środa, 5 sierpnia 2026



„Rosja swoim terrorem faktycznie zablokowała korytarz zbożowy, czy też szlak morski do transportowania ukraińskiej produkcji za granicę. Zwróciliśmy się już do naszch partnerów i sojuszników, by pomogli nam w odblokowaniu eksportu morskiego poprzeć naciski na Moskwę” – powiedział Sybiha na konferencji prasowej w Kijowie z szefową MSZ Łotwy Baibą Braże.

„Prowadzimy obecnie intensywne konsultacje ze wszystkimi naszymi sąsiadami – Mołdawią, Rumunią, Słowacją, Węgrami i Polską – na temat tego, w jaki sposób rozbudować infrastrukturę i stworzyć odpowiednie warunki, aby pomóc Ukrainie transportować zboże na rynki państw trzecich. Chciałbym podkreślić, że mówimy o tranzycie przez te kraje” – zastrzegł szef ukraińskiej dyplomacji.

/Ta sytuacja - węziej - jest skutkiem ukraińskich ataków na statki na Morzu Azowskim - red./

Wyjaśnił, że chodzi o rozwiązania podobne do tych z 2022 roku z wykorzystaniem lądowych korytarzy transportowych. „Tam, gdzie będzie to możliwe, chcemy również wykorzystywać porty tych państw, aby ukraińskie produkty mogły dotrzeć do odbiorców” – dodał Sybiha.

Temat transportu ukraińskiego zboża do portów państw sąsiednich nie jest nowy. W wyniku zniesienia unijnych ceł do Polski sprowadzono miliony ton, które - jak się okazało - zamiast trafić do państw docelowych, zostało u nas. Dodatkowo jakość tego zboża pozostawiała wiele do życzenia, a część określana była wprost jako "techniczne", a więc nie było przeznaczone do spożycia. Mimo to, na polskie stoły, o czym pisaliśmy jako pierwsi, trafiło około 300 tys., bochenków chleba z tejże mąki.

W tej sprawie prokuratura postawiła już zarzuty szeregowi osób, a Ministerstwo Rolnictwa udostępniło listę firm, zamieszanych w eksport. 

PAP


Kathleen Curlee z Center for Security and Emerging Technology na Uniwersytecie Georgetown ocenia sytuację bardziej trzeźwo: branża sztucznej inteligencji pochłania praktycznie wszystkie zyski Starlinka, a to, czy centra danych w kosmosie w ogóle się opłacą, pozostaje całkowicie otwartą kwestią. To ryzykowny zakład. Na początku 2026 r. SpaceX przejęło start-up Muska xAI i od tego czasu łączy technologię rakietową, satelity oraz rozwój sztucznej inteligencji, aby dotrzymać kroku firmom OpenAI i Anthropic.

Projekt Starship również pozostaje w tyle: pod koniec lipca odbył się dopiero 13. lot testowy, a żaden egzemplarz nie osiągnął jeszcze orbity okołoziemskiej. Według Agencji Reutera w marcu w raporcie nadzorczym NASA ostrzegano, że opóźnienia mogą zagrozić lądowaniu na Księżycu, które zostało zaplanowane na 2028 r.

W przypadku SpaceX nieustannie widać ponadto, jak ściśle model biznesowy firmy jest powiązany z Waszyngtonem. Prezes Gwynne Shotwell oszacowała łączną wartość zamówień federalnych na koniec 2024 r. na ok. 22 mld dol. (81 mld zł). "Washington Post" szacuje tę kwotę dla samej firmy SpaceX nawet na ok. 38 mld (141 mld zł). Shotwell stwierdziła, że firma jest "bardzo optymistyczna" w odniesieniu do rządu.

Jednym z największych zleceniodawców jest NASA. Od 2012 r. SpaceX transportuje ładunki, a od 2020 r. również astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Tylko na loty zaopatrzeniowe do 2030 r. przeznaczonych ma zostać nawet 14 mld dol. (52 mld zł). Obecnie jednak ciężar finansowania przesuwa się w stronę Pentagonu i służb wywiadowczych. Wojsko płaci miliardy za tajną usługę satelitarną Starshield oraz rakiety nośne w ramach programu startów związanych z bezpieczeństwem narodowym. Według Agencji Reutera w maju 2026 r. Space Force przeznaczyła 2,29 mld dol. (8,5 mld zł), a wkrótce potem kolejne 4,16 mld dol. (15 mld zł) na dwa nowe programy satelitarne.

(...)

Opinie ekspertów na temat tego, w jakim stopniu SpaceX utrzyma swoją passę sukcesów, są podzielone. Analityk Goldman Sachs, Eric Sheridan, widzi przewagę SpaceX. W rozmowie z CBS stwierdził, że firma wielokrotnie osiągała cele, które nawet doświadczeni znawcy branży uważali wcześniej za nierealne. To właśnie zdecydowanie odróżnia ją od konkurencji.

Bardziej sceptycznie wypowiedział się analityk Cory Johnson. Ostrzegł, że obecna wycena wynika bardziej z entuzjazmu wobec osoby Muska niż z konkretnych wyników finansowych — a rzeczywistość rynkowa ostatecznie zawsze dogania przewartościowane akcje.

onet.pl\Die Welt


Według dwóch rozmówców Reutersa, wojska lądowe USA zużyły "praktycznie wszystkie" pociski typu ATACMS (Army Tactical Missile System) oraz PrSM (Precision Strike Missile). To broń ziemia-ziemia, kosztująca 1,5-2 milionów dolarów za sztukę. To właśnie ATACMS dostarczone Ukrainie umożliwiły Kijowowi atakowanie celów w głębi terytorium Rosji. Z kolei nowszy PrSM ma docelowo zastąpić ATACMS-y - mają zasięg większy o kilkaset kilometrów.

(...)

Jedno ze źródeł wskazało, że pomimo wysokiego zużycia broni precyzyjnej, Dowództwo Centralne USA (CENTCOM), nadzorujące siły amerykańskie na Bliskim Wschodzie, jest w stanie uzupełniać zapasy z globalnych rezerw wojskowych.


(...)

Problem dotyczy nie tylko uzbrojenia ofensywnego. Jak wynika z raportu Center for Strategic and International Studies (CSIS) opublikowanego w zeszłym tygodniu, między lutym a lipcem zużyto około 65 proc. pocisków przechwytujących systemu Patriot, a zapasy pocisków THAAD, służących do zwalczania rakiet balistycznych, są co najmniej o 38 proc. niższe niż na początku wojny. Dwóch rozmówców agencji Reutera potwierdziło, że choć agencja nie miała bezpośredniego wglądu w te dane, pokrywają się one z wewnętrznymi informacjami USA. Zmniejszyły się również zapasy pocisków manewrujących Tomahawk. 

gazeta.pl


— W Ukrainie wiele osób zadaje sobie pytanie: "a co to było?" — mówi Nowej Gazecie Iwan Stupak, analityk wojskowy i były pracownik Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). — Nikt nie jest w stanie tego do końca zrozumieć. Ogłoszono jakąś operację. Co się na nią składało, jakie cele przed nią postawiono — nie jest jasne.

Jak dodaje ekspert, uderzenia na rosyjskie rafinerie miały miejsce już wcześniej. — Podobnie jak miały miejsce ostrzały obiektów infrastrukturalnych. Tak, w ostatnich dniach ataki zaczęły skupiać się na magazynach Wildberries. Celem jest nie tylko osłabienie systemu bankowego, który udziela tej firmie kredytów, oraz wyrządzenie szkody budżetowi państwowemu, który nie otrzyma podatków na wojnę, ale także dotarcie do zwykłych Rosjan. W ciągu tych 40 dni ataki rzeczywiście się nasiliły. Nie wykraczają one jednak poza ogólne statystyki — mówi Stupak.

Według niego nie wiadomo jeszcze, jakie skutki przyniosą ataki na magazyny komercyjnych firm w Rosji. Z jednej strony — mogą nasilić się nastroje protestacyjne, a ludzie będą domagać się od Putina zakończenia wojny. Z drugiej strony — zazwyczaj to właśnie w czasie wojny społeczeństwo "jednoczy się wokół flagi", zbliża się do władzy i zaczyna jeszcze mocniej "kibicować" kontynuacji działań. A co najważniejsze — jasne jest, że po 40 dniach ataki się nie zakończą.

Obecnie zniszczono ok. 27 proc. magazynów Wildberries. Aby wyrządzić odczuwalne szkody w działalności tej firmy, trzeba atakować ją na taką samą skalę do końca roku. Nie przyniesie to jednak znaczącego efektu na polu bitwy.

(...)

— Pytanie o znaczenie militarne ogłoszonej przez Zełenskiego operacji mającej na celu zmuszenie Rosji do pokoju należy kierować do strategów politycznych i specjalistów od PR — mówi Nowej Gaziecie ekspert wojskowy i pułkownik sił Ukrainy w stanie spoczynku, Roman Switan. — To przecież czysta autopromocja! Po prostu nie było żadnej operacji. Z wojskowego punktu widzenia przed armią stawia się zadania strategiczne. Na przykład pozbawienie przeciwnika bazy surowcowej i gospodarczej, a także zasobów niezbędnych do kontynuowania wojny, oraz zniszczenie jego zaplecza. Mówienie teraz o jakichkolwiek wynikach ostrzałów rosyjskiego zaplecza jest absolutnie przedwczesne.

Według Switana przed wojskami Kijowa stoi zadanie — i jest z powodzeniem realizowane. — Jest to jednak cel na kilka kolejnych lat. A jego realizacja rozpoczęła się wcale nie 40 dni temu — dodaje ekspert.

Switan twierdzi, że operacja mająca na celu odcięcie Krymu i przerwanie rosyjskiej logistyki na okupowanych terytoriach również rozpoczęła się już w sierpniu 2025 r., a w styczniu 2026 r. weszła w fazę aktywną. Nie ma ona związku z oświadczeniem Zełenskiego.

Iwan Stupak potwierdza, że operacja odcięcia Krymu rozpoczęła się znacznie wcześniej niż w czerwcu i przynosi efekty: niszczy radary, systemy obrony powietrznej, lotniska wojskowe i inne cele. Nie dzieje się tu nic zasadniczo nowego.

onet.pl\Nowa Gazieta

wtorek, 4 sierpnia 2026



Rosja przegrała I wojnę światową częściowo z powodu nadmiernej mobilizacji. Ta prawda nie jest dziś oczywista, ale 100 lat temu została jasno sformułowana zarówno przez analityków, jak i bezpośrednich uczestników wydarzeń.

Imperium Rosyjskie zmobilizowało do armii około 15,5 mln mężczyzn, co pozwoliło mu utrzymywać siły liczące w danym momencie około 7 mln żołnierzy. To było zbyt wiele jak na tę wojnę i pozostawiło kraj ze zbyt wieloma nieproduktywnymi ustami do wyżywienia.

I wojna światowa bardzo szybko przekształciła się w to, co Niemcy nazywali "Materialschlacht" — bitwę materiałową — polegającą na tym, kto wystrzelił więcej ładunków wybuchowych w metalowych łuskach w kierunku okopów, a nie na tym, ile "mięsa armatniego" udało się w nich upchnąć. Pod tym względem armia rosyjska przez całą wojnę pozostawała w tyle za Niemcami w stosunku 2:8.

Według radzieckich specjalistów wojskowych idealna liczebność armii na potrzeby tej wojny wynosiłaby 3–3,5 mln żołnierzy. Ówcześni oficerowie szacowali tę liczbę na 4,2 mln, wierząc, że będą w stanie zrekompensować niedobór pocisków i ciężkiej artylerii "materiałem ludzkim".

W związku z mobilizacją tak dużej liczby żołnierzy i pozyskaniem dla armii 5 mln koni w kraju zaczęło brakować siły roboczej i zwierząt pociągowych, a logistyka zaczęła się załamywać. Jednocześnie zawaliła się infrastruktura kolejowa, a wynikający z tego brak transportu doprowadził do niedoborów chleba w Piotrogrodzie, masowych niepokojów i upadku monarchii.

Podpułkownik Werchowski doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na kontynuowanie wojny byłaby częściowa demobilizacja, choć brzmiało to "absurdalnie". W 1917 r. niektórzy wojskowi zaproponowali właśnie to rządowi tymczasowemu.

onet.pl\The Moscow Times


SBU ogłosiła 4 sierpnia, że jej operatorzy dronów przeprowadzili ponad 100 ataków na strategiczne obiekty rosyjskie, w tym przedsiębiorstwa obronnej bazy przemysłowej (DIB), bazy lotnicze, zasoby obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, okręty wojenne, tankowce, rafinerie ropy naftowej oraz transport i logistykę wojskową od rozpoczęcia kampanii 26 czerwca. SBU podkreśliła, że jej operatorzy uderzyli w Zakłady Lotnicze Jewpatoria i bazy lotnicze w okupowanych Saky, Hvardiiske, Belbek i Baherove na Krymie; uderzyli w bazę lotniczą Engels w obwodzie saratowskim i bazę lotniczą Khanskaya w Republice Adygei; zniszczyli bombowiec strategiczny Tu-95MS, dwa myśliwce Su-35 i dwa bojowe samoloty szkoleniowe L-39; i uderzyli w 14 rosyjskich rafinerii ropy naftowej i inne obiekty infrastruktury naftowej, dwa statki towarowe i dwa tankowce floty cieni. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował 4 sierpnia, że zatwierdził kolejną operację SBU, ale nie określił czasu trwania, rodzaju ani wyznaczonego celu.

Nasilające się kampanie strajkowe Ukrainy przeciwko rosyjskiej armii, logistyce, DIB i aktywom gospodarczym obejmują znacznie więcej niż strajki SBU. Siły ukraińskie uderzyły w co najmniej 19 magazynów Wildberries w całej Rosji od pierwszego ataku na obiekty Wildberries 18 lipca. Według doniesień siły ukraińskie przeprowadziły co najmniej 200 ataków na rosyjskie statki towarowe i tankowce na Morzu Czarnym i Azowskim oraz na co najmniej 24 obiekty infrastruktury naftowej i benzynowej, zmniejszając zdolność rafineryjną Rosji o co najmniej jedną trzecią. Niektórzy rosyjscy milblogerowie przejęci przez Kreml próbowali odrzucić ukraińską kampanię uderzeniową jako nieudaną, ale jeden z milblogerów przyznał, że ukraińskie strajki były “bolesne dla Rosji". Siły ukraińskie przeprowadziły także intensywną kampanię strajkową przeciwko infrastrukturze elektroenergetycznej na Krymie, powodując przedłużające się przerwy w dostawie prądu. Dodatkowe ukraińskie ataki wymierzone były w mosty i inną infrastrukturę transportową na półwyspie i wokół niego.

(...)

Bloomberg poinformował 4 sierpnia, że strajki Ukrainy zmusiły Rosję do eksportu niemal rekordowych ilości ropy naftowej, ponieważ moce rafinacji ropy naftowej w Rosji osiągnęły najniższe wskaźniki od maja 2002 r.[8] Bloomberg podał, powołując się na platformę analizy rynków energii EA Analytics, że w lipcu 2026 r. rosyjskie wskaźniki przerobu ropy naftowej wynosiły średnio 3,6 mln baryłek dziennie, czyli o około jedną trzecią poniżej normy sezonowej.

(...)

Siły rosyjskie w coraz większym stopniu wykorzystują bezzałogowe pojazdy naziemne (UGV) do misji logistycznych w północnym obwodzie sumskim, ale nadal wykorzystują żołnierzy do dostarczania zaopatrzenia pieszo. Oficer ukraińskiej brygady działającej w północnym obwodzie sumskim poinformował 4 sierpnia, że siły rosyjskie coraz częściej korzystają z UGV, ale pojedynczy rosyjscy żołnierze również pieszo dostarczają amunicję i zaopatrzenie bliżej linii frontu. Rzecznik stwierdził, że większość rosyjskich UGV nie dociera na linię frontu, gdyż nie mogą przekraczać rzek.

(...)


Dowódca ukraińskiej kompanii działającej w rejonie Kostyantynówki poinformował 4 sierpnia, że sytuację w mieście kontrolują siły ukraińskie, ale małe rosyjskie grupy szturmowe, w tym dobrze wyszkolony personel i oficerowie, w dalszym ciągu próbują infiltrować Kostyantynówkę. Dowódca poinformował, że siły rosyjskie wysyłają dziennie około trzech małych grup, które przedostają się w głąb miasta zaledwie około 500 metrów. Dowódca dodał, że rosyjskie władze wojskowe wyślą kolejną grupę tą samą drogą, nawet jeśli siły ukraińskie zniszczą pierwszą grupę. Dowódca poinformował, że władze rosyjskie zleciły grupom przeprowadzenie misji podnoszenia flagi w celu uzyskania materiału filmowego przedstawiającego rosyjskie natarcie. Dowódca dodał, że drony FPV zaopatrują żołnierzy w prowiant tylko raz na trzy dni.

understandingwar.org

niedziela, 2 sierpnia 2026



- Rosjanie wyciągnęli wszystko, co mogli. W trakcie poprzedniego ataku na Kijów, 30 lipca, użyli zaledwie dziewięciu pocisków batalistycznych. Dzisiaj to były praktycznie wyłącznie pociski batalistyczne - stwierdził w rozmowie z Espreso TV ekspert ds. lotnictwa Walerij Romanenko.

W ocenie specjalisty tak szerokie zastosowanie rakiet oznacza, że Rosja sięgnęła do zapasów zgromadzonych w odległych bazach. Świadczyć o tym może także obecność bombowców strategicznych Tu-160, które, jak zauważył ekspert, musiały przybyć z Dalekiego Wschodu.
Wojna w Ukrainie. Ekspert o ataku na Kijów

W obecnej sytuacji pociski batalistyczne okazują się być wyjątkowo skuteczną bronią - jak przytoczył rozmówca Espreso, w ostatnim czasie Rosja wystrzeliła 125 pocisków, z czego zestrzelonych zostało tylko 19.

- To wyraźnie świadczy o jednym - brakuje nam systemów przeciwrakietowych, konkretnie pocisków do systemów Patriot, zdolnych do zestrzeliwania rosyjskich rakiet. To gwałtownie wpływa na skuteczność odpierania ataków Rosji - wskazał.

Jak zauważył Ramanenko, w nocy z piątku na sobotę w stronę Kijowa leciało 27 pocisków balistycznych. Zestrzelony został tylko jeden. - Nie chcę używać tego słowa, ale jeżeli miałbym rozwinąć tę myśl, to powiedziałbym wprost - dzisiaj to była egzekucja - stwierdził.

Romanenko ma jednak nadzieję, że w przyszłości sytuacja się poprawi. - Nie sądzę, żeby ta sytuacja trwała długo. Rosjanie po prostu wykorzystują okazję - powiedział, wskazując, że Ukraina czeka obecnie na dostawę pocisków Patriot, które zmienią sytuację.

(...)

Niedobór pocisków do systemów Patriot, o którym od tygodni mówi strona ukraińska, jest obecnie jednym z głównych tematów podejmowanych przez dyplomację Ukrainy w rozmowach z zachodnimi partnerami.

- To niesamowita broń. Musimy bardzo uważać, komu pozwalamy ją produkować - powiedział Trump w prezydenckiej rezydencji w Camp David, odpowiadając na pytanie o możliwość zezwolenia Ukrainie na wytwarzanie pocisków Patriot. Prezydent USA stwierdził następnie, że Ameryka nie wyraziła zgody na wydanie Kijowowi takiej licencji.

Deklaracja ta stoi w sprzeczności z wcześniejszymi zapewnieniami Wołodymyra Zełenskiego, a także samego Trumpa, który o pozwoleniu na produkcję tej broni dla Ukrainy osobiście mówił podczas szczytu NATO w Ankarze.

- Zgodził się wydać nam licencję, a następnie odbyłem spotkanie z przedstawicielami sektora produkcyjnego, bardzo ważnymi amerykańskimi firmami zbrojeniowymi - zapewniał jeszcze w środę Wołodymyr Zełenski, komentując spotkanie z Trumpem na krótko po zakończeniu rozmowy.

interia.pl


Z kolei ludzie Morawieckiego przypomnieli sobie, że w PiS trwa wewnętrzna dyskusja o wyjściu z Unii — czemu dotąd wszyscy, także oni, zaprzeczali. Dowiedzieliśmy się też, kto w PiS prowadzi farmy trolli i dla kogo one pracują — bo każda frakcja ma swoje trolle, które zwalczają frakcję przeciwną. Otóż część dużych, anonimowych kont w mediach społecznościowych, które dotąd atakowały Tuska, a teraz prowadzą natarcie na rozłamowców, prowadzona jest przez niezawodnych działaczy dawnej Suwerennej Polski — Dariusza Mateckiego i Patryka Jakiego.

Ale to rękodzieło. Bo duże farmy trolli w serwisie X prowadzić mają ludzie Morawieckiego — dlatego na tym portalu rozłam zbiera lepsze opinie niż w innych mediach społecznościowych. Nas to nie dziwi, bo pamiętamy ważny wątek afery RARS — ludzie Morawieckiego dawali zarobić setki milionów dyktatorowi prawicowej mody spod znaku „Red is Bad” Pawłowi Sz., który odwdzięczał się im finansując trolling na ich rzecz w kampanii wyborczej.

Ale nas najbardziej wciągnęła wywołana przez "harcerzy" awantura o to, kto w PiS przygotował raport o ciemnych stronach życiorysu Karola Nawrockiego. Dokument ów ujawniliśmy w "Stanie Wyjątkowym" jesienią 2024 r., tuż przed ogłoszeniem nominacji prezydenckiej PiS dla Nawrockiego, opowiadając o wojnach wewnętrznych wokół tej kandydatury. Jego autorstwo pozostawało tajemnicą — do momentu rozłamu.

Znów samo gęste: "Dobrzy znajomi i współpracownicy Nawrockiego przyjaźnią się z psychopatycznymi hitlerowcami i członkami gangów. Wszyscy bywają w tych samych miejscach, jest mnóstwo okazji, by ich wspólnie sfotografowano czy nagrano. Nawrocki tolerował fakt, że tacy ludzie aktywnie uczestniczyli w animowanym przez niego ruchu wokół upamiętnienia Żołnierzy Wyklętych w Gdańsku; można więc mu postawić zarzut splamienia pamięci i nadużycia zaufania starych, schorowanych weteranów, którzy nie wiedzieli, że fotografują się z gangsterami i hitlerowcami. Jako pracownik IPN i dyrektor Muzeum II Wojny Światowej Nawrocki nie przeciwstawiał się obecności na organizowanych przez siebie imprezach patriotycznych bandziorów z gangów motocyklowych i jawnych, wytatuowanych w swastyki neonazistów. Pozwalał im nagrywać filmy na Westerplatte, godził się, żeby powstawały tam teledyski zespołu, którego członków zatrzymywała za propagowanie nazizmu ABW. Głównymi postaciami narracji o uwikłaniach Nawrockiego mogą stać się Olgierd Lipnicki — gangster skazywany m.in. za sutenerstwo i brutalne pobicia, jeden z najbardziej znanych swego czasu polskich neonazistów, a obecnie członek gangów motocyklowych, oraz Grzegorz Horodko, hitlerowiec, członek nielegalnej organizacji Blood and Honour (Blut und Ehre — motto Hitlerjugend), kontaktujący się z najbardziej aktywnymi neonazistami z Europy. Lipnicki i Horodko, a także koledzy Nawrockiego z bokserskiego ringu, powiązani są z gangiem motocyklowym Bad Company, którego trzon stanowią recydywiści, a obecną gwiazdą jest satanista Marcin "Różal" Różalski. Już dzisiaj, w ciągu kilku godzin i tylko korzystając z ogólnodostępnych źródeł, można bez problemu skonstruować przekonującą, spójną, bogato ilustrowaną i świetnie klikającą się w internecie narrację, że kandydat PiS na prezydenta to uwikłany w znajomości z faszystami i gangsterami radykał. Czy, po ogłoszeniu jego kandydatury, pojawią się ludzie z kolejnymi informacjami, zdjęciami, filmami z bliższej i dalszej przeszłości (takie materiały na pewno są, Nawrocki był aktywny w środowisku także w czasach, kiedy zdjęcia czy filmy nie trafiały od razu do internetu, a o mediach społecznościowych nikt nawet nie myślał)? Wydaje się to oczywiste".

onet.pl

sobota, 1 sierpnia 2026



Tematem obszernych materiałów otwierających serwisy informacyjne są też sianokosy. 10-minutowy reportaż w miniony weekend wyjaśniał Białorusinom osobliwości "zielonych żniw" i sprytne sposoby kołochoźników, które pozwalają zachować soczystość i wartości odżywcze ściętej trawy. Ta bowiem będzie pożywieniem dla białoruskich krów, bez których nie byłoby tamtejszej prężnej branży mleczarskiej.

- Zwykły proces pracy zamienia się w cyrk i pokazówkę - mówi Hurniewicz. I zwraca uwagę na kolejne absurdy łukaszenkowskich żniw. Nierzadko główną rolę w nich odgrywają narodowi bohaterowie lata - kombajniści.

- Gdy mają przerwę obiadową, na polach organizowane są dla nich koncerty. Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych. Odwiedzają ich celebryci i urzędnicy, wygłaszane są patetyczne przemówienia - mówi rozmówca Interii.

Każda bitwa potrzebuje jednak generała. W "bitwie o plony" tę rolę odgrywa oczywiście Alaksandr Łukaszenka.

Jak co roku na początku żniw organizuje szeroko relacjonowane spotkania z rządem, na których wyznacza cele, wskazuje odpowiedzialnych za ich wykonanie i dzieli się licznymi mądrościami na temat gospodarki rolnej.

Nie cofa się też przed groźbami.

Dla reżimu kampania żniwna to bowiem śmiertelnie poważna sprawa. Łukaszenka zażądał, by migających się od ciężkiej pracy w polu i "szkodników", którzy sabotują "kampanię żniwną", wcielić armii.

- Każde niewykonanie rozkazu - do wojska. Niech tam służą. Będą siedzieć w lesie. Tam też potrzebna jest siła robocza. Niech tam posłużą w okresie żniw. Zarówno urzędnik, jak i ten, kto nie chce pracować - orzekł.

(...)

Te wszystkie absurdy nie wzięły się znikąd. Alaksandr Łukaszenka pielęgnuje radziecką opowieść o Białorusi jako kraju ciężko pracujących robotników rolnych. Bo miejsca na indywidualne rolnictwo od czasów sowieckich, jak wiadomo, nigdy nie było.

Kiedy Związek Radziecki jeszcze w latach 20. XX w. próbował szukać swojej legitymacji do sprawowania kontroli nad nierosyjskimi republikami, odwoływał się do opowieści narodowych.

Z racji struktury białoruskiego społeczeństwa, które zamieszkiwało głównie wieś, budowano obraz Białoruskiej SRR jako kraju rolniczego o zdrowych chłopskich korzeniach, a białoruskojęzyczna kultura - jeśli istniała - była przede wszystkim wiejskim folklorem. Podstawą tożsamości była praca na roli i zadanie wykarmienia siebie i innych.

Łukaszenka tę wiejską opowieść o Białorusi przejął i dzielnie kultywuje obraz kraju stojącego rolnictwem.

Problem polega jednak na tym, że taka Białoruś już nie istnieje.

- Jeśli w latach 90. miało to jeszcze pewną logikę, ponieważ na Białorusi mieszkało wiele osób związanych z rolnictwem, a ich poparcie było potrzebne władzy, to dziś wywołuje już tylko gorzki uśmiech. Białoruś jest jednym z najbardziej zurbanizowanych krajów Europy - około 80 proc. obywateli mieszka w miastach - tłumaczy Dzmitry Hurniewicz. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi 60 proc.

(...)

- W Związku Radzieckim żniwa były ważnym, ale zwyczajnym procesem gospodarczym. Na Białorusi przedstawia się je jako kwestię przetrwania narodu - mówi Interii Hurniewicz.

Dla Łukaszenki produkcja rolna to podstawa białoruskiej suwerenności. Wgląd w to, jak myśli tu aparat państwowy i co Łukaszenka chciałby, żeby myśleli Białorusini, daje niedawny tekst jednego z ideologów postsowieckiej Białorusi Wadima Hihina, opublikowany na łamach rządowego dziennika "SB. Biełarus' Siegodnia", który do 2018 r. nosił dumną radziecką nazwę "Sowietskaja Biełorussija".

"Na białoruskich polach rozgrywa się zupełnie inna bitwa. Bitwa o chleb" - pisze Hihin w swoim liście miłosnym do kołchozów i Łukaszenki, i dodaje: "To nie przesada. Dziś jedzenie to nie tylko kalorie na talerzu. To suwerenność i główna gwarancja pokoju".

Dalej pisze o tym, jak "niewidzialna ręka rynku" nie sprawdza się w rolnictwie i jaki błąd popełniają na Zachodzie, wspierając nie kolektywizację wsi, a rolnictwo indywidualne. "Białoruś poszła inną drogą. Tutaj nie oddano ziemi na zatracenie żywiołowemu rynkowi. Państwo wzięło na siebie rolę głównego dysponenta, stratega i inwestora" - czytamy.

"Białoruski model udowodnił, że państwo może i powinno być efektywnym właścicielem, jeśli u steru stoją profesjonaliści" - przekonuje Hihin i wskazuje, kto jest czołowym profesjonalistą białoruskiego rolnictwa: "Głównym motorem tego procesu jest Głowa Państwa".

A jak jest naprawdę? - Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup zagranicznej pszenicy około 50 mln dolarów - mówi Hurniewicz i dodaje: - Rolnictwo jest głęboko dotowane, a niemal połowa białoruskich rejonów jest deficytowa i utrzymywana z budżetu państwa. Trzykrotnie mniejsza Litwa zbiera więcej zboża niż Białoruś, a jej plony z hektara są wyższe.

Hurniewicz przywołuje też garść statystyk, które pokazują, w jakim stanie jest białoruskie rolnictwo. - Powierzchnia gruntów rolnych na Białorusi stale się zmniejsza. W 1994 roku wynosiła 6,2 mln hektarów, obecnie to około 5,7 mln hektarów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba pracowników państwowych przedsiębiorstw rolnych spadła z 380 tysięcy do 250 tysięcy osób. Liczba kołchozów zmniejszyła się w tym czasie o około 500 - z 2000 do 1500. Bez wsparcia państwa aż 60 proc. z nich przynosiłoby straty - wylicza.

O znaczeniu kolektywnego rolnictwa dla białoruskiej gospodarki mówi Interii Wojciech Konończuk - Nie jest ono kluczowe dla gospodarki białoruskiej, bo to sektor, który generuje kilka procent PKB - wskazuje szef OSW.

Jak mówi, w 2020 roku - w roku niedokończonej rewolucji antyłukaszenkowskiej - sektor IT był niemal na poziomie rolnictwa. - Rozwój IT został zahamowany, a wręcz ograniczony w związku z emigracją wielu informatyków, którzy wsparli protesty. Ale to pokazuje priorytety Łukaszenki. Branża IT to mogła być kura, która znosi złote jaja. Łukaszenka, mając do wyboru ograniczenie swojej władzy lub wstrzymanie rozwoju sektora IT, wybrał oczywiście to drugie - wskazuje Konończuk.

interia.pl


Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, dziennikarze Wirtualnej Polski: - A jeśli spróbować to uprościć: kto w tej chwili wygrywa narracyjnie - PiS "nowogrodzki" czy obóz Morawieckiego?

Michał Fedorowicz z kolektywu Res Futura, analizującego nastroje w mediach społecznościowych: To zmienia się codziennie i dobrze pokazuje, jak chwiejni są dziś odbiorcy prawicy. W piątek, gdy dokonywał się rozpad w partii, dominowało zawodzenie: "po co to robicie". W sobotę i niedzielę - "Morawiecki zdrajca". Po wystąpieniu Kurskiego wahadło wróciło: "przegięliście, po co się kłócicie". A gdy prezes Kaczyński ogłosił, że nie będzie nikogo wywalał, tylko zajmie się tym rzecznik dyscypliny Karol Karski, część odbiorców odczytała to jako słabość prezesa, który przestraszył się Morawieckiego.

To wszystko jest bardzo kruche - obie strony są bardzo podatne na nastroje w mediach społecznościowych, a wyborcy reagują raczej jak stado: po prostu biegną za impulsem.

- Kto zgromadził wokół siebie ludzi, którzy naprawdę potrafią robić zasięgi - rolki, TikToki itd.? To wszakże kwestia tego, jaką "armią" się dysponuje w budowaniu własnej narracji.

Jest taka teoria, że PiS rozpadł się, bo był zbyt dobry w internecie. Brzmi paradoksalnie, ale wytłumaczę: partia produkowała ogromne ilości treści, które wzajemnie się wykluczały. Z jednej strony bardzo skrajnie prawicowe - tu prym wiedli politycy dawnej Suwerennej Polski - z drugiej treści prorozwojowe, bardziej progresywne. I te dwa nurty zaczęły się zwalczać. Tak naprawdę państwo pokłócili się o komunikację: kto gdzie udziela wywiadów, kto nagrywa jakie rolki, po co w ogóle ścigać się z Konfederacją i powielać jej przekaz.

Jeśli odłożyć na chwilę ambicje polityczne, to przez ostatnie dwa lata w PiS wykrystalizowały się dwa silne obozy komunikacyjne: ekipa Mateckiego (zwykle pierwsza piątka pod względem zasięgów) i ekipa Morawieckiego (też czołówka). Tematy, którymi żyją, całkowicie się wykluczają.

Paradoks polega na tym, że po rozłamie obie strony wciąż mają mocny internet i wcale się nawzajem nie potrzebują. Najsłabszy internet ma dziś PiS jako taki - bo politycy tacy jak Czarnek, Błaszczak czy Sasin są w mediach społecznościowych słabi. Morawieckiemu interakcje spadły o jakieś 15 proc., Mateckiemu odrobinę.

- Czy kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek nie dostał rykoszetem i w efekcie jest największym przegranym tego podziału pod względem zasięgów i interakcji w mediach społecznościowych?

Od kiedy Czarnek został kandydatem, nigdy nie robił dobrych internetów, nie miał milionowych zasięgów.

- Dlaczego tak się dzieje?

Czarnek nie mówi nic oryginalnego. Wszystko, co powtarza, już dawno powiedzieli Patryk Jaki, Dariusz Matecki czy reszta Konfederacji.

- A co oryginalnego mówi Morawiecki?

Morawiecki myśli do przodu, mówi o przyszłości, o CPK, o rozwoju.

- Ale Czarnek też mówi np. o wyjściu z ETS.

To od czterech-pięciu lat mówi Grzegorz Braun i cała Konfederacja. To nie jest oryginalne.

(...)

- Politycy PiS-u mówią czasem: "brylujemy na X, ale nasi wyborcy siedzą na Facebooku". Widać wyraźny rozdźwięk między tymi platformami?

Po pierwsze: większością grup PiS-u na Facebooku zarządza pośrednio lub bezpośrednio Dariusz Matecki - robiliśmy taką analizę wśród polityków Suwerennej Polski. Te "15 tysięcy lajków" pod postem to często efekt tzw. masowego udostępniania w powiązanych grupach - taki swoisty "Sok z buraka", gdzie udzielają się solidarni z Owsiakiem, solidarni z TVP, solidarni z TVN, solidarni z Trzaskowskim, solidarni z Tuskiem czy solidarni z solidarnymi.

Jedna osoba siedząca w dziesięciu takich grupach polajkuje wszędzie i powstaje pozorny zasięg - ale to puste liczby. Tak samo działa to po stronie Suwerennej Polski.

Facebook jest oczywiście kluczowy jako miejsce kontaktu polityka z wyborcą, ale politycy, którzy odeszli z PiS, mają silne własne profile i mówią wprost do swoich odbiorców - nie muszą już dogadywać się z fanami Suwerennej Polski. Z tej perspektywy walka w social mediach między dawnymi frakcjami wygląda tak samo, jak przed rozłamem, choć z jedną różnicą: dziś PiS jako całość jednoznacznie konkuruje o fanów z Konfederacją i Koroną Polski. I tę walkę przegrywa od roku.

Każdy komunikat Czarnka - w sprawie ETS czy progu podatkowego - jest skutecznie kontrowany przez fanów Konfederacji i Korony: "kłamiecie", "wpuściliście Ukraińców", "Braun miał rację".

- A czy linie narracyjne Rozwoju Plus w tej sytuacji nie okażą się po prostu obłe, by zrobić wrażenie?

Wchodzimy tu w rejon komunikacji zbliżonej do Polski 2050. Problem w tym, że robi ona wrażenie, ale nie przekłada się na żadne realne poparcie - nie widać tego w procentach.

- Czyli, mówiąc językiem młodzieży, ta komunikacja "nie grzeje"?

Morawiecki od dwunastu miesięcy porusza się dwiema ścieżkami: mówi o rozwoju i o dobrych czasach, które wrócą - to dawało mu lajki i fanów, bo trafiał w niszę. Teraz jednak wchodzi na teren, który częściowo zajmuje Polska 2050, częściowo PSL, a nawet Razem - komunikację centrową, rozwojową, lekko lewicową, na pewno nie platformianą. Licytuje się więc z tymi samymi odbiorcami. Może teraz mówić: "nie mam przy sobie tych wrednych pisiorów, jestem lepszy". Ale sondaże i lajki pokazują, że niewielu chce to klikać i udostępniać. Bo centrum w mediach społecznościowych się nie klika - jest zbyt "obłe", bez skrajności.

(...)

- A jak w internecie postrzegany jest dziś Jarosław Kaczyński? Dominuje ocena, że prezes osłabł, zużył się, dał się rozegrać i doprowadził do największego exodusu z partii od czasu ziobrystów w 2011 r.? Czy raczej widziany jest jako gracz, który w dogodnym momencie po prostu pozbył się kłopotu w postaci Morawieckiego?

Algorytm w ogóle nie interesuje się Kaczyńskim. Jest dla niego jakimś tam symbolem, ale ani on sam, ani jego wypowiedzi nie robią "czadu", nie polaryzują. Jego wywiady się nie sprzedają - zostaje z nich jeden, może dwa cytaty. To nie jest to, co kiedyś.

- Czyli media społecznościowe właściwie już odwołały go z funkcji lidera PiS?

Dla użytkownika, który nie jest maszyną, wciąż jest symbolem. Ale dla samego algorytmu to polityk mało atrakcyjny w strumieniu treści. Klika się gorzej nawet u "Silnych Razem".

(...)

- Jakie wnioski polityczne można wysnuć z tego, co dzieje się dziś w socialach po prawej stronie? Co zdominuje przyszłoroczną kampanię?

Po prawej stronie widzimy trzy główne tematy-drivery. Pierwszy to stosunek do Ukrainy i wojny - licytacja na "antyukraińskość" widoczna była już w kampanii prezydenckiej, teraz stanie się stałym czynnikiem.

Drugi to ceny energii i ogólnie koszty życia - temat, który mocno "grzeje" społecznie. Trzeci: wszystkie partie będą atakować PiS za jego rządy - PiS czeka kampania w okrążeniu. Od trzech lat w opozycji jest skutecznie obijany przez Konfederację i Koronę, teraz dołoży mu się jeszcze reszta - za stosunek do Ukrainy, za zboże, rolnictwo, ETS, kwotę wolną. PiS nie miał jeszcze tak trudnej kampanii, bo pierwszy raz będzie mocno atakowany w mediach społecznościowych z prawej strony.

(...)

- Wracając do drugiego wątku - poziomu życia. Mieliśmy wygaszenie tarczy paliwowej -CPN, a teraz zapowiedź Tuska, że wróci na ostatnie dwa tygodnie wakacji. Czy to wystarczy?

Z jednej strony mamy rekordowo pozytywne badania CBOS o sytuacji materialnej Polaków, a z drugiej strony w sieci mamy rekordowe nasilenie narracji o bezrobociu, wzroście cen, drożyźnie. Więc jak Polak, któremu żyje się dobrze otwiera internet to się boi. A mistrzem dowożenia tego gniewu w sieci jest Konfederacja. Tematy energetyka i paliwo wywołują złość i strach - ludzie boją się, że będzie coraz drożej i stracą status. Nakłada się na to temat szpitali. A do tego dochodzi obawa przed ETS-em i "zielonym ładem", który - jak się mówi - ma zamykać fabryki. To temat stale żywy w social mediach i generujący lęk.

- A jak może się to rozwinąć, mimo że wskaźniki gospodarcze są raczej dobre?

Istnieje prawda życia i prawda ekranu. Szczerze nie wiem, jak zareagują użytkownicy czytający codziennie, że jest bardzo źle. To trochę przypomina jesień 2022 r., gdy rząd Morawieckiego po raz pierwszy zaczął mieć z tym problem - sytuacja się powtarza. Mimo że wskaźniki mówią, że żyje się lepiej, ludzie wciąż czytają, że jest źle. Pytanie, czy w końcu powiedzą "to pier***lolo, nie wierzymy w to", czy będą się sami nakręcać. Na tym żerują wyłącznie Konfederacja i Korona - mówią wyborcom, że będzie jeszcze gorzej, bo przyjdzie Trybunał Sprawiedliwości UE, zielony ład, Unia Europejska "wyrzuci was z domów", bo nie będzie na opał - klasyka gatunku.

(...)

- Czy zwolennicy obozu rządzącego przestali się bać samego PiS-u, a punktem odniesienia stali się dziś Braun i Konfederacja?

Dziś ich największym lękiem jest Braun - wizja koalicji PiS z Konfederacją.

- Czarny sen.

Właśnie dlatego wracam do wątku Kaczyńskiego - on już nikogo nie polaryzuje, nikt się go nie boi. Wszyscy po tej stronie boją się Brauna. Hasło "nie pójdziesz na wybory, przyjdzie Braun" stało się dziś swoistą odezwą mobilizacyjną.

- Ale z perspektywy Tuska to chyba dobra wiadomość - ma czym straszyć?

I tak właśnie to komunikują. Tyle że oczekiwanie jest, by robić więcej - zamykać, aresztować.

- Rozumiemy, że w tym kontekście mieszczą się ruchy ministra Kierwińskiego - deportacje w reakcji na incydenty z udziałem Ukraińców.

To są oczekiwania niezależne od bańki - bo nastroje antyukraińskie są dziś zjawiskiem ponadbańkowym. Naturalnie znajdzie się ktoś, kto broni Ukraińców, ale to margines. Za to oczekiwanie wobec Brauna - delegalizacji, zamknięcia - jest bardzo szerokie i otwarte.

- Na koniec - na ile w sieci aktywni są zewnętrzni gracze? Widać długą rękę Moskwy?

Moskwy i Kijowa. Propagandę rosyjską znamy dobrze - wiemy, jakie konta, jakie kanały. Ale bardzo sprawne operacje komunikacyjne prowadzi też strona ukraińska.

Propaganda kijowska działa na dwóch frontach: po pierwsze wokół sprawy Orderu Orła Białego i na forum unijnym, pokazując Polaków jako naród szowinistyczny - co paradoksalnie nakłada się na to, co mówili Rosjanie na początku 2022 r. - próbując zbudować wśród Niemców i Francuzów obraz niewdzięcznych Polaków wrogo nastawionych do Ukraińców. Po drugie, w Polsce koncentruje się głównie na podbijaniu przekazów antynawrockich, przedstawiających prezydenta jako szowinistę i nacjonalistę.

wp.pl

piątek, 31 lipca 2026

 
 
Stefaniszyna opisuje sytuację wyjściową, z jaką zetknęła się po przybyciu do Waszyngtonu. — W naszych rozmowach z najwyższymi rangą przedstawicielami Białego Domu słyszeliśmy, że Rosja wygrywa wojnę. Posunęło się to tak daleko, że podawano nam nazwy najmniejszych wiosek, które rzekomo zajęła Moskwa — opowiada. Dla Stefaniszyny było jasne, że podatność na rosyjską propagandę jest podstawowym problemem, który musi rozwiązać. — Rosjanie mieli stały kanał komunikacji z Waszyngtonem, przez który przekazywali fałszywe informacje — twierdzi Stefaniszyna.

— Rozpoczęliśmy kampanię dyplomatyczną, aby wyjaśnić [amerykańskim] decydentom sytuację w Ukrainie — mówi. W jej ramach Ukraińcy za zamkniętymi drzwiami przekazywali informacje amerykańskim urzędnikom na wszystkich szczeblach. — Po prostu pojawiałam się wszędzie tam, gdzie nikt nie chciał mnie widzieć — mówi Stefaniszyna.

— Prezydent Trump kształtuje swoje zdanie nie tylko na podstawie osobistych rozmów, ale także w oparciu o spostrzeżenia innych — mówi ambasadorka. Dlatego też ona i jej współpracownicy rozpoczęli konkretne działania mające na celu zmianę wizerunku Ukrainy w jego otoczeniu.

— Istniał "męski klub", który doprowadził do tej zmiany — opowiada Stefaniszyna. Od listopada 2025 r. Kijów dbał o to, by ukraińscy wojskowi, na czele z byłym funkcjonariuszem służb specjalnych i obecnym szefem Biura Prezydenta Ukrainy Kyryłem Budanowem, regularnie rozmawiali ze swoimi amerykańskimi kolegami. Każde z tych spotkań trwało od trzech do czterech godzin — twierdzi Stefaniszyna. — W ten sposób udało nam się powstrzymać próby Rosjan mające na celu manipulowanie rzeczywistością.

Stefaniszyna i jej zespół skupiali się nie tylko na decydentach w rządzie, ale także na środowisku MAGA prezydenta Trumpa. Nie chce wyraźnie komentować roli, jaką odegrała podczas wizyty prawicowej influencerki Laury Loomer w Ukrainie. — To było bardzo skuteczne — stwierdza jedynie krótko.

W 2022 r. Loomer wezwała Ukrainę do poddania się Rosji i zdecydowanie sprzeciwiła się udzielaniu przez USA wsparcia temu krajowi. "Czuję się jak dupek, że przez ostatnie pięć lat bagatelizowałam walkę Ukrainy. Byliśmy pod wpływem rosyjskiej propagandy" — napisała w mediach społecznościowych podczas swojej kilkudniowej podróży po Ukrainie. Wcześniej pracowała dla rosyjskiej telewizji państwowej Russia Today. Po wizycie w Ukrainie wyraźnie potępiła ataki Putina na kościoły w Ukrainie i obaliła szeroko rozpowszechnioną w kręgach prawicowych tezę, że Rosja jest prawdziwym obrońcą chrześcijaństwa.

Również w Fox News można zaobserwować zwrot. Ulubiony prezenter Trumpa, Sean Hannity, zawsze bronił bliskich relacji prezydenta USA z Rosją oraz jego wynikającego z tego powściągliwego stanowiska wobec Kijowa. We wtorkowym wywiadzie z Zełenskim stwierdził oburzonym głosem: — Rosja bez powodu zaatakowała pański kraj.

Podczas popołudniowej mowy pogrzebowej poświęconej zmarłemu senatorowi Lindseyowi Grahamowi zwrócił się bezpośrednio do obecnego na sali Zełenskiego. — Wiem, że Lindsey byłby głęboko poruszony i zaszczycony tym, że podjął pan tę długą podróż, aby dzisiaj tu być — powiedział Hannity. — W naszych prywatnych rozmowach często podziwiał pana siłę, z jaką stawia pan czoła całemu światu, jednemu z najbrutalniejszych reżimów na świecie.

Zełenski potrafił wykorzystać tę zmianę nastrojów w Waszyngtonie na swoją korzyść. Ambasador Stefaniszyna potwierdziła, że licencjonowanie linii produkcyjnej systemu Patriot w Ukrainie jest już przesądzone. Prezydent Ukrainy spotkał się zarówno z przedstawicielami amerykańskiego koncernu zbrojeniowego Raytheon, jak i z przedstawicielami Lockheed Martin. Obie firmy produkują różne typy rakiet.

/Bajki dla małych, naiwnych dzieci, podobnie jak "prawdziwe" powody zmiany w Wasztngtonie, nie znamy ich, prawdopodobnie to "sojusz" USA i Ukrainy w sprawie Iranu - red./

Ponadto, jak poinformowała ambasador, Trump poinformował Zełenskiego, że amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner udadzą się w swoją pierwszą podróż do Ukrainy. Dla Kijowa jest to znaczący krok — do tej pory Witkoff siedem razy odwiedził Rosję, ale nigdy Ukrainę.

(...)

Również w Kongresie doszło w tym tygodniu do ogromnego przełomu. Projekt ustawy o sankcjach wobec Rosji i odbiorców jej energii, nad którym Lindsey Graham pracował od ponad roku, przeszedł w zmodyfikowanej formie pierwsze głosowanie w Senacie.

— Ta ustawa wysyła Putinowi sygnał, że dni jego wojny są policzone — powiedział demokratyczny senator Richard Blumenthal, który opracował ją wspólnie z Grahamem. Gdyby ustawa została przyjęta również przez Izbę Reprezentantów, prezydent miałby uprawnienia do nałożenia ceł w wysokości do 500 proc. na Rosję oraz ceł wtórnych w wysokości do 100 proc. na pięć największych krajów będących odbiorcami rosyjskiej energii.

/Małe szanse na sukces, pdobnie jak licencja na Patrioty - red./

onet.pl