wtorek, 7 kwietnia 2026



Ostatnia zima była dla Ukrainy najtrudniejszą od wybuchu wojny. Szczególnie dla niektórych dużych miast, w tym Kijowa, gdzie mieszkańcy borykali się nie tylko z długotrwałymi przerwami w dostawach prądu, lecz w części dzielnic także ogrzewania. Rosji po raz kolejny nie udało się doprowadzić do paraliżu ukraińskiego systemu elektroenergetycznego, niemniej został on bardzo poważnie osłabiony. W pozostałych gałęziach energetyki sytuacja wydaje się lepsza. Ukraina zakończyła sezon grzewczy z zapasami gazu większymi niż w poprzednich latach po wybuchu wojny. Dzięki dobrze zdywersyfikowanym pod względem geograficznym źródłom zaopatrzenia w benzynę i olej napędowy rosyjskie ataki nie były w stanie zakłócić dostaw.

Znacząca skala zniszczeń systemu elektrociepłowniczego sprawia, że Ukraina staje do wyścigu z czasem, aby przed zimą 2026/2027 wyremontować bądź odbudować utracone moce. Szereg dodatkowych wyzwań rodzi też wojna w Iranie, zwłaszcza jeśli będzie się przedłużać. Gwałtowny wzrost cen oleju napędowego i gazu ziemnego napędzi inflację oraz przyczyni się do podniesienia wydatków na obronność. Utrudni również zakup wystarczającej ilości błękitnego surowca do wpompowania w podziemne magazyny. Największym problemem może się jednak okazać deficyt pocisków do systemów obrony powietrznej Patriot, które są jedynym środkiem zdolnym strącać rosyjskie rakiety balistyczne.

(...)

W sezonie grzewczym 2025/2026 Rosjanom po raz pierwszy na większą skalę udało się zdezorganizować system dostaw ciepła w niektórych dużych miastach, takich jak Odessa czy Charków. Wcześniej takie przypadki miały miejsce, ale dotyczyły miejscowości przyfrontowych. Szczególnie ucierpiała stolica, gdzie kilkukrotnie doszło do wielodniowych przerw w dostawach dla ok. 6 tys. budynków wielomieszkaniowych z ok. 11 tys. tego typu obiektów w mieście (czyli szacunkowo dla ok. 2 mln mieszkańców).

Na początku lutego całkowitemu zniszczeniu uległa Elektrociepłownia Darnicka, wskutek czego ok. 1100 budynków wielomieszkaniowych zostało trwale pozbawionych ciepła. Poważnie uszkodzono również dwie pozostałe duże elektrociepłownie w Kijowie – TEC nr 5 i TEC nr 6. Wymusiło to wstrzymanie dostaw ciepłej wody i ograniczenie ogrzewania, skutkujące spadkiem temperatury w wielu lokalach do 12 stopni. Ponadto przerwy w dostawach ciepła powodowały konieczność spuszczania wody z na ogół starych systemów grzewczych budynków. Prowadziło to do sporych utrudnień technicznych – przy ponownym napełnianiu ich gorącą wodą nierzadko zdarzały się przypadki pękania rur i zalewania całych pionów.

Coraz większą bolączką były powtarzające się awarie sieci, czemu sprzyjała też – poza rosyjskimi atakami – wyjątkowo mroźna zima. Awarie obejmowały znaczną część kraju, np. 31 stycznia br. doszło do kaskadowych wyłączeń w siedmiu obwodach, a także w Mołdawii. Regularnie występowały awarie o charakterze lokalnym – na poziomie miasta, dzielnic czy poszczególnych budynków – przy czym dochodziło do nich również po ustąpieniu mrozów. Przykładem mogą być wyłączenia w części Kijowa 22 marca br. Dla systemu elektroenergetycznego nieustanne przerwy w dostawach prądu są bardzo obciążające – powtarzające się włączenia/wyłączenia przyczyniają się do o wiele szybszego zużywania się urządzeń. Można zakładać, że w przyszłości problem ten będzie się tylko nasilał.

Ogółem w trakcie sezonu grzewczego miało dojść do uszkodzenia lub zniszczenia bloków energetycznych o łącznej mocy 9 GW, czyli ponad połowy tej dostępnej przed zimą. W zasadzie każda elektrownia (z wyjątkiem atomowych) została w mniejszym bądź większym stopniu dotknięta atakami. Według ministra energetyki Denysa Szmyhala przed kolejną zimą planowana jest odbudowa lub remont 4 GW generacji oraz budowa 1,5 GW nowych mocy w obiektach zdecentralizowanej produkcji – wiele małych (o mocy od kilku do kilkudziesięciu MW) źródeł energii rozsianych po całym kraju.

(...)

Jesienią, a w szczególności zimą ważną rolę dla Ukrainy odgrywała możliwość importowania energii elektrycznej z unijnych państw sąsiedzkich oraz Mołdawii. Jeszcze we wrześniu 2025 r. kraj eksportował więcej energii elektrycznej, niż kupował za granicą, jednak po rosyjskich atakach z października proporcja ta uległa odwróceniu, a od 11 listopada eksport ustał.

Wraz ze zbliżaniem się sezonu zimowego i obniżaniem temperatur import prądu zaczął rosnąć – z 415 tys. MWh w listopadzie ub.r. do 1,26 mln MWh w lutym br. W niektórych dniach lutego był wręcz zbliżony do maksymalnej przepustowości połączeń transgranicznych. W cieplejszym już marcu zmniejszył się, ale nadal pozostawał na wysokim poziomie ok. 25 tys. MWh na dobę i był znacząco większy niż jesienią 2025 r. Dzięki temu sytuacja poprawiła się na tyle, że 5 marca Ukraina wznowiła eksport elektroenergii do Mołdawii, a 21 marca na Węgry i do Rumunii, choć są to ilości niewielkie.

W miesiącach zimowych najważniejszym dostawcą prądu na Ukrainę były Węgry (w lutym przypadło na nie blisko 50% ukraińskiego importu), a także Rumunia (19%), Słowacja (18%) i Polska (13%). W tym czasie import pokrywał ok. 20% całości ukraińskiej konsumpcji energii elektrycznej.

Władze w Budapeszcie i Bratysławie próbowały wykorzystać tak dużą zależność Ukrainy i groziły wstrzymaniem eksportu energii elektrycznej, domagając się wznowienia dostaw rosyjskiej ropy południową nitką rurociągu Drużba, wstrzymanych pod koniec stycznia po rosyjskim ostrzale stacji pompującej w Brodach. Mimo to żadne realne ograniczenia w sprzedaży ze strony obu krajów nie nastąpiły. Jedynie Słowacja wypowiedziała umowę o udzielaniu pomocy awaryjnej Ukrainie[5], lecz zdaniem koncernu państwowego Ukrenerho będzie to miało ograniczone znaczenie dla stabilności systemu elektroenergetycznego, gdyż takie przypadki miały miejsce rzadko i chodziło wówczas o niewielkie wolumeny.

Obecna przepustowość połączeń importowych prądu na Ukrainę wynosi 2,45 GW, jednak w ciągu następnych dwóch lat Ministerstwo Energetyki planuje zwiększyć ją o 1,5 GW dzięki budowie nowych interkonektorów z Rumunią, Polską i Słowacją. W perspektywie długoterminowej planowane jest rozszerzenie o 5 GW.

(...)

Ogółem import benzyny i oleju napędowego w 2025 r. wyniósł 8,2 mln ton i w porównaniu z poprzednim rokiem wzrósł o 8,3%. Pod względem geograficznym Ukraina ma bardzo zdywersyfikowanych dostawców paliw, jednak główną rolę odgrywają produkty z rafinerii Orlenu w Polsce i na Litwie, na które przypadło w 2025 r. 28,2% całości ukraińskiego importu. W kontekście rynku paliw warto podkreślić, że groźby ze strony Słowacji i Węgier o wstrzymaniu dostaw na Ukrainę nie mają większego praktycznego znaczenia, gdyż nawet jeśli doszłoby do ich spełnienia, chodziłoby o stosunkowo niewielkie wolumeny, które łatwo byłoby zastąpić dostawami z innych kierunków.

Import paliw znacząco wzrósł w okresie zimowym – w grudniu ub.r. i styczniu br. miesięczne dostawy wynosiły blisko 1 mln ton, a w lutym, choć zmniejszyły się do 756 tys. ton, to i tak były wyższe o blisko 50% w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku. Wydaje się, że główną przyczyną tak dużego skoku importu w ostatnim kwartale były wyłączenia energii elektrycznej, które powodowały zwiększoną konsumpcję paliw zużywanych w agregatach prądotwórczych.

Rozpoczęty 28 lutego amerykańsko-izraelski atak na Iran spowodował wzrost cen surowców energetycznych na rynkach światowych. Największe podwyżki dotyczyły oleju napędowego, za który na ukraińskich stacjach benzynowych trzeba było zapłacić 25 marca o 35% więcej niż na początku tegoż miesiąca. Zwyżka nie ominęła także benzyny (14,3%) oraz gazu LPG (18,9%), najbardziej skoczyła jednak cena importowanego gazu ziemnego, bo od 1 marca aż o 49% – z 28 tys. do 42 tys. hrywien za 1 tys. m3.

(...)

Najistotniejszym negatywnym dla Ukrainy skutkiem wojny w Iranie będzie prawdopodobny deficyt rakiet PAC-3 do systemów obrony powietrznej Patriot. Ich produkcja jest bardzo ograniczona, a w ciągu pierwszych dwóch tygodni konfliktu na Bliskim Wschodzie zużyto ich więcej, niż zakłady są w stanie wyprodukować w ciągu roku (620). Ponadto pierwszeństwo w dostawach najprawdopodobniej będą miały amerykańskie siły zbrojne, które będą chciały uzupełnić zapasy. Tymczasem PAC-3, których od 2022 r. Ukraina otrzymała ok. 650, są jedynymi środkami zdolnymi strącać rosyjskie pociski balistyczne. W przypadku pozostałych rakiet i bezzałogowców ukraińska armia nauczyła się je (nie zawsze skutecznie) zestrzeliwać rozmaitymi metodami: od mobilnych grup z karabinami maszynowymi, poprzez drony przechwytujące, po lotnictwo myśliwskie.

osw.waw.pl


"Ktoś musiał coś powiedzieć (nie wiem co) i to nie w USA tylko w Iranie, bo ropa zmniejszyła skalę zwyżki, dolar nieco stracił, a u nas WIG20 gwałtownie wzrósł. Tak to teraz będzie wyglądało - byle wypowiedź natychmiast znajdzie przełożenie na rynki" - spekuluje Piotr Kuczyński, analityk Xelion. Z kolei Marek Rogalski główny analityk rynkowy DM BOŚ w rozmowie z Next.gazeta.pl zauważa, że wcale nie musiało dojść do żadnej znaczącej deklaracji. Rynek po prostu mimo słów Trumpa stawia na wygaszanie wojny w Iranie. 

- Część inwestorów czeka na rozwiązanie sprawy Iranu. Mam wrażenie, że rynek nastawia się na pozytywny scenariusz - nie na impas, lecz na to, że coś się wydarzy. Chodzi o to, że sytuacja w temacie Iranu rozstrzygnie się raczej na korzyść rynków niż odwrotnie; że uda się znaleźć kompromis i deeskalować cały konflikt - tłumaczy nam. W nocy z wtorku na środę kończy się kolejne ultimatum, które Donald Trump postawił Irańczykom. I być może wtedy nastąpi jakieś pozytywne przesilenie, jak wydają się prognozować inwestorzy. 

Na taki scenariusz wskazuje też rynek walutowy. Polska waluta zyskuje ok. 0,10 proc. wobec dolara i utrzymuje się w pobliżu poziomu 3,70 zł. - Patrząc na ostatni szczyt z 30 marca, który wynosił 3,75, od początku kwietnia spadliśmy o 6 groszy. 

(...)

Według niego ostatnie słowa Donalda Trumpa o tym, że "cały kraj może być zniszczony w jedną noc" oraz groźby, że "jeśli Iran nie zawrze porozumienia, nie będzie miał elektrowni, mostów i powróci do epoki kamienia" nie wprawiają inwestorów w zdenerwowanie. - Generalnie inwestorzy czekają na to, co się wydarzy. Choć brzmi to może nieco dziwnie, wygląda to na próbę "dogadania się w stylu Trumpa". Patrząc na EUR/USD, widzę, że nie ma nadmiernej paniki. Dominuje wyczekiwanie - nawet na parze EUR/USD widać, że rynek gra raczej pod deeskalację niż eskalację konfliktu - zauważa. Kurs tej pary idzie delikatnie w górę - 0,13 proc. 

Mamy więc niby dużo hałasu, ale rynek nie zachowuje się już w trybie skrajnej paniki - komentuje Marek Rogalski. Sytuacja może się jednak diametralnie zmienić, jeśli okaże się, że Donald Trump nie blefował i rzeczywiście przeprowadzi masowe bombardowania w Iranie.

gazeta.pl


Bloomberg przyznaje, że wojna USA z Iranem przynosi odwrotny skutek, podważając system petrodolara, który daje imperium USA tak wielką władzę.

Reżimy Zatoki Perskiej eksportują znacznie mniej ropy i nie reinwestują petrodolarów w aktywa amerykańskie.

W międzyczasie wiele zagranicznych banków centralnych sprzedawało amerykańskie papiery wartościowe skarbowe (dług rządowy USA), aby zapobiec deprecjacji swoich walut, co doprowadziło do znacznego wzrostu rentowności amerykańskich obligacji, a nie do ich spadku, jak to miało miejsce w przeszłości, gdy inwestorzy uciekali się do „ucieczki w bezpieczne miejsce”. Amerykański sektor finansowy traci swój status „bezpiecznej przystani”.

Oznacza to, że oba kluczowe aspekty systemu petrodolara ulegają załamaniu: zmniejsza się eksport ropy w dolarach (Iran chce, aby ropa była handlowana w juanach chińskich) i zmniejsza się ilość petrodolarów reinwestowanych w amerykańskie aktywa finansowe.

x.com/BenjaminNorton


Obserwujemy jedną najgorszych form zagranicznej ingerencji; brukselscy biurokraci próbowali zniszczyć gospodarkę Węgier, bo nienawidzą premiera Viktora Orbana - powiedział we wtorek wiceprezydent USA J.D. Vance na wspólnej konferencji prasowej w Budapeszcie z szefem węgierskiego rządu.

Wiceprezydent USA przybył we wtorek do Budapesztu z dwudniową wizytą, by spotkać się przed wyborami z węgierskim premierem Viktorem Orbanem. Po zamkniętej dla prasy rozmowie politycy wzięli udział we wspólnej konferencji prasowej.

- Jesteśmy wdzięczni prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi i wiceprezydentowi Vance'owi za to, że stali ramię w ramię z Węgrami w ostatnich latach. USA są najsilniejszym państwem globu i jestem szczęśliwy, mogąc powiedzieć, że Stany Zjednoczone są naszym sojusznikiem i dlatego pokój oraz stabilność Węgier są zagwarantowane - powiedział Orban.

- Rozmawialiśmy też o tym, że Europa zmierza w kierunku jednego z najgorszych kryzysów energetycznych w historii. Dlatego tak ważna jest współpraca energetyczna Węgier z USA - powiedział Orban.

Zaznaczył, że omówił też problem "jawnego i poważnego" ingerowania przez zagraniczne służby w proces wyborczy na Węgrzech. Premier nie wyjaśnił, o służby jakiego kraju chodzi.

- Omówiliśmy także wysiłki USA w osiąganiu pokoju, co zawsze jako Węgry wspieraliśmy. Gdyby Europa nie blokowała starań USA, pokój na Ukrainie zostałby przywrócony już dawno temu - ocenił premier. - Jestem wdzięczny, że mieliśmy też okazję przedyskutować naglące problemy i wyzwania zachodniej cywilizacji. Nie jest tajemnicą, że stale konsultujemy się (z USA) w różnych kwestiach, głównie w czterech: migracji, ideologii gender, polityki rodzinnej i bezpieczeństwa międzynarodowego - oświadczył węgierski premier.

Amerykański wiceprezydent przyznał, że "chce pomóc premierowi Węgier w sezonie wyborczym jak tylko może". - Prezydent Trump i premier Orban dokonali razem wspaniałych rzeczy i jestem tu, by je uczcić - powiedział Vance, podkreślając przyjaźń obu przywódców i poparcie prezydenta USA dla szefa rządu w Budapeszcie przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi.

- Nie liczę na to, by obywatele Węgier słuchali wiceprezydenta USA, nie dlatego tu jestem. Chcę wysłać sygnał wszystkim, a szczególnie biurokratom w Brukseli, którzy robią, co mogą, by kontrolować naród węgierski, bo nie lubią ich lidera - zaznaczył amerykański wiceprezydent.

- To, co dzieję się przed wyborami na Węgrzech, jest jedną z najgorszych form zagranicznej ingerencji, jaką widziałem albo o jakiej czytałem. Brukselscy biurokraci próbowali zniszczyć gospodarkę Węgier, sprawić, by kraj był mniej niezależny energetycznie. Robią to wszystko, bo nienawidzą tego gościa - powiedział Vance, wskazując na stojącego obok Orbana.

- Zachęcam Węgrów, by zapytali siebie samych nie o to, kto jest pro- albo antyeuropejski, pro- czy antyamerykański, ale kto jest prowęgierski - zaznaczył. - Nie będę mówić Węgrom, na kogo głosować, i oczekuję, że brukselscy biurokraci także się od tego powstrzymają - dodał Vance.

Amerykański wiceprezydent ocenił też, że "przywództwo Orbana może być modelem dla całego kontynentu". - Myślę, że premier Orban jest najbardziej wpływowym przywódcą Europy w kwestiach bezpieczeństwa energetycznego i niezależności. To śmieszne, gdy widzę europejskich liderów mówiących o kryzysie energetycznym, gdy powinni podążyć śladem polityki premiera Orbana i Węgier, przez co nie mieliby takich problemów, jak obecnie - podkreślił Vance.

- Jestem tu głównie z powodu moralnej współpracy naszych państw. To, co reprezentują Węgry i USA pod przywództwem Trumpa i Orbana, to ochrona zachodniej cywilizacji. Ochrona tego, by dzieci chodziły do szkół, by się uczyć, a nie być indoktrynowane. By chronić fundamenty chrześcijańskich wartości, wolności słowa, rządów prawa, szacunku dla mniejszości i ochrony bezbronnych - zadeklarował Vance.

Wybory parlamentarne na Węgrzech odbędą się w najbliższą niedzielę, 12 kwietnia. Opozycyjna TISZA wyprzedza Fidesz premiera Orbana w większości niezależnych sondaży. W marcowym badaniu firmy Median uzyskała poparcie na poziomie 58 proc. wśród zdecydowanych wyborców, a Fidesz - 35 proc. Badanie ośrodka 21 Research Center z 1 kwietnia wykazało, że TISZA cieszy się poparciem 56 proc. zdecydowanych wyborców, a Fidesz - 37 proc.

(...)

PAP


Według relacji "New York Timesa", mającej stanowić fragment powstającej książki pary dziennikarzy gazety, kluczowa dla decyzji Trumpa była wizyta premiera Izraela Benjamina Netanjahu 11 lutego. Szef izraelskiego rządu, wraz m.in. z szefem Mossadu Davidem Barneą, miał przedstawić wówczas prezentację planu, zakładającego zniszczenie irańskiego programu rakietowego, obalenie reżimu ajatollahów i instalację świeckiego przywództwa. Wśród potencjalnych następców zaprezentowano m.in. Rezę Pahlawiego, syna ostatniego szacha. Plan zakładał również interwencję irańskich Kurdów.

Trump miał zareagować przychylnie, choć już następnego dnia, 12 lutego, amerykańskie służby wywiadowcze przedstawiły własną ocenę planu Netanjahu. Dyrektor CIA John Ratcliffe określił izraelskie scenariusze zmiany reżimu jako oderwane od rzeczywistości. Sekretarz stanu Marco Rubio potwierdził tę ocenę, określając plan jako "bullshit". Analitycy uznali jednak za osiągalne dwa pierwsze cele: wyeliminowanie najwyższego przywództwa Iranu oraz zniszczenie jego zdolności militarnych.

Trump odłożył na bok kwestię zmiany reżimu, stwierdzając, że to "ich problem" (choć nie określił, czy miał na myśli Irańczyków, czy Izrael) i skoncentrował się na celach uznanych przez wywiad za wykonalne.

Gen. Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, ostrzegał w kolejnych dniach, że kampania drastycznie uszczupli amerykańskie zapasy uzbrojenia, w tym rakiet przechwytujących, nadwyrężone już latami wsparcia dla Ukrainy i Izraela. Wskazywał też na ryzyko zablokowania przez Iran cieśniny Ormuz. Trump miał jednak uznać, że reżim w Teheranie będzie zbyt osłabiony i podda się, zanim zdoła zamknąć cieśninę.

Caine miał również sceptycznie odnosić się do izraelskiego planu, uważając go za nazbyt optymistyczny.

- Z mojego doświadczenia wynika, że to standardowa procedura operacyjna Izraelczyków. Obiecują na wyrost, a ich plany nie zawsze są dobrze opracowane. Wiedzą, że nas potrzebują i dlatego tak agresywnie nas namawiają - miał powiedzieć generał.

Mimo ostrzeżeń, Caine nie wydał żadnej rekomendacji, uważając, że nie jest to jego rolą. Według "NYT", ostatecznie poglądy Trumpa były jednak bardzo zbliżone do Netanjahu i od dekad uważał on Iran za groźnego wroga.

Jedynym członkiem gabinetu, który miał jednoznacznie wyrazić opinię przeciwko wojnie był wiceprezydent J.D. Vance.

Według "NYT", Vance ostrzegał przed chaosem regionalnym, ogromnymi kosztami i rozbiciem koalicji politycznej prezydenta. Vance nieobecny był na spotkaniu 11 lutego z powodu wizyty w Azerbejdżanie. Trumpa ostrzegać miał też zaprzyjaźniony z Vancem kontrowersyjny prawicowy publicysta Tucker Carlson.

Szefowa gabinetu Białego Domu Susie Wiles wyrażała prywatnie obawy przed wciągnięciem USA w kolejny bliskowschodni konflikt i jego wpływem na ceny paliw przed wyborami do Kongresu, lecz ostatecznie poparła operację. Szef Pentagonu Pete Hegseth był jej najgorętszym zwolennikiem w gabinecie, twierdząc, że USA i tak kiedyś musiałyby "zająć się" Iranem. Rubio był bardziej ambiwalentny - preferował kontynuację polityki maksymalnej presji, lecz nie próbował odwieść prezydenta od decyzji.

W ostatnich dniach lutego wywiad dostarczył informację, że najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, ma spotkać się z innymi wysokimi przedstawicielami reżimu na otwartym terenie, co stanowiło okazję do uderzenia. Jednocześnie zięć prezydenta Jared Kushner i wysłannik Steve Witkoff przekazali z Genewy, że negocjacje z Iranem nie rokują szybkiego przełomu. Irańczycy odrzucili m.in. propozycję darmowego paliwa jądrowego. Mieli ocenić, że jakieś porozumienie z Iranem mogłoby być możliwe, lecz wymagałoby dużego i długiego wysiłku ze względu na wybiegi stosowane przez Teheran.

Na ostatniej naradzie w Pokoju Sytuacyjnym 26 lutego Trump poprosił kolejno każdego z obecnych o stanowisko. Vance powiedział, że uważa operację za zły pomysł, ale poprze prezydenta. Wiles stwierdziła, że jeśli Trump uznaje to za konieczne dla bezpieczeństwa narodowego, powinien działać. Rubio zasugerował, że zniszczenie irańskiego programu rakietowego jest celem osiągalnym, ale zmiana reżimu już nie.

Z kręgu planowania wykluczeni zostali m.in. minister finansów Scott Bessent, minister energii Chris Wright oraz dyrektorka wywiadu narodowego Tulsi Gabbard.

PAP

niedziela, 5 kwietnia 2026



Kuwejt został dotknięty serią irańskich ataków dronowych, które spowodowały znaczne zniszczenia - poinformowały władze w niedzielę rano. Wśród celów były: instalacja energetyczna i stacja odsalania wody, kompleks ministerstw w stolicy oraz kompleks naftowy Szuwajch, gdzie po ataku wybuchł pożar.

Szuwajch należy do państwowej spółki Kuwait Petroleum Corporation, na terenie kompleksu mieszczą się m.in. ministerstwo ropy i siedziba firmy.

Według kuwejckich władz dron trafił także w ministerialny kompleks biurowy, powodując znaczne straty materialne, a ataki na dwie instalacje energetyczne i odsalania wody doprowadziły do wyłączenia części mocy produkcyjnych. Nie odnotowano ofiar.

Ataki są częścią rozszerzającego się konfliktu, zapoczątkowanego amerykańsko-izraelskimi bombardowaniami Iranu 28 lutego. W ramach odwetu Teheran uderza m.in. w państwa Zatoki Perskiej, na których terytorium znajdują się amerykańskie bazy wojskowe.

W regionie rosną obawy, że ewentualne eskalowanie działań przez USA i Izrael może doprowadzić do kolejnych uderzeń Iranu na infrastrukturę państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC), która skupia sześć arabskich państw regionu: Arabię Saudyjską, Bahrajn, Katar, Kuwejt, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Telewizja Al-Dżazira podkreśla, że państwa GCC - które stawiały dotąd na deeskalację, mimo że posiadają zdolności, by włączyć się w konflikt (przy wydatkach obronnych rzędu ok. 115 mld dolarów rocznie) - coraz częściej sygnalizują możliwość zmiany podejścia.

PAP


Wtorek będzie w Iranie Dniem Elektrowni i Dniem Mostów w jednym - głosi wpis umieszczony w niedzielę na profilu Donalda Trumpa w serwisie Truth Social, w którym prezydent USA domaga się po raz kolejny otwarcia strategicznej cieśniny Ormuz i grozi oponentom, że "znajdą się w piekle".

Wcześniej w poście opublikowanym w sobotę Trump zapowiedział, że Iran ma jeszcze 48 godzin na zawarcie porozumienia albo otwarcie cieśniny Ormuz. Ten termin upływa w nocy z poniedziałku na wtorek (o godz. 2 czasu polskiego).

"Wtorek będzie Dniem Elektrowni i Dniem Mostów w jednym. Czegoś takiego jeszcze nie było. Otwórzcie tę pieprzoną cieśninę, wy szaleni dranie, albo będzie żyli w piekle" - głosi niedzielny wpis Trumpa na Truth Social.

Dowództwo irańskich sił zbrojnych ostrzegło z kolei, że dalsza eskalacja wojny przez USA i Izrael zamieni cały region w piekło - podał w sobotę wieczorem Reuters. Rzecznik centralnego dowództwa armii oświadczył, że "iluzja pokonania Islamskiej Republiki Iranu zamieniła się w bagno, w którym się pogrążycie".

(...)

Trump groził już wcześniej eskalacją ataków na Iran, jeśli ten nie otworzy ponownie Ormuzu, ale wycofywał się, przekonując, że Teheran jest otwarty na dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu - podkreślił "Wall Street Journal". 

PAP


Premier Węgier Viktor Orban zwołał w niedzielę nadzwyczajne posiedzenie rady obrony po tym, gdy w sąsiedniej Serbii odkryto materiały wybuchowe w pobliżu rurociągu Balkan Stream łączącego oba kraje i transportującego gaz ziemny z Rosji - poinformowały węgierskie władze.

Prezydent Serbii Aleksandar Vuczić ogłosił w niedzielę, że w ramach śledztwa dotyczącego zagrożenia infrastruktury gazowej odkryto ładunek wybuchowy "o dużej sile rażenia". Materiały wybuchowe znaleziono na północy Serbii przy gazociągu Balkan Stream transportującym przez Serbię rosyjski gaz na Węgry. Według Vuczicia "mógł on zagrozić dużej liczbie osób i spowodować poważne zakłócenia w dostawach gazu".

Serbski prezydent oświadczył, że o sprawie natychmiast poinformował szefa rządu Węgier. "Przedstawiłem Viktorowi Orbanowi pierwsze wyniki śledztwa prowadzonego przez wojsko i policję w sprawie zagrożenia krytycznej infrastruktury gazowej łączącej Serbię i Węgry" - napisał na Instagramie.

Orban poinformował na platformie X, że po rozmowie z Vucziciem zwołał na popołudnie nadzwyczajną radę obrony Węgier. "Śledztwo trwa" - zaznaczył.

Gazociąg jest częścią systemu rurociągów Balkan Stream, którym rosyjski gaz ziemny przesyłany jest przez Turcję, Bułgarię i Serbię na Węgry. W lutym Orban nakazał wzmocnienie bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej po wielokrotnym oskarżeniu Ukrainy o to, że dąży do zakłócenia dostaw surowców energetycznych na Węgry.

Władze serbskie poinformowały o wykryciu ładunku wybuchowego na tydzień przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech. Główna partia opozycyjna w tym kraju, TISZA, wyprzedza Fidesz Orbana w większości niezależnych sondaży. W marcowym badaniu firmy Median uzyskała poparcie na poziomie 58 proc. wśród zdecydowanych wyborców, a Fidesz - 35 proc. Środowe badanie ośrodka 21 Research Center wykazało, że TISZA cieszy się poparciem 56 proc. zdecydowanych wyborców, a ugrupowanie Orbana - 37 proc.

PAP

piątek, 3 kwietnia 2026



Donald Trump zmienia kurs. Po raz drugi w ciągu miesiąca prezydent USA zwalnia kluczową postać ze swojego gabinetu. Na początku marca stanowisko musiała opuścić sekretarz bezpieczeństwa krajowego Kristi Noem, a teraz prokurator generalna Pam Bondi. W czwartek w południe prezydent USA ogłosił jej odejście na swojej platformie Truth Social.

Zarówno Noem, jak i Bondi popełniły w oczach Trumpa poważne błędy: sprawiły, że wypadł źle. Ich działania wywołały tak wiele negatywnych komentarzy w mediach, że prezydent musiał wyciągnąć konsekwencje — ponieważ w obu przypadkach chodziło o kwestie kluczowe dla jego elektoratu.

(...)

Pam Bondi od początku kadencji Trumpa spotykała się z publiczną krytyką, również ze strony własnego elektoratu. Prokurator generalna obiecała bowiem opublikować tzw. listę klientów Jeffreya Epsteina. "Leży na moim biurku" — powiedziała w wywiadzie dla Fox News. Nieco później oświadczyła jednak, że taka lista w ogóle nie istnieje. Dla zwolenników MAGA, którzy i tak podejrzewają, że za skandalem z Epsteinem kryje się ogromny spisek wpływowych osób, i którzy chwalili Trumpa za jego obietnicę przejrzystości w tej sprawie, było to jak zdrada.

Kiedy w listopadzie Kongres uchwalił ustawę, która zmusiła Departament Sprawiedliwości do opublikowania wszystkich akt dotyczących Epsteina, Bondi spotkała się z krytyką ze strony szerszej opinii publicznej. Jej departament dokonał bowiem znacznych ocenzurowań, zwłaszcza nazwisk domniemanych współoskarżonych i osób posiadających wiedzę na ten temat.

Nie był to jednak pierwszy raz, kiedy Trump był niezadowolony z pracy Bondi. We wrześniu ubiegłego roku zwrócił się do niej bezpośrednio w poście na Truth Social: "Pam, nie możemy dłużej zwlekać, to szkodzi naszej reputacji i wiarygodności" — napisał i polecił jej bardziej konsekwentne działania przeciwko swoim byłym rywalom.

Domagał się postawienia zarzutów byłemu dyrektorowi FBI Jamesowi Comeyowi, któremu ma za złe śledztwo w sprawie Rosji, oraz prokurator generalnej stanu Nowy Jork Letitii James, która wniosła oskarżenie przeciwko Trump Organization o oszustwo.

Bondi zastosowała się do wezwania, jednak zarzuty zawierały tak poważne błędy merytoryczne, że zostały one odrzucone przez sądy. Trump długo opierał się pomysłowi zwolnienia Bondi. W końcu nie chciał ugiąć się pod presją opinii publicznej. Jednak zwłaszcza w sprawie Epsteina w społeczeństwie narastało zbyt wiele niezadowolenia.

(...)

Była sekretarz bezpieczeństwa krajowego Kristi Noem popadła w niełaskę również po tym, jak jej polityka negatywnie odbiła się na prezydencie. W styczniu funkcjonariusze imigracyjni ICE zastrzelili dwoje obywateli w Minneapolis, a działania funkcjonariuszy spotkały się z ogromną krytyką. Według sondażu przeprowadzonego przez instytut Marist dwie trzecie Amerykanów uznało, że ICE posunęło się za daleko. Sama Noem stała się twarzą twardego postępowania wobec nieudokumentowanych imigrantów. Publikowała na przykład filmy ze sobą w więzieniu w Salwadorze.

Trump starał się ograniczyć szkody i zlecił swojemu zaufanemu doradcy, "carowi od granic" Tomowi Homanowi, złagodzenie sytuacji w Minneapolis. Ostatecznie na początku marca zwolnił Noem.

Zarówno Noem, jak i Bondi robiły to, czego oczekiwał od nich prezydent — realizowały jego politykę. Jednak w obliczu słabych wyników sondaży w Białym Domu rośnie nerwowość. Trump spotyka się bowiem obecnie z krytyką nie tylko w kwestiach imigracji i Epsteina. Do tego dochodzą wojna z Iranem i zła sytuacja gospodarcza.

onet.pl\Die Welt

czwartek, 2 kwietnia 2026



W zeszłym tygodniu w Helsinkach 10 europejskich przywódców spotkało się na prywatnej kolacji bez urzędników i doradców w kameralnej atmosferze Muzeum Mannerheima, domu fińskiego przywódcy z czasów II wojny światowej Gustafa Mannerheima.

Iran grozi USA odwetem. Na liście celów Google, Meta, Apple, Tesla i Boeing. "W środę wieczorem"
W otoczeniu wnętrz z lat 40., ozdobionych trofeami myśliwskimi byłego prezydenta, przywódcy krajów takich jak Wielka Brytania, Szwecja, Finlandia i Norwegia przeprowadzili szczerą dyskusję na temat tragicznego stanu sojuszu transatlantyckiego. Wszyscy zgodzili się, że obelgi Trumpa w mediach społecznościowych stają się coraz gorsze.

Postanowili jednak, że nie mogą zgodzić się na żądania prezydenta USA dotyczące przyłączenia się do walki z Iranem.

— Wszyscy chcemy, aby wojna się skończyła, ale nie zgadzamy się z USA — powiedział jeden z urzędników poinformowany o przebiegu rozmów. Trump chce pomocy NATO, ale przywódcy krajów sojuszniczych pozostają nieugięci, ponieważ "większość Europejczyków nie została o tym [ataku na Iran] wcześniej poinformowana, a region Zatoki Perskiej nie ma nic wspólnego z NATO".

(...)

Trump "zniszczył" stosunki transatlantyckie i "zjednoczył" Europę w sprzeciwie wobec tej wojny — powiedział jeden z dyplomatów UE. Inny wysoki rangą urzędnik europejskiego rządu stwierdził, że Amerykanie muszą teraz poradzić sobie z własnym błędem, jakim jest atak na Iran.

(...)

Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer poniósł największy ciężar osobistych ataków Trumpa, który wielokrotnie lekceważył go, nazywając go "nie Winstonem Churchillem" za jego niechęć do przyłączenia się do działań ofensywnych przeciwko Iranowi. W środę Starmer zlekceważył te obelgi, mówiąc: "Niezależnie od presji wywieranej na mnie i innych, niezależnie od tego, ile jest hałasu, będę działał w interesie narodowym Wielkiej Brytanii".

Starmer dodał, że NATO jest "najskuteczniejszym sojuszem wojskowym, jaki kiedykolwiek istniał na świecie", a Wielka Brytania pozostaje "w pełni zaangażowana" w jego działania.

Wśród urzędników NATO panuje obawa o pęknięcie w sojuszu, a także pewne zdziwienie, ponieważ Stany Zjednoczone nie zwróciły się jeszcze formalnie do NATO o pomoc w Zatoce Perskiej. Urzędnicy twierdzą, że nie jest jasne, czego dokładnie chce Waszyngton.

(...)

W prywatnych rozmowach urzędnicy przyznają, że nieustanna krytyka ze strony USA nieuchronnie osłabia NATO, ponieważ w swej istocie sojusz jest ideą. Art. 5 traktatu założycielskiego NATO stanowi, że sojusznicy będą gotowi do obrony każdego członka, który zostanie zaatakowany.

W momencie, gdy ta obietnica zostaje podważona, NATO traci swoją siłę odstraszającą przed rosyjską agresją. Trump tak często kwestionował tę ideę, że podważanie NATO stało się jego niemal oficjalną polityką.

Jednak dla Europejczyków nadal nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, jak przywrócić wiarygodność NATO lub czym je zastąpić, jeśli dojdzie do najgorszego scenariusza.

Coraz częściej europejscy urzędnicy starają się budować lub wzmacniać alternatywne struktury, aby zabezpieczyć się przed upadkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Kolacja w Helsinkach odbyła się pod koniec szczytu Joint Expeditionary Force, brytyjskiej grupy współpracy obronnej dla krajów Europy Północnej. Jako organizacja, JEF ma za zadanie zgromadzić siły zdolne do szybkiego rozmieszczenia w sytuacjach, w których dany kraj nie powołuje się na art. 5 NATO.

— Nie spekuluję, że art. 5 nie działa — mówi Antti Hakkanen, fiński minister obrony. "On działa". Jeśli jednak art. 5 zawiedzie, JEF nadal może się sprawdzić. Ukraina przystąpiła już do rozszerzonej umowy partnerskiej z JEF. Według jednego z urzędników, który rozmawiał z POLITICO, Kanada również mogłaby nawiązać bliższe kontakty z tą grupą.

Inną siecią, która zyskuje na znaczeniu, jest partnerstwo w ramach Nordyckiej Współpracy Obronnej (Nordefco), w skład którego wchodzą Dania, Finlandia, Islandia, Norwegia i Szwecja.

onet.pl\Politico


Wyrok, jaki pod koniec marca zapadł w sądzie w Los Angeles, obserwatorzy już dziś oceniają jako początek lawiny, a wręcz "przełom tytoniowy", bo platformy społecznościowe mogą podzielić los firm tytoniowych, zasypanych pozwami i zmuszonych do ugód i odszkodowań idących w dziesiątki miliardów dolarów. W kolejce czeka kilka tysięcy podobnych pozwów indywidualnych, nie licząc pozwów ze strony prokuratorów stanowych, którym znacznie łatwiej będzie udowodnić, że big techy dla zysku wprowadziły na rynek produkty mogące szkodzić zdrowiu i życiu użytkowników.

Użytkowniczka przedstawiana w aktach sądowych jako K.G.M. albo Kaley pozwała w 2023 r. platformy społecznościowe, z których korzystała: Metę (Facebook i Instagram), TikTok, YouTube i Snapchat. Miała wtedy 17 lat i — jak twierdziła potem w zeznaniach — bywały dni, że ze smartfona i apek społecznościowych korzystała nawet po 16 godzin dziennie. Kaley zaczęła wcześnie — jako sześciolatka używała YouTube’a, trzy lata później założyła konto na Instagramie (choć formalnie platforma stawia barierę 13 lat), potem doszły TikTok i Snapchat.

Nadmiar czasu w apkach społecznościowych zaowocował problemami psychicznymi: nastolatka była uzależniona od smartfona ("krzyczałam, płakałam i robiłam sceny, kiedy mama próbowała mi go odebrać"), wpadała w stany depresyjne, kiedy znajomi w sieci nie reagowali na jej wpisy ("czułam się zagrożona"), w wypaczony sposób postrzegała swoje ciało ("byłam przekonana, że wyglądam brzydko").

Reprezentujący Kaley prawnik Mark Lanier przekonywał sąd, że przyczyną problemów zdrowotnych jego klientki są platformy społecznościowe. Udało mu się zablokować wnioski o odrzucenie pozwu, bo zamiast zajmować się tym, co platformy wyświetlają użytkownikom, skupił się na tym, jak są one ­zaprojektowane.

Pozwy dla big techów to niemal codzienność. Do tej pory jednak wiele procesów udawało im się zdusić w zarodku. Najpotężniejszą bronią była sekcja 230, czyli fragment Ustawy o ochronie przyzwoitości w komunikacji z 1996 r., który zdejmował z operatorów platform odpowiedzialność za to, co zamieszczają na nich użytkownicy. Sekcja 230 czyni tylko trzy wyjątki: prawo autorskie, handel ludźmi i wykorzystywanie seksualne. To dlatego narzędzia do tropienia chronionej prawem muzyki czy filmów na platformach społecznościowych działają świetnie, w przeciwieństwie do zwykłej moderacji treści. Kolejny as w rękawie big techów to pierwsza poprawka do konstytucji, czyli ochrona wolności słowa. Tę wolność słowa udawało się rozciągać nawet na pracę algorytmów platform decydujących, co ma zobaczyć użytkownik. Prawnikom big techów udawało się przekonywać sądy, że ingerencję w algorytm można by uznać za próbę cenzury.

Lanier poszedł więc inną drogą: w odpowiedzi na wniosek o odrzucenie pozwu postarał się udowodnić, że operatorzy platform z premedytacją projektują je tak, by wywołać efekt uzależnienia. Ta argumentacja przekonała sąd i proces mógł toczyć się dalej, a potem — ławę przysięgłych (z wyjątkiem dwóch z 12 jej członków), która uznała winę firm.

"Jak sprawić, żeby dziecko nie mogło odłożyć telefonu? Trzeba sięgnąć po inżynierię uzależnienia" — tłumaczył Lanier i powoływani przez niego świadkowie. Liczne dowody na skuteczność tych praktyk można było znaleźć w wewnętrznej korespondencji big techów: "Instagram jest jak narkotyk... W zasadzie jesteśmy ­dealerami" — to z jeden z chatów w Mecie. W Snapchacie przyznawano: "Ci, którzy uzależnili się od Snapchata, nie mają miejsca na nic innego. Snap dominuje ich życie". Z kolei w YouTubie pracownicy mieli świadomość "rosnących obaw, że zbyt długi czas przed ekranem szkodzi ­fizycznemu, emocjonalnemu i społecznemu rozwojowi nastolatków".

Jak przykuwano nastolatki do ekranów? Ekipa Laniera wymienia kilka cech wspólnych dla wszystkich serwisów: niekończące się przewijanie treści, funkcja autoplay i zapętlanie treści, system nagród premiujących długi czas przed ekranem, spersonalizowane treści, filtry upiększające i idealizujące wygląd ciała, znikające wiadomości (w Snapchacie), system powiadomień o nowych treściach, lajkach czy komentarzach oraz krótkie formy wideo (rolki na Instagramie czy shorty na TikToku). Każdy z tych mechanizmów sprawia, że nawet gdy użytkownik na chwilę oderwie się od strumienia treści, to i tak wróci, kiedy tylko dostanie powiadomienie, że pojawiło się coś nowego. Każda z takich aktywności to dopaminowy bodziec dla mózgu. I większa widoczność naszych treści w aplikacji. Zasięgi w sieci są dziś bożkiem, a nawet sposobem na życie, bo duże zasięgi da się "zmonetyzować". Brak zasięgów oraz brak reakcji na to, co robi użytkownik, może prowadzić do niepokoju, depresji, zaburzeń w postrzeganiu samego siebie, a wręcz do myśli samobójczych.

Podczas zeznań w sądzie szef Instagrama Adam Mosseri przekonywał, że w jego apce nie ma nic, co by uzależniało, choć przyznał: "To kwestia osobista, ale dopuszczam myśl, że można przesadzić z używaniem Instagrama".

O tym, że mechanizmy wbudowane w Instagram są szkodliwe dla nastolatków, w Mecie wiedziano od dawna. W 2021 r. przed senacką komisją ds. ochrony konsumentów zeznawała sygnalistka Frances Haugen, była menedżerka w Facebooku. "Wybory, jakich dokonuje się w Facebooku, są katastrofalne dla naszych dzieci, dla prywatności i dla naszej demokracji" — mówiła, a potem cytowała wewnętrzne badania firmy, z których wynikało na przykład, że u 13,5 proc. brytyjskich nastolatek korzystanie z Instagrama zwiększa napływ myśli samobójczych, a u 17 proc. aplikacja zwiększyła zaburzenia konsumpcji.

Zarzuty stawiane przez prawników Kaley idą dalej: Meta i inne platformy, mając świadomość, że rozprowadzają szkodliwe produkty, nie zrobiły nic, by ostrzec przed nimi władze oświatowe oraz rodziców i opiekunów dzieci: "Zamiast tego pozwani z premedytacją podsycali kompulsywne korzystanie z ich platform". Z sądowych dokumentów wynika, że jednym z celów Mety było "nasycenie szkolnych sieci", a w YouTubie — "skupienie się na tym, by korzystanie z YouTube’a stało się codziennym nawykiem". Jeden z byłych projektantów interfejsu w Mecie zeznał w czasie procesu: "Kiedy tam pracowałem, odnosiłem wrażenie, że Meta próbuje zwiększyć zaangażowanie, stara się zwiększyć czas, jaki ludzie poświęcają na korzystanie z ich apki, po to, by zwiększyć liczbę oczu wpatrzonych w ekran oraz czas, jaki poświęcają temu użytkownicy, co dałoby im wzrost wpływów reklamowych".

Podczas procesu Lanier zaprezentował wewnętrzny dokument Facebooka, w którym przekonywano: "Jeśli chcemy odnieść sukces wśród nastolatków, musimy łapać ich w młodszym wieku". W innej notatce cytowano badania, z których wynikało, że 11-latki cztery razy chętniej wracają na Instagram niż na konkurencyjne apki. Jak dowodzili prawnicy Kaley, weryfikacja wieku na platformach to fikcja, podobnie jak skuteczność narzędzi do kontroli rodzicielskiej. W trakcie procesu przedstawiono nawet wewnętrzny dokument Mety, z którego wynikało, że rodzice nastolatków nie powinni wiedzieć, jakie treści oglądają ich dzieci, bo "to by z miejsca uziemiło nasz produkt".

(...)

18 lutego w procesie Kaley zeznawał Mark Zuckerberg, występując w tej roli po raz pierwszy. Mark Lanier przygotował na ten dzień 10-metrowy kolaż złożony z setek selfie, jakie Kaley wrzuciła na Instagram. Wiele z nich było podkręcanych filtrami upiększającymi, które udostępnia platforma.

Podczas przesłuchania Lanier pytał, dlaczego serwisy Mety wpuszczają osoby poniżej regulaminowego wieku, choć w styczniu 2024 r., zeznając pod przysięgą w Kongresie, Zuckerberg twierdził, że z Instagrama korzystają tylko osoby powyżej 13 lat. Na dowód zaprezentowano wewnętrzne dane Mety: już w 2015 r. w firmie wiedziano, że 4 mln użytkowników Instagrama ma mniej niż 13 lat. Z aplikacji korzystało wtedy 30 proc. amerykańskich 10-12-latków. "Nie sądzę, byśmy wyłapali wszystkich, którzy próbowali obejść te ograniczenia, ale pan sugeruje, że nie próbowaliśmy nad tym pracować, a to nieprawda" — odpowiadał szef Mety. Lanier wyciągnął na to jeden z e-maili Nicka Clegga, byłego szefa polityki publicznej w Mecie: "Nie do obrony jest to, że mówimy, iż nie wpuszczamy na naszą platformę osób poniżej 13 lat, choć nie mamy żadnego sposobu, by to wymusić".

Lanier argumentował, że głównym celem Mety jest zwiększanie czasu, jaki użytkownicy spędzają w serwisie, bo to przekłada się na wzrost wpływów reklamowych. Zuckerberg zaprzeczał, by ktokolwiek w firmie dostawał tego rodzaju polecenia, na co Lanier przedstawił e-mail samego Zuckerberga z 2015 r., gdzie taki cel wymieniony był na pierwszym miejscu.

(...)

Być może jednak poszkodowane dzieci i ich rodziny doczekają się odszkodowań. Proces w sprawie Kaley zakończył się porażką Mety i YouTube’a — w sumie mają zapłacić dziewczynie 6 mln dol. Snapchat i TikTok postanowiły zawrzeć ugodę poza sądem. Meta i YouTube będą się odwoływać, ale wyrok, który zapadł, postrzegany jest jako zwiastun kolejnych orzeczeń. Co więcej, w tym samym tygodniu sąd w Nowym Meksyku uznał, że Meta naruszyła prawa konsumenckie użytkowników, i nałożył na firmę 375 mln dol. kary.

onet.pl\Newsweek