niedziela, 2 sierpnia 2026



- Rosjanie wyciągnęli wszystko, co mogli. W trakcie poprzedniego ataku na Kijów, 30 lipca, użyli zaledwie dziewięciu pocisków batalistycznych. Dzisiaj to były praktycznie wyłącznie pociski batalistyczne - stwierdził w rozmowie z Espreso TV ekspert ds. lotnictwa Walerij Romanenko.

W ocenie specjalisty tak szerokie zastosowanie rakiet oznacza, że Rosja sięgnęła do zapasów zgromadzonych w odległych bazach. Świadczyć o tym może także obecność bombowców strategicznych Tu-160, które, jak zauważył ekspert, musiały przybyć z Dalekiego Wschodu.
Wojna w Ukrainie. Ekspert o ataku na Kijów

W obecnej sytuacji pociski batalistyczne okazują się być wyjątkowo skuteczną bronią - jak przytoczył rozmówca Espreso, w ostatnim czasie Rosja wystrzeliła 125 pocisków, z czego zestrzelonych zostało tylko 19.

- To wyraźnie świadczy o jednym - brakuje nam systemów przeciwrakietowych, konkretnie pocisków do systemów Patriot, zdolnych do zestrzeliwania rosyjskich rakiet. To gwałtownie wpływa na skuteczność odpierania ataków Rosji - wskazał.

Jak zauważył Ramanenko, w nocy z piątku na sobotę w stronę Kijowa leciało 27 pocisków balistycznych. Zestrzelony został tylko jeden. - Nie chcę używać tego słowa, ale jeżeli miałbym rozwinąć tę myśl, to powiedziałbym wprost - dzisiaj to była egzekucja - stwierdził.

Romanenko ma jednak nadzieję, że w przyszłości sytuacja się poprawi. - Nie sądzę, żeby ta sytuacja trwała długo. Rosjanie po prostu wykorzystują okazję - powiedział, wskazując, że Ukraina czeka obecnie na dostawę pocisków Patriot, które zmienią sytuację.

(...)

Niedobór pocisków do systemów Patriot, o którym od tygodni mówi strona ukraińska, jest obecnie jednym z głównych tematów podejmowanych przez dyplomację Ukrainy w rozmowach z zachodnimi partnerami.

- To niesamowita broń. Musimy bardzo uważać, komu pozwalamy ją produkować - powiedział Trump w prezydenckiej rezydencji w Camp David, odpowiadając na pytanie o możliwość zezwolenia Ukrainie na wytwarzanie pocisków Patriot. Prezydent USA stwierdził następnie, że Ameryka nie wyraziła zgody na wydanie Kijowowi takiej licencji.

Deklaracja ta stoi w sprzeczności z wcześniejszymi zapewnieniami Wołodymyra Zełenskiego, a także samego Trumpa, który o pozwoleniu na produkcję tej broni dla Ukrainy osobiście mówił podczas szczytu NATO w Ankarze.

- Zgodził się wydać nam licencję, a następnie odbyłem spotkanie z przedstawicielami sektora produkcyjnego, bardzo ważnymi amerykańskimi firmami zbrojeniowymi - zapewniał jeszcze w środę Wołodymyr Zełenski, komentując spotkanie z Trumpem na krótko po zakończeniu rozmowy.

interia.pl


Z kolei ludzie Morawieckiego przypomnieli sobie, że w PiS trwa wewnętrzna dyskusja o wyjściu z Unii — czemu dotąd wszyscy, także oni, zaprzeczali. Dowiedzieliśmy się też, kto w PiS prowadzi farmy trolli i dla kogo one pracują — bo każda frakcja ma swoje trolle, które zwalczają frakcję przeciwną. Otóż część dużych, anonimowych kont w mediach społecznościowych, które dotąd atakowały Tuska, a teraz prowadzą natarcie na rozłamowców, prowadzona jest przez niezawodnych działaczy dawnej Suwerennej Polski — Dariusza Mateckiego i Patryka Jakiego.

Ale to rękodzieło. Bo duże farmy trolli w serwisie X prowadzić mają ludzie Morawieckiego — dlatego na tym portalu rozłam zbiera lepsze opinie niż w innych mediach społecznościowych. Nas to nie dziwi, bo pamiętamy ważny wątek afery RARS — ludzie Morawieckiego dawali zarobić setki milionów dyktatorowi prawicowej mody spod znaku „Red is Bad” Pawłowi Sz., który odwdzięczał się im finansując trolling na ich rzecz w kampanii wyborczej.

Ale nas najbardziej wciągnęła wywołana przez "harcerzy" awantura o to, kto w PiS przygotował raport o ciemnych stronach życiorysu Karola Nawrockiego. Dokument ów ujawniliśmy w "Stanie Wyjątkowym" jesienią 2024 r., tuż przed ogłoszeniem nominacji prezydenckiej PiS dla Nawrockiego, opowiadając o wojnach wewnętrznych wokół tej kandydatury. Jego autorstwo pozostawało tajemnicą — do momentu rozłamu.

Znów samo gęste: "Dobrzy znajomi i współpracownicy Nawrockiego przyjaźnią się z psychopatycznymi hitlerowcami i członkami gangów. Wszyscy bywają w tych samych miejscach, jest mnóstwo okazji, by ich wspólnie sfotografowano czy nagrano. Nawrocki tolerował fakt, że tacy ludzie aktywnie uczestniczyli w animowanym przez niego ruchu wokół upamiętnienia Żołnierzy Wyklętych w Gdańsku; można więc mu postawić zarzut splamienia pamięci i nadużycia zaufania starych, schorowanych weteranów, którzy nie wiedzieli, że fotografują się z gangsterami i hitlerowcami. Jako pracownik IPN i dyrektor Muzeum II Wojny Światowej Nawrocki nie przeciwstawiał się obecności na organizowanych przez siebie imprezach patriotycznych bandziorów z gangów motocyklowych i jawnych, wytatuowanych w swastyki neonazistów. Pozwalał im nagrywać filmy na Westerplatte, godził się, żeby powstawały tam teledyski zespołu, którego członków zatrzymywała za propagowanie nazizmu ABW. Głównymi postaciami narracji o uwikłaniach Nawrockiego mogą stać się Olgierd Lipnicki — gangster skazywany m.in. za sutenerstwo i brutalne pobicia, jeden z najbardziej znanych swego czasu polskich neonazistów, a obecnie członek gangów motocyklowych, oraz Grzegorz Horodko, hitlerowiec, członek nielegalnej organizacji Blood and Honour (Blut und Ehre — motto Hitlerjugend), kontaktujący się z najbardziej aktywnymi neonazistami z Europy. Lipnicki i Horodko, a także koledzy Nawrockiego z bokserskiego ringu, powiązani są z gangiem motocyklowym Bad Company, którego trzon stanowią recydywiści, a obecną gwiazdą jest satanista Marcin "Różal" Różalski. Już dzisiaj, w ciągu kilku godzin i tylko korzystając z ogólnodostępnych źródeł, można bez problemu skonstruować przekonującą, spójną, bogato ilustrowaną i świetnie klikającą się w internecie narrację, że kandydat PiS na prezydenta to uwikłany w znajomości z faszystami i gangsterami radykał. Czy, po ogłoszeniu jego kandydatury, pojawią się ludzie z kolejnymi informacjami, zdjęciami, filmami z bliższej i dalszej przeszłości (takie materiały na pewno są, Nawrocki był aktywny w środowisku także w czasach, kiedy zdjęcia czy filmy nie trafiały od razu do internetu, a o mediach społecznościowych nikt nawet nie myślał)? Wydaje się to oczywiste".

onet.pl

sobota, 1 sierpnia 2026



Tematem obszernych materiałów otwierających serwisy informacyjne są też sianokosy. 10-minutowy reportaż w miniony weekend wyjaśniał Białorusinom osobliwości "zielonych żniw" i sprytne sposoby kołochoźników, które pozwalają zachować soczystość i wartości odżywcze ściętej trawy. Ta bowiem będzie pożywieniem dla białoruskich krów, bez których nie byłoby tamtejszej prężnej branży mleczarskiej.

- Zwykły proces pracy zamienia się w cyrk i pokazówkę - mówi Hurniewicz. I zwraca uwagę na kolejne absurdy łukaszenkowskich żniw. Nierzadko główną rolę w nich odgrywają narodowi bohaterowie lata - kombajniści.

- Gdy mają przerwę obiadową, na polach organizowane są dla nich koncerty. Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych. Odwiedzają ich celebryci i urzędnicy, wygłaszane są patetyczne przemówienia - mówi rozmówca Interii.

Każda bitwa potrzebuje jednak generała. W "bitwie o plony" tę rolę odgrywa oczywiście Alaksandr Łukaszenka.

Jak co roku na początku żniw organizuje szeroko relacjonowane spotkania z rządem, na których wyznacza cele, wskazuje odpowiedzialnych za ich wykonanie i dzieli się licznymi mądrościami na temat gospodarki rolnej.

Nie cofa się też przed groźbami.

Dla reżimu kampania żniwna to bowiem śmiertelnie poważna sprawa. Łukaszenka zażądał, by migających się od ciężkiej pracy w polu i "szkodników", którzy sabotują "kampanię żniwną", wcielić armii.

- Każde niewykonanie rozkazu - do wojska. Niech tam służą. Będą siedzieć w lesie. Tam też potrzebna jest siła robocza. Niech tam posłużą w okresie żniw. Zarówno urzędnik, jak i ten, kto nie chce pracować - orzekł.

(...)

Te wszystkie absurdy nie wzięły się znikąd. Alaksandr Łukaszenka pielęgnuje radziecką opowieść o Białorusi jako kraju ciężko pracujących robotników rolnych. Bo miejsca na indywidualne rolnictwo od czasów sowieckich, jak wiadomo, nigdy nie było.

Kiedy Związek Radziecki jeszcze w latach 20. XX w. próbował szukać swojej legitymacji do sprawowania kontroli nad nierosyjskimi republikami, odwoływał się do opowieści narodowych.

Z racji struktury białoruskiego społeczeństwa, które zamieszkiwało głównie wieś, budowano obraz Białoruskiej SRR jako kraju rolniczego o zdrowych chłopskich korzeniach, a białoruskojęzyczna kultura - jeśli istniała - była przede wszystkim wiejskim folklorem. Podstawą tożsamości była praca na roli i zadanie wykarmienia siebie i innych.

Łukaszenka tę wiejską opowieść o Białorusi przejął i dzielnie kultywuje obraz kraju stojącego rolnictwem.

Problem polega jednak na tym, że taka Białoruś już nie istnieje.

- Jeśli w latach 90. miało to jeszcze pewną logikę, ponieważ na Białorusi mieszkało wiele osób związanych z rolnictwem, a ich poparcie było potrzebne władzy, to dziś wywołuje już tylko gorzki uśmiech. Białoruś jest jednym z najbardziej zurbanizowanych krajów Europy - około 80 proc. obywateli mieszka w miastach - tłumaczy Dzmitry Hurniewicz. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi 60 proc.

(...)

- W Związku Radzieckim żniwa były ważnym, ale zwyczajnym procesem gospodarczym. Na Białorusi przedstawia się je jako kwestię przetrwania narodu - mówi Interii Hurniewicz.

Dla Łukaszenki produkcja rolna to podstawa białoruskiej suwerenności. Wgląd w to, jak myśli tu aparat państwowy i co Łukaszenka chciałby, żeby myśleli Białorusini, daje niedawny tekst jednego z ideologów postsowieckiej Białorusi Wadima Hihina, opublikowany na łamach rządowego dziennika "SB. Biełarus' Siegodnia", który do 2018 r. nosił dumną radziecką nazwę "Sowietskaja Biełorussija".

"Na białoruskich polach rozgrywa się zupełnie inna bitwa. Bitwa o chleb" - pisze Hihin w swoim liście miłosnym do kołchozów i Łukaszenki, i dodaje: "To nie przesada. Dziś jedzenie to nie tylko kalorie na talerzu. To suwerenność i główna gwarancja pokoju".

Dalej pisze o tym, jak "niewidzialna ręka rynku" nie sprawdza się w rolnictwie i jaki błąd popełniają na Zachodzie, wspierając nie kolektywizację wsi, a rolnictwo indywidualne. "Białoruś poszła inną drogą. Tutaj nie oddano ziemi na zatracenie żywiołowemu rynkowi. Państwo wzięło na siebie rolę głównego dysponenta, stratega i inwestora" - czytamy.

"Białoruski model udowodnił, że państwo może i powinno być efektywnym właścicielem, jeśli u steru stoją profesjonaliści" - przekonuje Hihin i wskazuje, kto jest czołowym profesjonalistą białoruskiego rolnictwa: "Głównym motorem tego procesu jest Głowa Państwa".

A jak jest naprawdę? - Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup zagranicznej pszenicy około 50 mln dolarów - mówi Hurniewicz i dodaje: - Rolnictwo jest głęboko dotowane, a niemal połowa białoruskich rejonów jest deficytowa i utrzymywana z budżetu państwa. Trzykrotnie mniejsza Litwa zbiera więcej zboża niż Białoruś, a jej plony z hektara są wyższe.

Hurniewicz przywołuje też garść statystyk, które pokazują, w jakim stanie jest białoruskie rolnictwo. - Powierzchnia gruntów rolnych na Białorusi stale się zmniejsza. W 1994 roku wynosiła 6,2 mln hektarów, obecnie to około 5,7 mln hektarów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba pracowników państwowych przedsiębiorstw rolnych spadła z 380 tysięcy do 250 tysięcy osób. Liczba kołchozów zmniejszyła się w tym czasie o około 500 - z 2000 do 1500. Bez wsparcia państwa aż 60 proc. z nich przynosiłoby straty - wylicza.

O znaczeniu kolektywnego rolnictwa dla białoruskiej gospodarki mówi Interii Wojciech Konończuk - Nie jest ono kluczowe dla gospodarki białoruskiej, bo to sektor, który generuje kilka procent PKB - wskazuje szef OSW.

Jak mówi, w 2020 roku - w roku niedokończonej rewolucji antyłukaszenkowskiej - sektor IT był niemal na poziomie rolnictwa. - Rozwój IT został zahamowany, a wręcz ograniczony w związku z emigracją wielu informatyków, którzy wsparli protesty. Ale to pokazuje priorytety Łukaszenki. Branża IT to mogła być kura, która znosi złote jaja. Łukaszenka, mając do wyboru ograniczenie swojej władzy lub wstrzymanie rozwoju sektora IT, wybrał oczywiście to drugie - wskazuje Konończuk.

interia.pl


Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, dziennikarze Wirtualnej Polski: - A jeśli spróbować to uprościć: kto w tej chwili wygrywa narracyjnie - PiS "nowogrodzki" czy obóz Morawieckiego?

Michał Fedorowicz z kolektywu Res Futura, analizującego nastroje w mediach społecznościowych: To zmienia się codziennie i dobrze pokazuje, jak chwiejni są dziś odbiorcy prawicy. W piątek, gdy dokonywał się rozpad w partii, dominowało zawodzenie: "po co to robicie". W sobotę i niedzielę - "Morawiecki zdrajca". Po wystąpieniu Kurskiego wahadło wróciło: "przegięliście, po co się kłócicie". A gdy prezes Kaczyński ogłosił, że nie będzie nikogo wywalał, tylko zajmie się tym rzecznik dyscypliny Karol Karski, część odbiorców odczytała to jako słabość prezesa, który przestraszył się Morawieckiego.

To wszystko jest bardzo kruche - obie strony są bardzo podatne na nastroje w mediach społecznościowych, a wyborcy reagują raczej jak stado: po prostu biegną za impulsem.

- Kto zgromadził wokół siebie ludzi, którzy naprawdę potrafią robić zasięgi - rolki, TikToki itd.? To wszakże kwestia tego, jaką "armią" się dysponuje w budowaniu własnej narracji.

Jest taka teoria, że PiS rozpadł się, bo był zbyt dobry w internecie. Brzmi paradoksalnie, ale wytłumaczę: partia produkowała ogromne ilości treści, które wzajemnie się wykluczały. Z jednej strony bardzo skrajnie prawicowe - tu prym wiedli politycy dawnej Suwerennej Polski - z drugiej treści prorozwojowe, bardziej progresywne. I te dwa nurty zaczęły się zwalczać. Tak naprawdę państwo pokłócili się o komunikację: kto gdzie udziela wywiadów, kto nagrywa jakie rolki, po co w ogóle ścigać się z Konfederacją i powielać jej przekaz.

Jeśli odłożyć na chwilę ambicje polityczne, to przez ostatnie dwa lata w PiS wykrystalizowały się dwa silne obozy komunikacyjne: ekipa Mateckiego (zwykle pierwsza piątka pod względem zasięgów) i ekipa Morawieckiego (też czołówka). Tematy, którymi żyją, całkowicie się wykluczają.

Paradoks polega na tym, że po rozłamie obie strony wciąż mają mocny internet i wcale się nawzajem nie potrzebują. Najsłabszy internet ma dziś PiS jako taki - bo politycy tacy jak Czarnek, Błaszczak czy Sasin są w mediach społecznościowych słabi. Morawieckiemu interakcje spadły o jakieś 15 proc., Mateckiemu odrobinę.

- Czy kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek nie dostał rykoszetem i w efekcie jest największym przegranym tego podziału pod względem zasięgów i interakcji w mediach społecznościowych?

Od kiedy Czarnek został kandydatem, nigdy nie robił dobrych internetów, nie miał milionowych zasięgów.

- Dlaczego tak się dzieje?

Czarnek nie mówi nic oryginalnego. Wszystko, co powtarza, już dawno powiedzieli Patryk Jaki, Dariusz Matecki czy reszta Konfederacji.

- A co oryginalnego mówi Morawiecki?

Morawiecki myśli do przodu, mówi o przyszłości, o CPK, o rozwoju.

- Ale Czarnek też mówi np. o wyjściu z ETS.

To od czterech-pięciu lat mówi Grzegorz Braun i cała Konfederacja. To nie jest oryginalne.

(...)

- Politycy PiS-u mówią czasem: "brylujemy na X, ale nasi wyborcy siedzą na Facebooku". Widać wyraźny rozdźwięk między tymi platformami?

Po pierwsze: większością grup PiS-u na Facebooku zarządza pośrednio lub bezpośrednio Dariusz Matecki - robiliśmy taką analizę wśród polityków Suwerennej Polski. Te "15 tysięcy lajków" pod postem to często efekt tzw. masowego udostępniania w powiązanych grupach - taki swoisty "Sok z buraka", gdzie udzielają się solidarni z Owsiakiem, solidarni z TVP, solidarni z TVN, solidarni z Trzaskowskim, solidarni z Tuskiem czy solidarni z solidarnymi.

Jedna osoba siedząca w dziesięciu takich grupach polajkuje wszędzie i powstaje pozorny zasięg - ale to puste liczby. Tak samo działa to po stronie Suwerennej Polski.

Facebook jest oczywiście kluczowy jako miejsce kontaktu polityka z wyborcą, ale politycy, którzy odeszli z PiS, mają silne własne profile i mówią wprost do swoich odbiorców - nie muszą już dogadywać się z fanami Suwerennej Polski. Z tej perspektywy walka w social mediach między dawnymi frakcjami wygląda tak samo, jak przed rozłamem, choć z jedną różnicą: dziś PiS jako całość jednoznacznie konkuruje o fanów z Konfederacją i Koroną Polski. I tę walkę przegrywa od roku.

Każdy komunikat Czarnka - w sprawie ETS czy progu podatkowego - jest skutecznie kontrowany przez fanów Konfederacji i Korony: "kłamiecie", "wpuściliście Ukraińców", "Braun miał rację".

- A czy linie narracyjne Rozwoju Plus w tej sytuacji nie okażą się po prostu obłe, by zrobić wrażenie?

Wchodzimy tu w rejon komunikacji zbliżonej do Polski 2050. Problem w tym, że robi ona wrażenie, ale nie przekłada się na żadne realne poparcie - nie widać tego w procentach.

- Czyli, mówiąc językiem młodzieży, ta komunikacja "nie grzeje"?

Morawiecki od dwunastu miesięcy porusza się dwiema ścieżkami: mówi o rozwoju i o dobrych czasach, które wrócą - to dawało mu lajki i fanów, bo trafiał w niszę. Teraz jednak wchodzi na teren, który częściowo zajmuje Polska 2050, częściowo PSL, a nawet Razem - komunikację centrową, rozwojową, lekko lewicową, na pewno nie platformianą. Licytuje się więc z tymi samymi odbiorcami. Może teraz mówić: "nie mam przy sobie tych wrednych pisiorów, jestem lepszy". Ale sondaże i lajki pokazują, że niewielu chce to klikać i udostępniać. Bo centrum w mediach społecznościowych się nie klika - jest zbyt "obłe", bez skrajności.

(...)

- A jak w internecie postrzegany jest dziś Jarosław Kaczyński? Dominuje ocena, że prezes osłabł, zużył się, dał się rozegrać i doprowadził do największego exodusu z partii od czasu ziobrystów w 2011 r.? Czy raczej widziany jest jako gracz, który w dogodnym momencie po prostu pozbył się kłopotu w postaci Morawieckiego?

Algorytm w ogóle nie interesuje się Kaczyńskim. Jest dla niego jakimś tam symbolem, ale ani on sam, ani jego wypowiedzi nie robią "czadu", nie polaryzują. Jego wywiady się nie sprzedają - zostaje z nich jeden, może dwa cytaty. To nie jest to, co kiedyś.

- Czyli media społecznościowe właściwie już odwołały go z funkcji lidera PiS?

Dla użytkownika, który nie jest maszyną, wciąż jest symbolem. Ale dla samego algorytmu to polityk mało atrakcyjny w strumieniu treści. Klika się gorzej nawet u "Silnych Razem".

(...)

- Jakie wnioski polityczne można wysnuć z tego, co dzieje się dziś w socialach po prawej stronie? Co zdominuje przyszłoroczną kampanię?

Po prawej stronie widzimy trzy główne tematy-drivery. Pierwszy to stosunek do Ukrainy i wojny - licytacja na "antyukraińskość" widoczna była już w kampanii prezydenckiej, teraz stanie się stałym czynnikiem.

Drugi to ceny energii i ogólnie koszty życia - temat, który mocno "grzeje" społecznie. Trzeci: wszystkie partie będą atakować PiS za jego rządy - PiS czeka kampania w okrążeniu. Od trzech lat w opozycji jest skutecznie obijany przez Konfederację i Koronę, teraz dołoży mu się jeszcze reszta - za stosunek do Ukrainy, za zboże, rolnictwo, ETS, kwotę wolną. PiS nie miał jeszcze tak trudnej kampanii, bo pierwszy raz będzie mocno atakowany w mediach społecznościowych z prawej strony.

(...)

- Wracając do drugiego wątku - poziomu życia. Mieliśmy wygaszenie tarczy paliwowej -CPN, a teraz zapowiedź Tuska, że wróci na ostatnie dwa tygodnie wakacji. Czy to wystarczy?

Z jednej strony mamy rekordowo pozytywne badania CBOS o sytuacji materialnej Polaków, a z drugiej strony w sieci mamy rekordowe nasilenie narracji o bezrobociu, wzroście cen, drożyźnie. Więc jak Polak, któremu żyje się dobrze otwiera internet to się boi. A mistrzem dowożenia tego gniewu w sieci jest Konfederacja. Tematy energetyka i paliwo wywołują złość i strach - ludzie boją się, że będzie coraz drożej i stracą status. Nakłada się na to temat szpitali. A do tego dochodzi obawa przed ETS-em i "zielonym ładem", który - jak się mówi - ma zamykać fabryki. To temat stale żywy w social mediach i generujący lęk.

- A jak może się to rozwinąć, mimo że wskaźniki gospodarcze są raczej dobre?

Istnieje prawda życia i prawda ekranu. Szczerze nie wiem, jak zareagują użytkownicy czytający codziennie, że jest bardzo źle. To trochę przypomina jesień 2022 r., gdy rząd Morawieckiego po raz pierwszy zaczął mieć z tym problem - sytuacja się powtarza. Mimo że wskaźniki mówią, że żyje się lepiej, ludzie wciąż czytają, że jest źle. Pytanie, czy w końcu powiedzą "to pier***lolo, nie wierzymy w to", czy będą się sami nakręcać. Na tym żerują wyłącznie Konfederacja i Korona - mówią wyborcom, że będzie jeszcze gorzej, bo przyjdzie Trybunał Sprawiedliwości UE, zielony ład, Unia Europejska "wyrzuci was z domów", bo nie będzie na opał - klasyka gatunku.

(...)

- Czy zwolennicy obozu rządzącego przestali się bać samego PiS-u, a punktem odniesienia stali się dziś Braun i Konfederacja?

Dziś ich największym lękiem jest Braun - wizja koalicji PiS z Konfederacją.

- Czarny sen.

Właśnie dlatego wracam do wątku Kaczyńskiego - on już nikogo nie polaryzuje, nikt się go nie boi. Wszyscy po tej stronie boją się Brauna. Hasło "nie pójdziesz na wybory, przyjdzie Braun" stało się dziś swoistą odezwą mobilizacyjną.

- Ale z perspektywy Tuska to chyba dobra wiadomość - ma czym straszyć?

I tak właśnie to komunikują. Tyle że oczekiwanie jest, by robić więcej - zamykać, aresztować.

- Rozumiemy, że w tym kontekście mieszczą się ruchy ministra Kierwińskiego - deportacje w reakcji na incydenty z udziałem Ukraińców.

To są oczekiwania niezależne od bańki - bo nastroje antyukraińskie są dziś zjawiskiem ponadbańkowym. Naturalnie znajdzie się ktoś, kto broni Ukraińców, ale to margines. Za to oczekiwanie wobec Brauna - delegalizacji, zamknięcia - jest bardzo szerokie i otwarte.

- Na koniec - na ile w sieci aktywni są zewnętrzni gracze? Widać długą rękę Moskwy?

Moskwy i Kijowa. Propagandę rosyjską znamy dobrze - wiemy, jakie konta, jakie kanały. Ale bardzo sprawne operacje komunikacyjne prowadzi też strona ukraińska.

Propaganda kijowska działa na dwóch frontach: po pierwsze wokół sprawy Orderu Orła Białego i na forum unijnym, pokazując Polaków jako naród szowinistyczny - co paradoksalnie nakłada się na to, co mówili Rosjanie na początku 2022 r. - próbując zbudować wśród Niemców i Francuzów obraz niewdzięcznych Polaków wrogo nastawionych do Ukraińców. Po drugie, w Polsce koncentruje się głównie na podbijaniu przekazów antynawrockich, przedstawiających prezydenta jako szowinistę i nacjonalistę.

wp.pl

piątek, 31 lipca 2026

 
 
Stefaniszyna opisuje sytuację wyjściową, z jaką zetknęła się po przybyciu do Waszyngtonu. — W naszych rozmowach z najwyższymi rangą przedstawicielami Białego Domu słyszeliśmy, że Rosja wygrywa wojnę. Posunęło się to tak daleko, że podawano nam nazwy najmniejszych wiosek, które rzekomo zajęła Moskwa — opowiada. Dla Stefaniszyny było jasne, że podatność na rosyjską propagandę jest podstawowym problemem, który musi rozwiązać. — Rosjanie mieli stały kanał komunikacji z Waszyngtonem, przez który przekazywali fałszywe informacje — twierdzi Stefaniszyna.

— Rozpoczęliśmy kampanię dyplomatyczną, aby wyjaśnić [amerykańskim] decydentom sytuację w Ukrainie — mówi. W jej ramach Ukraińcy za zamkniętymi drzwiami przekazywali informacje amerykańskim urzędnikom na wszystkich szczeblach. — Po prostu pojawiałam się wszędzie tam, gdzie nikt nie chciał mnie widzieć — mówi Stefaniszyna.

— Prezydent Trump kształtuje swoje zdanie nie tylko na podstawie osobistych rozmów, ale także w oparciu o spostrzeżenia innych — mówi ambasadorka. Dlatego też ona i jej współpracownicy rozpoczęli konkretne działania mające na celu zmianę wizerunku Ukrainy w jego otoczeniu.

— Istniał "męski klub", który doprowadził do tej zmiany — opowiada Stefaniszyna. Od listopada 2025 r. Kijów dbał o to, by ukraińscy wojskowi, na czele z byłym funkcjonariuszem służb specjalnych i obecnym szefem Biura Prezydenta Ukrainy Kyryłem Budanowem, regularnie rozmawiali ze swoimi amerykańskimi kolegami. Każde z tych spotkań trwało od trzech do czterech godzin — twierdzi Stefaniszyna. — W ten sposób udało nam się powstrzymać próby Rosjan mające na celu manipulowanie rzeczywistością.

Stefaniszyna i jej zespół skupiali się nie tylko na decydentach w rządzie, ale także na środowisku MAGA prezydenta Trumpa. Nie chce wyraźnie komentować roli, jaką odegrała podczas wizyty prawicowej influencerki Laury Loomer w Ukrainie. — To było bardzo skuteczne — stwierdza jedynie krótko.

W 2022 r. Loomer wezwała Ukrainę do poddania się Rosji i zdecydowanie sprzeciwiła się udzielaniu przez USA wsparcia temu krajowi. "Czuję się jak dupek, że przez ostatnie pięć lat bagatelizowałam walkę Ukrainy. Byliśmy pod wpływem rosyjskiej propagandy" — napisała w mediach społecznościowych podczas swojej kilkudniowej podróży po Ukrainie. Wcześniej pracowała dla rosyjskiej telewizji państwowej Russia Today. Po wizycie w Ukrainie wyraźnie potępiła ataki Putina na kościoły w Ukrainie i obaliła szeroko rozpowszechnioną w kręgach prawicowych tezę, że Rosja jest prawdziwym obrońcą chrześcijaństwa.

Również w Fox News można zaobserwować zwrot. Ulubiony prezenter Trumpa, Sean Hannity, zawsze bronił bliskich relacji prezydenta USA z Rosją oraz jego wynikającego z tego powściągliwego stanowiska wobec Kijowa. We wtorkowym wywiadzie z Zełenskim stwierdził oburzonym głosem: — Rosja bez powodu zaatakowała pański kraj.

Podczas popołudniowej mowy pogrzebowej poświęconej zmarłemu senatorowi Lindseyowi Grahamowi zwrócił się bezpośrednio do obecnego na sali Zełenskiego. — Wiem, że Lindsey byłby głęboko poruszony i zaszczycony tym, że podjął pan tę długą podróż, aby dzisiaj tu być — powiedział Hannity. — W naszych prywatnych rozmowach często podziwiał pana siłę, z jaką stawia pan czoła całemu światu, jednemu z najbrutalniejszych reżimów na świecie.

Zełenski potrafił wykorzystać tę zmianę nastrojów w Waszyngtonie na swoją korzyść. Ambasador Stefaniszyna potwierdziła, że licencjonowanie linii produkcyjnej systemu Patriot w Ukrainie jest już przesądzone. Prezydent Ukrainy spotkał się zarówno z przedstawicielami amerykańskiego koncernu zbrojeniowego Raytheon, jak i z przedstawicielami Lockheed Martin. Obie firmy produkują różne typy rakiet.

/Bajki dla małych, naiwnych dzieci, podobnie jak "prawdziwe" powody zmiany w Wasztngtonie, nie znamy ich, prawdopodobnie to "sojusz" USA i Ukrainy w sprawie Iranu - red./

Ponadto, jak poinformowała ambasador, Trump poinformował Zełenskiego, że amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner udadzą się w swoją pierwszą podróż do Ukrainy. Dla Kijowa jest to znaczący krok — do tej pory Witkoff siedem razy odwiedził Rosję, ale nigdy Ukrainę.

(...)

Również w Kongresie doszło w tym tygodniu do ogromnego przełomu. Projekt ustawy o sankcjach wobec Rosji i odbiorców jej energii, nad którym Lindsey Graham pracował od ponad roku, przeszedł w zmodyfikowanej formie pierwsze głosowanie w Senacie.

— Ta ustawa wysyła Putinowi sygnał, że dni jego wojny są policzone — powiedział demokratyczny senator Richard Blumenthal, który opracował ją wspólnie z Grahamem. Gdyby ustawa została przyjęta również przez Izbę Reprezentantów, prezydent miałby uprawnienia do nałożenia ceł w wysokości do 500 proc. na Rosję oraz ceł wtórnych w wysokości do 100 proc. na pięć największych krajów będących odbiorcami rosyjskiej energii.

/Małe szanse na sukces, pdobnie jak licencja na Patrioty - red./

onet.pl


Potem w 1990 roku nadszedł kryzys. Japońskie rynki finansowe się załamały. Gospodarka pogrążyła się w głębokiej recesji. W kolejnych latach indeks tokijskiej giełdy spadł do połowy wartości z 1990 roku. Ceny nieruchomości w Tokio spadały jeszcze bardziej. Wydawało się, że cud gospodarczy Japonii stał się historią. (...) Przykładem złej kondycji japońskiej gospodarki była branża uważana za wzór sprawności przemysłowej tego kraju. Mowa o przemyśle półprzewodnikowym.

Sześćdziesięciodziewięcioletni Morita obserwował, jak wraz ze spadkiem cen akcji Sony zmniejszają się japońskie fortuny. Wiedział, że problemy jego kraju mają głębsze korzenie i nie ograniczały się do sytuacji na rynkach finansowych. Całą poprzednią dekadę Morita pouczał Amerykanów o konieczności poprawy jakości produkcji, a nie skupianiu się na „pieniężnych grach” na rynkach finansowych. Jednak kiedy tokijska giełda się załamała, osławione długookresowe myślenie Japonii nie wyglądało już tak wizjonersko. Pozorna dominacja Japonii została zbudowana na nietrwałym fundamencie wspieranych przez rząd nadmiernych inwestycji. Tani kapitał ułatwiał budowę nowych fabryk układów scalonych, ale zachęcał także producentów chipów, aby mniej myśleli o zyskach, a więcej o produkcji. Największe japońskie firmy zajmujące się półprzewodnikami zwiększyły produkcję pamięci DRAM, nawet wtedy gdy ich pozycja zaczęła być naruszana przez tańszych producentów, takich jak Micron i południowokoreański Samsung.

Japońskie media dostrzegły przeinwestowanie w branży półprzewodnikowej, a nagłówki gazet ostrzegały przed „lekkomyślną rywalizacją inwestycyjną” i „inwestycjami, których nie można zatrzymać”. Prezesi japońskich firm produkujących układy pamięci ciągle budowali nowe fabryki, nawet jeśli nie przynosiły one zysków. „Jeśli zaczniesz martwić się o nadmierne inwestycje, nie będziesz mógł w nocy spać”, przyznał jeden z dyrektorów Hitachi. Dopóki banki udzielały pożyczek, prezesom łatwiej było wydawać pieniądze niż przyznać, że nie mają pomysłu, jak sprawić, by ich firmy były rentowne. W latach osiemdziesiątych działające na zasadach wolnej konkurencji amerykańskie rynki kapitałowe nie były postrzegane jako atut, a jednak strach przed utratą finansowania pomógł firmom ze Stanów Zjednoczonych utrzymać się na nogach. Japońscy producenci pamięci DRAM mogliby dużo nauczyć się z paranoi Andy’ego Grove’a lub wiedzy Jacka Simplota na temat nieprzewidywalności rynków towarowych. Zamiast tego wszyscy zainwestowali w ten sam rynek, sprawiając tym samym, że niewielu mogło na nim zarobić.

Firma Sony wyróżniała się wśród japońskich firm z branży półprzewodnikowej tym, że nigdy nie stawiała zbyt mocno na produkcję pamięci DRAM. Zamiast tego z sukcesem opracowywała nowe produkty, takie jak specjalizowane układy scalone do przetworników obrazu. Kiedy fotony uderzają w krzem, w odpowiednich miejscach w chipie gromadzą się ładunki elektryczne, których ilość jest skorelowana z natężeniem światła. Pozwala to przekonwertować obrazy na dane cyfrowe. Dzięki przetwornikom obrazu Sony było dobrze przygotowane do przewodzenia rewolucji cyfrowej w fotografii, a układy tej firmy ciągle są jednymi z najlepszych na świecie. Mimo to firma nie ograniczyła inwestycji w obszarach przynoszących straty i na początku lat dziewięćdziesiątych jej rentowność spadła.

Chris Miller - Wielka wojna o czipy

czwartek, 30 lipca 2026



W grudniu 2025 r. szef Biura Prezydenta Federacji Rosyjskiej ds. Projektów Społecznych Siergiej Nowikow poinformował, że z frontu do życia cywilnego powróciło 167 tys. żołnierzy. Zakłada się, że jest to liczba osób posiadających legitymację weterana działań wojennych.

W tym samym czasie Nowikow podał jeszcze jedną liczbę — 250 tys. osób. — Widzimy, że nadal pozostaje u nas dość duża szara strefa: dziesiątki tysięcy osób, które nie zgłosiły się do funduszu, ale też nie znalazły zatrudnienia — wyjaśnił. Chodzi tu o państwowy fundusz Obrońcy Ojczyzny, utworzony w celu wspierania uczestników wojny w Ukrainie.
Logo

Następnie liczba 250 tys. została usunięta z mediów "na polecenie z góry". Pozostaje pytanie, kogo dokładnie obejmują te liczby?

167 tys. osób zwróciło się do funduszu Obrońcy Ojczyzny i uzyskało status weteranów. 250 tys. tego nie zrobiło. — Wrócili, nie pracują, albo wydają pieniądze, które otrzymali, albo w jakiś inny sposób zarabiają na życie — powiedział Nowikow. Jeśli tak, łącznie powróciło 417 tys. osób.

Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew lubi chwalić się tym, ilu Rosjan podpisało kontrakty i trafiło na front. Tylko w zeszłym roku, według jego słów, ministerstwo obrony zwerbowało 422,7 tys. osób. Jeśli potraktować te oświadczenia poważnie i zsumować wszystkie oficjalnie podane liczby — 185-tysięczna armia, 300 tys. zmobilizowanych, kolejne 1,9 mln żołnierzy kontraktowych oraz 164 tys. ochotników zwerbowanych w latach 2023–2026 (według słów Miedwiediewa) — okaże się, że na wojnę w Ukrainie wyruszyło już co najmniej 2,5 mln osób.

Eksperci i dziennikarze sceptycznie podchodzą do oświadczeń Miedwiediewa. Na przykład, jeśli chodzi o wydatki na wypłaty z tytułu zawarcia kontraktu, serwis Ważnyje Istorii oraz ekonomista Janis Kluge obliczyli, że od czwartego kwartału 2022 r. do pierwszego kwartału 2026 r. kontrakty mogło podpisać ponad 1,2 mln osób. W sumie, według minimalnych szacunków, od lutego 2022 r. do maja 2026 r. przez wojnę mogło przejść ok. 1,5–1,6 mln kontraktowców i zmobilizowanych, nie licząc ochotników.
Liczbę ofiar śmiertelnych, w tym osób zaginionych, na koniec 2025 r. dziennikarze Meduzy i Mediazony oszacowali na 352 tys. osób, nie uwzględniając zaginionych od lipca 2025 r. Jednocześnie rosyjska armia w Ukrainie liczy do 700 tys. Rosjan — tak twierdzili zarówno ukraińscy urzędnicy, jak i Władimir Putin.

Z tego wynika, że według bardzo przybliżonych szacunków co najmniej 400 tys. osób mogło już powrócić z frontu do życia cywilnego.

A być może nawet więcej.

Eksperci, z którymi rozmawiała Nowa Gazieta, podają tę samą dolną granicę: od 400 tys. osób. Górny szacunkowy poziom to nawet 800 tys.

(...)

W pierwszej kolejności do życia cywilnego powrócili ciężko ranni. Według szacunków brytyjskiego Międzynarodowego Instytutu Badań Strategicznych (IISS) do początku 2026 r. aż 476 tys. żołnierzy zostało ciężko rannych lub stało się niepełnosprawnymi. Amerykańskie Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) szacuje liczbę rannych nawet na ok. 900 tys. osób.

Istnieją też bardziej ostrożne szacunki. Już od 2023 r. wojna w Ukrainie zaczęła przekształcać się w wojnę dronów. Obecnie na głębokości do 20 km od linii frontu rozciąga się tzw. szara strefa, czyli strefa śmierci, gdzie bezzałogowe statki powietrzne wroga natychmiast wykrywają i zabijają przeciwnika. Ewakuacja rannych jest niezwykle utrudniona, przez co śmiertelność na froncie rośnie.

Dmitrij Kuzniec, obserwator wojskowy serwisu Meduza, uważa, że obecnie szanse na przeżycie ciężko rannych żołnierzy należy porównać do tych z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej.

O ile w 2022 r. pisano o stosunku liczby poległych do rannych wynoszącym ok. 1 do 1,7–2, o tyle obecnie wynosi on 1 do 0,5.

Co więcej, nawet z ciężkimi obrażeniami trudno jest odejść z armii. Komisje wojskowo-lekarskie po prostu nie przeprowadzają badań oceniających zdolność do służby, nie rejestrują okaleczeń i wysyłają ocalałych żołnierzy ze szpitali z powrotem na front.

W ten sposób, według najbardziej ostrożnych szacunków, do końca 2025 r. co najmniej 300 tys. żołnierzy zostało zdemobilizowanych z powodu ran.

Dane dotyczące udziału więźniów oraz "niezależnych" najemników z prywatnej firmy wojskowej Grupa Wagnera zostały zbadane dość dokładnie — przede wszystkim dzięki pracy serwisu Mediazona oraz rosyjskiej sekcji BBC, które uzyskały listy wypłat pośmiertnych dla krewnych.

W sumie dziennikarze pisali o co najmniej 48 tys. 366 osobach zwerbowanych z kolonii karnych. 17 tys. 251 z nich zginęło do lipca 2023 r., kiedy to grupa została rozwiązana po buncie Jewgienija Prigożyna. Ponadto od lipca 2022 r. do lipca 2023 r. zginęło ok. 2,4–2,5 tys. wolnych najemników. Przez prywatną firmę wojskową przeszło łącznie ok. 78 tys. osób.

Do normalnego życia mogło powrócić ok. 31 tys. byłych więźniów, zwerbowanych przez Prigożyna, a także do 27 tys. niezależnych najemników.

Jest to szacunek maksymalny, ponieważ po buncie część najemników podpisała kontrakty z ministerstwem obrony i ponownie wyruszyła na wojnę. Władimir Putin mówił o kilku tysiącach takich bojowników. Część byłych członków Grupy Wagnera mogła znowu trafić do kolonii karnej, a stamtąd — na wojnę.

Od września 2023 r. zaprzestano rekrutacji więźniów na półroczne kontrakty, po których można było uzyskać ułaskawienie i wrócić do domu.

Prywatna firma wojskowa Grupa Wagnera była najliczniejszą spośród wszystkich formacji ochotniczych, ale nie jedyną. Ok. 25 tys. umów zostało podpisanych za pośrednictwem czeczeńskiej organizacji Achmat. Liczebność innej, stosunkowo dużej prywatnej firmy wojskowej Redut szacuje się na 7 tys. osób.

Wreszcie, krótkoterminowe kontrakty na kilka miesięcy można do dziś podpisywać z BARS (Bojowy Rezerwowy Oddział Armii Państwowej). Oddziały BARS nie zawsze służą na froncie. Korzystają z tego na przykład urzędnicy, aby budować swoją karierę. Liczbę ochotników walczących na froncie w latach 2022–2023 szacowano na 40 tys. osób.

(...)

Ilu żołnierzy jeszcze powróci? Tempo rekrutacji żołnierzy kontraktowych w ostatnich latach mniej więcej odpowiada poziomowi strat, a nawet go przewyższa. Pozwala to utrzymać stabilną liczebność rosyjskiej armii w Ukrainie (ok. 700 tys. Rosjan). Oznacza to, że jeśli charakter walk nie ulegnie radykalnej zmianie, po zakończeniu wojny z frontu może powrócić jeszcze 700 tys. osób z doświadczeniem bojowym.

Należy do tego dodać ciężko rannych. Według najbardziej konserwatywnych szacunków co miesiąc z frontu wraca ok. 5 tys. rannych, co daje 60 tys. żołnierzy rocznie. Liczba ta może jednak być wyższa.

W 2025 r. IISS szacuje straty Rosji w postaci rannych na ok. 100 tys. osób.

onet.pl\Nowa Gazieta


Obiekty, które mogą być w czasie kryzysu lub konfliktu zbrojnego wykorzystywane jako placówki medyczne, będą budowane w Bydgoszczy, Toruniu, Włocławku i Świeciu. Na realizację inwestycji władze województwa przewidują ok. trzech lat — do 2029 r. Planowany koszt to 270 mln zł. Inwestycje mają być wzorowane na podobnych rozwiązaniach w Finlandii, gdzie schrony budowane są pod parkingami, obiektami sportowymi i budynkami użyteczności publicznej.

W planowanych schronach powstaną m.in. sale operacyjne, ale mniejsze od tych standardowych i przeznaczone tylko na niezbędne procedury medyczne, na przykład chirurgiczne czy diagnostyczne. Wszystkie schrony będą miały niezależne źródła energii, ujęcia wody i systemy wentylacyjne oraz systemy filtracji powietrza.

Podziemne schrony powstaną przy placówkach prowadzonych przez samorząd województwa: Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu, Centrum Onkologii w Bydgoszczy, Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Włocławku oraz Wojewódzkim Szpitalu Zdrowia Psychicznego w Świeciu.

(...)

Jak informuje Radio Zet, w Toruniu, Bydgoszczy i Włocławku planowane są dwupoziomowe schrony o powierzchni od 1,5 tys. do 1,8 tys. m kw. Oba poziomy znajdą się pod ziemią — jeden z nich będzie służył jako miejsce czasowego ukrycia dla około 450-500 osób, drugi, położony niżej — ma działać jak placówka medyczna.

Nieco inaczej będzie wyglądał schron w Świeciu, gdzie powstanie tylko jeden poziom. Na 720 m kw. będzie mogło się ukryć 250 osób. Na co dzień będzie wykorzystywany jako przestrzeń do rehabilitacji i terapii pacjentów oraz sportowo-rekreacyjna.

businessinsider.com.pl


— Najprawdopodobniej mamy do czynienia z rakietą o oznaczeniu Ch-101, która zawierała materiał wybuchowy w znacznej ilości — przekazał prok. Marcin Kozak. — Zgromadzony jest bardzo obszerny materiał dowodowy. Bardzo dużo elementów tego pocisku zostało już zabezpieczonych — dodał.

Donald Tusk nad ranem powołał specjalny zespół koordynujący i udał się na Lubelszczyznę. Szef rządu podkreślił, że doszło do "poważnego zdarzenia", a wszystkie służby prowadzą działania wyjaśniające. — Byliśmy gotowi do zestrzelenia rakiety, w przypadku, gdyby kontynuowała swój lot — powiedział w Lublinie.

onet.pl

środa, 29 lipca 2026



Przepisy antysmogowe są znacznie starsze, niż mogłoby się wydawać. Brytyjska akademia nauk (The Royal Society) wyliczyła, że pierwsze odnotowane problemy ze smogiem pojawiły się w średniowiecznych chińskich i brytyjskich metropoliach, gdzie zaczęto na szeroką skalę korzystać z węgla. Pierwsze znane prawo antysmogowe pojawiło się w 1273 roku i zakazywało spalania węgla w Londynie. A pierwsza dobrze udokumentowane prawo karzące za spalanie węgla w Londynie przyjęto dokładnie 700 lat temu.

Pod koniec XIII wieku Londyn był jednym z największych miast Europy, zamieszkiwanym przez blisko 100 tys. mieszkańców. Miał gęstość zaludnienia zbliżoną do dzisiejszego Manhattanu. Z tą różnicą, że bez wieżowców pnących się po 300-400 metrów wzwyż i gęstej sieci metra pod ziemią, za to z mrowiem ludzi na ulicach oraz całym przemysłem i rzemiosłem w obrębie miasta. Było ciasno, tłoczno i duszno. Chociaż klimat średniowiecza sprzyjał, to i tak było chłodniej niż dziś. Rozrastające się miasto błyskawicznie wytrzebiło lasy wokół, a ceny drewna rosły niczym ceny ropy i gazu podczas walk w Zatoce Perskiej.

Kryzys energetyczny w Londynie stał się tak poważny, że kupcy, pomimo grasujących wokół Anglii piratów, zaczęli sprowadzać do miasta węgiel drogą morską z północy kraju (blisko 600 km). Początkowo sięgała po niego biedota i rzemieślnicy, ale wraz z dalszym wzrostem cen drewna, spalanie węgla upowszechniało się w całym społeczeństwie.

Nowe paliwo (coś pomiędzy węglem kamiennym i brunatnym) pyliło, dymiło, śmierdziało i emitowało znacznie więcej zanieczyszczeń, w tym tlenki siarki, od drewna. Problem smogu w Londynie stał się na tyle poważny, że królowie i parlament zaczęli zajmować się tematem. Powołano nawet komisję badającą przyczyny smogu i kontrolującą wprowadzanych zakazów. W 1306 roku Król Edward I wydał proklamację ograniczającą spalanie „sea coal” (czyli wspomnianego węgla, przewożonego drogą morską z północnej Anglii) w Londynie. Prawo umożliwiało nakładanie grzywien na spalających „węgiel morski”.

Problem polegał jednak na tym, że gospodarka bardziej potrzebowała taniej energii niż czystego powietrza. Zakazy okazały się nieskuteczne. Londyn przez kolejne stulecia spalał coraz więcej węgla. Miasto rosło, przemysł się rozwijał, a smog stawał się częścią codzienności. W XVII i XVIII wieku londyńskie mgły zmieszane z dymem były już słynne w całej Europie. Traktowano je niemal jak element lokalnego krajobrazu.

Problem londyńskiego smogu wracał przez kolejne stulecia. W 1603 roku król Jakub I Stuart wydał tzw. „Proklamację przeciw dymowi”, zakazując spalania węgla w pobliżu parlamentu podczas jego obrad. Przepisy antysmogowe nadal były jednak łamane ze względów ekonomicznych.

interia.pl


Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (KPRF), która przez wiele lat była drugą pod względem popularności partią, ma obecnie wszelkie szanse na gwałtowne pogorszenie swojej pozycji zarówno z powodu oczywistej niejasności swoich przywódców, jak i z powodu skutecznego mąciciela — partii Nowi Ludzie, której Kreml umożliwił wejście do parlamentu w 2021 r. Obecnie, jak uważa wielu politologów, partia ta sama stała się problemem, ponieważ przyciąga znaczną liczbę niezadowolonych i zajmuje drugie miejsce pod względem poparcia, nawet nie podejmując żadnych nadzwyczajnych działań.

Równolegle "toną" dwie inne partie systemowe. LDPR straciła część wpływów po śmierci swojego założyciela Władimira Żyrinowskiego, a Sprawiedliwa Rosja nie jest traktowana poważnie po tym, jak zrezygnowała z wystawienia swojego kandydata w wyborach prezydenckich w 2024 r. Jedyną siłą, która deklaruje swoje przywiązanie do pokoju (ale jednocześnie krytykuje wojnę w dopuszczalnych granicach), jest Jabłoko.

Chociaż Kreml prawdopodobnie postanowił zezwolić partii na udział w wyborach, jej działania są skrajnie ograniczone z powodu masowego wszczynania spraw karnych przeciwko jej działaczom, uznawania ich za agentów zagranicznych oraz wykluczania z wyborów pod różnymi pretekstami.

Charakterystyczne jest to, że w przeciwieństwie do poprzednich wyborów opozycja pozasystemowa w ogóle nie wypracowała żadnego rozpoznawalnego stanowiska, które w ciągu pozostałych tygodni mogłoby przyciągnąć znaczną liczbę wyborców.

W tej sytuacji Kreml, jak się wydaje, postanowił wykorzystać dwa elementy strategii, która ma zapewnić Jednej Rosji większość konstytucyjną.

Z jednej strony są to tradycyjne środki administracyjne. Wybory ponownie odbywają się w ciągu trzech dni, co pozwala praktycznie zneutralizować instytucję obserwatorów (ponadto partia rządząca rozmieszcza swoich obserwatorów wśród kandydatów, zapewniając sobie pełną kontrolę nad procesem).

Zdalne głosowanie elektroniczne, które w 2021 r. zostało dopuszczone w siedmiu regionach i — przypomnę — radykalnie zmieniło wyniki wyborów w okręgach jednomandatowych w Moskwie, zostało obecnie rozszerzone na 33 podmioty federacji, w których potencjalnie może objąć 48,4 mln wyborców.

W regionach, w których metoda była stosowana podczas poprzednich wyborów, wyniki głosowania internetowego systematycznie różniły się od wyników głosowania stacjonarnego — przy czym, oczywiście, zawsze na korzyść Jednej Rosji. Jednocześnie przedstawiciele władz otwarcie twierdzą, że nieustanne ataki ze strony Ukrainy mają na celu wywarcie wpływu na wyborców, aby "uzyskać Dumę bez stabilnej większości", co pośrednio oznacza, że ci, którzy odmawiają poparcia Jednej Rosji, powinni być postrzegani wyłącznie jako zdrajcy.

Ten sam komunikat obecna Duma i Rada Federacji skierowały również do emigrantów, ostrzegając szczególnie agresywnych spośród nich przed nieuchronną utratą znacznej części praw obywatelskich i majątkowych.

Z drugiej strony, do presji administracyjnej tym razem najprawdopodobniej dołączy również manipulowanie wyborcami poprzez instytucję małych partii. Ich funkcja zasadniczo różni się od tej, jaką przypisuje się im w dyskursie publicznym. Zostały one dopuszczone do wyborów nie tyle w celu zapewnienia różnorodności krajobrazu politycznego (a tym bardziej nie po to, by reprezentować interesy obywateli niezadowolonych z obecnej sytuacji), ile po to, by odciągnąć głosy od systemowych partii opozycyjnych, które w warunkach zmęczenia Jedną Rosją stają się bardziej niebezpieczne niż dotychczas.

Ten aspekt wydaje mi się szczególnie istotny. Małe partie obiektywnie nie mają szans na pokonanie pięcioprocentowego progu wyborczego i jednocześnie w żaden sposób nie konkurują z partią władzy. Dlatego głosy oddane na te ugrupowania okażą się straconymi głosami dla komunistów lub liberalnych demokratów, a następnie zostaną rozdzielone proporcjonalnie między tych, którzy przekroczyli pięcioprocentowy próg (a ponieważ liderem wyścigu niezmiennie pozostaje Jedna Rosja, to właśnie ona otrzyma lwią część "zagubionych" głosów). Dlatego głosowanie na małą partię oznacza w praktyce głosowanie na partię rządzącą, nawet jeśli sam wyborca jest przekonany o czymś przeciwnym.

Rozmieszczenie partii na skrzydłach zostało zaplanowane z chirurgiczną precyzją. Na lewym skrzydle głosy KPRF będą odbierać Komuniści Rosji i Partia Emerytów. Na "patriotycznym" skrzydle głosy LDPR i Sprawiedliwej Rosji przejmuje Rodina. Na skrzydle liberalnym przeciwko Nowym Ludziom wystawiono od razu trzy ugrupowania: Zieloną Alternatywę, Partię Demokracji Bezpośredniej i Jabłoko.

Ta ostatnia partia niemal na pewno poprawi swój wynik. I to znacząco. Jakkolwiek ostrożna byłaby jej retoryka, przyciągnie ona dodatkowych wyborców, a tym razem oszacowałbym jej ostateczne poparcie na poziomie ok. 4 proc. Kreml nie będzie się temu sprzeciwiać, dopuszczając partię do finansowania z budżetu i pokazując krytykom, że nawet taka opozycja ma w kraju prawo do własnego zdania i aktywności politycznej.

Władze potrzebują Jabłoka nie jako gracza politycznego, ale jako leja, do którego odpłynie część liberalnego elektoratu.

I oczywiście, mówiąc o potencjalnych wynikach wyborów, należy pamiętać o ich drugim elemencie — głosowaniu w okręgach jednomandatowych, gdzie właściwie zapewnia się niezbędne wyniki. Jak będą one osiągane, widzieliśmy na przykładzie Borisa Nadieżdina.

onet.pl\Nowa Gazieta