czwartek, 12 marca 2026



Gdy rosną ceny ropy naftowej, Stany Zjednoczone zarabiają dużo pieniędzy, ale ważniejsze jest powstrzymanie Iranu przed zdobyciem broni jądrowej - oświadczył w czwartek prezydent USA Donald Trump na swoim portalu społecznościowym.

"Stany Zjednoczone są zdecydowanie największym producentem ropy na świecie, więc kiedy ceny ropy rosną, zarabiamy dużo pieniędzy. ALE dla mnie jako prezydenta bardziej interesujące i ważniejsze jest powstrzymanie imperium zła, Iranu, przed zdobyciem broni nuklearnej i zniszczeniem Bliskiego Wschodu i w zasadzie świata. Nie pozwolę na to!" - napisał Trump w serwisie Truth Social.

W związku z wojną i irańską blokadą cieśniny Ormuz, kluczowej dla eksportu ropy z Zatoki Perskiej, ceny surowca wystrzeliły w poniedziałek do poziomu blisko 120 dolarów za baryłkę, choć następnie spadły do około 90 dolarów /Ropa Brent kosztuje około 100 dolarów - red./

(...)

PAP

wtorek, 10 marca 2026



W tekście zastosowano podział elity rządzącej Rosją według dwóch kryteriów. Pierwszym z nich jest rodzaj posiadanych zasobów (klany vs. niezależni putinowcy), drugim – pełniona w systemie funkcja (technokraci vs. ideolodzy). Klany to kluczowe grupy wpływu, których patroni mają bezpośredni dostęp do Putina (w części przypadków liderów klanów łączą z nim wieloletnie, przyjacielskie relacje), co umożliwia skuteczny lobbing własnych interesów. Klany dysponują również zapleczem ekonomicznym o znaczeniu strategicznym dla państwa oraz rozgałęzionymi sieciami klientów w sektorach gospodarczym i administracyjnym. Z kolei tzw. niezależni putinowcy to członkowie elity niepowiązani z kluczowymi grupami i zawdzięczający swoją pozycję wyłącznie zaufaniu i przychylności Putina. Mogą oni oddziaływać na politykę państwa w wybranych branżach, jednak – co do zasady – są pozbawieni własnego zaplecza ekonomicznego; nie są też patronami sieci klientelistycznych, które istotnie umacniałyby ich wpływ na procesy decyzyjne.

Podział na technokratów i ideologów stanowi próbę uchwycenia swoistego podziału ról, jaki wykształcił się w systemie po 2012 r. – cezurze rozdzielającej „liberalną” prezydenturę Dmitrija Miedwiediewa i pseudokonserwatywny zwrot, jaki dokonał się w polityce wewnętrznej i zagranicznej Rosji po powrocie na Kreml Putina. Pierwsi – fachowi menedżerowie, działający przede wszystkim w szeroko pojętej domenie ekonomicznej – odpowiadają za wyniki makroekonomiczne, stabilność finansową, a także deklarowaną modernizację i innowacyjność w sferze gospodarki i zarządzania. Rolą drugich jest legitymizacja autokratycznej władzy poprzez neosowiecką politykę historyczną oraz promowanie „tradycyjnych wartości moralno-duchowych” i idei geopolitycznego rewanżyzmu. Pełnoskalowa inwazja na Ukrainę, za którą odpowiedzialność ponoszą wszyscy przedstawiciele rosyjskich władz (nawet jeśli w różnym stopniu), sprawia, że podział na ideologów i „apolitycznych” menedżerów coraz bardziej się zaciera. Wciąż jednak nie stracił racji bytu jako punkt odniesienia dla badania procesu ideologizacji rosyjskiej elity rządzącej.

(...)

W okresie postępującego przestawiania gospodarki i budżetu państwa na tory wojenne następuje konsolidacja wpływów większości „klanów” okołokremlowskich: grup interesu, których najważniejsi przedstawiciele mają nieformalny wpływ na politykę państwa, wynikający z ich bezpośredniego dostępu do Putina. Mogą oni oddziaływać na jego decyzje oraz kontrolują wybrane struktury administracji państwowej i kluczowe sfery ekonomiczne. Klany są de facto najważniejszymi udziałowcami państwa, zgodnie z ideą patrymonium, zgodnie z którą władca – właściciel terytorium, ludności i zasobów – wydzierżawia je w użytkowanie wybranym wasalom. Jest on także faktycznym beneficjentem znacznej części generowanych przez nich zysków i nielegalnych transakcji. Takie figury jak Jurij Kowalczuk czy Arkadij Rotenberg, będący formalnymi właścicielami części majątku Putina, nazywa się jego „portfelami”.

(...)

Kluczowe klany wyrosły w okresie rządów Putina, a zatem po 2000 r. Stało się to kosztem uwłaszczonej na prywatyzacji lat 90. jelcynowskiej oligarchii, która została pozbawiona wpływu na politykę. Należący do niej biznesmeni, tacy jak Roman Abramowicz, Oleg Deripaska czy Władimir Potanin, niegdyś współdecydowali o kursie politycznym Rosji (ten ostatni jako jeden z „siedmiu bankierów”, którzy sfinansowali kampanię wyborczą Borysa Jelcyna, ratując go od klęski w 1996 r.). Obecnie wciąż zajmują oni czołowe pozycje na listach najbogatszych Rosjan i utrzymali się w orbicie władzy, na wszelkie sposoby demonstrując lojalność (bez czego mogliby utracić swoje fortuny lub życie). Ich rola polega m.in. na zarządzaniu niejawnym majątkiem Putina, jednak ich wpływ na decyzje Kremla jest minimalny. Bogactwo tych „starych oligarchów” ma swoje źródła w zlokalizowanych w Rosji złożach surowców, przez co ich prawa własności i przyszły status majątkowy w pełni zależą od kaprysu patrymonialnego władcy.

Liderzy okołoputinowskich klanów wywodzą się z dwóch najważniejszych środowisk, a ich pozycja w systemie wynika z wieloletnich, bliskich powiązań z Putinem. Jedni, jak jego pomocnik Nikołaj Patruszew czy szef korporacji państwowej Rostech Siergiej Czemiezow, służyli wraz z nim w latach 80. w KGB. Inni, jak biznesmeni Arkadij Rotenberg czy Jurij Kowalczuk, to przyjaciele Putina z czasów młodości lub jego partnerzy biznesowi z wczesnych lat 90.

Na wyróżnienie jako patron grupy wpływu zasługuje ponadto przedstawiciel elity rządzącej szczebla regionalnego, mer Moskwy Siergiej Sobianin, pracujący bezpośrednio z Putinem dopiero od 2005 r. (mianowano go wówczas szefem AP). Pozycja Sobianina i jego klanu w systemie jest słabsza w porównaniu z graczami wymienionymi wyżej, jednak z uwagi na znaczenie polityczne, finansowe i demograficzne zarządzanej przez niego stolicy, należy on de facto do federalnej elity władzy i zdołał zbudować wokół siebie wpływowe zaplecze administracyjno-biznesowe.

(...)

Jedynym klanem, który w ostatnich latach utracił pozycję, jest grupa skupiona niegdyś wokół zdymisjonowanego w maju 2024 r. ministra obrony Siergieja Szojgu, skonfliktowanego z szefem Rostechu Czemiezowem. Szojgu krytykował go za niedostateczną ilość i jakość uzbrojenia i sprzętu wojskowego dostarczanego armii przez koncern. Sam zaś był obiektem bezpardonowych ataków ze strony nieżyjącego już buntownika – przywódcy najemniczej Grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna, szefa Rosgwardii Wiktora Zołotowa, a także środowisk „ultrapatriotów” z powodu rażącego lekceważenia potrzeb armii i skali korupcji w Ministerstwie Obrony. Dymisji Szojgu towarzyszyła bezprecedensowa czystka w resorcie (...). Represje objęły również powiązany z byłym ministrem obwód moskiewski, gdzie aresztowano kilkudziesięcioro urzędników – jak dotąd jednak oszczędzono gubernatora Andrieja Worobiowa. To jedyny przypadek pozbawienia „udziałowca Rosji” aktywów i sieci klientelistycznej.

Sam Szojgu, jako osoba od dziesięcioleci bliska Putinowi, formalnie zachował wysoką pozycję w systemie władzy dzięki nominacji na sekretarza Rady Bezpieczeństwa (w miejsce Patruszewa) – organu doradczego przy prezydencie FR, liczącego obecnie 13 członków stałych i 22 zwykłych. Stanął też na czele Federalnej Służby Współpracy Wojskowo-Technicznej, co oznacza odpowiedzialność za pozyskiwanie z zagranicy objętych sankcjami technologii i towarów wykorzystywanych przez przemysł zbrojeniowy. Stąd jego regularne wizyty w „przyjaznych” krajach (Chiny, Indie, Syria, Korea Północna) w celu kontraktowania dostaw. Uczestniczy on także w planowaniu wojskowym jako wiceszef kierowanej przez Putina Komisji Wojskowo-Przemysłowej, odpowiedzialnej za nadzór nad realizacją zadań kompleksu przemysłowo-obronnego. Choć zajmowane w RB stanowisko daje mu gwarancje nietykalności ze strony FSB, to zarówno on, jak i jego zaplecze utracili kontrolę nad zarządzanym przez resort obrony budżetem wojskowym i związanymi z nim dochodami korupcyjnymi („rentą korupcyjną”).

Warto również wskazać, że choć Rada Bezpieczeństwa (przede wszystkim grono jej stałych członków) przez dekady odgrywała bardzo ważną rolę w systemie jako organ doradzający kolejnym prezydentom w kwestiach strategicznych, to jej pozycja osłabła wraz z początkiem pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Posiedzenie RB 21 lutego 2022 r., poświęcone planom uznania niepodległości tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych, otworzyło nowy etap w relacjach lidera i elity rządzącej. Przerodziło się w spektakl dyscyplinowania członków Rady. Otrzymali oni wówczas jasny sygnał, że Putin oczekuje od nich gorliwego przytakiwania nawet najbardziej kontrowersyjnym decyzjom podejmowanym bez ich udziału, w tajemnicy przed większością formalnego kierownictwa państwa (decyzję o inwazji konsultował zapewne jedynie z ówczesnym sekretarzem RB Patruszewem, ministrem obrony Szojgu, szefem sztabu generalnego Walerijem Gierasimowem i szefem FSB Aleksandrem Bortnikowem).

W tym kontekście rodzi się pytanie, czy awans na sekretarza RB może skutkować ponownym wzmocnieniem pozycji Szojgu w systemie. Formalnie odpowiada on za organizację aparatu administracyjnego Rady – jej biurokratycznego pionu wsparcia. Sekretarz nie dysponuje z urzędu zapleczem siłowym, finansowym czy administracyjnym na skalę pozwalającą rozdawać karty w nomenklaturze. Rola, jaką dzięki temu stanowisku odgrywał wcześniej Patruszew, była wyjątkowa z uwagi na jego osobiste cechy, szerokie powiązania w organach siłowych i bliskie relacje z Putinem. Patruszew uczynił z aparatu RB potężny ośrodek wpływu, analityki w zakresie bezpieczeństwa wewnętrznego i międzynarodowego oraz koordynacji pracy organów państwowych. Wydaje się mało prawdopodobne, by Szojgu udało się powtórzyć sukces poprzednika.

Równoważenie wpływów najważniejszych klanów w celu stabilizacji systemu i zagwarantowania bezpieczeństwa osobistego przywódcy polega też na obsadzaniu przez Putina części kluczowych stanowisk ludźmi zaufanymi, którzy nie są powiązani z żadną z wymienionych wyżej grup interesu – a zatem zawdzięczają karierę bezpośrednio protekcji lidera. Ma to eliminować zjawisko „podwójnej lojalności” i stanowić dodatkowy instrument podtrzymywania dynamicznej równowagi w elicie rządzącej. Choć każda ze wskazanych niżej osób ma swoich protegowanych w aparacie administracyjnym, to brakuje przesłanek wskazujących na budowę przez nich istotnego własnego zaplecza kadrowego o znaczeniu politycznym.

Wiele z tych osób to tzw. technokraci – fachowi, „apolityczni” menedżerowie najwyższego szczebla, od których oczekuje się efektywnego zarządzania powierzonymi im dziedzinami. Ich główną funkcją związaną z zajmowaniem stanowisk państwowych jest obsługa interesów „udziałowców” Rosji, na czele z Putinem. Technokraci mają wpływ na politykę państwa w wąskim wymiarze legislacyjno-biurokratycznym, czerpią korzyści z korupcji, lecz pozbawieni są zaplecza ekonomicznego w postaci aktywów o znaczeniu strategicznym. Do grona „niezależnych putinowców” zaliczają się także osoby, które z uwagi na kontrolę nad bogatymi zasobami (np. szefowie państwowych koncernów energetycznych) są „udziałowcami” państwa rosyjskiego, ale których wpływy co do zasady ograniczają się do sfery ekonomicznej. To odróżnia tę grupę od klanów trwale zakotwiczonych w administracji państwowej.

Do niezależnych putinowców należą m.in.
  • premier Michaił Miszustin (formalnie druga osoba w państwie, mająca jednak ograniczony wpływ na obsadę stanowisk w rządzie),
  • były prezydent Dmitrij Miedwiediew (obecnie wiceprzewodniczący kierowanej przez Putina Rady Bezpieczeństwa FR i pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Wojskowo-Przemysłowej zabezpieczającej potrzeby armii),
  • minister obrony Andriej Biełousow,
  • szef Administracji Prezydenta Anton Wajno,
  • wicepremier i przedstawiciel Putina ds. Dalekiego Wschodu Jurij Trutniew (którego ambicje i wpływy w sferze polityczno-biznesowej ograniczają się do podległego mu terytorium),
  • Igor Sieczyn[25] (szef Rosniefti i sekretarz prezydenckiej komisji ds. rozwoju strategicznego sektora paliwowo-energetycznego i bezpieczeństwa środowiskowego),
  • szef Gazpromu Aleksiej Miller,
  • szefowa Centralnego Banku FR Elwira Nabiullina,
  • pomocnik Putina ds. przemysłu zbrojeniowego Aleksiej Diumin.
Ten ostatni jest przedstawicielem grupy funkcjonariuszy osobistej ochrony Putina, awansowanych w ciągu ostatniej dekady na wysokie stanowiska państwowe. Należą do niej również szef Federalnej Służby Celnej Walerij Pikaliow, minister ds. sytuacji nadzwyczajnych Aleksandr Kurienkow czy pomocnik Putina ds. polityki kadrowej Dmitrij Mironow.

(...)

Starsza córka Putina Maria Woroncowa jest członkinią kierownictwa Nowej Kompanii Medycznej (NOMEKO), rozwijającej medycynę innowacyjną. Firma zajmuje się wdrażaniem nowych metod diagnostyki i leczenia, badaniami genetycznymi i medycyną spersonalizowaną. Należąca do NOMEKO klinika SOGAZ Medycyna w Petersburgu leczy m.in. najbliższych przyjaciół i współpracowników Putina. Choć badania nad genetyką propaganda przedstawia jako przeciwdziałanie „zachodniej broni genetycznej” wymierzonej w Rosjan, to istnieją mocne poszlaki, że w istocie chodzi o poszukiwanie sposobów przedłużania życia członków grupy rządzącej, przede wszystkim samego Putina.

Katierina Tichonowa, szefowa firmy Innopraktika, skupia się na branży zaawansowanych technologii, w tym sztucznej inteligencji i wdrażaniu rozwiązań naukowych w biznesie, m.in. na potrzeby substytucji importu – uważanej za sektor strategiczny w warunkach zachodnich sankcji. Zajmuje się też współpracą międzynarodową, m.in. z Chinami i Indiami. Prawdopodobnie, jako współprzewodnicząca rady koordynacyjnej ds. substytucji importu przy Rosyjskim Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców, ma decydujący głos ws. finansowania projektów w tej sferze. W sponsorowanie działalności Innopraktiki angażuje się cała plejada rosyjskich koncernów państwowych i prywatnych, w tym Rosnieft’ i Rostech. Ponadto z Tichonową ściśle kooperują Michaił Kowalczuk i jego Instytut Kurczatowa, m.in. w zakresie zbierania informacji genetycznej oraz badań genetycznych i biotechnologii. Bliską przyjaciółką Tichonowej jest Natalia Popowa, wicedyrektor Fundacji Innopraktika, której mąż Kiriłł Dmitrijew, kierujący Rosyjskim Funduszem Inwestycji Bezpośrednich, został wyznaczony na jednego z głównych negocjatorów w rozmowach z USA rozpoczętych w styczniu 2025 r. Nie jest jasne, na ile swoje córki promuje sam Putin, a na ile okołokremlowskie klany, próbujące w ten sposób zbliżyć się do przywódcy i efektywniej lobbować na rzecz swoich interesów. W połączeniu z awansami członków rodzin najbliższych zauszników dyktatora (wspomnianymi wyżej nominacjami Dmitrija Patruszewa czy Borysa Kowalczuka) może to świadczyć o poszukiwaniu skutecznej formuły utrwalania stabilności reżimu w oparciu o osoby najlojalniejsze, mające bowiem międzypokoleniowy interes w kontynuowaniu obecnego modelu rządów. Jedną ze spodziewanych korzyści z budowy takiego „wielorodzinnego holdingu” w strukturach władzy może być też wzrost efektywności systemu i ograniczanie skali rozkradania majątku w ważnych dla Kremla sektorach – poprzez centralizację korupcji, tzn. przekierowanie głównych przepływów finansowych w ręce wybranych rodzin.

(...)

Nakręcanie atmosfery zagrożenia bezpieczeństwa państwa przez wrogów zewnętrznych i „piątą kolumnę” stwarza warunki do umacniania pozycji w systemie resortów takich jak: Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) – najsilniejsza ze służb, o najszerszych kompetencjach, Federalna Służba Ochrony (FSO), Służba Wywiadu Zagranicznego (SWR), Główny Zarząd Sztabu Generalnego (GUGSz, d. GRU, wywiad wojskowy), Gwardia Narodowa (Rosgwardia), Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Komitet Śledczy, Prokuratura Generalna i in. Instytucje te rywalizują o wpływy i zasoby, lecz łączy je wspólny interes strategiczny – obrona neototalitarnego reżimu, zapewniającego im znaczące i stale poszerzane kompetencje kontrolno-represyjne, a także zwiększanie transferów z budżetu federalnego. Ich przedstawiciele (tzw. siłowicy) zainteresowani są maksymalizacją nielegalnych dochodów z korupcji i wymuszeń.

Istotnym elementem współczesnej rosyjskiej rzeczywistości ekonomicznej jest powszechny – formalny i nieformalny – nadzór nad prywatnym biznesem ze strony instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne państwa. Pełni on dwie kluczowe funkcje: narzędzia politycznej kontroli władz nad znacznym segmentem społeczeństwa oraz kanału „karmienia” siłowików i gwarantowania ich lojalności wobec systemu dzięki stałemu dopływowi renty korupcyjnej. Siłowicy wykorzystują też sposobność uczestniczenia w wojennej redystrybucji aktywów i coraz mocniej poszerzają zakres tzw. walki z korupcją, wymierzonej przeciwko rosnącej liczbie członków aparatu urzędniczego oraz kierownictwa przedsiębiorstw państwowych i prywatnych (...).

(...)

W ekosystemie instytucji siłowych od lat umacnia się pozycja FSB, która jest główną orędowniczką kształtowania polityki państwa w oparciu o logikę „operacji specjalnej” i obrony „oblężonej twierdzy”. Oznacza to dążenie do maksymalizacji kontroli nad życiem społecznym, izolowanie Rosji od wpływów zewnętrznych i trzymanie w szachu członków elity. To FSB w dużej mierze odpowiada za kampanie antykorupcyjne, gromadzenie „haków” na urzędników i ludzi biznesu, a także opiniowanie kandydatur na stanowiska we władzach wykonawczych, ustawodawczych i sądowniczych różnych szczebli.

Warto nadmienić, że znaczna część wykrytych przez aparat represji rzekomych przestępstw, kwalifikowanych jako zdrada państwa, terroryzm czy ekstremizm, to wynik prowokacji i inspiracji FSB, fabrykującej statystyki wykrywalności w wybranych dziedzinach. Instytucja ta najpewniej przygotowuje się do znaczącego wzrostu represji przeciwko „wrogom narodu” w kontekście przeciągającej się wojny na Ukrainie. Może o tym świadczyć przyjęcie ustawy pozwalającej na odtworzenie systemu więzień i aresztów podlegających bezpośrednio tej służbie, jak niegdyś KGB (od lat 90. cały system więziennictwa znajduje się formalnie w gestii Ministerstwa Sprawiedliwości, za pośrednictwem FSIN – Federalnej Służby Więziennej).

Represyjna funkcja FSB nierzadko bierze górę nad kontrwywiadowczą, co w ostatnich latach doprowadziło do szeregu spektakularnych porażek, których winni nie zostali ukarani (wskazuje to pośrednio na rzeczywiste priorytety Kremla). Należy do nich zaliczyć błędną ocenę perspektyw pełnoskalowej inwazji na Ukrainę na początku 2022 r., dopuszczenie do buntu Prigożyna w czerwcu 2023 r. oraz zamachu terrorystycznego w podmoskiewskim Krasnogorsku w marcu 2024 r., wreszcie – niezdolność do zapobieżenia wtargnięciu ukraińskich oddziałów do obwodu kurskiego w sierpniu 2024 r.

(...)

Najstarsze pokolenie (w wieku około 70 lat i więcej) kontroluje kluczowe aktywa i grupy wpływu oraz cieszy się wysokim statusem. Specjalne ustawy i dekrety prezydenckie pozwalają na przedłużanie sprawowania funkcji m.in.: szefowi Komitetu Śledczego Aleksandrowi Bastrykinowi (73 lata, objął tę posadę w 2011 r.), szefowi Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandrowi Bortnikowowi (75 lat, kieruje instytucją od 2008 r.), szefowi Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiejowi Naryszkinowi (72 lata, na stanowisku od 2016 r.), przewodniczącej Rady Federacji Walentinie Matwijenko (77 lat, piastuje funkcję od 2011 r.), ministrowi spraw zagranicznych Siergiejowi Ławrowowi (76 lat, na stanowisku od 2004 r.). Ważną figurą pozostaje 75-letni Nikołaj Patruszew, choć jak wspomniano, jego wpływy osłabły w wyniku niespodziewanej dymisji w maju 2024 r. Mający 83 lata prezes Sądu Konstytucyjnego Walerij Zorkin funkcję sprawuje od 2003 r., a pomocnik Putina ds. polityki zagranicznej 79-letni Jurij Uszakow – od 2012. Aleksiej Miller (64 lata) jest prezesem zarządu Gazpromu od 2001 r., a Igor Sieczyn (66 lat) kieruje Rosnieftią od 2012 r. W najbliższych latach należy się zatem spodziewać odchodzenia putinowskich gerontów z systemu – z przyczyn naturalnych (na początku 2024 r. zmarł prezes Sądu Najwyższego, 81-letni Wiaczesław Lebiediew).

W zachowawczą politykę kadrową wpisuje się też brak roszad wśród tzw. technokratów, dokładających starań, by rosyjska machina wojenna mogła funkcjonować bez zakłóceń, a społeczeństwo nie odczuwało na większą skalę skutków wojny. Minimalizacja negatywnych konsekwencji zbrojnej agresji i sankcji dla rosyjskiej gospodarki i ludności wymaga kompetentnego rozporządzania zasobami państwowymi, a to z kolei – profesjonalizmu i sprawnej biurokracji. (...) 

Jednocześnie trwa stopniowa wymiana pokoleniowa na niższych szczeblach administracji publicznej, niedysponujących realnymi wpływami politycznymi, ale ważnych z punktu widzenia sprawnego bieżącego zarządzania państwem (dotyczy to m.in. stanowisk wiceministrów resortów federalnych[42]). Wskazuje to na utrzymanie zdolności systemu do odnowy kadr, choć ma ona ograniczony zakres, warunkowany przez interesy polityczne najstarszego pokolenia elity władzy.

(...)

Korupcja należy do filarów systemu putinowskiego, zgodnie z ideą państwa jako własności rządzących, i pozostaje bardzo rozpowszechniona.

(...)

W warunkach rosyjskich niemożliwe jest stwierdzenie, w ilu przypadkach celem organów ścigania było ukaranie skorumpowanych, a w ilu – odsunięcie niewygodnych osób od źródeł dochodów korupcyjnych i przekierowanie przepływów finansowych w ręce silniej umocowanych graczy. W sytuacji pełnoskalowej inwazji na Ukrainę i pogarszającej się sytuacji gospodarczej zmieniły się wcześniejsze zasady, na jakich opierała się nieformalna umowa między Kremlem i elitą: lojalność i umiarkowane okradanie kasy państwowej (proporcjonalne do statusu danej osoby w systemie) pozwalały cieszyć się względną bezkarnością i poczuciem bezpieczeństwa. Obecnie zauważalnie zmniejsza się liczba osób, które mogą bezkarnie okradać skarb państwa. Proceder ten nabiera bardziej scentralizowanego charakteru. W czasach wymuszonych oszczędności budżetowych i niepewności co do ewolucji nastrojów społecznych demonstrowanie surowości wobec skorumpowanych urzędników jest konieczne na znacznie większą niż kiedyś skalę – zwłaszcza jeśli korupcja skutkuje osłabianiem zdolności bojowych armii oraz uderza we flagowy projekt geopolityczny i ideologiczny Putina, jakim jest podporządkowanie Ukrainy.

Wskutek tzw. walki z korupcją w ostatnich latach nasiliły się roszady kadrowe, głównie na niższym szczeblu zarządczym. Dotyczyły one przede wszystkim nomenklatury regionalnej i lokalnej, menedżerów w przedsiębiorstwach państwowych i prywatnych, w tym powiązanych z sektorem wojskowo-przemysłowym, lecz objęły też kierownictwo niektórych instytucji federalnych. Wśród aresztowanych znaleźli się m.in.: dwaj wiceministrowie energetyki, były wiceminister transportu, były zastępca dowódcy Rosgwardii, szef Agencji Ubezpieczenia Depozytów, były gubernator obwodu kurskiego, szef departamentu kultury we władzach Moskwy, wicegubernatorzy Kraju Krasnodarskiego i Kraju Ałtajskiego, funkcjonariusze Federalnej Służby Więziennej, wiceprezes Banku Rossija, członek kierownictwa Rosatomu i wiceszefowa Federalnej Służby Celnej. W 2024 r. zaczęły się aresztowania w korporacji państwowej Rosnano, odpowiadającej za rozwój nanotechnologii, pod zarzutem defraudacji w czasach, gdy firmą kierował Anatolij Czubajs. Najgłośniejszym dotychczas przypadkiem tego typu była czystka w Ministerstwie Obrony, prowadzona od wiosny 2024 r.

25 kwietnia 2024 r. wiceminister obrony Timur Iwanow został zatrzymany przez kontrwywiad wojskowy FSB w sprawie przyjęcia łapówek na szczególnie dużą skalę w latach 2018–2023. Pokazowe i nagłośnione w mediach państwowych aresztowanie Iwanowa bezpośrednio uderzało w pozycję urzędującego ministra obrony Siergieja Szojgu. Kontrwywiad wojskowy FSB, działający bez wątpienia w porozumieniu z Kremlem, zademonstrował, że to zewnętrzna służba specjalna kontroluje resort obrony, a sam Szojgu, choć należy do grona zaufanych Putina, nie jest w stanie chronić podległych mu urzędników. Do końca 2024 r. zdymisjonowano lub aresztowano – w związku z zarzutami korupcji i defraudacji środków budżetowych – w sumie kilkudziesięcioro urzędników ministerstwa (część z nich już skazano na karę pozbawienia wolności, w tym samego Iwanowa, który dostał bardzo wysoki, jak na urzędnika tej rangi, wyrok 13 lat więzienia).

(...)

W nowych warunkach osoby, które nie mają naprawdę silnych protektorów, nie mogą być pewne jutra, nawet jeśli pozostają lojalne i manifestują prowojenną postawę. Paradoksalnie nie prowadzi to do wzrostu uczciwości nomenklatury, lecz raczej do zaostrzenia rywalizacji o aktywa na średnim i niższym szczeblu, z udziałem struktur siłowych i kampanii dyskredytacji w mediach. Niejasne perspektywy i anulowanie wcześniejszych zasad gry skutkują dążeniem do szybkiego bogacenia się oraz rosnącą skłonnością do podejmowania ryzyka.

Członkowie elity podejrzani lub oskarżeni o przestępstwa korupcyjne unikają dalszego śledztwa lub kary, zgłaszając się na front (w ciągu pierwszych trzech lat inwazji postąpiło tak co najmniej 100 byłych urzędników regionalnych i lokalnych, deputowanych i funkcjonariuszy struktur siłowych). Liczą przy tym nie tylko na wymazanie popełnionych nadużyć ze swojej biografii, lecz także na dalszą karierę w strukturach władzy. Wśród nich nie znalazła się ani jedna figura szczebla federalnego, co może wskazywać na nieoficjalny zakaz umożliwiania tego rodzaju rehabilitacji osobom, które zbyt dużo wiedzą o patologiach systemu. Decyzje w takich sprawach wydawane są w sposób nieprzejrzysty i arbitralny.

Przynajmniej w części przypadków ze sprawami korupcyjnymi (lub sporami na tle redystrybucji dochodów korupcyjnych) mogą być powiązane niewyjaśnione zgony członków elity polityczno-biznesowej. Od początku 2022 r. do końca 2025 r. co najmniej ok. 40 osób (przedstawiciele elit politycznych różnego szczebla, menedżerowie wysokiego szczebla przedsiębiorstw państwowych i prywatnych, w tym Gazpromu i Łukoilu) zmarło lub zginęło w podejrzanych lub niewyjaśnionych okolicznościach. (...)

Neototalitarny etap ewolucji putinizmu oraz towarzysząca mu wojna, wymagająca mobilizacji zasobów kadrowych, gospodarczych i społecznych na bezprecedensową skalę, muszą mieć odpowiednią legitymizację ideologiczną. Po bezowocnych poszukiwaniach „idei narodowej” w latach 90., pod rządami Putina nastąpiła z inspiracji i pod patronatem Kremla stopniowa rehabilitacja idei imperialnej, w dużej mierze wykorzystująca dobrze znane archetypy z czasów sowieckich. Proces ten wyraźnie przyspieszył od początku trzeciej kadencji prezydenckiej Putina (od 2012 r.). Reżim nie tylko wykorzystał i rozbudował sowiecką mitologię historyczną oraz reaktywował imperialną nostalgię, lecz także celowo wykształcił w społeczeństwie swoisty „syndrom weimarski” – resentyment z powodu przegranej ZSRR w zimnej wojnie.

W odpowiedzi na postulaty liberalizacji i modernizacji na wzór zachodni, wychodzące od nowej rosyjskiej klasy średniej oraz części rosyjskich elit administracyjnych i biznesowych w latach 2011–2012, podjęto decyzję o skonstruowaniu nowej ideologicznej podbudowy reżimu – ideologii pseudokonserwatywnej. Służyła ona napiętnowaniu liberalnej opozycji rosyjskiej jako zachodniej piątej kolumny, której obce są tradycyjne wartości rzekomo wyznawane przez naród. Miała też stanowić przeciwwagę dla zachodnich idei demokratycznych, uznanych przez ekipę Putina za egzystencjalne zagrożenie dla rosyjskiego systemu władzy. Jednocześnie nie oferowała ona pozytywnego programu przebudowy ładu społeczno-politycznego, a jedynie postępującą samoizolację i identyfikację poprzez negatywne punkty odniesienia, co wymagało kreowania elastycznego obrazu wroga. Rzeczywiste działania przedstawicieli obozu rządzących, zwłaszcza ich skrajny materializm i ostentacyjny konsumpcjonizm, od początku stały przy tym w rażącej sprzeczności z deklarowanymi wartościami.

W okresie pełnoskalowej inwazji na Ukrainę władze zintensyfikowały wysiłki w celu ostatecznego skonstruowania oraz narzucenia elicie i społeczeństwu kanonu ideologicznego obowiązującego de iure i de facto (na poziomie przepisów prawa i praktyk wykraczających poza przepisy). Warto przy tym wskazać, że konstytucja FR zakazuje ustanawiania oficjalnej ideologii państwowej. Dlatego też władze przedstawiają ją nie jako odgórnie narzucany konstrukt, ale – zgodnie z założeniem o zasadniczej zgodności interesów władzy i społeczeństwa – jedynie jako wyraz tradycyjnej, organicznej rosyjskiej tożsamości i patriotyzmu (tradycyjnych wartości moralno-duchowych). Kremlowska ideologia ma legitymizować personalistyczny model rządów jako jedyny pasujący do Rosji, a także uzasadniać krótko- i długoterminowe cele reżimu i środki wybrane do ich realizacji.

Choć kanon ten nie stanowi spójnego systemu naukowego czy filozoficznego, w odróżnieniu chociażby od sowieckiego marksizmu-leninizmu (przez co nie jest ideologią w klasycznym sensie tego terminu), to jednak przejawia ambicje całościowego wyjaśnienia logiki rzeczywistości. To zbiór nie zawsze konsekwentnych narracji odwołujących się do przekonań utrwalonych w kulturze politycznej oraz popularnej epoki ZSRR i putinizmu. Narracje okresu pierestrojki i lat 90. są natomiast dezawuowane jako niepatriotyczne. Ma on przy tym charakter bezalternatywny. (...)

Istotę putinowskiej ideologii można sprowadzić do kilku podstawowych założeń. Są to:

Fundamentalna odmienność cywilizacyjna Rosji od Zachodu

(...)

Rosyjski mesjanizm (misjonizm) i supremacjonizm

Wojna z hitlerowską agresją w latach 1941– 1945, zwycięstwo i „wyzwolenie” Europy jakoby dają Rosji szczególny mandat do współdecydowania o losach kontynentu i świata. Rosyjska tradycja, historia i kultura są w myśl tej narracji bardziej wartościowe i oceniane wyżej od tradycji, historii i kultury innych narodów, którym Moskwa jednocześnie odmawia prawa do pełnej suwerenności. Ponadto, z uwagi na szczególne doświadczenia historyczne i wyjątkową więź z absolutem („Jesteśmy Rosjanami, Bóg jest z nami”), rosyjska nacja ma do wypełnienia szczególną, zbawczą misję w dziejach świata.

Cykliczna wizja historii

Rosja znów prowadzi „wielką wojnę ojczyźnianą” o przetrwanie państwa i narodu w obliczu egzystencjalnego wroga: wspieranego przez Zachód ukraińskiego nazizmu (nazizm, przed 2022 r. nazywany faszyzmem, w pamięci historycznej Rosjan postrzegany jest jako synonim absolutnego zła).

Mistycyzm

Geopolityczny rewanżyzm Kremla przedstawiany jest jako eschatologiczna walka dobra ze złem. Zachodnie wartości demokratyczne coraz częściej nazywa się satanizmem, który ma na celu zniszczenie rosyjskiej tożsamości narodowej i kulturowej.

Kult militaryzmu

O wielkości Rosji zawsze decydowały siła jej oręża i podboje imperialne. Militaryzm i konfrontacyjny model relacji z Zachodem mają być drogą do odzyskania wielkości.

Kult silnej władzy i potężnego państwa

Najważniejszy element tożsamości rosyjskiej stanowi szczególna relacja obywatela z władzą państwową i ideą imperialną. Jednostka jest w pełni podporządkowana państwu i w nim ma szukać punktu odniesienia dla indywidualnej i zbiorowej tożsamości. Interesy państwa (czytaj: władzy) zawsze biorą górę nad potrzebami i prawami obywateli.

Dyskredytacja wartości demokratycznych

(...)

Ośrodkami zaangażowanymi w kreowanie ideologii są: Administracja Prezydenta, zaplecze naukowo-analityczne Rady Bezpieczeństwa (w tym rada naukowo-ekspercka RB), ośrodki analityczne pracujące na rzecz administracji (jak powiązany z wywiadem zagranicznym Rosyjski Instytut Studiów Strategicznych RISI), ministerstwa kultury, edukacji i nauki (opracowujące, wraz z AP, programy „wychowania patriotycznego” dzieci i młodzieży), służby specjalne (głównie FSB), resort obrony, Rosyjska Cerkiew Prawosławna, media państwowe, tworzone przez państwo organizacje młodzieżowe, a także cała plejada GONGO (organizacji pseudopozarządowych, hojnie finansowanych z budżetu państwa oraz kieszeni państwowych i prywatnych przedsiębiorstw). Brak oporu elity i gorliwe zaspokajanie oczekiwań lidera to dla Kremla dowód słuszności i skuteczności wybranego kursu neototalitarnego.

Jednym z jego przejawów jest powrót do sowieckiego wzorca bezpośredniej kontroli ideologicznej nad aparatem państwowym. Zgodnie z dekretem Putina z lutego 2023 r. w instytucjach państwowych i przedsiębiorstwach z udziałem państwa zostały oficjalnie utworzone stanowiska wiceszefów ds. politycznych, których kandydatury są ustalane z AP i FSB. Poszerza to wcześniejszą, ugruntowaną w rosyjskim systemie, praktykę delegowania funkcjonariuszy czynnej rezerwy kadrowej FSB do instytucji cywilnych. „Politrucy” mają gwarantować rozpowszechnianie w społeczeństwie narracji kreowanych w AP, dbać o „prawomyślność” pracowników i urzędników, indoktrynować ich w zakresie tzw. tradycyjnych wartości i prawdy historycznej, dbać o właściwe głosowanie pracowników w pseudowyborach różnych szczebli oraz werbować donosicieli.

Ma miejsce koordynacja działań, ale i rywalizacja na polu ideologicznym między różnymi częściami systemu (służby specjalne i aparat represji, Administracja Prezydenta oraz poszczególne ministerstwa i agendy rządowe). Gorliwość w udowadnianiu swojej prawomyślności i przydatności dla Kremla przejawia się m.in. w szczuciu na tzw. agentów zagranicznych, wrogów narodu i zdrajców, w mowie nienawiści i ludobójczej retoryce wobec Zachodu i Ukrainy, podżeganiu do zbrodni wojennych, a także w mizoginicznych, ksenofobicznych i homofobicznych wypowiedziach i działaniach odwołujących się do obrony tzw. tradycyjnych wartości. Takie postawy nomenklatury w sferze publicznej to wyznacznik akceptowalnych norm, jakim powinno podporządkować się rosyjskie społeczeństwo – co w połączeniu z rosnącą, totalitarną cenzurą stwarza dogodne warunki do masowej indoktrynacji obywateli FR.

(...)

W myśl narzucanej przez Kreml zasady krugowoj poruki[66] aktywne publiczne poparcie dla ideowych fundamentów reżimu, w tym agresywnego militaryzmu, w coraz większym stopniu staje się obowiązkiem wszystkich członków elity władzy, przede wszystkim urzędników wysokiego szczebla. W Rosji coraz bardziej zacierają się granice między technokratami (apolitycznymi menedżerami) i „ideologami”. 

(...)

Krugowaja poruka nie ogranicza się jedynie do sfery symboliczno-retorycznej. Zakłada ona również związanie elity rządzącej bezpośrednim udziałem w zbrodniach wojennych. Nomenklatura szczebla federalnego i regionalnego, urzędy oraz biznes państwowy i prywatny są na różne sposoby angażowane w inwazję i okupację ukraińskich terytoriów. Odbywa się to m.in. poprzez narzucanie instytucjom i przedsiębiorstwom kwot dotyczących oddolnego werbunku ochotników na front, a także kuratelę regionów Rosji nad wybranymi terenami okupowanymi, mającą na celu ich tzw. odbudowę[68]. W wybranych przypadkach taka aktywność bywa nagradzana. Dla przykładu, wicegubernator Petersburga Walerij Pikaliow, były szef ochrony rezydencji Putina nad jeziorem Wałdaj, został awansowany na szefa Federalnej Służby Celnej – najpewniej w związku z kuratelą nad „odbudową” okupowanego Mariupola.

Nowym trendem w zarządzaniu elitą władzy i układem sił w systemie jest inspirowana przez Kreml, bezprecedensowa od lat 90. redystrybucja aktywów wskutek nacjonalizacji, reprywatyzacji, wrogich przejęć czy tzw. walki z korupcją. Ponowny podział aktywów rozpoczął się pod koniec 2021 r., lecz nabrał impetu w trakcie pełnoskalowej inwazji na Ukrainę i wyraźnie przyspieszył w 2025 r.

Faktyczną kontrolę nad przejętymi aktywami sprawują na ogół przedsiębiorstwa państwowe lub prywatne będące inspiratorami przejęć. Choć często nie jest jasne, kto stoi za ich formalnymi beneficjentami, przynajmniej w części przypadków wywłaszczenia służą poszerzaniu stanu posiadania głównych klanów (np. Rotenbergowie – aktywa branży chemicznej, Patruszewowie – sektor rolno-spożywczy, Czemiezow – sektor zbrojeniowy) i są najpewniej wynikiem wzajemnych uzgodnień między nimi za wiedzą Putina. Tłumaczyłoby to brak napięć na tym tle w otoczeniu Kremla (tarcia zauważalne są natomiast na niższych szczeblach systemu). Nie oznacza to, że grupy te ustanawiają monopole branżowe w wybranych dziedzinach (przeciwnie – starają się dywersyfikować „portfele inwestycyjne”), ale że posiadają strefy szczególnego zainteresowania, wybrane m.in. ze względu na zgromadzone wcześniej aktywa. Zauważalnie rośnie przy tym rola przedstawicieli struktur siłowych w organizowaniu wywłaszczeń: są oni zarówno bezpośrednimi beneficjentami tego procesu (gdy sami przejmują aktywa), jak i narzędziem używanym przez czołowych graczy (gdy działają w interesie tych ostatnich).

Proces redystrybucji ma cztery zasadnicze cele:

Pierwszy to utrwalanie i umacnianie pozycji okołokremlowskich klanów w kluczowych sektorach gospodarki w zamian za lojalność. Jest to obliczone na stabilizowanie systemu, usprawnianie mobilizacji gospodarki na potrzeby wojny i gromadzenie jak największej ilości zasobów w rękach zaufanych osób. Beneficjenci przejmują dochodowe przedsiębiorstwa, aspirując do quasi-monopolistycznej pozycji w poszczególnych sektorach, co w dalszej perspektywie pozwoli im na dyktowanie reguł gry pozostałym uczestnikom rynku. Równomierne bogacenie się klanów zapewnia stabilność i równowagę sił, ale w dłuższej perspektywie jedyną gwarancją utrzymania status quo będzie przychylność Kremla, gotowość Putina do arbitrażu w razie konfliktów i spokojny przebieg sukcesji władzy. Ten ostatni nie jest oczywistym scenariuszem rozwoju sytuacji po śmierci Putina (lub, co mniej prawdopodobne, opuszczeniu przez niego urzędu za życia).

Drugi cel to karanie i dyscyplinowanie niewystarczająco lojalnych przedstawicieli elity poprzez odbieranie im aktywów (co nierzadko łączy się z sankcją karną (...)). Kryteria lojalności, w porównaniu z okresem sprzed lutego 2022 r., uległy zmianie, a reguły gry stały się o wiele mniej przejrzyste. Wyraźne jest dążenie państwa do tzw. nacjonalizacji rosyjskiej elity politycznej i biznesowej – izolowania jej od wpływów zagranicznych, zmuszania jej przedstawicieli do przenoszenia kapitałów z zagranicy do kraju (do Moskwy wrócił np. założyciel Alfa Group Michaił Fridman) oraz karania osób o „podwójnej lojalności”, które chciałyby nadal zarabiać w Rosji i chronić majątki w bezpieczniejszych państwach.

Zawłaszczane są biznesy właścicieli przebywających na stałe za granicą, mających obywatelstwo obcego państwa lub prawo stałego pobytu poza granicami Rosji (to motyw około jednej trzeciej przejęć dokonanych po wybuchu pełnoskalowej wojny[72]). W sektorach uznanych za strategiczne wywłaszczanie osób powiązanych z zagranicą uzasadnia się interesami bezpieczeństwa narodowego. Za przykład może posłużyć wniosek prokuratury o nacjonalizację Czelabińskich Zakładów Elektrometalurgicznych oraz nacjonalizacja (w czerwcu 2025 r.) jednego z największych rosyjskich lotnisk – moskiewskiego Domodiedowa. 

(...)

Po trzecie, nacjonalizacja i reprywatyzacja znacjonalizowanych aktywów są dla rządu źródłem dodatkowych dochodów do budżetu państwa w obliczu rosnących problemów budżetowych i wzrostu deficytu spowodowanego wydatkami na wojnę. W 2024 r. wpływy z prywatyzacji przyniosły budżetowi prawie 1,5 mld dolarów, co ponad dwudziestokrotnie przekroczyło pierwotny plan. Wiosną 2025 r. minister finansów Anton Siłuanow wskazał na potrzebę przeprowadzenia „wielkiej prywatyzacji” w Rosji i zapowiedział, że obejmie ona sektory energetyczny, transportowy i finansowy. Choć plany te na razie się nie ziściły, to budżet zyskał w 2025 r. na prywatyzacji niewiele mniej niż rok wcześniej (112 mld rubli, czyli ponad 1,4 mld dolarów). 

(...)

Wreszcie, po czwarte, ważnym celem procesu wydaje się stworzenie grup beneficjentów, których własność jest łatwa do podważenia na gruncie prawa i opiera się wyłącznie na arbitralnych gwarancjach ze strony Putina. Aktywa stanowią nagrodę za ich lojalność oraz gwarancję dalszego bezwarunkowego posłuszeństwa wobec reżimu.

Według wszelkich przesłanek decyzja o przejęciu atrakcyjnych aktywów najpierw zapada na szczeblu politycznym, a następnie prokuratura znajduje preteksty prawne, by ją zalegalizować. Najczęściej za oficjalny powód wywłaszczeń służą „nielegalne zarządzanie własnością”, korupcja, nabycie własności za bezprawnie pozyskane środki, a także udział w tzw. działalności ekstremistycznej (to częsty pretekst przejęć aktywów ukraińskich przedsiębiorców). Aktywa są nacjonalizowane również wskutek przymusowych bankructw. Prokuratura coraz częściej podważa też transakcje prywatyzacyjne z lat 90., manipulując terminami przedawnienia (stawia wówczas zarzuty nielegalnej prywatyzacji). Jest to przejaw ostatecznego demontażu gwarancji praw własności w Rosji. Arbitralna zmiana reguł gry stała się po 2022 r. jednym z kluczowych atrybutów suwerennej władzy lidera.

Proces redystrybucji uderzył w pierwszej kolejności (w 2022 r.) w podmioty zagraniczne, które postanowiły wycofać się z rosyjskiego rynku po rozpoczęciu inwazji. Następnie, od 2023 r., zaczęto przejmować rosyjskie firmy pozbawione wystarczająco mocnej protekcji ze strony silnych graczy, w tym przedsiębiorstwa kontrolowane przez elity regionalne.

Według szacunków od lutego 2022 do czerwca 2025 r. na wniosek prokuratury państwo przejęło majątek o wartości ok. 3,9 bln rubli (ok. 50 mld dolarów po kursie z czerwca 2025 r., tj. ok. 2% PKB FR), z czego ponad 1,5 bln rubli przypadało na aktywa zagranicznych spółek. Znaczna część decyzji o nacjonalizacji ma charakter niejawny: ich udział w 2024 r. sięgnął prawie dwóch trzecich. Nieznane pozostają liczby dotyczące faktycznych wrogich przejęć aktywów przez wpływowe figury, nieprzypieczętowanych wyrokami sądu.

Beneficjentami nowego podziału własności są przede wszystkim osoby powiązane z głównymi klanami, strukturami siłowymi i „niezależnymi putinowcami”. Pierwszym znaczącym przejawem procesu redystrybucji była nacjonalizacja szeregu aktywów sektora chemicznego w 2023 r., które następnie przekazano zakładom Roschim kontrolowanym przez klan Rotenbergów. 

(...)

W 2024 r. prokuratura często wnioskowała o przejmowanie przez skarb państwa nieruchomości i ziemi. Nową tendencją jest odbieranie patentów (praw własności intelektualnej) w branży zbrojeniowej oraz przejmowanie kontroli nad aktywami sektora naftowego, łącznie z przedsiębiorstwami podległymi byłym menedżerom wysokiego szczebla Rosniefti i Gazpromu. To ostatnie może wskazywać na rewizję obowiązujących dotychczas nieformalnych immunitetów przysługujących państwowej elicie biznesowej. Według dostępnych informacji Kreml może też rozważać utworzenie państwowych megaholdingów: metalurgicznego i energetycznego, które skupiałyby pod kontrolą państwa wszystkie aktywa tych sektorów (z mniejszościowymi udziałami obecnych właścicieli).

Za lobbystę tego ostatniego pomysłu uważany jest Igor Sieczin – szef państwowej Rosniefti i wieloletni bliski współpracownik Putina, od dawna aspirujący do przejęcia kontroli nad aktywami Gazpromniefti i prywatnego Łukoilu. Obecnie Rosnieft’, niegdyś agresywnie powiększająca stan posiadania w branży energetycznej, została, przynajmniej tymczasowo, zmuszona do rewizji planów dalszej ekspansji – w wyniku wojny i sankcji. Korporacja skupia się na utrzymaniu produkcji i zapewnianiu państwu niezbędnych dochodów z eksportu. Bolesnym ciosem w ambicje Sieczyna było zwłaszcza objęcie amerykańskimi sankcjami Rosniefti i Łukoilu w październiku 2025 r., co uderza nie tylko w kondycję finansową obu firm, lecz także w ich znaczenie dla dochodów budżetu państwa z eksportu surowców.

(...)

Jak dotąd jedyny przykład publicznego konfliktu stanowił spór o platformę handlu internetowego Wildberries, w którym – na szczeblu federalnym – uwidocznił się splot interesów biznesowych i politycznej rywalizacji elit północnokaukaskich, realizowanych z użyciem metod kryminalnych. Na obecnym etapie ewolucji systemu putinowskiego była to anomalia i przejściowy problem wizerunkowy dla Kremla, lecz nie można wykluczyć kolejnych napięć tego typu w najbliższych latach.

Największa rosyjska platforma handlu internetowego Wildberries, założona w 2004 r. przez małżeństwo Tatianę Kim i Władisława Bakalczuka, w 2024 r. zaczęła borykać się z problemami, wynikającymi m.in. z błędów w zarządzaniu. Po pożarze w magazynach Wildberries w Petersburgu w styczniu 2024 r. przedsiębiorstwo znalazło się na celowniku służb (Komitet Śledczy wszczął śledztwo w sprawie nieprzestrzegania przepisów przeciwpożarowych).

Wówczas Kim (właścicielka 99% akcji firmy) porozumiała się z braćmi Mirzojanami, biznesmenami władającymi największym rosyjskim operatorem reklamy zewnętrznej Russ Outdoor – protegowanymi Sulejmana Kierimowa, senatora z Dagestanu i dolarowego miliardera (130. pozycja na światowej liście „Forbes” 2025). Ten ostatni miał namówić Kim na fuzję z Russ Outdoor (wszystko wskazuje na to, że miał to być swoisty haracz w zamian za ochronę przed służbami i Komitetem Śledczym) i zapewnił niezbędne poparcie dla tej transakcji ze strony szefa AP Antona Wajny, a następnie samego Putina. Według dostępnych informacji fuzję miał nadzorować z ramienia władz Maksim Orieszkin, wiceszef AP. Została ona ogłoszona w połowie 2024 r., a w celu jej realizacji powstało wspólne przedsiębiorstwo Wildberries i Russ Outdoor – RWB, do którego Wildberries wniosło 65% akcji, a Russ Outdoor 35% (z uwagi na rażącą dysproporcję realnie wniesionych aktywów transakcja była w oczywisty sposób niekorzystna dla Wildberries).

Choć kontrakty tego typu, akceptowane na najwyższym szczeblu politycznym, nie podlegają apelacji, to Władisław Bakalczuk (współtwórca Wildberries i formalnie posiadacz 1% akcji przedsiębiorstwa) uznał się za stronę poszkodowaną i zwrócił o pomoc do szefa Czeczenii Ramzana Kadyrowa, który publicznie obiecał mu wsparcie. Obaj przedstawiali decyzję małżonki Bakalczuka jako skutek romansu z współwłaścicielem Russ Outdoor, a po ogłoszeniu przez Tatianę Kim zamiaru rozwodu z mężem sprawa przybrała wymiar skandalu obyczajowego. Jednocześnie konflikt małżeńsko-biznesowy przeszedł w fazę publicznej wymiany oskarżeń i gróźb między Kadyrowem a zausznikami Kierimowa. Emocje sięgnęły zenitu we wrześniu 2024 r., gdy podjęta przez Bakalczuka próba wtargnięcia do siedziby Wildberries zakończyła się uliczną strzelaniną, w której zginęło dwóch ochroniarzy firmy. Podjęte na Kremlu decyzje dotyczące losu Wildberries ostatecznie, zgodnie z oczekiwaniami, przypieczętował sąd, a Bakalczuk (w związku ze swoją niesubordynacją) został pozbawiony posiadanych wcześniej udziałów w firmie – choć, co zaskakujące, nadal bez przeszkód prowadzi działalność biznesową, co może wskazywać na częściową skuteczność protekcji ze strony Kadyrowa.

Niespodziewane w sprawie Wildberries były brak reakcji Kremla na eskalujący konflikt oraz sięgnięcie jednej ze stron sporu po metody biznesowe rodem z „dzikich” lat 90. Równie ciekawe jest pytanie, kto stanie się ostatecznym beneficjentem nowo utworzonego przedsiębiorstwa. Według dostępnych informacji do sprawowania kontroli nad rosyjskim rynkiem handlu internetowego i usług aspiruje Jurij Kowalczuk, który dąży do przejęcia zarówno aktywów Wildberries, jak i Ozonu oraz kilku innych platform (w sumie około dwóch trzecich udziałów w rynku).

Równolegle z „patriotyczną” mobilizacją nomenklatury Kreml nagłaśnia propagandowo projekt szerokiej wymiany kadr w administracji państwowej w oparciu o weteranów pełnoskalowej agresji na Ukrainę (zaliczają się do nich również kolaboranci z czasów pierwszej inwazji w 2014 r.). Jak twierdzą rosyjskie władze, to „bohaterowie specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie” (skądinąd otrzymujący hojne transfery socjalne związane ze statusem weterana) powinni zajmować czołowe stanowiska w systemie edukacji i wychowania młodzieży, w ruchach społecznych, przedsiębiorstwach państwowych i administracji publicznej. (...) Jak dotąd narracja ta nie przyjęła się w rosyjskim społeczeństwie. Choć większość Rosjan uważa, że weterani cieszą się szacunkiem społecznym, i choć istnieje zapotrzebowanie społeczne na odnowę składu elit państwowych, to jedynie znikomy odsetek jest skłonny uznać za „elitę” właśnie tych, którzy walczyli na Ukrainie.

(...)

Ponadto zarysowuje się tendencja awansowania na wysokie stanowiska w regionach osób, które sprawowały wcześniej funkcje we władzach okupacyjnych zagarniętych terytoriów Ukrainy.

(...)

Od początku pełnoskalowej wojny setki przedstawicieli administracji różnego szczebla pracowało na zajętych przez Rosję terenach. Są oni (często przymusowo) wysyłani tam przez przełożonych lub zgłaszają się sami – by uniknąć kar za przestępstwa korupcyjne. Część z nich liczy na to, że taka służba stanie się trampoliną do kariery (motywację tę osłabiają jednak niebezpieczne warunki pracy).

(...)

Dotychczasowe nominacje weteranów frontowych wskazują, że nie są oni dopuszczani do realnej władzy i pieniędzy, w tym renty korupcyjnej. Co do zasady ludzie walczący na pierwszej linii frontu nie mają protektorów w systemie, a utrwalone sieci patronalno-klientelistyczne, oparte na masowym nepotyzmie, bronią się przed obcymi, z którymi przyszłoby im dzielić władzę i aktywa. Ich nominacje służą głównie reklamowaniu wojny jako drogi do awansu społecznego. 

(...)

W innej sytuacji są „żołnierze nomenklaturowi”: ci, którzy będąc już wcześniej częścią aparatu administracyjnego, uwiarygodniają się poprzez (na ogół krótki i pokazowy) udział w wojnie. Wśród znacznej grupy urzędników, którzy dobrowolnie udali się „na front” i chwalili się tym, zaprzęgając do akcji autopromocyjnych lokalne media, jedynie niewielka część znalazła się w strefie działań bojowych. Niektórzy urzędnicy łączyli tzw. pobyt na froncie z obowiązkami zawodowymi, inni służą po kilka tygodni czy miesięcy i wracają do zwykłego życia. Większość urzędników trafia przy tym do specjalnych oddziałów, które stacjonują daleko od rejonów starć (głównie oddziały ochotnicze BARS zajmujące się „utrzymaniem porządku publicznego” na zapleczu sił rosyjskich). 

(...)

Jak dotąd awanse prawdziwych weteranów, zwłaszcza zawodowych wojskowych, są hamowane obawami Kremla przed wzmacnianiem kapitału politycznego armii – instytucji cieszącej się niezmiennie społecznym zaufaniem i estymą jako jeden z punktów odniesienia dla rosyjskiej tożsamości. Z dostępnych informacji wynika, że do programu Czas Bohaterów celowo dobierani są ludzie przeciętni, bez ambicji, za to gotowi do bezwzględnej lojalności i posłuszeństwa.

(...)

Według dostępnych informacji znaczna część rosyjskiej elity władzy negatywnie przyjęła decyzję o rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji przeciwko Ukrainie. Stało się tak m.in. dlatego, że sankcje zaburzyły wygodny układ, w którym pieniądze zarobione w Rosji można było bezpiecznie inwestować na Zachodzie. Jednak żaden z przedstawicieli nomenklatury wysokiego szczebla nie zerwał z reżimem mimo popełniania przezeń zbrodni wojennych i mordów na przeciwnikach politycznych. 

(...)

Rosyjska elita władzy, mimo początkowego szoku, niezadowolenia i lęku o przyszłość, zaadaptowała się organizacyjnie i mentalnie do nowych realiów wojennych i konfrontacji z Zachodem. Pogodzono się z tym, że taka sytuacja najpewniej utrzyma się bardzo długo. Na razie nie widać przejawów buntu wobec „gry bez reguł”, jaką jest coraz szerzej zakrojona redystrybucja aktywów, ani istotnego oporu przeciwko narzucanej odgórnie ideologii.

(...)

Liczne luki w zachodnim reżimie sankcyjnym sprawiają, że czołowi „oligarchowie” putinowscy, w tym ci objęci sankcjami, wciąż zarabiają na handlu z Europą, a zarobione pieniądze inwestują w wojnę. Należą do nich m.in. bracia Rotenbergowie i Oleg Deripaska, którzy współfinansują najemnicze („ochotnicze”) jednostki walczące na Ukrainie, zachęcając pracowników swoich firm do podpisywania kontraktów z armią. Według doniesień niezależnych mediów firmy powiązane z Deripaską zarabiają też na produkcji zbrojeniowej w Rosji. 

(...)

Postępująca ideologizacja postaw członków aparatu państwowego w ograniczonym stopniu wynika z autentycznych przekonań. Większość przedstawicieli reżimu cechują skrajny cynizm i oportunizm, gotowość do mimikry, a jednocześnie daleko posunięta elastyczność w adaptowaniu się do nowych warunków, co przejawia się w głoszeniu treści militarystycznych i obskuranckich. Wiele z tych osób, w tym czołowy antyzachodni jastrząb Dmitrij Miedwiediew, było niegdyś uznawanych za prozachodnich liberałów. Poglądy stuprocentowo zgodne z przekazem propagandowym można – poza Putinem – z pewnością przypisać obecnym i byłym szefom organów siłowych ukształtowanym przez sowieckie struktury siłowe, w tym KGB (Patruszew, Bortnikow, Bastrykin) czy pomocnikowi Putina Władimirowi Medinskiemu (aktywnemu zwłaszcza w dziedzinie propagandy historycznej). Nawet jastrzębie są jednak w stanie zmieniać ton i treść swoich wypowiedzi o 180 stopni, o ile służy to bieżącym interesom, w tym manipulowaniu przeciwnikiem. 

(...)

Demonstracyjne odżegnywanie się od powiązań z Zachodem oraz udział w propagowaniu „patriotycznej” ideologii w imię manifestowania lojalności wobec Kremla przekładają się na konkretne korzyści. Jest to przede wszystkim możliwość rozkradania środków budżetowych dzięki udziałowi w przedsięwzięciach priorytetowych dla lidera kraju, powiązanych z kontynuacją wojny. Pożądane postawy wytyczają nie tylko oficjalna retoryka Kremla i nieformalne daniny na potrzeby wojny, nakładane na wielki biznes, lecz także struktura budżetu federalnego. Nieprzerwanie rosną wydatki skarbu państwa na zbrojenia, armię, propagandę i represje wewnątrzpolityczne. W 2025 r. ogólna suma nakładów na machinę wojenną po raz pierwszy po 1991 r. przekroczyła środki przeznaczone na cele socjalne. 

(...)

Brakuje, jak dotąd, przesłanek świadczących o przygotowywaniu sukcesji władzy za życia Putina, a zatem istotne zmiany w systemie mogą zaistnieć dopiero po jego śmierci. Biorąc pod uwagę obsesję lokatora Kremla na temat własnego stanu zdrowia i ambicję zapisania się w historii jako architekt powrotu Rosji do statusu wielkiego mocarstwa, można zakładać, że planuje on rządzić długo i starannie eliminować możliwych konkurentów.

Maria Domańska - Wierni pretorianie Kremla - OSW

poniedziałek, 9 marca 2026



(...)

Relacje Pekinu z Teheranem były raczej kwaśne, naznaczone niespełnionymi nadziejami Iranu (jak np. słynne parę lat temu 400 mld pożyczek, które były tylko iranskim "spinem"). Pekin ma bliskich partnerów w całym regionie, szczególnie po drugiej stronie Zatoki Perskiej, jego obecność na Bliskim Wschodzie bynajmniej nie opiera się na Iranie. 

Oceny mówiące, że Pekin "wystawił" swojego sojusznika i wizerunkowo traci wśród innych sojuszników w wyniku działań USA wynikają więc z fałszywych przesłanek. Pekin co do zasady nie wiąże się sojuszami z niemal nikim, właśnie dlatego, by zachować pole manewru w takich sytuacjach. Nie było nigdy obietnicy dla Iranu, bo Pekin co do zasady takich obietnic nie składa. Reaguje tylko jak ma bezpośredni strategiczny interes, co widać np. w jego wsparciu dla Moskwy w jej wojnie z Zachodem.

Takie stawianie sprawy - o Chinach porzucajacych sojusznika i załamaniu "Osi" - wynika z błędnego przekonania, że Pekin buduje pozycję supermocarstwa podobną amerykańskiej hegemonii (sieci sojuszy budujące regionalne architektury bezpieczeństwa na świecie). Ewidentnie tak nie jest, radzę nie projektować logiki Ameryki na Chiny. 

Jak widzimy po samej Ameryce, taka globalna hegemonia to wiązanie sobie rąk i wielki koszt, których same USA chcą się dziś dość brutalnie pozbyć. Pekinowi się to nie kalkuluje, szczególnie że swoją siłę może manifestować inaczej, np. wykorzystując swoją centralną rolę w światowym przemyśle. Po drugie, Pekin jest skupiony niemal całkowicie na swoim teatrze działań na Indo-Pacyfiku, z resztą najważniejszym dla przyszłości świata. Nie ma ochoty wikłać się w Bliski Wschód, który tylko drenuje zasoby mocarstw, co pokazuje przykład Ameryki. Pogódźmy się z myślą, że po "pax americana" nie będzie innego "pax" - będzie brak ładu, chaos i niestabilność. 

Problem wojny USA i Izraela z Iranem oczywiście dla Chin istnieje, ale głównie w wymiarze Ormuzu i potencjalnego kryzysu energetycznego. Ale inne gospodarki Azji, jak Korea czy Japonia, mogą oberwać jeszcze mocniej. Pekin do takich kryzysów się szykuje, np. gwałtownie elektryfikując gospodarkę oraz stawiając na OZE i własny węgiel, a także budując ogromne rezerwy strategiczne ropy. Jak dotkliwy to będzie problem jeszcze zobaczymy, niech najpierw opadnie kurz po pierwszej serii bombardowań Iranu. Być może jak kurz opadnie, okaże się, że nie ma komu już nękać Ormuzu. A jeśli będzie komu - być może wtedy Pekin zacznie pochylać się nad problemem, w granicach, jakie zarysowałem powyżej.

x.com/J_Jakobowski


"Krótkoterminowe ceny ropy naftowej, które gwałtownie spadną, gdy minie zagrożenie nuklearne ze strony Iranu, to bardzo niska cena dla Stanów Zjednoczonych, świat, bezpieczeństwo i pokój" — napisał Trump we wpisie na Truth Social. "Tylko głupcy myślą inaczej!" — dodał.

Trump zamieścił swój wpis niedługo po tym, jak ceny ropy WTI i Brent przebiły w niedzielę pułap 100 dol. po raz pierwszy od 2022 r. W przypadku WTI, ceny osiągnęły nawet 110 dol., choć później spadły do 107 dol.

onet.pl

niedziela, 8 marca 2026



Podobnie jak Dalajlama III (Sönam Gjaco) również jego następca Dalajlama IV (Jönten Gjaco / Yon-tan rgya-mtsho), mimo otrzymania w 1616 roku pompatycznych tytułów i złotej pieczęci na znak uznania swojej pozycji oraz zaproszeń ze strony dworu Mingów, nie odwiedził stolicy cesarskiej. W 1615 roku poświęcił świątynię w Nankinie na odległość, odmawiając spotkania z cesarzem Wanli.

W tym samym roku Dalajlama IV posłał życzenia noworoczne wodzowi mandżurskiemu, Nurhacziemu i nadał mu tytuł nawiązujący do Mańdżuśri (od czego pochodzi nazwa Mandżurii), co oznaczało uznanie go za wcielenie bóstwa. Z kolei Nurhaczi, który ogłosił się cesarzem, już w 1621 roku na swojego nauczyciela wyznaczył tybetańskiego lamę.

Jönten Gjaco był jedynym dalajlamą, wywodzącym się z rodu arystokratycznego i politycznie znaczącego (tj. rodu Altan-chana), podczas gdy wszyscy inni pochodzili z rodzin biednych. Równocześnie jako Mongoł był jedynym wśród dalajlamów nie-Tybetańczykiem. Według Thubtena Dżigme Norbu, brata Dalajlamy XIV, „Chińczycy próbowali wpływać na wybór [dalajlamów] co najmniej raz, mając na względzie własne korzyści polityczne”. Wybór Dalajlamy IV był ewidentnie podyktowany względami politycznymi, a nie religijnymi: szkoła Gelugpa w centralnym regionie Tybetu potrzebowała silnego wsparcia politycznego i militarnego przeciwko konkurentom z Cangu, a to z racji swojej potęgi mogli zapewnić wówczas tylko tumedzcy Mongołowie z linii Altan-chana. Nikt nie odwoływał się ani do Chin z czasów dynastii Ming, ani do rosnących w potęgę, ale odległych Mandżurów. 

W 1636 roku chan mongolskiego plemienia Choszutów, Guszri (1582–1655) podbił Kham, a następnie centralny Tybet, po czym w 1642 roku wprowadził na tron Dalajlamę V i przekazał mu władzę zwierzchnią nad całym obszarem Tybetu (podobnie jak swego czasu Kubilaj-chan uczynił to wobec Phagba Lamy), podczas gdy administracją kierował regent (tyb. desi/sde-srid) Sönam Czöphel / bSod-nams chos-phel. Wcześniej Dalajlama V nadał Guszri-chanowi tytuł Króla Dharmy (tyb. Tenzin czökji gjelpo / bsTan-’dzin chos-kyi rgyal-po), tj. nominalny tytuł władcy Tybetu, co Guszri-chana w zupełności zadowalało, bowiem nie przepadał za warunkami życia w Tybecie i chętniej przebywał poza jego granicami. Kontynuowano historyczną więź czöjön między politycznym patronem a przewodnikiem duchowym – tu między Guszri-chanem a Dalajlamą V. Dalajlama polegał na wojskach mongolskich, ale Tybet był faktycznie niezależny (stolicę ofi cjalnie ustanowiono w Lhasie) i pierwszy raz od 800 lat – zjednoczony, chociaż oparcie się na obcej potędze stało się niebezpiecznym precedensem, mającym przynieść tragiczne skutki w przyszłości. System centralnej władzy teokratycznej, łączącej zwierzchność religijną i polityczną w osobie dalajlamy i jego aparatu (tj. rządu pod nazwą Ganden Phodrang Czogle Namgjel / dGa’-ldan pho-brang phyogs-las rnam-rgyal), przyjął się w Tybecie bez przeszkód, ponieważ teokracja na poziomie poszczególnych regionów funkcjonowała już od czasu dezintegracji imperium tybetańskiego, tj. od połowy IX wieku.

Chiny nie odgrywały w tych wydarzeniach żadnej roli – ani pod koniec panowania Mingów, ani w początkowych latach władzy Qingów, aczkolwiek wiedzione własną wizją świata i imaginacją polityczną wydawały edykty, nadawały tytuły, przyznawały stanowiska i prowadziły mocarstwową korespondencję dyplomatyczną, tworząc fikcję w postaci rzekomego sprawowania kontroli nad Tybetem. Do tej fikcji sięga obecnie chińska literatura propagandowa, usiłując wbrew faktom przetworzyć ją na rzeczywistość. Jednym z przykładów jest twierdzenie, że w 1653 roku cesarz dynastii Qing uczynił Guszri-chana „najwyższym zwierzchnikiem politycznym w Tybecie”, a także nadał Dalajlamie V tytuł uprawniający go do sprawowania władzy w Tybecie, bowiem „tytuł od Guszri-chana obejmował tylko Mongolię”. Samo zestawienie wyżej przytoczonych dat nie ma jednak pokrycia w faktach.

Dalajlama V już w 1639 roku, tzn. jeszcze za czasów tybetańskiego Drugiego Królestwa, pozytywnie odpowiedział na zaproszenie ówczesnego władcy mandżurskiego Aberhaia (chiń. Huangtaiji, również występujący pod imieniem Taizong lub pod dewizami panowania Tiancong i Chongde), który już jako władca założonej w 1636 roku dynastii Qing wystosował je do szkoły Gelugpa, zachęcając ją do szerzenia tybetańskiego buddyzmu w państwie mandżurskim. Tym samym Dalajlama V zainicjował relację czöjön wobec władcy mandżurskiego, ale do Mandżurii się nie udał. Zaproszenie było zatem ponawiane kolejno w latach 1648, 1650 i 1651, gdy Qingowie usadowili się już na chińskim tronie cesarskim w Pekinie. Zdaniem części badaczy chińskich, za kontaktami z Mandżurami miał optować Panczenlama IV.

W ten sposób Dalajlama V zaakceptował polityczny patronat władcy mandżurskiego, tak jak niegdyś duchowni tybetańscy korzystali z politycznej opieki chanów mongolskich. W odróżnieniu od epoki mongolskiej nie wiązało się to jednak z żadnymi obowiązkami tybetańskich mnichów na dworze mandżurskim. Przywrócenie więzi czöjön nastąpiło zanim mandżurska dynastia Qing przejęła władzę nad Chinami, o czym historycy chińscy (podobnie jak w przypadku założenia dynastii Yuan i jej związków z Tybetem) wygodnie zapominają, koncentrując się na ocenianiu stosunków między dalajlamami a cesarzami w kategoriach „poddany–władca”, a nie „kapłan–patron”. Natomiast Qingowie poprzez legitymizację ze strony Dalajlamy uzyskiwali możliwość oddziaływania na groźne plemiona mongolskie.

Cesarz Taizong z dynastii Qing w 1643 roku przesłał pozdrowienia dalajlamie i panczenlamie, odwzajemnione przez nich w rok później posłaniem do mandżurskiej stolicy, Mukdenu (dawniej Shengjing, obecnie Shenyang), a także akceptacją zaoferowanego przez mandżurskiego władcę politycznego patronatu nad dalajlamą i hierarchiczną strukturą lamajską. W posłaniu Taizonga do wielkich lamów Tybetu – podobnie jak w późniejszej korespondencji – jest mowa o szerzeniu wiary buddyjskiej, a zarazem o roli władcy, przy czym treści te są utrzymane w ramach tradycyjnej chińskiej teorii wszechwładzy cesarza.

Poparcie Mandżurów dla hierarchów tybetańskich było całkowicie nominalne i nie pociągało za sobą żadnej ingerencji w wewnętrzne sprawy Tybetu, bowiem Mukden nie interesował się ani rywalizacją między tybetańskimi szkołami buddyjskimi, ani perturbacjami politycznymi, mając na uwadze wyłącznie pozyskanie od Tybetańczyków uznania dla własnej dominacji politycznej w walce z chińskimi Mingami. W odróżnieniu od dynastii Ming, Mandżurowie nie rozdawali pustych tytułów. Tybetańczycy żyli natomiast w przekonaniu o tym, iż Mandżurowie przywrócą praktykowaną za czasów mongolskich formułę politycznych rządów hierarchii buddyjskiej. W tamtym okresie władzę polityczną nad Tybetem sprawował jeszcze Guszri-chan. Takie stawianie sprawy było wygodne dla obu stron.

Natomiast w interpretacji chińskiej posłanie Dalajlamy V i Panczenlamy IV do dworu Qing wiązało się z „gratulacjami po zjednoczeniu ojczyzny”, tzn. Chin.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet


Wbrew urzędowej propagandzie chińskiej to nie Chiny, ale na przemian dzieląca się wówczas i jednocząca Mongolia z licznymi chanami, książętami i wodzami była dla Tybetu głównym punktem odniesienia w kontaktach ze światem. To wódz tumedzkich (Tümed) Mongołów, Altan-chan, który dążył do reaktywowania relacji kapłan–patron, z uwagi na legitymizację własnej władzy w Mongolii i chęć zapewnienia sobie przewagi nad wszystkimi rywalami, podczas uroczystego spotkania 15 maja 1578 roku w specjalnie wybudowanej (rok wcześniej) w tym celu świątyni Yanghuasi (Yănghuásì) w Czabczijal nadał zaproszonemu zwierzchnikowi szkoły Gelugpa, Sönamowi Gjaco / bSod-nams rgya-mtsho (1543–1588) tytuł dalajlamy – jako trzeciemu wcieleniu, tj. Dalajlamie III – wraz ze stosowną złotą pieczęcią w kwadratowym piśmie Phagba. Pośmiertnie tytuł przyznano także jego dwóm pierwszym inkarnacjom: Gendün Drupie / gDe-’dun grub-pa (1931–1474) jako Dalajlamie I oraz Gendün Gjaco / dGe-‘dun rgya-mtsho (1476–1542) jako Dalajlamie II.

Dalajlama XIV uważa, że Mongołowie w zasadzie tylko przetłumaczyli drugi człon tybetańskiego imienia, bowiem mongolskie słowo dalai – ocean – jest równoważnikiem tybetańskiego gjaco/rgya-mtsho. Niejako na zasadzie „wymiany kurtuazji” Altan-chan przyjął od dalajlamy buddyzm i tytuł Króla [obracającego] krąg wiary (tyb. czökji khorlo gjelpo / chos-kyi’khor-lo rgyal-po, sanskr. cakravartin) oraz Króla Dharmy, boskiej czystości (tyb. czökji gjalpo lhaj cangpa / chos kyi rgyal-po lha’i tshang-pa). Dodatkowo dalajlama uznał Altan-chana za wcielenie Kubilaj-chana, co znakomicie wspierało i roszczenia władcy do panowania nad wszystkimi Mongołami i starania o reaktywowanie czöjön. Altan-chan widział z kolei w Dalajlamie III wcielenie Phagba Lamy, co stwarzało dodatkową, niejako „historyczną”, płaszczyznę porozumienia z wzajemnymi odniesieniami. Obopólne obdarzenie się tytułami i znalezienie odpowiedniości we wcześniejszych wcieleniach było – według biografi i Dalajlamy III – jednym z przejawów zbliżenia tybetańsko-mongolskiego.

Ta relacja między kapłanem w osobie dalajlamy a patronem przetrwała do 1717 roku, tj. do końca piastowania przez potomków Altan-chana godności króla Tybetu. Dla Sönama Gjaco sojusz z Altan-chanem stawał się natomiast ważkim atutem w sytuacji wewnętrznych napięć, konfliktu społeczno-religijnego, a także politycznego w Tybecie, tj. rywalizacji z władcami Cangu, którzy przy poparciu ze strony m.in. szkół Sakjapa i Dżonangpa oraz ich klasztorów dążyli do eliminacji rosnącej w potęgę na obszarze Ü (głównie w Lhasie) szkoły Gelugpa, reprezentowanej przez Dalajlamę. Właśnie sojusz z Altan-chanem zapewnił szkole Gelugpa przewagę i wygraną w tej rywalizacji. Dalajlama III, z racji swojego statusu, musiał jednak podjąć się niewdzięcznej roli mediatora w sporze między szkołami, chociaż równocześnie należał do jednej z nich. Był to pierwszy przypadek wypełnienia funkcji politycznej przez dalajlamę.

(...)

Sönam Gjaco umyślnie odwoływał się do pomocy władców mongolskich, aby uniknąć ingerencji ze strony Chin w sprawy Tybetu. Raz jednak spełnił prośbę cesarza Shenzonga i podjął się roli pośrednika między władcą Chin a Altan-chanem. Cesarstwo czuło się wówczas coraz bardziej zagrożone mongolskimi najazdami, a nawet perspektywą większej inwazji. Shenzong poprzez gubernatora Gansu i Qinghai zwrócił się do tybetańskiego hierarchy o nakłonienie mongolskiego władcy do wycofania wojsk z Qinghaiu na obszar obecnie nazywany Mongolią Wewnętrzną, co też nastąpiło – groźba mongolskiej inwazji na cesarstwo Ming zniknęła. Chiny występowały zatem w ówczesnym życiu politycznym Tybetu i Mongolii wyłącznie jako obiekt, tj. cel najazdów i oddziaływania politycznego, a nie jako podmiot, tj. inicjator, a tym bardziej decydent. Sam Altan-chan – w proklamacji dotyczącej sponsorowania buddyzmu przy okazji spotkania z Dalajlamą III – wspomniał o Chinach wyłącznie jako o obszarze, na który rozciągała się władza imperium mongolskiego.

W chińskiej literaturze historyczno-propagandowej można jednak spotkać i taką wersję ówczesnych wydarzeń, według której to Sönam Gjaco zabiegał o uznanie swojego tytułu przez chińskiego cesarza i o „zgodę na złożenie trybutu” na dworze Mingów (którą to zgodę uzyskał – jako „szczególną łaskę”), a nawet i to, że „złożył hołd dynastii Ming”, i dzięki temu „uzyskał nadanie tytułu”, co nie ma pokrycia w faktach. Historycy chińscy dowodzą, że Dalajlama III zamierzał wybrać się do Pekinu, ale zmarł w drodze z Mongolii do Tybetu w marcu 1588 roku, co ma oznaczać, że dwór uznał status dalajlamy za równy guoshi (tj. Nauczycielowi Państwowemu), bowiem nikomu o niższej pozycji zaszczyt składania hołdu nie przysługiwał. Jednocześnie pomijają fakt odrzucenia przez Sönama Gjaco zaproszenia na dwór Mingów jeszcze w 1580 roku, chociaż Dalajlama III przebywał wówczas w Höhhot, tj. w niewielkiej odległości od Pekinu. Również podczas drugiej podróży do Mongolii, dokąd dotarł w 1585 roku (cała wyprawa trwała od 1582 do 1588 roku), hierarcha „nie znalazł czasu” na złożenie wizyty w Pekinie. Wiele wskazuje na to, że dwór Mingów, zdając sobie sprawę z rosnących wpływów i politycznego znaczenia szkoły Gelugpa, starał się pozyskać jej zwierzchnika dla własnych celów, chociaż Pekin otwarcie popierał władców Cangu, dla których duchowym oparciem była szkoła Kargjupa, tj. przeciwnicy Gelugpa – szkoły dalajlamy.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

sobota, 7 marca 2026



Z doniesień amerykańskich mediów wynika, że możliwym powodem dymisji Noem było rozczarowanie Trumpa jej zeznaniami podczas przesłuchań w Kongresie, gdzie była wielokrotnie pytana o swoją rolę w zatwierdzaniu kontraktów, w tym dotyczących kampanii reklamowej wartej 220 mln dol. (ok. 810 mln zł), mającej zachęcić imigrantów do dobrowolnej deportacji. Polityczka twierdziła, że kampania została zatwierdzona przez Biały Dom, lecz prezydent Trump powiedział w czwartek w wywiadzie dla Agencji Reutera, że nic nie wiedział o sprawie.

onet.pl

piątek, 6 marca 2026



Trwająca już prawie tydzień wojna USA i Izraela z Iranem dotyka coraz mocniej sąsiednie państwa Zatoki Perskiej – eksporterów ropy naftowej. Utrzymująca się od kilku dni blokada cieśniny Ormuz ogranicza dostępność surowca na świecie. Zazwyczaj przepływa przez nią ok. 20 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie, co stanowi ok. 25% ich globalnej sprzedaży. W rezultacie wojny i blokady ceny ropy Brent skoczyły do tej pory (6 marca 2026 r.) o ok. 18% w porównaniu z cenami z 27 lutego do ponad 87 dolarów za baryłkę. Równocześnie rosną notowania produktów importowanych z państw Zatoki – przede wszystkim paliwa lotniczego i oleju napędowego.

Wzrosty cen i potencjalne dłuższe ograniczenie podaży na rynku generują doraźnie największy problem dla będących głównymi importerami z rejonu konfliktu państw azjatyckich. Zarazem stanowią też wyzwanie dla borykającej się z wysokimi cenami energii i starającej się dokończyć odchodzenie od importu surowców z Rosji UE. Już teraz wpływają na wzrosty cen na giełdach, reagujących na zmiany podażowe i sytuację na świecie. Ewentualne przedłużanie się blokady cieśniny wiązałoby się z poważniejszymi skutkami zarówno dla rynków naftowo-petrochemicznych, jak i całych gospodarek. Na problemach na Bliskim Wschodzie zyskać może natomiast w wymiarze energetycznym Rosja.

Cieśnina Ormuz jest kluczowym szlakiem eksportowym dla sześciu państw producentów ropy z Zatoki Perskiej. W Iranie, Iraku, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie i Katarze znajduje się ok. 55% światowych zasobów surowca. Kraje te odpowiadały w 2024 r. za ok. 30% globalnej produkcji ropy i ok. 35% jej eksportu. Dodatkowo są one ważnymi producentami i eksporterami surowej benzyny, LPG, oleju napędowego, paliwa lotniczego i innych produktów naftowych (odpowiadają średnio za ponad 16% ich światowej sprzedaży).

W dostawach na rynki światowe całkowicie lub w olbrzymim stopniu od cieśniny Ormuz zależą wszystkie państwa Zatoki. Arabia Saudyjska eksportuje przez nią prawie 90% swojej ropy i produktów naftowych, a najmniej zależne Zjednoczone Emiraty Arabskie – dwie trzecie.

Według danych Energy Information Agency w pierwszej połowie 2025 r. zdecydowana większość eksportu surowej ropy z regionu trafiała do państw azjatyckich, z czego najwięcej do Chin (około jednej trzeciej całego eksportu), Indii, Korei Południowej i Japonii. Do państw europejskich płynęło mniej niż 4% surowca eksportowanego trasą przez Ormuz.

W rezultacie to państwa azjatyckie najszybciej i najmocniej odczuwają konsekwencje zamknięcia Ormuzu. Poza notowaniami surowej ropy mocno rosną ceny przede wszystkim paliwa lotniczego – na giełdzie w Singapurze skoczyła ona 4 marca o 140% w porównaniu z przedwojennymi notowaniami – ale także oleju napędowego czy LPG. W efekcie już odczuwalnych spadków dostaw surowej ropy Chiny wezwały rafinerie krajowe do wstrzymania eksportu ich produktów, a rafinerie chińskie, hinduskie czy singapurskie zmniejszają produkcję, powołując się czasem na klauzulę siły wyższej. Bangladesz zaczął zmniejszać dostawy do stacji benzynowych (ma mieć rezerwy benzyny i oleju napędowego na ok. 2 tygodnie).

Sytuacja w Europie nie jest aż tak trudna. Dostawy ropy i produktów naftowych z sześciu państw Zatoki Perskiej stanowią ponad 12% całego unijnego importu (dane z 2024 r.), jednak zależność ta wygląda różnie w poszczególnych państwach. Najbardziej od bliskowschodniego kierunku zależne są w przypadku surowej ropy Polska (52%) oraz Litwa i Grecja (ok. 42% importu), natomiast wiele państw UE w ogóle nie importuje stamtąd surowca.

Poza surową ropą UE i Wielka Brytania są mocno zależne od importu z Zatoki paliwa lotniczego (w ponad 50% w 2025 r.) oraz oleju napędowego (ponad 20%). Wielkości sprowadzane z Bliskiego Wschodu rosły w ostatnich latach w związku z embargiem na dostawy z Rosji oraz spadkiem przetwórstwa ropy w samej UE.

Doraźnie Europejczycy mogą ograniczać obecne i możliwe przyszłe poważniejsze problemy z ropą i produktami dzięki utrzymywanym obowiązkowym zapasom surowca. Państwa UE są zobowiązane do utrzymywania rezerw ropy i/lub produktów naftowych odpowiadających wielkości co najmniej 90 dni ich średniego importu lub 61 dni konsumpcji. Dodatkowo wiosna oznacza spadek popytu na część produktów (m.in. olej opałowy). Przedłużające się trudności z dostawami zarówno ropy, jak i produktów naftowych z Zatoki będą jednak miały wyraźne, bezpośrednie konsekwencje dla rynku unijnego.

(...)

W odróżnieniu od eksportu LNG państwa Zatoki – przede wszystkim Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie – mogą przekierować część eksportu swojej ropy i produktów naftowych na alternatywne szlaki. Saudyjskie Aramco jest operatorem ropociągu o nominalnej przepustowości 5 mln baryłek dziennie (najpewniej podniesionej obecnie do 7 mld bbl/d), biegnącego do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym. Dostępne moce szacuje się na ok. 5 mln bbl/d, a Saudowie od kilku dni zwiększają eksport właśnie tym szlakiem. Teoretycznie pozwalałby on na przekierowanie większości ich własnej surowej ropy wysyłanej zazwyczaj via Ormuz.

Mniejszym ropociągiem (niecałe 2 mln bbl/d) omijającym Zatokę Perską i biegnącym do kluczowego terminalu Fudżajra w Zatoce Omańskiej dysponują Zjednoczone Emiraty Arabskie. W sumie wolne przepustowości obu tych szlaków mogłyby pomieścić ok. 40% regionalnego eksportu surowca dotychczas realizowanego przez wody Zatoki Perskiej. Wiąże się to jednak z bardziej skomplikowaną logistyką i wyższymi kosztami transportu. Dodatkowo zarówno szlak przez Morze Czerwone, jak i Zatoka Omańska nie są obecnie w pełni bezpieczne, ze względu przede wszystkim na możliwe ataki Huti lub samego Iranu. Potwierdzają to uderzenia na Fudżajrę i powoływanie się na klauzulę siły wyższej przez część dostawców do tamtejszego terminalu (głównie paliwa bunkrowego). Ograniczone przepustowości alternatywnych szlaków i zdolności magazynowe będą prowadzić najpewniej w najbliższym czasie do cięć produkcji przez kolejnych producentów z Zatoki.

Podobną alternatywą nie dysponuje kolejny duży regionalny eksporter, czyli Irak. Jedynie ok. 3–5% jego eksportu realizowane jest przez ropociąg z Kirkuku do Turcji. Jednocześnie Irak ma też najmniejsze (w stosunku do krajowej produkcji) pojemności magazynowe wśród państw regionu. W rezultacie już 3 marca Bagdad ogłosił ograniczenie wydobycia na części swoich pól naftowych. W sumie spadło ono w pierwszych dniach o 1,5 mln baryłek dziennie, a cięcia dotykają głównie największe złoża w kraju, czyli Rumailę i Zachodnią Kurnę-2. Spadek może się w najbliższych dniach podwoić, jeśli szlak eksportowy nie zostanie odblokowany. Dodatkowo do ograniczania poziomu produkcji przyczyniają się ataki dotykające także infrastrukturę wydobywczą.

Niewielkie alternatywne możliwości eksportowe posiada sam Iran. Ropociąg Goreh–Jask biegnie do Zatoki Omańskiej, lecz był do tej pory wyłącznie raz użyty (testowo) i nie wiadomo, czy jest zdatny do trwalszego wykorzystania. Ponadto jego przepustowość (ok. 1 mln bbl/d, najprawdopodobniej nie w pełni dostępna) pozwoliłaby przekierować tylko część przedwojennych wolumenów irańskiego eksportu. Wyzwaniem w przypadku Iranu jest jednak brak informacji o stanie jego sektora naftowego, w tym infrastruktury eksportowej (m.in. na kluczowej do eksportu przez Ormuz wyspie Chark), po atakach amerykańsko-izraelskich.

Ataki irańskie uderzają też w regionalne moce przetwórcze, w tym w największy na Bliskim Wschodzie kompleks rafineryjny Ras Tanura w Arabii Saudyjskiej. Przekłada się to na zmniejszanie regionalnych mocy produkcyjnych również w tym segmencie rynku.

Poza trwającą blokadą cieśniny Ormuz wyzwaniem dla produkcji i krótkoterminowej przyszłości eksportu z regionu jest to, że infrastruktura energetyczna państw Zatoki oraz tankowce, także poza samą cieśniną, stały się celem ataków Teheranu. Iran liczy tym samym zapewne na zwiększenie kosztów konfliktu dla sąsiadów i ich działania na rzecz jego wygaszenia.

osw.waw.pl


Od kilku tygodni narasta napięcie w stosunkach węgiersko-ukraińskich. Przyczyną obecnej eskalacji było zniszczenie pod koniec stycznia w wyniku rosyjskiego ostrzału w okolicy Brodów stacji pompującej ropociągu Drużba, transportującego rosyjską ropę na Węgry i Słowację. Rząd w Budapeszcie (i Bratysławie) oskarża Kijów o celowe wstrzymywanie dostaw, z kolei ten deklaruje wolę remontu, lecz zasłania się dużą skalą zniszczeń. W odpowiedzi Węgry zablokowały unijną pożyczkę w wysokości 90 mld euro dla Ukrainy, a także 20. pakiet sankcji UE na Rosję. Do rozszerzenia wzajemnych oskarżeń doszło 5 marca, gdy premier Viktor Orbán zapowiedział przełamanie siłą – za pomocą środków politycznych i finansowych – ukraińskiej „blokady” Drużby, zaś prezydent Wołodymyr Zełenski zagroził mu, że dalsze blokowanie pożyczki unijnej poskutkuje „przekazaniem jego numeru telefonu ukraińskim siłom zbrojnym” i „żołnierską rozmową”.

Tego samego dnia na Węgrzech doszło do zatrzymania siedmiu ukraińskich inkasentów państwowego Oszczadbanku, przewożących na Ukrainę prawie 100 mln dolarów w walucie i złocie w ramach umowy z austriackim Raiffeisen Bank. Węgierski Narodowy Urząd Skarbowy i Celny (NAV) poinformował, że prowadzone jest wobec nich postępowanie karne w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstwa polegającego na praniu pieniędzy. Z kolei szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha oskarżył Budapeszt o „branie zakładników, reket i państwowy terroryzm”.

Niefortunne wypowiedzi Zełenskiego i eskalacja sporów będą dodawały paliwa kampanii Fideszu, który zwietrzył szansę na odwrócenie negatywnego trendu w sondażach przed wyborami 12 kwietnia. Już wcześniej partia Orbána budowała swój przekaz na hasłach antyukraińskich, kreując się na jedynego gwaranta, że Węgry nie będą wspierać finansowo i wojskowo Ukrainy, oraz przedstawiając lidera opozycji Pétera Magyara jako marionetkę Kijowa i Brukseli.

Komentarz

Fidesz wykorzystuje wzrost napięć węgiersko-ukraińskich do budowania atmosfery zagrożenia dla interesów kraju. Kampania wyborcza tej partii opiera się przede wszystkim na straszeniu, że w przypadku jej przegranej dojdzie do władzy kandydat popierany przez Kijów i Brukselę, który zgodzi się na transfery finansowe i wsparcie militarne dla Ukrainy, jej przyspieszoną akcesję do UE czy nawet wysłanie żołnierzy węgierskich na front (choć Magyar żadnej z tych kwestii nie postuluje).

Kluczowym antybohaterem kampanii Fideszu jest sam Zełenski, który widnieje na tysiącach plakatów i billboardów rozwieszonych w całym kraju. Dodatkowo Fidesz przekonuje, że gwarancją niskich cen energii (i dobrobytu na Węgrzech) jest import surowców rosyjskich, który Ukraina ma uniemożliwiać. Taka strategia pozwala skupiać się na rzekomych zewnętrznych zagrożeniach dla państwa i odciągać uwagę od kampanii opozycyjnej TISZY, która koncentruje się na niewygodnych dla partii rządzącej tematach korupcji, oligarchizacji, problemów gospodarczych i zapaści w usługach publicznych. Jak dotąd taka strategia Fideszu nie przynosiła efektu, a partia Magyara utrzymywała kilku–kilkunastoprocentową przewagę w sondażach agencji niezależnych od władzy.

Świadome eskalowanie sporu z Ukrainą to dla Orbána szansa skierowania kampanii w pożądaną dla niego stronę. Magyar, starając się uniknąć przypięcia mu etykiety polityka proukraińskiego, potępił pogróżki Zełenskiego wobec Orbána. Podkreślił też, że jako premier nie będzie ulegał groźbom ani prezydenta Ukrainy, ani Władimira Putina. Ten ostatni – w rozmowie z węgierskim szefem MSZ 4 marca w Moskwie – podkreślił, że surowce będą płynąć na Węgry, o ile te nadal będą prowadzić taką politykę jak obecnie. Rosja podsyca spór węgiersko-ukraiński i czyni przedwyborcze gesty wobec Orbána – m.in. przekazała Budapesztowi dwóch jeńców wojennych, obywateli Ukrainy pochodzenia węgierskiego.

Kijów kibicuje zwycięstwu opozycyjnej TISZY, lecz atakami na Orbána mimowolnie napędza kampanię Fideszu. Potencjalne utworzenie rządu przez Magyara postrzega się na Ukrainie jako szansę na zmianę stanowiska Budapesztu w przynajmniej kilku kluczowych kwestiach: uruchomienia unijnego kredytu dla Ukrainy (...) i cofnięcia weta dla otwarcia negocjacji na temat akcesji do UE oraz  przyjęcia przez UE 20. pakietu sankcji na Rosję. Zełenski poddaje się prowokacjom Budapesztu, a do osobistych ataków na węgierskiego premiera i niekonstruktywnej komunikacji w sprawie uruchomienia Drużby popychają go zarówno osobista niechęć (już wcześniej personalnie i niedyplomatycznie krytykował Orbána podczas wystąpień w Davos i Monachium), jak i antywęgierskie nastroje większości społeczeństwa. W grudniu 2025 r. Orbánowi nie ufało ponad 80% Ukraińców, co wynika z prorosyjskiej polityki Budapesztu oraz blokowania na forum NATO i UE działań na rzecz pomocy dla Kijowa. 

Stosunki dwustronne znajdują się w systemowym kryzysie – nasycone są konfliktami na tle praw mniejszości węgierskiej na Ukrainie co najmniej od 2017 r. (...), gdy przyjęto tam ustawę ograniczającą użycie węgierskiego (i innych języków) w szkolnictwie. Wobec zmian wprowadzonych w ostatnim czasie (...), łagodzących te przepisy i uzgodnionych z KE, rzekome łamanie praw mniejszości węgierskiej będzie pretekstem dla Budapesztu do uderzania w Ukrainę.

osw.waw.pl


Od siedmiu dni Izrael i USA prowadzą wojnę z reżimem mułłów w Iranie. Amerykanie i Izraelczycy przekonują, że ataki przebiegają niezwykle pomyślnie i przekraczają oczekiwania przywódców politycznych. Połączone siły miały zniszczyć aż 75 proc. irańskich zdolności rakietowych. Chodzi o stałe wyrzutnie i mobilne urządzenia. Poza tym Teheran podobno stracił 73 proc. swoich rakiet średniego zasięgu i ponad połowę rakiet krótkiego zasięgu.

Choć statystyki są nieubłagane dla reżimu mułłów, irańska armia pozostaje niezwykle niebezpieczna. Donald Trump grozi, że "nie będzie żadnego porozumienia z Iranem poza bezwarunkową kapitulacją".

Tyle że Teheran nic sobie z tego nie robi i sieje spustoszenie w krajach regionu. Na celowniku znalazły się m.in. Turcja, Azerbejdżan, a nawet Cypr. I to ponoć nie jest koniec. Zapowiedzi Iranu są ambitne. Władze stawiają wszystko na jedną kartę, bo wiedzą, że mogą ryzykować. Mogą, bo właśnie znalazły sposób na Zachód. Jeśli ten w porę się nie zorganizuje, Waszyngton może być w tarapatach.

onet.pl

czwartek, 5 marca 2026



Dr Aleksander Olech: Czy Polska – biorąc pod uwagę stan wiedzy, doświadczenie, potencjał gospodarczy oraz kapitał ludzki – dysponuje realnymi zdolnościami do opracowania własnej broni jądrowej?

Arture Kacprzyk (Polski Instytut Spraw Międzynarodowy): Polska nie ma teraz takich zdolności. Ma potencjał do tego, by je rozwinąć, choć byłoby to trudne, czasochłonne i pociągałoby za sobą istotne koszty.

Broń jądrową udało się zdobyć państwom od Polski mniejszym lub słabiej rozwiniętym gospodarczo, ale trzeba od razu zaznaczyć, że borykalibyśmy się z innymi trudnościami niż one. Obecnie nie możemy liczyć na podobną pomoc czy pobłażliwość. Korea Północna korzystała z ochrony i pomocy Chin, co pomagało w odstraszaniu interwencji USA i łagodzeniu skutków sankcji. Również Chiny przekazały istotne komponenty i technologie Pakistanowi, a Izraelowi na początku mocno pomogła Francja. USA podtrzymywały pomoc gospodarczą i wojskową dla Pakistanu i Izraela, bo miały wówczas w relacjach z tymi krajami ważniejsze interesy niż nieproliferacja. Izrael był (i jest) istotny dla wpływów USA na Bliskim Wschodzie, a Pakistan dla zaopatrzenia Afgańczyków walczących z ZSRR. Ponadto ani Izrael ani Pakistan nie były i nie są formalnymi sojusznikami USA – Amerykanie nie byli zobowiązani do ich obrony, więc nie musieli obawiać się wciągnięcia w wojnę w związku z proliferacją. Zresztą żadnemu z tych państw nie zagrażał bezpośrednio przeciwnik zdolny do dokonania ataku nuklearnego na USA. Amerykanie nie naciskali też za mocno na RPA, bo była postrzegana jako partner przydatny w powstrzymywaniu komunizmu w Afryce.

Jeśli chodzi o koszty dla Polski, trudno o dokładne prognozy, nawet pomijając wpływ możliwej reakcji międzynarodowej. Prawdopodobnie musielibyśmy wydać dziesiątki miliardów złotych na opracowanie pierwszych ładunków nuklearnych. Szacunkowo i w przełożeniu na dzisiejsze ceny, USA kosztowało to ponad 100 mld zł, a Francję nieco mniej niż 100 mld zł. Ułatwieniem dla naszych badań byłoby to, że wiedza na ten temat jest współcześnie większa i bardziej powszechna. Niemniej wciąż konieczne byłyby inwestycje w odpowiednią infrastrukturę, materiały i personel. A dodatkowe środki byłyby potrzebne na budowę kolejnych głowic, systemów ich przenoszenia, a następnie utrzymanie oraz modernizację arsenału. Posiadająca ok. 300 głowic Francja wydaje teraz co roku na siły nuklearne 20-25 mld zł. W świetle wynoszących ok. 200 mld zł rocznie wydatków obronnych Polski nie mówimy więc o kwotach niewyobrażalnych, ale wciąż dużych, zwłaszcza że budżet ten już jest napięty. Jeszcze inna sprawa, że takie wydatki bardzo ciężko byłoby ukryć.

Jeszcze ciężej oszacować, ile z technicznego punktu widzenia czasu zająłby nam program nuklearny. Zaryzykuję ocenę, że Polska mogłaby wyprodukować pierwsze ładunki w ciągu 5-10 lat. Ale więcej czasu potrzebowalibyśmy na dopracowanie i rozbudowanie tego arsenału, tak by wiarygodnie móc zagrozić użyciem go przeciw Rosji. Prawdopodobnie co najmniej kilkunastu lat. W momencie wykrycia irańskiego programu nuklearnego w 2002 r. trwał on już 13 lat i Irańczycy najwyraźniej byli blisko skonstruowania prymitywnego ładunku do próbnej eksplozji. Ale wciąż pracowali nad wyprodukowaniem materiałów dla znacznie większej ilości głowic i zminiaturyzowaniu tych ładunków do montażu na pociskach, mimo że wcześniej uzyskali od Pakistanu pomoc w tych kwestiach. Z kolei Francja i RPA zbudowały pierwsze ładunki w ok. 10 lat od rozpoczęcia prac nad materiałem rozszczepialnym, aczkolwiek nie musiały się z nimi kryć. Dysponujące o wiele większymi środkami USA i ZSRR zbudowały pierwsze, choć bardzo duże rozmiarami, bomby w odpowiednio 3 i 4 lata.

AO: Jakie przygotowania musiałby poczynić nasz kraj pod względem technicznym, infrastrukturalnym i wojskowym, aby w ogóle myśleć o budowie własnego arsenału nuklearnego?

AK: Jest szereg kroków, których wykonanie ułatwiłoby pozyskanie broni jądrowej. Zaczynając od gruntownego planowania – nie tylko procesu budowy głowic i pozyskania niezbędnych do tego materiałów, ale też struktury sił nuklearnych i strategii ich użycia.

Najtrudniejsze byłoby dla nas ustanowienie produkcji materiałów rozszczepialnych do wykorzystania w paliwie do cywilnych reaktorów. Posiadanie takiej infrastruktury dawałoby możliwość wykorzystania jej do budowy broni jądrowej w razie podjęcia takiej decyzji. Nie eliminowałoby to zagrożenia atakiem prewencyjnym, ale skracałoby okres tego podwyższonego zagrożenia. Chodzi albo o wzbogacanie uranu, albo odzyskiwanie plutonu z wypalonego paliwa z reaktorów. Pierwsze robią Niemcy, a Japonia zarówno odzyskuje, jak i wzbogaca. Czyni to od dawna te kraje tzw. państwami progowymi.

Jednak państwa są współcześnie znacznie ostrożniejsze w sprzedaży najbardziej wrażliwych technologii i materiałów nuklearnych, zwłaszcza że powszechnie dostępne są bezpieczniejsze rozwiązania. Np. Polska kupuje za granicą nisko wzbogacone paliwo nuklearne do reaktora badawczego w Świerku i ma kupować je do naszych przyszłych elektrowni. Takiego paliwa nie można bezpośrednio użyć do budowy głowicy nuklearnej, jak również mocno ograniczone są możliwości odzyskiwania z niego plutonu. Lepszym rozwiązaniem byłoby więc najprawdopodobniej wznowienie wydobycia uranu w Polsce (choć Sowieci wyeksploatowali najlepsze złoża) i jego wzbogacanie w kraju. Ale biorąc pod uwagę koszty wzbogacania (lub odzyskiwania) oraz planowane rozmiary naszego sektora energetyki nuklearnej prawdopodobnie ciężko byłoby uzasadnić to ekonomicznie. Można zaś argumentować, że produkcja materiałów do paliwa nuklearnego w kraju dawałaby większą stabilność jego dostaw, pomimo potencjalnych zakłóceń jak niedawne wyrzucenie francuskich firm z kopalń uranu w Nigrze. 

Cywilne uzasadnienie dla wzbogacania uranu (lub odzyskiwania plutonu) byłoby ważne, by nie wzbudzać podejrzeń o prace nad bronią nuklearną oraz presji międzynarodowej. I być może udałoby się pozyskać gotową i zaawansowaną technologię z zagranicy. No i nawet gdybyśmy opracowali ją sami, to prawdopodobnie przy produkcji paliwa i tak potrzebna byłaby jakaś współpraca z zagranicznymi producentami reaktorów. W każdym razie budowa odpowiedniej infrastruktury dla celów cywilnych może być uzasadniona dopiero wraz z rozwojem polskiej energetyki jądrowej – a pierwsze reaktory mają zacząć działać w połowie lat 30. Inną opcją jest potajemne prowadzenie badań laboratoryjnych nad pozyskaniem materiałów rozszczepialnych, co robiła Korea Południowa. Byłoby to cięższe do wykrycia i być może nie aż tak alarmujące dla innych państw, jak skryte lub nieuzasadnione cywilnie prace na skalę przemysłową. Eksperymenty mogą ułatwić zbudowanie większej infrastruktury w razie próby proliferacji, ale wciąż będzie to wymagało dodatkowego czasu.

Znacznie bardziej osiągalne, choć wcale niełatwe, będzie pozyskanie pocisków do potencjalnego przenoszenia głowic nuklearnych. Polska i tak planuje zakup pocisków o zasięgu 1-3 tys. km i z głowicami konwencjonalnymi, zdolnych do rażenia celów w głębi Rosji. Przy czym by móc zintegrować z takimi pociskami głowice nuklearne, musielibyśmy albo takie pociski produkować sami, albo przynajmniej we współpracy z partnerem wspierającym nasze nuklearne ambicje. Warto też podkreślić, że choć ewentualność uderzenia choćby jednej głowicy nuklearnej w Moskwę czy Petersburg może istotnie wzmocnić odstraszanie, to jego wysoka wiarygodność wymagałaby o wiele większych sił. Na tyle dużych, żeby Rosja nie mogła liczyć na zniszczenie ich wszystkich na ziemi lub w locie.

Głębokiego przemyślenia wymagałoby także wiele innych problematycznych kwestii. Np. zaprojektowanie odpornego na duży i szybki atak jądrowy systemu kontroli i dowodzenia nad siłami nuklearnymi, a także określenie miejsca, w którym Polska mogłaby dokonać próbnej eksplozji jądrowej.

AO: Czy kraje nordyckie faktycznie mają (lub mogą rozwinąć) własne zdolności nuklearne? Jeśli tak – na jakim poziomie i w jakim horyzoncie czasowym?

AK: Szwecja mogłaby pozyskać broń nuklearną znacznie szybciej niż my, jednak nie tak szybko, jak czasem się komentuje. Szwedzi pracowali kiedyś nad nią, a w połowie lat 60. oceniano, że byli 2 lata, czy nawet pół roku, od zbudowania pierwszych ładunków. Nie zrobili tego z różnych powodów: od silnych nastrojów pacyfistycznych w społeczeństwie, przez duże koszty i preferencje wojska do inwestycji w siły konwencjonalne, po sygnały od Amerykanów, że wsparliby Szwecję w razie radzieckiego ataku, mimo że nie była członkiem NATO.

W każdym razie dziś Szwecja nie posiada już tej samej infrastruktury i zasobów, więc nie może po prostu wznowić programu nuklearnego od stanu sprzed 50-60 lat. Pluton wywieziono z kraju, a nowe elektrownie nuklearne słabo się nadają do jego produkcji. Szwedzi pewnie musieliby zacząć wzbogacać uran, którego wznowienie wydobycia akurat planują. Dużym ułatwieniem byłoby natomiast to, że dawniej przeprowadzili szereg badań nie tylko nad budową ładunku wybuchowego, ale i zmniejszeniem jego rozmiarów do użycia w pocisku. No i szwedzki przemysł ma spore kompetencje w produkcji pocisków manewrujących, zwłaszcza jako współproducent Taurusów.

Można więc spekulować, że Szwedzi byliby w stanie stworzyć pierwsze pociski nuklearne z głowicami jądrowymi w kilka lat. Zwłaszcza gdyby pozostałe państwa nordyckie wsparły taki program finansowo i zaangażowały swoich naukowców. Ponadto Norwegia i Finlandia też mają na swoim terytorium złoża uranu (z kolei Dania ma je wyłącznie na Grenlandii, gdzie trudno o ich eksploatację). Być może państwa nordyckie byłyby też otwarte na współpracę z innymi, w tym nami czy Ukrainą, która ma duży cywilny program jądrowy i rozwija coraz lepsze pociski.

Jednak obecnie wygląda na to, że odpowiedzią państw nordyckich na wątpliwości co do wiarygodności USA będzie większe poleganie na Francji i Wielkiej Brytanii oraz ich odstraszaniu nuklearnym. Tak wskazują ostatnie wypowiedzi rządzących, np. premiera Szwecji czy ekspertów z tych krajów. Nawet dla Szwecji czy grupy państw nordyckich, pozyskanie broni nuklearnej wciąż byłoby niebezpiecznym i trudnym procesem.

defence24.pl