział lotnictwa. Mało tego, te zmiany nastąpią w bardzo krótkim czasie, mimo że powolne przejmowanie odpowiedzialność (np. ostatnio na stanowiskach dowódczych) już trwa. Colby sugeruje, że sprzeciwianie się wezwaniom Trumpa, skończy się pogłębieniem gwałtowności tego procesu.

Z drugiej strony, takie postawienie sprawy usuwa jakąkolwiek zachętę wobec Europy, do współpracy z Trumpem w jego "wycieczkach". Skoro zmiany są nieuchronne i gwałtowne, nie ma sensu trwonić uwagi i środków na pomoc USA z dala od własnego teatru działań. Skoro są przesądzone, żadne umizgi i tak nie pomogą.

Zresztą sprawa jest u Trumpa prosta, "NATO nie było, kiedy ich potrzebowaliśmy" - powtarza. Włochom już powiedział, że nie otrzymają pomocy w chwili próby. Nie ma co się oszukiwać. Trump samodzielnie zniszczył amerykańskie odstraszanie i jakiekolwiek przekonanie o trwałości zobowiązań sojuszniczych.

x.com/FilippDM


Alex Samson to były asystent senatora Teda Cruza i członek zbliżonej do wiceprezydenta J.D. Vance'a organizacji American Moment. Formalnie pełni funkcję starszego doradcy Biura ds. Demokracji, Praw Człowieka i Pracy Departamentu Stanu, choć wewnętrznie przemianował tę jednostkę na "Biuro Praw Naturalnych" ze względu na sprzeciw wobec koncepcji praw człowieka.

Według "NYT" Samson był odpowiedzialny za prowadzenie polityki Waszyngtonu nastawionej na wspieranie skrajnej prawicy i krytykę europejskich regulacji przez większość 2025 r., kiedy rolę podsekretarza stanu USA ds. dyplomacji publicznej objęła Sarah Rogers.

Alex Samson został uznany za idealnego kandydata do swojej roli ze względu na zaangażowanie na rzecz chrześcijaństwa, sprzeciw wobec cenzury i polityki europejskiej. Kiedy obejmował funkcję, według "NYT powiedział pracownikom biura, że ma zamiar "dać głos chrześcijanom i konserwatystom". Dziennik podaje, że instruował również pracowników, by wymyślili sposoby na "ukaranie" Unii Europejskiej za ograniczanie wolności słowa.

"NYT" opisuje podróże i spotkania Samsona m.in. z posłami Alternatywy dla Niemiec, Beatrix von Storch i Joachimem Paulem, podczas którego politycy wyrażali swoje obawy o możliwą delegalizację partii, a amerykańscy dyplomaci potępiali regulacje mediów społecznościowych i cenzurę konserwatystów.

W marcu 2025 roku Samson przebywał w Londynie na tajnym śniadaniu z Nigelem Farage'em, brytyjskim prawicowym populistą, aby omówić kwestię aborcji i cenzury. W maju był w Paryżu, próbując przekonać komisję praw człowieka, że Marine Le Pen, francuska liderka skrajnej prawicy skazana za defraudację środków z Parlamentu Europejskiego, była niesprawiedliwie prześladowana.

Dziennik pisze, że w wielu przypadkach Samson "szokował" swoją krytyką europejskich polityków i przywódców. "NYT" podaje, że podczas spotkania z Reporterami bez Granic stwierdził m.in., że Francja "stopniowo staje się Koreą Północną".

Wśród odwiedzanych przez młodego dyplomatę krajów były też Węgry, Słowacja, Austria i Czechy. Gazeta opisuje też podróż Samsona i Rogers - której retoryka i poparcie dla skrajnej prawicy również budzi kontrowersje - z brytyjskimi dyplomatami w Londynie w grudniu ubiegłego roku. Podczas spotkania Rogers ostro skrytykowała poziom migracji w Wielkiej Brytanii, oskarżając migrantów o podsycanie fali przestępczości, choć według oficjalnych danych przestępczość w Wielkiej Brytanii spadła w ciągu ostatnich 10 lat. Skrytykowała brytyjską policję za aresztowanie komika krytykującego działania na rzecz praw osób transpłciowych.

"NYT" podkreśla jednak, że jak dotąd polityka USA przyniosła niewiele konkretnych rezultatów - premier Węgier Viktor Orban przegrał wybory, Le Pen nadal wykluczona jest z wyborów - a ze względu na niepopularność Trumpa na kontynencie, partie prawicowe raczej starają się dystansować od Stanów Zjednoczonych.

PAP

piątek, 17 kwietnia 2026



Sekretarz skarbu USA Scott Bessent potwierdził w czwartek, że Stany Zjednoczone zdecydowały się na przywrócenie pełnych sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowego. Decyzja zwalniająca z sankcji "krwawą ropę" z obostrzeń wygasła 11 kwietnia. Bessent zapowiedział również, że nie zostanie przedłużone zwolnienie dla irańskiego surowca (to obowiązuje jeszcze do 19 kwietnia).

Na pierwszy wyłom w sankcjach Trump zdecydował się już w drugim tygodniu marca (12 marca). Dotyczył - według różnych szacunków - około 100 mln baryłek rosyjskiej ropy, która znajdowała się już na tankowcach. Kolejna decyzja zapadła 20 marca i dopuściła sprzedaż około 140 mln baryłek irańskiej ropy, będącej już na statkach.

Przewrotny plan USA zakładał, że ta ropa zasili rozchwiany wojną w Iranie rynek i tym samym ograniczy drastyczny wzrost cen surowca na światowych rynkach.

To nie przyniosło żadnego efektu. Nie powstrzymało galopady cen. Pozwoliło jedynie zarobić Putinowi i irańskiemu reżimowi - ocenia w rozmowie z money.pl dr Przemysław Zaleski, ekspert ds. bezpieczeństwa energetycznego Fundacji Pułaskiego i Politechniki Wrocławskiej.

- To nie miało żadnego sensu. Nie przy takim wolumenie i tak wielkich stratach produkcyjnych i eksportowych państw Zatoki Perskiej - dodaje.

Tylko straty z jednego pola naftowego Manifa Arabia Saudyjska oszacowała na 300 mln baryłek ropy dziennie. Uszkodzenie kluczowego ropociągu Wschód-Zachód oznaczało z kolei spadek w dostawach na rynek o 700 tys. baryłek ropy dziennie.

(...)

- Wypowiedzi Trumpa miały większy wpływ na rynki niż chaotyczne posunięcia jego administracji. Raz ogłasza otwarcie cieśniny Ormuz, innym razem sam zakłada blokadę i grozi "zduszeniem" Iranu. Dziś Trump już nie kontroluje Zatoki Perskiej - twierdzi dr Zaleski. - Pogubił się w celach - dodaje.

Najbardziej widocznym efektem uwolnienia spod sankcji ropy była kolejka, w jakiej ustawili się chętni do jej kupna bez ryzyka wtórnych represji ze strony USA. Ci, którzy do tej pory trzymali się z daleka od surowca z Iranu czy Rosji, szybko wrócili do zamówień.

Według ustaleń Reutersa były to indyjskie rafinerie, a za nimi rafinerie w innych częściach Azji, jak choćby z Filipin. Po irański surowiec sięgały już nie tylko prywatne firmy z Chin, ale również państwowe rafinerie. Również rosyjska ropa stała się atrakcyjna.

Przypomnijmy, że w ostatnich miesiącach średnio Rosja zarabiała na ropie i produktach na jej bazie około 11 mld dol. miesięcznie. Skutki ataku na Iran umożliwiły jej podreperowanie budżetu. Drastyczne wzrosty cen na rynkach sprawiły, że również rosyjskie gatunki zyskały na cenie. Po raz pierwszy od ponad 10 lat rosyjska ropa sprzedawana przez port Kozmino nad Pacyfikiem przebiła granicę 100 dol. za baryłkę.

- Uwolnienie spod sankcji było dodatkowym prezentem dla Putina - komentuje dr Zaleski.

Z analiz Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) wynika, że przez pierwsze dwa tygodnie zawieszenia sankcji rosyjski budżet zasiliło dodatkowe 6,9 mld dol.

Elżbieta Kaca z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) w swoim komentarzu wylicza, że w marcu Rosja zanotowała znaczne zyski z eksportu ropy, które wzrosły o 114 proc. w skali miesiąca, osiągając wartość 7,4 mld euro z tytułu podatku od sprzedaży. Całkowita wartość eksportu rosyjskich surowców wyniosła 11,6 mld euro.

Również strona irańska informowała, że uwolniona spod sankcji ropa wyprzedała się na pniu. Indie, które historycznie były głównym nabywcą irańskiej ropy, są uważane za kluczowego beneficjenta decyzji Donalda Trumpa. Zapasy uzupełniły również Chiny. W czwartek Scott Bessent sugerował, że ładunki irańskiego surowca zostały już wyprzedane.

Władimir Putin i ajatollahowie dalej jednak handlować nie będą mogli, bo pełne sankcje na ropę wracają. Według Elżbiety Kacy z PISM przywrócenie sankcji zmusi Rosję do sprzedaży surowca po niższych cenach na rynkach azjatyckich. Jak ocenia, rosyjskie zniżki będą jeszcze mocniejsze. Dlatego też pełne sankcje mogą ograniczyć potencjalne zyski Rosji na dłuższą metę.

Pomimo działań dyplomatycznych specjalnego wysłannika Moskwy Kiriłła Dmitrijewa, który prowadził 9 kwietnia rozmowy z przedstawicielami administracji USA, oraz próśb niektórych państw azjatyckich takich jak Indie i Filipiny, Waszyngton nie przedłużył wyłączeń dla surowców z Rosji.

money.pl


Skala tego zjawiska jest trudna do jednoznacznego określenia, ale to już nie jest faza eksperymentów i frontowych samoróbek jak rok temu. Tak jak w powietrzu 1-2 lata temu, robotyzacja na ziemi wyraźnie przyśpieszyła. Drony lądowe są już produkowane w dużych seriach, zaczyna się standaryzacja i powszechne użycie. Nagrania z działań na froncie z ich udziałem to już nie nowinki, ale właściwie codzienność.

Temat ten poruszył w poniedziałek Wołodymyr Zełenski podczas swojego wystąpienia z okazji Dnia Pracownika Przemysłu Zbrojeniowego. Prezydent wykorzystuje tę okazję, aby podkreślić osiągnięcia ukraińskie w dziedzinie produkcji i rozwoju uzbrojenia, wybierając obszary, które pozwalają osiągnąć jak najlepszy efekt promocyjny. W tym roku były to właśnie między innymi drony lądowe. - Nasze robotyczne systemy lądowe wykonały ponad 22 tysiące misji na froncie w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Ujmując to inaczej, ponad 22 tysiące razy uchroniono ludzkie życie, kiedy robot wyruszył do najniebezpieczniejszej strefy zamiast żołnierza - mówił Zełenski. Stwierdził też, że "po raz pierwszy w historii tej wojny, wroga pozycja została zajęta wyłącznie przez systemy bezzałogowe, powietrzne i lądowe". - Okupanci się poddali, a operacja odbyła się bez udziału naszej piechoty i strat po naszej stronie - stwierdził prezydent.

(...)

Do miana pierwszego udanego ataku robotów kończącego się pojmaniem Rosjan aspiruje 3. Samodzielny Korpus Szturmowy, który w lipcu 2025 roku zaatakował wyjątkowo uporczywie broniącą się grupę Rosjan lądowymi dronami-kamikadze, czyli znanymi już od prawie stu lat minami samojezdnymi. Pierwsza wybiła dziurę do wnętrza ziemianki, w której schronili się żołnierze. Kiedy druga wtoczyła się do środka, Rosjanie się jej poddali, nie chcąc ryzykować tego, co stanie się po detonacji kolejnych 30 kg materiałów wybuchowych. Jest możliwe, że prezydent nawiązywał do styczniowego wydarzenia z rejonu Hulajpola, które zaowocowało bardzo dobrym nagraniem poddawania się Rosjan robotowi. Widać na nim trzech rosyjskich żołnierzy, którzy najpewniej zostali wcześniej zaatakowani przez jakiegoś drona latającego. Jeden jest ranny, a jego towarzysze wyraźnie trwożnie spoglądają w niebo. Poddają się jednak dronowi lądowemu. Te mają najczęściej zamontowane głośniki, aby móc za ich pośrednictwem przekazywać komendy. Dalsze szczegóły wydarzenia nie są znane.

(...)

Jednak bezpośrednia walka to nie jest to, do czego lądowe bezzałogowce są najczęściej używane. Mają inne zadania które, choć może są mniej spektakularne, mają ogromne znaczenie. To logistyka i ewakuacja rannych. Codzienna konieczność, bez której nie da się prowadzić wojny, a która stała się bardzo niebezpieczna ze względu na rozwój dronów latających. Zarówno rozpoznawczych, jak i uderzeniowych. Aktualnie około 15-20 kilometrów za linią kontaktu rozciąga się tak zwana strefa śmierci, gdzie jakikolwiek ruch oznacza wystawienie się na poważne ryzyko. Dostarczanie zaopatrzenia na wysunięte pozycje, rotowanie ich obsad czy ewakuacja rannych, to obecnie zadania bardzo trudne. W początkowym okresie używano do tego głównie samochodów terenowych. Potem zaczęto szerzej stosować mniej rzucające się w oczy quady z przyczepkami. Teraz nawet one są często za duże i w wielu miejscach dotarcie na wysunięte pozycje to długa wyprawa piesza, najlepiej nocami czy we mgle, co jest nadal bardzo ryzykownym zadaniem.

Dlatego już od dobrze ponad roku zaczęto stosować drony. Na początku na większą skalę te powietrzne, których na froncie było znacznie więcej. Zamiast granatów zaczęto pod nie podwieszać małe pakunki z wodą, jedzeniem i amunicją, które zrzucano na własne pozycje. Kiedy teraz czasem pojawiają się informacje o ukraińskich żołnierzach trzymających jedną pozycję miesiącami bez zmiany, to właśnie dzięki takim dostawom zaopatrzenia. Problem tego rozwiązania jest taki, że drony latające mają mały udźwig - góra kilka kilogramów lub kilkanaście-kilkadziesiąt w przypadku tych największych. To ciągle mało, kiedy trzeba zaopatrywać kilku ludzi siedzących w ziemiance. Oznacza to częste loty oznaczające ryzyko utraty maszyny, ale też wykrycia jej operatorów.

I tutaj przebojem wdzierają się właśnie drony lądowe. Ich standardowy udźwig to zazwyczaj rejon do 250 kilogramów. Baterie wystarczają na kilka godzin jazdy, do nawet 8. Łączność jest zapewniana przez system satelitarny Starlink albo klasyczną radiową. W przypadku tej ostatniej często pomagają drony latające służące jako stacje przekaźnikowe, które znacznie wydłużają zasięg. Czasem używane są też rozwijane światłowody ciągnące się za robotem. Jeden udany kurs takiej maszyny to wiele dni zapasów na wysuniętej pozycji. Używane są nawet do transportu drewna używanego do budowy umocnionych pozycji. Ukraińscy żołnierze rozmawiający na początku kwietnia z dziennikarzem brytyjskiego "The Guardian" szacowali, że obecnie do 90 procent logistyki na tych ostatnich kilkunastu kilometrach przed pozycjami wroga to drony.

Maszyny okazały się też świetnym narzędziem ewakuacji rannych. Klasycznie jest to operacja wymagająca narażenia kilku innych osób, które muszą pomagać rannemu, a przez to wystawiają się na łatwiejsze wykrycie i cios z powietrza. Dlatego ewakuacja medyczna to jedna z tych sytuacji, kiedy jeszcze względnie często na front są kierowane pojazdy opancerzone, dające szansę szybko wywieźć rannego i wytrzymać ciosy dronów. Drony logistyczne oferują wygodną alternatywę. Likwidują ryzyko dla ludzi oraz cennych pojazdów, a przy tym są dość odporne na ataki latających dronów. Miejsca i udźwigu starcza na 1-2 osoby. Po dostarczeniu zapasów na pierwszą linię mogą zabrać ich z powrotem. Dla ochrony ewakuowanych montowane są specjalne osłony przypominające metalową trumnę.

(...)

Lądowym dronom oczywiście ciągle daleko do wizji rodem z filmów science fiction. To ciągle dość proste i niezgrabne maszyny, które właściwie nie są w stanie poruszać się w terenie. Muszą korzystać z dróg czy choćby ścieżek, bo poza nimi ryzyko utknięcia lub wywrotki jest zbyt duże. Świadomość operatora i czas jego reakcji są słabe, bo widzi świat przez prostą kamerę z często rwącym się sygnałem. Zdolności do unikania ciosów właściwie nie ma. We wspomnianym tekście "Guardiana" jeden z żołnierzy deklarował, że jego oddział traci co czwartego drona lądowego wysłanego na misję logistyczną. Obie strony intensywnie polują na nie przy pomocy dronów powietrznych. Jednak pomimo takich ograniczeń i takiego poziomu strat, ich użycie gwałtownie rośnie. Jasno to pokazuje, że jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż narażanie ludzi. 

gazeta.pl

czwartek, 16 kwietnia 2026



W środę 15 kwietnia Władimir Putin zażądał pilnych wyjaśnień od rządu i Banku Centralnego po serii rozczarowujących danych z rosyjskiej gospodarki. Maleją inwestycje, kurczą się wpływy z ropy i gazu, a budżet coraz mocniej trzeszczy pod ciężarem wydatków.

Oprócz tego wezwał też do pilnych działań mających przywrócić wzrost gospodarczy.

Jest to już jego druga publiczna skarga na słabość gospodarki w ciągu zaledwie miesiąca.

(...)

Według rosyjskiego Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego PKB w styczniu i lutym był o 1,8 proc. niższy niż w tym samym okresie rok wcześniej. Z kolei Instytut Prognoz Gospodarczych Rosyjskiej Akademii Nauk (INP) oszacował, że w pierwszym kwartale gospodarka skurczyła się o 1,5 proc. rok do roku.

Tymczasem Bank Centralny wcześniej prognozował wzrost PKB o 1,6 proc. w analogicznym okresie.

Resort tłumaczył część spadku efektem kalendarzowym, wskazując, że w styczniu były o dwa dni robocze mniej, a w lutym o jeden dzień mniej niż rok wcześniej. Po uwzględnieniu tej korekty PKB w styczniu pozostał na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego, a w lutym wzrósł o 0,3 proc.

Putin uznał jednak takie wyjaśnienia za niewystarczające.

To oczywiście obiektywne okoliczności, ale jasne jest, że są one dalekie od bycia jedynymi czynnikami wpływającymi na aktywność biznesową i inwestycyjną w kraju — powiedział, wskazując na spadki w przemyśle przetwórczym, całym sektorze przemysłowym oraz budownictwie.

onet.pl\The Moscow Times


Dla wielu kremlowskich technokratów wojna stała się osobistą tragedią. Jednak wybierając stabilność za wszelką cenę i delegując decyzje polityczne, stworzyli oni system, w którym wojna stała się ekonomicznie możliwa. Lata konsolidacji fiskalnej stworzyły rezerwę strategiczną, która umożliwiła prowadzenie wojny bez natychmiastowego załamania finansowego.

Wojna przyspieszyła i obnażyła deformacje, które gromadziły się przez lata. Ważne jest dokładne zrozumienie ich natury, ponieważ nie znikną one wraz z zawieszeniem broni.

(...)

Popyt wojskowy stworzył specyficzną pułapkę, podobną do dochodów z ropy naftowej w pierwszej dekadzie XXI w.: tworzy miejsca pracy, podnosi dochody i stwarza wrażenie funkcjonującego państwa. Płace w kompleksie przemysłowo-obronnym wzrosły o dziesiątki procent w ujęciu realnym. Dochody rodzin żołnierzy kontraktowych są trzy do czterech razy wyższe niż przed wojną. Tymczasem wydatki na obronę osiągnęły w ramach oficjalnej pozycji budżetowej 6,3 proc. PKB i ponad 7 proc., jeśli uwzględnić towarzyszące im wydatki wojskowe.

Z jawnych danych budżetowych wynika, że dzienne koszty wojny wynoszą ok. 36-37 mld rubli (według aktualnego kursu 1,6-1,7 mld zł). Liczba ta nie obejmuje płatności regionalnych, wydatków zaliczanych do innych kategorii oraz innych specyficznych elementów księgowych.

Kwota odpowiada budowie kilkudziesięciu szkół lub pięciu do siedmiu dużych szpitali każdego dnia.

(...)

Co więcej, zakończenie wojny może utrwalić status quo w Rosji, jeśli nie będzie mu towarzyszyła zmiana kierunku politycznego. Reżim będzie miał szansę ogłosić się zwycięzcą, przypisać trudności gospodarcze "konsekwencjom presji sankcji" i kontynuować rządzenie krajem zgodnie z dawną logiką redystrybucji przypominającej system stanowy. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to najgorszy możliwy scenariusz: wszystkie problemy pozostaną, ale nie będzie impulsu do ich rozwiązania.

onet.pl\The Moscow Times


Jeszcze parę lat przed pełnowymiarową inwazją na Ukrainę władze podjęły próby zablokowania Telegramu. Wówczas to się nie udało, bo chyba nie było technicznych możliwości. Wyłączenie Telegramu spowodowało awarie w innych częściach internetu, także tych wykorzystywanych przez biznes czy władze.

Ale i tak Kreml tworzył swoje odpowiednik najpopularniejszych serwisów światowych, od Google do Youtube. I w dużej mierze udało się przenieść rosyjski internet na te serwisy.

Teraz jednak poszedł na całość. Telegram jest wyłączany i zastępowany kremlowskim Maxem dość sprawnie, inaczej niż przed laty. Dokładnie nie wiemy, co się w szczegółach dzieje w Rosji, ale wiele wskazuje na to, że w niektórych miejscach uznanych za ważne dla bezpieczeństwa (np. w pobliżu Kremla) są nawet kłopoty z normalnym dzwonieniem przez komórki czy wysyłaniem SMS-ów.

Dlatego najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza wysunięta przez znanego rosyjskiego dziennikarza śledczego, a obecnie emigracyjnego wideoblogeraś Stanisława Biełkowskiego, że przyspieszenie spowodowała… wojna USA i Izraela z Iranem. Cały świat widział, jak za pomocą szpiegostwa internetowego Amerykanie i Izraelczycy zlikwidowali całe przywództwo reżimu.

centrumeuropy.pl

środa, 15 kwietnia 2026



Dziesiątki tankowców należących do rosyjskiej "floty cieni" czekają w Zatoce Fińskiej na wznowienie działalności terminali naftowych, które zostały uszkodzone w wyniku ukraińskich nalotów. Zdaniem ekspertów zwiększa to ryzyko sabotażu lub szkód środowiskowych na jednym z najbardziej ruchliwych szlaków żeglugowych świata.

Od 30 do 40 tankowców z "floty cieni" skupia się wokół nieoficjalnych miejsc kotwiczenia na wodach rosyjskich, a także na pasie wód międzynarodowych o szerokości 6 mil morskich, czyli ok. 11 km, między Finlandią a Estonią.

(...)

Statki nie mogą zmienić kursu na pobliskie porty ze względu na ryzyko zatrzymania.

W styczniu 2025 r. NATO rozpoczęło operację Baltic Sentry w celu monitorowania podejrzanej aktywności żeglugowej w regionie po serii zdarzeń, w których statki "floty cieni" miały uszkodzić kable podmorskie w Zatoce Fińskiej.

Rosyjska "flota cieni" liczy ponad 3000 statków, a setki z nich zostały objęte sankcjami UE i USA. Stanowią one kluczowe źródło dochodów dla kasy wojennej Kremla w trakcie trwającej inwazji na Ukrainę.

(...)

Ceny ropy Urals, zazwyczaj sprzedawanej z rabatem w stosunku do ropy Brent, wzrosły na początku kwietnia do najwyższego od 13 lat poziomu 116 dol. (według aktualnego kursu 417 zł) za baryłkę, gdy globalni klienci gorączkowo poszukiwali alternatywnych dostawców. "Financial Times" oszacował, że wysokie ceny ropy generowały nawet 150 mln dol. (540 mln zł) dziennie dodatkowych dochodów dla rosyjskiego budżetu.

Zatoka Fińska ma kluczowe znaczenie dla tej ekonomicznej linii życia, ponieważ 42 proc. eksportu przechodzi przez porty w Ust-Łudze i Primorsku.

Jednak ukraińskie ataki dronów w ostatnich tygodniach spowodowały tak poważne zniszczenia, że przez kilka dni żadne statki nie mogły zacumować w żadnym z tych portów, co ograniczyło rosyjskie zyski z wojny z Iranem. Dane z otwartych źródeł sugerują, że w okresie od 16 kwietnia do 18 maja w Primorsku mają zacumować tylko dwa tankowce.

onet.pl\The Moscow Times


Trump, który kiedyś był prezbiterianinem, a obecnie nie należy do żadnej wspólnoty, zdobył 59 proc. głosów katolików w 2024 r. w porównaniu z 50 procentami w 2016 r. Były prezydent Joe Biden, katolicki prezydent, zdobył poparcie tej grupy wyborców, uzyskując 52 proc. głosów w 2020 r.

— Odpuść parę katolickich demonstracyjnych gestów, a być może zdobędziesz kilka miejsc w Izbie Reprezentantów — mówi Michael Caputo, wieloletni doradca Trumpa i były urzędnik administracji, obecnie robiący studia magisterskie z teologii w Ave Maria, katolickiej enklawie na Florydzie.

— Demokraci odnaleźli katolickie drzwi do podziału, którego potrzebowali przed wyborami śródokresowymi, a po spotkaniu z głównym doradcą Obamy papież pomógł im nacisnąć klamkę — dodaje, wskazując na niedawne spotkanie byłego doradcy Obamy, Davida Axelroda, z papieżem jako dowód, że opisywana przez niego strategia jest już w trakcie realizacji.

(...)

— To złe pod każdym względem — występuje z tyradą przeciwko papieżowi, a potem próbuje przywłaszczyć sobie Jezusa — komentuje republikanin zajmujący się zbieraniem funduszy na działalność partii, który jest katolikiem. — [Trump] spotkał się z ostrym sprzeciwem po obu stronach chrześcijańskiej sceny politycznej, zarówno ze strony ewangelików, jak i katolików. To zakazana strefa — dodaje.

Inni lojalni zwolennicy Trumpa twierdzą, że osoby krytykujące prezydenta nie doceniają tego, co dla nich zrobił.

— Niektórzy ludzie są sfrustrowani wieloma innymi sprawami i dlatego mówią: "mam tego dość" — mówi jeden z wysokich rangą urzędników administracji i gorliwy katolik. — Jeśli sprawia im przyjemność mówienie: "Uważam, że to bluźnierstwo", to ok, ale nie ma to większego znaczenia, jeśli chodzi o realną zmianę sytuacji.

Zarówno rzeczniczka kierownictwa Partii Republikańskiej Kiersten Pels, jak i rzeczniczka Białego Domu Taylor Rogers powtórzyły ten argument w swoich oświadczeniach, twierdząc, że Trump wprowadził szereg prokatolickich rozwiązań, a także cofnął decyzje poprzedniego prezydenta Joego Bidena, m.in. w kwestiach aborcji i osób transpłciowych.

— Prezydent Trump położył kres wykorzystywaniu rządu federalnego przeciwko wierzącym, dumnie bronił i rozszerzył nasze prawa religijne, ułaskawił działaczy pro life, powstrzymał chemiczne okaleczanie dzieci naszego narodu i chronił prawa rodziców — powiedziała Rogers.

Rozpoczęcie przez Trumpa słownego ataku na papieża Leona XIV podczas lotu powrotnego z Miami w niedzielę wieczorem wprawiło wielu sojuszników w osłupienie. W poście, będącym najwyraźniej reakcją na fragment programu "60 Minutes", w którym trzech wybitnych katolickich kardynałów krytykowało wojnę z Iranem, Trump nazwał Leona "słabym", stwierdził, że powinien "wziąć się w garść" i przypisał sobie zasługi za jego wstąpienie na papieski tron.

"Nie figurował na żadnej liście kandydatów na papieża i został umieszczony na niej przez Kościół tylko dlatego, że był Amerykaninem, a oni uznali, że to będzie najlepszy sposób na poradzenie sobie z prezydentem Donaldem J. Trumpem. Gdybym nie był w Białym Domu, Leon nie byłby w Watykanie" — napisał prezydent na Truth Social.

Jeden z sojuszników Białego Domu stwierdził, że "cel kłótni z papieżem nie jest do końca jasny". — Ludzie nie wiedzą, o co chodzi — mówi.

Wkrótce potem Trump opublikował na swoim koncie w serwisie Truth Social zdjęcie, na którym jest ubrany w białą szatę i owinięty czerwonym szalem, skąpany w świetle, sprawiając wrażenie, jakby uzdrawiał chorego mężczyznę w szpitalnym łóżku, otoczony klasycznymi symbolami Ameryki — Statuą Wolności, amerykańską flagą i bielikiem amerykański.

Niektórzy sojusznicy prezydenta potraktowali to jako żart — (według nich) Trump jest po prostu sobą. W końcu wcześniej opublikował grafikę siebie jako papieża.

— Publikowanie bzdur to jego styl, więc nie czuję się tym szczególnie urażony, ale uważam to po prostu za niepotrzebne. Po co to robić? To jak komar. Drażni mnie — komentuje jeden z katolików popierających MAGA blisko związany z Białym Domem.

— Nie sądzę, żeby to była wyjątkowa sytuacja, która rozbije koalicję — dodaje, choć według niego "ludzie, którzy są tym najbardziej zdenerwowani, są zirytowani z wielu powodów, a to kolejny z nich".

Niedawne badanie CBS News/YouGov wykazało, że ogólny wskaźnik poparcia dla Trumpa wynosi około 39 proc., przy czym 35 proc. popiera jego sposób zarządzania gospodarką, a 31 proc. sposób, w jaki radzi sobie z inflacją. Poparcie dla niego w kwestii wojny wynosi około 36 proc.

onet.pl\Politico