piątek, 10 lipca 2026



Geneza UPA jest zatem prosta, a jednocześnie skomplikowana. Kto w rzeczywistości jest twórcą UPA? Banderowcy? „No, z tym musimy uważać - twierdzi cytowany już prof. J. Pełenśkyj. - Historycznie biorąc pierwsze oddziały zorganizował na Wołyniu w 1942 roku ataman Bulba-Boroweć. Później dopiero banderowcy je przejęli i rozbudowali. Nie jestem sympatykiem Borowca; można uważać, że był on klasycznym ukraińskim atamanem, watażką z anarchistycznym zacięciem. Boroweć nie należał do-żadnej partii, po prostu zebrał sobie ludzi i założył UPA”.

(...)

Zarówno banderowcy, jak i melnykowcy natknęli się na tym obszarze na zorganizowane zastępy „Tarasa Bulby”, który z upoważnienia emigracyjnego prezydenta Ukraińskiej Republiki Ludowej Andrija Liwyćkiego jako ataman i komendant główny kierował petlurowską UPA. 

Ataman nowożytnych kozaków, bo taką nazwę mieli bulbowscy konspiratorzy, noszący imię i nazwisko gogolow- skiego bohatera, urodził się w tym samym 1909 roku, co Stepan Bandera. Ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, a z zawodu był kamieniarzem. To on m.in. wykonał płytę granitową na grób matki marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie. Historia jest przedziwna, lubi najmądrzejszym płatać figle. To właśnie jemu „...los kazał stanąć na czele ukraińskiej powstańczej siły” - jak to zauważa „Misija Ukrajiny” nr 1/16/ z 1964 roku.

Gdy OUN zaczęła się wysługiwać hitlerowcom, Boroweć także poszedł w jej ślady, nawiązując kontakt z Abwehrą. Wcześniej jednak stworzył antypolską organizację pod nazwą Ukraińskie Odrodzenie Narodowe (Ukrajinśke Nacionalne Widrodżennia - UNW), którą zwrócił na siebie uwagę niemieckiego wywiadu, ale nie tylko - dostrzegła to także polska defensywa, która spowodowała, że przyszły ataman znalazł się w Berezie Kartuskiej. Przed utworzeniem linii demarkacyjnej radziecko-niemieckiej we wrześniu 1939 roku Borowiec zbiegł z obozu wprost do Warszawy. Z Generalnej Guberni powrócił do USRR na wyraźny rozkaz A. Liwyćkiego i tu zaczął przeistaczać klityny (komórki) w antyradziecką UPA.

Gdy Niemcy w 1941 roku usadowili się już na Wołyniu, Boroweć przemianował zastępy UPA w oddziały ukraińskiej kolaboranckiej policji pomocniczej i zorganizował swój ośrodek dyspozycyjny w Sarnach. Tu także założył szkołę policyjną będącą faktycznie podoficerską szkołą wojskową szkolącą kadrę dla UPA.

Edward Prus - Atamania UPA



Po odtworzeniu (do stanu około 11.500 ludzi), pododdziały dywizji, zorganizowane w dwie grupy bojowe (SS-Kampfgruppe Wildner i SS-Kampfgruppe Wittenmeyer) walczyły z partyzantką na Słowacji w okolicach Żyliny. Dywizja zepchnęła partyzantów na północ, w kierunku Tatr, i ochraniała niemieckie linie komunikacyjne. Następnie skierowano dywizję do Austrii, gdzie 28 lutego 1945 zajęła pozycje w pobliżu granicy jugosłowiańskiej, skąd przerzucono ją w okolice Mariboru z zadaniem zwalczania komunistycznej partyzantki Tity oraz obrony Bad Gleichenberg. Od 1 kwietnia 1945 dywizja walczyła w rejonie Grazu w Austrii, gdzie w ciężkich walkach z Armią Czerwoną straciła około tysiąca zabitych i rannych.

19 kwietnia 1945 do sztabu dywizji przybył gen. Pawło Szandruk, od 15 marca 1945 przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Narodowego i głównodowodzący Ukraińskiej Armii Narodowej, podporządkowując sobie SS-Brigadefuhrera Fritza Freitaga i przejmując bezpośrednio dowodzenie dywizją. Na rozkaz gen. Szandruka 25 kwietnia żołnierze dywizji złożyli przysięgę na wierność Ukrainie i nałożyli na czapki ukraińskie godło państwowe (tryzub).

Po opuszczeniu na rozkaz generała Pawło Szandruka linii frontu 7 maja 1945, oddziały dywizji przeszły rzekę Mur, przechodząc do brytyjskiej strefy okupacyjnej Austrii. 10 maja 1945 SS-Brigadeführer Fritz Freitag popełnił samobójstwo, bezpośrednią komendę nad dywizją przejął gen. Mychajło Krat. Oddziały dywizji skapitulowały przed Brytyjczykami i Amerykanami w rejonie Tamsweg. Po kapitulacji jeńcy zostali przez Brytyjczyków poprzez obóz w Spittal przewiezieni do obozu w Bellaria, a następnie Rimini (w Romanii), na terenie operacyjnym II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Generał Pawło Szandruk bezpośrednio po kapitulacji jednostki zażądał od Brytyjczyków spotkania w cztery oczy z generałem Władysławem Andersem, swym dowódcą z września 1939 r. (ówcześnie dowódcą II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie na froncie włoskim), które mu umożliwiono. W konsekwencji osobistej interwencji gen. Andersa w Londynie, a także stanowiska Stolicy Apostolskiej, Brytyjczycy mimo sowieckich żądań nie wydali żołnierzy ukraińskich Józefowi Stalinowi, gdyż uznali ich za obywateli polskich (byli nimi bezsprzecznie do 1939 – agresja i okupacja sowiecka z 17 września 1939 nie zmieniała ich statusu prawnego) i umożliwili im osiedlenie się w r. 1947 w Wielkiej Brytanii i krajach Wspólnoty Brytyjskiej.

Wbrew powszechnej opinii[30] dywizja nie uczestniczyła w tłumieniu powstania warszawskiego.

(...)

24 lipca 1944, w okolicach Iwonicza, SS Galizien przeprowadziła mord 72 osób, w tym. członków AK i BCh. W Polsce Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni wojennej popełnionej w Hucie Pieniackiej przez żołnierzy SS-Galizien i nacjonalistów ukraińskich gdzie 28 lutego 1944 zamordowano 868 Polaków. 16 kwietnia 1944 roku policjanci 4 pułku policji zamordowali Polaków w Chodaczkowie Wielkim, gdzie zginęło według różnych źródeł od 250 do 854 mieszkańców wsi.

Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prowadzi również śledztwa w sprawie okoliczności pacyfikacji wsi Prehoryłe i Smoligów. Dnia 2 lutego 1944 jednostka ukraińska brała udział w pacyfikacji wsi Borów oraz okolicznych wsi. Oddziały żandarmerii i SS w sile około 3 tysięcy żołnierzy wkroczyły w nocy do wsi całkowicie niszcząc całość 280 gospodarstw przy użyciu broni pancernej.

Sprawcami zbrodni na ludności polskiej w wymienionych miejscach były, według dotychczas poczynionych ustaleń śledczych, 4 i 5 galicyjskie pułki policyjne SS (w niemieckiej nomenklaturze określane jako Galizische SS Freiwillige Regimenten), skierowane do walk przeciwpartyzanckich na bezpośrednim zapleczu frontu wschodniego. Były one złożone z pierwszego naboru ukraińskich ochotników do 14 Dywizji, dokonanego przed jej formalnym powołaniem w lipcu 1943, odkomenderowanego przez Niemców do służby policyjnej. W śledztwie IPN w sprawie ustalenia sprawców zbrodni w Hucie Pieniackiej określa się 4 pułk policji SS jako 4 Pułk Dywizji „SS-Galizien”.

Po rozbiciu 14 Dywizji w bitwie pod Brodami policjanci ukraińscy z pułków policyjnych (rozbitych również w tym samym czasie na froncie wschodnim) zostali wcieleni do 14 Dywizji Grenadierów SS w ramach jej odtwarzania w obozie ćwiczebnym w Świętoszowie.

W październiku 1947 roku, po zgodzie rządu Wielkiej Brytanii na imigrację żołnierzy Ukraińskiej Armii Narodowej do Wielkiej Brytanii i odmowę ich wydania ZSRR, ówczesny rząd polski wniósł skargę do Organizacji Narodów Zjednoczonych przeciwko „SS-Galizien”, stwierdzając, że jej jednostki spacyfikowały Hutę Pieniacką, mordując 800 cywilów.

(...)

Formacje SS, w tym 14 Dywizja Waffen SS-Galizien, (z wyjątkiem SS-Reiterei), zostały uznane przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację zbrodniczą.

pl.wikipedia.org

czwartek, 9 lipca 2026



Do 27 czerwca spór polsko-ukraiński eskalował w rejestrze czysto symbolicznym i bilateralnym: dekret o „bohaterach UPA", odebranie Orderu Orła Białego, odesłanie orderu, zwrot polskiego odznaczenia przez ambasadora Ukrainy. Każdy ruch miał kontrę, a ukraińskie media grały rejestr godnościowy, z rekordowym postem tygodnia orderowego: „Nie po to Ukraina przyjęła bój od Rosji, która uzasadniała inwazję pretensjami historycznymi, żeby dziś inne kraje dyktowały nam..." (30,6 tys. interakcji).

28 czerwca spór zmienia adres. Grupa EKR wnosi o debatę i rezolucję ws. „ludobójstwa UPA", a w kolejnych dniach EPL negocjuje własną, kompromisową poprawkę do raportu akcesyjnego. Od tego momentu każda kolejna eskalacja symboliczna Kijowa miała już wymierną cenę: nie polską kontrę, lecz zapis w dokumencie oceniającym drogę Ukrainy do UE. I od tego momentu eskalacja ustaje. Panteon, uchwalony 1 lipca, był procedowany wcześniej i pozostał ostatnim aktem; przez cały okres prac PE nad poprawkami Kijów nie dołożył ani jednego nowego gestu.

Ślad mechanizmu widać w strukturze ram. W tygodniu, w którym sprawa trafia do PE, rama akcesyjna skacze w ukraińskich mediach z 3,5% do 16,7% interakcji: media relacjonują wypowiedź Władysława Kosiniaka-Kamysza, że „z Banderą Ukraina do Unii Europejskiej nie wejdzie", oraz warunki wicepremiera ws. kultu OUN. Ukraiński czytelnik po raz pierwszy dostaje spór o UPA opakowany nie jako polską histerię, lecz jako zagrożenie dla akcesji. Po głosowaniu rama rośnie do 22,9%.

Charakterystyczne jest też, jak ukraińskie media relacjonują samo głosowanie: proceduralnie i bez podjęcia rękawicy. Ukraińska Prawda w najsilniejszym poście o rezolucji akcentuje, że punkt o UPA „włączono za propozycją polskich deputowanych", hromadske poprzestaje na cytacie o podważaniu stosunków sąsiedzkich. Zero polemiki, zero mobilizacji godnościowej, która jeszcze dwa tygodnie wcześniej dawała posty po 30 tys. interakcji. To jest właśnie pauza taktyczna w praktyce redakcyjnej: temat się odnotowuje, ale się go nie gra.

Sekwencja z 8 lipca domyka mechanizm. Rano PE głosuje poprawkę EPL, przyjętą miażdżącą większością (za piątą częścią 592 głosy). Tego samego dnia, na marginesie szczytu NATO, Zełenski po raz pierwszy od kryzysu orderowego siada z Nawrockim, a jego komunikat po spotkaniu jest wzorcową deeskalacją: „zagrożenie mamy jedno i wspólne: to Rosja", rozmowa „ważna i potrzebna". Spotkanie odbywa się przy pełnej świadomości Kijowa, że w Parlamencie Europejskim właśnie zapada zapis o „niepotrzebnej i niesprowokowanej eskalacji", i czyta się jako sygnał adresowany nie tylko do Warszawy, ale i do PE: Ukraina schodzi z kursu kolizyjnego.

plukrpe100726.netlify.app


Według rozeznania Delegatury Rządu na Kraj na początku 1944 roku siły UPA miały wynosić około 40 tys. osób. Oczywiście aparat propagandowy OUN-UPA z właściwą sobie przesadą głosił, że „Jest nas milion!” - co, biorąc pod uwagę ukraińską ludność Galicji i Wołynia, na której UPA bazowała, werbunek do SS „Galizien” i innych formacji kolaboranckich, przymusowy nabór młodzieży do robót w Niemczech oraz wcześniejszą mobilizację, dokonaną w 1941 roku przez władze radzieckie - jest nieprawdopodobne.

(...)

Prawdą jest natomiast, że UPA dysponowała nadmiarem broni i amunicji, w którą zaopatrywała się różnymi sposobami. Posiadała polską broń z 1939 roku, radziecką z rozbitych armii, włoską, węgierską, słowacką oraz niemiecką uzyskaną półlegalnie lub po prostu kupioną. Miała własną artylerię oraz pewną liczbę czołgów, rusznikarnie, warsztaty naprawcze i wytwórnie min, granatów, a nawet moździerzy (derkaczy).

Tak stosunkowo liczna (ok. 40 tys.), uzbrojona i hojnie przez hitlerowców (o czym szerzej za chwilę) wyposażona UPA stała się w niektórych rejonach Ukrainy Zachodniej jedyną władczynią terenu. „Tam, gdzie stały gęsto bandy banderowskie - pisze P. Werszyhora w innej swej pracy pt. Operacja San-Wisła (Warszawa 1968) - drobne grupy partyzantów (radzieckich) prawie nie mogły działać. Dobrze znając miejscowość, mając we wszystkich wioskach agentów i łączność, bandyci zręcznie i bezlitośnie likwidowali nasze drobniejsze grupy(...)”. Banderowcy w krótkim czasie rozprawili się także z dotychczas pozostającym przy życiu aktywem radzieckim. „Cały były radziecki aktyw zlikwidowany” - donosił 17 kwietnia 1944 roku z Wołynia dowódca zgrupowania partyzanckiego I.A. Artiuchow. Z tej samej informacji dowiadujemy się, że banderowcy likwidowali nie tylko aktywistów radzieckich narodowości ukraińskiej i ich rodziny, ale także rodziny tych osób, które gościły w swoich domach partyzantów radzieckich. Komentując to wydarzenie, banderowiec Borys Łewyćkyj pisze: „Działania UPA skierowane przeciw komunistycznym partyzantom, których rola w walce przeciwko niemieckim oddziałom z każdym miesiącem zwiększała się, przyniosły znaczny uszczerbek radzieckim operacjom militarnym. W konkurencyjnej walce ... silniejsze oddziały UPA zwyciężały w walkach z małymi komunistycznymi grupami partyzanckimi”.

UPA najhałaśliwiej reklamowała się wśród Ukraińców jako wróg Polaków. Uważając między innymi polskie powiaty hrubieszowski, włodawski i chełmski za „integralną część wolnej Ukrainy”, banderowcy w swej ulotce pisali: „Będziemy dążyć do tego (podobnie jak na Wołyniu i w Galicji - E.P.), by raz na zawsze pozbyć się z naszych ziem wrogiej polskiej ludności, która przeszkadza nam w walce z bolszewikami ... . A więc rzeź! I to było szczere i prawdziwe.

Edward Prus - Atamania UPA


Na Kubaniu olej napędowy można znaleźć przy federalnej trasie M4, a ludzie są zmuszeni nocować na stacjach benzynowych w oczekiwaniu na cysterny — mówi rolnik pracujący w tym regionie. Jednocześnie na stacjach benzynowych obowiązują limity — 100 lub 200 l na osobę, podczas gdy jeden kombajn zużywa podczas jednej zmiany nawet 300 l paliwa. — Wielu nie ryzykuje wyjazdu na żniwa bez pewności, że paliwo zostanie dostarczone na pole — opowiada rozmówca magazynu "Forbes".

Na Krymie, który stał się epicentrum kryzysu paliwowego, maszyny "po prostu stoją bez ruchu" — poinformował przedstawiciel organizacji działającej na półwyspie. W obwodzie rostowskim, gdzie co roku zbiera się około 10 mln t zboża, rolnicy już mówią o możliwej utracie nawet 15 proc. plonów — opowiada Władimir Pokład, dyrektor ds. doradztwa w zakresie zarządzania w grupie Delowoj Profil.

Z powodu ataków na rafinerie, którym w ciągu ostatnich dwóch miesięcy uległy wszystkie z 10 największych zakładów rafineryjnych, produkcja oleju napędowego w Rosji spadła o prawie 40 proc., a wykorzystanie mocy przerobowych rafinerii spadło do najniższego poziomu od początku lat 2000.

W obwodzie swierdłowskim sytuacja jest krytyczna — powiedział magazynowi "Forbes" pracownik regionalnego przedsiębiorstwa rolnego. — Zapasy paliwa wystarczą na miesiąc, a co będzie potem — nikt nie wie. Na razie urzędnicy tylko sporządzają niekończącą się liczbę tabel z harmonogramami zapotrzebowania i możliwości w zakresie paliwa, i to wszystko — narzeka. — Wszyscy rozumieją, że jeśli nie zbierzemy plonów, będzie koszmar. Ale nikt nie wie, jak konkretnie pomóc — dodaje.

W Jakucji obowiązują ograniczenia — do 200 l oleju napędowego na osobę. Jednak ogromne terytoria republiki nie pozwalają producentom "jeździć" traktorami na odległość 200-300 km po paliwo, którego ledwo wystarczy na jeden dzień pracy — narzeka dyrektor wykonawcza Stowarzyszenia "Narodowy Rolnik Jakucji" Maja Gulajewa.

Dla małych i średnich gospodarstw, które nie dysponują własnymi zapasami paliwa, sytuacja jest jeszcze gorsza. — Zapasy oleju napędowego wystarczają jedynie na 14 dni prac polowych, co zmusza do kupowania paliwa na rynku wtórnym po zawyżonych cenach — mówi Pokład.

Problem z paliwem pogłębia fakt, że zbiory trzeba przeprowadzić dosłownie w ciągu tygodnia — 10 dni od momentu dojrzewania ziarna — zauważa dyrektor centrum analitycznego SovEcon Andriej Sizow. Jeśli się nie zdąży, ziarno zacznie się wysypywać, a jeśli pojawią się deszcze, kombajny po prostu nie będą mogły wyjechać na pole — tłumaczy.

onet.pl\The Moscow Times

wtorek, 7 lipca 2026



Nadto do sprawy wmieszał się nowy czynnik polityczny. „Liczyliśmy się z tym - oświadczył J. Łopatyński - ze Polacy nie będą bierni, sprawa z nimi nigdy nie była łatwa, przekonali się o tym wszyscy trzej rozbiorcy Polski. Nie sądziliśmy jednak, że rozbudują swój aparat podziemny aż do tego stopnia, iż zacznie on poważnie zagrażać naszym interesom państwowo-twórczym. Do tego doszedł jeszcze element radziecki, który nagle pojawił się na Wołyniu i Polesiu w postaci dużych zgrupowań partyzanckich, których obecność świadczyła, że Moskwa nie zamierza rezygnować z ziem zachodnioukraińskich na rzecz Polski. Trzecia sprawa to działalność melnykowców idąca w stronę utworzenia własnej armii u boku Hitlera, jak ongiś czynili to Polacy u boku Napoleona. Postanowiliśmy się wszystkim tym zamierzeniom i zakusom przeciwstawić. Nie mogliśmy w takiej sytuacji pozwolić sobie na luksus neutralności i bierności, które mogły nas wyeliminować z gry. Trzeba było zrezygnować z pierwotnego zamiaru i opracować inny wariant obrony przed czterema groźnymi siłami (Polacy, Rosjanie, Niemcy i melnykowcy), z których każda z osobna dążyła do wyeliminowania OUN (banderowców) z życia politycznego Ukrainy”. 

Jest to chyba najszczersza i najpełniejsza ocena sytuacji.

Uzupełnia ją Petro Połtawa, który włączył się do sporu z dużym talentem literackim. Atakuje on m.in. najmniej winnego w tym wszystkim Iwana Kedryna-Rudnickiego, członka Ukraińskiego Narodowo-Demokratycznego Zjednoczenia (UNDO), partii, która przed wojną w Polsce działała legalnie. Pisze on, że gdyby nie „flirt Melnyka z Keitlem i Rosenbergiem”, którego wynikiem był „nieślubny bękart” - antybanderowska SS „Hałyczyna” i gdyby nie „systematycznie powtarzające się napady AK na spokojną ludność ukraińską” (którym Kedryn zaprzecza), to nie byłoby UPA, w tym czasie i w takiej postaci. Nie byłoby też „surowych ekspedycji” przeciwko Polakom, które „studziły zapały krewkich ułanów spod znaku AK”. Nie bez winy byli także partyzanci radzieccy („czerwoni bandyci”).

Boroweć w swych wspomnieniach idzie jeszcze dalej, pisze że „...niemieckie samoloty wypalały wsie, a na drugi dzień na to samo miejsce wpadali moskiewsko-polscy partyzanci i dobijali resztę ludności”. Można na tej podstawie dojść do wniosku, że „moskiewsko-polscy partyzanci” współdziałali z Niemcami przeciwko UPA oraz ukraińskiej ludności cywilnej popierającej ukraińskich nacjonalistów. „Uczciwi patrioci ukraińscy (czyli banderowcy - E. P.) - kontynuuje P. Połtawa - nie mogli na to wszystko patrzeć obojętnie (...) UPA musiała stać się «najawną» rzeczywistością i nią się stała, jak Słowo stało się ciałem, na sławę Ukrainy”.

Edward Prus - Atamania UPA


Pomimo że walki o Konstantynówkę rozpoczęły się de facto we wrześniu 2025 r., to w ostatnich tygodniach tempo infiltracji miasta przez rosyjskie pododdziały przyspieszyło. Podobnie sytuacja rozwija się w rejonie Kupiańska, gdzie siły rosyjskie mają osiągać północną część miejscowości Kupjanśk-Wuzłowyj (doniesienia o przenikaniu grup do centrum miasta należy na tym etapie uznać za przedwczesne). Monitorująca sytuację na froncie grupa DeepState ocenia, że w czerwcu okupant zajął 84 km² ukraińskiego terytorium, a liczba rosyjskich szturmów wzrosła o 4,4%. Dowodzi to przełamania przez agresora obserwowanego na początku wiosny tego roku spowolnienia tempa postępów (według przesadzonych szacunków źródeł rosyjskich Rosjanie zajęli w czerwcu ponad 370 km²). Świadczy to o skuteczności taktyki przenikania małych grup dywersyjnych w warunkach gęstej zabudowy i mniejszej efektywności bezzałogowców ukraińskich. Koncepcja „linii dronów” realizowana przez SZU okazuje się znacznie skuteczniejsza w otwartym polu, natomiast w aglomeracji miejskiej rosyjskie grupy szturmowe wykorzystują możliwości skrytego podejścia i gromadzenia sił.

W ciągu ostatniego tygodnia wojska rosyjskie zintensyfikowały uderzenia na Kijów, dokonując dwukrotnie w odstępie zaledwie kilku dni zmasowanych i kombinowanych napadów powietrznych. Najpierw w nocy z 1 na 2 lipca agresor przeprowadził jeden z największych ataków na ukraińską stolicę z użyciem prawie 500 dronów uderzeniowych oraz 74 rakiet, z czego 28 balistycznych. W jego wyniku odnotowano zniszczenia w ok. 130 lokalizacjach, w tym m.in. w 20 wielopiętrowych budynkach mieszkalnych i domach prywatnych. Trafione zostały również budynki pogotowia ratunkowego oraz placówki medycznej, a także centrum logistyczne i obiekty infrastruktury energetycznej. Według źródeł rosyjskich zniszczone miały też zostać obiekty przemysłu zbrojeniowego, w tym zakłady Radioniks (wytwarzające m.in. komponenty elektroniczne do pocisków Flamingo firmy Fire Point), Atłon Awia (producent dronów) oraz Antonow (montaż bezzałogowców). Ogółem w ataku zginęło 30 osób, a ponad 100 zostało rannych.

Do kolejnego uderzenia na Kijów doszło w nocy z 5 na 6 lipca, tym razem z użyciem 419 środków napadu powietrznego, w tym 29 rakiet balistycznych. Zniszczono ok. 30 budynków mieszkalnych, w tym wielopiętrowe wieżowce. Śmierć pod gruzami poniosło 19 osób, a ponad 60 zostało rannych. W miejscowości Wysznewe pod Kijowem doszło z kolei do trafienia składu amunicji rozlokowanego wśród zabudowy mieszkalnej. W rezultacie eksplozji uszkodzonych zostało ok. 100 domów, zginęło siedem osób, a 29 zostało rannych. Z powodu zagrożenia kolejną detonacją z miejscowości ewakuowano kilkuset ludzi. Ze względu na skalę eksplozji i jej skutki prezydent Zełenski polecił SBU wyjaśnienie okoliczności zdarzenia. Rzecznik Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ihnat przyznał, że trafienia są skutkiem poważnego deficytu rakiet do systemów obrony powietrznej Patriot. Fakt ten potwierdził doradca ministra obrony Ukrainy Serhij Beskrestnow, informując o krytycznym niedoborze pocisków zdolnych do zwalczania rakiet balistycznych.

osw.waw.pl


Ukraińska kampania z wykorzystaniem dronów przeciwko rosyjskim rafineriom i infrastrukturze nadała działaniom wojennym nowy impuls. Parada wojskowa w Moskwie 9 maja była postrzegana jako wydarzenie odbywające się za milczącą zgodą Zełenskiego, co wielu uznało za upokorzenie dla Władimira Putina. Z kolei rozgorzały niedawno na nowo polsko-ukraiński spór dotyczący kwestii historycznych, zgodnie z sondażem Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii, wydaje się wywoływać na Ukrainie coś w rodzaju efektu flagi.

Wydarzenia te wydają się na tyle wpływać na wyniki sondaży dotyczących samego Zełenskiego, że druga tura wyborów przeciwko Kyryło Budanowowi, szefowi administracji jego i byłemu szefowi wywiadu wojskowego, wydaje się obecnie możliwa do wygrania przez obecnego prezydenta. Natomiast druga tura przeciwko Wałerijowi Załużnemu, byłemu głównodowodzącemu SZU, a obecnie ambasadorowi w Wielkiej Brytanii, wydaje się raczej wyrównana niż całkowicie poza zasięgiem.

Jednocześnie większość Ukraińców nadal nie chce, by organizowano wybory prezydenckie w czasie trwania wojny, a państwo nie dysponuje obecnie ramami prawnymi, środkami finansowymi ani praktycznymi możliwościami, by zorganizować je do jesieni.

(...)

Pomysł przeprowadzenia wyborów w czasie wojny nie jest nowy, ale do niedawna był odkładany na bok. W grudniu 2025 roku, pod presją Donalda Trumpa, Zełenski oświadczył, że rozważy przeprowadzenie wyborów w ciągu 60 do 90 dni, jeśli zachodni partnerzy zapewnią wystarczające gwarancje bezpieczeństwa. Rada Najwyższa, jednoizbowy parlament Ukrainy, rozpoczęła nawet prace nad przygotowaniem niezbędnych aktów prawnych.

W tamtym czasie kontekst polityczny był jednak zupełnie inny. Pozycja Zełenskiego była słaba. Szef jego biura, Andrij Jermak, zrezygnował ze stanowiska w następstwie dochodzenia antykorupcyjnego, a skandal energetyczny związany z firmami Mindicz i Energoatom skupiał uwagę na najbliższym otoczeniu prezydenta. Grudniowe sondaże sugerowały, że w bezpośredniej dogrywce Zełenski poniósłby sromotną porażkę zarówno z Załużnym, jak i Budanowem, przy czym badania wskazywały, że Załużny prowadziłby z przewagą około 20-25 punktów procentowych, a Budanow – około 10-15.

Od tamtej pory sytuacja uległa zmianie. Według Ukrainskiej Prawdy Zełenski spotkał się z kilkoma wysokimi rangą osobistościami, w tym z Budanowem, byłym ministrem obrony Rustenem Umerowem i przewodniczącym prezydenckiej partii Sługa Narodu Dawidem Arachamią, w rezydencji pod Kijowem, aby omówić, czy wybory są obecnie możliwe.

Jako możliwy termin wymieniono listopad. Wewnętrzne sondaże przedstawione podczas tego spotkania sugerowały znacznie bardziej wyrównaną rywalizację niż wcześniej – Zełenski tracił do Załużnego dużo mniej i był mniej więcej na równi z Budanowem.

centrumeuropy.pl

poniedziałek, 6 lipca 2026



Jak podaje rosyjska agencja Interfax, na całym Krymie występują problemy w dostępie do energii elektrycznej. Blackout jest wywołany ukraińskimi atakami wymierzonymi m.in. w podstacje elektryczne służące do zmiany napięcia prądu za pomocą transformatorów oraz rozdzielania energii między różnymi liniami.

Jak podaje z kolei ukraińska armia, tylko w lipcu uderzyła ona w 38 różnych elementów sieci energetycznej na Krymie i południowych terytoriach okupowanych przez Rosję, kontynuując operację, której celem jest paraliż okupowanego półwyspu.

Rosyjskie władze twierdzą, że przywrócą dostęp do energii elektrycznej do końca dnia, problemy z prądem oznaczają też jednak problemy z wodą, a od kilku tygodni na Krymie są też ogromne problemy z dostępem do paliwa.

onet.pl


Administracja Władimira Putina zażądała od kontrolowanych przez siebie mediów, aby przestały relacjonować skutki ukraińskich ataków na Rosję. W otoczeniu rosyjskiego prezydenta pojawił się pomysł, by za tego typu publikacje wprowadzić surowe kary.

Takie ustalenia przekazał portal Werstka, powołując się na trzy źródła w prorządowych mediach. Według nich takie polecenie miało nadejść z Kremla w drugiej połowie czerwca.

— Naciskali, żebyśmy zaprzestali publikowania nagrań i zdjęć pokazujących skutki ukraińskich ataków na nasze terytorium. Mamy za to częściej prezentować efekty naszych uderzeń — powiedział jeden z rozmówców redakcji. Inne źródło zauważyło, że na Kremlu wyrażono niezadowolenie z faktu, iż propaganda szeroko pokazuje konsekwencje ukraińskich ataków "z każdej strony".

Po tym poleceniu wiele dużych kanałów na Telegramie współpracujących z administracją prezydenta lub Ministerstwem Obrony, w tym Mash, Baza i Shot, gwałtownie ograniczyło publikacje dotyczące ataków lub całkowicie przestało o nich informować. Praktycznie nie relacjonowano m.in. ataków na rafinerie w Sławiańsku-na-Kubani i Kstowie w obwodzie niżnonowogrodzkim, a także na zakład obronny w Penzie. Co więcej, część kanałów usunęła wcześniej opublikowane zdjęcia i filmy przedstawiające skutki uderzeń na Moskwę.

Jedno ze źródeł zaznaczyło, że w wielu regionach takie ograniczenia dla mediów funkcjonują już od dawna, a za ich łamanie grozi odpowiedzialność administracyjna. Jednocześnie, jak twierdzi, w otoczeniu Władimira Putina "są jastrzębie, które domagają się wprowadzenia kar więzienia — i to na długie lata — za tego typu publikacje", jednak osoby odpowiedzialne w administracji prezydenta "nie chcą doprowadzać do takich represji".

onet.pl\The Moscow Times


W tym roku ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie rafinerie ropy 194 razy — to 11 razy częściej niż w całej pierwszej połowie 2025 r., jak wynika z analizy danych przeprowadzonej przez Financial Timesa. Ta nowa siła rażenia jest możliwa dzięki postępowi technologicznemu w rozwoju ukraińskich dronów. /Drony ukraińskie, ale często myśl techniczna z Zachodu - red./

W wywiadzie dla serwisu The Pioneer prezes Instytutu Gospodarki w Kilonii (IfW) Moritz Schularick opisuje to w następujący sposób: — To, co tak bardzo zmieniło się w ostatnich miesiącach, to przede wszystkim siła technologiczna Ukrainy. A nie [sama w sobie] słabość Rosji.

(...)

Kontynuowanie tej wojny jest dla Rosji znacznie droższe niż jeszcze kilka miesięcy temu. Oczywiście Putin może ją kontynuować, jednak będzie musiał to robić przy znacznych ograniczeniach i obciążeniach dla własnej ludności. Nie zwiększy to jego popularności, a on sam doskonale o tym wie.

Naukowcy z kilońskiego instytutu uważają dane publikowane przez Kreml dotyczące sytuacji gospodarczej Rosji za nierealistyczne — na przykład zapowiadany wzrost gospodarczy na poziomie 0,4 proc. Pomimo ogromnego wzrostu wydatków państwowych IfW informuje o przypuszczalnym ujemnym wzroście rosyjskiego PKB wynoszącym minus 0,3 proc. w pierwszym kwartale tego roku. Również na poziomie regionalnym rosyjska gospodarka znajduje się pod ogromną presją. Według IfW dwie trzecie z 89 rosyjskich regionów odnotowuje deficyty budżetowe już od jesieni 2025 r.

(...)

Badacz Schularick opisuje, jak rosnące niezadowolenie w Moskwie wpływa na stabilność reżimu Putina, następująco:

Z ekonomicznego punktu widzenia reżimy autokratyczne funkcjonują jak bańki finansowe. Kupujesz coś, bo wierzysz, że jutro sprzedasz to drożej — albo że wciąż będzie to miało jakąś wartość — mimo iż w danej chwili nie jesteś przekonany, czy przedmiot ten posiada jakąkolwiek realną wartość [w tym przypadku — czy inwazja na Ukrainę ma sens]. Ten mechanizm może jednak bardzo szybko ulec odwróceniu.

Dopóki elity i ogół społeczeństwa wierzą, że warto wytrwać, bańka ta się utrzyma. Jednak im bardziej kosztowna staje się wojna, tym bardziej wszystko zależy od tego przekonania.

Być może właśnie to tłumaczy, dlaczego Putin w miniony weekend sięgnął po telefon [i zadzwonił do prezydenta USA Donalda Trumpa z gratulacjami z okazji obchodów 250. rocznicy istnienia Stanów Zjednoczonych, a także by "zwrócić uwagę na preferencję polityczno-dyplomatycznego rozwiązania konfliktu" przez Rosję].

Teraz zwłaszcza Europa powinna właściwie odczytać te sygnały.

onet.pl\The Pioneer