wtorek, 6 sierpnia 2019


W czerwcu 1944 roku pewien młody żołnierz poddał się amerykańskim spadochroniarzom po alianckiej inwazji na Normandię. Początkowo Amerykanie sądzili, że to Japończyk, ale w istocie był Koreańczykiem. Nazywał się Yang Kyoungjong.

W 1938 roku Japończycy przymusowo wcielili osiemnastoletniego Yanga do swojej Armii Kwantuńskiej w Mandżurii. Rok później Armia Czerwona wzięła go do niewoli po bitwie nad Chalchyn gol i zesłała do obozu pracy. Radzieckie władze militarne w kryzysowym okresie 1942 roku wcieliły go wraz z tysiącami innych więźniów do sowieckiego wojska. Potem, na początku 1943 roku, znalazł się jako jeniec u Niemców po bitwie pod Charkowem na Ukrainie. W roku 1944, już w niemieckim mundurze, został wysłany do Francji, aby służyć w Ostbataillon, teoretycznie mającym wzmacniać obronę Wału Atlantyckiego u podstawy półwyspu Cotentin, koło plaży „Utah”. Po okresie spędzonym w obozie jenieckim w Wielkiej Brytanii wyjechał do Stanów Zjednoczonych, nie wspominając o swojej przeszłości. Osiadł tam i ostatecznie zmarł w Illinois w 1992 roku.

Antony Beevor - Druga wojna światowa

Do 55-letniego senatora Grzegorza Biereckiego, przewodniczącego senackiej komisji finansów, jak bumerang znów wróciły sprawy SKOK. Dziś uparcie się od nich odcina. Co dziwi, zważywszy, że przez lata był ich dumnym ojcem założycielem, ich twarzą, a przez 20 lat szefował Kasie Krajowej. Do dziś czerpie z tego systemu sowite profity przez skomplikowaną sieć spółek, które narosły wokół SKOK.

Nową burzę wokół SKOK rozpętało kilka zdań rzuconych niejako mimochodem przez bankiera Leszka Czarneckiego w końcówce nagranej i ujawnionej niedawno rozmowy z szefem KNF Markiem Chrzanowskim. „Wie pan, też taka ciekawa historia ze SKOK…” – zaczął bankier. „Kiedy zaczęło być bardzo gorąco koło kas SKOK, i tej fundacji Biereckiego, Luxemburg, on przyszedł do nas do banku z prośbą włożenia depozytu. Już w tej chwili nie pamiętam – 60, 70 mln zł (…)? Ostatnia rzecz, której ja chciałem, to przyjmować depozyt od Biereckiego (…). Zadzwoniłem wtedy do Kwaśniaka i powiedziałem, że ja wiem, że zgodnie z prawem mi nie wolno odmówić przyjęcia depozytu, ale my go nie przyjmiemy (…). Ja się po prostu boję tych pieniędzy. Nie wiem, co będzie dalej, czy przypadkiem nie będę gdzieś tam miał podejrzenia o współudział w praniu brudnych pieniędzy, jak się okaże, że on te pieniądze ma nielegalnie wyciągnięte ze SKOK”.

O finansowych poczynaniach Biereckiego wiadomo też z upublicznionego w marcu 2015 r. pisma KNF do najważniejszych osób w państwie – premiera, marszałków Sejmu i Senatu, a także szefów ABW i CBA. KNF informował w nim o wyprowadzaniu pieniędzy z systemu SKOK do prywatnych spółek powiązanych z Grzegorzem Biereckim. Zdaniem komisji 77 mln zł z konta Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych trafiło do prywatnej spółki Spółdzielczy Instytut Naukowy, założonej przez Grzegorza Biereckiego, jego brata Jarosława i prawnika Adama Jedlińskiego. Do tego jeszcze z systemu SKOK do zarejestrowanej w Luksemburgu innej prywatnej spółki SKOK Holding wypłynęło 80 mln zł.

Bianka Mikołajewska pisała o tym w POLITYCE już dawno temu, ale za tekstami nie poszły działania prokuratury ani konsekwencje dla Biereckiego. Raportu KNF nie można było przemilczeć. W kontekście fali upadłości SKOK, wypłat idących w miliardy złotych dla klientów, których oszczędności nagle gdzieś zniknęły, raport był dla PiS – w czasie trwającej kampanii parlamentarnej – wizerunkową katastrofą. PiS zatem spektakularnie wyrzuciło Biereckiego jak zbędny balast za burtę, zawieszając go w prawach członka. Jarosław Kaczyński mówił wtedy: „Nie chcę w tej chwili oceniać czyjejś uczciwości. Senator jest zawieszony i moralne aspekty sprawy są badane (…)”.

W tamtym czasie wieszczono koniec Biereckiego. „Myśli pan, że Grzegorz leży i jest bliski klęski?” – pytał dziennikarz „GW” jednego z dawnych przyjaciół Biereckiego. Ten odpowiadał: „Na to wygląda. Ten raport Komisji Nadzoru Finansowego nie brzmi dobrze. Było 77 mln zł, niby wspólny kapitał całego ruchu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, a teraz okazuje się, że te pieniądze poszły do spółki Biereckiego. Wyborcy są czuli na takie sprawy”. Ale może nie był do końca pewien upadku senatora, bo na wszelki wypadek wolał zachować anonimowość. Tłumaczył: „Nie warto się narażać na proces, a wiadomo, że Bierecki otacza się świetnymi prawnikami i pozwy sądowe są w jego działaniach po prostu metodą walki”.

(...)

Zaplecze finansowe zawsze było dla Jarosława Kaczyńskiego ważne. Żadna inna partia w Europie nie dorobiła się takiego dużego majątku tak szybko i na skróty. Zaraz po 1989 r., przy okazji likwidacji RSW Prasa Książka Ruch, działacze PC, poprzedniczki dzisiejszego PiS, zajęli cztery nieruchomości na warszawskiej Woli. Zakręcili tak, że za budynek przy Nowogrodzkiej zapłacili czynszem, który Bank Przemysłowo-Handlowy zapłacił im jednorazowo za 13 lat z góry.

– W gestii samego kierownictwa PiS, czyli prezesa, jest spółka Srebrna, która obrosła w spółki-córki, i to jest podstawowe narzędzie finansowania i także kontroli, ale drugim są kasy SKOK czy Kasa Krajowa SKOK. Daje pracę, pieniądze, ogłoszenia – uważa polityk PiS. I dodaje: – Silna pozycja Grzegorza Biereckiego bierze się z jego umiejscowienia w pewnej architekturze finansowej całego przedsięwzięcia pisowskiego i nie mówię tutaj o partii. Mówię o pewnym konglomeracie finansowo-medialnym, w którym pan Bierecki odgrywa dużą rolę. I jak ten element, choć ma mniejszą wagę niż holding Srebrna, się wyciągnie, to wszystko się tam zacznie chwiać. Może się nie rozsypie, ale będzie niestabilnie.

polityka.pl

Przede wszystkim jednak warto pamiętać, że Wschód tym się różni od Zachodu, iż przypadki rzadko bywają tam przypadkami. Autorowi tego tekstu tłumaczył to przed laty w Moskwie, za pomocą anegdoty, ambasador RP w Rosji i późniejszy szef dyplomacji Stefan Meller. Ambasador Meller spytał mnie, czy rozumiem Wschód i nim zdążyłem odpowiedzieć zadał mi kolejne pytanie: czy wiem czym się różni skandal w operze w Paryżu od skandalu w operze w Moskwie.

Wyjaśnił, że jeśli baletnica w Paryżu pokaże "gołą d..." to oznacza to tyle, że na widowni był jej kochanek. Jeśli jednak baletnica uczyni to samo w Moskwie, to powstaje pytanie czy w Loży Prezydenckiej znajdował się Władimir Putin. Jeśli tak, to powstaje drugie pytanie: kto stoi za tym, że baletnica ośmieliła się pokazać Władimirowi Putinowi gołą d... i czy nie oznacza to aby, że Władimir Putin słabnie, a jego dni na tronie są już policzone. Jeśli natomiast Władimira Putina w Loży Prezydenckiej nie było, to powstaje pytanie, komu na Kremlu Władimir Putin - zlecając baletnicy pokazanie gołej d... w kierunku pustej Loży Prezydenckiej - chciał uświadomić, że nawet gołej d... nie można mu pokazać bez jego zgody.

onet.pl